Djamel

Kiedy spotkałem Djamela, który tak szeroko i szczerze się na mój widok uśmiechał, pomyślałem, że może właśnie dostałem swoją szansę na odkupienie tamtego grzechu. Tego, że pozwoliłem Karimowi odejść.

Djamela poznałem na zamku w Châtillon, malutkiej miejscowości w Burgundii. Siedziałem w samochodzie, który prowadził Daniel, spasiony, sapiący z każdym krokiem strażnik moich nowych pracodawców, wysłali go po mnie na dworzec kolejowy. Bramę do otaczającego zamek ogrodu Daniel otworzył małym elektronicznym pilotem, który oni nazywali bipem. Wjechaliśmy w głąb ogrodu w stylu angielskim, spomiędzy drzew wyłonił się przede mną jeden budynek, potem ogromny libański cedr, a potem następny budynek, tym razem ten najważniejszy, średniowieczny donżon przebudowany potem w dziewiętnastym wieku. Daniel podjechał samochodem przed wejście donżonu. Drzwi były otwarte, przed nimi stały dwa zsunięte kwadratowe stoliki ogrodowe, z drewna, ciężkie ale przenośne, i siedział przy nich młody, wysoki, szczupły mężczyzna. Był bosy, musiał zdjąć buty, gdy tam siedział, bo jakieś leżały pod stolikiem. Czytał książkę, wiatr trochę podwiewał mu jej strony. Miał długie, kasztanowe włosy, spontanicznie falujące, prawie kręcone, miękkie, spięte z tyłu w ogon. Podniósł znad tej książki wzrok, próbując wypatrzyć nowoprzybyłego: mnie.

To Djamel, wysapał Daniel. On tu jest przewodnikiem, jest ich dwóch. Latem zamek jest otwarty dla zwiedzających, przez kilka tygodni.

*

Skąd się w ogóle wziąłem na tym zamku?

Po czterech tygodniach poszukiwania pracy, zrezygnowany i załamany, pogodziłem się już z tym, że misja „saksy we Francji” zakończyła się porażką. Zamiast zarobić więcej niż mogłem w Polsce, straciłem tylko pieniądze, w tym część pożyczoną na ten wyjazd od Gosi, kumpeli ze studiów. Prawie wszystkie pieniądze mi się skończyły, mimo iż odżywiałem się makaronem z oliwą i czosnkiem, tylko czasem z dodatkiem najtańszych warzyw, najczęściej cukinii i pomidora. Dzień wcześniej, żeby oszczędzić każdy grosz, wróciłem z centrum miasta na gapę, przeskakując przez bramki metra – czułem się tą koniecznością niesłychanie upokorzony, byłem czerwony ze wstydu, na szczęście prawie nikogo nie było wtedy na stacji. Nigdy wcześniej nie podróżowałem stopem, ale już postanowiłem tak właśnie wracać do Polski. Ciągle nie wiedziałem za bardzo, gdzie w Paryżu najlepiej stanąć, żeby zacząć taką podróż. Ewa, dziewczyna, u której się zatrzymałem, wróciła już z Polski i była zła jak chmura gradowa, bo miałem przez lato płacić jej połowę czynszu, a skończyło się na jednym miesiącu mojego pobytu, jednym miesiącu, za który nie bardzo miałem jak zapłacić tyle, ile się umówiliśmy – nie pamiętam już, ile dokładnie to było – bo nie znalazłem pracy i nie zarobiłem ani grosza. I wtedy zapukała do nas sąsiadka Ewy z innej kawalerki w tym samym budynku. Halina, też z Polski, dzieliła tę swoją kawalerkę z jeszcze jedną dziewczyną, Agnieszką, z którą przyjechały do Francji razem, ileś tam lat temu, z tej samej wsi w lubelskiem. Znalazłam ci pracę, powiedziała w tych drzwiach. Uratowała mi życie.

To właśnie była praca na zamku w Châtillon w Burgundii, na dwa miesiące. Halina początkowo sama na nią przystała, bo w sierpniu i tak nie miała klientów. Sprzątała ludziom mieszkania, a wszyscy, którzy w Paryżu zatrudniają sobie kogoś do sprzątania, w sierpniu wyjeżdżają na wakacje na cały miesiąc. Ale w ostatniej chwili wszystko sobie przemyślała i zmieniła zdanie. Na tym zamku potrzebowali kogoś na bite dwa miesiące, a ta dziura w pracy w Paryżu trwała dla niej tylko miesiąc. Kiedy wszyscy jej klienci wrócą już z wakacji pod koniec sierpnia, i staną przed faktem, że jej przez cały kolejny miesiąc nie będzie w mieście, to poznajdują sobie inne osoby do sprzątania, Halina straci większość dotychczasowych klientów i będzie musiała sobie znaleźć cały kajecik nowych, a to nigdy nie wiadomo, ile potrwa. Więc nagle zadzwoniła do pośredniczki, która jej to znalazła, i powiedziała, że rezygnuje. Ludzie z tego zamku wpadli w panikę, bo chcieli, żeby ktoś zaczął już w tym tygodniu. Zna pani kogoś, kto szuka pracy i jest dostępny, no, jakoś tak od zaraz?, pytali zdesperowani. Ona na to, że właściwie to tak, sąsiad szuka pracy, bardzo potrzebuje. Co prawda to facet, ale da radę.

No więc, masz pracę, tylko musisz ze mną jutro pojechać do tej babki, która mi ją znalazła, pani Ania się nazywa, też z Polski, tylko już od dawna mieszka w Paryżu, chyba ze trzydzieści lat, jest konsierżką w takiej jednej kamienicy, to droga dzielnica. Mam do niej oddzwonić i powiedzieć, czy przyjedziesz. Pojawi się też szef, właściciel tego zamku, czy kim o tam jest. Jak się dogadacie, to on ci da bilet na pociąg na pojutrze i za trzy dni będziesz już w pracy. Będziesz miał pokój gdzieś na tym zamku, wyżywienie, nie będziesz musiał w ogóle na nic wydawać pieniędzy przez dwa miesiące, wszystko, co zarobisz, możesz zabrać do Polski. To co mam jej powiedzieć? No ba!

*

No więc dwa dni później byłem już w pociągu, z dworca w Nevers odebrał mnie Daniel, a potem byłem już przed tym donżonem i gramoliłem się z samochodu, z moim ogromnym plecakiem.

Djamel patrzył w moją stronę znad książki. Dzieliła nas trochę zbyt duża odległość, żebyśmy zagadali, ale nawet z daleka widziałem w jego wielkich oczach jakieś zainteresowanie. Na jego twarzy zatańczył uśmiech, piękny uśmiech, Boże, jaki piękny uśmiech. Daniel potwierdził kiwnięciem głowy, gestem dłoni i jakimś mruknięciem, że tak, tam jest wejście, tam powinienem się skierować. W drzwiach tymczasem stanęła Chantal, właścicielka zamku, żona Michela, którego poznałem u konsjerżki pani Ani w Paryżu. Wyszła mi naprzeciwko, żeby się przywitać. Niska, trochę przy kości, pięćdziesiąt kilka lat, piękne, bujne, czarne włosy, proste, opadające luźno na ramiona. Wyciągnęła ku mnie swoją drobniutką dłoń, ozdobioną wielkim złotym pierścieniem z brylantami, drżącą nieco, później miałem się przekonać, że drżała jej zawsze. Przedstawiła się, podziękowała Danielowi, i powiedziała, że oprowadzi mnie po zamku, a potem zaprowadzi mnie do mojego pokoju. Ale to będzie w tamtym budynku, tym który samochód musiał wyminąć, zanim dotarł do donżonu, więc na razie najlepiej, żebym zostawił plecak tutaj w korytarzu. Chyba, że jestem zmęczony i chcę najpierw pójść do swojego pokoju, zdrzemnąć się czy coś. Nie, nie byłem zmęczony, byłem autentycznie podekscytowany tym miejscem. Moi przyjaciele, koleżanki i koledzy ze studiów zbierali na saksach pomidory, szparagi, truskawki, albo ścinali tulipany, a ja miałem pracować na zamku, dużym pięknym średniowiecznym zamku, i miałem tu gdzieś mieć swój pokój. Filmowcy jeszcze nie przyjechali, powiedziała Chantal, ale pierwsza trójka będzie tu już za dwa dni. Poznajcie się z Djamelem. Djamel!, zawołała go.

Zamknął książkę, zostawił ją na stole i nie zakładając butów podszedł w naszą stronę, wyciągając do mnie dłoń. Szczery uśmiech rozjaśnił jego pociągłą, śniadą twarz, odsłaniając długie, równo i ciasno ułożone zęby. Jego wielkie, inteligentne oczy błyszczały kolorem bursztynu. Strąk kasztanowych włosów wymknął się gumce, która spinała ich resztę z tyłu głowy, i opadał mu na czoło. Wiedziałem, że Djamel to arabskie imię, ale do tamtej pory myślałem, nie znając wcześniej żadnych Arabów, że mają wszyscy włosy kruczoczarne. Byłem zaskoczony, zaintrygowany. I onieśmielony jego badawczym, zainteresowanym, jednocześnie przyjacielskim spojrzeniem. Głównie dlatego, że wydał mi się przepiękny – przepiękny w jakiś nietypowy, trudny do nazwania sposób.

Djamel, Jarek, poznajcie się. Djamel jest naszym przewodnikiem, oprowadza turystów, wyjaśniła Chantal. Razem z Alexandre’em, który gdzieś się podział, może go spotkamy na pierwszym piętrze, w salonie. Obaj studiują filozofię w Paryżu, na Sorbonie.

Chantal zabrała mnie jednak szybko od właściciela tych wielkich bursztynowych oczu, żeby mi wszystko pokazać i wprowadzić mnie do mojej misji na najbliższe dwa miesiące. Na parterze minęliśmy kuchnię, z której wybiegł jak burza młody kucharz, Bretończyk Pierrick, który zatrzymał się, bo Chantal chciała nas sobie przedstawić, po czym poleciał dalej, do chambre froide, mieszczącej się w piwnicy chłodni, gdzie trzymano świeże warzywa i owoce. Kuchnie były tak naprawdę dwie. Jedna w starym stylu, umeblowana w dziewiętnastym wieku, z wielkim, masywnym drewnianym stołem stojącym tam być może nawet od wieku piętnastego, z miedzianymi garnkami rozwieszonymi na ścianach i innymi pięknymi przyrządami porozstawianymi w różnych miejscach. Tutaj jednak częściej się jadło niż gotowało, chyba że gotować trzeba było tyle, że nie mieściło się w drugiej kuchni, tej bardziej roboczej, która mieściła się za tej ładnej kuchni „plecami”, ale bywało też, że pieczono jakieś ptactwo na siedemnastowiecznym, ale wciąż doskonale sprawnym ruszcie pod ścianą. Dalej była wielka, reprezentacyjna jadalnia, przez nią z kolei można było dotrzeć do mniejszej, bardziej kameralnej, ale za to ze stołem z blatem z różowego włoskiego chyba marmuru, osiemnastowiecznymi krzesłami, żyrandolem z Murano i wielkim genueńskim lustrem w ciężkiej pozłacanej ramie. Na końcu korytarz na parterze prowadził do pralni i suszarni. Można je było jednak wyminąć, by wejść na kręcone kamienne schody; była to oryginalna klatka schodowa z pierwotnego, średniowiecznego założenia tego budynku. Dlatego, od tylu stuleci noszenia obutych ludzkich stóp, stopnie były tak wyślizgane i na wszelki wypadek, wzdłuż schodów, po ścianie, biegł gruby sznur, zawieszony na wbitych w mur metalowych hakach, elastyczna poręcz, której można było się trzymać lub w razie potrzeby uczepić.

Na pierwszym piętrze były dwa salony umeblowane antykami, oraz biblioteka, w której oprócz starych książek na regałach stał też stół do bilarda, stolik do gry w karty lub kości, i specjalne kabiny na cygara. To tam spotkaliśmy Alexandre’a. Był to bardzo zamknięty w sobie, wycofany i nieśmiały blondyn w okularach. To piętro było bardzo wysokie, mieściło sypialnię Chantal i Michela, była tam też jeszcze jedna, mniejsza sypialnia oraz sypialnia matki Chantal, Madame Zivi. Tam miałem się nie zapuszczać, pokojem Madame Zivi zajmowała się Martine, której jeszcze nie poznałem, ale na pewno na nią gdzieś wpadniemy. Możliwe, że była w pralni. Lepiej, żebym do pokoju Madame Zivi nie wchodził, ponieważ ona tu przyjeżdża zawsze ze swoją szurniętą, otyłą kotką, która się panicznie boi mężczyzn, których nie zna, i albo zacznie szaleć i biegać po pokoju, rozwalając wszystko po drodze, albo się przestraszy i ucieknie z pokoju, a wtedy możemy jej przez dwa dni szukać po całym zamku – wyjaśniała mi Chantal. Piętro wyżej były już tylko sypialnie, i mały salonik indyjski, który był tak naprawdę tylko głęboką wnęką wtuloną pomiędzy dwa pokoje, niezmiernie jednak uroczą, bo wejście do niej okalał rzeźbiony misternie w drewnie łuk przywieziony z Indii. Trzecie piętro było już ostatnie, nad nim tylko strych. Miało najniżej zawieszony sufit i najmniejsze pokoje, niemniej jednak wszystkie bardzo wygodne i przytulne, każdy z własną łazienką. Dwa z nich były zajęte przez Djamela i Alexandre’a.

Kiedy tak chodziliśmy, nie mogłem przestać myśleć o tym pięknym Arabie, który został tam na dole ze swoją książką. Czemuż tak mi się przyglądał, dlaczego wydawał się tak mną zainteresowany? Czyżbym właśnie dostawał tutaj niespodziewanie szansę na odkupienie śmiertelnego grzechu sprzed Sacré-Coeur, kiedy to pozwoliłem Karimowi odejść, zamiast zatrzymać go przy sobie i pozwolić mu się uwieść? Czy Djamel był gejem? Skoro teraz Chantal o nim wspomniała, informując, że to on przebywa w pokoju numer dwanaście, zareagowałem szybko pytaniem, czy Djamel jest Arabem; byłem głodny jakiejkolwiek dodatkowej wiedzy na jego temat, chciałem, żeby mi cokolwiek więcej na jego temat powiedziała.

Il est d’origine algérienne. Ses parents sont venus d’Algérie. Ben, il n’est pas tout-à-fait Arabe, il est Kabyle, si vous voulez être exact. Les Kabyles sont les Berbères d’Algérie. Pochodzenia algierskiego, ale tak naprawdę kabilskiego a nie arabskiego, gdybyśmy mieli być dokładni. Nigdy wcześniej nie słyszałem o Kabilach. Miałem wrażenie, że na tym zamku, który mi się przytrafił tylko dlatego, że uparcie snułem się po Paryżu w poszukiwaniu pracy właściwie do ostatniego euro w portfelu, otwiera się przede mną jakiś zupełnie nowy świat, którego nigdy wcześniej nie znałem, tak daleko od tego wszystkiego mieściło się upadle, postindustrialne miasto na polskiej prowincji, w którym spędziłem dotąd całe moje tak zwane życie.

Chantal zaprowadziła mnie potem do drugiego budynku, czyli tego, który samochód Daniela wyminął, zanim dotarł do donżonu. Nazywali go Petit Château. Poprosiła mnie, żebym wziął plecak, bo tam będzie mój pokój, to od razu go tam zaniosę. Prowadziła tam wysypana drobnymi kamyczkami nieregularna droga, którą miałem ochotę nazwać polną, ale wokół zamku jakoś mi to słowo nie pasowało.

Zapytałem, o co dokładnie chodzi z tymi filmowcami, co to mają niebawem przyjechać, bo wszystko, w sensie ten przyjazd tutaj do pracy, wydarzyło się tak szybko i niespodziewanie, że nie do końca tak naprawdę zdołałem to ogarnąć. Otóż Chantal z mężem postanowili spróbować wynajmować czasem zamek na różne wydarzenia, żeby posiadłość mogła się trochę sama finansować, na wypadek, gdyby ich dzieciom szło kiedyś w przyszłości gorzej finansowo niż jej mężowi. Żeby nie musieli od raz sprzedawać zamku, gdyby im się powinęła noga. Więc gdyby udało się obrócić zamek, który dotąd był tylko ich „domem na wsi” – spędzali tu lato, weekendy i Boże Narodzenie – w coś, co się finansuje przez wynajmowanie od czasu do czasu, to by trochę zabezpieczyło pozostanie zamku w rodzinie. To był pierwszy raz, kiedy postanowili to zrobić, trochę na próbę, żeby zobaczyć, ile pracy to wymaga, jakie są koszty, jak to w ogóle organizować. Tak się złożyło, że na innym zamku, w innej miejscowości niedaleko, będą kręcić film na podstawie powieści, która jest we Francji dość popularna, taki trochę stylowy kryminał z poczuciem humoru, Tajemnica żółtego pokoju. No i producenci szukali jakiegoś przyjemnego miejsca, żeby zakwaterować na czas zdjęć reżysera i aktorów. Znaleźli nas przez znajomych i tak to wyszło. Niebawem pozna pan nie byle kogo, uśmiechnęła się, bo niezłą obsadę mają. Zna pan Sabine Azémę?, zapytała. Oczywiście, ja na to, kto jeszcze? Claude Rich, Pierre Arditi, ten Belg, co to dostał w tym roku nagrodę w Cannes, jakżesz on się nazywa, Olivier Gourmet. Jest jeszcze Denis Podalydès, i jego brat Bruno, który jest reżyserem. Nie wiem, czy pan widział tam w Polsce, oni też razem zrobili na przykład Versaille Rive-Gauche.

Do Petit Château można było wejść przez duży salon wystylizowany tak, żeby się kojarzył jednocześnie z klimatem rustique i z amerykańskim barem z lat pięćdziesiątych. Był tam ceglany kominek na pół ściany, bilard, staroświecka szafa grająca, jednooki bandyta, stół zrobiony z wielkiego, grubego plastra jakiegoś bardzo starego drzewa, obite w skórę fotele, barowe krzesła, no i bar, nawet jakaś kilkudziesięcioletnia, nie działająca już kasa, stała na barze dla dekoracji. Za barem alkohole, z których wiele pierwszy raz widziałem na oczy. Za tym salonem była kuchnia, przez którą można było przejść na klatkę schodową. Schodami tymi docierało się na pierwsze piętro, potem na drugie, i tam właśnie był między innymi pokój przewidziany dla mnie, dochodziło się do niego mijając pokój Pierricka, bretońskiego kucharza. Chantal zaprowadziła mnie do mojego pokoju i powiedziała, że zostawi mnie teraz na chwilę, żebym się rozpakował, rozgościł, wziął prysznic, jeśli chcę, a potem się odnajdziemy tam w donżonie, ona będzie pewnie gdzieś w salonie.

Rozpakowałem się, odświeżyłem pod prysznicem, rzuciłem się na łóżko, żeby wypróbować, jak się na nim będzie spało. Moje okno wychodziło na tę część ogrodu, w której znajdował się basen. Tamtego dnia był przykryty czymś niebieskim, unoszącym się na powierzchni wody.

Ubrałem się ponownie i zbiegłem na dół, wyszedłem przez bar, by pójść z powrotem ku donżonowi. Nie zdążyłem jednak zamknąć za sobą drzwi, gdy zaczął padać deszcz, który w mgnieniu oka zrobił się niesamowicie gęsty i ciężki. Djamel, który wciąż siedział przy tym drewnianym stoliku przed wejściem, zwinął książkę, założył buty i poszedł schować się w otwartych drzwiach budynku. Stanął tam i czekał na mnie, z książką w dłoni. Wbiegłem pod dach i stanąłem naprzeciwko niego. Twarz Djamela rozjaśniał jego skandalicznie piękny uśmiech.

Korytarzem przechodziła kobieta w fartuchu, przy kości, z krótkimi siwymi włosami. Martine!, zawołał ją Djamel. To Jarek, przyjechał dzisiaj, będzie tutaj pracował przez lato. Jarek, to jest Martine. Martine uśmiechnęła się w dziwny, udawany sposób, trochę jak dziwaczka, trochę tak, jak niektórzy ludzie uśmiechają się do cudzych dzieci. Wymamrotała coś, że ona tu pracuje od dwudziestu lat, i coś jeszcze, ale nie zrozumiałem. Odwróciła się i odeszła, kierując się do kuchni.

Martine est un peu drôle, powiedział Djamel, prawie szeptem. Tu vas voir. Przysunął się bliżej mnie i oparł ramieniem o kamienny mur. Stał tak blisko mnie, że poczułbym się zakłopotany, gdyby nie to, jak bardzo było mi z tym przyjemnie i że mogłem widzieć te jego bursztynowe oczy z tak bliska. Jego skóra była nieksazitelnie gładka, doskonała. Miał na sobie błękitną koszulę, dwa jej górne guziki, te pod szyją, były rozpięte, kołnierz rozchylał się na boki, a spod niego wyglądała odrobina jego klatki piersiowej. Jego skóra wzbudzała we mnie pulsujący zachwyt.

Skąd konkretnie w Polsce jesteś, z jakiego miasta?, zapytał. Nie masz prawa go znać, zaśmiałem się. Dlaczego? Nie mów mi, że z Dąbrowy Górniczej?, rzucił jakoś tak od niechcenia, na dodatek wymawiając tę nazwę zdumiewająco poprawnie. Serce zabiło mi mocniej. Skąd wiesz? Nikt mnie tutaj nie pytał, nikomu nie mówiłem. A to naprawdę jesteś z Dąbrowy Górniczej? – jego wielkie bursztynowe oczy zrobiły się ze zdziwienia jeszcze większe. Potwierdziłem. Djamel zaniósł się cichym, szeleszczącym śmiechem. Kiedy się śmiał, jego ciało spinało się trochę i wychylało się do przodu, przez co jego twarz przysunęła się jeszcze bliżej mnie, a do mnie zaczęło docierać, jak bardzo jego towarzystwo, jego obecność, cała jego istota czyniły mnie podekscytowanym. Za nami deszcz szumiał coraz głośniej. Jakim cudem on wiedział, skąd jestem? Jakim cudem znał w ogóle Dąbrowę Górniczą? Jakim cudem potrafił tę nazwę powiedzieć, żaden Francuz nie potrafi przecież jej powtórzyć? Wśród moich przyjaciół na Sorbonie jest dziewczyna z Polski, jej rodzina pochodzi z Dąbrowy Górniczej właśnie, wyjaśnił, wciąż się zanosząc śmiechem. Quelle coïncidence!

Rzeczywiście, dość niecodzienny zbieg okoliczności. Przez otwarte drzwi za moimi plecami docierał nie tylko szum, ale i zapach deszczu, który przez nozdrza podbijał moje podniecenie. Patrzyłem tak na Djamela i zrozumiałem, że najchetniej rozpiąłbym tę koszulę jeszcze bardziej i dotknął tej cudownej, delikatnie śniadej skóry. Ponieważ był wyższy ode mnie, ten odsłonięty kawałek jego klatki piesiowej tym bardziej prosił mi się do oczu. Jego natomiast oczy błyszczały szczerą ciekawością. Z każdą chwilą wszystko w nim podobało mi się coraz bardziej. Był szczupły, ale jego barki były naturalnie, jakby od niechcenia, szerokie. Miał matowy głos, z cudowną chrypką. Ponieważ chciałem go słuchać więcej, zapytałem, o co chodzi z tymi turystami. Nie rozumiałem, jak to może być jednocześnie dom tej rodziny i być otwarty dla zwiedzających. Djamel zaczął mi tłumaczyć, że we Francji to całkiem normalne. W całym kraju jest mnóstwo zamków i pałacyków, wiele z nich jest w rękach prywatnych. Ale ponieważ są zabytkowe, to władze zachęcają właścicieli – chyba jakimiś ulgami podatkowymi, ale nie wszystko, co mówił, rozumiałem – żeby otwierali je przynajmniej latem dla zwiedzających. A dla niego i Alexandre’a to jest rodzaj stażu i jednocześnie fajnych wakacji. Dzisiaj na przykład była tylko jedna rodzina turystów, Alexandre ich oprowadził, a ja sobie czytałem książkę cały dzień, zaśmiał się znowu. Oczywiście, ci turyści nie łażą po całym zamku, wyjaśnił od razu, bo dopiero próbowałem to sobie wyobrazić. Nie wchodzą do sypialni, pokazujemy im salony, jadalnie, tę zabytkową kuchnię, no i oprowadzamy po ogrodzie wokół, pokazujemy też widok z góry na ten ogród na dole.

Z windy wyszła tymczasem ku nam Chantal i powiedziała, że skoro już tu jestem, to możemy razem nakryć do stołu, dzisiaj przyjadą jej znajomi na kolację, to od razu mi pokaże, jak tu będą wyglądać kolacje. Częścią mojej pracy miało być nakrywanie i podawanie do stołu.

Tamtego wieczoru podawałem więc pierwszy raz do stołu. Gospodarze i goście siedzieli przy masywnym, średniowiecznym stole w reprezentacyjnej kuchni. Była Chantal. Była jej matka, Madame Zivi, kobieta koło osiemdziesiątki. Dwie pary gości, wszyscy w przedziale pięćdziesiąt-sześćdziesiąt lat. Djamel i Alexandre też siedzieli z nimi przy stole. Mnie Pierrick, który w kuchni w godzinie posiłku stawał się niesłychanie nerwowy, a jego język tak przyspieszał, że z trudem za nim nadążałem, wysyłał z tej drugiej, roboczej kuchni z kolejnymi potrawami, a Chantal uśmiechała się i zwracała mi uwagę, z której strony podawać, i co tam jeszcze powinienem robić trochę inaczej.

Kiedy kończyli deser, Martine zawołała mnie, żebym poszedł z nią na górę, do salonu, tam pokazała mi, gdzie przyrządza werwenę i herbatę, którą piją po kolacji. Jak skończą deser, przeniosą się do salonu. Martine znała gości, wiedziała kto co pije, więc zrobiła jeszcze dla kogoś małą filiżankę kawy bezkofeinowej. Ułożyliśmy to wszystko na tacy i zanieśliśmy do dużego salonu. Kiedy schodziliśmy jednymi schodami z powrotem na dół, oni właśnie drugimi wchodzili na pierwsze piętro, do salonu, a my zabraliśmy się do sprzątania stołu po kolacji. Kiedy wszystko trafiło do dwóch zmywarek, Martine zarządziła przygotowanie śniadania. Rozłożyliśmy ceratę zdobną w obrazy kolorowych warzyw, a na niej filiżanki, talerzyki, czarę z owocami, metalowe pudełka z herbatą, dwie okrągłe złote maselniczki i delikatne konfiturierki z węgierskiej porcelany. Salon, po werwenie, herbacie i pewnie koniaku, posprzątamy jutro rano, powiedziała w taki sposób, jakby zdradzała mi jakiś sekret. Pierrick posprzątał swoją działkę w kuchni, powkładał garnki, patelnie, rondle do ogromnej zmywarki, takiej jak w restauracjach, wyczyścił wszystkie blaty i noże.

Wyszliśmy w trójkę, pożegnaliśmy Martine, która, wciąż obuta w swoje miękkie pantofle, wsiadła na swój skuter i odjechała, a Pierrick i ja poszliśmy w stronę Petit Château. Pierrick, jak nie był w godzinie serwowania posiłku, był kompletnie na luzie i całkiem zabawny, tyle że nie zawsze rozumiałem, co mówi. Weszliśmy do Petit Château przez salon zwany barem i zamknęliśmy drzwi od środka na klucz. Weszliśmy razem po schodach, po drodze gasząc za sobą światło, i rozeszliśmy się do swoich pokojów.

Wziąłem jeszcze jeden szybki prysznic i poszedłem do łóżka. Było ciepło, więc zamknąłem wewnętrzne okiennice, nie wiem, czy one mają jakąś specjalną nazwę, i wsunąłem się pomiędzy prześcieradła całkiem nagi. Patrzyłem w sufit, próbując uporządkować wrażenia tego pełnego zdumień dnia. Myślałem o tym, jakiego miałem fuksa, że w ostatniej chwili znalazła mnie ta praca, w zasadzie w momencie, kiedy już pogodziłem się z faktem, że zakład z losem w postaci wyjazdu w ciemno na poszukiwanie pracy nad Sekwaną przegrałem i wrócę jako bankrut i pośmiewisko. Ale nie mogłem też nie myśleć o Djamelu. Z miejsca mnie zaczarował. Czyżby on też miał tutaj przede mną otworzyć nieznane mi wcześniej światy? Czy to, że tak był mną zainteresowany, tak się garnął do rozmów ze mną, przysuwał się tak blisko, oznaczało, że mu się podobałem, w ten sposób? Że go pociągałem? Czy to, że znał Dąbrowę Górniczą, nie było jakimś znakiem? Może ten wyjazd do Francji będzie dla mnie nie tylko rozwiązaniem najbardziej naglących problemów finansowych, bo pozwoli mi przeżyć kolejny rok na studiach – może pod osłoną nocy spotka mnie tu niespodziewanie znacznie więcej: poznam dotyk Djamela, jego uścisk, zapach i smak jego skóry, jego miłość?

*

Następnego dnia przy śniadaniu Chantal dała mi listę informującą, kto gdzie ma być w nadchodzących dniach zakwaterowany. Mieliśmy dzisiaj obejść wszystkie pokoje i sprawdzić czego gdzie jeszcze brakuje. Obsługa wszystkich pokojów – ścielenie łóżek, wymiana pościeli co trzy dni, uzupełnianie wody w karafkach, sprzątanie łazienek, wymiana ręczników – to wszystko miały być moje zadania od jutra, czyli od przyjazdu pierwszych zakwaterowanych tu filmowców.

Po śniadaniu zrobiliśmy więc ten obchód, a ja na tej liście zapisywałem sobie przy każdym pokoju, co trzeba tam jeszcze donieść. Kiedy już wszystko obeszliśmy, zapytałem Chantal, czy jest tu gdzieś niedaleko jakiś sklep, gdzie mógłbym kupić sobie żyletki i piankę do golenia, bo już mi się praktycznie skończyły. Wyjaśniła mi, jak tam trafić, jak już wyjdę za bramę zamkowego ogrodu – droga w dół prowadziła do tego malusieńkiego miasteczka, a w nim jest supermarket. Żeby wyjść przez bramę, niech pan poprosi Djamela albo Alexandre’a, bo oni mają te bipy, które otwierają bramę. Dałabym panu jakiś, ale nie wiem, gdzie mój mąż trzyma zapasowe, a on tu przyjedzie dopiero w sobotę.

Staliśmy wtedy na korytarzu pierwszego piętra, nieopodal otwarte były drzwi na balkon wychodzący na tę stronę, gdzie wczoraj Djamel siedział przy tym drewnianym stole, czytając książkę. Chantal musiała pomyśleć o tym samym, bo natychmiast się tam skierowała i wyjrzała przez balkon. Djamel rzeczywiście i tym razem tam siedział, znowu z książką. Zawołała go i zapytała, czy by mnie nie wypuścił z posiadłości, bo potrzebuję zrobić sobie jakieś zakupy. Bien sûr, pas de problème, odpowiedział, spoglądając ku nam. Allez-y, rzuciła mi krótko Chantal.

Chwilę później szedłem więc z Djamelem tą wysypaną drobnymi kamyczkami drogą, która prowadziła do wielkiej bramy, na zewnątrz zamkowego muru. Było ciepło i bardzo słonecznie. Djamel szedł boso. Zachwyciły mnie jego stopy: były piękne, większe niż moje, ale szczupłe, ich kształt wydawał mi się jakiś taki szlachetny, każdy ich palec – były długie – był piękny, wręcz elegancki. Ja szedłem w butach, trochę nie mogłem się nadziwić, że można tak iść po tym żwirze na bosaka, jak gdyby nigdy nic, ale zamiast tego zapytałem, czy Djamel to coś znaczy po arabsku. Djamel spojrzał na mnie, śmiejąc się, a słońce rozjaśniło jeszcze te jego bursztynowe oczy. To znaczy „piękno”, odpowiedział. Nie uważasz, że to kretyńsko tak się nazywać? Jak masz na imię, chłopczyku? Piękno! Kiedy się tam śmiał, a przedzierające się przez liście słońce muskało krótkimi, złocistymi dotykami jego twarz i włosy, wydawał mi się coraz piękniejszy. I nic w tym nie widziałem kretyńskiego, wręcz przeciwnie, zauroczyło mnie, że ten zachwycający młody mężczyzna ma na imię Piękno. Chyba wtedy właśnie wszystko zostało przesądzone: ostatecznie oszalałem na jego punkcie.

*

Tego dnia nie było gości na kolacji, tylko Chantal, jej matka, Djamel, Alexandre – i Dominique, która przyjechała po południu, na wypadek, gdyby operacja filmowcy miała czasem wymagać dodatkowej pomocnej ręki. Poza tym Dominique była zapaloną kinomanką, więc pewnie też miała po prostu ochotę ich wszystkich poznać. Była siostrzenicą Michela, męża Chantal, już go poznałem u konsjerżki w Paryżu, gdy mi zaoferował tę pracę. Kolacja skończyła się szybko. Chantal i Dominique chciały iść wcześnie spać, żeby wypocząć przed ciężkim tygodniem. Dlatego Djamel i Alexandre postanowili pójść ze mną do Petit Château i zatrzymać mnie w barze przy czymś do picia.

Siedzieliśmy więc przy barze i gadaliśmy sobie. Pamiętam, że Alexandre zapytał, czy rozumiem Martine. Przyznałem się, że nie zawsze. Wyjaśnił mi, dlaczego: ona mówi z bardzo silnym lokalnym akcentem, używa regionalizmów, nawet jemu zdarzało się jej nie rozumieć. Jednak Alexandre poza tym mówił niewiele, zawsze cichy i wycofany, nawet kiedy nie miał powodu nie czuć się komfortowo. To Djamel mówił więcej, i usiadł na wprost mnie, przez bar, ja stałem dla hecy za barem, jakbym w nim pracował. Alexandre nagle wstał i powiedział, że spać mu się chce i będzie już się zbierał.

Ale Djamel został jeszcze ze mną, wziął nawet następną szklankę whisky, więc chciał zostać jeszcze całkiem długą chwilę. Przyglądałem się jego palcom obejmującym tę szklankę. Były delikatne, szczupłe, dłuższe od moich, nagle rozpaliła mnie myśl, że mogłyby mnie dotykać. Pytał mnie o różne rzeczy, o Polskę, co studiuję, o moich ulubionych filmowców. Zaczął mi mówić o swojej fascynacji Zwierciadłem Tarkowskiego, pamiętał nawet rosyjski tytuł tego filmu. Co chwilę żartował albo coś go bawiło. Co chwilę się śmiał i cały czas mi się przyglądał. Cierpliwie mnie słuchał i pomagał mi znaleźć słowa, gdy mi ich brakowało. Potrafił do mnie mówić tak, że wreszcie wszystko w tym języku rozumiałem. Nawet nieznane mi wcześniej słowa i zwroty w jego ustach stawały się jasne – przez kontekst, przez gest, który do nich dołączył, przez opisowe wyjaśnienie, które dorzucał, kiedy tylko dostrzegał, że czegoś nie zrozumiałem, a dostrzegał od razu. W końcu wstał i powiedział, żebym lepiej poszedł spać, bo nie chce być odpowiedzialny za moje zmęczenie jutro. Wyszedł, a ja poszedłem po schodach do siebie, zamknąwszy najpierw za nim na klucz drzwi Petit Château.

Czy zdołam odkupić śmiertelny grzech sprzed Sacré-Coeur?, zadawałem nocy pytanie, powtarzając sobie następnie w myślach to cudowne imię, Djamel, długo i wkoło, i układając po francusku frazy, które mogły mi pomóc mu to wyrazić. Tu te rends compte que je raffole de toi?… Ukołysany marzeniem, że się jednak na tę odwagę zbieram, i że Djamel odpowiada na to uśmiechem, błyskiem w oku i je le savais, a zaraz potem uściskiem ramion, dotykiem ust, aż wreszcie dotykiem wszystkiego – zasnąłem.

*

Odkąd na zamku pojawili się filmowcy, mój czas upływał w nieregularny sposób. Każdego dnia na zamku była inna liczba osób, inna liczba zajętych pokojów, które trzeba była sprawdzić, posprzątać, zmienić pościel, ręczniki. Jedne kolacje były dla siedmiu, inne dla kilkunastu osób. Jedne dni dosłownie znikały sprzed moich oczu, gdy biegałem z góry na dół po tej posiadłości, inne ciągły się powoli, gdy trzeba było nadrobić zaległe żmudniejsze zadania, jak mycie okien. Azéma, Arditi, Rich, Gourmet, Podalydès – do jakiegoś stopnia mnie interesowali, zjadłem kiedyś śniadanie z Azémą, porozmawialiśmy o Znamy tę piosenkę i o czymś tam jeszcze, ale tak naprawdę żyłem dla chwil, które udawało mi się spędzić z Djamelem, wykraść je niepostrzeżenie czasowi pracy. Jednego dnia udało mi się z nim zjeść śniadanie. Innym razem przysiąść z nim na chwilę, żeby zapytać, co czyta. Przypadkowe spotkania na schodach, kiedy uśmiechał się do mnie tym swoim zachwycającym uśmiechem, schodząc na dół, kiedy ja wchodziłem do góry, lub odwrotnie. Wreszcie kolacje, kiedy on, podobnie jak Alexandre, siedział przy stole z Chantal i Dominique, w weekendy też z Michelem, z Madame Zivi, z aktorami, gdy było ich mało – bo gdy było ich więcej, organizowaliśmy im nieraz osobną kolację, w tej małej jadalani ze zwierciadłem z Genui i stołem z różowego marmuru. A najbardziej wyczekiwaną sekundą każdej kolacji była ta, kiedy podchodziłem do Djamela i zgodnie z przykazaniami service russe pochylałem się nad nim od lewej strony podsuwając mu jedno z dań. Wtedy na krótką chwilę mogłem poczuć zapach jego włosów (nieraz były mokre, bo często brał prysznic przed kolacją) i zobaczyć skórę jego szyi z tak bliska, z odległości kilku centymetrów. Żeby potem marzyć, że może niebawem coś się wydarzy i będzie mi dane znaleźć się z nim sam na sam, z dala od oczu innych ludzi, usunąć wreszcie spomiędzy nas tych kilka centymetrów odległości i wtulić twarz w tę ciepłą szyję, pocałować tę piękną skórę ciemniejszą od mojej, poczuć ją na policzku, poznać jej smak i teksturę. Nałożywszy sobie swoją porcję, Djamel odkładał couverts de service i mówił zawsze Merci, Jarek, i to Merci, Jarek było już samo pieszczotą tak mnie w skrytości rozpalającą, że nie potrafiłem sobie wyobrazić, co to może być za rozkosz znaleźć się w tych dłoni dotyku, w tych ust pocałunku.

Djamel, przypomnij mi, jak ty masz na nazwisko?, zapytał nagle Michel swoim donośnym głosem. Djamel odpowiedział, było to długie kabilskie nazwisko. Bouba- co? Nie mógłbyś się nazywać po prostu Moreau, jak wszyscy? Nad stołem rozległ się jego gromki śmiech.

*

W jeden gorący, słoneczny dzień wyszedłem na tę dróżkę wysypaną drobnymi kamyczkami i zdjąłem buty, chciałem przejść się tak jak Djamel po nich chodził – na bosaka. Ale wrzynały mi się w stopy boleśnie, zdołałem zrobić tylko kilka kroków. Jak on to robił? Któregoś z tych dni, gdy Michel był na zamku, szliśmy razem we trzech, z donżonu do Petit Château, i Djamel znowu stąpał po tych kamyczkach boso, i wtedy już nie mogłem się powstrzymać przed wyrażeniem podziwu. Tak, podziw to rzeczywiście właściwe słowo. Djamel odpowiedział, że od dziecka często chodził boso, zwłaszcza latem w Algierii, dokąd jeździli całą rodziną na wakacje, więc się przyzwyczaił. Michel spojrzał na mnie przyjmując niespodziewanie filozoficzny wyraz twarzy, oczywiście dla zgrywy. Ils sont durs, les Arabes, c’est pour ça, powiedział z udawaną śmiertelną powagą, po czym wybuchnął swoim donośnym śmiechem.

Algierskie pochodzenie Djamela było dla mnie jak odkrywanie nowego lądu. Lądu, który wabił ciepłem, zapachami, barwami – i tajemnicami. Dotychczasowe kilka tygodni pobytu we Francji już potrząsnęło wieloma moimi polskimi przyzwyczajeniami, wieloma pewnikami. Żeby cokolwiek zrozumieć ze świata, trzeba z Polski wyjechać, trzeba z niej wyjeżdżać. Co ja wiedziałem wtedy o Algierii? Typowe polskie pierdololo, z ust mojego ojca, nauczyciela historii i jakiegoś programu w telewizji: że dla Francuzów Algieria była jak jedno z ich własnych „województw”, dlatego taki straszny ból im sprawiła jej utrata w tej całej wojnie. A Algierczycy co o tym sądzili, może by ktoś tym się trochę zainteresował? Dlaczego nikt w Polsce nie zadawał takich pytań? Dlaczego naród, który sam był podbijany i kolonizowany przez silniejszych sąsiadów, nie odczuwa minimum solidarności z Algierczykami, tylko się wzrusza „bólem” ich kolonizatorów i podziela ich rojenia o Algierii jako regionie samej Francji? To wszystko było dla mnie bardzo nowe, całkiem jak niezwykła uroda Djamela, i wchodziło razem w drżący rezonans z przejmującym mnie pragnieniem wyjścia w nieznane. Pragnieniem, które wciąż szukało sposobu wyrwania się ze swojego lochu, na intymne spotkanie z tym pięknym, o rok ode mnie starszym mężczyzną.

*

Wśród aktorów na zamku pojawił się niejaki George Aguilar, Amerykanin od lat żyjący we Francji. Nie tylko Amerykanin, najprawdziwszy Apacz! Silny, mocno zbudowany mężczyzna, o trudnym do odgadnięcia wieku – trudnym za sprawą długich, pięknych kruczoczarnych włosów. Był ów Aguilar mężem Josiane Balasko, bardzo popularnej we Francji aktorki komediowej. I cierpiał na bezsenność.

Ze względu na tę przypadłość nie próbował nawet kłaść się spać przed trzecią w nocy, każdego wieczoru szukając kogoś, kto dotrzymałby mu towarzystwa, najlepiej sącząc jakiś trunek i grając w kości. Aguilar miał swoją ulubioną grę w kości, która polegała na tym, że wygrywał ten, kto pierwszy zdobył dziesięć tysięcy punktów. Aguilar stopniowo, wieczór po wieczorze, wciągnął do tej gry mnie, Djamela, Alexandre’a, Chantal, Michela, Dominique, kucharza Pierricka i niektórych z aktorów. Nawet sędziwej Madame Zivi zdarzyło się zagrać. Z Pierrickiem często przesiadywał do bardzo późna w noc, ponieważ Pierrick też bardzo mało sypiał, czasem zaledwie trzy godziny. Może dlatego robił się czasem strasznie nerwowy i agresywny w okolicach pór posiłków, zastraszając w ten sposób biedną Martine, która czasami unikała jakiegokolwiek kontaktu z nim, nawet uciekała przed nim z kuchni. Kiedy przesiadywał tylko z Pierrickiem, bo jednak wszyscy inni potrzebowali więcej snu, częściej niż w kości, grali w bilarda w barze w Petit Château.

Po dwóch tygodniach pobytu Aguilara na zamku bakcyl gry w dziesięć tysięcy panował tam już szeroko.

Była to pewnie sobota, spokojny weekend, kiedy aktorzy pojechali do domu na dwa dni, a do gospodarzy nie wpadli żadni ich znajomi, i w taką sobotę Djamel zawołał mnie po kolacji, żebym dołączył do nich w bibliotece pograć w kości. Przy stoliku siedzieli Chantal z Michelem, Dominique i Alexandre. Chantal zachęciła mnie, żebym sobie przytargał któreś krzesło, jedno stało niedaleko kabiny z cygarami, i się przysiadł. Gra była prosta, do nauczenia w kilka minut i od pewnego momentu toczyła się niemal samoczynnie, bez konieczności myślenia, dlatego dawała tyle zabawy, nawet pomimo zmęczenia, które mi jednak odrobinę dokuczało.

Michel zaoferował mi kieliszek oszałamiająco aromatycznego armaniaku, którym sam się już raczył. Graliśmy na okrągłej drewnianej piste, jak to nazywali, wyłożonej zielonym zamszem. Na leżącej na stoliku kartce zapisywaliśmy punkty. Djamel i Alexandre również częstowali się tym armaniakiem, Chantal piła swoją zwyczajową werwenę, a Dominique herbatę. Przegrywałem z kretesem. Co chwilę się z czegoś śmialiśmy. Sacré Jarek! – powtarzała Dominique z nieprawdopodobną uciechą za każdym razem, kiedy lądowałem znowu na samym dole tabeli.

Znacie w Polsce taką postać z programów dla dzieci, Casimir miał na imię?, zapytał nagle Djamel, z błyskiem w oczach niczym u dziecka, które przypomniało sobie o czymś niesamowitym. Nie wydawało mi się, ja nic takiego nie kojarzyłem. O, to taki świetny program był, chyba z dziesięć lat to leciało, jeden bohater ma na imię Casimir, to był taki pomarańczowy dinozaur czy jaszczur, czy coś, i od dzieciństwa tak mam, że jak mowa o polskich imionach, to pierwszy przychodzi mi na myśl Casimir. To polskie imię, no nie? No, tak jakby, zaadaptowane trochę, po polsku to tak naprawdę byłby Kazimierz. O, szkoda, że tego nie znasz, to było naprawdę zabawne, Djamel nie przestawał się uśmiechać.

*

Następnego dnia rano znalazłem się w kuchni na śniadaniu sam na sam z Djamelem. Ponieważ była niedziela, wszyscy pozostali – a w ten weekend na zamku było niewiele osób – pozwolili sobie spać dłużej. Nawet Martine jeszcze nie przyszła do pracy, a kucharz Pierrick upiekł croissanty i małe pains au chocolat i wrócił do swojego pokoju. Tak więc siedzieliśmy przy stole tylko my, Djamel i ja, twarzą w twarz, popijając gorącą kawę i jedząc te pyszne croissanty. Piliśmy też sok z grejpfrutów, który ja sam wycisnąłem poprzedniego wieczora, po kolacji. Na stole stał też, w drugim dzbanku, sok z pomarańczy, którego było więcej, bo w grejpfrutowym gustowało znacznie mniej osób.

Od dzisiaj będę się do ciebie zwracał per Casimir, zaczepiał mnie, zanosząc się śmiechem jak dziecko. No to ja będę cię nazywał Szwajcar, odpowiedziałem, również się śmiejąc. Słowo Szwajcar wypowiedziałem po polsku, stąd jego znaczenie było dla Djamela zagadką. Ça veut dire quoi, „Szwajcar”?, zapytał z zainteresowaniem. Co to znaczy? Ça veut dire Suisse, odpowiedziałem, ale to ma też inne znaczenie, to taki szyfr wśród polskich imigrantów w Paryżu. Polacy, których poznałem przez ów miesiąc spędzony w Paryżu i Aulney-sous-Bois, mówili tak między sobą o Arabach, zwłaszcza, gdy byli nie tylko we własnym gronie, na mieście, w metrze, w jakimś miejscu publicznym. Chodziło o to, żeby Arabowie, którzy akurat byli w okolicy, albo o których była mowa, nie słyszeli, że o nich mowa. Po polsku Arab brzmi dokładnie tak samo, jak po francusku, chodziło o słowo zastępcze, zupełnie niepodobne, żeby można było mówić o nich przy nich bez ich wiedzy. Tym bardziej, że Polacy często zamieszkiwali te same tańsze dzielnice, w których żyje także mnóstwo Arabów.

Djamela to bardzo rozbawiło. Powtórzył słowo ‘Szwajcar’ kilka razy, jakby jego język i usta się nim bawiły. Podniecało mnie to do bólu, chciałem, żeby pobawiły się tak mną. Zdumiewająco dobrze je wypowiadał, byłem pod wrażeniem. Wyjaśnił mi, że wymowa w obcych językach przychodzi mu bardzo łatwo, bo wychował się w trzech jednocześnie, francuskim, arabskim i kabilskim. Mają one różne systemy fonetyczne, w arabskim i kabilskim są głoski, których nie ma we francuskim, i na odwrót. Od dzieciństwa umiał więc wypowiadać dużo więcej głosek niż jest w jednym języku, to było jak pula, z której można było czerpać, wybierać, wyszukiwać, podchodząc do nauki kolejnych.

Kiedy wyglądało na to, że obaj skończyliśmy już śniadanie, podniosłem się i powiedziałem: OK, Szwajcar, muszę już iść, bo mam sporo pokojów do przygotowania na jutro. Zebrałem mój talerz, szklankę, filiżankę i sztućce, i chciałem sięgnąć po jego. Djamel jednak mnie powstrzymał i delikatnym ruchem odebrał mi wszystko z ręki. Pozwól mi dzisiaj posprzątać po tobie, powiedział z uśmiechem. Nie no, nie wygłupiaj się. Nie wygłupiam się, całymi dniami sprzątasz po wszystkich, ja mogę raz posprzątać po tobie. Zebrał wszystko. Chodziło tylko o włożenie tego do zmywarki do naczyń, ale spontaniczna szczerość tego gestu mnie rozbroiła. Podziękowałem mu i poszedłem na schody, żeby się zabrać za pokoje dla aktorów, którzy mieli przyjechać następnego dnia. Jednym z nich miał być sam Michael Lonsdale, który od jutra dołączał do ekipy zdjęciowej. Kiedy odchodziłem na te schody, czułem się, jakby połowa mojej krwi pulsowała w moim podbrzuszu, rwąc się pasją rozbudzoną tym niespodziewanie zachwycającym początkiem dnia, kilkoma chwilami, w których Djamel był cały tylko dla mnie i zachował się tak uroczo.

W ciągu dnia, kursując między donżonem a Petit Château z wymianą ręczników i prześcieradeł, zobaczyłem Djamela siedzącego przy stoliku w ogrodzie z Madame Zivi, rozmawiali o czymś. Już kilka razy widziałem ich w rozmowie, wyglądało na to, że Djamel zaprzyjaźnił się ze staruszką, którą jej własna rodzina uważała za bardzo trudną osobę. Chantal często się o coś na swoją matkę irytowała, Michel absolutnie jej nie znosił; przy obiadach i kolacjach ciągle jej czynił jakieś docinki i złośliwostki. W dni, kiedy był na zamku, poza dwiema porami dnia, gdy wszyscy musieli razem zasiąść do stołu, unikał jak ognia jej towarzystwa, po niejednej przyobiedniej wymianie zdań odchodził od stołu, przeklinając na nią pod nosem. Wnuczka i wnuczek, ona w moim wieku, on dwa lata starszy (jak dotąd widziałem ich tylko przez dwa weekendy), odnosili się do niej z uprzejmością i szacunkiem, możliwe, że cokolwiek wystudiowanym, ale widać było, że rozumieją powody nastawienia, jakie ma do niej Michel. Widać było, że towarzystwo Djamela sprawiało Mme Zivi ogromną radość, coś ją w nim niesłychanie intrygowało, coś ją do niego przyciągało – dało się to wyczytać z jej oczu za każdym razem, gdy Djamel był z nią przy stole, gdy się odezwał w jakiejkolwiek sprawie. Dla mnie z kolei ta jego zdolność do zaprzyjaźnienia się z tak trudną staruszką była kolejną rzadką perłą, którą odkrywałem w tym zachwycającym mężczyźnie.

Wieczorem tamtej niedzieli Chantal i Michel poszli po kolacji do salonu obejrzeć coś w telewizji. Gdy z Pierrickiem i Martine posprzątaliśmy po kolacji i przygotowaliśmy śniadanie na nazajutrz, zabrałem wielki worek z kuchennymi śmieciami i wyniosłem go na zewnątrz. Trzeba go było dotaszczyć aż na tyły Petit Château, skąd raz w tygodniu zabierane były ponownie przez Daniela i wystawiane za bramą, żeby zabrali je smieciarze. Zmierzając tam, musiałem obejść Petit Château, i idąc wzdłuż jego murów zobaczyłem światło w salonie zwanym barem, a w środku Djamela i Alexandre’a. Rozmawiali o czymś: Djamel żywo i energicznie, Alexandre, jak zawsze, trochę zgaszony. Kierowali się ku łaźni tureckiej, do której wchodziło się wąskim korytarzykiem, wejście do którego znajdowało się obok wielkiego na pół ściany kamiennego kominka. Zaniosłem śmieci tam, gdzie trzeba, odstraszając jakieś zwierzę, może lisa, może jakąś łasicę, która przez krzaki próbowała przesnuć się ku workom już tam wczoraj i przedwczoraj odstawionym. Szybkim krokiem wróciłem do donżonu, żeby sprawdzić, czy coś jeszcze zostało do zrobienia i powiedzieć dobranoc Martine, Chantal i Michelowi. Chciałem się uwinąć jak najszybciej, biegłem prawie, żeby zastać jeszcze Djamela w Petit Château. Byłem podekscytowany, bardziej niż się spodziewałem, bardziej niż byłem na to przygotowany – nie będzie to sam na sam, bo był tam z nim Alexandre, ale zawsze to jego towarzystwo, i wszystko będzie wyglądać najzupełniej naturalnie, bo przez salon zwany barem wiodła w końcu droga do mojego pokoju.

Kiedy tam dotarłem, Djamel i Alexandre byli w hammamie. Dobiegało stamtąd światło, nawet trochę pary wymykało się przez prowadzący tam korytarzyk, słyszałem ich głosy. Postanowiłem nalać sobie coś do picia i czekać, aż wyjdą. Zrobiłem sobie campari z tonikiem, moje odkrycie tamtego lata, zawdzięczałem je Michelowi. Nie czekałem na nich długo, Alexandre wyszedł z hammamu kilka minut później, w kąpielówkach. Na mój widok zapytał, czy pójdę z nimi na basen, chcą się wykąpać w świetle księżyca, powietrze na zewnątrz wciąż było przyjemnie ciepłe. To dlatego okno-drzwi jakieś półtora metra ode mnie było już otwarte: stanowiło najbliższą drogę prowadzącą na basen w ogrodzie; basen tego wieczora pozostał niezakryty. Nie chce mi się za bardzo, odpowiedziałem, późno już, nie będę siedział długo, muszę jutro wstać wcześnie rano. Tak naprawdę zdjął mnie lęk przed odsłonięciem mojego chudego, niewydarzonego ciała przed Djamelem, przed tym, że nie opanuję w jego obecności wzwodu, i że Alexandre będzie temu świadkiem, a ja najdosłowniej spalę się ze wstydu, nawet zanurzony w wodzie.

Alexandre wyszedł więc na zawnątrz i wskoczył do wody. Wtedy z hammamu wybiegł Djamel – był całkiem nagi. Moje gardło, serce i żołądek zdobyła gwałtowna, gorąca fala pożądania. Casimir! Viens avec nous!, krzyknął, śmiejąc się, przebiegł obok mnie i wybiegł na zewnątrz, wskakując z krzykiem do basenu. Jego nagie ciało było przepiękne – dyskretnie śniady kolor jego skóry, tak jednak ciemniejszy od smutnej bladości mojego, gładki brzuch, szeroka pierś, zaskakująco muskularne pośladki i uda. Widziałem nawet jego przyrodzenie, większe i piękniejsze od mojego. Jak to zrobić, co mogę zrobić, skąd wziąć odwagę, żeby poznać dotyk, uścisk tego ciała będącego nagim, et la façon de laquelle il fait l’amour? Zdjął mnie zachwyt i ścisnął mnie ból. Poczułem się przy nim zupełnie nieadekwatny, nieudany, jakby on miał wszystko, czego mi brakowało. Ja byłem blady i chudy, moje mizerne ciało ważyło pięćdziesiąt siedem kilogramów – nie lubiłem go odsłaniać, bo czułem się, jakbym wystawiał na pokaz wszystkie swoje słabości. Kolor skóry Djamela miał w sobie nutę cynamonu, był wysoki i pięknie smukły, a jego ramiona szerokie: był bez porównania silniejszy, bardziej wysportowany ode mnie i bez wstydu czy obaw rozebrał się przy nas do naga i kąpał się tak w odkrytym basenie. Pomyślałem o tym, jak chodzi nieraz boso po tych kamyczkach, którymi wysypane są drogi w ogrodzie, między donżonem a Petit Château, które mnie tak boleśnie wżynały się w stopy. Wydawał mi się bliższy naturze, w zgodzie z własnym ciałem, nad którym panował i które było znacznie bardziej męskie, tyleż piękniejsze niż moje. Jakżeż ja pragnąłem czuć się wreszcie tak dobrze i u siebie we własnym ciele – czy do tego można kiedyś dorosnąć, nauczyć się tego? Pomyślałem, że to właśnie ciało Djamela, jak nic innego, mogło mnie tego nauczyć, to w jego uścisku, w jego pieszczotach, w nieskończonej rozkoszy, jakiej wiedziałem, że doświadczyłbym za jego sprawą, gdyby tylko ten przepiękny francuski Kabil odwzajemnił moje pragnienie, mogło mnie tego nauczyć, sprawić, że stanąłbym wreszcie mocno na dwóch nogach i prosto przed siebie, wszystkim w oczy, jak mężczyzna, a nie jak jakaś łajza przepraszająca, że żyje.

Tej zgodzie z własnym ciałem, wygodzie we własnym ciele, które w nim widziałem, nie stał na przeszkodzie jego intelektualizm, jego oczytanie, jego studiowanie filozofii, wieczne towarzystwo książek. Podobnie jak nie stanowiły one przeszkody w błyskawicznym nawiązywaniu kontaktu z bardzo różnymi ludźmi, wszyscy od razu go lubili, Chantal, Michel, Madame Zivi, aktorzy, Martine. Z dystansu mojej własnej nieśmiałości, prześladującego mnie wrażenia, że jestem notorycznie przez otoczenie niezrozumiany, że nikomu specjalnie nie zależy na moim towarzystwie – zazdrościłem mu tego ogromnie. Kiedy byłem młodszy, miałem lat naście, zaszywałem się w kącie z książką lub filmem w mojej samotności, myślałem, że tak to już jest, kiedy się tak bardzo lubi książki i dziwne filmy, że to jest cena za przyjemności przez książki i dziwne filmy oferowane, że kto ma intelektualne tęsknoty zawsze jest trochę samotny, trochę nie przystaje. W Djamelu, jak nigdy wcześniej, widziałem, że to nieprawda, i płonąłem pożądaniem.

Wyszedłem za nimi z moim campari z tonikiem w ręce, żeby porozmawiać, ale tak naprawdę, żeby wykraść trochę więcej widoku nagości tego tak przeze mnie upragnionego ciała. Było ciemno, ale do basenu docierały smugi światła z kilku lamp wokół – łamiąc się na wzburzonej powierzchni wody, odsłaniały nagłymi błyskami fragmenty nagości Djamela, tu jego pośladki, tam udo, nagle łydkę, czasami nawet przyrodzenie. Jego ciało pokrywało niewiele włosów: trochę na przedramionach i łydkach, trójkąt nad przyrodzeniem i smużka biegnąca od podbrzusza ku pępkowi, ale wygasająca, zanim zdążyła dosięgnąć celu. Zapytałem, czy woda nie zrobiła się już zimna. Trochę się zrobiła, zaraz wychodzimy, zaśmiał się Djamel. Alexandre potwierdził i wyszedł z wody, kierując się z powrotem do baru.

Djamel podpłynął do brzegu basenu i oparł się łokciami o jego krawędź, wynurzając pierś. Musiał gdzieś zdjąć z włosów gumkę, albo zgubił ją w wodzie, bo jego mokre włosy były już rozpuszczone i lepiły się do jego szyi i pleców. Nie chcesz się wykąpać, Casimir?, śmiał się. Nie, Szwajcar, nie chcę, śmiałem się również. Pożądałem go w tamtym momencie bardziej niż kiedykolwiek przedtem. Miałem wrażenie, że z tego niewyrażanego pożądania rozpadnę się zaraz w drżącą maź, która spłynie chaotycznie do tego basenu. Kiedy będę mógł mu powiedzieć, jak bardzo go pragnę? Djamel wynurzył się nagle całkiem z wody i wyskoczył na brzeg. Tym razem zasłonił obiema dłońmi swoje obrzezane przyrodzenie, gdy już stanął wyprostowany. Chodźmy do baru, Casimir, napijemy się jeszcze czegoś. I pobiegł do środka, ja poszedłem za nim, nie mogąc wzroku oderwać od jego jędrnych, gładkich, przepięknych pośladków.

Czego się napijesz, Szwajcar?, zapytałem, podczas gdy on pobiegł do hammamu, żeby wziąć stamtąd jakiś ręcznik. Jakiejś whisky, odpowiedział, bourbona. Alexandre tymczasem pił już piwo. Nalałem Djamelowi Four Roses i postawiłem szklankę na blacie baru. Djamel wrócił z hammamu z ręcznikiem zawiniętym wokół pasa. Z włosów kapała mu woda, której krople spływały po jego ramionach i klatce piersiowej. Jedna z nich zawisła na chwilę na jego sutku, wzbudzając we mnie kolejną falę pożądania. Jak ja chciałem ją stamtąd zetrzeć! Nogi wyrzucił do przodu, krzyżując łydki. Jakże piękne były to łydki! Można by pomyśleć, że był tancerzem, tak były piękne. Łydki należały do tych nielicznych części jego ciała, które były trochę owłosione. Były to włosy miękkie, niezbyt gęste, a gdy był mokry, woda sklejała je w małe strzałki podążające w dół, w stronę stóp, których przeguby były zachwycająco wąskie.

tors czarno białe

Powyższy tekst to fragment powieści Nirvaan, nad której ukończeniem wciąż pracuję. Inny fragment, jeszcze nieostateczny, umieściłem już kiedyś tutaj, inny tutaj, a jeszcze inny ukazał się w art-zinie literackim Papier w Dole, nr 4-5 (2017).

pwd

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Reklamy

„Papier w dole” nr 4-5 (2017) dostępny online

Art-zine literacki „Papier w dole” nr 4-5 (2017) jest już dostępny także online, na Issuu.

W numerze m.in. fragment roboczej wersji mojej wciąż poddawanej obróbce powieści Nirvaan. Dwa inne fragmenty (wciąż w roboczej postaci) wrzuciłem już tutaj i tutaj. Fragment wybrany przez radakcję „Papieru”, jest znacznie bardziej od tamtych pornograficzny, co mam nadzieję zachęci Was do rzucenia okiem i da nieco pełniejsze wyobrażenie, czego się spodziewać po całości.

Towarzystwo Pasoliniego, nie ukrywam, bardzo przyjemne.

pwd

Karim

Tamtego dnia wspiąłem się na Sacré-Coeur na Monmartre. Po schodach, bo nie chciałem wydawać na kolejkę. Była wspaniała, słoneczna pogoda, ale bez żaru. Słońce odbijało się od białych murów bazyliki, wokół której siedziało lub kręciło się sporo ludzi, oczywiście głównie turystów. Ja snułem się powoli, podziwiając miasto. Od czasu do czasu przystanąłem gdzieś, aż w końcu usiadłem na stopniu schodów. Nie wiedziałem, co robić, jeśli nie uda mi się znaleźć żadnej pracy. Potrzebowałem na czesne tyle kasy, ile się po prostu nie dało wtedy na polskiej prowincji zarobić w wieku dwudziestu dwóch lat. Potrzebowałem na czesne, zapożyczyłem się na ten wyjazd u kumpeli ze studiów, Gosi, zaczynałem się naprawdę bać, że wkrótce zbankrutuję. Nawet bilet na autobus, dwadzieścia dwie godziny z Katowic do Paryża, kupiłem tylko w jedną stronę, żeby powrotny zarezerwować, jak już coś na miejscu zarobię. To był mój pierwsz raz we Francji. Wszyscy moi znajomi studenci jeździli latem na saksy, do Niemiec, Holandii, Anglii, niektórzy Norwegii albo Szwecji. Ja pojechałem do Paryża, bo znałem język, to znaczy myślałem, że znałem, zdałem maturę na celujący, sto punktów na sto możliwych, ale od dwóch tygodni miałem wrażenie, że musiałem się widocznie uczyć jakiegoś zupełnie innego języka, albo jakiejś martwej, historycznej wersji tegoż, z takim trudem przychodziło mi wciąż zrozumienie, co ludzie wokół do mnie mówili. Czy oni muszą wszyscy mówić tak szybko, zapierdalać tak niemożliwie, urywać te końcówki?! – chciało mi się czasem płakać z rozpaczy. „Żsepa”? Na litość boską!

Ale samo miasto, choć snułem się po nim na rozrywki nie mając pieniędzy, działało na mnie kojąco. Jakże ja pragnąłem wyrwać się wreszcie na zawsze z tej mojej zapadłej dziury na Dzikim Wschodzie Europy i zacząć w końcu żyć, naprawdę żyć, w prawdziwym mieście, w zasięgu cywilizacji! W Paryżu, w podziemnym pasażu z Gare du Nord do La Chapelle, afrykańskie kobiety w swoich kolorowych sukniach i nakryciach głowy nosiły na plecach swoje piękne afrykańskie dzieci o pięknych wielkich, czarnych oczach. W dzielnicy Marais bary, nad którymi powiewały tęczowe flagi, wylewały się stolikami otwarte na ciepłe słońcem ulice, jak każde inne bistro, i nikt nie wstydził się tam siedzieć, nie potrzebował ukrywać się przed światem. Moje serce biło tam jak szalone, jakbym wchodził do jakiegoś Zakazanego Miasta – a więc można się tak nie bać, też kiedyś w końcu taki będę, nie będę się bał ani wstydził? Wszędzie były kina, a w tych kinach wszystko. Filmy z Rosji, Islandii, Hiszpanii, Indii, Chin, nawet na takiej peryferii jak Aulney-sous-Bois, przedmieście, na którym pomieszkiwałem, mieli niebawem pokazywać film z Nigerii. Z Nigerii! Zastanawiałem się, czy w mojej dziurze na Dzikim Wschodzie Europy pokażą jakiś afrykański film do 2050 roku. Jeśli otworzą tam znowu kino, bo przecież zamknęli, zanim skończyłem liceum.

I kiedy tak siedziałem na schodach przed Sacré-Coeur, naprzeciw mnie po tych schodach wchodził młody czarny mężczyzna w dżinsach z dziurą na kolanie i czerwonym t-shircie z żółtymi brzegami. Miał dwadzieścia kilka lat i był przepiękny. Jego sylwetka poruszała się giętko i zwinnie, był bardzo szczupły w pasie, jego ramiona były szerokie. Czerwony t-shirt przytulał się do jego ciała, podkreślając zachwycający kształt jego giętkiego torsu. A na tym czerwonym t-shircie, ku mojemu więcej niż zdumieniu, malował się żółty sierp i młot, i litery CCCP. Przyglądałem mu się, jak tak wchodził do góry i dostrzegłem, że nie tylko jego sylwetka była piękna – twarz jeszcze bardziej. Miał niedużą głowę, wystrzyżoną prawie do zera, ale prawie, więc pokrywał ją krótki, gęsty meszek. Miał mocno zarysowaną szczękę i wyraźnie zaokrąglony podbródek. Jego oczy były wielkie i błyszczące. Zauważyły, że się na niego gapię jak zaczarowany. Więc te oczy zaczęły spoglądać na mnie. Przerażony spuściłem wzrok. Przecież nie zagadam do niego tutaj tak na oczach tych wszystkich zwiedzających, przecież nie zagadam do niego w tym języku, którym władam znacznie słabiej, niż myślałem jeszcze miesiąc temu. Przecież może on wcale nie odpowiada zainteresowaniem, tylko się zaraz wkurwi, myśli sobie, patrząc na mnie z politowaniem, co ten pedał z nie wiadomo skąd sobie myśli, tak się gapiąc na mnie – że ja jestem taką samą ciotą jak on? I spuści mi bęcki, a nie żadne tam, że będziemy sobie zaraz jak skowronki. Czułem, jak czerwień rozgrzewa mi policzki, kompromitując mnie jeszcze bardziej, więc z braku lepszego pomysłu wpatrywałem się w swoje buty, jakbym pierwszy raz je widział, wyczekując niecierpliwie, aż mnie wyminie i ten niespodziewany koszmar dobiegnie końca. Wyminął mnie. Zdążyłem zwrócić uwagę na jego wysokie trampki, które były tak fajne i tak do wszystkiego w nim pasowały, że czyniły skubanego jeszcze piękniejszym, sprawiały, że prezentował się jeszcze bardziej dynamicznie, jeszcze bardziej sprężyście.

Odetchnąłem z ulgą, zagrożenie zniknęło gdzieś za moimi plecami. Nie oglądałem się, nie chciałem się zachowywać podejrzanie. Choć miałem poczucie, że tak usilnie unikając zachowywania się podejrzanie, zachowywałem się podejrzanie. CCCP. Na tym podkoszulku. Sierp i młot. Czy to nie powinien być obciach? Wiele pytań zacząłem sobie zadawać dopiero od tamtego wyjazdu do Francji. Ktoś, kto nie wyjeżdża z Polski, niczego nigdy nie zrozumie. Podróże zawsze kształcą, ale podróże z Polski – zwłaszcza. Polska to cieplarnia obskurantyzmu, chlew leniwej głupoty szukającej tylko w błocie, wciąż w tym samym, w którym ryje w poszukiwaniu swojej cebuli: potwierdzenia swoich obsesji, w koło Macieju tych samych, coraz bardziej tych samych.

I wtedy zauważyłem, że ktoś obok mnie usiadł, na tym samym stopniu, bardzo niedaleko. Strach sprzed paru minut jeszcze trzymał, więc pragnąc uniknąć zachowywania się w sposób podejrzany, konsekwentnie zachowywałem się podejrzanie, nie podnosząc wzroku, tylko zatrzymując go na kolanie tego, kto tam usiadł. Na pięknym ciemnoskórym kolanie, które łypało na mnie przez dziurę w przetartych dżinsach. Tych samych dżinsach na tych samych szczupłych, zwinnych nogach, które wyminęły mnie kilka minut temu. Ponieważ moje próby unikania podejrzanych zachowań robiły się coraz bardziej podejrzane, podniosłem w końcu wzrok. Serce zaczęło mi się rozbijać o żebra jak obłąkane, bo mój wzork spotkał jego oczy. Przyglądał mi się, a te czarne tęczówki błyszczały przepięknie pod podkręconymi rzęsami. I jak tak siedział już tak blisko mnie, to mogłem tylko powiedzieć, że pierwsze wrażenie było bardziej niż trafne, tak kurewnie był przepiękny. Chyba widział, że jestem w stanie co najmniej zmieszania, bo się uśmiechnął szerokim łukiem, a jego policzek (widziałem w owym momencie tylko jeden) przebił głęboki dołek. Z tym dołkiem zrobił się jeszcze piękniejszy, tak piękny, że aż wszystkie moje trzewia ściągnęły się w jeden ciasny węzeł. Teraz już wiedziałem, że o cokolwiek mu chodziło, na pewno nie był na mnie wściekły i nie chciał mi spuścić wpierdolu, ale co wystarczy, żeby powstrzymać atak paniki, to wciąż bywa za mało, żeby obudzić prawdziwą odwagę.

Je m’appelle Karim, powiedział. Et toi?, zapytał. Głos zagubił mi się gdzieś po drodze do gardła, nie wiedziałem gdzie. Ale on czekał. Przestał się aż tak szeroko uśmiechać, ale ciągle czekał na odpowiedź. Swoje długie, szczupłe, ale jednak muskularne – Boże, jak muskularne! – ramiona wyrzucił do przodu, opierając łokcie na kolanach. W tym o to odsłonięte dziurą w dżinsach, którego obecność tak blisko doprowadzała mnie do obłędu. Sugerowała, jak piękne może być wszystko inne, co Karim ma do odsłonięcia. Jarek, odpowiedziałem. Je m’appele Jarek. Zapytał, skąd to imię, pierwszy raz się z nim spotykał. De Pologne. Je suis polonais.

Jego wyrzucone w przód ramiona ułożyły się tak, że dłonie się spotkały, dotykały się kciukami i kilkoma innymi palcami. Mój wzrok umykał mi ku tym jego dłoniom, choć gorączkował się bardzo, bo w tym celu z goryczą opuszczał jego zachwycającą twarz, ale te dłonie, te palce, tak samo były przepiękne. Były długie, ale tylko na pozór delikatne. To była ich zmyłka, ściema, widziałem, że były silne, mocne, energiczne. I miały na końcach przepiękne paznokcie, jasne na tle jego ciemnej skóry, różowe, każdy najpiękniejszego kształtu, jaki tylko może mieć paznokieć akurat tego palca. Miałem ochotę zabrać te palce i pokazać je Rafaelowi, żeby zobaczył, jak wyglądają piękne ludzkie palce, piękne dłonie, piękne paznokcie, nie to, co te obłe glisty, które on na tych swoich katolickich szmirach malował. Paznokcie Karima były długie, ale nie za bardzo, zaokrągląne łukami tu i ówdzie, ale jednak trochę kanciaste, prawie płaskie, a jednak odrobinę wygięte. Jak malutkie porcelanowe dachóweczki.

T’es là en vacances?, zapytał po uciążliwie długiej chwili mojego milczenia. Zmieszałem się wtedy, poruszałem jakoś dziwnie głową, sam nie wiedziałem, czy to bardziej wyglądało na „tak” czy na „nie”, no i wydałem z siebie coś niebezpiecznie przypominającego jęk raczej niż jakieś słowa. Jakby pożarł mnie nagle wstyd, że jestem tutaj w desperackiej potrzebie znalezienia pracy, jakiejkolwiek pracy, oczywiście pewnie najgorszej z możliwych – kelnera, na zmywaku – byle jakiej, bo i tak zarobię więcej, niżbym mógł w jakikolwiek sposób zarobić w Polsce. Że potrzebowałem pieniędzy na studia. Że jestem tutaj z biedy naszej wschodnioeuropejskiej. Co zrobić, żeby tego teraz nie spierdolić? Żeby te piękne palce dotykały mnie, wbijały się we mnie dzisiaj w nocy? Czy te gładkie, twarde bicepsy, które wybijały się spod rękawków tego podkoszulka z symbolami ZSRR, mogły mnie dzisiaj objąć, ściskać, trzymać blisko i mocno?

Zauważył moje zmieszanie, spuścił więc ze mnie wzrok, a potem podniósł go przed siebie. Słońce grzało milczenie, które między nami znowu zawisło. Karim chyba też zaczął czuć się trochę głupio. Co ja wyrabiałem? Byłem z dala od mojego polskiego zadupia, od mojego piekła, od portretów papieża na scianie, od szkoły, w której korytarzu szleściła złowrogo księża sutanna, od Wojciecha Cejrowskiego na antenie publicznej telewizji. Nikt mnie tu nie znał, nic mi tu nie groziło, nikt nie rozpowie niczego na moim osiedlu. Wydarzyło się właśnie coś, o czym marzyłem i czego możliwości zazdrościłem wszystkim „normalnym”, wszystkim heterykom: siedzę sobie na mieście i przepiękny przybysz z jakiejś egzotycznej baśni – pierwszy raz w życiu rozmawiałem z czarnoskórym mężczyzną! – próbuje poderwać mnie. Na dodatek podrywał mnie przed bazyliką, mógłbym spędzić najbliższą noc z przepięknym mężczyzną – chyba muzułmaninem, zgadując po imieniu – który wyhaczył mnie przed kościołem katolików. Oprócz innych rozkoszy, które by za tym poszły, bo nie mogłyby nie pójść z tak zachwycającym mężczyzną, popełniłbym tak piękne, wymarzone bluźnierstwo. Nic nie ryzykuję, on już przecież wykonał pierwszy krok, potrzebuję tylko tego minimum odwagi, żeby na ten jego krok odpowiedzieć, wykonać własny krok i zatrzymać go przy sobie. To nie powinno być takie trudne. A jednak było. Strach mnie spraliżował. O tyle rzeczy mogłem od niechcenia zapytać, pal licho wymowę – a gdybym nie zrozumiał odpowiedzi, mogłem poprosić o powtórzenie, albo udawać, że zrozumiałem i próbować dalej. Jesteś Francuzem, czy też tu skądś przyjechałeś? Jeśli tak, to skąd? Jeśli nie, to skąd pochodzi twoja rodzina? Co robisz, studiujesz coś? Skąd ten sierp i młot na koszulce?

Ale im dłużej zasychało między nami to milczenie, tym bardziej grzęzłem w moim paraliżu. Błagam, nie poddawaj się, daj mi jeszcze szansę, pytaj dalej, mów coś, aż wreszcie uda mi się przełamać ten impas, tę blokadę, której sam nie rozumiem, i zaczniemy w miarę normalnie rozmawiać, może nawet zejdziemy z tego wzgórza i pójdziemy do któregoś z barów w jednej z tych uliczek na dole, napijemy się piwa lub wina, może nawet pójdziemy na obiad, nawet jeśli miałby mnie kosztować tyle euro, ile planowałem rozłożyć na cały tydzień. Tylko nie poddawaj się i zagadaj jeszcze raz, zapytaj o cokolwiek. Powiedz cokolwiek. Nie chcę cię spławić, wręcz przeciwnie, chcę cię zatrzymać, więcej nawet, niczego dzisiaj nie pragnę bardziej niż poczuć na sobie dotyk i energię tych nieprzyzwoicie pięknych dłoni. Tylko nie wiem, jak to zrobić.

Niestety, już wszystko straciłem. Karim poczuł się chyba niemile widziany, albo pomyślał, że może jednak jestem palantem. Wstał. Miałem wrażenie, że rzuca ku mnie spojrzenie ostatniej szansy, ale nawet tego nie wiedziałem na pewno, bo znowu nie miałem odwagi podnieść wzroku i spojrzeć mu w twarz. Więc odwrócił się i skierował po schodach w dół. Kiedy podniosłem wzrok, mogłem się już tylko przyglądać, jak jego piękna, zwinna sylwetka oddala się ode mnie. Na zawsze? To znaczy, mogłem ciągle jeszcze go zawołać, mogłem nawet wstać i podbiec do niego, ale skoro nie miałem sił ni odwagi odpowiedzieć na jego zaczepki, kiedy siedział tuż obok, dając mi do zrozumienia najjaśniej, jak tylko się dało, że jest mną zainteresowany, to skąd miało mi starczyć sił i odwagi, żeby teraz wykrzyknąć jego imię lub pobiec za nim?

Nie starczyło.

Czułem się, jakbym podpisał na siebie wyrok. Wiedziałem, że popełniłem grzech śmiertelny, za który zasługuję na najgłębszy krąg piekła. Jeśli potrafię zaprzepaścić taką szansę, to nie zasługuję na to, by kiedykolwiek poznać pieszczoty takich pięknych dłoni, uścisk silnych ramion, wilgoć ust tak pięknego mężczyzny. Popełniłem właśnie zbrodnię, zbrodnię przeciwko sobie samemu. Nigdy nie będę jednym z tych mężczyzn, którzy nie boją się siedzieć przy stoliku przed barem na Marais, w towarzystwie takich jak oni, niepomni, kto ich widzi.

W kolejnych dniach przyszedłem tam na Monmartre jeszcze dwa razy, snułem się w smutnej tęsknocie za pięknym, ciemnoskórym mężczyzną, który próbował mnie poderwać, zapragnął mnie uwieść, a ja wszystko zeprzepaściłem. Snułem się tam w nadziei, że może znowu na niego gdzieś wpadnę, jak nie na tych, to na innych schodach, a może w którejś z okolicznych uliczek, przy stoliku przed jakimś bistro albo tabagiste.

Nie wpadłem.

Jonathan Soukali bw

Powyższy tekst to fragment powieści Nirvaan, nad której ukończeniem wciąż pracuję. Inny fragment, jeszcze nieostateczny, umieściłem już kiedyś tutaj. A jeszcze inny ukazał się w art-zinie literackim Papier w Dole, nr 4-5 (2017).

pwd

Jestem na Facebooku i Twitterze.

 

Kazirodztwo – zakaz pozornie uniwersalny

Jeden z najbardziej wpływowych antropologów w historii tej dyscypliny, Francuz Claude Lévi-Strauss (1908-2009), upierał się, że zakaz kazirodztwa ma charakter uniwersalny i dotyczy wszystkich ludzkich społeczeństw. Więcej nawet, twierdził, że to zakaz kazirodztwa oddziela naturę od kultury, że to od niego kultura się niejako zaczyna.

Jakieś dowody kwestionujące tę tezę zawsze istniały, ale długo napotykały przeszkody. Lévi-Strauss miał ponoć tendencję do ignorowania faktów, które przeczyły jego teoriom, a jego autorytet podtrzymywał tę tezę w kanonie nauk społecznych. Wiele kontrprzykładów można było wytłumaczyć tym, że różne społeczeństwa różnie definiowały, co jest kazirodztwem, a co nie jest, czyli które relacje pokrewieństwa objęte są zakazem wzajemnych stosunków seksualnych.

W przedchrześcijańskim świecie śródziemnomorskim małżeństwa pomiędzy kuzynami pierwszego stopnia, po mieczu lub kądzieli, później zakazane przez Kościół katolicki, były czymś powszechnie spotykanym. Wszyscy znamy mit o Edypie i jego formę dramatyczną stworzoną przez Sofoklesa. Jasno z nich wynika, jak potężne było u Greków tabu kazirodztwa. A jednak w starożytnych Atenach dopuszczalne było małżeństwo mężczyzny z jego siostrą przyrodnią, jeśli wspólnego mieli ojca. W przypadku wspólnej matki było zakazane – tylko takie rozumiano tam jako kazirodztwo. Ale nie w Sparcie, tam można było poślubić siostrę przyrodnią z każdej strony. Zarówno w Atenach, jak i w Sparcie, objęte zakazem jako kazirodztwo były jednak relacje seksualne mężczyzny z jego siostrą, matką, babką, córką lub wnuczką. Jednak z bratanicą już niekoniecznie. Gdy Ateńczykowi umarł brat, który pozostawił po sobie tylko córkę, i żadnych synów, należało poślubić bratanicę.

Teoria o uniwersalności zakazu kazirodztwa rozbija się jednak z największym hukiem o starożytny Egipt i Iran. Jak długo dane było szczątkowe, przekłady źródeł niedoskonałe z powodu wymarcia języków, w których zostały napisane, można było np. utrzymywać, że świadectwa greckich autorów były wyrazem ich kulturowej arogancji. Grecy uwielbiali się uważać za lepszych od wszystkich społeczeństw, z którymi się spotykali, więc mogli im z tego właśnie powodu, nawet nieświadomie, przypisywać różne obrzydliwości, między innymi powszechność związków przez nich i przez nas rozumianych jako kazirodcze – między najbliższymi krewnymi. Persowie na dodatek długo byli największym wrogiem Greków, dlatego ich szanse, że oberwą jakimś pomówieniem mogły nawet rosnąć.

Liczba dowodów, że w obydwu wielkich starożytnych cywilizacjach, egipskiej i perskiej, stosunki seksualne i małżeństwa między najbliższymi krewnymi, były jak najbardziej dozwolone, nie przestawała rosnąć. Jak długo większość tych dowodów dotyczyła rodzin królewskich, arystokratycznych i kapłanów, usiłowano to tłumaczyć sakralnym charakterem zajmowanej przez tych ludzi pozycji społecznej. Ich rzekome pokrewieństwo i ciągłość z bogami, ich pragnienie, by wykazać podobieństwo do bogów, sprawiały, że nie obowiązywały ich zakazy dotyczące zwykłych śmiertelników. Łamanie tych zakazów miałoby dodawać im aury boskości, aury funkcjonowania poza światem zwykłych ludzi. Każdy faraon na swoją pierwszą, najważniejszą żonę brał swoją siostrę, bo tylko w ten sposób mógł poślubić kogoś równie boskiego jak on sam, w tym samym stopniu pochodzącego wprost od boskiego Słońca. Kiedy perski władca poślubiał swoją matkę i miał z nią dzieci, odtwarzał w swoim życiu jeden z mitów o pochodzeniu świata i ludzi, potwierdzał przed poddanymi swoją bliskość z bogami, których w ten sposób naśladował.

Dziś jednak historycy i archeolodzy zgromadzili wystarczającą ilość danych, analizowanych potem przez antropologów, że możemy z całą pewnością powiedzieć, że wszystkie te wyjaśnienia są błędne, W starożytnym Egipcie i w starożytnej Persji nie istniał zakaz kazirodztwa.

W starożytnej Persji małżeństwa pomiędzy bliskimi krewnymi – bratem i siostrą, ojcem i córką, matką i synem (nazywały się xwêtôdas) – zdarzały się w różnych warstwach społecznych i nie tylko nie były zakazane, ale cieszyły się specjalnym statusem małżeństw wyjątkowych, szczególnie świętych – do tego stopnia, że ceremonię zaślubin mógł przypieczętować tylko kapłan, który sam był już w tego rodzaju małżeństwie.

W Egipcie związki seksualne i małżeńskie pomiędzy bratem a siostrą były jeszcze bardziej powszechne. Najstarsze świadectwa, które o nich wspominają, pochodzą z ok. 2000 lat p.n.e. Kiedy Egipt stał się częścią Imperium Rzymskiego, Rzym co czternaście lat przeprowadzał tam spis ludności, żeby określić swoją bazę podatkową. Do naszych czasów zachowała się ogromna ilość danych z tych spisów, które analizie poddał historyk Keith Hopkins. Z jego badań wynika, że dla okresu, dla którego istnieją dane, może aż 20% wszystkich małżeństw zawieranych w Egipcie było zawieranych między bratem a siostrą. Nie tylko nie był to zwyczaj zarezerwowany dla rodziny królewskiej i arystokracji, celem potwierdzenia ich wyjątkowości, ale był swego rodzaju ogólnospołecznym ideałem, wzorem do naśladowania, który przyjmowany był także przez nowe grupy społeczne osiedlające się w Egipcie – tak było z Grekami osiedlającymi się tam w okresie hellenistycznym.

Jak wskazuje zachowana egipska literatura, miłość między bratem a siostrą była dla Egipcjan erotycznym ideałem. „Kocham cię jak siostrę, pragnę być ojcem twoich dzieci” – to nie był w Egipcie paradoks. My dorastaliśmy w kulturze, w której postrzeganie w takich kategoriach brata lub siostry jest nie do pomyślenia, a wzorem jest raczej miłość od pierwszego wejrzenia, a więc do kogoś do niedawna obcego, kogoś, kogo spotykamy nieprzygotowani, z zaskoczenia. Egipcjanie natomiast dorastali w kulturze, w której to właśnie miłość do brata lub siostry, z którymi dorastali, była ideałem; w kulturze, w której co piąte lub co szóste małżeństwo wśród znajomych dorosłych mogło mieć taki właśnie charakter, do takich małżeństw zachęcała literatura pisana i ustna. To, jak dziwne i niepojęte nam się to wydaje, świadczy o tym, do jakiego stopnia nasze uczucia erotyczne, które wydają nam się wypływać z jakiejś głębokiej natury albo każdego z nas jako jednostki, albo nas wszystkich jako ludzi, przyjmują swój ostateczny kształt dopiero zachęcone w pewnym kierunku a do innych kierunków zniechęcone przez kulturę, w której żyjemy.

Co ciekawe, nic nie wskazuje, że w Egipcie rodziło się więcej dzieci z chorobami genetycznymi niż gdziekolwiek indziej w ówczesnym świecie. A ze spisów ludności wynika, że rodziny, w których trzy pokolenia z rzędu były małżeństwami brata i siostry, były szeroko spotykane, do tego zwyczaj mógł być szeroko praktykowany przez kilka tysięcy lat. Co to znaczy?

Większość z nas na pytanie, skąd się wziął zakaz kazirodztwa, odpowiedziałaby odruchowo, że ze względu na niebezpieczeństwo wad genetycznych u potomstwa. To rzekomo naukowe wyjaśnienie pochodzi z XIX wieku, kiedy europejska kultura uległa gwałtownej laicyzacji i próżnię po metafizycznych wyjaśnieniach różnych moralnych, społecznych i ideologicznych zakazów, przekonań i obsesji z impetem wypełniano wyjaśnieniami odwołującymi się do argumentów z arsenału nauk przyrodniczych, lub za takie przebranych. To był jednocześnie okres wybujałych „naukowych” teorii uzasadniających najwulgarniejszy rasizm, czy wyjaśniających przestępczość i prostytucję budową czaszki uwikłanych w nie ludzi. Bliskie pokrewieństwo może co najwyżej zwiększyć prawdopodobieństwo występowania tych już obecnych w rodzinie, ale ponieważ kobiety rodzą w ciągu całego swojego życia bardzo niewiele dzieci w porównaniu do samic większości innych gatunków, nawet szeroko praktykowane związki kazirodcze, jak w Egipcie, nie są w praktyce w stanie wpłynąć u ludzi na ogólnospołeczną częstotliwość wad genetycznych.

Inny francuski antropolog, uczeń Lévi-Straussa, Maurice Godelier, podkreśla, że prawdziwe źródła zakazu kazirodztwa są, wyłącznie społeczne. Kiedy transfer pozycji i roli społecznej, majątku, a także obowiązki i prawa poszczególnych osób w stosunku do innych osób w rodzinie, określone są stosunkiem pokrewieństwa (kto co, po kim i ile dziedziczy, kto komu winien jest opiekę, kto komu powinien być posłuszny), związek kazirodczy rozsadza i podminowuje te zasady tak bardzo, że wywołuje lęk, iż zachwieje zdolnością społeczeństw do reprodukcji własnego istnienia. Jedna i ta sama osoba staje mężem i bratem jednocześnie, albo ojcem i wujkiem, siostrą i bratową, matką i żoną, matką i babką, matką i bratową itd., wywołując ogromne zamieszanie w porządku ról społecznych.

Jarosław Pietrzak

 

Literatura

  • Maurice Godelier, Métamorphoses de la parenté, Paris: Fayard 2004.
  • C. Herrenschmidt, Le xwêtôdas ou ‘marriages incestueux’ en Iran ancien, w: P. Bonte (ed.), Epouser au plus proche. Inceste, prohibition et strategies matrimoniales autour de la Méditerrannée, Paris: Editions de l’Ecole des Hautes Etudes en Sciences Sociales, 1994.
  • Keith Hopkins, Brother-Sister Marriage in Roman Egypt, “Comparative Studies in Society and History”, vol. 22, no. 3 (1980).
  • Sally C. Humphreys, Le marriage entre les parents dans dans l’Antiquité classique, w: P. Bonte (ed.), Epouser au plus proche. Inceste, prohibition et strategies matrimoniales autour de la Méditerrannée, Paris: Editions de l’Ecole des Hautes Etudes en Sciences Sociales, 1994.
  • Claude Lévi-Strauss, Les Structures élémentaires de la parenté, Paris: Presses Universitaires de France, 1949. Wydanie polskie: Elementarne struktury pokrewieństwa, tł. Maciej Falski, Warszawa: Volumen 2012.

 

Tekst miałbyć kolejnym z zamierzonego cyklu dla Tygodnika Faktycznie, (po tekstach o ludach Baruya i Na), ale w redakcji zaszły niespodziewane zmiany i…

Jestem na Facebooku i Twitterze.

 

Na: Społeczeństwo bez mężów i ojców

Na himalajskim pograniczu prowincji Syczuan i Junnan, z dala od wielkich ośrodków miejskich, na dalekich peryferiach chińskiej cywilizacji, żyje niewielkie plemię Na. Mówią jednym z dialektów chińsko-tybetańskich. Ich populację szacuje się na około 40 tysięcy osób. Opisu ich struktury społecznej i obyczajów seksualnych dostarczył nam Cai Hua, antropolog z Uniwestytetu Pekińskiego. W Europie jego książka o ludzie Na ukazała się w przekładzie na francuski w 1997. W 2008 wydawnictwo amerykańskiego Massachusetts Institute of Technology opublikowało przekład angielski.

Na są społeczeństwem matrylinearnym. W antropologii oznacza to, że pokrewieństwo, genealogię i przynależność do rodziny, rodu czy klanu określa się po matce, matce matki i tak dalej – mówiąc po naszemu, „po kądzieli”. Antropologów nic takiego nie dziwi, społeczeństw matrylinearnych opisano wiele. Na różnią się od pozostałych tym, że w ogóle nie uznają pokrewieństwa „po mieczu”, a słowa mąż i ojciec najzwyczajniej nie istnieją w ich języku, bo nie występują w ich życiu odpowiadające im role społeczne. Podobnie zresztą jak instytucja małżeństwa, za wyjątkiem rodzin o statusie lokalnej „arystokracji”, które pośredniczyły w kontaktach między lokalną społecznością a kiedyś Chinami cesarskimi, teraz z Chińską Republiką Ludową; pod presją tych kontaktów przyjęły one pochodzące z zewnątrz zwyczaje małżeńskie. Podobno władze w Pekinie usiłują w ostatnich dekadach wypromować wśród Na zwyczaje małżeńskie przyjęte ogólnie w Chinach, widząc w nich przejaw cywilizacji i postępu, pojęć, do których nominalnie wciąż socjalistyczne państwo jest mocno przywiązane.

Tradycyjnie jednak Na żyją w gospodarstwach domowych, na czele których stoi kobieta, zwykle najstarsza. Władzę dzieli ze swoim najstarszym bratem, który reprezentuje domostwo wyłącznie w kontaktach z innymi klanami i w ogóle światem zewnętrznym. Wewnątrz głową domu, jego „matką”, jest wyłącznie ta kobieta. Pozostali mieszkańcy gospodarstwa to w normalnej sytuacji jej córki i synowie, oraz dzieci jej córek. W całym domu żadna z kobiet nie ma męża, żadna z osób, dzieci i dorosłych, nie ma też formalnie uznanego ojca. Synowie „matki domu”, bracia jej córek, pozostają niemal na zawsze w tym domostwie, żyjąc z matką, siostrami i dziećmi swoich sióstr. Pochodzący od wspólnej matki czy babki Na mówią o sobie, że są „z tej samej kości”.

Cai Hua Na

Kilkaset lat temu Na przyjęli buddyzm – ale w eklektyczny sposób, to jest nie rozstając się ze swoimi starszymi wierzeniami w duchy przodków i lokalne bóstwa. Do dzisiaj wierzą, że kobieta rodzi się nosząc już w sobie zalążki płodów, które w przyszłości się w niej rozwiną i staną się jej dziećmi. Te zalążki znalazły się w jej ciele za sprawą bogini Abaogdu. Na nie uznają żadnego substancjalnego wkładu mężczyzny w poczęcie dziecka, w jego biologiczną materię, która jest dziełem wyłącznie matki i Abaogdu. Mężczyzna jest tylko „katalizatorem”, który przyspiesza jego wzrost, niczym deszcz, który pomaga roślinie wzrastać, ale jej nie tworzy. Dlatego spermę Na nazywają słowem, które można by przetłumaczyć jako „wodę z penisa”. Żeby kobieta miała dzieci, musi mieć kontakty seksualne z mężczyznami, ale tylko po to, żeby oni niejako „podlewali” płód, który już w niej czeka. Są więc Na pod tym względem przeciwieństwem Baruya, o których pisałem tydzień temu, bo Baruya uważali, że kobieta jest tylko „naczyniem”, czymś w rodzaju inkubatora, w którym rozwija się dziecko stworzone całkowicie ze spermy mężczyzny.

W domostwach Na obowiązuje bezwzględny zakaz stosunków seksualnych między domownikami, będący jednocześnie zakazem kazirodztwa, bo tylko w wyjątkowych sytuacjach, kiedy do domu wprowadził się ktoś z zewnątrz, taki stosunek nie byłby kazirodztwem. Zakazane jest jednak nawet poruszanie w świetle dnia tematów dotyczących stosunków seksualnych. Naruszenie tego zakazu może być ukarane kilkudniowym wykluczeniem z domostwa. W przypadku naruszenia zakazu kazirodztwa sprawcy zostaliby zaryglowani w jamie i skazani w niej na śmierć z głodu.

W innych aspektach kulturę seksualną Na charakteryzuje natomiast daleko posunięty permisywizm. Wszystko dlatego, że Na potrzebują, by poszczególne domostwa i lineaże wymieniały się spermą, żeby podtrzymywana była jej cyrkulacja pomiędzy rodzinami.

Pod osłoną nocy siostry przyjmują kochanków wymykających się do nich z innych domów. Bracia wymykają się z własnego domu i przesmykują do innych. Spotkania zwykle są umówione i uzgodnione za dnia. Stają się oni kochankami, açia. Zarówno kobiety jak i mężczyźni mogą być jednocześnie w kilku relacjach açia – mężczyzna odwiedza wtedy różnych nocy różne kobiety, a kobieta przyjmuje różnych mężczyzn. Kierunek jest zawsze taki – mężczyźni odwiedzają kobiety, nigdy na odwrót. Mężczyźni cyrkulują więc pomiędzy grupami kobiet. Ta cyrkulacja podtrzymuje u Na istnienie społeczeństwa, umożliwia jego biologiczną reprodukcję.

Ludzie jednak czasem przypadają sobie do gustu i przywiązują się do siebie znacznie bardziej. W takich sytuacjach ich związek może przekształcić się w jawny i długotrwały. Mężczyzna i kobieta wymieniają się symbolicznie pasami, dając otoczeniu do zrozumienia, że pragną, aby ich związek stał się widoczny dla wszystkich. Kobieta rozmawia z „matką domu”, informując ją, że jest mężczyzna, z którym chce nawiązać długotrwały związek. Mężczyzna ów jest wówczas zapraszany na ceremonialny posiłek organizowany w domu jego kochanki. Z posiłku wykluczeni zostaną wszyscy żyjący pod tym dachem mężczyźni, będą na nim same kobiety i wspomniany wybranek jednej z nich wraz ze swoim „posłańcem”. Kochanek w trakcie tego posiłku wyraża oficjalnie swoją prośbę i ofiarowuje swojej kochance prezenty. Jeśli prośba zostanie przyjęta, zostaje na noc do rana i od tamtej pory otoczenie uznaje, że między tymi dwojgiem istnieje relacja seksualnego przywileju, który powinien być uszanowany także przez innych.

Niemniej jednak nie jest to małżeństwo. Związek może zostać zerwany w każdej chwili przez każdą ze stron, kochanek wciąż odwiedza swoją kochankę, tylko na noc, nie wprowadza się do niej, ani ona do niego, nikt nie postrzega ich dzieci jako jego dzieci (pozostają one wyłącznie jej dziećmi, dziećmi jej rodziny). Nie powstaje też żadna, wynikająca normalnie z instytucji małżeństwa, więź między obydwiema grupami krewniaczymi, tą, z której pochodzi mężczyzna, i tą, do której należy kobieta – nikt nie staje się dla nikogo szwagrem, zięciem, teściową ani synową.

Tylko w wyjątkowych sytuacjach ktoś się do kogoś przeprowadza i spędzają odtąd razem nie tylko noce, ale po prostu cały czas. Wtedy ich związek przekształca się po raz kolejny, tym razem w relację stałego wspólnego zamieszkiwania. Zwykle nie jest to jednak motywowane samymi tylko pragnieniami i uczuciami obydwu stron, ale obiektywnymi okolicznościami. Kobieta przeprowadzi się do mężczyzny, z którym jest w stałym związku, tylko wówczas, jeśli w jego domostwie nie została już żadna kobieta – matka, siostra, ciotka – ostali się tam już sami mężczyźni. Wówczas to ta dołączająca do nich kobieta zostanie głową domu. Mężczyzna może się wprowadzić do domu swojej kochanki, jeśli obydwie rodziny wyrażą zgodę, ale będzie tam zawsze wykluczony z dostępu do pewnych rytualnych funkcji czy prawa do reprezentowania domostwa w kontaktach ze światem zewnętrznym. Dla wszystkich dzieci w domu będzie wujkiem – jakby był jednym z braci jej matki. Nie będzie mógł traktować własnych z nią dzieci w jakikolwiek wyróżniający je spośród innych dzieci w domu sposób.

Przykład Na, odizolowanego górskiego społeczeństwa, pozwala nam podstawnie domniemywać, że funkcja ojca nie istniała w ludzkich społeczeństwach od zawsze. Że odkrycie związku między stosunkiem seksualnym a zapłodnieniem, a więc także roli mężczyzny i kobiety w zapłodnieniu i zapoczątkowaniu nowego ludzkiego życia, mogło naszym przodkom zająć dziesiątki, nawet setki tysięcy lat (najnowsze odkrycia dokonane w Maroku wskazują, że istniejemy jako gatunek jakieś 300 tysięcy lat). Biorąc pod uwagę, jak długi okres czasu dzieli u człowieka poczęcie od narodzin, a nawet od samych pierwszych widocznych objawów ciąży, społeczne zrozumienie dokładnych związków przyczynowo-skutkowych w warunkach pozbawionych wiedzy naukowej było dla naszych praprzodków wielkim i wcale nieoczywistym zadaniem. Samce naszych najbliższych krewnych w świecie zwierząt, szympansów (98% genów identycznych z nami), nie mają świadomości, że któreś z młodych w stadzie są „ich”, nie rozpoznają ich jako własne. Bawią się z młodymi bez względu na to, którego z nich są potomstwem, bardziej dlatego, że zyskuje im to względy ich matek. Rodzina rozumiana jako ojciec, matka i ich dzieci, sprzedawana dziś przez konserwatystów jako „naturalna”, nie jest wcale wytworem natury, wytworzyła ją dopiero kultura, w toku bardzo długiego procesu.

Jarosław Pietrzak

Tekst w wersji nieco skróconej ukazał się w Tygodniku Faktycznie (nr 26/2017). Redakcja postanowiła użyć innej nazwy opisywanego ludu, Mosuo, ja jednak wolę trzymać się tej stosowanej przez Cai Hua.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Ilustracja nad tekstem: Wang Hui, Kwitnące brzoskwinie i łódka rybacka (fragment).

 

Domy mężczyzn

Maurice Godelier uważany jest dzisiaj za największego żyjącego francuskiego antropologa. Jego wielka książka o metamorfozach struktur pokrewieństwa, Métamorphoses de la parenté, wydana w 2004, sprawiła, że urodzony w 1934 badacz niejako zdetronizował w tym temacie autora poprzedniej branżowej „Biblii” w tym temacie, Claude’a Lévi-Straussa. Był zresztą jego uczniem. Występował zawsze z mocno materialistycznych pozycji, nigdy nie przestał odwoływać się do tradycji podpisującej się pod dorobkiem Karola Marksa, niektóre jego książki należą do klasyki antropologii marksistowskiej.

Godelier rozpoczynał swoją antropologiczną karierę, badając w latach 60. XX wieku żyjące w Papui Nowej Gwinei plemię Baruya. Żył z nimi w ich wioskach, obserwował i analizował ich gospodarkę i strukturę społeczną. Napisał o nich cały szereg prac opublikowanych w specjalistycznych periodykach. Jednym z bardziej zdumiewających rysów tego społeczeństwa, które się jego oczom wyłoniły, była sprecyzowana i paradoksalna rola, jaką praktyki homoseksualne pełniły wśród Baruya w procesie społecznego stawania się mężczyzną.

Kobiety i mężczyźni

System społeczny tego plemienia opierał się na bardzo ścisłym rozdziale płci i dominacji mężczyzn nad kobietami – ale dominacji sprawiającej wrażenie chwiejnej, kruchej, tak jakby powstałej po dopiero co wygranej wojnie między płciami, w której pozycja zwycięskich mężczyzn wciąż może być w każdej chwili wywrócona, a w każdym razie mężczyźni wydawali się bardzo tego obawiać.

W niektórych wioskach istniał system równoległych dróg, z których ta umieszczona wyżej była przeznaczona dla mężczyzn, a biegnąca niżej – dla kobiet. Gdy drogi nie były odseparowane, kobiety mijające mężczyzn musiały wykonywać zrytualizowany gest osłaniania się przed ich spojrzeniem.

Nad wioską dominował zwykle wznoszony na kilka lat, słabo wewnątrz oświetlony, „dom mężczyzn”. Kobiety obowiązywał absolutny zakaz zbliżania się w jego okolice. Każdy chłopiec w wieku dziewięciu lub dziesięciu lat był odbierany rodzinie, odrywany od świata kobiet, które go dotychczas wychowywały. Trafiał stamtąd do owego domu mężczyzn, gdzie miał przejść liczony na wiele lat – około dziesięciu-dwunastu – proces stawania się mężczyzną, od tamtej pory wyłącznie pod opieką innych młodych mężczyzn, czasem z udziałem starszych mężczyzn przeprowadzających chłopców przez kolejne stadia inicjacji w zrytualizowanych uroczystościach.

W toku tego trwającego ponad dekadę procesu chłopcy dowiadywali się wielu rzeczy, które mężczyźni utrzymywali w tajemnicy przed kobietami. Że dziwne zwierzęcopodobne dźwięki, o których dzieci i kobiety myślą z przerażeniem, że pochodzą od złych duchów żyjących w lasach, są tak naprawdę wytwarzane w ukryciu przez mężczyzn. Dowiadywali się, że wytwarzanie szczególnie przez Baruya cenionych fletów i innych obiektów, nawet potrzebnych męskim rzemiosłom łowiectwa i wojny łuków, a także opartych na soli pieniędzy, były umiejętnościami, które mężczyźni wykradli w przeszłości ich prawdziwym wynalazczyniom, kobietom. Odebrali im także pamięć o tej kradzieży – chłopcy uczyli się, że nie mogą nigdy tej tajemnicy wyjawić kobietom, nie mogą im przypomnieć, że to one stworzyły te wynalazki, obecnie pod kontrolą mężczyzn.

Kultura Baruya przesiąknięta była strachem przed kobiecością, przed organami seksualnymi kobiety jako tej sile, która może mężczyznę pozbawić męskości, może nawet zaburzyć równowagę świata.

Mężczyźni wierzyli, że kobieta – która rodziła z dala od widoku mężczyzn, w specjalnie odosobnionej chacie – mogła zabić ich dziecko, gdyby okazało się chłopcem, tylko dlatego, żeby pozbawić ich syna, kontynuatora ich własnej męskości. To oskarżenie padało nieraz w przypadkach naturalnej śmierci noworodków w rzeczywistości nieznającej zdobyczy nowoczesnej medycyny. Badania Godeliera potwierdziły, że kobiety Baruya w pewnych bardzo dramatycznych przypadkach faktycznie zabijały swoje nowonarodzone dzieci i w rozumieniu Baruya dysponowały w zasadzie takim prawem. Ich motywacje były jednak zgoła inne niż te, które przypisywali im mężowie obawiający się żon-synobójczyń. W przypadkach, które Godelier udokumentował, kobiety zabiły swoje noworodki albo dlatego, że miały już zbyt dużo dzieci, żeby zapewnić materialne przetrwanie ich rosnącej liczbie, albo dlatego, że ich mąż był tak brutalny w stosunku do niej i dzieci, które już z nim wychowywała, że wolały śmierć kolejnego dziecka zanim uzyska świadomość niż skazanie go na takie samo cierpienie. Bo mężczyźni Baruya wychowywani byli do tego, by traktować swoje żony – w przeciwieństwie do matek i sióstr – brutalnie, przy użyciu przemocy. Okazywanie fizycznej i emocjonalnej bliskości żonie czy małym dzieciom przy świadkach groziło utratą twarzy (zaczęło się to jednak dynamicznie zmieniać począwszy w latach 70. i 80. XX wieku).

Mężczyźni i mężczyźni

Przez ponad dekadę przeżytą głównie w murach domu mężczyzn i w towarzystwie przede wszystkim innych tego domu mieszkańców chłopcy byli odizolowani od kontaktu z kobietami. Obowiązywał ich ścisły zakaz kontaktów seksualnych – ale tylko tych z kobietami. Bo jednocześnie obowiązywał ich bezwzględny przymus uczestnictwa w zrytualizowanych oralnych stosunkach homoseksualnych wewnątrz domu mężczyzn, pomiędzy jego mieszkańcami.

Baruya wierzyli, że chłopiec staje się prawdziwym mężczyzną spijając spermę innych mężczyzn nieskażonych jeszcze w swojej męskości kontaktem seksualnym z kobietą, który według nich stanowił zagrożenie dla męskości. Chłopcy i młodzi mężczyźni w domu mężczyzn podzieleni byli na cztery kategorie, odpowiadające stadiom inicjacji do roli pełnoprawnego mężczyzny. Najmłodsi, należący do pierwszej i drugiej kategorii, połykali spermę starszych, należących do trzeciej i czwartej, aż sami weszli do grupy trzeciej, kiedy mieli przyjąć rolę odwrotną i sobie znaleźć chłopca w młodszej kategorii, który miał odtąd spijać ich spermę. Te relacje między chłopcami i młodymi mężczyznami mogły przybierać kształt czułych więzi emocjonalnych, ale były obowiązkowe, żeby stać się mężczyzną. Chłopiec, który chciałby się od nich wykręcić, byłby zmuszony przemocą, mógłby nawet zostać zabity.

Młody mężczyzna opuszczał dom mężczyzn w wieku około dwudziestu – dwudziestu dwóch lat. Po to, żeby się ożenić, z dziewczyną dogadaną zwykle przez krewnych, w procesie wymiany, w którym najczęściej jego siostrę obiecano bratu jego przyszłej żony.

Kiedy mężczyźni w osadzie pomogli mu już postawić dom (zwykle w jeden dzień), młody Baruya wprowadzał się do niego ze swoją przyszłą żoną. Formalnie przez pierwszych kilka tygodni (czas potrzebny na naturalne wyczernienie ścian sadzą) obowiązywał ich zakaz kopulacji, ale jego nowa małżonka miała w tym okresie połykać jego spermę, czyli mieli uprawiać stosunki oralne. Baruya wierzyli, że spijając spermę swojego mężczyzny, kobieta zyskuje zdolność wytwarzania mleka dla ich przyszłych dzieci, choć zdaniem Godeliera wśród samych kobiet istniał też nurt silnej opozycji wobec tego wyjaśnienia, jakby część kobiet stanowczo broniła własnego, pochodzącego z samych właściwości kobiet, charakteru zdolności matki do żywienia swoich niemowląt.

Od tego momentu – od momentu pierwszego oralnego stosunku ze swoją nową żoną – młodego mężczyznę obowiązywał jednak bezwzględny zakaz stosunków seksualnych z mężczyznami, praktyki z domu mężczyzn na zawsze miały tam i tylko tam pozostać. Miały też na zawsze pozostać utrzymane w tajemnicy przed kobietami.

Wszyscy jesteśmy biseksualni?

Kiedy jego monumentalne Metamorfozy pokrewieństwa ukazały się po raz pierwszy po angielsku, w 2011, Godelier powiedział w jakiejś radiowej audycji, że w gruncie rzeczy, jako gatunek, na poziomie biologicznym, jesteśmy wszyscy po prostu biseksualni. Miał na myśli to, że potencjalnie jesteśmy, choć z różną siłą odczuwamy erotyczne pragnienia w stosunku do osób własnej i przeciwnej płci. Że to dopiero kultura i jej złożone symboliczne szarady, łączące różne elementy w strukturalne powiązania, dopowiadają dotykalną treść i prawdziwe ciało naszemu pragnieniu seksualnemu i naszym sposobom jego realizowania. Każą nam jedne realizować, z jednych być dumnymi, inne wypierać, chować po szafach i zwalczać, dopóki nie staną się tak silne, że nic się już z tym nie da zrobić, oprócz obrócenia ich w tożsamość (np. tożsamość gejowską), a jeszcze inne ukrywać pod zamaskowaną postacią złożonych rytuałów. Ile rytuałów sportowych zostało wymyślonych po to, żeby mężczyźni pragnący zachować swój status „prawdziwych mężczyzn”, mogli jednak czasem podotykać i poocierać się o innych mężczyzn!

Dopiero konfrontacje z kulturami tak odmiennymi jak Baruya uzmysławiają nam czasem pewne rzeczy.

Zachód na długo połączył pragnienie homoseksualne z „brakiem męskości”, jej deficytem, z byciem „nie-mężczyzną”, żeby uzasadnić strukturę męskiej dominacji i zbudować nad nią całą swoją wielką katedrę symboli. Baruya połączyli dziwną kombinację przymusu i zakazu homoseksualizmu (odpowiednio: w domu mężczyzn i po wyjściu z niego), jako ich własną nadbudowę struktury dominacji mężczyzn nad kobietami.

Fakt, że obydwie sytuacje były historycznie możliwe (tak jak było wiele innych kombinacji między tymi i innymi czynnikami), świadczy w pewnym sensie o tym, że te wszystkie kombinacje są na swój sposób przypadkowe, nawet te, które odniosły sukces w najbardziej zwycięskich kręgach cywilizacyjnych. Zbiły je z sobą nawzajem długofalowe historyczne zbiegi okoliczności.

Ale ostatecznie – teraz, kiedy już to wiemy – wynika z tego coś politycznie niezwykle obiecującego.

Możemy je wszystkie zdekonstruować, rozbić, skompromitować, obnażając ich własne wewnętrzne sprzeczności – po to, by wymyślić struktury nowe, by wszystko przetasować. Po co nam uzasadnienia wyższości jednych ludzi nad drugimi, czy to ze względu na płeć ich własną czy płeć przedmiotu ich pożądania? Długofalowo wszyscy na tym tracą, i ten chłopiec, który nigdy nie pragnął żadnego ze swoich starszych kolegów w domu mężczyzn, i ten, który pragnął któregoś wciąż po wyjściu stamtąd. Nie wspominając o ich żonach i dzieciach, które tak często musiały się ich bać.

Możemy te struktury wymyślić na nowo. Męskość, kobiecość, relacje między nimi, relacje między nimi a pragnieniem hetero- i homoseksualnym. Ich kombinacje były już tak dziwne, że możemy sobie społecznie wypracować lepsze, tym razem oparte na równości ich wszystkich, albo na tym, że jakiekolwiek różnice między nimi najzwyczajniej nie mają znaczenia.

Jarosław Pietrzak

Tekst (w skróconej wersji) ukazał się 22 czerwca w Tygodniku Faktycznie (nr 25/2017).

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Na zdjęciu: Joseph Mannah

Garść tłumaczeń

Mam na sumieniu kilka tłumaczeń, do których czuję się przywiązany, wrzucę je więc tutaj zebrane w postaci linków:

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Na zdjęciu: akwedukt w Segovii.