Dopiski do poprzedniego tekstu pt. Zuck przeciwko ludzkości.
Już po jego opublikowaniu przypomniał mi się inny epizod, też wymowny. Niedługo po tym, jak funkcjonalność notes zniknęła, miałem też przez kilka tygodni problemy z umieszczaniem dłuższych niż dwa przeciętne akapity fragmentów na mojej oficjalnej fejsbukowej stronie. Przez kilka tygodni je ucinało i musiałem badać, ile się zmieści, przycinać z różnych stron. Trudno było mieć inne wrażenie niż takie, że nieoficjalnie testowano jakiś limit długości postów.
Było już po dezaktywacji notes, więc nie było alternatywy. Już po wrogim przejęciu większość tego, co kiedyś trafiało do blogosfery i na fora. Po tym, jak Facebook odciął nas od starszych miejsc wymiany poglądów i opinii, testował możliwości poskramiania jakichkolwiek bardziej złożonych (i pewnie trudniejszych do maszynowego nadzorowania) form wyrażania poglądów również u siebie. Że ostatecznie z tego limitu (wtedy) zrezygnowano, świadczy o tym, że pewnie uznano to za zbyt duże ryzyko – niemniej jednak testowano sposoby ograniczania naszej komunikacji.
Ale tak naprawdę niniejszy aneks chciałem uskutecznić po to, żeby dopisać, co się działo zaraz po tym, jak tekst Zuck przeciwko ludzkości podałem na swojej oficjalnej stronie na Facebooku. Znajomi zaczęli mi szybko raportować, jak trudno go szerować dalej – musieli próbować po kilka razy, na różne sposoby, bo dostawali zwrotne błędy, że „nie da się”.
Kiedy sam go chciałem zaszerować dalej na swoim prywatnym koncie, spotkało mnie to samo. Facebook podawał oczywiście zautomatyzowany powód: nie da się szerować posta, być może jego treść została już usunięta. Facebook nie krępuje się wciskać autorom, którzy przecież wiedzą, czy usunęli sobie posta czy nie, że być może ich posty zostały usunięte, i to pewnie dlatego nie da się ich podać dalej. Załączam skriny. Zwróćcie uwagę, że jednocześnie Facebook bez żenady proponuje mi za jednym zamachem płatne promowanie „niedostępnego” („być może usuniętego”) posta. Nice.
Nie pierwszy raz miałem taki problem i występuje on tylko przy postach na niektóre tematy, dlatego trudno mi uwierzyć, że to „bug”, usterka faktycznie techniczna, a nie zaprogramowane działanie. Oprócz krytyki samego Facebooka, pośród tematów szczególnie pilnie uciszanych przez jego zautomatyzowaną policję myśli poczesne miejsce zajmuje krytyka Izraela. Ostatni raz doświadczyłem tego nawet przy szerowaniu tekstu o obrazach południowoafrykańskiej artystki Marlene Dumas (bo są krytyką izraelskiego apartheidu), ale jest to problem od dawna i szeroko raportowany.
Inną tendencją, z którą się zmagam, jest zaprowadzony kilka lat temu oficjalny purytanizm Facebooka. Zmagam się np. za każdym razem z bardzo słabą widocznością większości moich postów powiązanych z Soho Stories, bo Facebook wymacuje szybko ich prawdopodobnie erotyczną zawartość. A przecież ani Facebook nie jest portalem dla dzieci, ani te opowiadania i/lub mikropowieści nie są hardkorową pornografią (i są jedynie tekstami do pobrania w postaci e-booków, nie zawierają żadnych „nieobyczajnych” materiałów graficznych – chyba że wystarczy trochę męskiego torsu na ilustracji ze strony tytułowej, żeby się załapać). Osią każdej z Soho Stories jest jakaś erotyczna relacja lub spotkanie, ale są to opowiastki psychologiczne i socjologiczne zarazem: o jednostkowej emancypacji, o pokonywaniu nieśmiałości, rozczarowań czy uwewnętrznionej homofobii, o zderzeniach tożsamości gejowskiej z innymi parametrami tożsamości; także o Londynie XXI wieku jako o fascynującej społecznej tkance. Ale mechanizmy Facebooka wyczuwają, że coś tam jest o gaciach i tym, co w gaciach, więc starannie chronią większość Waszych wstydliwych oczu przed takim przekazem. To wszystko przy jednoczesnym przedstawianiu się Facebooka jako wielkiego sojusznika społeczności LGBT+.
Jedną z najgorszych „przysług”, jakie wyrządza nam Facebook, jest ta, że ze swoimi arbitralnymi, ale niejawnymi, niewyrażanymi wprost politykami sączy się nam cały stopniowo do głowy, stając się czymś w rodzaju cyfrowego superego, które zmusza nas, byśmy sami już z wnętrza własnej głowy cały czas pilnowali swojego postępowania i odczuwali paranoiczny lęk przed konsekwencjami (dla naszych możliwości komunikacyjnych) takiego czy innego gestu wykonanego na jego platformach.
Kiedy zeskrinowane wyżej komunikaty informowały mnie, że nie mogę szerować własnego posta, bo być może już nie istnieje, przystąpiłem do raportowania błędu, ciekaw, czy może dostanę się (po iluś tam „apelacjach”) do jakiegoś może żywego, nieautomatycznego, ludzkiego moderatora (podobno gdzieś tam istnieją). Ale nagle się przed tym cofnąłem, bo się przelękłem. Czego? Że jak faktycznie się tam już gdzieś dobiję, to może to się dla mnie skończy jeszcze gorzej? Np. żywy moderator uzna, że faktycznie ten mój blog jest politycznie podejrzany, do tego tak bezczelnie kąsam dłoń Facebooka, która mnie łaskawie karmi dostępem do czytelników poprzez swoją platformę – i teraz już nie tylko algorytm, i nie tylko czasem, będzie mi działał na szkodę, ale zostanę może jakoś na stałe oflagowany i moje zasięgi ścięte jeszcze bardziej, już na zawsze i na wszystko? Paranoja? Być może – ale jak jej uniknąć, funkcjonując w tak jak dzisiaj Facebook skonstruowanym środowisku?
Jarosław Pietrzak
- Zobacz też: Zuck przeciwko ludzkości

