A gdyby tak zakazać reklamy?

Odkąd Internet przetasował światowy rynek prasy, a potem innych mediów, każdego roku obserwujemy kolejne obroty błędnego koła postępującej tych mediów degrengolady.

Specjaliści od reklamy biją na swoich konferencjach i w swoich raportach na alarm, że wszystko, co robią, jest stopniowo coraz mniej skuteczne – ludzie stają na rzęsach, byle uniknąć, zeskrolować, przeskoczyć ich bzdury, za wszelką cenę w nic nie kliknąć, nagrać film bez reklam, itd.

Czytaj dalej

Reklamy

Globalna kradzież pracy i pieniądze dla wszystkich

„Ekosystem odkrywania kontentu”

We wrześniu 2017 Ericsson Broadcast and Media Services, brytyjska spółka-córka szwedzkiego giganta telekomunikacyjnego, ogłosiła deal podpisany z największą filmową bazą danych na świecie, IMDb. Jest to umowa dystrybucyjna i dotyczy tego, że Ericsson będzie mógł włączyć zasoby IMDb w swój przepastny „content discovery ecosystem”, w swój własny system metadanych obsługujący nadawców telewizyjnych i platformy Video on Demand na całym świecie. Tak, jeśli zastanawialiście się kiedyś, co robi Ericsson, odkąd odsprzedał Japończykom swoją gałąź produkującą smartfony, to między innymi takie rzeczy.

Jeśli oglądasz telewizję, to ramówki, które widzisz na ekranie, informacje o godzinach poszczególnych programów i co leci po tym programie, a także krótkie opisy filmów i programów, zawdzięczasz prawdopodobnie Ericssonowi. Tzn. od momentu przejęcia przez Ericssona firmy wydzielonej kiedyś z BBC, Red Bee Media (sfinalizowane w 2014). I tak, nawet polscy nadawcy telewizyjni biorą to od dostawcy z siedzibą w Londynie. Klientom oferującym swoim widzom usługi bardziej wypasione niż tylko krótkie, dwuzdaniowe opisy EPG na 160 znaków, Ericsson dostarcza znacznie bogatsze metadane, takie jak dłuższe opisy filmów czy odcinków seriali, biografie aktorów i reżysera, listy najważniejszych nagród, linki do Wikipedii czy IMDb właśnie. Wiem z pierwszej ręki, bo pracowałem jako redaktor w londyńskim Ericssonie, głównie przy jednym z projektów VOD.

Komunikat prasowy Ericssona/Red Bee z września mówił, że dane z IMDb wzbogacą ich „content discovery ecosystem” o różne wspaniałe rzeczy, np. linki, ratingi w postaci liczby gwiazdek wygenerowanych z ocen użytkowników, itd. Tylko, że sporo z tego Ericsson wybranym klientom – tym, którzy jak BBC, płacili więcej – już oferował, więc prawdziwym przedmiotem dealu może być tak naprawdę całość bazy danych IMDb. Potencjalnie wszystko, co tam siedzi, filmografie, opisy filmów, recenzje zarejestrowanych użytkowników, biografie, ciekawostki może zostać kiedyś zassane przez Content Management System Ericssona, kiedy tylko rozwiązany zostanie problem ich wpasowania w techniczne parametry wymagane przez Ericssona i jego klientów.

Ericsson od dłuższego czasu szuka nowych sposobów maksymalizacji zysku przez minimalizację kosztów siły roboczej. W okresie przejściowym, po przejęciu Red Bee Media, Ericsson zawiesił cały system kwartalnych premii, obiecując w zamian rewaloryzację wynagrodzeń, pod pozorem integracji brytyjskiej spółki-córki ze swoją globalną „kulturą korporacyjną”. Ten okres przedłużał się w nieskończoność i przez prawie półtora roku, które ja tam przepracowałem – ale i długo później, bo ze dwa razy kogoś z dawnych kolegów zapytałem – nikt nie zobaczył ani premii, ani podwyżki w zamian za likwidację premii. W 2017 Ericsson poszedł dalej i zwolnił większość redaktorów angielskich i francuskich, żeby outsoursować ich pracę do jakiegoś biura… w Indiach. Tak, francuscy, belgijscy, szwajcarscy telewidzowie czytają dzisiaj ramówki i opisy filmów czy programów telewizyjnych pisane dla nich przez kogoś z Pondicherry na półwyspie indyjskim, kogoś, kto większości z tych programów i filmów nigdy nie oglądał i niejednokrotnie nie zna kulturowego kontekstu, w jakim są osadzone. Teraz Ericsson chce iść dalej i używać kontentu tworzonego na łamach IMDb przez użytkowników-pasjonatów kina za darmo.

IMDb, Amazon, Ericsson, praca i wartość

IMDb ma historię sięgającą roku 1990, ale jako strona internetowa wystartowała w 1993 (początkowo pod nazwą Cardiff Internet Movie Database) jako niekomercyjne przedsięwzięcie, początkowo osadzone na akademickich serwerach, jej zasoby tworzone i uzupełniane przez pasjonatów dosyłających kolejne informacje, listy, opisy, recenzje i dyskusje nieodpłatnie i w swoim czasie wolnym. Założyciele serwisu przekształcili go jednak w 1996 roku w spółkę komercyjną, której rentowność wynikała w znacznym stopniu z przejęcia owoców takiej darmowej pracy, zaaranżowanej tak, żeby ukryć jej charakter jako pracy. Oczywiście, IMDb musiało zatrudnić np. informatyków, ale ich praca stanowi jedynie ułamek faktycznego ogółu pracy, która złożyła się na rynkową wartość IMDb i na to, że zaczęła przynosić zyski. Można powiedzieć, że infrastruktura IT jest tu tylko ramą dla prawdziwego produktu, czyli treści, informacji i opinii o kinie. Jedynie twórcy ramy są tu za swoją pracę wynagradzani, twórcy prawdziwego produktu umieszczonego w tej ramie, stworzyli wszystko za darmo.

Tak jak Red Bee Media stała się częścią Ericssona, w procesie koncentracji kapitału i umacniania globalnych monopoli, IMDb została w końcu (w 1998) przejęta przez Amazon, który miliony roboczogodzin zarówno martwej jak i wciąż dodawanej pracy wolontariuszy tworzących za darmo zasoby tego portalu, podporządkował potrzebom reklamowym największego sprzedawcy wysyłkowego planety. Dziś każda filmowa fiszka na IMDb prowadzi linkiem do płyty DVD lub możliwości streamowania danego tytułu online, jeśli dostępne są na Amazonie. Teraz z kolei całe te zasoby zostały udostępnione Ericssonowi, żeby serwis IMDb, a więc teraz Amazon, mógł na nich (na pracy, za którą nigdy nie zapłaciły jej wykonawcom) zarobić jeszcze raz, a Ericsson mógł mieć swój kontent jeszcze taniej nawet niż pisany rękami jakiegoś młokosa w Indiach.

Dlaczego to jest ważne i powinno nas wszystkich interesować? Ponieważ jest to (jedna z wielu) manifestacja globalnych tendencji, a także dlatego, że te tendencje mogłyby być częścią dyskusji o bezwarunkowym dochodzie podstawowym.

Niektórzy tzw. „lewicowi przeciwnicy bezwarunkowego dochodu” wysuwają pod adresem jego zwolenników zarzut wyprowadzony z Karola Marksa teorii wartości. Ich zdaniem my, zwolennicy, uważamy, że teoria o pracy jako tym, co wytwarza wartość, straciła aktualność i zastosowanie, i ogólnie wydaje się nam przez to, że żyjemy już teraz w całkiem innym systemie ekonomicznym, że wszystko się zmieniło. Nie wiem, może ktoś tak rzeczywiście uważa, ale na pewno nie wszyscy z nas, osobiście chyba nie spotkałem.

Owszem, wypatrywanie przy każdej innowacji, która od czasu do czasu restrukturyzuje kapitalizm, wielkiego przełomu, po którym żyjemy już nagle w zupełnie innym świecie, jest niepoważne i często jest produktem konkurencji na kapitalistycznym rynku idei, na którym toczy się zacięta walka między kandydatami do prestiżowej roli twórcy nowej mody intelektualnej. Niemniej jednak – czy aby przypadkiem przekonanie, że w tak dynamicznym i uzależnionym od innowacji (finansowych, technologicznych, organizacyjnych) systemie jak kapitalizm, nic się nigdy i w ogóle nie zmienia, a Marks stworzył zestaw sztywnych definicji i formułek do zupełnie mechanicznego stosowania bez względu na kontekst – a nie to, co stworzył naprawdę: metodę dialektycznej analizy nieustannie zmieniającego się systemu – nie jest takim trochę współczesnym odpowiednikiem „diamatu”, wulgarnej, skostniałej wersji marksizmu okresu stalinizmu? Gdyby Marks żył jakimś cudem do dzisiaj, bez wątpienia on pierwszy tropiłby niuanse przemian systemu, który nauczył nas rozumieć i analizować (celem jego zniesienia, oczywiście). Marks na pewno zajmowałby się więc sztuczkami, za pomocą których kapitał w schyłkowym kapitalizmie, w którym żyjemy, nauczył się rozpraszać na globalną skalę coraz więcej pracy tak, by udawała coś innego.

Nie, praca nie przestała być źródłem wartości – co się jednak zmieniło, to to, że nie wiadomo, jak zmierzyć ogromne ilości globalnie wykonywanej pracy, jak skutecznie przeprowadzić granicę między pracą a nie-pracą, a także to, że nastąpił błyskawiczny rozrost gąszczu sposobów, przy pomocy których kapitał nie tylko przechwytuje pracę, ale i ukrywa nawet przed jej wykonawcami, że pracę świadczą, dzięki czemu świadczą ją za darmo.

Technologia i kradzież pracy

Tryliony roboczogodzin nigdy niezapłaconej pracy wykonanej przez ludzi nieświadomych, że w ogóle wykonują pracę, za sprawą ściemy, jaką jest status „użytkownika” różnych platform i usług internetowych, stanowią podstawę zyskowności i wartości rynkowej większości nowych globalnych monopoli technologicznych – niektórzy ekonomiści urobili na nie nawet skrótowiec FANG (od Facebook, Amazon, Netflix i Google). Te i podobne giganty zatrudniają oczywiście pracowników, np. inżynierów, programistów, administratorów, marketingowców, ale praca ich wszystkich stanowi tylko ułamek ogółu pracy składającej się na wartość i zyski tych przedsiębiorstw – nie miałaby większej wartości bez pracy „użytkowników”, którzy zapełniają te platformy zdjęciami, ilustracjami, blogami, opisami swoich przeżyć, opiniami o książkach, filmach, restauracjach czy bieżącej polityce, no i informacjami o sobie samych. Bez nich wiele z tych platform nie miałoby co sprzedawać, bo to właśnie pracę użytkowników, treści i dane wygenerowane z tej pracy w znacznym stopniu sprzedają.

Pamiętacie, jak do logowania do różnych serwisów musieliśmy przeczytać jakiś krzywy, niewyraźny napis z pola obok czy ponad polami logowania, i gdzieś go tam wstukać za pomocą klawiatury? Wszyscy pracowaliśmy w ten sposób za darmo na wielkim projekcie digitalizacji przez Google milionów książek i pomagaliśmy jego programom odcyfrować tekst wszędzie tam, gdzie druk się zatarł, był niewyraźny, lub skaner coś powyginał.

Dlatego właśnie zarobki informatyków w Dolinie Krzemowej i innych zagłębiach takiej „kreatywnej gospodarki” są tak absurdalnie wysokie. Żadna praca nie jest naprawdę, obiektywnie warta 300 czy 500 tys. dolarów rocznie. Jeśli ktoś otrzymuje takie wynagrodzenie, to jest to nie tyle płaca za jego pracę, co ustrukturyzowany jak płaca udział w zyskach. Zysk to z kolei niezapłacona część pracy. W tym wypadku pracy milionów, niekiedy miliardów tzw. użytkowników tych usług.

Najmniej w gronie FANG jest to jaskrawe w przypadku Netflixa, ale tylko dlatego, że tam, podobnie jak np. w Spotify, ten proces jest zapośredniczony i ukryty przez strukturalne przesunięcie momentu systemowej kradzieży pracy na inny podmiot w łańcuchu dostawców; jednocześnie najbardziej przypomina on tam tradycyjne formy wyzysku.

Z wyjątkiem największych gwiazd promowanych przez globalne monopole muzyczne, nikt nie zarabia za pośrednictwem Spotify tyle samo, co jego odpowiednik pokolenie wcześniej zarabiał na sprzedaży płyt, muzycy młodzi czy pozbawieni łaski wsparcia wielkiego, ponadnarodowego domu wydawniczego, pracują nierzadko prawie za darmo, za sam dostęp do publiczności. Spotify zarabia natomiast krocie, bo oferując tak niskie ceny krok po kroku wypiera z rynku inne sposoby nabywania muzyki przez odbiorców, działa na skalę globalną i takich darmowych i półdarmowych muzyków eksploatuje na masową skalę.

W podobny sposób Netflix czy Amazon Prime wypierają inne formy i kanały odbioru utworów audiowizualnych, kombinując globalny zasięg i dumpingowo niskie ceny. Długofalowo powoduje to, że do twórców trafia coraz mniejsza pula pieniędzy, a presja na koszty powoduje w przemyśle filmowym (jak i w innych przemysłach kultury) ekspansję darmowych staży, pracy za same punkty do CV i wieloletnie nawet odroczenia w płatnościach tantiem czy udziałów w zyskach dla tych, którym udaje się coś na tej pracy zarabiać. W wielu krajach nie jest już właściwie możliwe, by zostać filmowcem czy twórcą telewizyjnym bez finansowego wsparcia zamożnych rodziców (it’s official, w Wielkiej Brytanii progom dostępu do pracy w przemysłach kultury poświęcone było szeroko zakrojone badanie), ponieważ pierwszych kilka lat trzeba przepracować za darmo, a nawet do tego dokładać. Sprzyja temu wszystkiemu ideologia pracy twórczej jako pasji, poświęcenia, cierpienia, a rezultatem jest bezlitosna klasowa selekcja tych, którzy mają dostęp do takiej pracy.

Facebook i Google przechwytują nie tylko pracę swoich użytkowników, ale także – „netflixopodobnie”, spychając sam akt intensyfikacji wyzysku, na inne ogniwa w łańcuchu dostawców – pracę wykonywaną np. w prasie i telewizji. Dziennikarze i wydawcy wykonują pracę wytwarzania właściwych swoim mediom treści, ale ich przemysły tracą coraz większą część dostępu do strumienia przychodów z reklamy, przechwytywaną przez tych dwóch wielkich globalnych monopolistów dzięki temu, że stali się pośrednikiem w tych treści dystrybucji. Pieniądze, które kiedyś trafiałyby od reklamodawców np. do tytułów prasowych, dziś zatrzymują się w rozwieszonych przed nimi sieciach Google’a i Facebooka, gdyż to za ich pośrednictwem setki milionów ludzi dociera dziś do treści wytwarzanych przez prasę, od wiadomości przez komentarze opiniotwórcze i eseje o sztuce po filmy dokumentalne. Facebook okrada prasę nawet z dwóch stron jednocześnie: po pierwsze odbierając jej ogromną część tortu reklamowego wytwarzanego przez jej a nie Facebooka pracę, a po drugie wymuszając na wydawcach opłacanie z ich budżetu reklamowego widoczności własnych materiałów na największym portalu społecznościowym, pod groźbą postępującej utraty odbiorców. W rezultacie następuje degradacja warunków pracy w mediach aż po ekspansję pracy za darmo, za „exposure”, za same punkty do CV i obietnicę, że kiedyś będzie lepiej, bo tradycyjne media coraz częściej stają na krawędzi rentowności.

Oczywiście, przechwytywanie wartości przez silniejszych graczy nie jest samo w sobie zjawiskiem nowym w kapitalizmie. Np. monopol na handel jakimś towarem kolonialnym na rynkach międzynarodowych pozwalał przechwytywać nieproporcjonalnie dużą część jego wartości, okradając jego wytwórców przez niedowartościowanie ich pracy. Nowością jest stopień i skala tego zjawiska, fakt, że przewaga technologiczna dała kilku podmiotom bezprecedensowe pozycje monopolistów globalnych na stworzonych lub przejętych przez nie rynkach. Garstka podmiotów gospodarczych robi to na skalę planety, w błyskawicznym tempie, i w sposób w znacznej mierze niezauważony przez okradanych.

Kto miałby za to (bezwarunkowy dochód podstawowy) zapłacić?

Jedną z odruchowych ripost przeciwników bezwarunkowego dochodu, także lewicowych, jest „retoryczne” pytanie: skąd niby wziąć na to środki? Kto ma za to zapłacić? Nawet jeśli na początek nie mamy odwagi drukować pieniędzy, bo uwierzyliśmy na słowo monetarystom, choć kto jak kto, ale my jako lewica powinniśmy dawno wiedzieć, że ich teoria jest pseudonaukowa; nawet jeśli nie mamy jeszcze odwagi ani strategii, by skutecznie skonfiskować wszystko, co globalne elity poupychały w rajach podatkowych – to wcale nie jest tak, że nie ma z czego. No więc, kto miałby za to zapłacić? Na początek – oni, FANG z przyległościami. Wielkie globalne monopole technologiczne, które opierają swoją potęgę m.in. na różnych formach zmasowanej, strukturalnej, systematycznej kradzieży pracy miliardów z nas – na monetyzacji tego, co my dla nich zrobiliśmy i wciąż robimy za darmo. Może właśnie nadszedł czas, żeby te kolosy zaczęły za tę pracę płacić w formie podatku kierowanego na eksperymenty z uniwersalnym, bezwarunkowym dochodem dla każdego?

Tak zwani „lewicowi przeciwnicy bezwarunkowego dochodu” wyskakują czasem z argumentem, że my, jego zwolennicy, jesteśmy naiwniakami: zamiast wciąż mieć kompas na walkę o socjalizm, chcemy tylko dodać do kapitalizmu uniwersalny dochód niezależny od pracy, i roimy sobie, że nagle prysną wszystkie problemy i kapitalizm przestanie być systemem nie do utrzymania na dłuższą metę. Może myślą tak niektórzy liberalni zwolennicy bezwarunkowego dochodu, ale to nie znaczy, że my myślimy tak samo. Dla nas (patrz: Gorz, Williams i Srnicek, Frase, Szlinder chyba też) dochód taki powinien/może być krokiem kierującym nas we właściwym kierunku, szansą na wyjście z obecnego impasu, przerwanie błędnego koła, w którym kapitalizm w oczywisty sposób umiera, a jednak nie udaje się znikąd podważyć jego totalitarnej władzy.

Już samo to, że po wprowadzeniu bezwarunkowego dochodu nic się nie zawali, nie będzie nawet większej inflacji, nawet kiedy część bezwarunkowego dochodu na którymś etapie sfinansujemy, drukując w brakujące pieniądze (Japonia, która od dawna ustawicznie osuwa się w deflację, usiłuje wywołać inflację, zwiększając raz za razem podaż pieniądza, bez skutku), będzie miało ogromną moc odczarowującą jedynie słuszną teorię ekonomiczną, w której żyliśmy przez ostatnich kilkadziesiąt lat, unieważniając na masową skalę obowiązujący wciąż „zakaz myślenia” i otwierając przestrzeń dla polityczno-ekonomicznej wyobraźni. Podobnie jak zniesienie przymusu bezsensownej, niepotrzebnej bądź wprost szkodliwej społecznie lub ekologicznie pracy (większość pracy, jaką dziś wykonujemy, podpada pod jedną lub więcej z tych kategorii, wykonujemy ją, bo ktoś chce za nią zapłacić, a my musimy zapłacić za życie), uwolni zasoby ludzkie potrzebne na pracę tej wyobraźni i na rozwiązywanie problemów, których nie rozwiążą siły rynkowe, a których rozwiązanie poza rynkiem jest blokowane przez więzienie nas w pracy najemnej.

Opodatkowanie technologicznych gigantów na rzecz pierwszych programów dochodu uniwersalnego oczywiście uderzy w ich stopę zysku, być może nawet zachwieje ich rentownością. To nie jest problem, w każdym razie nie z punktu widzenia lewicy, dla nas to jest właśnie jak najbardziej pozytywny element tego scenariusza. W odpowiedzi mogłyby dostać ofertę nie do odrzucenia: same wnioskować o swoją nacjonalizację – lub „internacjonalizację”, kiedy już wymyślimy, jak w praktyce uspołecznić ponadnarodowe giganty – przez co zostałyby przekształcone, zgodnie z postulatami Morozova i Srnicka, w uspołecznione ponadnarodowe usługi publiczne. A czyż my nie zaoszczędzimy sobie w ten sposób przykrości związanych z rozlewem krwi koniecznym do wywłaszczenia ich kiedyś przemocą? Kilka pieczeni na jednym ogniu.

Oczywiście, taki przełom nie zacznie się w Polsce – państwie słabym, peryferyjnym, klienckim, „z tektury”, grabionym przez globalny kapitał i póki co bez żadnych postępowych ambicji, wręcz dumnym ze swojego zacofania, ale też po prostu niebędącym siedzibą żadnego z takich gigantów. Nawet dla tych, które mają w Polsce swoje oddziały z prawdziwego zdarzenia, Polska jest tylko rynkiem, nie oszukujmy się, najwyżej trzeciej kategorii. Niemniej jednak musimy prowadzić taką konwersację, spekulować, żeby być gotowymi w momencie zmiany międzynarodowego ekonomicznego układu sił. Nie ma dzisiaj stanowiska bardziej nieodpowiedzialnego z lewicowego punktu widzenia, niż naiwna wiara, że z obecnego kryzysu kapitalizmu można wyjść przywracając w jakiś magiczny sposób socjaldemokratyczne rozwiązania okresu powojennych „trzydziestu wspaniałych lat”.

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Na zdjęciu: Terence Eastburn