Brazylijska przemoc

Najbardziej zdumiewającym wymiarem brazylijskiej przemocy – skali przemocy w Brazylii – wcale nie jest to, jak tej przemocy jest dużo. Najbardziej zdumiewa, że jest jej tak mało. Tak, wszyscy znamy Miasto Boga – powieść Paulo Linsa i film Fernando Meirellesa i Katii Lund, wszyscy znamy Elitarnych Jose Padilhi, wszyscy widzieliśmy w telewizji relację z jakiejś krwawej jatki na ulicach Rio de Janeiro czy São Paulo, strzelaniny w szkole, napadu z bronią, czy wojny między druglordami wciąż sprawującymi władzę w niejednej faweli a jednostkami Policia Pacificadora.

A jednak, mimo wszystko, podtrzymuję: najbardziej zdumiewającym rysem przemocy w Brazylii jest to, jak jej jest niewiele.

miasto boga

Miasto Boga (2002)

Jak zostałem obrabowany

Byłem w Brazylii dwa razy – drugi raz prawie trzy miesiące. Faktycznie, zostałem raz okradziony. Rzecz się miała tak.

Moi znajomi z São Paulo, Péricles i Fabio, zabrali mnie od swojego rodzinnego domu na plaży, w znajdującej się półtorej godziny samochodem od finansowego centrum kraju miejscowości Bertioga. Fabio został w domu, bo nie lubi być długo na słońcu. Ja po sześciu latach życia w Londynie i po zimie poprzedniego roku, która stanowiła w stolicy Albionu, ni mniej, ni więcej, tylko siedem miesięcy mokrych ciemności, byłem wygłodniały słońca, więc razem z Périclesem snuliśmy się po plaży, na której było trochę ludzi, ale rozstrzelonych na jej długości bardzo nierównomiernie. Po jakimś czasie takiego łażenia wzdłóż brzegu, ze stopami podmywanymi wodą, stwierdziliśmy, że wejdziemy na chwilę głębiej do wody. Byliśmy akurat na pustej części plaży, w dość dalekim promieniu nie widać było żywej duszy.

Rozłożyliśmy moją cangę z Salvadoru (canga to to coś, co Brazylijczycy rozkładają na piasku zamiast ręcznika, turystom często sprzedawane są z flagą Brazylii, mozaiką z Copacabany, albo Chrystusem z Corcovado). Na niej położyliśmy torbę, do której Péricles włożył nasze klapki, gdy już byliśmy stopami w wodzie, swoje stare okulary słoneczne i może z sześć czy siedem reais, gdybyśmy chcieli na plaży kupić wodę czy coś. Jest to mniej więcej równowartość dwóch funtów szterlingów. Zostawiliśmy te nasze szpargały kilka metrów od linii brzegu i poszliśmy do wody.

Trzeba było zejść dość daleko od brzegu, bo woda długo była płytka. Cały czas rozmawialiśmy, ale w pewnym momencie obaj obejrzeliśmy się za siebie, za grupą trzech nastoletnich chłopców, przemierzających plażę na rowerach. Przejechali obok naszych rzeczy, jakby otaczając je, z dwóch stron. Obaj pomyśleliśmy „Oh, fuck!”, ale nic nie powiedzieliśmy, bo nie chcieliśmy być za bardzo paranoiczni. Chłopcy odjechali, nie ruszając naszych rzeczy. Nad plażą, niemal nad naszymi głowami, unosił się śmigłowiec policji wojskowej. Odwróciliśmy się ponownie od brzegu wyczekując nadchodzącej fali. Coś nas jednak tchnęło i obaj obejrzeliśmy się znowu za siebie. Jeden z tych trzech chłopców zawrócił. Dwaj stali może kilkadziesiąt metrów dalej. Ten, który zawrócił, zasuwał w stronę naszych szpargałów. Zaczęliśmy krzyczeć i biec do brzegu, ale biegnąc w wodzie nie mogliśmy być ani trochę tak szybcy, jak chłopak na rowerze. Wciąż jadąc, przechylił się, wyciagnął rękę i już zawracał z naszą torbą w garści. Byliśmy już na brzegu, może dziesięć metrów od złodzieja, ale on się szybko oddalał, a Périclesa złapał skurcz w łydce. Chłopak na rowerze zrównał ze swoimi dwoma kolegami i odjechali szybko w trójkę. Widać było, że nie zaglądają, co jest w skradzionej torbie, dopóki nie będą bezpiecznie daleko.

„Co myśmy w ogóle myśleli, biegnąc za nim?” – westchnął Péricles. – „Że go złapiemy i co, będziemy się z nim bić o torbę z klapkami i kilkoma monetami w środku?”

Faktycznie. Cała trójka naszych “złoczyńców” musiała kilka minut później przeżyć pewne rozczarowanie. Na pewno liczyli na coś więcej, jakiś porfel, telefon, ale my nic takiego z rozmysłem nie zabraliśmy na plażę. Frustrujące trochę jednak dla nas było, że to się wydarzyło pod okiem patrolującego plażę helikoptera policyjnego.

To jedyna rzecz, jaka została mi kiedykolwiek w Brazylii skradziona. Klapki były na dodatek stare, kupione jeszcze za czasów poprzedniego pobytu w Brazylii, w 2011 roku. Dni swojej świetności miały już za sobą, bo zabierałem je w międzyczasie na każdy urlop w ciepłe strony. Nosiłem się już z zamiarem ich wyrzucenia i zastąpienia nowymi.

Nie znaczy to, że cała ta historia nie wyrządziła nam krzywdy. Péricles miał tam też swoje okulary przeciwsłoneczne, stare, ale jedyne, jakie zabrał na ów weekend na plaży. No i musieliśmy wracać do domu na bosaka.

Już piasek na plaży, tam gdzie zaczynał się suchy, bo fale już dalej nie docierały, był potwornie gorący, rozpalony lejącym się z nieba żarem. Ale prawdziwy koszmar zaczął się, gdy wyszliśmy z plaży na wyłożoną kostką, a potem betonowymi płytami drogę. Péricles obolały po skurczu w nodze, żaden z nas nieprzyzwyczajony do chodzenia na bosaka po betonie. Francisco w Itaparice nie miał z tym problemu, ale jak powiedział, “na to trzeba lat praktyki”. Desperacko wyszukiwaliśmy wyłaniających się czasem koło krawężnika lub spomiędzy betonowych płytek kępek trawy, staraliśmy się skakać szybciej, gdy w promieniu kilku czy kilkunastu metrów majaczył jakiś nieśmiały, blady trawnik. Ulga była jednak niewielka. O ile trawa miała zwykle temperaturę niższą niż beton, była już do szczętu spalona słońcem, sucha, połamana i twarda, kaleczyła jeszcze dodatkowo nasze poparzone już, czerwone stopy.

Był to chyba najdłuższy kilometr w moim życiu. Kiedy dotarliśmy do domu, wrzuciłem zwłoki moich stóp do basenu i nie wyciągnąłem ich stamtąd przez chyba dwie godziny. Jestem trudny do zdarcia – kiedyś przez trzy tygodnie chodziłem ze złamaną stopą, nie wiedząc, że jest złamana (myślałem, że to tylko lekka opuchlizna spowodowana zwichnięciem) – nocą jeszcze wtarłem w swoje stopy mnóstwo jakiegoś kremu i nazajutrz byłem cały i zdrów. Péricles jednak nie mógł normalnie chodzić przez kilka kolejnych dni, wszystko to bowiem obudziło jakiś starszy, niedoleczony problem w jego stopach.

Oprócz tego byliśmy oczywiście wściekli, że nas taka kretyńska sytuacja spotkała, że się wystawiliśmy na tak głupi łup jakimś młokosom.

Jak na doświadczenie legendarnej “brazylijskiej przemocy” było to jednak niewiele. Nikt do nas nie strzelał, nie groził nożem, nasze straty materialne w skradzionych dobrach były śmiesznej wartości, a obrażenia Périclesa były raczej skutkiem głupiego łańcucha koincydencji, które się w tak przykry złożyły koniec, niż samego aktu dokonanego przez tych przypadkowych chłopców.

Jak już powiedziałem, był to jedyny przypadek, kiedy padłem w Brazylii ofiarą przemocy. Każdy się chyba ze mną zgodzi, że był to przypadek bezprzykładnie niespektakularny; na moim osiedlu w Dąbrowie Górniczej działy się nieraz bardziej sensacyjne wydarzenia. Nie byłem też nigdy świadkiem aktów przemocy skierowanej w stosunku do innych osób, a wybrałem się kiedyś na całą noc do nocnego klubu w faweli w Rio de Janeiro, w innej faweli, słynnej Rocinhi, rządzonej wtedy wciąż przez gangi narkotykowe, nawet się kiedyś zgubiłem.

Przemoc jako rzeczywistość

Ale nie, nie znaczy to wszystko, że w Brazylii nie istnieje problem przemocy i że nic nikomu nigdzie nie grozi. Kto szuka kłopotów, w Brazylii bez większego problemu je znajdzie. Ja nie kusiłem losu i nie zostawiłbym nigdy swojego ukochanego aparatu fotograficznego na plaży, na “kandze”, tak jak z Périclesem zostawiliśmy torbę ze starymi klapkami i sześcioma reais wrzuconymi tam luzem. Nosiłem przy sobie umiarkowane ilości gotówki i najwyżej jedną kartę kredytową. Kiedy po północy robiło się wokół mnie zbyt gęsto, rozglądałem się wokół i rozważałem, czy nie schować jednak mojego canona w plecaku. Ufałem też swojemu instynktowi. Jeśli jakaś ponura ulica w Salvadorze odbijała się dreszczami na moich plecach (a są tam takie ulice – po zmroku tak na mnie działała rua Chile), nigdy więcej nie zapuszczałem się tam po zmierzchu, a już na pewno nie w pojedynkę.

Raz w czasie całego mojego pobytu przestraszyłem się idących w moim kierunku dwóch wysokich młodych mężczyzn, których spojrzenie wywołało u mnie to, co Anglicy nazywają trafnym – jak tak wiele w języku angielskim – słowem unease. Był to ostatni dzień mojego pobytu w Rio, w rękach miałem tego mojego canona, z kartą pamięci pełną zdjęć. Głupio byłoby to stracić tuż przed wyjazdem na lotnisko Galeão. Tym razem nie miałem nawet z sobą plecaka, żeby go gdzieś schować. Miałem wrażenie, że ci dwaj młodzi ludzie wstali na mój widok ze stopni, na których wcześniej siedzieli i zmierzali w moim kierunku. Ponieważ zazwyczaj młodzi brazylijscy mężczyźni wywołują we mnie raczej fascynację – nigdzie nie widziałem tylu tak zabójczo pięknych mężczyzn, jak w Brazylii – niż jakąkolwiek formę lęku, postanowiłem dać wiarę swojemu instynktowi i przyspieszyłem kroku, schodząc im z drogi i znikając z ich radaru.

Ale mimo wszystko, przez cały okres swojej podróży chodziłem z moim canonem wszędzie, gdzie tylko chciałem, nierzadko sam, wielokrotnie włócząc się z nim do późna w noc, w miastach małych i dużych, przytulnych jak Lençóis czy Ouro Preto i słynących – jak Salvador, Rio i São Paulo – z przemocy i ulicznego złodziejstwa, czasem bardzo bezczelnego (w São Paulo opowiadano mi o młodych mężczyznach podjeżdżających na motorach do chodników przy ulicach i wyrywających swoim ofiarom torby czy aparaty fotograficzne, nierzadko odcinając w przelocie nożem paski trzymające je na szyi czy ramieniu pechowego piechura; w filmie Linha de passe Waltera Sallesa i Danieli Thomas możemy zobaczyć, jak wyrywają je z samochodów, w których wybijają szyby). Nic realnie złego nigdy mnie nie spotkało.

police (8)

Policia militar na jednej z ulic Wyższego Miasta w Salvadorze w stanie Bahia

A stranger is a friend you haven’t met yet. To moja ulubiona definicja obcego i lubię trzymać się jej w podroży. Obcy, w każdym razie przez czas mojej podróży przez Brazylię, zwracali mi tę samą monetę. I odwrotnie. Jeśli przestraszysz się chłopaka, bo ma czarną skórę, on nie będzie tak całkiem bez racji, jeśli zapragnie dać ci za to po mordzie i zachować się w sposób, do jakiego go swoją na niego reakcją wezwałeś.

Przyszłym podróżnikom do Brazylii, jeśli potrzebują mniej poetyckiej porady, zalecam zachowywanie się w sposób, który nie kieruje zbyt wiele uwagi na posiadane przez nich wartościowe przedmioty. Jeśli twoja troska o aparat, czy cokolwiek tam nosisz przy sobie, przybiera postać zbyt nerwową, podrywami paniki reagujesz na każdego zbliżającego się człowieka, nerwowo zasłaniasz swój drogocenny obiekt przed widokiem innych, wysyłasz dość jasny komunikat, że cokolwiek tam masz, musi być cholernie drogie: może warto zaryzykować i spróbować ci to zakosić. Ja w nocy zmieniałem mojemu canonowi obiektyw na jasny, fizycznie krótki, bez zmiennej ogniskowej, przeznaczony do zdjęć przy niskiej ilości światła (nie używam flesza), który sprawia, że cały aparat zaczyna wyglądać znacznie bardziej niepozornie; dzięki temu mogłem się zachowywać, jakby był znacznie skromniejszy niż jest w istocie. W miejscach bardzo zatłoczonych, albo po zmroku, gdy mamy przy sobie coś wartościowego, np. aparat fotograficzny, bezpieczniej jest nie pozostawać cały czas w jednym miejscu; lepiej przemieszczać się w tłumie, nie dając potencjalnym złodziejom czasu na oszacowanie dystansu, ryzyka, możliwych podejść i na zorganizowanie samego podejścia do obiektów, które mamy przy sobie.

Przestępczość i przemoc nie są wytworem fantazji radykalnych brazylijskich filmowców, pragnących wstrząsnąć sumieniami swojego społeczeństwa i przekonać je do swoich tez; pewne miejsca są w Brazylii niezbyt bezpieczne. Jak by nie było, Miasto Boga powstało z kompilacji osobistych doświadczeń Paulo Linsa i socjologiczno-antropologicznego materiału testymoniów zgromadzonego przez niego i jego współpracowników w ramach akademickiego projektu badawczego, z którego potem zrodziła się powieść. Innymi słowy, Miasto Boga, powieść i film, zasadniczo ulepione są z faktów i relacji niemal bezpośrednich[1].

W tym samym hostelu w Santa Teresa, w którym i ja przebywałem będąc w Rio – przepiękny hostel Alma de Santa przy rua Andres Belo – zatrzymały się też dwie Angielki, które na dzień przed wylotem z powrotem do Londynu wybrały się na Corcovado, każda ze swoim aparatem, by sfotografować Rio spod stóp betonowej figury Cristo Redentor. Zachowywały sie bardzo rozważnie, bo spod Corcovado wróciły taksówką, tak daleko, jak tylko się dało. Niestety nie dało się pod same drzwi Alma de Santa, bo ulica Andresa Belo nie jest tak naprawdę ulicą, a pnącymi się stromo długimi schodami, z domami po obydwu stronach. Dziewczyny zajechały tą taksówką do samego szczytu tych schodów. Taksówkarz odjechał w swoją stronę, dziewczyny zaczęły schodzić po stopniach w stronę hostelu.

Na stopniach siedziało dwóch młodych mężczyzn, którzy na ich widok wstali. Podeszli do nich, zagrodzili im drogę, postraszyli je bronią – choć najprawdopodobniej była to jakaś atrapa: trwał wtedy Karnawał. Zabrali obydwa aparaty, kartę kredytową i niewielką ilość gotówki, które jedna z dziewczyn miała przy sobie. I błyskawicznie się ulotnili. Najprawdopodobniej do jednej z faweli, które wspinają się na wzgórze niedaleko stamtąd. Roztrzęsione dziewczyny nie mogły pojąć, że to się stało zaledwie kilkanaście kroków od celu, od hostelu, w którym mogły się zamknąć i schronić, ostatniego dnia ich trwającej dwa miesiące z hakiem podróży po kontynencie. Ale uderzyło mnie, jak opisując tę sytuację, podkreślały, że obaj sprawcy byli “czarnymi facetami”, “black guys”… Nie było mnie tam, nie widziałem, ale całkiem możliwe dwaj młodzi negros zobaczyli w oczach turystek strach przed “czarnymi z faweli” i pod wpływem impulsu postanowili je za tę zniewagę ukarać…

Tanya, moja koleżanka z pracy, w czasach kiedy jeszcze pracowałem w firmie internetowej w Londynie, została napadnięta i obrabowana pierwszego dnia w Rio de Janeiro, jeszcze w drodze z lotniska do hostelu. Jest faktem, że ze swymi bardzo jasnymi włosami i germańskim typem urody Tanya wygląda tak bardzo gringo, że bardziej już nie można. Innym faktem jest, że turystki są w Brazylii znacznie bardziej narażone na napady rabunkowe niż ich koledzy płci męskiej. Napastnicy niemal nigdy nie szukają zaczepki, okazji do bitki ani uszkodzeń ciała. Jeśli ryzykują kradzież czy napaść na turystę – a jest to jednak spore ryzyko, bo policja w Brazylii jest uzbrojona po zęby, lubi czasem pokazowo zademonstrować, że turyści są w tym kraju bezpieczni i do chłopców z faweli strzela bez wahania – jest to zwykle motywowane pragnieniem odniesienia szybkiej, jednorazowej korzyści materialnej. Zawsze istnieje prawdopodobieństwo, że zdrowo wyglądający mężczyzna, tym bardziej ich grupa, będzie się trochę skuteczniej bronił (tak, w każdym razie, rozumują).

Dobry aparat fotograficzny wart jest w Brazylii pół lub nawet półtora roku pracy, jeśli zarabia się minimalne wynagrodzenie, a że w Brazylii nie wszyscy są włączeni w obieg gospodarki formalnej, wielu ma do dyspozycji nawet mniej niż oficjalne wynagrodzenie minimalne. Na dodatek sprzęt elektroniczny, smartfony Apple’a czy laptopy wszystkich marek są w Brazylii nawet kilka razy droższe niż w USA czy Europie Zachodniej. Odpowiada za to fenomen, który w biznesie nazywają podobno Brazilian opportunity, ‘brazylijską okazją’ – te same firmy, które sprzedają te dobra znacznie taniej w Europie czy w Ameryce Północnej, w Brazylii naliczają wielokrotnie większe marże, bo wąska grupa najbogatszych Brazylijczyków gotowa jest zapłacić tyle, w zamian za prestiż, w zamian za możliwość demonstrowania, że ich na to stać; wielkim biznesom mechanizm ten pozwala osiągać ten sam zysk przy sprzedaży znacznie mniejszej ilości sztuk, czyli mniejszym wysiłkiem. Wielu brazylijskich nastolatków wie, że ich rodzice nigdy nie odłożą tyle pieniędzy, że sami, sprzedając piwo i wodę na plaży też nigdy nie zarobią tyle, żeby te przedmioty znalazły się w zasięgu ich ręki. Tanya została zaatakowana z użyciem bezpośredniej fizycznej przemocy. Marcos Vinicios, piękny dwudziestopięciolatek z Niterói, pracujący w Rio (Niterói to miasto po drugiej stronie zatoki, nad którą leży Rio de Janeiro i drugiej stronie mostu, który tam prowadzi z Rio), zorientował się tylko, podziwiając jedno z karnawałowych blocos, że złoty naszyjnik w kształcie serca zniknął z jego szyi, ktoś go zerwał.

Przemoc jako fantazja

Czasami można odnieść wrażenie, że to sami Brazylijczycy najbardziej panikują i najbardziej straszą przyjezdnych brazylijską przemocą i przestępczością, malując obraz kraju, w którym na każdym kroku na przybysza z zewnątrz czyha jakieś zagrożenie. Nikt tak często jak Brazylijczycy nie będzie ci odradzał zabrania gdziekolwiek aparatu fotograficznego czy laptopa; Brazylijczycy będą o krok od doradzenia ci, żebyś najlepiej w ogóle nie wyciągał aparatu, bo z aparatem to nigdzie nie jest tak naprawdę bezpiecznie.

Brazylijczycy są ludźmi bardzo serdecznymi i wielu z nich motywuje realna troska o twój dobrostan, nawet jeśli dopiero co cię poznali.

Wielu Brazyliczykom doskwiera też coś w rodzaju nerwicy na tym punkcie. Péricles powiedział mi, że kiedyś przestał w ogóle oglądać w telewizji i czytać w prasie bieżące wiadomości, bo już nie mógł spać od tego, że cały czas relacjonują mu jakieś akty przemocy. Problem z tymi relacjami polega na tym, że kreują one wyolbrzymione i skrzywione wrażenie kraju, w którym dzień powszedni każdego mieszkańca to poszukiwanie przesmyków pomiędzy strzelaniną, napadem z bronią w ręku, agresywną awanturą a, powiedzmy, wypadkiem samochodowym.

“To jest wielki kraj, pół kontynentu, prawie dwieście milionów ludzi. A ogólnokrajowa telewizja i gazety relacjonują każdy napad, każdy strzał z pistoletu, każdego szaleńca czy frustrata, któremu coś odbiło gdzieś na drugim końcu kontynentu, w Amazonii czy w Pernambuco. Wyobraź sobie, że w angielskiej telewizji relacjonują ci każde morderstwo, każdy śmieszny napad na prowincjonalny bank dokonany w całej Europie, gdzieś na obrzeżach Norwegii, w jakimś mieście na Węgrzech, w Estonii i Bóg wie gdzie jeszcze. Można by było zwariować, no nie?”

Większość Brazylijczyków, ile by nie narzekali na korupcję polityków i bezczelność, z jaką kraj eksploatują jego oligarchiczne elity, kocha Brazylię i jest z niej dumna, zwłaszcza z jej dorobku kulturalnego, z globalnej rozpoznawalności jego kultury, oraz z jego naturalnego, tak różnorodnego piękna (jak to sformułowali autorzy jednego z przewodników Lonely Planet: „każdy Brazylijczyk jako swój obraz raju na Ziemi wskaże inne miejsce, niemal na pewno będzie to jednak gdzieś w granicach Brazylii”). Oni by po prostu bardzo chcieli, żeby każdy odwiedzający Brazylię wywiózł stamtąd tylko dobre wspomnienia i spędził resztę życia, opowiadając krewnym i znajomym, jak tam było wspaniale.

Brazylijczycy z klasy średniej z kolei często mają znacznie bardziej ambiwalentne podejście. Trawi ich poważny kompleks, że Brazylia nie spełnia standardów świata cywilizowanego wyznaczanych przez rozwinięte kraje Zachodu i kulturę ich klas średnich; to niespełnianie standardów wywołuje u nich dziwny miks emocji, od irytacji i gniewu po zażenowanie i wstyd. Oni ostrzegają przybysza przed zagrożeniami czyhającymi na każdym kroku w dzikim, wciąż tak mało ucywilizowanym kraju. Jednocześnie robią to w tym celu, żeby przybyszowi, wdrożonemu tymi opowieściami do wzmożonej czujności i szczególnej ostrożności, ostatecznie nic się nie stało, a wizerunek kraju w jego oczach został jako tako ocalony, ostatecznie bardziej pozytywny niż ten, który wyłaniał się z dozowanych mu opowieści grozy; bardziej pozytywny niż ten, na który go przygotowywano.

Przy całej niewątpliwej skali przemocy w Brazylii, pozostaje wciąż zdumiewającym faktem, że przemocy jest w Brazylii, w regularnych międzyludzkich interakcjach, mimo wszystko tak niewiele. W czasie Karnawału w Rio de Janeiro największe zdumienie gringos wywołuje to, że przy tylu milionach pijanych i pijących jeszcze więcej ludzi, którzy wędrują w blocos, tańczą i bawią się na ulicach całego wielkiego miasta, większość uczestników i obserwatorów tego zbiorowego szaleństwa nie spotyka się z żadnymi zachowaniami agresywnymi, wszyscy są niezwykle serdeczni i po prostu bawią się razem. Teraz wyobraźmy sobie million pijanych Polaków czy Anglików na ulicach jednego miasta…

Brazylijczycy mają wszelkie obiektywne powody do agresji i do wybuchów przemocy.

Przemoc i nierówności

Pod względem ekonomicznym Brazylia pozostaje “najbardziej niesprawiedliwym krajem na najbardziej niesprawiedliwym kontynencie”. Według danych z 2011 roku w ręce górnego kwintyla społeczeństwa (20% uzyskujących najwyższe dochody Brazylijczyków) trafia wciąż 57% całości dochodów brazylijskiej gospodarki, zaledwie 3% mniej niż dziesięć lat wcześniej. Dolny kwintyl społecznej drabiny dochodów, 20% najmniej zarabiających Brazylijczyków, uzyskuje zaledwie 3% całości dochodów generowanych przez swoją narodową gospodarkę. Na kontynencie, który cały rozdarty jest drastycznymi ekonomicznymi nierównościami, Brazylię charakteryzują nierówności gorsze jeszcze niż w większości państw regionu. Współczynnik społecznych nierówności (Gini index) wynosi w Brazylii 0.529 (dane wciąż za rok 2011)[2]. Jest to jeden z najbardziej dramatycznych wyników na świecie.

Brazylia, z tak ogromnymi bogactwami naturalnymi, jest jedniocześnie trzecim po Chinach i Indiach państwem z największą populacją zamieszkującą slumsy, zwane tam fawelami. Mają one lokalną specyfikę, lokalne cechy charakterystyczne – przede wszystkim są bez porównania lepiej zbudowane niż shanty towns w innych częściach świata, bo wiele z nich założyli „na dziko” wykwalifikowani robotnicy budowlani. Slumsy pozostają jednak slumsami, nawet kiedy są trochę lepiej zbudowane. Wedle danych podawanych – na podstawie ONZ-HABITAT i innych źródeł – przez Mike’a Davisa, mieszkańców faweli było jeszcze niedawno 51,7 mln, co stanowiło 36,6% ludności kraju[3]. W Chinach slumsy zamieszkuje według tych samych zestawień 37,8% ludności, w Indiach 55,5%.

Chociaż rządząca Partido dos Trabalhadores chwali się, że prowadzona przez nią polityka podniosła w ciągu dekady status materialny ponad 70 milionów ludzi, część wyprowadzając ze skrajnej biedy, część z biedy przenosząc w domenę tego, co w Brazylii uchodzi za klasę średnią (z reguły awans ma miejsce do tamtejszej “niższej klasy średniej”), to pewną rolę w entuzjastycznym tonie tych statystyk odgrywa jednak fakt, jakich w nich użyto miar biedy i skrajnej biedy. Brazylijskie statystyki wyjątkowo nisko ustawiają ich oficjalne progi. Lena Lavinas z Instytutu Ekonomii Universidade Federal de Rio de Janeiro zauważyła, że gdyby brazylijscy ekonomiści (i politycy) stosowali tę samą metodologię, której używa się teraz w Unii Europejskiej (próg biedy wyznaczając na poziomie 50% mediany dochodów), jako żyjących w biedzie trzeba by policzyć aż 40% populacji Brazylii, 70 milionów Brazylijczyków. Na dodatek sama ta mediana dochodu na głowę wynosi w Brazylii zaledwie śmieszne 466 reais miesięcznie, przybliżona równowartość zaledwie 240$[4]. Koszty życia w Brazylii nie należą przy tym do najniższych na świecie, w miastach mogą być porównywalne do Europy, a miasta, które – jak São Paulo czy Brasília – koncentrują w sobie największą władzę polityczną i ekonomiczną, są po prostu bardzo drogie, drogie nawet na zachodnią kieszeń. Ogólnie rzecz ujmując, Brazylia jest najdroższym pod względem kosztów utrzymania państwem w Ameryce Południowej.

pelourinho (42)

Bezdomny śpiący pod dawnym pręgierzem, przy którym biczowano niewolników, na placu przed kościołem św. Franciszka w Salvadorze

Między przemocą a nierównościami społecznymi związek istnieje najzupełniej bezpośredni, jest on też jak najbardziej przyczynowo-skutkowy[5]. Najwyższe miejsca w niesławnych rankingach przestępczości zajmują zawsze i niezmiennie państwa z najwyższym współczynnikiem Giniego. Nierówności kreują frustracje i gniew, które eksplodują nieraz w zupełnie przypadkowych “krótkich spięciach”. Nierówności generują agresywną rywalizację o ograniczone zasoby pomiędzy tymi, którym na drabinie dochodów przypadły  najniższe pozycje. Mechanizmy narastania przemocy i produkcji przestępczości w takich warunkach fenomenalnie pokazują najwybitniejsze brazylijskie favela movies, takie jak Miasto Boga, Linha de passé, Elitarni, Ostatni przystanek 174, oraz filmy dokumentalne, jak Autobus 174. Nierówności popychają w stronę organizacji przestępczych, które nierzadko oferują biednym młodym mężczyznom odciętym od dróg społecznie uznawanego awansu społecznego jedyną drogę do awansu przynajmniej ekonomicznego, nierzadko też najlepszą dostępną im formę kapitału społecznego, bo proponują struktury wzajemnej lojalności, ochrony (przed przemocą innych), i tak dalej.

David Harvey trafnie kiedyś określił też przestępczność jako “prywatyzację redystrybucji”. Nierówności na taką skalę są manifestacją nieistnienia lub porażki realnej polityki ekonomicznej redystrybucji. Pozwalają nielicznym przejmować kontrolę nad coraz szerszymi zasobami bogactwa społecznego, kosztem wyzyskiwanej i wykluczonej z dostępu do tych zasobów większości. Wówczas nierzadko najbardziej dynamiczne jednostki, najbardziej zdeterminowane, by zmienić swój los, nieskłonne tak po prostu zaakceptować swoje liche położenie i jego ideologiczne alibi wciskane im przez uprzywilejowanych (za pośrednictwem mediów, szkoły, Kościoła), biorą sprawy w swoje ręce i przemocą redystrybuują część bogactwa zawłaszczonego przez dominującą ekonomicznie mniejszość. Wielu z nich, gdyby żyło w lepszym („mniej nikczemnym”) świecie, byłoby całkiem prawdopodobnie najbardziej wartościowymi członkami swoich społeczności, wnoszącymi w ich życie nawięcej energii oraz społecznej i ekonomicznej aktywności, asertywność i dynamiczne poszukiwanie rozwiązań.

Brazylijczycy mają wszelkie powody, by być znacznie bardziej agresywnymi, niż są w rzeczywistości. Mają wszelkie powody, by wybuchać użyciem przemocy znacznie częściej i na szerszą skalę, niż im sie to rzeczywiście zdarza. Chłopiec z faweli ma wszelkie powody (i swego rodzaju prawo) rzucać kamieniami w okna luksusowego apartamentowca, którego mieszkańcy odgradzają się od niego i jemu podobnych, a także od odpowiedzialności za nich i za całość społeczeństwa, murem i drutem kolczastym (lub nawet drutem z żyletkami, które po prostu porozcinałyby ciało potencjalnego intruza!); którego mieszkańcy plują mu w twarz swoimi ekonomicznymi przywilejami i swoim pragnieniem fizycznego i symbolicznego odseparowania się od reszty swojego społeczeństwa.

W swojej masowej większości, Brazylijczycy są ciepłymi, przyjaznymi ludźmi, ciekawymi każdego przybysza z daleka, z miejsca zaprzyjaźniającymi się z dopiero co spotkanymi ludźmi. Ich stosunek do otaczającego ich świata społecznego zdefiniowany jest zasadą serdeczności (cordialidade) i przesiąknięty rodzajem ciepłego, zapraszającego do fizycznej i emocjonalnej bliskości, zuniwersalizowanego, adresowanego jakby do całego świata, polimorficznego erotyzmu. Poszczególne lokalne i klasowe wspólnoty nasycone są także pokładami pewnej spontanicznie reprodukującej się, nieprawdopodobnie cierpliwej solidarności, które zapobiegają rozwiązaniom agresywnym oraz chronią te społeczności i ich przedstawicieli przed rozwiązaniami przemocowymi i wybuchami agresji.

capoeira (218)

capoeirista z Salvadoru znany jako Negro Drama

Dlatego, kiedy porzucone przez klasę panującą, coraz bardziej zatłoczone fawele, stoczyły się po równi pochyłej przemocy gangów handlujących narkotykami, Brazylijczycy nie przyjęli tego jak zmian pór roku – że tak to już jest, że ludzie się od czasu do czasu zabijają na ulicy. Pomimo dekad ignorowania całego tego zestawu problemów przez rządzących i elity ekonomiczne, które odpowiedziały jedynie wymianą zamków w drzwiach i symbolicznym obsikaniem swojego terytorium przez zwiększenie liczby pracowników ochrony, większość społeczeństwa była wstrząśnięta rozwojem wypadków tak znakomicie sportretowanych przez Linsa a potem Meirellesa w obydwu (powieściowej i filmowej) tekstualnych odsłonach Miasta Boga. Popularność zwłaszcza filmu, a także udział tej popularności w doprowadzeniu do pierwszego wyborczego zwycięstwa Luli i Partii Pracowników, dowodzą, do jakiego stopnia problem był dla większości Brazylijczyków – zwłaszcza tych, którzy nie mogli się pozamykać w miejskich twierdzach z prywatną ochroną – palący.

Za mało przemocy…

Tak więc – najbardziej zdumiewającym wymiarem przemocy w Brazylii jest wbrew pozorom to, jak jej jest niewiele.

Ale na tym nie koniec. Największym związanym z brazylijską przemocą problemem jest to… że jest jej za mało. Że Brazylijczycy tak rzadko się do niej uciekają: wtedy, kiedy absolutnie należałoby się do niej uciec, pod adresem tych, którzy byliby odbiorcami słusznego gniewu. Że tak łatwo oddają całą przemoc w ręce elit ekonomcznych, wykonawców ich politycznej woli i stojącej na flankach ich stanu posiadania policji. Że za mało jest takiej pięknej, demokratycznej, niemal rewolucyjnej przemocy, jaka ogólnospołeczną energią wylała się na ulice 350 brazylijskich miast w czerwcu, i w lipcu 2013 roku, zanim została zdominowana przez „antykorupcyjne” centrum.

Pięknej demokratycznej, zbiorowej przemocy, skierowanej przeciwko symbolom przywilejów klas panujących.

Reżyser i scenarzysta Karim Aïnouz powiedział kiedyś[6], że jeden z głównych powodów, dla których zainteresowała go postać João Francisco dos Santosa, głównego bohatera jego wspaniałego filmu Madame Satã, leżał w tej właśnie przestrzeni semantycznej. João (we wspaniałej kreacji fascynującego Lazaro Ramosa), wraz ze swą estradowo-karnawałową personą, był dla Aïnouza atrakcyjną i pociągającą odpowiedzią na ten właśnie, charakteryzujący unikających konfrontacji Brazylijczyków, tak przywiązanych do tradycyjnej cordialidade (serdeczności), deficyt agresywnej asertywności. João, kiedy mu się coś nie podobało, kiedy ktoś uzurpował sobie prawa do dominowania nad nim, kiedy ktoś z pozycji władzy – przewagi ekonomicznej (jak w przypadku zatrudniających go miernych artystów kabaretowych), czy monopolu na usankcjonowaną przemoc (jak w przypadku policji), przewagi symbolicznej (jak w przypadku patrzących nań krzywo heteroseksualnych mężczyzn) – to robił sceny, wrzeszczał, dawał w pysk, a nawet strzelał. Konsekwentnie rujnował sobie w ten sposób życie, ale własna godność i własna podmiotowość były dla niego ważniejszymi stawkami.

Do takiej właśnie przemocy odwołuje się Czarny Blok, którego aktywiści działają w przestrzeni publicznej, włączając się w akcje protestacyjne zalewające kraj od czerwca 2013 roku, przy użyciu widowiskowych, zamierzonych aktów wandalizmu. Uważają oni (dość podstawnie), że żadne inne formy protestu nie robią najmniejszego wrażenia na władzy, nie przyciągają też zainteresowania dziennikarzy mainstreamowych mediów, o których mają jak najgorsze zdanie[7]. Nazywają swoje działanie „przemocą performatywną”. Ubrani na czarno młodzieńcy z twarzami pozasłanianymi chustami, trzymający się za ręce, by sprawniej stawiać opór próbującej ich rozbić policji, pojawili się w czerwcu 2013 roku na ulicach dwóch najważniejszych, jeśli idzie o stopień oddziaływania ogólnonarodowego, miastach Brazylii: São Paulo i Rio de Janeiro. Szukali konfrontacji z policją, wybijali okna w oddziałach banków, niszczyli inne symbole globalnego kapitalizmu. W październiku 2013 roku osłaniali swoimi kordonami demonstracje studentów przed przemocą policji. Pozostają ruchem nielicznym (jednorazowo taki „Czarny Blok” liczy na demonstracji w dużym mieście około 50 do 100 osób), raczej marginalnym na tle całości zorganizowanych ruchów protestu, jednak zdołali zająć poczesne miejsce w dyskursie dominujących środków masowego przekazu, zdeterminowanych, by zwalczać ten radykalnie antyautorytarny, antyburżuazyjny i antyelitarystyczny ruch.

Układ sił pomiędzy poszczególnymi klasami społecznymi Brazylii oraz koniunktura ekonomiczna znajdują się obecnie w realnym impasie. Rządząca wciąż PT tkwi w potrzasku właściwych peryferiom kapitazmu ograniczeń burżuazyjnej formalnej demokracji liberalnej oraz wyraźnego wyczerpania się możliwości wzrostu ekonomicznego i poprawy sytuacji mas ludowych bez uderzenia w wielką własność brazylijskiej oligarchii. Wielką własność, na straży nienaruszalności której stoi niekwestionowany przez PT porządek prawny liberalnej demokracji. Jedyne sytuacje, w których PT odważyła się, przy użyciu upolitycznionej siły, uderzyć we własność wielkiej brazylijskiej burżuazji, miały miejsce, kiedy federalne siły zbrojne uderzyły na wykorzystujące pracę niewolniczą plantacje na najbiedniejszym północnym wschodzie kraju (Nordeste). Były to więc sytuacje, w których wielcy właściciele ziemscy w jaskrawy sposób gwałcili podstawy samego porządku burżuazyjnego: zasadę formalnej wolności stron kontraktu (w tym umowy o zatrudnienie) czy minimum uczciwej konkurencji (ich koszty produkcji były niższe niż plantatorów, którzy zatrudniali pracownikom i płacili im regularne wynagrodzenie).

Wielka brazylijska burżuazja nie śpi i odczuwa na swoich bankowych saldach napięcia wynikające ze spowolnienia tempa brazylijskiego wzrostu, a tym samym i procesów akumulacji kapitału. Wielokrotnie w swojej i swojego kraju historii dała jasno do zrozumienia, że nie brzydzi się militarnej i policyjnej przemocy, kiedy potrzebuje odzyskać pełnię kontroli nad procesami ekonomicznego podziału bogactwa i przenieść koszty stagnacji na tych, którzy i tak mają najmniej, wracając na drogę pogłębiania rozdzierających kraj ekonomicznych nierówności. To, co wielka brazylijska burżuazja przedstawiała jako “konserwatywną modernizację” lat 60. i 70., większość świata bez wahania klasyfikowała jako faszystowską dyktaturę.

Jeżeli Brazylijczycy – cała ich większość nie zamieszkująca penthouse’ów Ipanemy ani otoczonych drutem kolczastym pałaców – nie potraktują wydarzeń z czerwca 2013 jako jedynie próby kostiumowej dla większej i bardziej zdecydowanej mobilizacji; jeżeli nie przypomną sobie na czas o możliwości (i konieczności) zastosowania politycznie wyartykułowanej kolektywnej przemocy skierowanej w tych, którzy najbardziej ich wyzyskują, to ci, którzy ich wyzyskują, mogą przypomnieć sobie pierwsi i znów kolektywnie, przy użyciu militarno-policyjnego aparatu represji, uderzyć w tych, których wyzyskują.

Banco de SP

Wieżowiec Banco de São Paulo

Przypisy

[1] Roberto Schwarz, Paulo Lins’ Novel ‘Cidade de Deus’, przeł. (z port. na ang.) John Gledson [w:] City of God in Several Voices. Brazilian Social Cinema as Action, red. Else R.P. Vieira, Nottingham: CCCP 2005, s. 5-12; przedrukowane w: Roberto Schwarz, Two Girls and Other Essays, red. Francis Mulhern, London-New York: Verso 2012, s. 223-234.

[2] Lena Lavinas, 21st Century Welfare, “New Left Review” nr 84, listopad-grudzień 2013, s. 31-32.

[3] Mike Davis, Planeta slumsów, tłum. Katarzyna Bielińska, Warszawa: Książka i Prasa, 2009, s. 39.

[4] L. Lavinas, dz. cyt., s. 31.

[5] Zob. np. Richard Wilkinson, Kate Pickett, Duch równości. Tam, gdzie panuje równość, wszystkim żyje się lepiej, Warszawa: Czarna Owca, 2011.

[6] Demetrios Matheou, The Faber Book of New South American Cinema, London: Faber and Faber 2010, s. 191-201.

[7] Esther Solano Gallego i Paulo Rogério Lugoboni, The story of the unsung heroes: Black Bloc Brazil, ROAR Magazine, http://roarmag.org/2014/06/brazil-black-bloc-protests/

Jarosław Pietrzak

Tekst pochodzi z ebooka Notes brazylijski (2015), dostępnego do pobrania na platformie Gumroad.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

 

Reklamy

Al Dżazira na celowniku Saudów

Na początku czerwca Arabia Saudyjska skłoniła swoich sojuszników w Zatoce Perskiej (Zjednoczone Emiraty Arabskie i Bahrajn) oraz swoje państwa klienckie (Egipt, szczątkowe rządy Jemenu i Libii) do zerwania wszelkich stosunków i zapoczątkowania międzynarodowej izolacji swojego maleńkiego sąsiada. Rzekomym powodem drastycznych kroków, wśród których znalazła się próba odcięcia Kataru od dostaw żywności, było „finansowanie przez Katar międzynarodowego terroryzmu”. Przedłużający się okres przedziwnej szarady, w okresie którego Saudowie odkładali przedstawienie konkretnych żądań czy postulatów, pokazał Rijadowi, jego przyjaciołom i klientom, że oprócz takich globalnych potęg jak Malediwy, Komory i Mauretania, świat nie rwie się specjalnie do udziału w tym przedsięwzięciu. Donald Trump pobredził sobie przez chwilę na Twitterze, ale przecież to w Katarze Stany Zjednoczone mają swoją największą bazę wojskową w Zatoce Perskiej. Nie udało się zaszantażować nawet tak upadłego państwa jak Somalia, która odmówiła udziału w tym cyrku choćby za cenę utraty saudyjskiej „pomocy finansowej”.

Kiedy Saudowie przedstawili w końcu konkrety – listę trzynastu żądań i termin ich realizacji – można było odnieść kilka różnych wrażeń. Jedno było takie, że Saudowie usiłują zepchnąć na Katar ciężar odpowiedzialności za coś, w czym sami mają znacznie większy udział: sponsorowanie salafickich organizacji siejących terror na Bliskim Wschodzie i poza nim. Ale jest też inne – że niektóre zarzuty i żądania wypocono na siłę, żeby na dłuższej liście przymaskować trochę to, jak bardzo Saudów i emirów w Abu Zabi, Dubaju i Szardży skręca z powodu Al Dżaziry, globalnego imperium medialnego założonego przez ówczesnego emira Kataru szejka Hamada bin Chalifę as-Saniego w drugiej połowie lat 90. XX wieku.

Al Dżazira znaczy Półwysep

Kiedy emir próbował rozkręcić Al Dżazirę, akurat upadł kanał BBC Arabic. Była to spółka joint venture brytyjskiego nadawcy publicznego i saudyjskiego kapitału medialnego. Miała nadawać po arabsku i trzymać się standardów dziennikarskiego i produkcyjnego profesjonalizmu wyprowadzonych z BBC. Umowa z Saudyjczykami zawierała klauzule o redakcyjnej wolności, prezentowaniu rozmaitych opinii, punktów widzenia różnych stron, o prawie do krytyki rządów, o udzielaniu głosu opozycji. Umowa umową, ale Saudyjczycy kontrolowali przekaźniki, przez które sygnał satelitarny trafiał do odbiorników w całym świecie arabskim. Kiedy na antenę BBC Arabic trafili przedstawiciele opozycji wobec monarchii w Rijadzie, saudyjska strona tej joint venture wyłączyła po prostu przekaźniki. BBC i saudyjska korporacja Orbit zerwały wtedy umowę. 150 dziennikarzy i innych znakomicie wyszkolonych profesjonalistów znalazło się bez pracy.

Zbiegło się to w czasie z marzeniami szejka Hamada o odegraniu historycznej roli większej niż rozmiary jego malusieńkiego królestewka, roli, która odpowiadałaby bogactwom, zgromadzonym przez jego państewko za sprawą złóż gazu i ropy. Jedną z możliwości Hamad widział w rozwoju mediów, które w świecie arabskim były w owym czasie wyjątkowo żenującymi tubami propagandowymi teokratycznych monarchii i sklerotycznych dyktatur regionu. Katar miał już swoją własną państwową telewizję, Qatar Broadcasting Corporation, ale chodziło o coś zupełnie innego, o kanał satelitarny zwracający się do całego świata arabskiego, dla którego Katar, w sensie swoich rozmiarów, był jak mały palec wystający z boku Półwyspu Arabskiego (nazwa Al Dżazira oznacza właśnie Półwysep, w domyśle Arabski). Zwolnieni przez umarłą przedwcześnie BBC Arabic dostali propozycje pracy dla nowego nadawcy satelitarnego z siedzibą w Ad-Dauha. Częścią oferty była redakcyjna wolność na wzór tej obiecanej im wcześniej przez BBC Arabic.

Szejk Hamad na brak pieniędzy nie narzekał, na odpalenie Al Dżaziry wyłożył więc 137 milionów dolarów, w formie kredytu, który miał sfinansować jej funkcjonowanie przez pierwszych pięć lat. Plan zakładał, że w tym okresie stanie się dochodowym przedsięwzięciem komercyjnym.

Ale nadawca musiał stawić czoła ograniczeniu, jakim jest dostępność częstotliwości, na których można na różną skalę nadawać. W początkowym okresie Al Dżazira musiała się zadowolić słabszym transponderem – saudyjskie korporacje satelitarne, od których wszystko zależało w domenie arabskich kanałów satelitarnych, nie chciały jej dać nic lepszego. Dopóki kolejny zbieg okoliczności nie sprawił, że jeden z kanałów, dostarczany na potężniejszy transponder z Europy, przez France Telecom, przełączył nagle – wskutek pomyłki człowieka lub błędu technicznego – film animowany dla dzieci na pół godziny ostrego porno z zupełnie innego źródła. Nie tylko Saudyjczycy wpadliby w szał. Saudyjczycy wpadli, pozrywali umowy i uwolniła się częstotliwość, którą zdobyła Al Dżazira.

Miles Al Jazeera

Al Dżazira rosła, nadawała coraz więcej godzin programu, zdobywała coraz większą widownię w całym świecie arabskim – widownię zaskoczoną jej profesjonalizmem, nowoczesnością, różnorodnością opinii, którym udzielała głosu, opinii wielokrotnie krytycznych wobec ich władców i rządzących. Mottem Al Dżaziry zostało: „Opinia – i inna opinia”. Na porządku dziennym były wywiady i talk shows z udziałem przedstawicieli opozycji wobec Domu Saudów. By przekroczyć bariery różnic pomiędzy lokalnymi dialektami języka arabskiego, językiem antenowym został klasyczny, literacki arabski, znany każdemu w miarę wykształconemu człowiekowi od Maroka po Oman.

Istniała taka legenda, że arabscy dziennikarze mieli w Al Dżazirze prawo krytykować wszystkie arabskie reżimy, tak długo, jak długo nie mówią nic złego o Katarze. Hugh Miles, brytyjski dziennikarz, syn ambasadora w Arabii Saudyjskiej, autor książki opisującej historię powstania i pierwszych lat Al Dżaziry (wydanej w 2005), podważał tę opinię, wyliczając przypadki krytyki rządu katarskiego na antenie Al Dżaziry, a także wskazując na zawarte w umowach z członkami zarządu klauzule chroniące ich przed interwencjami w linię redakcyjną ze strony emira czy jego rządu. Katarska polityka była słabo obecna w programach Al Dżaziry przede wszystkim dlatego, że od początku miała to być telewizja panarabska, poruszająca tematy, które interesują międzynarodową arabską publiczność. Z takiej perspektywy polityka w Egipcie, Arabii Saudyjskiej, Iraku, sprawa palestyńska przez większą część czasu zajmowały naturalnie więcej miejsca niż sprawy maleńkiego emiratu.

Jeżeli Al Dżazira miała od początku być elementem dyplomacji kulturalnej Kataru, to bardziej w ten sposób, że miała umieścić ten kraj na mapie świata, sprawić, że wszyscy o nim słyszeli, pozwolić władcom Kataru prowadzenie polityki międzynarodowej niezależnej od Arabii Saudyjskiej i „boksowanie powyżej własnej kategorii wagowej”. Gdyby była jeszcze jedną propagandową tubą kolejnego arabskiego rządu, nigdy by tego nie osiągnęła – takich telewizji Arabowie od Fezu przez Kair po Abu Zabi mieli pod dostatkiem.

Jest jednak możliwe, że taka rola Al Dżaziry, jako instrumentu soft power, finansowanego niezależnie od własnej nierentowności, wyszła dopiero „w praniu”, tzn. w konsekwencji jej wielkiego sukcesu. Udzielony na pierwszych pięć lat funkcjonowania kredyt zakładał, że Al Dżazira stanie się po prostu dochodowym, samofinansującym się biznesem. Nigdy się nim nie stała, zawsze była deficytowa, pomimo swojej ogromnej popularności. Dom Saudów, pod krytyką dziennikarzy Al Dżaziry, zapraszających na antenę przedstawicieli saudyjskiej opozycji, w ramach zemsty i prób perswazji nałożył na katarskiego nadawcę rodzaj międzynarodowego embarga reklamowego. Nie tylko Saudyjczycy niczego tam nie reklamowali, ale też grozili zagranicznym firmom, że karą za reklamy na antenie Al Dżaziry będzie bojkot ich produktów i zrywanie kontraktów w Arabii Saudyjskiej (największy pod względem siły nabywczej rynek w świecie arabskim).

Po pierwszych pięciu latach okazało się, że Al Dżazira wciąż jest deficytowa, ale emir widział w niej już takie korzyści symboliczne i dyplomatyczne, że od tamtej pory subwencjonował ją nieprzerwanie. Kiedy w Tunezji i Egipcie zaczęła się arabska wiosna, Al Dżazira przedstawiała się już oficjalnie jako katarski nadawca publiczny, tym tłumacząc, co ją różni od amerykańskich nadawców komercyjnych takich jak Fox News czy CNN – skąd się wzięła różnica między sukcesem, jakim były jej relacje z Tunezji i Egiptu, a porażką, jaką na tym froncie poniosły wielkie media amerykańskie.

Okres heroiczny

Okres heroiczny w historii Al Dżaziry zaczął się w roku 1998, kiedy to jej dziennikarze przełamali monopol zachodnich nadawców na dostarczanie wiadomości z frontu pierwszej amerykańskiej inwazji na Irak. Ale Zachód o Al Dżazirze usłyszał dobrze dopiero w 2001 roku, przy okazji nadanej przez nią taśmy Osamy Bin Ladena, w której komentował ataki z 11 września. Wtedy to na Zachodzie zaczęły się szerzyć opinie, że Al Dżazira „sprzyja terrorystom”.

W pierwszej dekadzie XXI wieku, kiedy zachodni nadawcy redukowali liczbę swoich korespondentów zagranicznych, cięli koszty, obniżając coraz bardziej swoje profesjonalne standardy, Al Dżazira dynamicznie rosła. W szczytowym momencie miała blisko sto biur na całym świecie, a więc mniej więcej w co drugim państwie, jak podają Mohamed Zayani i Sofiane Sahraoui, jej organizacja była silnie zdecentralizowana, poszczególne biura regionalne cieszyły się ogromną swobodą redakcyjną i produkcyjną, także w zakresie wydatków – gdy działo się coś ważnego, gdzie warto być pierwszą ekipą telewizyjną, obowiązywała zasada „jakby co, Ad-Dauha zapłaci wszystkie rachunki”. Odsprzedaż oryginalnych materiałów agencjom i innym telewizjom stała się jednym z głównych źródeł dochodów Al Dżaziry.

zayani sahraoui al jazeera

Al Dżazira była zawsze z Palestyńczykami, każdą izraelską agresję relacjonując ze strony palestyńskiej. Palestyńczycy, którzy są najlepiej wykształconym arabskim społeczeństwem, bywali najbardziej nadreprezentowaną grupą wśród personelu katarskiej telewizji. Palestyńczyk Wadah Khanfar, współpracujący z tą telewizją od jej wczesnych lat, relacjonujący dla niej z Afganistanu i Iraku, został nawet w 2003 jej dyrektorem zarządzającym, a w 2006 dyrektorem generalnym całego imperium medialnego Al Dżaziry.

W czasie wojny w Afganistanie, Al Dżazira była jedynym nadawcą telewizyjnym, który miał dziennikarzy – i biuro – w bombardowanym kraju. Samo biuro też zostało przez Amerykanów zbombardowane, podobnie jak biuro w Iraku w czasie drugiej amerykańskiej inwazji. Zginęło kilku dziennikarzy. Nie były to pomyłki, bo Amerykanie znali lokalizacje biur prasowych, a jak wiemy już od dawna, w okresie wojny w Iraku George W. Bush i Tony Blair rozmawiali nawet o tym, czy by nie zbombardować także głównej siedziby nadawcy w Katarze, żeby uciszyć w końcu jej nieprzerwaną krytykę anglosaskiej „interwencji” w Zatoce Perskiej.

Niedawno wyszło na jaw, że prezydenta USA do zbombardowania głównej siedziby Al Dżaziry podjudzał następca tronu Abu Zabi, Mohamed bin Zayed, co pokazuje, od jak dawna katarski nadawca stoi teokratycznym monarchiom w Zatoce Perskiej kością w gardle. W istocie krytyczny coverage Al Dżaziry doprowadził już wcześniej do kilku kryzysów dyplomatycznych. Arabia Saudyjska, siedem innych państwa arabskich i Etiopia co najmniej raz wycofały przy jakiejś okazji swojego ambasadora w Katarze, domagając się czy to interwencji w jej linię redakcyjną, czy to po prostu całkowitego zamknięcia telewizji przez emira. W okolicy jednego z tych incydentów emir powiedział podobno, że Al Dżazira ma dla Kataru większą wartość niż cały jego korpus dyplomatyczny. Saudyjczycy doszli w końcu do wniosku, że wygrać z Al Dżazirą mogą tylko na jej własnym podwórku, tzn. budując dla niej równie nowoczesną i profesjonalną konkurencję, zmuszoną do przyjęcia wyższych standardów dziennikarskich. Tak powstała (w 2003) Al Arabija, nadająca z Abu Zabi, ale oparta o kapitał saudyjski.

Pierwszą dekadę obecnego stulecia Al Dżazira zamknęła jako największa pod wieloma względami telewizja informacyjna na świecie, z największą liczbą reporterów i najbardziej międzynarodowym, mówiącym dziesiątkami języków personelem. Jej logo – będące kaligraficznym zapisem samej nazwy – znalazło się w pierwszej dziesiątce najbardziej rozpoznawanych w skali globalnej znaków towarowych. Dawno przestała być tylko jednym kanałem, przeistaczając się w całą grupę mediów – w 2006 odpaliła Al Jazeera English i jej serwis internetowy, powstały kanały tematyczne (sportowy, poświęcony filmom dokumentalnym; w kolejnych latach – kanał egipski i bałkański, aplikacja mobilna i „wiralowy” serwis internetowy AJ+, a także nieudana próba wejścia na rynek amerykański, Al Jazeera America).

al jazeera mubasher misr

Arabska Wiosna

Wybuch arabskich rewolucji w Tunezji i Egipcie przyniósł kolejne wielkie chwile Al Dżaziry, która relacjonowała wydarzenia na okrągło, z samego ich środka, nie ukrywając sympatii dla społeczeństw, które porwały się, by obalić reżimy Mubaraka i Ben Alego. Kiedy Hugh Miles pisał w swojej książce, że to Al Dżazira zmobilizowała społeczeństwo Arabii Saudyjskiej do masowych aktów solidarności ze zmagającymi się z izraelską okupacją Palestyńczykami, wbrew ich władcom, którzy od dawna układali się pod stołem z rządami Izraela, ignorując cierpienia Palestyńczyków, niektórzy wskazywali to jako jeden ze słabych punktów jego książki, argumentując, że nie przedstawił wystarczających argumentów o przyczynowo-skutkowych związkach między tymi erupcjami a dziennikarstwem Al Dżaziry. W okresie rewolt w Tunezji i Egipcie nie dało się już jednak nie dostrzegać, że relacje Al Dżaziry pokazały wszystkim arabskim społeczeństwom, jak wiele goryczy i frustracji jest im wspólnych, niezależnie od tego, pod którym stetryczałym wojskowym czy średniowiecznym monarchą konkretnie żyją, a to musiało odegrać rolę mobilizacyjną.

Kiedy jednak wiatry arabskiej wiosny rozniosły się dalej, w Al Dżazirze coś się wyraźnie zmieniło – w odniesieniu do wydarzeń w Libii i Syrii. Jakby dynastia as-Sanich postanowiła w końcu wykorzystać zaufanie i wiarygodność zbudowane przez kilkanaście lat funkcjonowania Al Dżaziry, by w tych dwóch przypadkach w bezwstydny sposób ich nadużyć i forsować regionalne interesy Kataru. Jak dokładnie to się stało, to temat na wielkie dochodzenie – dziennikarskie, medioznawcze, polityczne. Czy był to rezultat centralnych wytycznych, czy specyficznego doboru reporterów i redaktorów? Jakie znaczenie miały zmiany u szczytu władzy w Katarze – przygotowania emira Hamada do odstąpienia władzy swojemu synowi (co nastąpiło w 2013)? Do jakiego stopnia zadziałał tu spadek po liberalnej tradycji BBC, z której wywodził się założycielski trzon personelu Al Dżaziry – wyobraźnia polityczna à la BBC ma skłonność do sprowadzania polityki zawsze do powierzchownej opozycji między „dyktaturą” a „demokracją”, „reżimem” a stawiającym mu opór „społeczeństwem obywatelskim”, niezależnie od tego, jaką realną treścią te kategorie są wypełnione np. w kontekście gry imperializmów i stosunków dominacji pomiędzy państwami.

Tak czy owak, w odniesieniu do Libii i Syrii przekaz katarskiej telewizji podejrzanie zszedł się z przekazem prowojennych korporacyjnych mediów amerykańskich, narracja Al Dżaziry rymowała się podejrzanie ze śpiewką zachodniej koalicji od „wymiany reżimów”. Al Dżazira bezkrytycznie powtarzała fabrykowane przez otoczenie Hillary Clinton, ówczesnej sekretarz stanu USA, pomówienia o rozdawanej żołnierzom Kaddafiego viagrze (żeby gwałcili) i innych monstrualnych, jak się często później okazało, nieprawdziwych zbrodniach sił „reżimowych”. Al Dżazira odegrała swoją rolę w rozpowszechnianiu nigdy nie potwierdzonych doniesień o stosowanej przez Baszszara al-Asada przeciwko cywilom broni chemicznej. Prezentowała jako „demokratyczną opozycję” czy „umiarkowanych rebeliantów” salafickich dżihadystów, których organizacje prowadziły jednocześnie kampanie o znamionach ludobójstwa przeciwko ludności niesunnickiej, i ktoś w Al Dżazirze musiał o tym wiedzieć. Kolportowała i uwiarygodniała szemrane materiały niezwykle podejrzanych Białych Hełmów (wiele wskazuje, że propagandowego odgałęzienia al-Kaidy, finansowanego przez wywiady Wielkiej Brytanii i USA w nadziei na obalenie Asada) jako rzetelne relacje i dowody wydarzeń, choć wiarygodność ich materiałów wideo została wielokrotnie więcej niż podważona. W obydwu wojnach, w Libii i w Syrii, Katar był stroną, zaangażowaną z różnych powodów w „wymianę reżimu”, szczególnie w przypadku Syrii liczącą na korzyści z takiej wymiany (gazociąg przez jej terytorium, którego rząd Asada nie chciał, faworyzując alternatywny projekt z Iranem i Rosją).

Bilans

Libia i Syria, w mniejszym stopniu okresowe łagodzenie przekazu na temat monarchii saudyjskiej (w okresach nadziei Kataru na poprawę stosunków z Rijadem) – są plamami na kartach historii Al Dżaziry. Teraz, kiedy obecny kryzys może się zakończyć jej zupełną likwidacją lub poważnymi zmianami w jej linii programowej, nie powinniśmy jednak zapomnieć o jej kartach wspaniałych.

Przez te dwie dekady z hakiem Al Dżazira wstrząsnęła światowym rynkiem telewizyjnym i obiegiem informacji. Nie tylko podważyła hegemonię Zachodu w światowym obiegu informacji, ale – jak powiada Hugh Miles – w znacznym stopniu odwróciła kierunek jej przepływu: ze Wschodu na Zachód, z Globalnego Południa na Północ (nikt nie miał w XXI wieku więcej międzynarodowych korespondentów niż Al Dżazira). Wywróciła propagandową wojenną narrację Stanów Zjednoczonych i ich sojuszników o Afganistanie i Iraku. Relacjonowała to, czego zachodnie i arabskie media relacjonować nie chciały. Wstrząsnęła kulturą arabskich mediów masowych bezprecedensowo poszerzając możliwości wypowiedzi i debaty publicznej na tematy polityczne i obyczajowe. Historycy powiedzą kiedyś, że odegrała jedną z kluczowych ról w wielkim przełomie, jaki dokonał się w światowej opinii publicznej na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat w odniesieniu do sprawy palestyńskiej, podminowując skutecznie i na taką skalę jak nikt przed nią propagandową narrację Izraela, że to on jest ofiarą, która tylko się broni. Al Jazeera English programowo udostępniała swój czas antenowy głosom i punktom widzenia niedoreprezentowanym w mainstreamowych mediach na Zachodzie, a więc głosom lewicowym, antywojennym, antyimperialistycznym, czy ekonomicznie heterodoksyjnym. Dziennikarze Al Dżaziry dali przez minione dwie dekady dowody nie tylko wielkiego profesjonalizmu, ale też niezwykłego poświęcenia, prawdziwego heroizmu w imię docierania do prawdy – w Iraku i Afganistanie ponieśli śmierć, w Egipcie po zamachu stanu el-Sisiego trafili do więzienia, w którym siedzą do dzisiaj (a Al Dżazira jest tam zresztą obecnie zakazana). Al Dżazira wyprodukowała, zleciła lub zakupiła od niezależnych twórców niezwykłe bogactwo filmów dokumentalnych prezentujących problemy i punkty widzenia świata arabskiego oraz Globalnego Południa w ogóle.

Niezależnie od tego, co się z nią stanie w konsekwencji obecnego kryzysu w Zatoce Perskiej, Al Dżazira przejdzie do historii jako jedno z największych i najbardziej przełomowych instytucjonalnych osiągnięć kulturalnych końca XX i pierwszych dekad XXI wieku. Jej zamknięcie lub skrępowanie będzie wielką szkodą dla wolności słowa i prawa do informacji, dostarczając natychmiastowej wymówki dla obniżenia standardów przez dotychczasową konkurencję Al Dżaziry.

A historia Al Dżaziry może być punktem wyjścia dla refleksji na znacznie ogólniejsze tematy. O tym, że w epoce dominacji wielkiego, skoncentrowanego, zglobalizowanego kapitału telewizja może najprawdopodobniej być albo dobra, albo na siebie zarabiać – te dwie rzeczy są być może nie do pogodzenia. O tym, że w takich warunkach każde medialne przedsięwzięcie, które chce mieć jakiś wpływ na rzeczywistość, jest zawsze uwikłane w stosunki władzy i grę potężnych sił – kapitału lub władzy politycznej. Że dziennikarze, podobnie jak inni twórcy, muszą czasem podjąć wielkie moralne ryzyko i próbować robić swoje, wypełniać swoje zadanie, nawet gdy przedsięwzięcie, do którego przystępują, jest gdzieś głęboko, na dnie, produktem wybujałego ego jakiegoś absolutnego monarchy czy rozpasanego miliardera, albo zostanie kiedyś nadużyte tak, jak wiarygodność Al Dżaziry wobec Libii i Syrii. Jeżeli chcą uczynić świat lepszym miejscem, dziennikarze i inni twórcy muszą czasem obstawiać i takie zakłady…

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się 12 lipca 2017 na łamach portalu Strajk.eu.

Zobacz też: Imperium kulturalne Kataru.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Manifest Partii Pracy

Na tydzień przed oficjalnym ogłoszeniem do mediów wyciekł tekst Manifestu wyborczego Partii Pracy pod przewodnictwem Jeremy’ego Corbyna. Ponieważ tekst, zatytułowany For the many not the few (Dla wszystkich, nie dla nielicznych) wyciekł do prawicowego „The Telegraph” i od dawna jawnie anty-Corbynowskiej BBC, wyciek jest być może kolejnym epizodem „wojny domowej” w szeregach Labour Party, kolejną świnią podłożoną Corbynowi przez blairystowskie skrzydło partii. Uważa się, że głównym autorem 43-stronicowego dokumentu jest Seumas Milne, były publicysta m. in. „The Guardian”, odpowiedzialny w sztabie Corbyna za komunikację.

O ile sam wyciek przed oficjalnym ogłoszeniem ostatecznego kształtu dokumentu jest dla partii wizerunkowym obciachem, a „The Telegraph” opatrzył swoje rewelacje złowrogimi komentarzami o tym, że Corbyn „zabierze kraj z powrotem do lat 70.”, to już sam tekst Manifestu bynajmniej nie musi zaszkodzić Labour. Właśnie dlatego jest przedmiotem takiego ataku, że jeśli zostanie przez Brytyjczyków uważnie przeczytany, może znacząco podnieść szanse Labour w wyborach.

Autorzy tekstu wyszli z założenia, że jak długo na czele Labour stoi socjalista z prawdziwego zdarzenia, wielkie korporacyjne media będą jej nieprzychylne i nic tego nie zmieni, dlatego w zasadzie zrezygnowali z prób przypodobania się im, stawiając raczej na mocny przekaz, który będzie szukał społecznego poparcia z dala od mediów głównego nurtu, za to np. za pośrednictwem mediów społecznościowych, które są prawdziwą przestrzenią komunikacji zwolenników Corbyna.

Partia zamierza zrenacjonalizować nie tylko koleje – o tym Corbyn mówił od dawna – ale także pocztę (Royal Mail, sprywatyzowaną przez rząd Davida Camerona) i sektor energetyczny. Choć w Polsce brzmi to jak bluźnierstwo, są to plany niezwykle popularne wśród Brytyjczyków. Prywatyzacja kolei uczyniła transport kolejowy w Wielkiej Brytanii najdroższym i jednym z najgorzej zorganizowanych w Europie.

Manifest obiecuje spektakularne zwiększenie inwestycyjnej roli państwa w gospodarce (250 miliardów funtów przez dziesięć lat), stworzenie banków inwestycyjnych na poziomie narodowym i regionalnym, które mają interweniować tam, gdzie banki komercyjne zawodzą i odpowiedzieć na potrzeby obszarów kraju od dziesięcioleci niedoinwestowanych. Labour zamierza przeprowadzić wielkie inwestycje infrastrukturalne, między innymi w poprawę infrastruktury internetowej, wyjątkowo kiepskiej w porównaniu z innymi gospodarkami na podobnym poziomie uprzemysłowienia. Labour obiecuje też, że do roku 2030 60% energii będzie pochodziło w Wielkiej Brytanii ze źródeł odnawialnych, planując wielką ekologiczną transformację tego sektora.

Ma też zamiar przeznaczyć 3% PKB na badania naukowe i rozwój, a także docelowo zmienić strukturę zatrudnienia, zwiększając udział miejsc pracy o charakterze wysoko wykwalifikowanym, tak żeby stanowiły one 60% miejsc pracy. Obecnie względnie niski w porównaniu z innymi krajami europejskimi poziom bezrobocia idzie niestety w parze z masowo pogarszającą się jakością większości miejsc pracy – nie wymagająca wysokich kwalifikacji praca w usługach, coraz gorzej płatna (przeciętne wynagrodzenia od lat spadają, są dziś o prawie 10% niższe niż niecałą dekadę temu, gorszy spadek miał w Europie miejsce tylko w zrujnowanej kryzysem Grecji). Labour obiecuje też znieść opłaty za studia na państwowych uczelniach.

Labour zamierza podnieść podatki dla 5% najlepiej zarabiających i wyposażyć Fiskusa w instrumenty ścigania i ściągania podatków od podmiotów, które usiłują się od tego na różne sposoby wykręcać. Znów inaczej niż w Polsce, gdzie przeciętny Kowalski dał sobie wmówić, że podatki to samo zło i to przez nie nie został jeszcze milionerem, sprawiedliwość podatkowa jest ważnym elementem współczesnej brytyjskiej świadomości politycznej, unikanie podatków jest szeroko potępiane, pragnienie, żeby z tym procederem coś w końcu zrobić – powszechne.

Jeżeli chodzi o stanowisko w sprawie imigracji, Labour deklaruje sprzeciw wobec restrykcji. Nie będzie żadnych „targetów” ograniczania liczby imigrantów. Jest to zwycięstwo linii Diane Abbott, jednej z najbliższych współpracowniczek Corbyna, która podkreślała od dawna, że ograniczanie imigracji zawsze idzie w parze z ograniczeniem mobilności pracowników na miejscu, celem wymuszenia na nich przyjmowania pogarszających się warunków. Jeżeli inni nie mogą przyjechać za pracą do twojego miejsca zamieszkania, szybko okazuje się, że twoje prawo opuszczenia tego miejsca w poszukiwaniu lepszych warunków i perspektyw, jest nieodłączną drugą stroną medalu.

Labour zamierza wprowadzić zasadę, że kontrakty rządowe przysługiwałyby wyłącznie przedsiębiorstwom, w których najwyżej zarabiający otrzymują nie więcej niż dwudziestokrotność najniżej w nich zarabiających (obecnie w wielu firmach w Wielkiej Brytanii stosunek ten wynosi ponad 300:1).

W kwestii Brexitu Partia Pracy obiecuje, że wyprowadzi Wielką Brytanię z Unii Europejskiej tylko pod warunkiem wynegocjowania umowy z Brukselą. Inaczej niż konserwatywna premier Theresa May, która mówi, że wystąpi z Unii nawet, gdy nie wynegocjuje porozumienia, po prostu zrywając wszystkie umowy z Unią.

Brexit jest jednym z przedmiotów wywołujących rozgoryczenie ogromnej części zwolenników Labour Party. Kiedy nowa premier May przyjęła kurs na „twardy Brexit”, wielu zwłaszcza młodych ludzi oczekiwało po Partii Pracy opozycji wobec Brexitu, wskazując m. in. na jego prawdopodobne negatywne konsekwencje dla gospodarki i dla miejsc pracy. Corbyn postanowił jednak przyjąć wynik referendum i sprzeciwiać się jedynie kształtowi Brexitu, jaki chcą mu narzucić Torysi. Dlaczego i czy ma rację? Pospekulujmy na podstawie tego, co wiemy o przekonaniach Corbyna – i jego bliskiego współpracownika Johna McDonnella, odpowiedzianego w gabinecie cieni za gospodarkę.

Po pierwsze, wynik referendum można rozumieć jako przejaw kryzysu legitymizacji współczesnej demokracji liberalnej: ludzie zagłosowali za wystąpieniem, by po raz pierwszy od neoliberalnej transformacji poczuć realny wpływ na zmianę polityki, wyrazić swoje niezadowolenie – i żeby sprawdzić, czy ich głos choć tym razem zostanie wysłuchany. Gdyby teraz odrzucić Brexit, pogłębiłoby to jeszcze bardziej ten kryzys, bo pokazałoby społeczeństwu, że ma prawo głosu tylko wtedy, gdy zagłosuje „właściwie” (po całej serii dotyczących UE referendów zlekceważonych przez europejskie klasy polityczne, gdy ich rezultaty okazywały się „niepożądane”). Byłaby to woda na młyn dla prawicowych populistów grających na takich resentymentach.

Ci, którzy wskazują na katastrofę ekonomiczną, do której doprowadzi Brexit, wydają się zakładać, że jeśli uda się uniknąć Brexitu, uda się uniknąć gospodarczej katastrofy. Tymczasem przed nami jest tylko kryzys, niezależnie od Brexitu. Uniknięcie Brexitu nie unieważni prawa malejącej stopy zysków. Uniknięcie Brexitu odsunie tylko katastrofę o dwa lata, być może zwiększając jej rozmiary, bo dając strukturalnym problemom więcej czasu na nabrzmiewanie. McDonnell wielokrotnie mówił, że jest marksistą i jako marksista wie, w jak poważnym strukturalnym kryzysie akumulacji się obecnie znajdujemy. W takich warunkach tylko przejęcie przez państwo roli aktywnego inwestora i nacjonalizacja kluczowych przemysłów mogą wyprowadzić świat na prostą. Corbyn i McDonnell wiedzą, że w ramach Unii Europejskiej taka polityka napotka poważne przeszkody ze strony instytucji unijnych i postrzegają być może wystąpienie z Unii jako ich jedyną szansę na wyłamanie się z paradygmatu neoliberalnego, trochę na zasadzie, że jeżeli nie teraz, to być może nigdy. Prawdziwe pytanie byłoby raczej o to, czy program wyłożony w Manifeście jest wystarczająco radykalny (nie zawiera nacjonalizacji banków i instytucji finansowych).

Manifest podejmuje też problemy polityki międzynarodowej, stwierdzając m. in., że Labour nie wyśle nigdy wojsk na wojnę, jeśli nie wykorzystane zostały wszystkie dostępne środki dyplomatyczne. Zawiera otwartą krytykę zachodniej polityki zwłaszcza na Bliskim Wschodzie i w Zachodniej Azji oraz deklarację solidarności z aspiracjami Palestyńczyków.

Manifest Labour, w socjaldemokratycznym stylu ambitny, zawiera jasną wizję społeczeństwa bardziej sprawiedliwego i inwestującego we własną przyszłość, w tym w aktywną politykę klimatyczną. Przemawia do aspiracji zwłaszcza młodych ludzi najbardziej ograniczonych w swoich życiowych możliwościach wskutek spustoszenia neoliberalizmem. Będzie bezlitośnie atakowany w prasie, ale ma szanse na zdobycie Labour wyborców. Jeszcze nic nie jest przesądzone – Theresa May rozpisała wybory w momencie, kiedy Partia Konserwatywna miała nad laburzystami 20 punktów procentowych przewagi w sondażach. Ale już zaczęła te punkty tracić. Żeby móc głosować, masowo rejestrują się ludzie młodzi – a to wśród nich Corbyn ma największe poparcie. Jeśli tylko frekwencja wśród tych poniżej 35 roku życia będzie wysoka, ich głosy mogą odegrać decydującą rolę. Jego postulaty i proponowana przez niego polityka cieszą się znacznie szerszym poparciem niż on sam jako polityk. Poza tym Wielka Brytania ma jeden z najbardziej zniekształcających wyniki systemów wyborczych – do większości miejsc w Parlamencie wcale nie potrzeba większości głosów, jest to swego rodzaju loteria.

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się 15 maja 2017 na łamach portalu Strajk.eu.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Europejczycy, Polacy i Brexit

13 marca izba niższa brytyjskiego parlamentu odrzuciła poprawki proponowane do ustawy o wystąpieniu Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej przez Izbę Lordów. Poprawki, które miały na celu wprowadzenie minimalnych gwarancji zabezpieczających prawną sytuację obywateli państw Unii Europejskiej już żyjących w Zjednoczonym Królestwie. Tak więc żadnych takich gwarancji nie będzie. Jest to zwycięstwo konserwatywnego rządu Theresy May, który – wszystko na to wskazuje – od dawna zamierzał używać żyjących w Wielkiej Brytanii Europejczyków jako karty przetargowej w negocjacjach z Unią, grając jednocześnie na ksenofobicznych nastrojach ożywionych na Wyspach w okresie poprzedzającym czerwcowe referendum.

Motywacja tak cynicznego podejścia rządu jest aż śmiesznie prozaiczna: ani premier May ani nikt w jej gabinecie nigdy nie miał w zanadrzu, nawet „na wszelki wypadek”, żadnego realistycznego, złożonego z konkretów, planu, jak w praktyce przeprowadzić proces wystąpienia z UE. Łamy brytyjskiej prasy wielokrotnie zanosiły się śmiechem nad wyciekami wewnętrznej rządowej korespondencji, z której jasno wynikało, że nikt tam nie ma za bardzo pomysłu, co właściwie robić. (W pewnym momencie wyciekł nawet email domagający się zatrzymania tej fali wycieków). 15 marca, na przesłuchaniu przed specjalną komisją parlamentarną sekretarz rządu ds. Brexitu David Davis przyznał, że rząd nie przygotował żadnych ekonomicznych symulacji czy analiz, jakie byłyby gospodarcze konsekwencje wyjścia Wielkiej Brytanii z UE, gdyby nie udało się wynegocjować umowy handlowej między Londynem a Brukselą (co wcale nie jest niemożliwe, biorąc pod uwagę, jak obsesyjnie Theresa May mówi o „twardym Brexicie” i jaki ma wstręt do czynienia ustępstw). Do jakiego stopnia rząd w Londynie traci kontrolę nad sytuacją świadczą też głosy wzywające w Szkocji i Irlandii Północnej do referendów w sprawie wystąpienia tych części Wielkiej Brytanii ze Zjednoczonego Królestwa. Szkoci i Irlandzycy chcą bowiem pozostać w UE.

Według Office for National Statistics (tutejszy urząd statystyczny) w Wielkiej Brytanii żyje 3,3 miliona obywateli innych państw Unii Europejskiej, ok. 5% populacji Zjednoczonego Królestwa, z czego największą grupę stanowią przybysze z Polski, prawdopodobnie ponad 830 tys.

Wynik referendum z czerwca 2016 roku spowodował, że żyjący w Wielkiej Brytanii Europejczycy, żeby się zabezpieczyć, zaczęli masowo składać w Home Office (brytyjskie Ministerstwie Spraw Wewnętrznych) wnioski o prawo do stałego pobytu. Dotyczy to także ludzi żyjących tutaj już od nawet od dwudziestu czy trzydziestu lat, na podstawie ich praw jako obywateli państw członkowskich UE. Od wielu miesięcy krążą spekulacje, że Home Office zażądało od swoich pracowników zwiększenia odsetka wniosków odrzucanych. Można czasem odnieść wrażenie, że urzędnicy wykorzystują byle pretekst, żeby wniosek odrzucić. Już kilka razy w ciągu roku zmieniły się formalne zasady składania takich wniosków i wymaganych załączników, wygląda też na to, że wiele zależy od usposobienia urzędnika rozpatrującego wniosek.

Adi (265)

Kiedy ja składałem własny, miałem w pamięci relacje znajomych, którzy zrobili to rok wcześniej, i oni musieli wykazać przy użyciu dokumentów (wyciągów bankowych, dokumentów podatkowych, dokumentów od pracodawców, dat każdego pobytu poza granicami Wielkiej Brytanii) ostatnie pięć lat swojego pobytu w Wielkiej Brytanii. Mnie to już nie obowiązywało, Home Office zażądało ode mnie takiej szczegółowej dokumentacji za całe osiem lat mojego życia w Londynie. Kiedy ja składałem swój wniosek (latem 2016), formularz internetowy, pozwalający uniknąć wypełniania ponad osiemdziesięciostronicowego formularza papierowego, był niedostępny. Niedawno został ponownie aktywowany, a od znajomych, którzy złożyli wniosek w lutym tego roku, dowiedziałem się, że lista wymaganych załączników już zdążyła się po raz kolejny zmienić i od nich wymagano już znacznie mniej szczegółowej dokumentacji. Niestety, mój wniosek został w międzyczasie (procedura trwała pół roku) odrzucony, i to pomimo iż mój małżonek (tak, małżonek) jest obywatelem brytyjskim.

W grudniu 2016 prasa pisała o obywatelce Holandii, która żyła w Wielkiej Brytanii przez 24 lata, założyła tu rodzinę i urodziła dzieci, ale w odpowiedzi na wniosek o prawo do stałego pobytu otrzymała z Home Office pismo nakazujące jej wyprowadzkę z Wielkiej Brytanii. Innym głośnym przypadkiem był niemiecki naukowiec, pracownik akademicki, który dowiedział się od urzędnika Home Office, że powinien zacząć się rozglądać za opcjami wyjazdu. W marcu „The Independent” pisał o emerytowanej francuskiej nauczycielce po siedemdziesiątce, żyjącej w Wielkiej Brytanii od 1974 roku. Home Office odmówił jej prawa do stałego pobytu, udzielając jednocześnie wskazówki, że jeśli wykupi prywatne ubezpieczenie zdrowotne, to będzie mogła złożyć ponowny wniosek za pięć lat. W jej wieku! Na spotkaniu z francuskim deputowanym Christophe’em Prematem staruszka powiedziała, że rozumie tę decyzję w jeden sposób: jej wniosek odrzucono, bo jako emerytka z problemami zdrowotnymi będzie „obciążeniem” dla systemu opieki zdrowotnej.

W styczniu „The Guardian” pisał, że rząd najwyraźniej implementował politykę „rozmyślnej wrogości” wobec cudzoziemców z innych krajów UE, żeby ich zastraszyć i wepchnąć w stan długotrwałej niepewności, na którym gabinet Theresy May będzie grał, rozmawiając z Brukselą.

Wyłożone na początku 2017 roku aktualne stanowisko rządu Theresy May jest takie, że prawem do przebywania w Wielkiej Brytanii dysponuje obecnie każdy obywatel dowolnego kraju Unii Europejskiej, który w Wielkiej Brytanii pracuje, jest samozatrudniony lub posiada „kompletne ubezpieczenie zdrowotne”. Osoby, które utraciły pracę, studenci, niepracujący małżonkowie obywateli brytyjskich, znaleźli się wszyscy w niepewnej sytuacji. Owo „kompletne ubezpieczenie zdrowotne” jest swego rodzaju wytrychem znalezionym przez urzędników premier May w słownictwie i sformułowaniach dyrektyw unijnych, wciąż Londyn obowiązujących. W przeciwieństwie do innych krajów UE publiczny system opieki zdrowotnej w Wielkiej Brytanii nigdy nie opierał się na systemie ubezpieczeń a na powszechnym, uniwersalnym dostępie wolnym dla każdego w potrzebie. Sformułowanie o „kompletnym ubezpieczeniu zdrowotnym”, w innych krajach oznaczające płacenie właściwych ich systemom składek zdrowotnych, w Wielkiej Brytanii nie wiadomo właściwie, co konkretnie oznacza, i dlatego stało się wygodnym orężem złośliwych urzędników Home Office.

Urzędnicy najczęściej mówią, że ten warunek spełni każdy, kto wykupi prywatne ubezpieczenie zdrowotne pokrywające wszystkie potencjalne choroby, ale nie istnieje żadna oficjalna prawna czy rządowa definicja, do której można się w takiej sytuacji odnieść i mieć pewność, że obowiązuje wszystkich. Prywatne ubezpieczenia zdrowotne mogą kosztować kolosalne pieniądze w przypadku osób w zaawansowanym wieku lub już zmagających się z ciężkimi chorobami. Oferowane przez firmy ubezpieczeniowe polisy posiadają też zwykle jakieś listy wyjątków i nie obejmują chorób, na które ubezpieczony już cierpi w momencie wykupywania polisy. W takiej sytuacji od kaprysu urzędnika rozpatrującego wniosek może zależeć, czy takie ubezpieczenie uzna za wystarczające, czy nie. Już znane są przypadki, że ubezpieczenie wyłączające choroby stwierdzone u ubezpieczonego przed wykupieniem ubezpieczenia zostało uznane jako „niekompletne”, nie pomogły nawet sądy.

Jeśli wierzyć doniesieniom prasowym, rząd, póki co, nie poszukuje aktywnie i systemowo obcokrajowców, którzy nie pracują, nie są samozatrudnieni ani nie mają „kompletnego ubezpieczenia” celem ich wydalenia, urzędnicy nie inicjują też sami kroków sprawdzających ich status. Byłoby to zresztą ogromne zadanie, to ponad trzy miliony ludzi. Jak dotąd urzędnicy zajmują się głównie statusem tych, którzy złożyli wniosek o prawo do stałego pobytu. Ale nigdy do końca nie wiadomo, furtka jest otwarta. W ostatnich tygodniach wyszło na jaw, że Home Office zaczęło używać tej prawnej sztuczki celem systematycznej deportacji z Wielkiej Brytanii osób bezdomnych pochodzących ze wschodnich krajów Unii Europejskiej, w tym Polski. Sprawa ma posmak moralnego skandalu, gdyż urzędnicy zwerbowali do współpracy niektóre organizacje charytatywne pracujące z bezdomnymi, wykorzystując zaufanie, jakie ich personel ma wśród dotkniętych bezdomnością. Zamiast zgodnie ze swoimi statutami pomagać im wyjść z bezdomności, organizacje te włączyły się w bezduszny rządowy program wykorzystujący dramatyczną sytuację życiową tych osób, żeby zadowolić obsesję premier May na punkcie zmniejszenia imigracji.

Wygląda na to, że okres „rozmyślnej wrogości” organów państwa w stosunku do cudzoziemców, związanego z tym chaosu i niepewności, może potrwać nawet dwa lata i nie wiadomo, co dokładnie czeka nas na jego koniec.

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się (pod tytułem Co czeka Polaków po Brexicie) w „Tygodniku Faktycznie”, nr 13 (39)/2017.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Na zdjęciach: Adi Ionita.

London fog night

Salvador: Kultura jako gospodarka – na peryferii peryferii

Miejsce na liście ‘Światowego Dziedzictwa Ludzkości’ UNESCO to pocałunek śmierci. Kiedy etykietka zostanie już przyklejona, miasto zaczyna oddawać ducha; jest gotowe na wypchanie. Takie miastobójstwo – straszne słowo – nie jest dokonywane rozmyślnie. Wręcz przeciwnie, popełniane jest w najlepszej wierze i przy najszlachetniejszych intencjach: by zachować – w nienaruszonym stanie – ‘dziedzictwo’ ludzkości. Samo słowo już coś wskazuje, ‘zachować’ znaczy zabalsamować, zamrozić, uchronić przed rozkładem wynikającym z upływu czasu; ale tutaj oznacza także zatrzymywanie czasu, unieruchomianie obiektu niczym w fotografii, chronienie go przed wzrostem i zmianą.

Marco D’Eramo[1]

Pierwsza stolica Brazylii

Brazylijski ekonomista Ladislau Dowbor podkreśla na kartach Demokracji ekonomicznej, że Brazylia jest krajem, w którym współistnieją z sobą środowiska ekonomiczne z różnych epok i stadiów rozwojowych kapitalizmu[2]. Ultrawspółczesna gospodarka oparta na wiedzy, komunikacji, środkach przekazu i operacjach finansowych z centrum w São Paulo współistnieje z wciąż żywymi pozostałościami starszych cyklów gospodarczych, starszych formacji kapitalistycznych, czy też może peryferyjno-kapitalistycznych, które wciąż trwają w innych częściach kraju, zwłaszcza na od dawna w znacznym stopniu ekonomicznie porzuconym, wciąż i ponownie „zapominanym” obszarze brazylijskiego Północnego Wschodu (Nordeste)[3]. Ludzie wciąż pracują tam na wielkich, należących do najbogatszych brazylijskich rodzin, plantacjach wytwarzających podstawowe produkty rolne z przeznaczeniem na rynki światowe. Na niektórych z tych plantacji wysłane przez prezydenta Lulę wojsko jeszcze w XXI wieku wyzwalało ludzi pracujących tam w warunkach faktycznego niewolnictwa.

Salvador, stolica stanu Bahia, pierwsza, historyczna stolica kraju z czasów, kiedy powstał on jako kolonia portugalska, jest takim miastem, które zastygło w swojej przeszłości. Miasto zbudowane kiedyś na eksploatacji niewolników na okolicznych plantacjach, wraz z całym stanem Bahia ekonomicznie potem porzucone, gdy zmieniły się relacje między surowcami na rynkach światowych. Baianos (mieszkańcy stanu Bahia) i soteropolitanos (mieszkańcy Salvadoru) byli od tamtej pory konsekwetnie omijani przez kolejne fale modernizacyjnych ambicji, gdy te zabierały się od czasu do czasu za ekonomiczne struktury największego kraju Ameryki Południowej celem „nadgonienia zacofania”.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Ale odkąd, niosąc cierpienie i przemoc, Europejczycy przekuli cały świat w nowoczesny system-świat kapitalizmu[4], pozostawanie jakiegoś miejsca zastygłego w ekonomicznej przeszłości odbywa się zawsze w integracji z procesami ekonomicznym jak najbardziej współczesnymi, z jakimiś interesami jak najbardziej aktualnymi. Dziś, w przypadku Salvadoru, te procesy, te współczesne interesy, to chociażby potrzeby przemysłu turystycznego.

W 1985 roku, w toku 9 sesji World Heritage Committee UNESCO przy placu Fontenoy w Paryżu, historyczne centrum miasta, znane pod nazwą Pelourinho, w Górnym Mieście (Cidade Alta), zostało dopisane do słynnej listy. Wyrok śmierci, którego mianem D’Eramo określa to wydarzenie w swoim eseju, to jeszcze nie był – miasto jest na tyle duże, że inwazja turystów nie zarżnęła go tak i nie obróciła w scenografię dla przesuwających się szybko wycieczek, jak powiedzmy słynną portugalską Sintrę. Ale i w Salvadorze widać, nad czym D’Eramo ubolewa. Moment ten, wydaje się, utrwalił i zintensyfikował pewne procesy i tendencje miasta: schwytał w pułapkę, unierouchomił, zafiksował intencje i ambicje jego włodarzy i elit.

Jest w mieście Salvador coś, co sprawia, że odruchowo odczuwamy je jako swego rodzaju diametralne przeciwieństwo São Paulo. Z jednej strony tego zestawienia potęga finansowa instytucji i korporacji wokół Avenida Paulista, z drugiej miasto niezwykle rozległych obszarów biedy. Z jednej metropolia doskonale zintegrowana ze zglobalizowanymi obiegami kapitału, symboli, współczesnych przemysłów kultury, towarów i usług, z drugiej miasto od stuleci tkwiące w ekonomicznym nie-rozwoju, bez niemal żadnego prawdziwego, godnego tego słowa przemysłu, który by je wyrwał z tego uporczywego, uciążliwego złego snu. O ile São Paulo zachowuje się tak, jakby chciało ukryć swój wiek (początkową niewielką osadę założono w 1554 roku), sprzedać się jako miasto całkiem młode, nowe i supernowoczesne, istniejące tylko w czasie teraźniejszym i przyszłym, wymazujące wieżowcami prawie wszystkie ślady swojej kilkusetletniej historii, o tyle Salvador (założony zaledwie pięć lat wcześniej, w 1549) jest przywiązany do swojej historii – trochę jakby dlatego, że to być może najlepsze, co ma. W każdym razie to mu się wydaje najlepsze ze wszystkiego, czym dysponuje, do wystawienia na globalnym rynku.

Salvador obraca historię, wciąż materialnie obecną w murach XVII-, XVIII- i XIX-wiecznych budowli Pelourinho, Carmo czy San Antonio, w swoją wizytówkę, podstawę swojej tożsamości, w swoją „markę”, w swój najważniejszy produkt w wielkim pasażu handlowym zglobalizowanej płynnej nowoczesności – celem zwabienia międzynarodowych przepływów pieniędzy i turystów jako agentów tego przepływu.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Odkąd przyznane przez UNESCO miejsce na liście światowego dziedzictwa ludzkości zadekretowało nienaruszalność architektonicznego kompleksu w historycznym centrum miasta i podniosło jego pozycję w notowaniach branży turystycznej, tendencje dążące do uczynienia turystyki podstawą gospodarki Salvadoru i jego najważniejszym „przemysłem” jedynie się nasiliły. Dzielnice historycznego centrum miasta zostały w znacznym stopniu opustoszone z wcześniej zamieszkujących je społeczności i obrócone w hostele, pensjonaty, hoteliki, restauracje, bary i adresowane do turystów sklepy.

Jednocześnie projekt budowania przyszłości miasta na jego zakumulowanej przeszłości, materialnych świadectwach historii i bogactwie kulturowych praktyk stworzonych i rozwijanych przez etniczną, „rasową” i religijną mieszankę, która stworzyła to miasto i cały stan Bahia, stanowi swego rodzaju „wymówkę” dla braku jakiegokolwiek innego pomysłu na rozwój miasta. Braku przede wszystkim po stronie politycznych i ekonomicznych elit miasta, które byłyby w stanie podjąć decyzje o implementacji innych pomysłów na rozwój.

Salvador jest miastem boleśnie niedoinwestowanym – poza infrastrukturą turystyczną w wyznaczonych na turystyczne atrakcje częściach miasta i kilkoma dzielnicami dla zamożnych soteropolitanos. Co ważne, takie zamożniejsze dzielnice stanowią też w Salvadorze wyraźnie – widoczne jest to gołym okiem – mniejszą proporcję całego miasta, niż ich odpowiedniki w São Paulo, Rio de Janeiro czy Brasílii. Za to fawele Salvadoru ciągną się kilometrami we wszystkich kierunkach.

„Fawele w Salvadorze są rozmiarów całego Rio”, powiedział mi czarnoskóry carioca Marcelo. Marcelo, którego poznałem w Rio, jest trochę filmowcem, trochę badaczem kultury wizualnej, trochę sam wizualnie eksperymentuje. Marcelo autentycznie nienawidzi Salvadoru za stopień, w jakim władze tego miasta spokojnie i na wieki wieków czekają, aż problemy kulturowo najbardziej „afrykańskiego” miasta Brazylii rozwiążą się same. Nieliczne inwestycje infrastrukturalne, jakie rzuciły mi się w Salvadorze w oczy i nie były związane z nadchodzącymi Mistrzostwami Świata w piłce nożnej, a adresowane były faktycznie do mieszkańców miasta i odpowiadały na ich potrzeby (np. mieszkaniowe), nie były nawet zainicjowane przez lokalne władze czy lokalnych inwestorów, tylko ze środków rządu federalnego w Brasílii. W Salvadorze, mieście, w którym w latach 40. XX wieku narodziła się jedna z największych brazylijskich korporacji i jedna z największych korporacji budowlanych na świecie – Odebrecht!

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Miasto i jego elity czekają, aż ekonomiczne wybawienie przyniesie bóg podróżników i obiecane przez niego bogactwo niesione w kieszeniach jego podopiecznych. Wybawienie i bogactwo jednak nie nadchodzą, pomimo iż mija już trzecia dekada, odkąd Pelourinho uzyskało od UNESCO „certyfikat aury”. Populacja miasta, w ogromnej większości afrykańskiego pochodzenia, pozostaje w rzędzie najbiedniejszych w Brazylii.

Teoretycy tacy jak Krzysztof Nawratek od dawna polemizują z teoriami przypisującymi kulturze moc stania się motorem rozwoju ekonomicznego miast – nawet w przypadku miast, w których dynamicznie rozwijają się nowoczesne, silnie dokapitalizowane przemysły kulturowe (przemysł filmowy, telewizyjny, muzyczny, rozwój usług internetowych), tylko w nielicznych i wyjątkowych przypadkach późnonowoczesne „przemysły kreatywne” są w stanie przekroczyć próg 10% realnej gospodarki danego miasta i realnego w niej zatrudnienia. Tym bardziej złudne i na wyrost są nadzieje miast, które liczą na nisko-kapitałową lokalną kulturę jako dźwignię swojej gospodarki. Jak bardzo nie byłaby ona atrakcyjna, piękna i fascynująca – a w przypadku Salvadoru jest niewątpliwie bardzo atrakcyjna, piękna i fascynująca (capoeira, afrykańskie i afrykańsko-chrześcijańskie obrzędy i tradycje, muzyka dosłownie eksplodująca w różnych punktach miasta i zalewająca całe jego dzielnice) – jej wartość ekonomiczna polegać może tylko na przyciąganiu pasjonatów turystyki kulturalnej.

Turystyka jednak, pozostawiona samej sobie, w środowisku, w którym niewiele poza nią się ekonomicznie dzieje, wywiera presję na płace, dążąc do utrzymania ich na poziomie tak niskim, jaki tylko jest możliwy. To one – niskie płace – są głównym gwarantem rentowności przedsiębiorstw nastawionych na świadczenie usług turystom. Inne mechanizmy maksymalizacji zysku oferują bowiem w turystyce bardzo wąskie pole manewru. Niewiele w tej branży da się zrobić, by zwiększyć wydajność, nie tak wiele da się zmechanizować, i tak dalej. Stąd miasta i kraje, których głównym produktem są usługi turystyczne, z reguły nie są nigdy w stanie wydostać się z biedy. Jednocześnie napływ odwiedzających, których kieszenie są pełniejsze, a konta w bankach bez porównania większe niż kieszenie i konta miejscowych, pociąga za sobą wzrost cen – nieruchomości, usług, towarów. Czyni życie miejscowych coraz trudniejszym, coraz droższym, wypycha ich z jednej dzielnicy po drugiej, coraz większym wyzwaniem czyniąc znalezienie w miarę stabilnego dachu nad głową.

Rozmawialiśmy o tym z Benem, gdy dołem miasta maszerowała licząca chyba z pół miliona ludzi kolumna soteropolitanos celebrujących Lavagem do Bonfim oraz miejscowych i turystów podziwiających to intrygujące święto, jeden z największych dorocznych festiwali odbywających się w stanie Bahia. Spoglądaliśmy na Cidade Baixa, „Dolne Miasto”, mnie już od dawna na swój sposób znane z genialnego filmu Sérgio Machado pod tym właśnie tytułem, przez palisadę ciągnącą się na lewo od Elevador Lacerda. Elevador Lacerda to budynek windy, którą można zjechać do Dolnego Miasta lub wjechać do Górnego, omijając długą pętlę, jaką w przeciwnym razie trzeba zrobić na piechotę lub samochodem. Ben pochodzi z Maroka, rozmawialiśmy po francusku. Jest informatykiem. Z Salvadoru wybierał się do Amazonii.

„Trzeba coś wytwarzać, nie można tylko czekać, aż turyści przywiozą worki z pieniędzmi, bo to się nigdy nie zmaterializuje. W Maroku jest tak samo. Najbiedniejsze są te miasta, które są najbardziej nastawione na turystykę – Casablanca, Marakesz. To tam jest najwięcej ludzi żyjących naprawdę w nędzy, pracujących za grosze, mieszkających w strasznych warunkach w slumsach, albo w ogóle bezdomnych. W mniejszych miejscowościach, z dala od Casablanki i Marakeszu, ludzie mogą być biedni – w sensie, że mają bardzo niedużo pieniędzy. Ale nie żyją w nędzy. Każdy gdzieś mieszka, w przyzwoitym domu. Każdy ma co do garnka włożyć, choćby z pola czy ogrodu, które należą do jego rodziny.”

Miasto uzależnione od turystyki – a tym bardziej biedne, peryferyjne miasto uzależnione od turystyki – czekając, aż mityczni zagraniczni turyści przywiozą mu w końcu któregoś dnia, w swoich plecakach i walizkach jego przyszłą prosperity, może czekać ad calendas graecas.

„A oprócz tego uzależnienie od turystów” – ciągnął Ben, wpatrując się to w tłum zmierzający wśród muzyki, tańca i wozów ku słynnemu kościołowi Senhor de Bonfim, to na ponurą, wylizaną ciemnymi plamami szarość betonu zapuszczonych wielopiętrowych budynków mieszkalnych Cidade Baixa – „prowadzi do wytworzenia całej takiej mentalności i kultury usłużności i podlizywania się w oczekiwaniu na łaskę napiwku”.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

„Machada”

Jednocześnie jednak pierwsze spotkanie z Salvadorem wcale nie musi być dla gringo przyjemnym i łatwym doświadczeniem. „Trudy pierwszego spotkania” potrafią się rozciągnąć na kilka dni. Żyjący z turystów soteropolitanos rzucają się na każdą dostrzeżoną w historycznym centrum miasta nową twarz i wciskają mu tandetne wisiorki, za które chcą 20 reais, pęczki wstążek z kościoła Senhor de Bonfim za 10 reais, swoje usługi jako przewodników. Oferujący swoje usługi przewodnicy opowiadają przy tym zawsze, jak straszne niebezpieczeństwa czekają każdego, kto by chciał na własną rękę, bez lokalnego przewodnika wybrać się do Cidade Baixa. Jeżeli wyglądasz jak gringo, będą ci próbowali sprzedać to samo piwo, które miejscowy chłopak właśnie kupił za 3 reais, za 6 reais, to samo acarajé, które na stoisku obok ktoś kupuje za 5 reais, za 7 czy 8 reais, i tak dalej.

Pamiętam dwie Baianas w tradycyjnych strojach, które w czarujący sposób oskubały mnie kilka kroków od mojego hostelu (świetny hostel Laranjeiras w samym sercu Pelourinho). Nie zapytałem ich o imiona, w duchu, na własne potrzeby dałem jednej z nich – tej bardziej cwanej i rozbrajająco przy tym czarującej – ksywkę Machada. Machada zapytała, czy chcę sobie zrobić z nimi zdjęcie. Odpowiedziałem, że tak, przede wszystkim chciałem im zrobić zdjęcia, bo wyglądały w tych swoich tradycyjnych strojach Baianas bardzo malowniczo. A Brazylijczycy są przepięknym tematem dla fotografa[5]. Poprosiły o dziesięć reais, ja miałem tylko banknot 50 reais. Machada odpowiedziała, że wyda mi resztę. Zanim wzięła pieniądze zdążyła mnie już jakimś sposobem, nie tracąc z twarzy rozbrajającego uśmiechu, przekonać, że te 10 reais to, ma się rozumieć, na głowę, czyli po dyszce dla każdej z nich dwóch. A potem „okazało się”, że ma wydać tylko 20 reais – ale w zamian zaoferowały, żebym po prostu zrobił więcej zdjęć. Cena dziesięciu reais w ciągu tych kilku minut spuchła o dwieście procent. Nieopodal, na stopniu jednego z domów, siedział mieszkający od jakiegoś czasu w Pelourinho Francuz tureckiego pochodzenia, który widział całe to zdarzenie i śmiał się ze mnie, że dałem się wykiwać. Gdybym poszedł na plac Terreiro de Jesus, który znajduje się o kilka kroków stamtąd, Baianas, które tam się snują, nie kasują za to pieniędzy, bo są zatrudnione przez jeden z tych sklepów z koszulkami i akcesoriami w rodzaju torebek i szali, Lembrança da Bahia (‘Wspomnienie Bahii’).

Nazwałem ją sobie Machada, bo jej ironiczny dystans do różnych dyskursów – w wypadku, który mnie dotyczy, do dyskursu uprzejmości wobec cudzoziemca, do dyskursu rynku, do dyskursu kupieckiej uczciwości, i tak dalej – skojarzył mi się z największym brazylijskim pisarzem XIX wieku, Machado de Assisem. Brazylijski krytyk kultury, Roberto Schwarz, wskazuje, że literacka i intelektualna wielkość Machado de Assisa tkwi w jego zdolności literackiego, ironicznego ukazania Brazylii jako nierówno i niekompletnie poprzykrywanej nieprzystającymi do niej, importowanymi, przyniesionymi głównie siłą snobizmu na fali zagranicznych mód intelektualnych, ideologii[6]. Baiana z Pelourinho wydawała mi się jego daleką intelektualną krewną, mniej wykształconą, która pewnie nigdy nie napisze książki, jednak nasyconą tym samym pierwiastkiem dystansu do oficjalnych ideologii, do dyskursów, o których doskonale wie, że i tak wyraźnie nie pasują do rzeczywistości.

Kilka dni zajęło mi, żeby nauczyć się nawigowania między takimi skubaczami gringos, rozpoznawać, które „oferty” są jawnymi nadużyciami, i kogo z „oferentów” ewidentnie należy omijać. Ponieważ zostałem w Salvadorze na prawie trzy tygodnie, poznałem też wielu z tych ludzi i oni mnie już po kilku dniach rozpoznawali, oferując nawet zniżki i specjalne (tym razem już naprawdę specjalne) oferty dla regularnego klienta. Okazało się, że bardzo niewielu Polaków odwiedza Salvador, rozpoznawano mnie też z daleka, bo cały czas nosiłem z sobą aparat. Kiedy zdarzyło mi się go z sobą nie zabrać, gdy snułem się po historycznym centrum po nocy, pytali, co się stało, martwili się, że może ktoś mi ukradł.

Cudzoziemiec nie ma jednak moralnego prawa skarżyć się ani obrażać na soteropolitanos. Wystarczy się rozejrzeć.

Selektywna wszechobencość policji

Jedną z rzeczy, które najbardziej w Salvadorze rzucają się w oczy, jest wszechobecność sił policyjnych różnych formacji. Z wyjątkiem Straży Miejskiej w Brazylii są one wszystkie formacjami militarnymi. Można wręcz odnieść wrażenie, że miasto znajduje się pod militarną okupacją. Większość tych policjantów  jest uzbrojona po zęby, stąpają ciężkimi, wojskowymi buciorami. Jeśli jednak rozglądasz się uważnie i oddalisz się czasem od ścieżek ubijanych dzień w dzień przez turystów, zobaczysz, że to, co na pierwszy rzut oka wydawało się być zupełną wszechobecnością policji, jest wszechobecnością wysoce selektywną.

Dzielnice, które nie są na codziennym celowniku aparatów fotograficznych turystów, są nierzadko zupełnie pozbawione jakiejkolwiek policyjnej ochrony przed przemocą. Mieszkańcy nie ufają też policji i często mają na jej temat bardzo złe zdanie. Nie tylko jej funkcjonariuszom niespecjalnie spędza sen z powiek kwiestia dostarczania minimum bezpieczeństwa mieszkańcom ubogich części miasta – to policja często postrzegana jest i faktycznie stanowi dla najbiedniejszych soteropolitanos realne zagrożenie, wielu z nich nie spodziewałoby się po policji niczego dobrego. W całym kraju policja nie ma opinii siły szczególnie sympatycznej, ale policja w Salvadorze nawet na takim tle słynie na skalę ogólnobrazylijską ze swojej brutalności. W ostatnich latach organizacje pozarządowe utrzymywały, że z szeregami policji w Salvadorze powiązany jest szwadron śmierci eliminujący młodych czarnoskórych mężczyzn, na których uciążliwość skarżyli się właściciele niektórych biznesów. Ciała tych młodych mężczyzn znajdowano potem na śmietnikach[7].

Soteropolitanos, których poznałem, opowiadali mi, jak policjanci zatrzymywali chłopców z faweli pod byle pretekstem, a nawet podrzucali im do plecaka narkotyki, prawdopodobnie, żeby wyrobić jakieś „targety” ilości zatrzymań. Jednocześnie na własne oczy widziałem, jak narkotyki podawano sobie – pod osłoną nocy i tłumu słuchającego baterii bębniarzy – w odległości dwóch metrów od policjanta, tyle że ten dostawał pewnie swoją dolę za uprzejme niedostrzeganie realizowanych w zasięgu jego wzroku transakcji.

Wystarczy pobyć w Salvadorze dłużej niż kilka dni, by stało się jasne, że policja jest tam po to, żeby chronić nie mieszkańców a turystów. Posterunek przy Largo Terreiro de Jesus mówi to nawet wprost swoją nazwą: „Jednostka Ochrony Turystów”.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Soteropolitanos mają wszelkie podstawy i racje, by odczuwać wielopoziomowy resentyment, niezależnie od tego, czy go racjonalizują, czy pozostaje on na poziomie przedrefleksyjnego reprodukowania pewnych praktyk zbiorowo wypracowanych w kulturze, w której taki resentyment jest częścią – mówiąc Pierre’em Bourdieu – ich klasowego habitusu.

Najpierw ich przodków przywieziono tu przemocą, by wyciskać z nich pot i krew na plantacjach trzciny cukrowej. W mieście wciąż stoją materialne świadectwa tamtej fundującej je przemocy. Nawet sama nazwa Pelourinho wzięła się od stojącego przed kościołem świętego Franciszka wolno stojącego na środku placu słupa, do którego przywiązywano niepokornych niewolników i pokazowo ich biczowano. Po zniesieniu niewolnictwa w miejscu tego pręgierza postawiono krzyż, który stoi tam do dzisiaj. Taki słup stał w każdym kolonialnym portugalskim mieście w Brazylii, zawsze przed jego centralnym kościołem. Kościół katolicki w ten sposób dostarczał symbolicznej legitymizacji niewolnictwu i przemocy stojącej na jego straży. Słowo pelourinho oznacza po portugalsku właśnie ten słup, ten pręgierz.

Gdy kolejne rozdziały historii kapitalizmu pozbawiły brazylijski cukier jego wcześniejszej pozycji eksportowej, wyciśniętych jak cytryny Baianos porzucono i zostawiono w stanie permanentnego ekonomicznego nie-rozwoju, skazanych na wieki na niedowartościowaną pracę. Dziś, w ich własnym mieście, którego wąskie elity czerpią ogromne korzyści z jego zacofania, bo gwarantuje ono ogromne zasoby gotowej pracować za grosze siły roboczej, z ich podatków i z wartości dodatkowej wyciskanej z ich systematycznie niedowartościowanej pracy finansowane są siły policyjne, które wydają się mieć za swe główne zadanie chronić przybyszów, turystów, zwiedzających – przed nimi właśnie, przed mieszkańcami miasta. Przed mieszkańcami miasta, których na potrzeby przybyszów obrócono w dostarczycieli malowniczego tła, odgrywających role w wielkim spektaklu kulturalnych i kulturowych atrakcji na potrzeby widzów z zewnątrz, uśmiechających się i podlizujących w nadziei na napiwek. Ich wspaniałe dziedzictwo kulturalne stało się towarem na sprzedaż dla zwiedzających; towarem, z którego sprzedaży zysk jakoś ich zwykle omija, lądując nie wiadomo gdzie. Omija ich, bo to oni de facto, jako depozytariusze i aktywne podmioty tego dziedzictwa kulturalnego, są tu jak gdyby samym towarem – przedmiotem transakcji bardziej niż jej stroną.

Soteropolitanos wyczuwają więc – w mniej lub bardziej zracjonalizowany sposób – nieuczciwy, eksploatatywny charakter takiego urządzenia ich codziennej rzeczywistości. Oskubanie od czasu do czasu jakiegoś turysty to akt mikrooporu, mikrorebelii, drobnej ekonomicznej i symbolicznej dywersji wobec takiego stanu rzeczy.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Przypisy:

[1] Marco D’Eramo, UNESCOcide, tłum. Nicholas Dines „New Left Review”, nr 88 lipiec/sierpień 2014, s. 47.

[2] Ladislau Dowbor, Demokracja ekonomiczna: Alternatywne rozwiązania w sferze zarządzania społecznego, Warszawa: Książka i Prasa, 2009, s. 113.

[3] Dla zainteresowanych tym regionem ważną pozycją do dziś pozostaje kanoniczne dzieło brazylijskiej literatury przełomu XIX i XX w., Os sertões Euclidesa da Cunhi.

[4] Immanuel Wallerstein, The Modern World-System, t. 1: Capitalist Agriculture and the Origins of the European World-Economy in the Sixteenth Century, New York-London: Academic Press 1974; tegoż, The Modern World-System, t. 2: Mercantilism and the Consolidation of the European World-Economy, 1600-1750, New York: Academic Press, 1980; tegoż, The Modern World-System, vol. III: The Second Great Expansion of the Capitalist World-Economy, 1730-1840’s, San Diego: Academic Press, 1989; tegoż, The Capitalist World-Economy, Cambridge: Cambridge University Press 1979.

[5] Jeżeli Czytelnika interesują fotografie z mojej brazylijskiej podróży, wiele z nich jest dostępnych na moim fotoblogu Surface and Matter, http://surfaceandmatter.blogspot.co.uk/.

[6] Roberto Schwarz, A Master on the Periphery of Capitalism: Machado de Assis, tłum. (z port. na ang.) John Gledson, Durham – London: Duke University Press, 2001; Roberto Schwarz, Misplaced Ideas. Essays on Brazilian Culture, red. i tłum. (na ang.) John Gledson, London-New York 1991.

[7] Lena Azevedo, Jovens negros na mira de grupos de extermínio na Bahia, „Publica”, 11 lipca 2013, http://apublica.org/2013/07/jovens-negros-na-mira-de-grupos-de-exterminio-na-bahia/

Jarosław Pietrzak

Niniejszy tekst stanowi fragment ebooka Notes brazylijski.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Londyn, 9 sierpnia 2014, demonstracja solidarności z Palestyną

Sprawa palestyńska w epoce prezydenta Trumpa

Wielu sympatyków i obserwatorów sprawy palestyńskiej, nie wspominając o samych Palestyńczykach, z przerażeniem spogląda w przyszłość pod znakiem nowego lokatora Białego Domu. Donald Trump jest najbardziej obscenicznym zwolennikiem najbardziej prawicowych tendencji w polityce Państwa Izrael, jaki kiedykolwiek zasiadał w Gabinecie Owalnym. Zapowiedział, że da wolną rękę ekspansji żydowskich osiedli na Okupowanych Terytoriach Palestyńskich (jednoznacznie nielegalnych z punktu widzenia prawa międzynarodowego) i przeniesie ambasadę USA z Tel Awiwu do Jerozolimy. To ostatnie oznaczać będzie uznanie Jerozolimy za stolicę tego państwa. Jak dotąd żadne państwo ani instytucja prawa międzynarodowego nie uznała izraelskich pretensji do Jerozolimy jako stolicy kraju, prawo międzynarodowe zakazuje bowiem zdobywania terytorium w drodze wojny, a tak Izrael zajął wschodnią część miasta w 1967, wraz z resztą Zachodniego Brzegu.

Szeroko mówi się więc o ostatecznej śmierci projektu dwóch niezależnych państw (two-state solution), jednego żydowskiego, drugiego arabskiego, na terytorium historycznej Palestyny. Stanowisko Trumpa oznacza bowiem akceptację Waszyngtonu dla permanentnej okupacji, faktycznej aneksji terytoriów zajętych w 1967 i pozbawiania Palestyńczyków elementarnych praw człowieka.

Byłaby to jednak prawda pod warunkiem, że przed nadejściem Trumpa two-state solution było jeszcze żywe.

Jednak w ciągu trwającej już pół wieku okupacji (najdłuższej okupacji w nowoczesnej historii ludzkości), a zwłaszcza na przestrzeni ostatnich dwóch dekad, Izrael dokonał tak gruntownej i całościowej transformacji przestrzeni na Palestyńskich Terytoriach Okupowanych, że utworzenie tam drugiego państwa od dawna nie było już w żaden sposób do zrealizowania. Mrożącą krew w żyłach panoramę i analizę tego przekształcenia stanowi książka Eyala Weizmana Hollow Land. Grabież palestyńskiej ziemi, na której wznoszone są osiedla tylko dla Żydów, na szczytach wzgórz, z których ich mieszkańcy, często wabieni zachętami ekonomicznymi z żydowskich społeczności byłego ZSRR lub z USA, mogą obserwować i terroryzować znajdujące się na stokach i w dolinach poniżej osady palestyńskie, ich uprawy i pastwiska. Dostępne tylko dla Żydów drogi łączące te żydowskie osiedla między sobą i z terytorium Izraela właściwego (tego w granicach sprzed 1967 roku). Gęsta sieć murów, checkpointów i innych fizycznych przeszkód rozrywających możliwość codziennego kontaktu pomiędzy bliskimi nawet miejscowościami palestyńskimi. Pomimo iż zachodni dyplomaci nie ustawali od lat w powtarzaniu frazy two-state solution, żeby wyglądało, że coś robią, to nikt nie przedstawił żadnego sposobu, w jaki tak poszarpane, szczątkowe terytorium można by obrócić w spójne i zdolne do funkcjonowania państwo.

Co jeśli projekt dwóch państw umarł już w Oslo w 1993 roku? Jego trup siedział od tamtego czasu przy stole, a wszyscy odgrywali ponurą, niekończącą się farsę, w której udawali, że wierzą, że żyje?

Kiedy wszyscy trąbili w fanfary ku czci Icchaka Rabina, Szimona Peresa i Jasira Arafata, a także Billa Clintona jako patrona porozumień z Oslo, znaczące votum separatum przyszło ze strony jednego z największych – nie tylko palestyńskich – intelektualistów XX wieku, Edwarda Saida. Autor Orientalizmu nie miał wątpliwości, że porozumienia są palestyńską kapitulacją, „palestyńskim Wersalem”. Że znormalizują izraelską okupację i dostarczą Izraelowi efektownej fasady, za którą, z dala od kamer telewizyjnych, umocni się tylko kontrola okupanta nad wszelkimi wymiarami życia Palestyńczyków, tyle tylko, że za pośrednictwem ustanowionej w Oslo Autonomii Palestyńskiej znaczny ciężar okupacji (utrzymanie porządku, zapewnienie podstawowych dóbr utrzymujących ludność przy życiu i w zdrowiu) przeniesiony zostanie na samych Palestyńczyków.

Czas pokazał, że to Said miał rację. Porozumienia z Oslo pomogły Izraelowi na długo przekonać świat, że jest partnerem w rozmowie, a nie brutalnym okupantem, że „proces pokojowy” ciągle nie przynosi skutku ze względu na tajemnicze przeszkody z porządku niemal metafizycznego (w rodzaju „ludzie się nie rozumieją”). A nie dlatego, że został przez Izrael zaprojektowany tak, żeby trwał w nieskończoność, i tylko dobrze wyglądał w zachodnich serwisach informacyjnych. Podczas gdy za jego zasłoną wszystkie dotychczasowe procesy, zwłaszcza grabież ziemi i codzienna przemoc w stosunku do Palestyńczyków, ulegały jedynie stopniowej intensyfikacji. „Proces pokojowy” miał się w rzeczywistości skończyć, gdy Palestyńczykom zostanie już tylko trochę kamieni i parę chwastów.

Dzięki ustanowieniu w Oslo niemal bezsilnej, w każdej sprawie zdanej na łaskę Izraela Autonomii Palestyńskiej, Izrael uwolnił się od znacznej części kosztów okupacji. Z powodu panującej na Terytoriach Okupowanych sytuacji ekonomicznej i humanitarnej – wywołanej okupacją – społeczność międzynarodowa pompuje do władz Autonomii Palestyńskiej pomoc, której dostarczenie normalnie jest według konwencji genewskich obowiązkiem sił okupacyjnych. Jak zwracał już dawno uwagę krytyczny izraelski politolog Neve Gordon, społeczność międzynarodowa de facto subsydiuje w ten sposób izraelską okupację. Mowa o setkach milionów, nawet miliardach dolarów rocznie.

Obrócenie Autonomii Palestyńskiej w subkontraktora, do którego Izrael outsoursuje większość ciężaru okupacji, pomogło Izraelowi stopniowo, krok po kroku, skorumpować i zdemoralizować heroiczną niegdyś Organizację Wyzwolenia Palestyny i wchodzącą w jej skład partię Fatah, a także skutecznie podminować ich legitymizację w oczach samych Palestyńczyków.

W warunkach gruntownie przekształconej geografii Zachodniego Brzegu scenariusz budowy dwóch państw od dawna nie jest możliwy. Możliwe są już tylko dwa inne scenariusze: 1) brutalny, permanentny apartheid, w którym Palestyńczycy są trwale pozbawieni praw i na zawsze pod bezwzględną militarną kontrolą lub 2) jedno demokratyczne państwo gwarantujące równe prawa wszystkim obywatelom niezależnie od pochodzenia i wyznania. Ten pierwszy scenariusz, kilkadziesiąt lat temu sformułowany przez Ehuda Baraka jako ostrzeżenie dla swoich kolegów z politycznej elity Izraela jest już od dawna głównym, skrywanym tylko przed zagranicą, celem izraelskiej polityki. To drugie musi być celem palestyńskich ruchów wyzwoleńczych i wszystkich ludzi dobrej woli, którym drogie są wartości uniwersalizmu.

Niezależny brytyjski dziennikarz Jonathan Cook (piszący z Nazaretu) w komentarzu dla anglojęzycznego emirackiego dziennika „The National” zauważył, że uznanie przez największe światowe supermocarstwo faktycznej aneksji Zachodniego Brzegu może mieć dla premiera Netanjahu i dla Izraela nieprzewidywane wcześniej konsekwencje – z kategorii „uważaj, czego pragniesz”.

Całkowite przejęcie przez Izrael Zachodniego Brzegu może wywołać nieodwracalny kryzys z Europą; upadek Autonomii Palestyńskiej przerzuci militarny i finansowy ciężar okupacji z powrotem na Izrael; a palestyńska Intifada z prawdziwego zdarzenia podważy wiarygodność Netanjahu w dziedzinie bezpieczeństwa.

Utworzenie Wielkiego Izraela może zaszkodzić Izraelowi przez przedefiniowanie walki Palestyńczyków [w oczach świata] jako walki o równe prawa w ramach tego samego państwa. Porównania z wcześniejszymi takimi walkami – z apartheidem w RPA, z ustawami Jima Crowa na południu USA – będą trudne do zwalczenia. […]

Mówiąc krótko, Trump może zabić Netanjahu nadmiarem miłości, obrócić Izrael w pariasa w zachodnich stolicach i pozostawić go strategicznie osłabionym.

To nie projekt dwóch państw upada wraz z wstąpieniem Donalda Trumpa na najwyższy urząd Stanów Zjednoczonych. Ten projekt już dawno był niemożliwy do realizacji. Tym, co tak naprawdę właśnie upada, jest najważniejsza przeszkoda, która utrudniała ogromnej części międzynarodowej opinii publicznej rozpoznanie Izraela jako brutalnego mocarstwa okupacyjnego i okrutnego apartheidu: przedstawienie zwodniczego teatru cieni, znane pod alternatywnymi tytułami „Proces pokojowy” i „Porozumienia z Oslo”.

Międzynarodowa kampania na rzecz bojkotu Izraela w kilku krajach osiągnęła już punkt, w którym przedostała się do mainstreamu debaty publicznej. W Wielkiej Brytanii do bojkotu przyłączają się kolejne uniwersytety, organizacje studenckie i związki zawodowe. Wielkie korporacje (jak G4S) tracą wielkie kontrakty, bo robią interesy z rządem Izraela. Upadek odziedziczonego po Oslo teatru cieni spowoduje przesunięcia w opinii publicznej w kolejnych krajach Europy i ważnych państw Globalnego Południa. Nadchodzące lata przyniosą dramatyczne i bolesne wydarzenia, ale zwycięstwo może się okazać bliższe niż było kiedykolwiek na przestrzeni minionego półwiecza. Izrael będzie miał bezkrytyczne poparcie jednego supermocarstwa – by wkrótce być może przekonać się, że poza tym nikogo innego.

Izraelski apartheid może upaść tak samo jak kiedyś ten południowoafrykański.

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się pierwotnie na łamach portalu Strajk.eu.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Przeczytaj też: Wszyscy jesteśmy Palestyńczykami.

Lekcje Brasílii

„Co ty tam będziesz robił przez trzy dni?”

„Na trzy dni? Co ty tam będziesz robił przez trzy dni?” – Vitor, który z zawodu koordynuje z Salvadoru wakacje głównie dla zachodnich turystów, zrobił wielkie oczy, kiedy odpowiedziałem na jego pytanie, na jak długo jadę do Brasílii. No nie tak całkiem trzy dni. Trzy noce, owszem, ale ponieważ przylecę wieczorem a z kolei trzy dni później samolot do São Paulo mam bardzo wcześnie rano, to dni tak naprawdę spędzę tam tylko dwa. No i jak to, co ja będę tam robił? Zwiedzał miasto, a poza tym w stolicy na pewno można coś znaleźć, coś się musi dziać ciekawego – broniłem swoich planów. Przecież dwa, a nawet trzy dni, to krótko, miałbym się fatygować tak daleko w głąb kontynentu tylko na jeden dzień? Jako człowiek, który uwielbia odkrywać nowe miasta, ale samą podróż jako taką traktuje raczej jako characz, który trzeba za te rozkosze płacić, niż przyjemność samą w sobie, nie znoszę podróżowania dzień po dniu. Te godziny marnowane w drodze na lotniska i na samych lotniskach, ten ból pleców i karku w autokarach, te męczące godziny w samolotach, które prawie zawsze przesadzają z klimatyzacją i w których powietrze suche jak papier ścierny zawsze w ten okropny sposób rozpala skórę na twarzy.

„W Brasílii zupełnie nie wiadomo, co z sobą zrobić wieczorem; bardzo trudno jest znaleźć jakieś miejsca z muzyką, rozrywką” – ciągnął z przekonaniem Vitor. Wszystkie hotele są w jednym miejscu i są tam tylko hotele, nic innego tam nie ma, żadnych barów, dosłownie niczego. Zawiało grozą, brzmiało prawie jak Nicość w Niekończącej się opowieści. Wszystko inne jest daleko, jest drogie, i naprawdę ciężko to znaleźć. A zjeść w Brasílii, to już w ogóle graniczy z cudem. Będziesz jeść w hotelu lub w food courts w centrach handlowych; na szczęście są dwa takie centra obok dzielnicy hoteli, po jednym z każdej strony.

Pozostałem jednak niezmiennie podekscytowany na myśl, że wreszcie na własne oczy ujrzę to miasto. Pragnąłem je zobaczyć, odkąd jako chłopiec dorwałem jego zdjęcia i opis w jednej z tych książek w rodzaju “sto cudów świata”, czy „cuda architektury”.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Właściwie wszystko, co powiedział Vitor, okazało się prawdą. A jednak Brasília bynajmniej nie była na trasie mojej podróży rozczarowaniem. Cieszę się, że byłem wystarczająco asertywny wobec wszystkich tych, którzy próbowali mnie zniechęcić, podkreślając negatywy tego dziwnego miasta. Nie tylko mnie Brasília nie rozczarowała, ale gdybym kiedyś jakimś cudem był nieco poważniej przy kasie, chętnie bym tam wrócił na dłużej i odkrył więcej niż tylko zapierającą dech w piersiach centralną Oś Monumentalną.

Brasília, jako realizacja urbanistyczna i architektoniczna, jest jednym z najbardziej niezwykłych miast na świecie. Jest w Brasílii coś, co nie pozwala ani na chwilę przestać odczuwać tego fascynującego wrażenia, że nie ma na świecie nic podobnego do Brasílii. Jest urbanistycznym i architektonicznym arcydziełem, jej retrofuturystycznemu pięknu trudno się oprzeć, kiedy się tam już postawi fizycznie nogę. Te rozpięte z rozmachem pomiędzy budynkami ogromne połacie niemal kobaltowego niekiedy nieba, ta olśniewająca w słońcu bielą kopuła Muzeum Narodowego, wyglądająca, jakby jakiś statek kosmiczny z filmu z lat 50-tych wylądował na środku ogromnego placu, to uczucie uniesienia, kiedy zaczynasz wreszcie zbliżać się do budynków Kongresu Narodowego Federacyjnej Republiki Brazylii znajdujących się w miejscu kokpitu.

W miejscu kokpitu, bo plan Brasílii jej twórcy – urbanista Lucio Costa, architekt krajobrazu Roberto Burle Marx i wielki modernistyczny architekt, wyznawca Le Corbusiera, Oscar Niemeyer – rozpięli na rysunku samolotu. Oś Monumentalna to jego kadłub. Samolot, maszyna umożliwiająca człowiekowi latanie, wcielenie techniki jako zdolnej otworzyć przed człowiekiem zupełnie nowe możliwości, wykraczające daleko poza to, co oferują naturalne możliwości ciała homo sapiens sapiens – to symbol nowoczesności już od czasu awangard pierwszych dekad XX wieku (Kazimierz Malewicz postulował w pewnym momencie ich kadłuby i skrzydła jako najwłaściwsze miejsce dla swoich suprematystycznych kompozycji). To także wyraz jej – nowoczesności – ówczesnego optymizmu i wiary we własną zdolność przeobrażania świata i pokonywania ograniczeń, jakie stawia człowiekowi.

Jednocześnie jest jednak Brasília arcydziełem, którego twórcy, sprawcy jedynej tego rodzaju hybris w XX wieku, popłenili wiele błędów. Nawet jednak ich błędy niosą nam pewne nauki. Brasília, tam gdzie odniosła sukces i tam, gdzie poniosła porażki, udziela nam bowiem lekcji, które nie tylko nie straciły na aktualności, a wręcz być może dziś są nam potrzebne jeszcze bardziej i bardziej dziś domagają się wysłuchania, bardziej też na to wysłuchanie zasługują, niż kiedykolwiek dotąd, licząc od czasu, kiedy prezydent-wizjoner Juscelino Kubitschek wpadł na szalony pomysł wybudowania zupełnie nowej stolicy w odludnym centrum kraju zajmującego niemal równo pół kontynentu. Wpadł, albo może raczej w szalony sposób podjął pomysł, który już w jakiś sposób istniał, wisiał w powietrzu od dawna – założenie nowej stolicy bliżej geograficznego środka Brazylii, tym samym bardziej dostępnej także dla mieszkańców północnych połaci pokrywającego pół kontynentu kraju, było już obiecane przez konstytucję kraju.

Brasília powstała w szalonym tempie, jej kluczowe części zbudowano w zaledwie trzy lata. Budowa nowego miasta rozpoczęła się w roku 1960. Różne prace trwały jeszcze tu i ówdzie, ale oficjalną inaugurację miasta Kubitschek przeprowadził już w roku 1963.

Brasília jest spektakularną realizacją wyobrażeń, jakie lata pięćdziesiąte i sześćdziesiąte miały o cywilizacyjnej przyszłości. Dlatego zwłaszcza centralna oś miasta, wraz ze wszystkim, co zgromadzone wokół niej, wygląda jak coś w przedziwny sposób zarazem retro i futurystycznego, jak gigantyczna scenografia po jakimś starym filmie science fiction, może nawet radzieckim filmie science fiction. Niemeyer był przecież marksistą, został nawet (w latach 1992 roku, po rozpadzie ZSRR) przewodniczącym Brazylijskiej Partii Komunistycznej. Jest to jednocześnie kawał znakomitej architektury tego typu, architektury modernistycznej.

Jedną z zalet założenia, że wszystkie hotele znajdują się w tej samej dzielnicy (“sektorach”, mówiąc nomenklaturą zaplanowaną dla miasta: Setor Hoteleiro Norte i Setor Hoteleiro Sul), jest, że z każdego hotelu trzeba najwyżej kilka minut na piechotę, by dotrzeć do centralnej osi miasta, mniej więcej w okolice wieży telewizyjnej, od której można rozpocząć długi spacer w dół miasta, w stronę kokpitu samolotu, na schemacie którego rozrysowano miasto – w stronę budynków mieszczących polityczne stery kraju. Jest to wyprawa na kilka godzin, trzy do pięciu, w zależności od tempa naszych kroków i tego, czy robimy zdjęcia, a robić je warto, bo naszym oczom odsłaniać się będzie jeden architektoniczny dziw za drugim: Biblioteka Narodowa, wyglądające jak uziemiony latający spodek Muzeum Narodowe Republiki (po portugalsku Museu Nacional da República lub Museu Nacional Honestino Guimarães, miejsce urzekające wspaniałą, demokratyczną, egalitarną atmosferą także w swym wnętrzu), wreszcie – pałace rządowe, budynek Kongresu Narodowego i plac z pomnikiem prezydenta Juscelina Kubitschka. To wszystko na tle nieba, które za sprawą bardzo suchego zwykle powietrza przyjmuje szalenie intensywny kolor, nierozrzedzony obecnością zbyt wielu cząsteczek wody w powietrzu. To samo suche powietrze sprawia, że po kilkugodzinnym spacerze, nawet jeśli ani razu na niczym nie usiądziesz, pokrywać cię będą smugi rdzawoczerwonego pyłu.

Mój znajomy, młody architekt z São Paulo, Fabio, wierny ideom sustainable architecture, architektury oszczędnej ekologicznie, mawia, że Brasília stanowi niestety spektakularny przykład, jak nie należy budować miasta. Jest to w pewnym sensie prawda.

To jest pierwsza lekcja, jakiej udziela nam Brasília: jak nie budować w przyszłości miast.

brasilia_4

Muzeum Narodowe w Brasilii

Jak nie budować miast

Brasília jest szalenie nieprzyjazna człowiekowi, który chciałby dostać się gdziekolwiek na piechotę. Przepastnie szerokim, często wielopasmowym ulicom nie towarzyszą żadne chodniki. Za tę decyzję odpowiedzialność ponosić ma urbanista Lucio Costa. W jego wyobraźni po supernowoczesnym mieście materilizującej się już przyszłości wszyscy poruszać się mieli samochodami. Wielopasmowe ulice, niewiele skrzyżowań – wszystko to sprawia, że poruszanie się po mieście (jeśli tylko znasz drogę[1]) jest łatwe, bez porównania łatwiejsze niż w wielu wielkich miastach Europy, w których setki tysięcy ludzi codziennie grzęzną na całe godziny w korkach, potem krążą w poszukiwaniu miejsca do zaparkowania, i ciągle dają sobie wciskać ten kit, że posiadanie samochodu daje im „wolność”. W Brasílii coś takiego jak uliczne korki wydaje się po prostu nie występować. Szerokie drogi wydają się swobodnie obsługiwać każdą ilość samochodów, która się na nie wyleje. Wyzwaniem w centrum jest za to najzwyczajniej przejść na drugą stronę ulicy: niemal nigdzie nie ma przejść dla pieszych – na całym odcinku od wieży telewizyjnej u góry Osi Monumentalnej do Kongresu Narodowego dopatrzyłem się, o ile mnie pamięć nie myli, tylko jednego.

Poruszając się pieszo, człowiek czuje się jak byt zupełnie niepożądany, jakby trafił tam przez jakąś dziwną pomyłkę. Jakby wzywany do odpowiedzi na stanowczo stawiane pytanie, co on tu w ogóle bez samochodu robi. Na drugą stronę ulicy można jedynie przebiec, wychwytując momenty, w których na wszystkich pasmach szerokiej ulicy pojawi się wystarczająca przerwa pomiędzy samochodami. Tyle dobrze, że sami kierowcy w Brasílii zdają sobie doskonale sprawę, że pieszy może przekraczać ulice niemal wyłącznie w niewłaściwych miejscach, bo właściwych do tego miejsc prawie nie przewidziano. W przeciwieństwie do Rio de Janeiro, gdzie samochody i autobusy są jedynymi formami istnienia, które się zawsze dokądś szalenie spieszą, w Brasílii zwolnią, gdy zobaczą, że biegniesz na drugą stronę ulicy.

W zależności od pory dnia, idąc Osią Monumentalną można przez nawet ponad godzinę spaceru nie minąć w bezpośredniej bliskości żadnego innego pieszego. Wywiera to na zwiedzającym przedziwne, surrealistyczne wręcz wrażenie: znajdujemy się w samym sercu jednego z największych miast dwustumilionowego kraju, tysiące ludzi mijają nas w samochodach zaledwie kilka czy kilkanaście metrów w prawo lub w lewo od nas, po obydwu stronach Osi Monumentalnej widzimy wielopiętrowe budowle, a jednak idziemy jak przez pustkowie. Budynki po obydwu stronach Osi Monumentalnej widzimy jednak przez większą część tego spaceru naprawdę daleko od nas – to kolejna cecha charakterystyczna miasta zaprojektowanego dla samochodów bardziej niż dla ludzi. Szastanie przestrzenią, bo w zamierzeniu w szczęśliwej i dostatniej – wydawało się, że tak niedalekiej – przyszości każdy miał się z jednego miejsca w drugie przemieszczać samochodem.

Ciągłe poruszanie się po mieście przede wszystkim samochodem jest w jego strukturę wpisane jako warunek codziennego funkcjonowania. Weźmy na przykład ten podział na wyspecjalizowane w poszczególnych dziedzinach sektory i rozmieszczenie wszelkiej aktywności ekonomicznej czy kulturalnej podług tej mapy sektorów. Sprawia to, że w Brasílii trudno załatwić kilka spraw w jednej części miasta: do banku trzeba pojechać do Setor Bancario, na zakupy gdzieś indziej, a do restaucji albo na kilka piw ze znajomymi najlepiej gdzieś na północny wschód miasta, a potem wrócić na noc do któregoś z sektorów mieszkalnych. Ekologiczny i energetyczny koszt funkcjonowania takiego miasta musi być kolosalny.

Tak wymyślone i zbudowane miasto jest szalenie „nieergonomiczne”. W tym sensie, że odczuwa się je jako niedopasowane do naturalnych ludzkich potrzeb w naturalnej ludzkiej skali[2]. To niedopasowanie do potrzeb realnych ludzi w niespodziewany sposób wypłynęło na powierzchnię zanim jeszcze ukończono budowę.

Candangos – tak brazylijska historiografia nazywa zastępy robotników budowlanych, którzy postawili Brazylii nową stolicę – przez kilka lat trwania budowy żyli w prowizorycznych obozach na i wokół kolosalnego placu budowy. Przedłużająca się prowizoryczność tego położenia, a także swego rodzaju porzucenie, jakiego ofiarą padali po ukończeniu pracy nad największym przedsięwzięciem budowlanym w historii Brazylii, popchnęła ich do spontanicznej budowy domów dla samych siebie – na obrzeżach, tuż na zewnątrz budowanego miasta. Co jak co, ale budować przecież potrafili. Takie domy wkrótce złożyły się na osiedla i szybko rozrosły się na miejscowości. Cały wianuszek takich chaotycznych, niezaplanowanych, nigdy nawet nie zatwierdzonych przez nikogo, satelickich miejscowości wyrósł ironicznie wokół doskonale zaplanowanego modernistycznego miasta, niczym złośliwy żart historii z ludzkich ambicji przejmowania kontroli nad przyszłością. Stanowi ten wianuszek żywy dowód na to, że plany budowy miasta zupełnie nie uwzględniały elementarnych ludzkich potrzeb ludzi, którzy je budowali. Nie zakładały nawet, że za swój prawdziwie heroiczny wysiłek zasługiwali oni na to, by dostać w tym planie jakieś dzielnice na własne przyszłe potrzeby. Budowniczy tak spektakularnych przedsięwzięć też chcą gdzieś mieszkać, też mają – lub  chcą mieć – rodziny.

Brazylijczycy powiadają, że sposób, w jaki zbudowana jest Brasília, okazał się „jak znalazł” na potrzeby prawicowej, wojskowej junty, która objęła władzę wkrótce po wybudowaniu nowej stolicy (zamach stanu miał miejsce w 1964). Szerokie, wielopasmowe ulice wręcz czekały na mające się przez nie przetoczyć defilady czołgów. Podzielone na sektory miasto bez chodników, bez kawiarenek i barów na rogu okazało się wymarzonym domem dla militarnej dyktatury: ludzie nie mieli gdzie na siebie przypadkowo wpadać, spotykać się z sąsiadami i znajomymi w spontaniczny czy nie rzucający się w oczy sposób, by powymieniać się opiniami o najnowszych wydarzeniach, zorientować nawzajem w swoich poglądach, wykonać rekonesans, z kim i jak można by potencjalnie, na jakimś etapie uformować takie czy inne formy działania opozycyjnego, subwersywnego, krytycznego…

Mówiąc krótko: lekcja numer jeden, jaką nam daje Brasília, to jak nie budować już nigdy miast.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Mimo wszystko – budować miasta

Przywołajmy teraz jednak wspaniały esej Mike’a Davisa Who Will Build the Ark?[3] Autor Planety slumsów i Late Victorian Holocausts podkreśla w nim, że choć miasta są wielkim ekologicznym problemem i ich ekspansja, połączona z zasysaniem przez nie coraz więcej ludności z zewnątrz (od 2005 roku, po raz pierwszy w dziejach, ponad połowa ludzkości mieszka w miastach[4]) stanowi jeden z kluczowych czynników ekologicznej dewastacji naszej planety. Dewastacji posuniętej już tak daleko, że pod znakiem zapytania stawiającej biologiczne przetrwanie ludzkości do kolejnego stulecia. Wpływ człowieka na klimat i na środowisko jest dziś tak głęboki, że naukowcy zgadzają się, że żyjemy już w nowej epoce geologicznej, ze względu na ten wpływ nazwanej antropocenem.

„Szukając rozwiązania dla tego narastającego wciąż problemu, warto zwrócić uwagę na pewien paradoks. Otóż może się okazać, że główny powód globalnego ocieplenia, czyli urbanizacja ludzkości, jest jednocześnie potencjalnie najlepszym rozwiązaniem kwestii przetrwania ludzkości w drugiej połowie XXI wieku. Co prawda przy obecnej polityce pogrążone w ubóstwie miasta niemal z pewnością staną się trumnami nadziei. Potrzebujemy zmiany – musimy zacząć myśleć jak biblijny Noe i zbudować Nową Arkę nadziei. Ponieważ większość starych drzew została już wycięta, Nowa Arka będzie musiała być stworzona z materiałów, które ludzkość znajdzie wśród zbuntowanych społeczności, pirackich technologii, nielegalnych mediów, rebeliantów i utopii”.[5]

Miasta mogą się okazać „swoim własnym rozwiązaniem”, rozwiązaniem problemu, który w znacznej mierze stworzyły. Warunkiem jest jednak, że zmienimy nasze myślenie o miastach i społeczną praktykę życia w miastach. Zmienimy zgodnie z tym, co jest tak naprawdę intencją miasta jako takiego, intencją samej idei miasta. Że zamiast każdy harować bez sensu na spłacenie własnego samochodu, przesiądziemy się na transport publiczny. Że zamiast każdy mieszkać we własnym domku (przekleństwo chociażby Londynu – przekleństwo, bo ta obsesja czyni miasto po prostu fizycznie za dużym), będziemy mieszkać w znacznie efektywniej zagospodarowujących przestrzeń i wydajniejszych energetycznie mieszkaniach. Że zamiast marnować przestrzeń i zasoby na prywatne baseny, prywatne ogrody, prywatne sale do ćwiczeń, w pełni wykorzystamy oferowane przez miasto możliwości tworzenia dostępnych przestrzeni rozrywki, rekreacji, spędzania czasu, socjalizacji, kontaktu z kulturą, które będę wspólne, publiczne.

O ile Brasília, ze swoim szastaniem przestrzenią, z przymusem korzystania z samochodu, jaki narzuca, ze swoją nieergonomicznością i wszystkimi sposobami, na które utrudnia codzienne wspólne spotykanie się ludzi, rzeczywiście uczy nas, jak nie budować już miast, to uczy nas ona także, że możemy budować nowe miasta od podstaw, również w miejscach dotychczas odludnych, a jedyne, co jest faktycznie konieczne w tym celu, to wola i determinacja polityczna. Musimy odzyskać tę odwagę, tę bezczelność nawet, którą miał Kubitschek, i zacząć budować nowe miasta. Dokonując określających takie projekty wyborów politycznych.

Miasta, które od dawna istnieją, zwłaszcza te największe, stanowią już zagrożenie dla samych siebie. Pozostawione niemal wyłącznie mechanizmom rynkowym, rozrastają się w chaotyczny zupełnie sposób, do rozmiarów, które życie w wielu z nich czynią już koszmarem. W Londynie prawie nikt nie spędza w drodze do i z pracy mniej niż dwie godziny dziennie. Trzy godziny też nikogo nie dziwią. Trzy i pół – smucą i wywołują współczucie, ale dziwić – też raczej nie dziwią. Jak dla mnie, mieści się to w definicji koszmaru. Szastamy w ten sposób skandalicznie energią, jaką pochłania codniowe przerzucanie milionów ludzi pomiędzy odległymi dzielnicami miejskich molochów. Jest to też ogromne marnotrawstwo naszego „najcenniejszego zasobu nieodnawialnego”[6]: czasu. Nawet w wielkich europejskich stolicach rozwiniętych krajów, coraz więcej dzielnic, w oczekiwaniu, aż niewidzialna ręka rynku rozwiąże ich problemy, zaczyna też obracać się powoli w slumsy.

Brasília uczy nas więc także – i to jest lekcja numer dwa, ważniejsza dziś niż ta pierwsza – że możemy budować nowe miasta. Od zera, gdzie tylko chcemy, także w miejscach zupełnie dziś odludnych, choćby po to, żeby zmodyfikować – uczynić bardziej przyjazną człowiekowi – strukturę gęstości zaludnienia. Musimy tego tylko wystarczająco mocno – kolektywnie, politycznie – chcieć. Musimy mieć wolę dokonania tego.

brasilia-sunset

Zachód słońca nad obrzeżami Brasilii

Od Brasílii do Amazonii i z powrotem

Brasília może nam dać jeszcze jedną lekcję, na nieco wyższym poziomie abstrakcji, jeśli umieścić ją na jednym końcu spektrum, na którego końcu przeciwnym znalazłaby się Amazonia. Z jednej strony: fenomen natury, kolosalny i na skalę globu unikalny – płuca planety, ekosystem, którego pozytywny wpływ sięga nawet bardzo odległych ekosystemów. Z drugiej dzieło wielkiej politycznej mobilizacji kolektywnych sił społeczeństwa, wielka fizyczna i społeczna transformacja przestrzeni dokonana w zaledwie kilka lat na bezludnym wcześniej terenie. Od dzikiej, spontanicznie, żywiołowo, przez tysiąclecia rozwijającej się natury do kolosalnych możliwości techniki, kultury człowieka. Tak można by odmalować skalę dziedzictwa Brazylii, skalę tego, co Brazylia oferuje ludzkości.

Ale teraz okazuje się, że być może wcale niezupełnie. Okazuje się bowiem, że być może cała ta skala – a nie tylko odcinek zmierzający ku Brasílii – to skala potencjalnych możliwości człowieka. Dzisiaj amazońska dżungla jest przedmiotem potężnej ofensywy obojętnych na koszty ekologiczne aspiracji brazylijskiej burżuazji przemysłowej, która dąży do zmonetyzowania jej bogactw naturalnych i przeobrażenia jej sieci wodnej tak, by jeszcze mocniej połączyć Brazylię z krwiobiegiem „gospodarki światowej” (głównie na prawach dostawcy surowców)[7].

Ale choć dzisiaj człowiek (oczywiście nie „człowiek w ogóle” a konkretna klasa ludzi: brazylijska burżuazja) poszedł na wojnę z Amazonią, to jednocześnie wiemy już z coraz większą pewnością – coraz więcej badaczy przyjmuje tę tezę – że amazoński las tropikalny jest w znacznej mierze, w co najmniej kilkunastu procentach (według ostrożnych szacunków) tworem człowieka[8]. Był sadzony przez ludzkie społeczności, które nie dysponowały ani współczesną wiedzą naukową, ani niczym na miarę współczesnej technologii, która dziś porywa się na przebudowę całej sieci wodnej Ameryki Południowej. Wiedziały za to, że niewielki wysiłek konieczny na posadzenie drzew będzie w tym klimacie wynagrodzony owocami bez wysiłku czekającymi na nich i ich potomków przez dziesiątki, setki nawet lat.

Brasília i Amazonia stanowią więc w pewnym sensie nie tyle opozycję – natura versus kultura, czy natura versus cywilizacja – co być może raczej dwa bieguny spektrum kolektywnych możliwości człowieka. Możemy budować miasta, w trzy lata postawić na puszczy metropolię, wymyślać nowe sposoby tych miast budowania, by czynić coraz lepszym nasze wspólne życie jako społeczeństwa. Możemy odtworzyć lasy – skoro mogliśmy całe połacie Amazonii stworzyć, dysponując bez porównania mniejszą naukową wiedzą o przyrodzie i świecie. Musimy – tylko i aż – wyzwolić się kolektywnie spod totalitarnej władzy rynku, którego niewidzialna ręka miasta pogrąża w chaosie, a naturę obraca w coraz szybciej zużywane surowce. Musimy zamiast pozwalać mu sprawować nad nami władzę, odzyskać władzę nad rynkiem. Musimy odnaleźć zagubioną, nieodzownie dziś potrzebną, hybris ludzi takich jak Kubitschek. To kolejna, może ciągle jeszcze nie ostatnia lekcja Brasílii.

brasilia-walkpath

Trzech pieszych na chodniku wzdłuż Osi Monumentalnej. Oddalają się od gmachu Kongresu.

Przypisy

[1] W Brasílii nie można – przynajmniej nie można było, kiedy ja tam byłem – polegać na Google Maps. Adresy w tym mieście złożone są ze skrótów i numerów, które wprowadzają Google Maps w kompletną konfuzję.

[2] Por. James Holston, The Modernist City: An Anthropological Critique of Brasília, Chicago: The Chicago University Press, 1989.

[3] Mike Davis, Who Will Build The Ark?, „New Left Review” 2010, nr 61. Po polsku opublikowany został jedynie w skróconej wersji: Mike Davis, Kto zbuduje Arkę?, tłum. Justyna Gąsiorek, Alicja Michalak, Aleksandra Paprot, Iwona Piaskowska, Joanna Przybylska i Anna Przytomska, „Res Publica Nowa”, jesień 2012. Dostępny online: http://publica.pl/teksty/kto-zbuduje-arke-33261.html.

[4] Mike Davis, Planeta slumsów, tłum. Katarzyna Bielińska, Warszawa: Książka i Prasa, 2009, s. 11.

[5] M. Davis, Kto zbuduje Arkę?

[6] Ladislau Dowbor, Demokracja ekonomiczna, przeł. Zbigniew Marcin Kowalewski, Warszawa; Książka i Prasa 2009, s. 121.

[7] Porównaj esej Między postępem społecznym a regionalnym imperializmem.

[8] Zob. Charles C. Mann, 1491, “The Atlantic”, 1 marca 2002; dostępny online pod adresem: http://www.theatlantic.com/magazine/archive/2002/03/1491/302445/

Jarosław Pietrzak

Notes brazylijski

Tekst stanowi fragment ebooka Notes brazylijski opublikowanego w 2015 r., dostępnego do pobrania tutaj.

Jestem na Facebooku i Twitterze.