Tradycja nie istnieje

Ten tekst będzie takim trochę rozbudowanym przypisem/dopiskiem do mojego tekstu w Le Monde diplomatique – edycja polska, tej trochę recenzji, trochę krótkiego eseju o serialu „Etos”. I o tym, czy często stosowany interpretacyjny wytrych opozycji między nowoczesnością a tradycją naprawę cokolwiek opisuje.

Zacznijmy od pytania. Jak wielu z was, słuchając ścieżki dźwiękowej tego klipu (piosenka Saajanji Ghar Aaye), pomyśli, że te nieprawdopodobnie wysokie nuty, na których szybują tu głosy kobiece (głosy tu wydobywające się pozornie z ust supergwiazdy Kajol i jej ekranowej matki, choć oczywiście nie ich własne głosy – w bollywoodzkim podziale pracy aktor musi umieć tańczyć, ale nie śpiewać) są dźwiękiem indyjskiej „tradycji”? Jak wielu z was pomyśli, że tak właśnie brzmi „tradycyjny” indyjski („hinduski”) śpiew, w wersji na głos kobiecy? We współczesnym przemyśle muzycznym i filmowym (specyfika estetyczna bombajskiego przemysłu filmowego sprawiła, że od udźwiękowienia kina do lat 70. minionego stulecia muzyka popularna i muzyka filmowa to były w Indiach de facto synonimy) znajdujący tylko swoje nowe technologiczne nośniki, sposoby rejestracji, powielania, recyklingu, tworzenia wariacji?

Czytaj dalej

Koronawirus Blues

Wiecie, jak wyglądają amsterdamskie kontenery na śmieci z gospodarstw domowych? Są wpuszczone w chodnik, plac lub ulicę, wkopane w ziemię. Ponad powierzchnię wystaje tylko metalowa kaseta sięgająca człowiekowi mniej więcej do pasa, z czubem, za który może go z tego wgłębienia wyciągnąć dźwig holenderskiej śmieciarki oraz paszczą, w którą wkłada się worki ze śmieciami. Gdy się paszczę tę zamyka, worek wpada w głąb, pod ziemię. Paszcza to dobre słowo, bo wewnątrz jest kilka rzędów metalowych zębów, które chwytają worek ze śmieciami, zanim go wrzucą do środka, gdy się paszczę zamknie. Jak na tym zdjęciu nad tekstem.

21 lutego, przed północą, w dzielnicy Amsterdam-Zuidoost, w jednym z takich śmietników, tam w głębi, pod ziemią, znaleziono niemowlę. Boję się nawet myśleć, w jakim stanie – cały czas mam przed oczyma zęby tej paszczy. Noworodka znaleziono tylko dzięki temu, że jakiś człowiek złamał godzinę policyjną i przechodził tamtędy koło godziny 23:00. Usłyszał dobiegający spod ziemi płacz, zadzwonił po pomoc. Gdyby przestrzegał godziny policyjnej – metody, którą pełniący (pomimo dymisji) obowiązki premiera neoliberał Mark Rutte „walczy z pandemią”, dziecko by pewnie umarło i trafiło na śmietnik.

Czytaj dalej

Biden, Jemen, LGBT

Miesiąc prezydentury Joe Bidena już za nami (już kilka dni temu). Nowy cesarz świata w okresie czterech tygodni inauguracyjnej parady wykonał kilka pokazowych gestów, starannie sfilmowanych z każdej strony przez CNN i MSNBC, a także sfotografowanych przez „New York Timesa” i „Washington Post”. Pokazowej komedii wielkiej, dobrej zmiany, pięknego powrotu do przyzwoitej amerykańskiej normalności, od której Donald Trump był tylko odstępstwem, rodzajem ponurego karnawału – stało się zadość. Oklaski i umizgi skrajnego centrum, które poczuło, że na powrót konsoliduje swoją kontrolę nad światem, że to znowu ono niesie pochodnię postępu – zebrane.

Czytaj dalej

Rok zarazy

31 stycznia 2020 roku, włoskie władze sanitarne zidentyfikowały pierwszy przypadek koronawirusa SARS-CoV-2 w Europie. Tak zaczął się europejski rozdział pandemii, pod której znakiem upłynął już potem cały miniony rok.

Czytaj dalej

Demokracja, pucz na Kapitolu i inne nieporozumienia amerykańskie

Jak, przy okazji wydarzeń na waszyngtońskim Kapitolu 6 stycznia roku bieżącego, powiedziała australijska komentatorka, blogerka Caitlin Johnstone:

Mówienie o ataku na amerykańską demokrację ma mniej więcej tyle sensu, co mówienie o ataku na fiordy Kirgistanu.

Amerykańską demokrację z fiordami Kirgistanu łączy oczywiście to, że żadne z nich nigdy nie istniało.

Stany Zjednoczone nie są ani nigdy nie były demokracją. Były i siłą rozpędu jeszcze formalnie są republiką, to owszem, ale to nie to samo. Istnieją niedemokratyczne czy wręcz antydemokratyczne republiki. Formalne atrybuty republiki miewają nawet najgorsze rasistowskie reżimy, jak np. apartheid w RPA czy Izraelu.

Demokracja, republika, rewolucja

Amerykański system polityczny został od samego początku założony po to i zaprojektowany tak, by zapobiegać lub neutralizować możliwości sprawowania władzy przez amerykański lud. Inaczej mówiąc: by zapobiec choćby możliwości demokracji.

Głosowanie nigdy nie było powszechne sensu stricto: kiedy nie można już było, nawet w południowych stanach, pozbawiać głosu otwarcie na podstawie samego koloru skóry, wymyślono cały szereg zastępczych mechanizmów wykluczania z prawa do głosu, mechanizmów, które odcinałyby od możliwości wpływania na politykę przynajmniej jakiejś (znaczącej) części najbardziej zdesperowanych, najbardziej pokrzywdzonych przedstawicieli amerykańskiego społeczeństwa.

Miliony ludzi w amerykańskich więzieniach. Ci, którzy już w więzieniach nie siedzą, ale w przeszłości popełnili przestępstwa (lub „przestępstwa”), za które sąd pozbawił ich (części) praw obywatelskich. Są także całe rzesze ludzi, którzy, kiedy przychodzi do wyborów, napotykają mnóstwo formalnych przeszkód, gdy próbują swoje prawo do uczestnictwa w głosowaniu potwierdzić lub zrealizować. Żeby więcej o tym poczytać, wystarczy wrzucić w Gógla frazę „voter suppression”. Cechy wspólne ludzi, których to spotyka: są biedni i najczęściej kolorowi. Wreszcie gerrymandering tak im przerysowuje okręgi, żeby zawsze byli w nim w mniejszości lub mieli komisję gdzieś absurdalnie daleko.

Jakby nie było, narodziny tego kraju, to, co jego własna historiografia (hagiografia?) nazywa szumnie „Rewolucją”, było w rzeczywistości raczej rebelią kolonialnych właścicieli niewolników, którzy nie chcieli dłużej wysyłać danin Londynowi, zapragnęli cały wyciskany z tego wyzysku i grabieży surplus przejąć dla siebie. Chcieli kolonizować resztę kontynentu na już wyłącznie swój własny, nie Londynu, rachunek. Revolutionary… not so much.

Czytaj dalej

Naturalna rodzina nie istnieje

Kiedy prawica broni rodziny – przed gejami, lesbijkami, edukatorami seksualnymi, feministkami – używa dwóch tropów: rodziny „tradycyjnej” i rodziny „naturalnej”. Dyskurs o tradycji, umocowany w katolicyzmie, miał dotąd w Polsce większe wzięcie, taki mamy klimat, ale nawet polska prawica uczy się od swoich mistrzów na Zachodzie i rozwija też bardziej „nowoczesny” wariant swojego dyskursu.

Według prawicowych organizacji „naturalna rodzina” jest wtedy, kiedy mężczyzna spotyka kobietę i oni pragną siebie nawzajem, aby mieć razem dzieci – „jak Pan Bóg przykazał”. Jednak samo to to już jest kultura, nie natura. Naturalna rodzina nie istnieje. Rodzina, każdy jej model, jest instytucją społeczną, instytucją danej kultury, przyjmującą różne formy, a nie spontanicznym wytworem natury.

Oczywiście, rodzina prosi się o to, żebyśmy ją postrzegali jako najbardziej naturalną z międzyludzkich relacji. Wszyscy przychodzimy na świat w rodzinach – w końcu wystarczy, żeby twoja matka cię urodziła, i już jest to rodzina: ty i twoja matka, nawet, gdy nie ma wokół nikogo więcej. Klasycy teorii ideologii uczyli nas jednak: im bardziej coś pozoruje swoją „naturalność”, tym bardziej prawdopodobne, że mamy do czynienia z czystą ideologią. Od „prawa naturalnego” po „naturalny porządek”.

Kiedy homo sapiens wkracza na arenę pradziejów, już żyje w społeczeństwach, już żyje w kulturze, czyli w swojej „drugiej naturze” (nawet jeżeli jej warstwa jest jeszcze cienka), przejętej i rozwijanej po hominidach, które nas poprzedzały. Już używa narzędzi, już myśli jakimiś symbolicznymi strukturami – o swojej relacji do otaczającego go świata i o swoich relacjach z innymi ludźmi. Myślenie o rodzinie, o stosunkach pokrewieństwa, wcale niekoniecznie wyszło od „poprawnego” rozumienia biologicznej relacji między stosunkiem seksualnym a rozmnażaniem, pomiędzy rolą mężczyzny i kobiety w zapłodnieniu, i tak dalej.

Czytaj dalej

Świat się chwieje, Joe Biden i skrajne centrum

Dziś (6 grudnia 2020), tuż po godzinie 9 rano, byłem gościem Grzegorza Sroczyńskiego w jego audycji „Świat się chwieje” na antenie radia Tok FM.

Razem z Łukaszem Pawłowskim z redakcji „Kultury Liberalnej” rozmawialiśmy o moim tekście Umarł król, niech żyje król, w którym – na łamach „Krytyki Politycznej” – odnoszę się z ogromnym sceptycyzmem do nadziei wiązanych z nowym cesarzem świata, Joe Bidenem. Łukasz Pawłowski, jak na liberała przystało, odnosi się natomiast z ogromną nieufnością do mojego sceptycyzmu.

Nie mam radiowej wprawy, więc pewnie mogło być (dużo) lepiej, ale jeśli kogoś interesuje, to można posłuchać tutaj.  

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Chcesz e-booka z moim (długim) opowiadaniem?

Albo z tym?

      

Gniew, wahadło, ściana

Wypierdalać! – jasne, że wypierdalać. Bezwarunkowa solidarność, żadnych „ale”. A prawdopośrodkiści i esteci, których taki język, albo zaburzanie katolickich nabożeństw, zniechęca, tudzież zachęca do trzymania dystansu – niech wypierdalają razem z nimi. Jak się komuś nie podobają takie środki wyrazu, to pewnie kiedyś przyłożył rękę do zła, w którym dzisiaj tkwimy. Tylko ten, kto ma coś poważnego na sumieniu, szuka teraz takich dziur w całym.

Kilka myśli na gorąco.

Czytaj dalej

Pomniki na bruk

Nadzwyczajna fala protestów przeciwko rasistowskiej policyjnej przemocy, ale i przeciwko systemowemu rasizmowi w ogóle, rozlewa się ze Stanów Zjednoczonych do innych krajów. Koszmarna śmierć George’a Floyda, na oczach świadków uduszonego na ulicy kolanem przez policjanta, wstrząsnęła Ameryką, by wkrótce wyprowadzić ludzi na ulice także w wielu innych krajach.

W śmierci Floyda – jednego z tysięcy mężczyzn mordowanych rokrocznie przez amerykańską policję za kolor skóry – manifestuje się specyfika bardzo amerykańskich form strukturalnej przemocy. W końcu nigdzie indziej na świecie, nawet w najludniejszych krajach afrykańskich, tylu czarnych mężczyzn i kobiet nie pada ofiarą systemu „sprawiedliwości”. Zabijani bezkarnie przez „stróżów prawa” za przechodzenie przez ulicę w złym miejscu, osadzani w więzieniach lub podporządkowywani innym formom ograniczenia wolności, nierzadko za „przestępstwa”, za jakie ich biali rówieśnicy nie trafiają nawet na przesłuchanie. Badacze problemu – od Loïca Wacquanta po Michelle Alexander – utrzymują, że amerykański system „sprawiedliwości”, z jego niespotykanym nigdzie indziej współczynnikiem inkarceracji (grubo ponad 700 osób na 100 tys. mieszkańców), z niesłychaną wprost nadreprezentacją „kolorowych” wśród skazanych, z jego prowadzonymi dla zysku prywatnymi więzieniami, które potrafią pozywać władze stanów, jeśli te nie dostarczają im dość skazanych, jest po prostu przedłużeniem niewolnictwa i reżimu rasowej segregacji znanego pod kryptonimem Jim Crow, oficjalnie zniesionego w 1965 roku.

Czytaj dalej

Brzydkie słowo: Rasa

Popularne „definicje” rasizmu idą najczęściej mniej więcej tak: wrogość, niechęć, uprzedzenia lub nietolerancja wobec ludzi innej rasy. Niestety, takie „definicje” same w sobie są już rasistowskie. Rasizm nie zaczyna się bowiem od „nie-lubienia” ludzi „innej rasy”. Rasizm zaczyna się od zgody z tezą, że w ogóle istnieją ludzie „innej rasy”. Że ludzie dzielą się na „rasy”.

Nie, ludzie nie dzielą się na żadne „rasy”.

Czytaj dalej