Nirvaan – fragment mojej powieści (plik PDF)

Czasy nie są wesołe. Ale pomimo – a kto wie, może właśnie dlatego – ktoś chciałby jednak, na przykład w którymś z wolnych dni wiosny i lata, oderwać się od takich czasów i sprawdzić początek mojej powieści.

Pierwsze cztery rozdziały (całość liczy ich 30, na 428 stronach) Nirvaana dostępne są tutaj, w serwisie Gumroad. Zostaną stamtąd wysłane w pliku PDF na wskazany adres email.

Powieść w całości dostępna jest w tych miejscach:

Pobierz fragment (pierwsze 4 rozdziały) mojej powieści.

Ilustracja u góry strony: fragment rysunku Łukasza Zaręby pt. Nirvaan

Jestem na Facebooku i Twitterze.

„Nirvaan” w księgarni „Le Monde diplomatique”

Moja powieść pt. Nirvaan jest do nabycia w internetowej księgarni Instytutu Wydawniczego Książka i Prasa oraz polskiej edycji pisma „Le Monde diplomatique”. W dwóch opcjach:

Do nabycia także w dwóch księgarniach:

Osoby znajdujące się poza Polską, które chciałyby zapłacić kartą, najłatwiej mogą Nirvaana zamówić bezpośrednio u mnie. Wysyłka wszędzie w Europie wliczona już w cenę.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Soho Stories

Soho Stories to roboczy, zapewne tymczasowy tytuł czegoś, co mam nadzieję rozrośnie się do większego cyklu, albo może raczej… konstelacji?

Taki parasol, pod który trafią opowiadania o homoseksualnych bohaterach, których (różne, z różnych miejsc, w różnych kierunkach prowadzące) drogi i (różne) struktury pożądania (stąd roboczy podtytuł: Tops / bottoms / versatiles; a może właśnie to powinien być tytuł?) krzyżują się gdzieś w Londynie, w pierwszych dekadach XXI wieku, naszych czasach współczesnych.

Jeżeli napiszę ich dosyć, to spróbuję zmaterializować ostateczną formę, jaką chciałbym, żeby przybrały – ale do tego najlepiej, żeby ich było chociaż tuzin. Hipertekstowej plątaniny, którą można zaczynać od różnych punktów startowych, od różnych historii, i w różnej je czytać kolejności, w komplecie albo w dowolnym wyborze, i na różne sposoby po niej nawigować, przechodząc od jednego bohatera czy narratora do innego. Plątaniny, w której opowiadania się krzyżują i przecinają, narrator lub główny bohater jednej opowiastki pojawia się na drugim planie innej, albo przedmiot pożądania protagonisty jednej jest narratorem innej, i tak dalej, i tym podobne.

Jeżeli będę widział zainteresowanie historiami już się pojawiającymi, doda mi to, oczywiście, gazu i odwagi w rozwijaniu, rozbudowywaniu całej “plątaniny”, więc zaglądajcie, podawajcie dalej.

Czytaj dalej

Smutna księżniczka z perłami w zupie

Agnieszka Jakimiak pisze w „Dwutygodniku”, że „polityczny pazur Larraína ustąpił miejsca refleksji o nieszczęśliwej księżniczce, zamkniętej w pałacu z kości słoniowej”. A nawet, że chilijski reżyser „wydaje się zapominać: Diana Spencer pochodziła z arystokratycznej i arcybogatej rodziny, jej małżeństwo z Karolem było wynikiem ustawki wysoko postawionych babć. […] Dlatego jej filmowy monolog o tym, że lubi uciechy życia charakterystycznego dla middle class i woli jeść kurczaki z KFC zamiast polować na bażanty, których (w przeciwieństwie do kurczaków) żałuje, jest dość obraźliwy i odrobinę uzurpatorski”[1].

No więc na początek wyjaśnijmy może, że nie, Pablo Larraín wcale nie zapomina. Lady Di w jego najnowszym filmie Spencer pragnie się wymknąć do sąsiedniej posiadłości, widmowej mansion, w której się wychowała, wokół której rozciągają się połacie ziemi mniej rozlegle bez wątpienia niż te, na których postawiono Sandringham House, ale też na pewno nie jest to trawnik przed domem średnioklasowej rodziny. Nie chciałoby mi się nawet sprawdzać, czy Diana rzeczywiście wychowała się tuż obok i czy posiadłość jej rodziny uległa tak szybko aż takiemu zapuszczeniu – tak niewiele mnie jej życiorys interesuje. Mniemam, że to, jak i wymykanie się tam bohaterki przez płot po nocy, to motywy fikcyjne, do kompletu z duchem Anny Boleyn. Całkiem jak bohater Gaela Garcíi Bernala ścigający poetę Pabla Nerudę w eponimicznym filmie z 2016. I uważam, że mają one (takie motywy) pełne prawo być całkowitym zmyśleniem, natomiast z całą pewnością przypominają one widzowi, że Diana bynajmniej nie pochodziła „z ludu” – na pewno nie grają na tej wiedzy wymazanie.

Przepaść między Dianą a „ludem” czy „zwykłymi ludźmi” pokazuje już otwierająca film sekwencja jej zagubienia w szczerym polu. W przydrożnym lokalu fish & chips bohaterka nie jest w stanie nawiązać z obecnymi tam ludźmi elementarnej komunikacji w bardzo prostej sprawie: ustalenia, gdzie właściwie się znalazła. Diana jest dla nich tylko wizerunkiem służącym do utrzymania ich w politycznej pasywności, takiej samej jak ich milczenie na jej widok. Człowiek za tym wizerunkiem nie jest w stanie – z prostym życiowym problemem – przebić się do nich przez barierę zrobioną z samego tego wizerunku. Relacja dominacji więzi obydwie strony tej relacji, chciałoby się przywołać odpowiednich myślicieli.

Czytaj dalej

Historia przyszłości podąża złą stroną

Notatki o Diunie (Dune) Denisa Villeneuve’a

Diuna Denisa Villeneuve’a (2021) miała cały zestaw „typów” reakcji – można by je pogrupować w wyraźne bloki. Porównywanie do literackiego pierwowzoru Franka Herberta (przykładowe podzbiory: „nareszcie wierna adaptacja!” i „nudna, bo zbyt dosłowna, słowo po słowie”). Porównywanie do poprzednich adaptacji, w szczególności słynnego – dla wielu jako porażka – filmu Davida Lyncha ze Stingiem i Kyle’em MacLachlanem (podzbiory: „znacznie bardziej perfekcyjna, ale bez tamtego polotu” oraz „nareszcie poważna ekranizacja!”). Zachwyty nad zapierającą dech w piersiach muzyką Hansa Zimmera; narzekania na zbyt bombastyczną muzykę Hans Zimmera. Uniesienia nad scenografią, kostiumami i efektami wizualnymi; narzekania na to, że pod tą wizualną powierzchnią niewiele się kryje. Niezadowolenie, że Paula Atrydę gra taki wiotki wymoczek jak Timothée Chalamet; zachwyt nad alternatywną męskością heroiczną lansowaną przez taki wybór obsadowy. Zasłużona, długa lista nominacji do Oscara potwierdza, z jak znakomitym filmem mamy do czynienia. Taka liczba wyróżnień ze strony Akademii dowodzi tylko, jak bezmyślną nagrodą jest Oscar, jak powierzchowne i przypadkowe są wyroki tego gremium. I tak dalej.

Tak gorące (i skłócone między sobą) reakcje odzwierciedlają, jak bardzo film był oczekiwany, jak wielkie nadzieje rzesze widzów z nim wiązały. Widzów, którzy nierzadko mieli w głowach własne wyobrażenie, jak to wszystko „powinno wyglądać”. Powieść Herberta zdobyła sobie status kultowy; napisana tak, jakby prosiła się o film(y) na swojej podstawie, w kinie doczekała się wcześniej ekranizacji uważanej w najlepszym razie za pozytywnie ekscentryczną. Odpowiedzialne za projekt anno 2021 studio Legendary umiejętnie i na długo przed premierą rozbudzało zainteresowanie przedsięwzięciem – w synergii z wydawcami na całym świecie, którzy poszli za ciosem i zaczęli masowo drukować wznowienia w różnych językach.

Był w tym wszystkim także blok reakcji lewicowych i lewicowo-liberalnych, zadających pytania o postępowość filmu. O to, po co w ogóle ekranizować pisarza kojarzonego w znacznym stopniu konserwatywnie, zwłaszcza jak się samemu (jako filmowiec) konserwatystą wcale nie jest (wnioskując po dotychczasowych filmach Villeneuve’a). Padały zarzuty, że proponowana w filmie „wizja przyszłości”, choć oddalona od nas o wiele tysięcy lat, jest zachowawcza; świat przedstawiony reprodukuje struktury nierówności (rasowych, ekonomicznych, kolonialnych), które obserwujemy w świecie nas otaczającym, w zasadzie żadnej z nich nie przekroczono – aż po obecność ideologii religijnych (między współczesnością naszą a bohaterów uległy one znaczącej ewolucji, ale np. pochodzenie jednej z nich w islamie jest dość czytelne) i eugeniczny komponent napędzający sekretny projekt zakonu Bene Gesserit. Nie ma w tej wizji nic utopijnego, nic do czego by można pragnąć aspirować; nie ma „inkluzywnych” innowacji i radykalnych inności znanych z twórczości Ursuli Le Guin czy „Star Treka”, nikt tu nie jest „empowered” w porządku samego przedstawienia, nie ma inności sięgających poza wyobrażalne różnice między ludźmi, czy poza binarności (np. płciowe), do których jesteśmy przyzwyczajeni w naszym świecie.

Czytaj dalej

Errata po latach

W 2016 roku, wkrótce po tym, jak ukazały się moja pierwsza samodzielna książka, Smutki tropików: Współczesne kino Ameryki Łacińśkiej jako kino polityczne, odkryłem w niej kolosalny błąd, który przetrwał w niej wielokrotne przeglądanie tekstu i proces redakcji. I nie mam tu na myśli zaledwie literówki (presidencie Dilmie Rousseff zgubiłem jedno f z nazwiska). W tekście przetrwał błąd merytoryczny tak karygodny, że zaczerwieniłem się ze wstydu, a potem zbladłem ze strachu przed recenzentami, już widząc oczyma wyobraźni, jak się będą nade mną pastwić.

Napisałem książkę bardzo nie w stylu polskiego pisania o filmie, traktując film jako fenomen na różne sposoby polityczny; opisując formy polityczności właściwe latynoamerykańskim filmowcom, nie ukrywałem własnego stanowiska (zbieżnego zreszta z większością omawianych filmowców: lewicowego, marksistowskiego). Tekst zakończyłem czymś w rodzaju komunistycznego wyznania wiary (zinterpretowałem jako coś takiego wlaśnie Labirynt fauna Guillermo Del Toro).

Czytaj dalej

Narendra Modi idzie po Bollywood

Tekst ukazał się pierwotnie 13 listopada 2021 na łamach portalu Strajk.eu.

Ostry zwrot w stronę obskuranckiej prawicy i nowych autorytaryzmów jest procesem tak globalnym, że trudno wskazać jednoznacznego „lidera” i „awangardę”. O palmę pierwszeństwa rywalizuje co najmniej kilku przywódców i ich rządy, w zależności od aspektów, na których skupiałaby się analiza. Indie premiera Narendry Modiego wylądowałyby jednak wysoko w tabeli ze względu na to, jak długo postępują już tą ścieżką, jak daleko posunęły się tam procesy religijnego integryzmu i demontażu instytucji liberalnej demokracji, czy ile już tam miało miejsce pogromów (głównie ludności muzułmańskiej) oraz innych wybuchów religijnej i etnicznej przemocy.

O znaczeniu wszystkiego, co dzieje się w Indiach, decydują wreszcie ich rozmiary. Drugi najludniejszy kraj świata, do dziś odruchowo metkowany jako „największa demokracja”, w żywej pamięci innych społeczeństw – w szczególności globalnego Południa – długo aspirujący do roli „potęgi moralnej” świata ery dekolonizacji, dziś jest niebezpiecznym przykładem wskazującym złą drogę narodom znajdującym się pod jego kulturalnym i politycznym wpływem.

Jednym z wehikułów kulturalnego oddziaływania Indii na świecie jest kinematografia, w szczególności jej największy i najbardziej globalny ośrodek bombajski, popularnie (od lat 70. XX w.) zwany Bollywoodem. Powstają tam filmy w największym spośród 380 języków Indii, hindi. Tamtędy przebiega też jeden z wielu frontów kulturalnych i ideologicznych wojen toczonych przez premiera Modiego i jego skrajnie prawicową partię BJP.

Czytaj dalej

My name is Khan and I am not a terrorist

Niedawno [ tekst ukazał się 25 marca 2010 na łamach bloga Najważniejsza ze sztuk, który prowadziłem wtedy na portalu Lewica.pl] na łamach polskiej edycji „Le Monde diplo” zadawałem z niepokojem pytanie, czy w Bollywood zanosi się na kseofobiczny backlash antymuzułmański, którego symptomy analizowałem w filmie Kurbaan – innymi słowy, czy zanosi się na bliźniacze wobec „Hollywood po 11 września” „Bollywood po 26 listopada 2008”.

W momencie, kiedy tamten tekst wychodził z drukarni, stanęło mi przed oczami, że w Bollywood też już się tym jednak na szczęście martwią i to bardziej niż się spodziewałem. Wygląda to nawet tak, jakby cudowne dziecko Bollywoodu, hindus Karan Johar – producent Kurbaan – zorientował się gdzieś w połowie produkcji tamtego filmu o reakcyjnych treściach dziełka Renzila D’Silvy (nazwisko chrześcijańskie) i zakasał rękawy, by przeciwdziałać backlashowi uderzającemu w wyznawców islamu. I z tego powstał My Name Is Khan (Nazywam się Khan).

Czytaj dalej

Ladino w Stambule, albo Netflix kontra Erdoğan

Klub (Kulüp, 2021-2022) w reżyserii Serena Yüce i Zeynep Günay Tan to kolejny po Etosie (Bir Başkadır, 2020) niebywale dobry turecki serial telewizyjny wyprodukowany na zamówienie platformy streamingowej Netflix i tamże dostępny. Pierwszych 6 odcinków ujrzało światło dzienne w 2021, a na początku stycznia br. premierę miały odcinki 7-10. Na pierwszy rzut oka byłby Klub emanacją ideologicznego starcia między ultrakonserwatywnymi siłami coraz bardziej faszyzującego reżimu Erdoğana, a opozycyjnymi wobec niego, liberalnymi, tolerancyjnymi, postępowymi ośrodkami kulturalnymi. Taką właśnie reputację buduje sobie Netflix również w Turcji. Ale napięcia, wokół których ten serial jest skonstruowany, i na których przecięciu we współczesnej kulturze (nie tylko Turcji) się plasuje, są znacznie bardziej złożone.

Klub to osadzona w wielokulturowym Stambule lat 50. XX wieku, ale retrospekcjami wychylająca się także kilkanaście lat wcześniej, opowieść o sefardyjskiej Żydówce i o mieście wymieszanych kultur, a także konfrontacji tych kultur z unifikującymi, wykluczającymi tendencjami nowoczesnego nacjonalizmu.

Czytaj dalej

Uśmiech Kamali Harris

Tekst ukazał się pierwotnie 29 listopada 2020 roku na łamach protalu Strajk.eu. Przedrukowuję go, bo przypomniała mi o nim wizyta Kamali Harris w Warszawie 10 marca 2022.

Liberalne media w ekstazie niczym święta Teresa Berniniego. Może amerykański prezydent-elekt Joe Biden jest starym białym zgredem, od zawsze w establiszmencie, ale za to jego wice- zostanie pierwsza w amerykańskiej historii kobieta na tak wysokim stanowisku, do tego, za jednym zamachem: pierwsza czarna kobieta, i pierwsza kobieta indyjskiego pochodzenia. Ojciec z Jamajki, matka z Tamilnadu, urodzona w 1964 (a więc młoda jak na najwyższe eszelony amerykańskiej władzy państwowej). Polityczno-tożsamościowe bingo.

Była jedną z tych, którzy – obok Berniego Sandersa, Elizabeth Warren, Pete’a Buttigiega, Michaela Bloomberga i Tulsi Gabbard – na początku tego cyklu kampanii wystartowali, by ubiegać się o nominację Partii Demokratycznej do wyborów prezydenckich. Jako pierwsza z nich wszystkich odpadła, albo raczej sama zrezygnowała. Oficjalnie ogłosiła, że powodem była niezdolność zgromadzenia wystarczających środków na skuteczną kontynuację kampanii.

Czytaj dalej

Rasizm i kapitalizm

Problematyka rasizmu należy do tych, w których debata w Polsce wyjątkowo kuleje, i to od dawna. Nawet ci jej uczestnicy, w których najlepsze chęci trudno wątpić, zbyt często posługują się pojęciami zdefiniowanymi tak, jakby nic się w tym temacie od kilkudziesięciu lat nie wydarzyło ani w światowej humanistyce (historii, antropologii, badaniach nad ideologiami), ani w genetyce (która wykazała między innymi, że reprezentujący rzekomą jedną, połączoną kolorem skóry „rasę czarną” Afrykańczycy kontynentu różnią się między sobą genetycznie bardziej niż mieszkańcy różnych części Azji i Europy). Nawet najlepszymi chęciami motywowany dyskurs antyrasistowski potrafi się w Polsce posługiwać definicjami, które podzielają niektóre rasistowskie założenia. Poczynając od definicji samego rasizmu. Jeśli bowiem powiemy, że rasizm to „uprzedzenia wobec i dyskryminacja osób innej rasy”, to oprócz innego znaczącego błędu (redukowania rasizmu do zaledwie uprzedzeń i dyskryminacji, podczas gdy jest to znacznie bardziej złożona i brutalna struktura i ideologia władzy), milcząco przyjmujemy jako fakt, że ludzie naprawdę dzielą się na „rasy”. 

Czytaj dalej

Cesarzowa odchodzi

[ Tekst ukazał się 22 października 2021 na łamach portalu Strajk.eu. ]

Z urzędu kanclerskiego Republiki Federalnej Niemiec odchodzi Angela Merkel. Wiadomo było od dawna: zapowiedziała ten zamiar, niezależnie od wyniku kierowanej przez nią przez dwie dekady chadeckiej CDU we wrześniowych wyborach, w których najwięcej głosów ostatecznie zdobyła socjaldemokratyczna SPD. Jej odejście wywołało w całej liberalnej Europie falę „Merkel-nostalgii”. Liberalna Europa inwestuje w postać odchodzącej kanclerzyni swoje złudzenia nie tylko na temat jej konkretnej osoby, ale i neoliberalnych instytucji Unii Europejskiej, organizacji, w ramach której Merkel stała się postacią emblematyczną.

Odchodzi jako najpotężniejszy polityk w kontynentalnej Europie na zachód od Bugu i Morza Czarnego – u władzy dłużej niż Xi Jinping, Hugo Chavez czy Evo Morales, ale amerykańskim wasalom (pardon, sojusznikom) wolno. Nie tylko im wolno, ale mogą zostać symbolem liberalnej demokracji, a nawet, pod obecność Trumpa, tymczasową „liderką wolnego świata”!

Czytaj dalej