Niech to będzie rodzaj listu – z samego środka ostrej fazy reaktywacji głębokiej traumy. Adresowany do tych, których interesuje, co się ze mną dzieje lub którzy zastanawiają się, co odpowiada za ogólny spadek mojej aktywności i obecności w różnych miejscach, długie przerwy i problemy z „dostarczaniem”. Obniżona aktywność, przerwy i wydłużony czas „dostawy”, mogą jeszcze jakiś czas potrwać, niestety.
Rok 2025 skończył się dla mnie not with a whimper but a bang. Dzisiaj kończę 47 lat z poczuciem, że nic w moim życiu – ani tym – jak je rozumiem – nie jest już takie samo.
Jednej nocy zrozumiałem całe moje życie, źródło całego w nim cierpienia i udręki w jednym katastrofalnym wydarzeniu, które w wieku piętnastu lat natychmiast wykasowałem z pamięci – musiałem, nie dało się inaczej, bo rozsadziło mi system. W grudniu pamięć powróciła w bardzo filmowych flashbackach. To naprawdę wygląda tak jak w filmach.
A co się potem z człowiekiem dzieje, bardzo rudno sobie wyobrazić, jeśli się tego nie doświadczyło. Nie tylko odczuwa się takie przywrócone wspomnienie, jakby wydarzyło się wczoraj, ale odmrażają się całe lata – ponad trzydzieści lat w moim wypadku – zamrożonych do tej pory uczuć. Kaskady wszystkiego, co wcześniej zatrzymywane było mechanizmami dysocacji i wypierania
Szychty w kinie
Ale najpierw obejrzałem w minionym roku wiele, na pewno grubo ponad trzysta filmów. Nie wiem, ile dokładnie. Wiele z nich starych. Wszystkie w kinie. Od czasu mojego załamania nerwowego prawie trzy lata temu jest mi bardzo ciężko skupić się na filmie inaczej niż w kinie.
Amsterdam jest światową stolicą nudziarzy, ale repertuar filmowy jest tu, mimo wszystko, jakimś cudem znakomity. Oprócz bardzo dobrego bieżącego, jest też niekończący się maraton retrospektyw i przeglądów. Eye Filmmuseum i Lab111 są w nich wyspecjalizowane, ale niektóre takie cykle rozchodzą się też po mieście na inne kina zrzeszone w sieci Cineville (z abonamentem, niedrogim, nie płaci się już za bilety, można siedzieć w kinie całymi dniami). Znajoma Czeszka z Europejskiej Agencji Leków (ma ona tutaj siedzibę od czasu Brexitu) śmieje się, że przeze mnie podniosą wszystkim abonament, bo nadużywam systemu.
Retrospektywy toczą się gdzieś w mieście cały rok – z i bez okazji. Czasem kuratorzy chcą kogoś przypomnieć, czasem chodzi o jubileusz twórczości jakiegoś weterana filmu, czasem towarzyszy to powrotowi jakiegoś klasyka sprzed pół wieku na ekrany po odrestaurowaniu kopii (wchodzą wtedy inne filmy tego samego reżysera, albo inne klasyki tego samego nurtu czy gatunku). Chodziłem na Kurosawę, Kubricka, Satyajita Raya, Antonioniego, klasyki anime, bloki poświęcone dekadom lat 60. i 70. XX wieku. W połączeniu z repertuarem bieżącym, pomniejszymi przeglądami kina współczesnego (palestyńskiego, fantastycznego) i tymiż retrospektywami, począwszy od wczesnej wiosny do początku grudnia chodziłem do kina prawie codziennie, niekiedy dwa razy dziennie (rano i wieczorem).
W ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy zmarło kilkoro wielkich artystów ekranu, których oprócz tego, że byli wielkimi artystami, łączyło jeszcze coś dla mnie subiektywnie: byli bardzo ważni dla mnie, kiedy dorastałem i zafascynowałem się kinem. Kiedy miałem 16 lat, w TVP leciał cykl „100 filmów na stulecie kina”. Od tamtej pory przez całe liceum i studia polowałem na każdego pokazywanego gdzieś Viscontiego, Felliniego, Clémenta. Z Viscontim nie bez znaczenia była dla mnie jego homoseksualność, z tą legendarną nieodwzajemnioną miłością do Alaina Delona m. in. Proszę o wybaczenie, że w tamtych latach nie wiedziałem, że skrzywdził „najpiękniejszego chłopca na świecie”, Björna Andrésena. Aż troje ważnych aktorów Viscontiego zmarło w ciągu kilkunastu miesięcy, każde z nich związane było z filmami, które odegrały ogromną rolę w formowaniu się nie tylko mojego gustu, ale i mojego wyobrażenia o tym, czym jest i może być kino. Alain Delon, Claudia Cardinale, Björn Andrésen.
Obejrzałem w tym ciągu – po raz pierwszy na wielkim ekranie – Lamparta Viscontiego, Dawno temu na Dzikim Zachodzie Leone, 8 i pół Felliniego, W pełnym słońcu Clémenta, Basen Deray’go, W kręgu zła Melville’a. Poza tym Zwierciadło i (po raz pierwszy nie tylko w kinie) Stalkera Tarkowskiego, Czerwoną pustynię i Zawód reporter Antonioniego, oraz Dersu Uzałę Kurosawy. Rzeczy, które oglądałem, kiedy byłem nastolatkiem. Rzeczy, o których obejrzeniu wtedy marzyłem, ale nie było wtedy gdzie. Rzeczy, które wtedy, kiedy byłem nastolatkiem oglądałem raczej w telewizji. Claudia Cardinale i Alain Delon są przepiękni na wielkim ekranie. Lampart Viscontiego jest przepiękny na wielkim ekranie. Dersu Uzała, W pełnym słońcu, W kręgu zła – tak samo.
Anioł Jujitsu
Powiedziałem wtedy o tym mojemu nowemu psychoterapeucie, za którego ubezpieczenie mi nigdy nie zapłaci, bo jest dobry, a w Holandii ubezpieczenie za dobrych psychoterapeutów nie płaci, płaci wyłącznie za kiepskich – żelazna zasada tego systemu, nie do przeskoczenia. Niech mi będzie wolno nazywać go Aniołem Jujitsu – bo sprawia, że czuję się, jakbym rozmawiał z aniołem, no i trenuje jujitsu.
Powiedziałem mu o tym, że takie moje oglądanie filmów staje się chyba trochę kompulsywne i być może na dłuższą metę niebezpieczne. Jedyne, co mogło sprawić, że wstawałem z łóżka na tyle wcześnie, żeby się ogarnąć i zdążyć gdziekolwiek na 10 rano (tak, są tu seanse o 10 rano), to był jakiś stary włoski, japoński, francuski, radziecki, afrykański albo jugosłowiański film. Ponieważ pomiędzy nimi pochłaniałem znowu książki, pewnie w kilka miesięcy wykończę się tym wszystkim tak samo (tylko teraz własnymi rękami), jak mnie wykończyli ci socjopaci w ostatniej robocie.
Myślałem, że coś na to odpowie, wyrazi jakąś opinię. „Spoko, znakomicie, chodź do kina dwa razy dziennie”. Albo: „nie, może lepiej nie chodź do kina aż dwa razy dziennie”. Ale on tylko rejestrował to jako część fenomenu. Tej mojej niekończącej się już trzeci rok depresji, zresztą nie pierwszej w życiu, charakteryzującej się bardzo niespójnymi symptomami (nie obejmowała nigdy utraty zainteresowań, czemu ani poprzedni terapeuci, ani ich superwizorzy, ani ten konował psychiatra, nie poświęcili większej uwagi). Depresja ta na początek – i na odpierdol – przez tutejszy system, z jego notorycznie powierzchownym podejściem do zdrowia psychicznego, zdiagnozowana jako burnout. Burnout był jednak tylko objawem; tak jak depresja, stany lękowe i bezsenność też były tylko objawami, albo może skutkami – nie sednem problemu.
Anioł Jujitsu zapytał tylko, czy to mi się zdarza cyklicznie, takie fale hiperaktywności, po których następuje wypalenie. Teraz rozumiem, jak uważne to było pytanie diagnostyczne.
Ponieważ Anioł Jujitsu jest znakomitym psychoterapeutą (pomimo, ale może właśnie za sprawą, bardzo młodego wieku), ale integracyjnym/integratywnym, te powszechne w Holandii dyrdymały poznawczo-behawioralne stosuje tylko wtedy, kiedy mają sens (czyli rzadko i w odniesieniu do prostych problemów). Wobec tego nie skomentował mojego zachowania, prawdopodobnie przypisując mu potencjał, że może te wszystkie filmy coś „zrobią”, np. uruchomią pamięć czegoś ważnego, skoro okres „adolescencji” był u mnie tak bardzo powiązany z pochłanianiem pasjami kina.
Anioł Jujitsu wiedział od samego początku – dzisiaj jestem przekonany, że od pierwszej rozmowy – że jest coś kluczowego dla mojego stanu, tkwiącego głęboko pod wszystkimi powierzchniowymi objawami (depresją, burnoutem, stanami lękowymi, ciągnącą się latami bezsennością, od sierpnia 2020 r. prawie bez przerwy). Coś, czego ja sam nie pamiętam i się nawet nie domyślam – ani nawet nie domyślam się, że czegoś ważnego nie pamiętam.
Zamiast mi mówić, czy mam dalej chodzić do kina dwa razy dziennie czy może jednak zwolnić trochę, poprosił, żebym prowadził jeszcze „dziennik terapii”: pisał, co mi zostaje po naszych spotkaniach, co mi się przypomina z przeszłości, gdy jestem w różnych stanach emocjonalnych pomiędzy nimi. Wszystko ręcznie, w zeszycie, nie na komputerze. Też dlatego, że trochę wcześniej odnotował sobie, że gdy coś większego piszę, moje pisanie zawsze przechodzi etap papierowy, czyli ręcznych poprawek i dopisków na wydruku.
Miesiące oglądania starych filmów, w szczególności takich, jakie mnie szczególnie interesowały, gdy byłem nastolatkiem, w połączeniu z regularnym pisaniem ręką i piórem (tego też na taką skalę nie praktykowałem, odkąd zacząłem studia), doprowadziły do tego, że w końcu, w piątym miesiącu terapii, powróciła pamięć mojego Wydarzenia. Katastrofy.
Anioł Jujitsu miał rację. Miałem nie tylko złego ojca, co pamiętałem, ale spotkała mnie też bardzo konkretna, jednorazowa katastrofa, która była dla mnie wtedy tak niemożliwa do zrozumienia i przyswojenia, że niemal natychmiast wykasowałem ją z pamięci. I dlatego właśnie, że ją wykasowałem, rządziła moim życiem z cienia przez trzydzieści kolejnych lat, and counting. Stała się moją formacyjną traumą, która zatrzasnęła się na fragmencie mojego mózgu, zamrażając część mnie w tamtym jednym wydarzeniu, w tamtym jednym momencie na podłodze szkolnej ubikacji – i ustawiła całą moją relację do świata.
Katastrofy, która mnie spotkała, kiedy miałem 15 lat, nikt nie zauważył. Nikt, oprócz chłopca, który mi to zrobił i potem każdego dnia przez cztery lata potwierdzał wydany w niej werdykt – że jestem dla niego niczym – traktując mnie jak powietrze. Zrobił mi to nie sam i nie dla siebie, ale w walce o status pośród swoich rówieśników, o rok ode mnie starszych. Ale tylko on z nich czterech mógł wiedzieć, że naprawdę wyrządza mi krzywdę.
Okoliczność, że mojej katastrofy nikt nawet nie zauważył, potwierdzała ciężar wydanego w niej wyroku: niezależnie od ciężaru tego, co by mnie nie spotkało – a unicestwienie to nie byle co – jest to całkowicie obojętne otaczającemu mnie światu. Pozbierałem się z podłogi i ukryłem przed światem, że coś w ogóle mi się stało, bo nie było widocznej krwi ani wybitych zębów, szkoda dotyczyła mojej godności – ukryłem to tak skutecznie, że nawet przed własną pamięcią.
Sikhijski łącznik
Pamięć katastrofy była czymś, do czego jakaś część mojego mózgu od dawna szukał drogi dostępu, krążyła wokół, testując szczeliny, które mogłyby do wspomnienia doprowadzić, wielokrotnie wycofując się przed tym ryzykownym krokiem w ostatniej chwili. Niepokojące ślady i impulsy krążyły również wokół mnie.
Pod koniec poprzedniego tekstu na moim blogu, który był na zupełnie inne tematy, ale zahaczał o epizod w moim życiu zarobkowym, kiedy to (po przyjeździe do Amsterdamu) pracowałem tu w Netfliksie (w obsłudze klienta), wspomniałem o dziwnym, niepokojącym zdarzeniu. Wydawało mi się zupełnie nieprawdopodobne, że przy setkach milionów użytkowników na całym świecie, przy połączeniach przychodzących z kilkudziesięciu krajów, dodzwonić mógłby się do mnie ktoś, kogo znałem. Jak mogłoby to być w ogóle możliwe statystycznie?
A na ile statystycznie możliwe jest to, że nie tylko zadzwoni do ciebie ktoś, kogo znasz z Londynu, ale że rozpoznasz po głosie kogoś, realna znajomość z kim trwała tylko dwie godziny i miała miejsce kilka lat temu? Ja też nie wierzyłem, dlatego tłumaczyłem sam sobie, że tak naprawdę to najpierw przeczytałem jego nazwisko i adres email, wyciągnięte przez system na podstawie numeru telefonu, z którego dzwonił. (Tak jakby nie było nic dziwnego w pamiętaniu adresu email kogoś, z kim spędziłem w życiu dwie godziny). Ale nie, rozpoznałem go już po głosie, a ekran z informacjami, które potwierdziły moje pierwsze rozpoznanie, załadował się przed moimi oczami dopiero kilka czy kilkanaście sekund później. Wtedy już nie było wątpliwości, gdyż jest to człowiek o niepowtarzalnym nazwisku – ekscentryczna transliteracja biblijnego imienia i sikhijskie nazwisko.
Kim był? Aktorem i tancerzem, który dorabiał też jako model. Kiedy go spotkałem, miał dwadzieścia kilka lat, pewnie 27. Zgodził się pozować mi do zdjęć, których chciałem użyć na okładkę i do innych wizualiów dla mojej powieści Nirvaan, na potrzeby której miał robić właśnie za tytułowego Nirvaana. Nie wyglądał jak Nirvaan, o którym pisałem, ale miał bardzo sikhijską urodę, a Nirvaan był właśnie z sikhijskiej rodziny. Był piękny inaczej niż – ale równie bardzo jak Nirvaan, w podobnym wieku i równie wysoki. Połaziliśmy po Soho przez dwie godziny, robiąc te zdjęcia.
Zgodnie z instrukcjami Netfliksa dotyczącymi takich sytuacji, nie dałem po sobie poznać, że go znam. Natomiast, ponieważ wtedy właśnie crowdfundowałem wydanie Nirvaana, to następnego dnia do niego napisałem (maila). Przypomniałem mu skąd się znamy, przyznałem się, że to ja odebrałem wczoraj telefon w sprawie logowań do jego konta w Netfliksie. Powiedziałem, że będę wydawał tę książkę samodzielnie w niskim nakładzie, bo rozmowy z polskimi wydawcami zakończyły się niepowodzeniem. No i podesłałem mu zdjęcie, które wybrałem na okładkę.
Ku mojemu bolesnemu zaskoczeniu, zaczął mnie prosić, żebym jednak jego wizerunku nie wykorzystywał. Nie miałem obowiązku pytać go o ponowną zgodę, bo dostał wynagrodzenie i podpisał release, znając naturę projektu. Ale nie lubię ludziom wyrządzać krzywdy, a w szczególności takim, których dobrze wspominam. Było po wielu miesiącach lockdownów, które artystów scenicznych w Londynie na długo pozbawiły dochodów i zawiesiły ich możliwości zawodowe, skazując ich jedynie na pandemiczny socjal Borisa Johnsona. Akurat miał zakontraktowane występy, które były stargetowane dla dzieci i młodzieży. Jego twarz na gejowskiej powieści erotycznej mogła się tam nie spodobać – fakt, jak bardzo niszowa i niskonakładowa miała to być pozycja, i to w Polsce i po polsku, wydawał się go nie łagodzić jego niepokoju.
Pamięć o pięknych mężczyznach
Wielu ludzi, których znałem dłużej, nie rozpoznałbym tak błyskawicznie po głosie kilka lat później. Teraz już to rozumiem. Jednym ze skutków mojej formacyjnej traumy jest to, że istnieje pewna klasa wyjątkowo pięknych mężczyzn, którzy – jeżeli ich urodzie towarzyszą dodatkowe ponadprzeciętne właściwości, jak intelekt, mówienie siedmioma językami, talent artystyczny, ale także stosunek do innych ludzi i moment ciepłego kontaktu, który ma dla mnie znaczenie (wcale nie musi być erotyczny) – utrwala się w mojej pamięci jak na kompleksowo anotowanej stopklatce w wysokiej rozdzielczości, której upływ czasu nie wyrządza żadnej szkody.
Pożądanie i zagrożenie zatrzasnęły się w nierozerwalnym powiązaniu z potrzebą przeskanowania każdego mężczyzny pod kątem zagrożenie/bezpieczeństwo, a także pod kątem wystarczającej koncentracji różnych wartościowych właściwości, żeby wart był ryzykowania potencjalnego zagrożenia. Wszak kiedy pierwszy raz kogoś zapragnąłem, zostałem ekstremalnie ukarany. A tak doskonała pamięć jeszcze dlatego, że uwaga pięknych chłopców stała się dla mnie czymś warunkowym, czymś, co może zostać niespodziewanie wycofane lub nawet obrócić się nagle w przemoc. Wszystko się może natychmiast skończyć, więc trzeba wszystko dokładnie zapamiętać.
Miałem w tym moim nieszczęściu jakieś tam szczęście. Osoby z formacyjną traumą o charakterze seksualnym najczęściej mają tendencję do lgnięcia do partnerów, którzy mają podobne do pierwotnego oprawcy cechy osobowości i w końcu powtarzają w jakiś sposób pierwotne doświadczenie przemocy, odrzucenia albo upokorzenia. Ja rozwinąłem w sobie skaner, który wykrywa błyskawicznie najbardziej wyjątkowych mężczyzn i sortuje bezpiecznych od niebezpiecznych. Wystarczyła mi zawsze nawet dziesięciominutowa interakcja, by rozróżnić mężczyznę całkowicie bezpiecznego od takiego, który może stanowić zagrożenie.
Po pierwszej bolesnej pomyłce z predatorem, który mnie rozdziewiczył, ale i odnowił we mnie skrypty bezpieczeństwa, ten mój skaner pozostał już bezbłędny i niezawodny. Przyjaźniłem się z dobrymi ludźmi. Zakochiwałem się, owszem, w mężczyznach emocjonalnie niedostępnych (trauma reenactment), ale bezbłędnie unikałem mężczyzn toksycznych, gustujących w upokarzaniu czy agresywnych. W życiu prywatnym po prostu wiedziałem, od kogo trzymać się z daleka. Gorzej było w pracy – kiedy byłem skazany na konieczność pracy z takim człowiekiem, doświadczałem paniki lub paraliżu, cierpiałem na bezsenność. Nie umiałem racjonalnie tego rozwiązywać. W ostatniej robocie to właśnie doprowadziło do mojego załamania nerwowego.
Dawno temu rozmawiałem z pewnym biznesmenem z Azji działającym w Polsce, który próbował mi się sprzedać jako ktoś, kto pomoże w realizacji filmu dokumentalnego (nigdy nie zrealizowanego), którego projekt napisałem. Kiedy dowiedziałem się, że jedna z moich najlepszych, najbardziej niezawodnych przyjaciółek, spotyka go równolegle w innych kontekstach, pomimo iż spędziłem z gościem tylko godzinę, wiedziałem, że muszę ją ostrzec. „Uważaj na niego, nie zostawaj z nim sam na sam, on jest niebezpieczny”. Zignorowała to. Dopiero po dwudziestu latach powiedziała mi, że potem żałowała.
Tak samo bezbłędnie wykrywam dobrych mężczyzn. Nawet w najbardziej kompulsywnych spiralach trybu trauma reenactment, kiedy mogłem był wystawiać się na pastwę mężczyzn na mojej traumie żerujących, zawsze wiedziałem, który mężczyzna mnie na pewno/przynajmniej nie skrzywdzi. A czasem, pomimo trybu trauma reenactment na pełnej, trafiałem mimo wszystko na ludzi, którzy autentycznie się o mnie troszczyli, nawet jeśli interesowali się mną tylko na chwilę, np. na jedną noc.
Ilu znacie heteroseksualnych mężczyzn, którzy przyjaźniliby się na całe życie z gejem, o którym wiedzą, że na dzień dobry był w nich zakochany? Z którym o tym, że był w nich kiedyś zakochany, czasem rozmawiają? Z którym rozmawiają nawet o tym, że to zakochanie w nim było właśnie odtwarzaniem traumy? No nie ma takich zbyt wielu, ale mój radar dał radę, żeby go zlokalizować. To mój piękny algierski przyjaciel o imieniu Piękno (po arabsku). Rozpoznanie, że mam do czynienia z wyjątkowym człowiekiem zajęło mi całe dwadzieścia minut rozmowy, bo najwyżej tyle mogłem z nim rozmawiać, gdy pierwszy raz do mnie podszedł. Kiedy odszedł, byłem już zakochany.
Są mężczyźni, których poznałbym po stopach. Gdybym np. leżał na plaży, a któryś z nich, np. Nirvaan albo mój algierski przyjaciel o imieniu Piękno, stanąłby obok, na moich oczach. Niezależnie od tego, ile już lat ich nie widziałem. To nie jest tak, że pomyślałbym, że go przypominają i spojrzał do góry w poszukiwaniu twarzy ich właściciela, żeby sprawdzić, czy to on. Naprawdę wiedziałbym od razu, że to on. Stopy zresztą odgrywają taką rolę w moim wyobrażeniu skończenie pięknego mężczyzny (wielokrotnie mówiłem o kimś, że jest tak piękny, że nawet stopy ma piękne) również dlatego, że to poprzez kończyny wyraziła się zdolna mnie unicestwić władza nade mną pierwszego przepięknego mężczyzny w moim życiu, w momencie mojej wymazanej z pamięci katastrofy.
To samo miewam z głosem takich, sposobem chodzenia, z dłońmi. Wielu z takich mężczyzn poznałbym od razu, gdyby podeszli do mnie od tyłu i położyli dłoń na ramieniu – poznałbym po tej dłoni, po kształcie palców, paznokci. Dotyczy to także mężczyzn, którzy nigdy mnie nie dotykali w sposób erotyczny (czyli np. co najwyżej podali mi tylko rękę). Anioła Jujitsu też – ma niemożliwe do przegapienia piękne dłonie. Trudno by to było przegapić, bo robił już ze mną EMDR, w co dłonie są bardzo mocno zamieszane. Ale nie potrzebowałem tak długo czekać, ich fotograficzny obraz i sposób, w jaki gestykuluje, zapisałem w pamięci już po pierwszej rozmowie – bo tak robię z pięknymi mężczyznami, którzy mogą niebawem, w jakiś sposób, wziąć w swoje ręce moje życie.
Narracje i ruminacje
Teraz już wiem już, że pisanie Nirvaana było jedną wielką post-traumatyczną ruminacją, w czasie której krążyłem wokół formacyjnej traumy, wydarzenia, z którego wzięło się całe moje cierpienie (w tym paraliżująca trwoga, jaką niejednokrotnie wywoływali we mnie niektórzy mężczyźni, a której do niedawna nie umiałem zrozumieć). Opisałem w epizodach Nirvaana emocjonalne i erotyczne spotkania z różnymi mężczyznami, którzy złożyli się na moje doświadczenie pożądania i rozkoszy, zataczałem kręgi i sygnalizowałem paralele, które wydają się tu wszystkim zarządzać, cofając się w przeszłość. A przecież powtarzanie tych samych błędów to typowy sposób funkcjonowania traumy. Ale ostatecznie zatrzymałem się przed dotarciem do pierwszego z nich wszystkich, tego, który mi wyrządził krzywdę mojego życia i jednego (wymazanego z pamięci) wrześniowego dnia rzucił na mnie zaklęcie, które od tamtej pory z mroku sprawowało władzę nad moim życiem i stosunkiem do świata zewnętrznego.
Dziś, kiedy zrozumiałem moją traumę i nagle zrozumiałem całe moje życie, przez nią zarządzane, widzę też, że naprawdę dobrze opisałem w Nirvaanie kliniczne objawy takiego rodzaju traumy: błyskawiczność, z jaką się zawsze zakochiwałem; sposób przywiązania; strukturę pożądania; sposób przeżywania pożądania i rozkoszy. Tylko do samej traumy nie dotarłem, nie wiedziałem, że to ona takimi je we mnie wytworzyła – zatrzasnęła się na mnie w ten sposób. Zatrzymałem się o krok przed dotarciem do traumy.
W tym sensie fakt, że musiałem zmienić koncept okładki (nie żałuję, mój przyjaciel Łukasz Zaręba zrobił dla mnie piękną grafikę) odczytuję dziś jako pierwszy sygnał od świata, że moja powieść będzie być może czymś zupełnie innym niż mnie samemu się wydaje. I dlatego musi też inaczej wyglądać, niż początkowo zakładałem. Nie jest „seksualnym bildungsromanem” w sensie spełnionym, a serią krążących wokół sedna sprawy ruminacji, próbą dotarcia do źródła traumy – zakończoną niepowodzeniem. Ale nawet jeśli zakończyła się niepowodzeniem, wciąż znaczy, że od dawna usiłowałem dotrzeć do katastrofy, która przesądziła o całym moim dalszym życiu. Gdybym do niej wtedy dotarł, byłaby to zupełnie inna powieść – być może lepsza.
Najbardziej wstrząsająca dla mnie samego, gdy pamięć wydarzenia do mnie powróciła, była świadomość, że pisząc Nirvaana miałem taki moment, w którym zacząłem wspominać chłopca, od którego całe moje życie erotyczne się zaczęło, wtedy jedynie wewnętrznie, bo przecież nigdy mu nie powiedziałem, że lubię go trochę za bardzo – ale się z tego kierunku natychmiast wycofałem i wszystko wykreśliłem. Wytłumaczyłem to sobie wtedy względami kompozycyjnymi: gdzie to wpasować, żeby nie było niepotrzebne, wtórne? Pierwsze wydarzenie – wtórne? Książka dochodzi więc w głąb mojej przeszłości jedynie do Adama, jak gdyby to on był pierwszym chłopakiem, w którym zakochałem się latem, z dala od domu, podczas gdy był drugim – był już odtwarzaniem pierwotnej traumy, trauma reenactment.
Przyjaciel jednego lata
Oczywiście, teraz wiem, że względy kompozycyjne to nie był prawdziwy powód. Mimo próby dotarcia okrężną drogą do formacyjnej traumy, nie byłem jeszcze w stanie tej wyprawy dokończyć. A bez pamięci traumatycznego wydarzenia naprawdę nie potrafiłem samemu sobie odpowiedzieć, jak i dlaczego właściwie zakończyła się tamta moja krótka i niespodziewana przyjaźń z pięknym chłopcem, latem 1993 r., na koloniach nad morzem.
Był hetero, wiedziałem o tym, bo opowiadał o dziewczynach i się za nimi uganiał, a że był piękny, to go raczej nie odganiały. Znałem więc granice tego, co jest z nim możliwe, ale na tydzień tamtego lata czułem się wybrany przez najpiękniejszego chłopca, jakiego do tamtej pory spotkałem. Dla czternastoletniego chłopca, pozbawionego większego emocjonalnego wsparcia od rodziców, którzy mieli tylko oczekiwania, ale za nic go nigdy nie nagradzali, oferowali tylko nakazy lub obojętność; dla chłopca, który dopiero co, kilka miesięcy wcześniej, z przestrachem odkrył, że chyba niestety jest homoseksualny i bardzo się lękał, jakie będą tego konsekwencje dla reszty jego życia – dla takiego chłopca to było już coś niezwykle cennego i przywracającego odwagę do życia.
A potem musiałem przetrwać całe liceum, w którym nie dało się nie wyczuwać jego cienia wiszącego gdzieś nad głową. W niedużej szkole, w której chłopców było niewielu, on był najpopularniejszy, był jej gwiazdą. Mnie traktował jak powietrze, nie powiedział nigdy „cześć”, nigdy nie podał ręki. Wymazawszy z pamięci katastrofę, nie umiałem sam sobie odpowiedzieć, jak to się w ogóle skończyło, co się właściwie stało, że rok wcześniej byliśmy najlepszymi przyjaciółmi, a teraz jestem dla niego zupełnie niewidzialny. Na jego widok kurczyłem się i traciłem głos w gardle. Żyłem w tym stresie pięć dni w tygodniu przez cztery lata, dopóki nie skończył szkoły. Ja wtedy poprosiłem brata, żeby mi zgolił włosy. Nie wiedziałem, że dlatego.
Czy owe letnie kolonie w 1993 r. to była tylko fantazja, jakiś sen o pięknym chłopcu? Jak w Donniem Darko – większość widzów nigdy nie dociera do konkluzji, że wszystko, co oglądali, było nie opowieścią o życiu Donniego, ale fantazją tego drugiego chłopca, widzianego tylko parę razy schizofrenika z maską królika, który pragnął się z Donniem zaprzyjaźnić (za sprawą jego wrażliwości), ale nigdy się nie odważył, aż było za późno, bo zabiła go absurdalna katastrofa.
Ale na tych samych koloniach była też inna osoba, z którą się w liceum zaprzyjaźniłem, która wielokrotnie potwierdzała, że tamto lato nad morzem naprawdę się wydarzyło. Uczyniony niewidzialnym przez chłopaka, za którym cały rok tęskniłem (na bierzmowaniu wybrałem sobie nawet jego imię), osunąłem się w stan głębokiej i całkowitej dysocjacji, przez którą pamiętam cały okres szkoły średniej jak luźny worek pozbawionych kontekstu, izolowanych, nielicznych wydarzeń. Reszta rozmywała się szybko we mgle. Na bieżąco zwalczałem teraźniejszość i najnowszą przeszłość, zapychając głowę filmami i książkami.
Nikt nigdy niczego się po mnie nie domyślił. Nie tylko tego, że go znałem już wcześniej: że kiedyś, jednego lata, rok zanim się do tej szkoły dostałem, byliśmy przez chwilę najlepszymi przyjaciółmi – nawet tego w ogóle, że jestem homoseksualny. Moi najlepsi przyjaciele tego nie wiedzieli aż do matury. Wiem, bo mi to wielokrotnie potwierdzili, także ostatnio, bo od momentu powrotu pamięci katastrofy, odzyskałem energię do kontaktów społecznych i wszystkich obdzwoniłem.
Nawet nie o to, chodzi, że ja się w tym liceum świadomie chciałem tak maskować – całkowite zatrzaśnięcie uczuć głęboko w moim wnętrzu, za nieprzepuszczalnymi zasłonami, stało się moją naturą, było silniejsze ode mnie, nawet kiedy bardzo chciałem o nich komuś powiedzieć i przystać żyć z samymi tajemnicami. Nie umiałem już nie ukrywać moich uczuć.
To, że mój piękny przyjaciel jednego lata coś strasznego mi zrobił, ukryłem tak skutecznie, że nawet przed sobą samym i przez ponad 30 lat nie pamiętałem nawet, że to się w ogóle wydarzyło.
Troll ze szkolnej ubikacji
Kiedy już byłem od ponad pół roku na pierwszym długim chorobowym po załamaniu nerwowym w 2023 r., Izrael rozpętał ludobójstwo Palestyńczyków w Gazie. Od początku wypowiadałem się nie tylko po stronie niewinnych palestyńskich cywilów, ale i kwestionowałem propagandowe bajkopisarstwo papug Izraela nt. rzekomych zbrodni Hamasu 7 października 2023 r., zupełnie lekce sobie ważąc dopuszczalne w mediach korporacyjnych spektrum opinii w temacie. Wszyscy, którzy znają moje pióro lub mnie samego, wiedzą, że nie boję się niemodnych przekonań, więc wisi mi, co tam sobie ktoś o moim zdaniu myśli. Wtedy jednak po całym Facebooku zaczął mnie prześladować, bardzo agresywnie, pewien człowiek, którego znałem z liceum. Przyzwyczajony, że ludzie się ze mną nie zgadzają lub kłócą, potrafię zarówno odpowiadać na argumenty, wyśmiewać głupoty, jak i olewać zaczepki, które nie rokują, że rozmowa dokądś zaprowadzi. Tym razem jednak wywołało to we mnie przeogromny stres, nawet ataki potwornej paniki – takie, że prawie chodziłem po ścianach. Nie byłem w stanie zrobić nic innego niż wszędzie go poblokować. Tłumaczyłem to sobie swoim załamaniem nerwowym z początku roku i powodowaną przez nie wciąż nadwrażliwością na stres.
Tyle że jeżeli było to rzeczywiście związane z moim załamaniem nerwowym, to w zupełnie inny sposób. Źródłem mojego załamania było to, że dwa lata pracy z socjopatami (nazywam ich czasem Gangiem Czworga – jak mam dobry dzień, bo jak mam zły to skłaniam się do „tych pojebów z Kutna”) doprowadziły do wybicia mojej pierwotnej traumy i wykolejenia wszystkich mechanizmów radzenia sobie z nią, ze stresem i z zagrożeniem, mechanizmów wypracowanych w reakcji na to, co się stało, kiedy miałem 15 lat. A syjonistyczny troll, który zaczął mnie tak dojeżdżać po Facebooku, 29 lat wcześniej był jednym z chłopców, których mój piękny zdrajca skrzyknął, żeby mnie upokorzyć i unicestwić w szkolnym kiblu, pierwszego dnia w nowej szkole, o której myślałem, że czeka w niej już na mnie mój najpiękniejszy przyjaciel.
Artysta traumy upokorzenia
Nieco wcześniej, bo na początku 2023 r., kiedy byłem już na prostej drodze do załamania nerwowego (stopniowo dojeżdżany przez socjopatów z Gangu Czworga), zarówno YouTube, jak i Tidal, którego subskrypcję dostałem w prezencie od brata, zaczęły mi podsuwać muzykę człowieka, o którym zapomniałem od czasu debiutu, który katapultował go na szczyty list przebojów w 2007. Spodobała mi się jedna piosenka, spodobała mi się druga, spodobała mi się kolejna. Już po załamaniu nerwowym jeździłem godzinami na rowerze – do Naarden, do Utrechtu, do Hilversum, a potem z powrotem. Po 40-70 km za jednym zamachem. Całą drogę słuchałem zawsze tylko jego. Wszystkie płyty, wszystkie single, wszystkie dostępne na YouTube koncerty – znam to wszystko na pamięć. Mika, cudowne dziecko Bejrutu, Paryża i Londynu, of „Grace Kelly” and „Relax” fame.
Spodobały mi się nie tylko jego piosenki. Spodobało mi się jego „wszechautorstwo” wszystkiego, co śpiewa, od słów, przez muzykę, aranżacje, po kostiumy i scenografie. Spodobała mi się jego nieprzytomnie czarująca osobowość oraz temperatura i intymność interakcji z publicznością. Spodobały mi się jego piękne, wielkie, arabskie oczy, w których powracającym melancholijnym lśnieniu dostrzec można delikatność i nieśmiałość kontrastującą z genialnym „zwierzęciem estrady”, którym przecież zarazem jest. Spodobały mi się te nieprzyzwoicie długie rzęsy. Spodobał mi się jego uśmiech i te najpiękniej krzywe zęby na świecie. Spodobało mi się to wszystko w sposób zupełnie nie-erotyczny, zachwytem bez pożądania. Nie dlatego, że Mika nie jest pięknym mężczyzną – jest przepięknym mężczyzną.
Jak więc wytłumaczyć to moje zakochanie? Bo jest to chyba jakaś forma zakochania, nawet mój mąż mówi o nim (dla żartu): „your new boyfriend from Lebanon”.
Jego rozbrajająca „chłopięcość” była jakby duchem przybywającym z głębi mojej podświadomości, mającym za zadanie przypomnieć mi o moich własnych latach chłopięcych; miałem nawet krzywe zęby, choć z całą pewnością nie tak pięknie krzywe. Zacząłem go, dla siebie samego zupełnie niespodziewanie, słuchać tuż przed załamaniem nerwowym. Jakby moja podświadomość próbowała mi wysłać posłańca z wiadomością z lat mojego własnego chłopięctwa – z ostrzeżeniem, że znowu jestem w podobnym niebezpieczeństwie. „Uciekaj, źli chłopcy znów się przeciwko tobie skrzykują!”. Nie zrozumiałem na czas. Kiedy już było za późno, rozbrajająca chłopięcość Miki zajęła już całość mojego prywatnego pejzażu audio, właśnie tak, jakby był moim pośrednikiem, pomostem do chłopca wciąż tkwiącego we mnie, wciąż tkwiącego w pułapce.
Teraz, kiedy pamięć mojej katastrofy powróciła, zrozumiałem dosłownie nagle, że trauma upokorzenia, w jej bardzo konkretnym wariancie doświadczenia homoseksualnego mężczyzny (i chłopca, którym ten mężczyzna kiedyś był), jest jednym z centralnych tematów twórczości Miki. Jego piosenki opisują nie tylko strukturę pożądania, dynamikę spełnienia i styl przywiązania wytwarzane właśnie przez traumę upokorzenia homoseksualnego chłopca. Niektóre z nich – słuchałem ich setki, setki razy, nie zdając sobie z tego sprawy – opisują zdumiewająco dokładnie moją formacyjną traumę, konkretne wydarzenie, przywołując dokładnie takie obrazy.
W piosence Toy Boy odnaleźć można najdokładniejszą alegorię mojej historii z okresu 14-15 lat:
“It’s a cruel cross that I have to bear
If you come a little close I’m going to pull your hair
More than just a toy in a patch-blue suit
Hold me in your arms I’m just a boy like you
But your mama thought there was somethin’ wrong
Didn’t want you sleeping with a boy too long
It’s a serious thing in a grown-up world
Maybe you’d be better with a Barbie girl
You knew that I adored ya
But you left me in Georgia
Toys are not sentimental
How could I be for rental?
[…]
I’m the sorest sight, now I feel like trash
Clothes are made of rags and they don’t even match
[…]
Now the light of day I no longer see
She stuck her voodoo pins where my eyes used to be
[…]
Had a boy once who loved me
Now he’s so afraid of me”
W Underwater:
“Bursting through a blood red sky, a slow landslide
And the world we leave behind
It’s enough to lose your head, disappear
And not return again
When I fall to my feet wearin’ my heart on my sleeve
All I see just don’t make sense
You are the port of my call, you shot and leavin’ me raw
Now I know you’re amazing
‘Cause all I need is the love you breathe
Put your lips on me and I can live
Underwater, underwater, underwater
Underwater”
W Stardust z kolei:
“I could be staring at somebody new
But stuck in my head is a picture of you
You are the thunder, I was the rain
I wanna know, if I’ll see you again
I said I love you, you said goodbye
Everything changes in a blink of an eye
It’s been a while, I still carry the flame
I wanna know, will I see you again?
[…]
I feel like a fool ‘cause you’re not even there
I’m writing this song and you don’t even care
Throw me a lifeline, open the door
Pick up my heart that you left on the floor
On the floor, on the floor
Want you to know what you mean to me?
What will it take, take you to see?”
A jest tego więcej.
Przez trzy lata słuchałem więc na okrągło piosenek, które były o mnie, o tym, co mnie spotkało, czasem bardzo konkretnie. Słuchałem ich właśnie dlatego, że były o mnie i o tym, co mnie spotkało. Tylko nie zdawałem sobie z tego sprawy.
Katastrofa
Piękny i silny chłopiec, który był dla mnie wszystkim – cały rok po tamtych koloniach wyczekiwałem z wytęsknieniem ponownego spotkania z nim, gdy już dostanę się do liceum, w którym on, rok starszy, już się uczył – w kilka minut, w towarzystwie trzech innych, unicestwił mnie, obrócił mnie w nic. A potem przez cztery lata, każdego dnia, podtrzymywał werdykt, traktując mnie jak powietrze. Bywało, że podchodził do kogoś obok mnie i zwracał się tylko do tej osoby.
Wielu chłopców przechodzi jakiś upokarzający rite de passage w nowym szkolnym środowisku bez większego uszczerbku, jeśli jest jednorazowy – z reguły nie są jednak zakochani w jednym z oprawców, nie tęsknili za nim przez rok, najczęściej nawet ich jeszcze nie znają.
Są chłopcy, którzy po czymś takim wracają do domu, w którym ich poczucie własnej godności i podmiotowości zostanie uratowane przez troskę opiekunów. Ja do tych chłopców nie należałem. Są chłopcy, których opiekunowie dostrzegają, że coś im się stało, że coś się nagle zmieniło. Że nie śpią do drugiej w nocy (15-letnie dzieci – zaczynające lekcje o 7:30 rano). Że boli ich głowa (15-letnie dzieci). Że mają permanentne stany lękowe, których nie potrafią wytłumaczyć (15-letnie dzieci). Że noszą powyciągane rękawy, jakby chcieli zniknąć pod swoimi ubraniami. Że nagle przestali spotykać się ze swoim najlepszym przyjacielem i wszystkimi innymi kolegami z poprzedniej szkoły (wszyscy chłopcy stali się dla mojego przestraszonego mózgu potencjalnie niebezpieczni; męska przyjaźń – warunkowa, niepewna, obciążona groźbą nagłej przemocy). Że przestali chodzić na w-f. Są chłopcy, których opiekunowie potrafią dostrzec, że coś im się stało, bo się o ich stan emocjonalny troszczą. Ja do tych chłopców nie należałem. Na ból głowy była polopiryna, a na stany lękowe magnez w tabletkach. Na siedzenie w książkach do drugiej w nocy – opierdol i propozycje, żebym sobie poszukał pracy w elektrowni, to prąd będę miał za darmo.
Są chłopcy, którzy wracają do domu, w którym czekają na nich prawdziwi rodzice, których wsparcie zapobiega przekształceniu się takiego wydarzenia w wyrok na resztę życia i mroczną siłę, która będzie później z ukrycia rządzić całym ich światem. Ja do tych chłopców nie należałem. Ja, przez kilka lat, które nastąpiły potem, poruszałem się pomiędzy szkołą, w której zostałem unicestwiony przez pierwszego mężczyznę, którego pokochałem, a domem, w którym rodzice dokładali każdego dnia detalicznych upokorzeń i nie pamiętali nawet o moich osiemnastych urodzinach. Nie zauważyli nigdy, że coś mi się stało, nie zapytali nigdy, czy potrzebuję pomocy – ale tego, jak łatwym przedmiotem kontroli stało się nagle złamane dziecko, nie przegapili i nie przepuścili żadnej okazji, żeby z tego korzystać. Wystarczyło wrzasnąć, a nastolatek chował się w pokoju z nosem w książce. Już nigdy nie przyniósł im żadnego problemu, z jakim się zmaga, bo wiedział, że na żadną pomoc w domu liczyć nie może. Deal of the century dla emocjonalnie obojętnych rodziców: wystarczyło dać coś na talerz i dziecko było z głowy. Tym bardziej, że w szkole sobie radził, bo osoby z traumą upokorzenia często kompensują ją inwestycją w rozwój intelektualny. Jeszcze był terror chodzenia do kościoła, żeby było jeszcze jedno miejsce przypominające mi, jak bardzo zasługuję na karę.
Dlatego katastrofa, która spadła na mnie w wieku 15 lat, była tak katastrofalna, nawet jeśli nie zauważył jej nikt – oprócz mnie i pięknego chłopca, przyjaciela jednego lata, który mi to wyrządził. Zostawiony na podłodze w kabinie, z głową nad muszlą, nie tylko nie mogłem liczyć na to, że ktoś naprawi wyrządzoną mi krzywdę, że ktoś chociaż zrozumie jej ciężar i będzie jej świadkiem. Nie mogłem nawet zostać na tej podłodze i do końca się wypłakać, bo przerwa dobiegała końca i musiałem iść do klasy.
Katastrofa zatrzasnęła się nie tylko na strukturze mojego pożądania. Rozporządzała tym, jakich mężczyzn pragnąłem – tylko najbardziej wyjątkowych, bo musieli być warci ryzyka. Rozporządzała tym, w jaki sposób się w nich zakochiwałem – natychmiast i na zabój. Rozporządzała tym, jak odczuwam pożądanie – niczym rozkaz, do wykonania bez zwłoki. Jedno i drugie, bo zainteresowanie pięknego mężczyzny jest warunkowe i niepewne, zwłoka grozi, że zostanie utracone, może nawet zastąpione przemocą. Rozporządzała tym, w jaki sposób przywiązywałem się do mężczyzn. W jakie ruminacje o mężczyznach osuwałem się w okresach depresji. Decydowała o tym, jak daleko chciałem zawsze uciec w poszukiwaniu krain, w których piękni, silniejsi i więksi chłopcy nie biją za to, że się ich pokochało. Some even make love to you. Some do it beautifully.
Wpisała też we mnie na zawsze strach przed mężczyznami, strach przed upokorzeniem, przeżywanie każdego niepowodzenia czy nawet pomyłki, jak upokorzenia na całe życie. Strach przed mężczyznami i możliwym upokorzeniem z ich strony towarzyszył mi tak nieprzerwanie, że nawet nie dostrzegałem, że jego ciągła obecność nie powinna być stanem normalnym. Tylko kiedy eksplodował ponad miarę i skutkował irracjonalnymi zachowaniami, nie mogłem zrozumieć, co się ze mną działo lub musiałem się emocjonalnie regulować alkoholem. Wreszcie, skazała mnie na kilkanaście lat zsumowanych okresów zmagania się z długotrwałymi epizodami poważnej depresji, którą przed większością świata najczęściej skutecznie ukrywałem – bo osoby w traumie upokorzenia dość dobrze ją przed większością świata ukrywają.
Jarosław Pietrzak
Jestem na Facebooku i Twitterze (pardon, X).