Na: Społeczeństwo bez mężów i ojców

Na himalajskim pograniczu prowincji Syczuan i Junnan, z dala od wielkich ośrodków miejskich, na dalekich peryferiach chińskiej cywilizacji, żyje niewielkie plemię Na. Mówią jednym z dialektów chińsko-tybetańskich. Ich populację szacuje się na około 40 tysięcy osób. Opisu ich struktury społecznej i obyczajów seksualnych dostarczył nam Cai Hua, antropolog z Uniwestytetu Pekińskiego. W Europie jego książka o ludzie Na ukazała się w przekładzie na francuski w 1997. W 2008 wydawnictwo amerykańskiego Massachusetts Institute of Technology opublikowało przekład angielski.

Na są społeczeństwem matrylinearnym. W antropologii oznacza to, że pokrewieństwo, genealogię i przynależność do rodziny, rodu czy klanu określa się po matce, matce matki i tak dalej – mówiąc po naszemu, „po kądzieli”. Antropologów nic takiego nie dziwi, społeczeństw matrylinearnych opisano wiele. Na różnią się od pozostałych tym, że w ogóle nie uznają pokrewieństwa „po mieczu”, a słowa mąż i ojciec najzwyczajniej nie istnieją w ich języku, bo nie występują w ich życiu odpowiadające im role społeczne. Podobnie zresztą jak instytucja małżeństwa, za wyjątkiem rodzin o statusie lokalnej „arystokracji”, które pośredniczyły w kontaktach między lokalną społecznością a kiedyś Chinami cesarskimi, teraz z Chińską Republiką Ludową; pod presją tych kontaktów przyjęły one pochodzące z zewnątrz zwyczaje małżeńskie. Podobno władze w Pekinie usiłują w ostatnich dekadach wypromować wśród Na zwyczaje małżeńskie przyjęte ogólnie w Chinach, widząc w nich przejaw cywilizacji i postępu, pojęć, do których nominalnie wciąż socjalistyczne państwo jest mocno przywiązane.

Tradycyjnie jednak Na żyją w gospodarstwach domowych, na czele których stoi kobieta, zwykle najstarsza. Władzę dzieli ze swoim najstarszym bratem, który reprezentuje domostwo wyłącznie w kontaktach z innymi klanami i w ogóle światem zewnętrznym. Wewnątrz głową domu, jego „matką”, jest wyłącznie ta kobieta. Pozostali mieszkańcy gospodarstwa to w normalnej sytuacji jej córki i synowie, oraz dzieci jej córek. W całym domu żadna z kobiet nie ma męża, żadna z osób, dzieci i dorosłych, nie ma też formalnie uznanego ojca. Synowie „matki domu”, bracia jej córek, pozostają niemal na zawsze w tym domostwie, żyjąc z matką, siostrami i dziećmi swoich sióstr. Pochodzący od wspólnej matki czy babki Na mówią o sobie, że są „z tej samej kości”.

Cai Hua Na

Kilkaset lat temu Na przyjęli buddyzm – ale w eklektyczny sposób, to jest nie rozstając się ze swoimi starszymi wierzeniami w duchy przodków i lokalne bóstwa. Do dzisiaj wierzą, że kobieta rodzi się nosząc już w sobie zalążki płodów, które w przyszłości się w niej rozwiną i staną się jej dziećmi. Te zalążki znalazły się w jej ciele za sprawą bogini Abaogdu. Na nie uznają żadnego substancjalnego wkładu mężczyzny w poczęcie dziecka, w jego biologiczną materię, która jest dziełem wyłącznie matki i Abaogdu. Mężczyzna jest tylko „katalizatorem”, który przyspiesza jego wzrost, niczym deszcz, który pomaga roślinie wzrastać, ale jej nie tworzy. Dlatego spermę Na nazywają słowem, które można by przetłumaczyć jako „wodę z penisa”. Żeby kobieta miała dzieci, musi mieć kontakty seksualne z mężczyznami, ale tylko po to, żeby oni niejako „podlewali” płód, który już w niej czeka. Są więc Na pod tym względem przeciwieństwem Baruya, o których pisałem tydzień temu, bo Baruya uważali, że kobieta jest tylko „naczyniem”, czymś w rodzaju inkubatora, w którym rozwija się dziecko stworzone całkowicie ze spermy mężczyzny.

W domostwach Na obowiązuje bezwzględny zakaz stosunków seksualnych między domownikami, będący jednocześnie zakazem kazirodztwa, bo tylko w wyjątkowych sytuacjach, kiedy do domu wprowadził się ktoś z zewnątrz, taki stosunek nie byłby kazirodztwem. Zakazane jest jednak nawet poruszanie w świetle dnia tematów dotyczących stosunków seksualnych. Naruszenie tego zakazu może być ukarane kilkudniowym wykluczeniem z domostwa. W przypadku naruszenia zakazu kazirodztwa sprawcy zostaliby zaryglowani w jamie i skazani w niej na śmierć z głodu.

W innych aspektach kulturę seksualną Na charakteryzuje natomiast daleko posunięty permisywizm. Wszystko dlatego, że Na potrzebują, by poszczególne domostwa i lineaże wymieniały się spermą, żeby podtrzymywana była jej cyrkulacja pomiędzy rodzinami.

Pod osłoną nocy siostry przyjmują kochanków wymykających się do nich z innych domów. Bracia wymykają się z własnego domu i przesmykują do innych. Spotkania zwykle są umówione i uzgodnione za dnia. Stają się oni kochankami, açia. Zarówno kobiety jak i mężczyźni mogą być jednocześnie w kilku relacjach açia – mężczyzna odwiedza wtedy różnych nocy różne kobiety, a kobieta przyjmuje różnych mężczyzn. Kierunek jest zawsze taki – mężczyźni odwiedzają kobiety, nigdy na odwrót. Mężczyźni cyrkulują więc pomiędzy grupami kobiet. Ta cyrkulacja podtrzymuje u Na istnienie społeczeństwa, umożliwia jego biologiczną reprodukcję.

Ludzie jednak czasem przypadają sobie do gustu i przywiązują się do siebie znacznie bardziej. W takich sytuacjach ich związek może przekształcić się w jawny i długotrwały. Mężczyzna i kobieta wymieniają się symbolicznie pasami, dając otoczeniu do zrozumienia, że pragną, aby ich związek stał się widoczny dla wszystkich. Kobieta rozmawia z „matką domu”, informując ją, że jest mężczyzna, z którym chce nawiązać długotrwały związek. Mężczyzna ów jest wówczas zapraszany na ceremonialny posiłek organizowany w domu jego kochanki. Z posiłku wykluczeni zostaną wszyscy żyjący pod tym dachem mężczyźni, będą na nim same kobiety i wspomniany wybranek jednej z nich wraz ze swoim „posłańcem”. Kochanek w trakcie tego posiłku wyraża oficjalnie swoją prośbę i ofiarowuje swojej kochance prezenty. Jeśli prośba zostanie przyjęta, zostaje na noc do rana i od tamtej pory otoczenie uznaje, że między tymi dwojgiem istnieje relacja seksualnego przywileju, który powinien być uszanowany także przez innych.

Niemniej jednak nie jest to małżeństwo. Związek może zostać zerwany w każdej chwili przez każdą ze stron, kochanek wciąż odwiedza swoją kochankę, tylko na noc, nie wprowadza się do niej, ani ona do niego, nikt nie postrzega ich dzieci jako jego dzieci (pozostają one wyłącznie jej dziećmi, dziećmi jej rodziny). Nie powstaje też żadna, wynikająca normalnie z instytucji małżeństwa, więź między obydwiema grupami krewniaczymi, tą, z której pochodzi mężczyzna, i tą, do której należy kobieta – nikt nie staje się dla nikogo szwagrem, zięciem, teściową ani synową.

Tylko w wyjątkowych sytuacjach ktoś się do kogoś przeprowadza i spędzają odtąd razem nie tylko noce, ale po prostu cały czas. Wtedy ich związek przekształca się po raz kolejny, tym razem w relację stałego wspólnego zamieszkiwania. Zwykle nie jest to jednak motywowane samymi tylko pragnieniami i uczuciami obydwu stron, ale obiektywnymi okolicznościami. Kobieta przeprowadzi się do mężczyzny, z którym jest w stałym związku, tylko wówczas, jeśli w jego domostwie nie została już żadna kobieta – matka, siostra, ciotka – ostali się tam już sami mężczyźni. Wówczas to ta dołączająca do nich kobieta zostanie głową domu. Mężczyzna może się wprowadzić do domu swojej kochanki, jeśli obydwie rodziny wyrażą zgodę, ale będzie tam zawsze wykluczony z dostępu do pewnych rytualnych funkcji czy prawa do reprezentowania domostwa w kontaktach ze światem zewnętrznym. Dla wszystkich dzieci w domu będzie wujkiem – jakby był jednym z braci jej matki. Nie będzie mógł traktować własnych z nią dzieci w jakikolwiek wyróżniający je spośród innych dzieci w domu sposób.

Przykład Na, odizolowanego górskiego społeczeństwa, pozwala nam podstawnie domniemywać, że funkcja ojca nie istniała w ludzkich społeczeństwach od zawsze. Że odkrycie związku między stosunkiem seksualnym a zapłodnieniem, a więc także roli mężczyzny i kobiety w zapłodnieniu i zapoczątkowaniu nowego ludzkiego życia, mogło naszym przodkom zająć dziesiątki, nawet setki tysięcy lat (najnowsze odkrycia dokonane w Maroku wskazują, że istniejemy jako gatunek jakieś 300 tysięcy lat). Biorąc pod uwagę, jak długi okres czasu dzieli u człowieka poczęcie od narodzin, a nawet od samych pierwszych widocznych objawów ciąży, społeczne zrozumienie dokładnych związków przyczynowo-skutkowych w warunkach pozbawionych wiedzy naukowej było dla naszych praprzodków wielkim i wcale nieoczywistym zadaniem. Samce naszych najbliższych krewnych w świecie zwierząt, szympansów (98% genów identycznych z nami), nie mają świadomości, że któreś z młodych w stadzie są „ich”, nie rozpoznają ich jako własne. Bawią się z młodymi bez względu na to, którego z nich są potomstwem, bardziej dlatego, że zyskuje im to względy ich matek. Rodzina rozumiana jako ojciec, matka i ich dzieci, sprzedawana dziś przez konserwatystów jako „naturalna”, nie jest wcale wytworem natury, wytworzyła ją dopiero kultura, w toku bardzo długiego procesu.

Jarosław Pietrzak

Tekst w wersji nieco skróconej ukazał się w Tygodniku Faktycznie (nr 26/2017). Redakcja postanowiła użyć innej nazwy opisywanego ludu, Mosuo, ja jednak wolę trzymać się tej stosowanej przez Cai Hua.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Ilustracja nad tekstem: Wang Hui, Kwitnące brzoskwinie i łódka rybacka (fragment).

 

Domy mężczyzn

Maurice Godelier uważany jest dzisiaj za największego żyjącego francuskiego antropologa. Jego wielka książka o metamorfozach struktur pokrewieństwa, Métamorphoses de la parenté, wydana w 2004, sprawiła, że urodzony w 1934 badacz niejako zdetronizował w tym temacie autora poprzedniej branżowej „Biblii” w tym temacie, Claude’a Lévi-Straussa. Był zresztą jego uczniem. Występował zawsze z mocno materialistycznych pozycji, nigdy nie przestał odwoływać się do tradycji podpisującej się pod dorobkiem Karola Marksa, niektóre jego książki należą do klasyki antropologii marksistowskiej.

Godelier rozpoczynał swoją antropologiczną karierę, badając w latach 60. XX wieku żyjące w Papui Nowej Gwinei plemię Baruya. Żył z nimi w ich wioskach, obserwował i analizował ich gospodarkę i strukturę społeczną. Napisał o nich cały szereg prac opublikowanych w specjalistycznych periodykach. Jednym z bardziej zdumiewających rysów tego społeczeństwa, które się jego oczom wyłoniły, była sprecyzowana i paradoksalna rola, jaką praktyki homoseksualne pełniły wśród Baruya w procesie społecznego stawania się mężczyzną.

Kobiety i mężczyźni

System społeczny tego plemienia opierał się na bardzo ścisłym rozdziale płci i dominacji mężczyzn nad kobietami – ale dominacji sprawiającej wrażenie chwiejnej, kruchej, tak jakby powstałej po dopiero co wygranej wojnie między płciami, w której pozycja zwycięskich mężczyzn wciąż może być w każdej chwili wywrócona, a w każdym razie mężczyźni wydawali się bardzo tego obawiać.

W niektórych wioskach istniał system równoległych dróg, z których ta umieszczona wyżej była przeznaczona dla mężczyzn, a biegnąca niżej – dla kobiet. Gdy drogi nie były odseparowane, kobiety mijające mężczyzn musiały wykonywać zrytualizowany gest osłaniania się przed ich spojrzeniem.

Nad wioską dominował zwykle wznoszony na kilka lat, słabo wewnątrz oświetlony, „dom mężczyzn”. Kobiety obowiązywał absolutny zakaz zbliżania się w jego okolice. Każdy chłopiec w wieku dziewięciu lub dziesięciu lat był odbierany rodzinie, odrywany od świata kobiet, które go dotychczas wychowywały. Trafiał stamtąd do owego domu mężczyzn, gdzie miał przejść liczony na wiele lat – około dziesięciu-dwunastu – proces stawania się mężczyzną, od tamtej pory wyłącznie pod opieką innych młodych mężczyzn, czasem z udziałem starszych mężczyzn przeprowadzających chłopców przez kolejne stadia inicjacji w zrytualizowanych uroczystościach.

W toku tego trwającego ponad dekadę procesu chłopcy dowiadywali się wielu rzeczy, które mężczyźni utrzymywali w tajemnicy przed kobietami. Że dziwne zwierzęcopodobne dźwięki, o których dzieci i kobiety myślą z przerażeniem, że pochodzą od złych duchów żyjących w lasach, są tak naprawdę wytwarzane w ukryciu przez mężczyzn. Dowiadywali się, że wytwarzanie szczególnie przez Baruya cenionych fletów i innych obiektów, nawet potrzebnych męskim rzemiosłom łowiectwa i wojny łuków, a także opartych na soli pieniędzy, były umiejętnościami, które mężczyźni wykradli w przeszłości ich prawdziwym wynalazczyniom, kobietom. Odebrali im także pamięć o tej kradzieży – chłopcy uczyli się, że nie mogą nigdy tej tajemnicy wyjawić kobietom, nie mogą im przypomnieć, że to one stworzyły te wynalazki, obecnie pod kontrolą mężczyzn.

Kultura Baruya przesiąknięta była strachem przed kobiecością, przed organami seksualnymi kobiety jako tej sile, która może mężczyznę pozbawić męskości, może nawet zaburzyć równowagę świata.

Mężczyźni wierzyli, że kobieta – która rodziła z dala od widoku mężczyzn, w specjalnie odosobnionej chacie – mogła zabić ich dziecko, gdyby okazało się chłopcem, tylko dlatego, żeby pozbawić ich syna, kontynuatora ich własnej męskości. To oskarżenie padało nieraz w przypadkach naturalnej śmierci noworodków w rzeczywistości nieznającej zdobyczy nowoczesnej medycyny. Badania Godeliera potwierdziły, że kobiety Baruya w pewnych bardzo dramatycznych przypadkach faktycznie zabijały swoje nowonarodzone dzieci i w rozumieniu Baruya dysponowały w zasadzie takim prawem. Ich motywacje były jednak zgoła inne niż te, które przypisywali im mężowie obawiający się żon-synobójczyń. W przypadkach, które Godelier udokumentował, kobiety zabiły swoje noworodki albo dlatego, że miały już zbyt dużo dzieci, żeby zapewnić materialne przetrwanie ich rosnącej liczbie, albo dlatego, że ich mąż był tak brutalny w stosunku do niej i dzieci, które już z nim wychowywała, że wolały śmierć kolejnego dziecka zanim uzyska świadomość niż skazanie go na takie samo cierpienie. Bo mężczyźni Baruya wychowywani byli do tego, by traktować swoje żony – w przeciwieństwie do matek i sióstr – brutalnie, przy użyciu przemocy. Okazywanie fizycznej i emocjonalnej bliskości żonie czy małym dzieciom przy świadkach groziło utratą twarzy (zaczęło się to jednak dynamicznie zmieniać począwszy w latach 70. i 80. XX wieku).

Mężczyźni i mężczyźni

Przez ponad dekadę przeżytą głównie w murach domu mężczyzn i w towarzystwie przede wszystkim innych tego domu mieszkańców chłopcy byli odizolowani od kontaktu z kobietami. Obowiązywał ich ścisły zakaz kontaktów seksualnych – ale tylko tych z kobietami. Bo jednocześnie obowiązywał ich bezwzględny przymus uczestnictwa w zrytualizowanych oralnych stosunkach homoseksualnych wewnątrz domu mężczyzn, pomiędzy jego mieszkańcami.

Baruya wierzyli, że chłopiec staje się prawdziwym mężczyzną spijając spermę innych mężczyzn nieskażonych jeszcze w swojej męskości kontaktem seksualnym z kobietą, który według nich stanowił zagrożenie dla męskości. Chłopcy i młodzi mężczyźni w domu mężczyzn podzieleni byli na cztery kategorie, odpowiadające stadiom inicjacji do roli pełnoprawnego mężczyzny. Najmłodsi, należący do pierwszej i drugiej kategorii, połykali spermę starszych, należących do trzeciej i czwartej, aż sami weszli do grupy trzeciej, kiedy mieli przyjąć rolę odwrotną i sobie znaleźć chłopca w młodszej kategorii, który miał odtąd spijać ich spermę. Te relacje między chłopcami i młodymi mężczyznami mogły przybierać kształt czułych więzi emocjonalnych, ale były obowiązkowe, żeby stać się mężczyzną. Chłopiec, który chciałby się od nich wykręcić, byłby zmuszony przemocą, mógłby nawet zostać zabity.

Młody mężczyzna opuszczał dom mężczyzn w wieku około dwudziestu – dwudziestu dwóch lat. Po to, żeby się ożenić, z dziewczyną dogadaną zwykle przez krewnych, w procesie wymiany, w którym najczęściej jego siostrę obiecano bratu jego przyszłej żony.

Kiedy mężczyźni w osadzie pomogli mu już postawić dom (zwykle w jeden dzień), młody Baruya wprowadzał się do niego ze swoją przyszłą żoną. Formalnie przez pierwszych kilka tygodni (czas potrzebny na naturalne wyczernienie ścian sadzą) obowiązywał ich zakaz kopulacji, ale jego nowa małżonka miała w tym okresie połykać jego spermę, czyli mieli uprawiać stosunki oralne. Baruya wierzyli, że spijając spermę swojego mężczyzny, kobieta zyskuje zdolność wytwarzania mleka dla ich przyszłych dzieci, choć zdaniem Godeliera wśród samych kobiet istniał też nurt silnej opozycji wobec tego wyjaśnienia, jakby część kobiet stanowczo broniła własnego, pochodzącego z samych właściwości kobiet, charakteru zdolności matki do żywienia swoich niemowląt.

Od tego momentu – od momentu pierwszego oralnego stosunku ze swoją nową żoną – młodego mężczyznę obowiązywał jednak bezwzględny zakaz stosunków seksualnych z mężczyznami, praktyki z domu mężczyzn na zawsze miały tam i tylko tam pozostać. Miały też na zawsze pozostać utrzymane w tajemnicy przed kobietami.

Wszyscy jesteśmy biseksualni?

Kiedy jego monumentalne Metamorfozy pokrewieństwa ukazały się po raz pierwszy po angielsku, w 2011, Godelier powiedział w jakiejś radiowej audycji, że w gruncie rzeczy, jako gatunek, na poziomie biologicznym, jesteśmy wszyscy po prostu biseksualni. Miał na myśli to, że potencjalnie jesteśmy, choć z różną siłą odczuwamy erotyczne pragnienia w stosunku do osób własnej i przeciwnej płci. Że to dopiero kultura i jej złożone symboliczne szarady, łączące różne elementy w strukturalne powiązania, dopowiadają dotykalną treść i prawdziwe ciało naszemu pragnieniu seksualnemu i naszym sposobom jego realizowania. Każą nam jedne realizować, z jednych być dumnymi, inne wypierać, chować po szafach i zwalczać, dopóki nie staną się tak silne, że nic się już z tym nie da zrobić, oprócz obrócenia ich w tożsamość (np. tożsamość gejowską), a jeszcze inne ukrywać pod zamaskowaną postacią złożonych rytuałów. Ile rytuałów sportowych zostało wymyślonych po to, żeby mężczyźni pragnący zachować swój status „prawdziwych mężczyzn”, mogli jednak czasem podotykać i poocierać się o innych mężczyzn!

Dopiero konfrontacje z kulturami tak odmiennymi jak Baruya uzmysławiają nam czasem pewne rzeczy.

Zachód na długo połączył pragnienie homoseksualne z „brakiem męskości”, jej deficytem, z byciem „nie-mężczyzną”, żeby uzasadnić strukturę męskiej dominacji i zbudować nad nią całą swoją wielką katedrę symboli. Baruya połączyli dziwną kombinację przymusu i zakazu homoseksualizmu (odpowiednio: w domu mężczyzn i po wyjściu z niego), jako ich własną nadbudowę struktury dominacji mężczyzn nad kobietami.

Fakt, że obydwie sytuacje były historycznie możliwe (tak jak było wiele innych kombinacji między tymi i innymi czynnikami), świadczy w pewnym sensie o tym, że te wszystkie kombinacje są na swój sposób przypadkowe, nawet te, które odniosły sukces w najbardziej zwycięskich kręgach cywilizacyjnych. Zbiły je z sobą nawzajem długofalowe historyczne zbiegi okoliczności.

Ale ostatecznie – teraz, kiedy już to wiemy – wynika z tego coś politycznie niezwykle obiecującego.

Możemy je wszystkie zdekonstruować, rozbić, skompromitować, obnażając ich własne wewnętrzne sprzeczności – po to, by wymyślić struktury nowe, by wszystko przetasować. Po co nam uzasadnienia wyższości jednych ludzi nad drugimi, czy to ze względu na płeć ich własną czy płeć przedmiotu ich pożądania? Długofalowo wszyscy na tym tracą, i ten chłopiec, który nigdy nie pragnął żadnego ze swoich starszych kolegów w domu mężczyzn, i ten, który pragnął któregoś wciąż po wyjściu stamtąd. Nie wspominając o ich żonach i dzieciach, które tak często musiały się ich bać.

Możemy te struktury wymyślić na nowo. Męskość, kobiecość, relacje między nimi, relacje między nimi a pragnieniem hetero- i homoseksualnym. Ich kombinacje były już tak dziwne, że możemy sobie społecznie wypracować lepsze, tym razem oparte na równości ich wszystkich, albo na tym, że jakiekolwiek różnice między nimi najzwyczajniej nie mają znaczenia.

Jarosław Pietrzak

Tekst (w skróconej wersji) ukazał się 22 czerwca w Tygodniku Faktycznie (nr 25/2017).

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Na zdjęciu: Joseph Mannah

Garść tłumaczeń

Mam na sumieniu kilka tłumaczeń, do których czuję się przywiązany, wrzucę je więc tutaj zebrane w postaci linków:

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Na zdjęciu: akwedukt w Segovii.

Barcelona. Trzy miniatury

Miniatura 1. Lokalna przychodnia

Barcelona jest jak film Almodóvara.

Kiedy już uzyskałem NIE (hiszpański numer identyfikacyjny dla cudzoziemców), podpisałem kontrakt, zarejestrowałem się w tutejszym systemie ubezpieczenia społecznego, zacząłem pracę i załatwiłem (przy ogromnej pomocy Dmitrija, który na szczęście dobrze znał cały proces) empadronamiento (tutejszy odpowiednik zameldowania), przyszła kolej na zapisanie się w lokalnej przychodni. W taki sposób człowiek zostaje tu wciągnięty na listę systemu ochrony zdrowia. W Hiszpanii, w przeciwieństwie do np. Wielkiej Brytanii, jest to konieczne nawet w razie dwudniowego przeziębienia, trzeba do pracy dostarczyć papier z przychodni, bez niego nieobecność będzie nieusprawiedliwiona.

No więc znalazłem moją przychodnię CatSalut (katalońska publiczna służba zdrowia), dotarłem na piętro (drugie), na którym się taka rejestracja w tej konkretnej przychodni odbywa. Pobrałem numerek, bo w Hiszpanii prawie wszędzie pobiera się numerek, żeby stanąć lub usiąść w kolejce i czekać na wezwanie. No i zostałem w końcu wezwany.

Kobieta, która mnie wezwała, była niczym Agrado z Wszystko o mojej matce. Miała podobny głos, podobne włosy, tylko dłuższe, zachowywała się podobnie i mówiła z takimi samymi manieryzmami. W pewnym momencie zorientowała się, że rozumiem co najwyżej połowę z tego, co mówi, więc zapytała, czy rozumiem i czy mówię po hiszpańsku. Ja na to, że tylko trochę. Ale się uczę! – dodałem szybko, kładąc na blacie tom wybranych poezji Lorki w wydaniu oksfordzkim, w którym każdy wiersz jest w oryginale (po lewej) i w angielskim przekładzie (po prawej), co jej niezwłocznie pokazałem. Z Lorką to będzie trudne, odpowiedziała, muy difícil, podkreśliła jeszcze, robiąc jedną z tych min jak Agrado.

„Agrado” obejrzała się w lewo, na krześle obok siedział jej kolega. Zapytała go, który z lekarzy mówi po angielsku, żebym się mógł dogadać bez problemu. Jej kolega odpowiedział jakimś nazwiskiem, ale nie wyglądał na szczególnie przekonanego, więc „Agrado” złapała za telefon i zadzwoniła do tego lekarza albo lekarki, czy może mu albo jej przypisać takiego nowego cudzoziemca. „Agrado” przez chwilę słuchała odpowiedzi płynącej ze słuchawki, wyglądało mi na to, że lekarz bądź lekarka się wzbrania trochę, niepewny bądź niepewna swojego angielskiego, bo „Agrado” wyprostowała się nagle, żeby zainterweniować: Ale on się uczy! Z Lorką!

Po chwili się rozłączyła. Miałem więc już lekarza. Skserowała mój paszport, moje empadronamiento, mój NIE, wydrukowała, co tam trzeba z CatSalut, dała mi tymczasową kartę, ta właściwa dotrze w przeciągu trzech miesięcy. Na koniec wskazała palcem mojego Lorkę, znowu zrobiła jedną z tych min Agrado – Ale musisz się naprawdę uczyć, dużo, ciężko – mucho, duro.

 

Miniatura 2. Siłownia imienia Joana Miró.

Barcelona to jest chyba jedyne miasto na świecie, które nazwałoby siłownię imieniem artysty wizualnego. Mieszkam nieopodal Plaça d’Espanya (to po katalońsku, po hiszpańsku Plaza de España). I chyba dlatego, że nie tak daleko, po drugiej stronie MNAC (Narodowego Muzeum Sztuki Katalońskiej) jest muzeum Joana Miró, a jeszcze bliżej park imienia tegoż, lokalny „klub sportowy”, całkiem imponujący (tylko hiszpańskim zwyczajem jest jak na mój gust i potrzeby za mało ciężarów i przestrzeni na nie, na korzyść zajęć grupowych, ale mniejsza o to) – no więc nazwali ten klub Centre Esportiu Joan Miró. Logo „zrobione” jest z lekko gryzmołowantej, roztrzęsionej sygnatury Miró.

Barcelona nie potrzebuje swojego „gejowskiego dystryktu”, czegoś w rodzaju londyńskiego Soho. Całe miasto jest jak jedno wielkie Soho. Mój małżonek dołączył tu do mnie niedawno, zjechał z Londynu, i poszliśmy go zapisać na tę siłkę.

Dziewczyna w recepcji: Rozumiem, że jesteście parą.

Tu należy się pauza – żeby docenić powagę sytuacji. To nawet nie było właściwie pytanie, to była konstatacja.

W Barcelonie to jest normalna rozmowa nieznających się lub znających się powierzchownie osób w miejscu publicznym. Dwóch facetów, jeden biały, drugi czarny, przyszło razem się zapisać na siłownię, więc o co innego może chodzić, rozumiem, że jesteście parą.

Tak, jesteśmy, my na to. Chodziło o to, że po tym promocyjnym okresie, z którego skorzystaliśmy, żeby uniknąć „zapisowego”, możemy zaoszczędzić parę euro, korzystając potem z karnetu rodzinnego.

 

Miniatura 3. Praca, czyli dom wariatów

Niby pracuję tu w międzynarodowej niemieckiej korporacji (jak wiemy od Samira Amina, międzynarodowe korporacje mają zawsze mimo wszystko jakąś „narodowość”), ale moje biuro to dom wariatów. Też jakby z Almodóvara.

Dwa tygodnie temu poszliśmy na poranną przerwę, na drugie śniadanie. Ja, Włoch Teo i Baskijka Nekane. Teo ciągle opowiada o różnych gejowskich imprezach, na które chodzi, a jak nie, to o swoich chłopakach. Prawie wszyscy byli z Europy Wschodniej, twierdzi, że to dlatego, że są spokojni.

Ja: Faceci z Europy Wschodniej są spokojni?

Teo: No, wiesz, ja tu porównuję do Latynosów, facetów z Europy Południowej. W porównaniu z nimi – tak. Z Latynosem to bym nie wytrzymał, sam jestem z Włoch, to już by było za dużo.

Więc siedzieliśmy na tym drugim śniadaniu, Nekane zapytała mnie, z kim mieszkam, ja na to, że mój mąż właśnie przyjechał, mieszkamy z takim znajomym z Londynu, Rosjaninem Dmitrim.

Teo (westchnął, jak usłyszał o tym mężu): Ja to nigdy nie będę miał męża. (Westchnął jeszcze raz) Może to moja wina, może to ja tak naprawdę nigdy żadnego nie chciałem.

Jest faktem, że trudno sobie wyobrazić, że to on mógłby być systematycznie odrzucany. Teo jest dość nieprzeciętnym mężczyzną, jest hałaśliwy, jest, jak to mówią po angielsku flamboyant, ale jest też cholernie przystojny i spektakularnie muskularny, w doskonałej formie. Przychodzi do pracy w szortach i w podkoszulkach bez rękawów, czasem nawet takich głęboko wciętych, błyskając na wszystkie strony swoimi muskułami i tatuażami.

Niedawno przyjęli dwudziestoparoletniego Niemca, który mówi nawet parę zdań po polsku, bo go jego polscy przyjaciele w rodzinnym mieście w Niemczech nauczyli. Tim ma chłopaka z Algierii, który jednak z powodów wizowych tkwi w Kanadzie. Niedawno miał urodziny i Tim poprosił wszystkich, nie wyłączając mojej intrygującej syryjskiej przełożonej, żeby powiedzieli mu życzenia urodzinowe, każdy w swoim języku, on to nagrywał na telefonie, potem to zlepił wszystko i mu wysłał taki film w prezencie.

Tydzień temu wyszliśmy na przerwę w cztery osoby, staliśmy w słońcu przed naszym biurowcem. Kate, która wspomniała o swojej żonie i zapytała mnie o mojego męża; Tim, który ma chłopaka z Algierii; i Romain, który, cały czas się wygłupia, że ma na Tima ochotę, choć wcale nie jest homo i zaczęło się od tego, że poczuł się zagrożony – do czasu przyjęcia Tima Romain był jedynym w biurze mężczyzną z (blond) kucykiem; kiedy Tim przyszedł pierwszego dnia, z bez porównania dłuższymi blond włosami, do połowy pleców, Romain rozglądał się na wszystkie strony i z paniką w oczach rzucał każdemu nerwowe: Cholera, mam konkurencję, mam konkurencję.

Romain siedzi za moimi plecami, obok Williama, z którym całymi dniami popychają po francusku (William jest Belgiem francophone) jakieś zupełnie rozkojarzone pierdoły, ale w tak zabawny sposób, że kilka razy dziennie zwijam się ze śmiechu. Kilka dni temu Romain coś do mnie mówił i nagle spojrzał na moje łydki, bo miałem na sobie szorty. Złapał mnie nagle za muskuł.

Romain: Rany boskie, jakie ty masz łydki, jak moje uda!

Nekane siedzi obok, właśnie dzwoniła do Meksyku, niestety linia często jest nienajlepsza, więc zaczęła go uciszać.

Romain: Jesteś po prostu zazdrosna, bo ja go dotykam a ty nie możesz!

Któregoś dnia Gökce, Turczynka z Holandii, rozmawiała z Williamem i kilkoma osobami, które były akurat w okolicy. Dopiero po chwili zacząłem zwracać uwagę, więc nie kojarzę od czego się zaczęło, ale –

Gökce: Wiesz, jeżeli masz na koncie chociaż tysiąc euro, to już samo to plasuje cię w bogatszej części ludzkości.

William: Chcesz zobaczyć moje konto? Jego saldo się wyraża w liczbach ujemnych!

Gökce (po chwili, lekko zbita z tropu; jest nowa, jeszcze nie załapała, że William i Romain to dwa pajace, których nigdy nie należy traktować poważnie): To co zamierzasz z tym zrobić? Jak zamierzasz to spłacić?

William: No nie wiem właśnie. Zastanawiam się, handel narkotykami albo może prostytucja?

Tim (ożywił się nagle i odgarnął swą blond grzywę na bok): O co chodzi? O czym oni tam gadają?

Ja: William się zastanawia, jak spłacić swój debet, waha się między handlem narkotykami a prostytucją.

Tim (wyrzucając swoje muskularne ramiona w górę i błyskając wielkim pierścionkiem na środkowym palcu lewej dłoni): Prostytucja! Prostytucja!

William: O, proszę, już mam pierwszego klienta!

Tim (do Isabel, Meksykanki): No co ja poradzę, William jest taki ładny, podoba mi się.

William jest przystojny w zupełnie inny sposób niż Teo – Teo wkłada w to mnóstwo pracy, poczynając od dwunastu godzin spędzanych tygodniowo na siłowni, William natomiast jest czarujący jakby od niechcenia i przy okazji. Z nowozapuszczoną (mówi, że z lenistwa, bo golić mu się nie chce) brodą wygląda na poważnego człowieka, którym nie jest. Kiedy mu się nudzi, albo nie chce mu się pracować, zabawia się oglądaniem wideo tego dzieciaka, co przekonuje Amerykanów do komunizmu, albo imitowaniem japońskiego akcentu – brzmi wtedy jak Toshiro Mifune w filmie Akiry Kurosawy. Kiedyś Nekane coś mi tłumaczyła, William przechodził akurat obok i połaskotał mnie pieszczotliwie za uchem – o ile mi wiadomo, nie jest homo, chciał tylko zobaczyć, jak zareaguję (What just happened??) i wybuchnął śmiechem.

Ale dzisiaj wyrzucili Williama z pracy. Wyszedł w południe, nie mówiąc nikomu ani słowa.

 

Na zdjęciu detal z muzeum Fundacji Joana Miró.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

W Barcelonie taksówki rozpływają się w deszczu

Dmitry zachęcił mnie, żebym sobie zainstalował aplikację MyTaxi – rano, jak się obudzę, zabukuję sobie taksówkę, żeby dojechać szybko i sprawnie po dokumenty z mojego nowego miejsca pracy do przedstawienia na komisariacie policji, żeby dostać potrzebny cudzoziemcom numer NIE.

W biurowcu miałem się stawić o 9:30.

O ósmej rano okazało się, że zostawiona na całą noc aplikacja się jednak nie ściągnęła poprawnie na mój telefon i ciągle nie działała, więc Dmitry zamówił mi taksówkę ze swojego telefonu. Aplikacja przyjęła i potwierdziła zamówienie. Taksówka miała przyjechać o 9:05.

Dmitry: Dzisiaj pada straszny deszcz, może się okazać, że jednak taksówka nie przyjedzie –

Ja: Jak to, taksówki nie przyjeżdżają, gdy pada deszcz?

Dmitry: No niestety, mnie to już spotkało wiele razy. Więc jakby nie przyjechała –

Ja: A czemu tak się dzieje?

Dmitry: Nie wiem, czy są z papieru te taksówki, czy oni masowo rezygnują z wyjazdu do pracy, jak pada deszcz, czy coś jeszcze innego, nie wiem. Ale tak już jest. No więc, gdyby się tak okazało, że nie przyjedzie, to możesz pobiec pod ten duży hotel niedaleko, przy Plaça d’Espanya, tam zawsze stoją taksówki, bo wiadomo, duży hotel. No jakby tam też nie było, to wsiadaj w metro.

9:00 – aplikacja MyTaxi informuje, że nie udało się jak dotąd skierować do mnie żadnej taksówki, okazało się, że nie ma wolnego kierowcy, nikt nie podjął wciąż zamówienia.

Dmitry: A nie mówiłem? Lepiej się zbieraj i biegnij pod hotel.

Ja: A jak się spóźnię, fuck, czy ja się muszę zawsze spóźnić do nowej pracy?

Dmitry: Jestem pewien, że oni tam zrozumieją, przecież widzą, że pada.

Ja: To znaczy, że to takie oczywiste tutaj, pada deszcz, więc się spóźniłem, spóźniłem się, bo pada deszcz?

Dmitry: Hm… Raczej tak.

Potrząsam głową z niedowierzaniem.

Biegnę pod ten hotel. Nie ma taksówek, tych kilka, które się pojawia, już są zajęte, zabukowane. Pod hotelem, chowając się przed deszczem, czeka już grupa kilku osób, wszyscy w nadziei na taksówkę. Kilka przejeżdża ulicą, ale wszystkie zajęte, nie zatrzymują się. Dziesięć minut, żeby pierwsza osoba złapała jedną. W takim tempie to co najmniej do dziesiątej będę czekał na taksówkę, mam być w biurze o 9:30. Decyduję się na metro. Zbiegając na dół po schodach wybieram numer do A. z działu Human Resources, żeby się wytłumaczyć, że jestem w drodze, niestety zamówiona taksówka nie przyjechała, więc się spóźnię, szukam właściwego połączenia metrem.

A: No tak, z powodu deszczu, wiem, rozumiem, nic nie szkodzi. Czekamy, zapytaj o mnie w recepcji, jak już dojedziesz.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Twoje oczy Arjuna Rampala

Pierwszy rozdział mojej właśnie kończonej powieści Nirvaan. Na wzbudzenie zainteresowania. Trzymajcie kciuki za rozmowy z wydawcami!

*****

My real name is Nirvaan, powiedziałeś tamtego wieczoru, kiedy po raz pierwszy się spotkaliśmy, w tej małej kiepskiej kawiarni na ostatnim piętrze tego kompleksu rozrywkowego, z którego wchodziło się wtedy do Cineworld na Shaftesbury Avenue. Chciałeś usiąść gdzieś, gdzie nie jest głośno, gdzie można porozmawiać. Tej dziwnej, kiepskiej, kawiarni już od dawna nie ma, zasłużenie, podobnie zresztą jak tego kina. My real name is Nirvaan, powiedziałeś – i już w tym momencie mnie złowiłeś, już byłem cały twój. Imię równie piękne jak jego właściciel. Patrzyłem na ciebie zachwycony, na twoje miękkie ale zaczesane do góry, czarne jak smoła włosy, na twoją przecudownie śniadą cerę, na twoje wielkie czarne oczy, które wydawały mi się przymglone jakimś smutkiem, a ta kępka włosów pomiędzy twoją dolną wargą a podbródkiem podniecała mnie na myśl, jak będzie łaskotała, jeśli uda mi się ciebie pocałować. Jak nirvana? – zapytałem. Tak, ty na to, just with the last two characters swapped. Przy swapped wykonałeś ten gest palcami, w którym zastąpiły się nawzajem miejscami.

Zawsze miałem słabość do mężczyzn o pięknych imionach, ale Nirvaan! – to imię przebiło wszystko, malownicze (śląskie? góralskie? – nigdy nie wiedziałem) nazwisko Maćka, przebiło nawet Djamela. Pamiętam jak dzisiaj piękny ciepły dzień tamtego lata, kiedy po raz pierwszy pojechałem szukać jeśli nie szczęścia, to materialnego ratunku, na Zachód, w moje pierwsze zagraniczne poszukiwanie pracy „w Unii”, kiedy Polski jeszcze „w Unii” nie było. W powietrzu unosiła się wilgoć z poprzedniego dnia ulewnego deszczu. Djamel szedł w swoich ciemnoszarych spodniach na kant, ale bez butów, boso po żwirze, którym usypana była droga z zamku do bramy. Na zamku w Châtillon Djamel był przewodnikiem, a ja przyjechałem właśnie, żeby przez całe lato być skrzyżowaniem pokojówki, kelnera, sprzątaczki, pomocnika od wszystkiego. Djamel pociągał mnie od pierwszej chwili, kiedy spojrzał na mnie, spod tych swoich gęstych, brązowych brwi, tymi swoimi wielkimi, bardzo jasnymi jak na Araba oczyma, tak mi się wtedy wydawało, że były bardzo jasne, jak na Araba, spojrzał na mnie sponad książki, którą czytał przy drewnianym stole w ogrodzie, gdy gruby, trochę gburowaty strażnik Daniel przywiózł mnie z dworca. Chciałem jakoś zagadać, podtrzymać kontakt, który, wydawało mi się, zaiskrzył już owego pierwszego dnia, na linii naszych skrzyżowanych spojrzeń. Ton prénom, Djamel – ça veut dire quelque chose en arabe? – zapytałem o znaczenie jego imienia, w nadziei, że rozmowa na tematy mniej lub bardziej językowe nie grozi z mojej strony żadną kompromitacją, że zrobię dobre wrażenie i jakoś się to dalej potoczy. Arabskie imiona zwykle mają dosłowne znaczenie. Ponieważ byłem wtedy jeszcze bardziej nieśmiały, jeszcze wtedy po prostu śmiesznie nieśmiały, spuszczałem co chwilę wzrok, który siłą rzeczy spadał jakoś na jego stopy. Piękne stopy. Ludzkie stopy, ta najbardziej niedorzeczna część ludzkiego ciała, tak rzadko są piękne, ale jego naprawdę były. Długie, dłuższe od moich, ale naprawdę piękne, z długimi, kształtnymi, zwartymi palcami; do dzisiaj pamiętam ten duży palec z pięknym, szerokim paznokciem i kilkoma włoskami, pamiętam, że nawet ten najmniejszy palec miał zdecydowany kształt, z każdym stawem wyraźnie zarysowanym. Djamel się zaśmiał i odpowiedział tą swoją przyjemną, miedzianą chrypką: Oui, ça veut dire ‘beauté’. C’est con, s’appeller comme ça, tu trouves pas? – zapytał. Petit garçon, comment t’apelles-tu? Beauté, madame – wygłupiał się, imitując dialog dziecka z zadającą mu pytania „panią”. Nie, ja wcale nie uważałem, żeby to było con, s’appeller comme ça, oczarowało mnie, że można mieć na imię Piękno, i że to akurat on, ten przedziwnie – nietypowo, nie dla każdego oka, ale jednak przecholernie – piękny student filozofii tak pięknie miał na imię. Od tamtej pory nie mogłem zasnąć po nocach, pragnąc tego piękna dotknąć, pragnąc tego piękna posmakować, poczuć je przez skórę, poczuć je językiem, poczuć je innymi członkami mojego ciała. Wyczekując każdego z tych spotkań – na kamiennych kręconych schodach zamku, w ogrodzie przed zamkiem, popijając coś wieczorem w barze czy w którymś z salonów. Albo przy stole. Ja tamtego lata podawałem do stołu, service russe: pochylasz się z tyłu każdej osoby, podsuwając tacę z mięsem czy rybą od lewej strony. Djamel siedział z gospodarzami przy stole. Wyczekiwałem każdego z tych posiłków. Jego włosy, kręcone, brązowe, niespecjalnie arabskie, może takie właśnie są kabilskie włosy, cholera wie, nigdy wcześniej nie znałem żadnego Kabila, nie słyszałem nawet o ich istnieniu; jego śniady kark, jego szczupłe ramię – dzieliły ode mnie tylko wątłe centymetry lipcowego, potem sierpniowego powietrza. Dzięki temu jego Merci, Jarek brzmiało za każdym razem jak szept do ucha.

Ale Nirvaan – to imię przebiło nawet Djamela. Jeszcze z tym fascynującym, podwójnym a. Znaczy to samo, co nirvana, dodałeś. Pomysł twojej babci, to ona chciała, żebyś miał tak na imię, żeby ci to wróżyło stan wiecznego szczęścia.

My real name is Nirvaan

Dlaczego w ogóle musiałeś mi „wyjawiać” swoje prawdziwe imię? Bo w mailu, odpowiadając na mojego posta na Gumtree (Gumtree miało wtedy jeszcze sekcję Dating, a w niej podsekcję Guys Seeking Guys), podpisałeś się Theo. Adres email, którego użyłeś, nie składał się z prawdziwego nazwiska, ani nie zawierał prawdziwego imienia, mówił tylko coś, że jesteś „Saffa”, czyli pochodzisz z Republiki Południowej Afryki. Pamiętam, że zapytałem, jeszcze zanim się spotkaliśmy, może w pierwszym mailu, czy może jesteś greckiego pochodzenia. Tak z głupia, bez podtekstów, żeby cokolwiek zagaić, Theo wydawało mi się bardzo greckim imieniem, miałeś czarne włosy i śniadą cerę, w pierwszej chwili pasowało mi to do Śródziemnomorza, no i jako nowoprzybyłego, ekscytował mnie ten londyński tygiel ludzi przybyłych ze wszystkich stron świata. A jednak nie nazywałeś się Theo tylko Nirvaan, a nie podpisałeś się prawdziwym imieniem, bo nie chciałeś ujawniać swoich indyjskich korzeni. W obawie przed kolejnym odrzuceniem. Ktoś powiedział ci parę tygodni wcześniej, że nie chciał kontynuować znajomości i wiedziałeś, dał ci to jakoś wyczuć, że to dlatego, że jesteś Hindusem. Ktoś bił po oczach na Gumtree, Gaydarze i na Gay Romeo, że co prawda nie jest rasistą i nie ma uprzedzeń, ale jednak absolutnie „no Indians”. Ktoś inny opowiedział ci historię swojej minionej już miłości. Opowiedział ci ją, żeby ci wytłumaczyć, dlaczego tak wielu gejów ucieka tu przed Hindusami. Spotkał pięknego Hindusa, oszalał na jego punkcie, byli razem przez jakiś czas. Ten Hindus też był do niego przywiązany, ale jednak rozstał się z nim, gdy rodzina zażądała, by się w końcu ożenił. Powszechna na londyńskiej „scenie” opinia o Hindusach jest, jak mi powiedziałeś, taka, żeby nie wiązać się z nimi na poważnie i nie liczyć na nic poważnego z ich strony; żeby omijać szerokim łukiem, jeśli się czegoś poważnego szuka, bo Hindus może być homo, ale jak rodzina zażąda, to on się zwinie w sobie i spełni pragnienia swoich rodziców. Hindus nigdy nie postąpi wbrew ich woli, podobno, tak mówią.

Pamiętam, że wzrok mi uciekał w stronę twoich dłoni. Twoje dłonie były przepiękne. Z tymi twoimi długimi palcami, jednak tak harmonijnie długimi, harmonijnie w proporcjach do twojego wysokiego wzrostu. Ty się jednak spłoszyłeś tą wędrówką moich oczu i jak mały chłopiec – przy twoim wzroście to było rozczulające – schowałeś obie dłonie pod pachy. Powiedziałeś, że strasznie ci wysychają, bo tu jest tak zimno. Próbowałeś już różnych kremów, ale nic nie pomaga, matka miała ci coś kupić w Durbanie i przywieźć z sobą, jak przyjedzie w odwiedziny. Był kwiecień, jak na mój gust nie było wcale aż tak zimno, ale ja pochodzę z krainy prawdziwych mrozów, a ty, bądź co bądź, z Afryki.

Dopiero, kiedy mi powiedziałeś, że tak naprawdę masz na imię Nirvaan, zdałem sobie sprawę, że od razu mogłem był zidentyfikować twoją „indyjską tożsamość”, gdybym tylko nie zafiksował się na tym, że Theo to greckie imię. Po twoich oczach Arjuna Rampala. Twoich oczach pięknych jak u Arjuna Rampala, takich jak jego oczy. Pamiętam, o czym jeszcze rozmawialiśmy tamtego wieczora. O indyjskim kinie, bo opowiedziałem ci o projekcie filmu dokumentalnego o kinie w Indiach, który napisałem, i nawet dostaliśmy jakiś grant z tego nieszczęsnego Instytutu Filmowego w Polsce, wtedy nawet mieliśmy już zdeklarowanych francuskich koproducentów, ale polska strona budżetu wciąż była niedopięta i ciągnęło się to już tak wiele miesięcy, że nie wiedziałem, czy kiedykolwiek coś z tego wyjdzie. Jakiś czas potem okazało się, że dopiąć się tej polskiej części budżetu nigdy nie udało, projekt się rozleciał, podobnie jak inny tuż przed moim wyjazdem. Ty powiedziałeś mi, że twój ojciec wynajmuje często w Durbanie dom bollywoodzkim filmowcom, gdy kręcą jakieś zdjęcia w RPA, co im się często zdarza. Znał na przykład Saifa Alego Khana. Jakby co, to mógły z kimś skontaktować, może mógłby w czymś pomóc.

Pytałeś, dlaczego wyjechałem z Polski. Właśnie dlatego. Dlatego, że miałem już dosyć życia w kraju, w którym nic się nie da, w którym nic nie zależy od mojej pracy, od moich zdolności, od mojej wiedzy, od mojego wysiłku, od mojej woli, po prostu nic nie jest możliwe, nic się nie da, jeśli twój ojciec kogoś nie zna, jeśli jakaś pizdunia na carskim tronie w Instytucie nie ma kaprysu, żeby obdarzyć cię łaską grantu czy stypendium, jeżeli nie jesteś wiecznie pochylonym paziem na dworze któregoś z ojców chrzestnych w tej czy innej Republice Kolesi. Projekty filmowe składały się jak domki z kart, gazety nie płaciły, albo płaciły z wielomiesięcznymi opóźnieniami, z tłumaczeniami to samo, zresztą wszystko to były śmieszne pieniądze, z których na dłuższą metę wyżyć się w Warszawie nie dało. Kiedyś pracowałem – pisałem, tłumaczyłem – prawie codziennie, siedem dni w tygodniu, a przez ponad dwa miesiące nikt mi za nic nie zapłacił, nie przyszedł ani jeden malutki nawet przelew. Musiałem pożyczyć pieniądze od mojego młodszego brata, żeby zapłacić czynsz. Dla ciebie to było dziwne, w świecie anglosaskim jeśli pisujesz dla ogólnokrajowych tygodników czy miesięczników, to brzmi dumnie, i co jak co, ale wyżyć to się z tego chyba raczej dało, przynajmniej jeszcze wtedy, no ale niestety w Polsce z freelansowania często się nie da. Bałem się, że niedługo albo zabiję siebie, albo przypadkowych ludzi na ulicy, więc spakowałem walizki i wyniosłem się gdzieś, gdzie mnie jeszcze nigdy nie było. Pragnąłem całkowicie zmienić otoczenie, potrzebowałem, żeby wszystko wokół mnie się zmieniło, żebym mógł zresetować sobie mózg, żeby otoczył mnie nowy świat, którego będę się musiał nauczyć od początku, żeby to uczenie się go zajęło całą moją uwagę i pozwoliło zapomnieć o frustracji i rozgoryczeniu. Dlatego przeniosłem się nagle do Londynu, miasta, w którym nigdy wcześniej nie byłem nawet na weekend.

Ty powiedziałeś mi, że nie znosisz Bollywood, prawie nic nie oglądałeś. Twoi rodzice robili ci wyrzuty, że przecież jesteś Hindusem, jak możesz tak się odcinać od własnej kultury. Ale ty z tego wszystkiego lubiłeś tylko Madhuri Dixit. O tak, ona jest wspaniała – oczy mi się zaświeciły, gdy zacząłeś o niej mówić, bo Devdasa widziałem kilka razy; ten taniec na siedząco przy piosence Mar Dala, to jest naprawdę coś niebywałego. Zapytałeś, czy widzałem Aaja Nachle. Nie, nie widziałem. Twoja twarz rozpromieniła się wyrazem szczerego uznania – Dixit jest tam wspaniała, powiedziałeś. To jedyna indyjska gwiazda filmowa, którą naprawdę lubiłeś, reszta cię w ogóle nie obchodziła. Ale byłeś pod wrażeniem mojej wymowy ich nazwisk, to pamiętam, choś nie pamiętam, o kim jeszcze rozmawialiśmy. Pewnie o Rani Mukherji, nie mogłem jej nie wspomnieć. Powiedziałeś mi, że zawsze chciałeś być nie-Hindusem, być „białym”. Nigdy nie lubiłeś kultury swojej rodziny, nie odczuwałeś jej jak własnej, czułeś się w niej uwięziony. Nawet curry nigdy nie gotowałeś. Sam to powiedziałeś, to nie był jakiś mój głupi, rasistowski komentarz.

Z wyjątkiem prawn curry. To akurat bardzo lubiłeś gotować i bardzo lubiłeś jeść, jedno z twoich ulubionych dań. Mój angielski pełen był wtedy dziur. Skanowałem zasoby swojej pamięci, ale nic nie wskazywało na to, że kiedykolwiek wiedziałem, co to jest prawn, że kiedykolwiek znałem takie słowo. Próbowałeś mi wytłumaczyć, że to taka jakby ryba, tylko w muszli (tak sobie w myślach przetłumaczyłem shell, ale w istocie chodziło ci o skorupę). Myślałem, że może chodzi o jakieś małże, ale ty dalej, że nie, że jak shrimp raczej, ale co to jest ten shrimp, też nie wiedziałem, albo nie potrafiłem sobie przypomnieć – nie dało się ukryć, nie byłem dobry w owoce morza. Zaśmiałem się zażenowany, przepraszając za słabości mojego angielskiego, obiecałem sprawdzić w słowniku, jak tylko wrócę do siebie.

Tłumaczyłem się, że angielski to mój trzeci język, uczyłem się go później i mniej niż francuskiego, trochę mi czasem brakuje słów i nie wszystko, zwłaszcza, gdy przychodzi do języka mówionego, rozumiem. Ty powiedziałeś, że wyglądam właściwie bardziej na Francuza niż na Polaka. Jakoś nie przypominałem ci innych Polaków, których spotkałeś. Powiedziałeś coś o przyjacielu, którego miałeś, chyba nawet z Katowic, gdzie studiowałem, powiedziałem ci, że pochodzę z miasta tuż obok. Miał na imię Rafał. Twoim zdaniem ubierałem się trochę jak Francuz i mój akcent nie przypomina tego, jaki najczęściej mają w Londynie Polacy, jakiś taki odrobinę francuski. Bawiło mnie to, bo we Francji nieraz mnie brano za Anglika.

I powiedziałeś wtedy rzeczy, od których moje serce w środku skakało z radości, tłukąc się o żebra. Że zrobisz dla mnie to curry z tych prawns, cokolwiek to jest, zaprosisz mnie kiedyś, ugotujesz dla mnie, i zjemy razem. Że pokażesz mi Aaja Nachle. Jeśli tylko chciałem się jeszcze kiedyś spotkać, jeśli tylko chciałem cię jeszcze widzieć i kontynuować znajomość. Że jeżeli zostaniemy przyjaciółmi, to mnie kiedyś chętnie zaprosisz do Durbanu, do domu twojego ojca. Jeden z najpiękniejszych mężczyzn, jakich w życiu spotkałem, powiedziałeś mi w istocie, że tylko ode mnie zależy, jeśli tylko chcę, to się spotkamy, jeszcze wiele razy. Dałeś mi do zrozumienia, że to zależy tylko ode mnie, bo ty byłeś zainteresowany. Jeszcze nigdy tak piękny mężczyzna, mężczyzna, który tak kompletnie i w całości mi się podobał, nie powiedział mi tak otwarcie i tak szybko, że mu na mnie zależy, że mu zależy tak bardzo, że piłka leży teraz tylko i wyłącznie po mojej stronie. Chcesz, to bierz. Tak, bardzo cię chciałem – żebyś wiedział jak bardzo!

Rozmawialiśmy jeszcze o paru sprawach. Opowiadałeś mi, jak bardzo chciałeś się wydostać z Durbanu. Że tam nikt, nawet twoi najbliżsi przyjaciele, nie wie, że jesteś gejem. Swoje jedyne homoseksualne doświadczenia przed przyjazdem do Londynu miałeś w Australii, byłeś tam na zagranicznym stypendium. To było Sydney, Melbourne? Nie pamiętam. W Durbanie nikt nie wiedział, bo tak bardzo obawiałeś się, że wszystko, co powiedziane szeptem, zostanie powtórzone na głos. Ja zadałem jakieś pytania, o to, jak to w końcu jest, być gejem w RPA, w końcu pierwszy kraj, który zakaz dyskryminacji ze względu na orientację homoseksualną wpisał sobie do konstytucji, tak mi się kojarzyło. There is only one gay bar in Durban, powiedziałeś mi, and I can’t go there because in Durban everybody knows my father, and he would know the next day. “Scena” jest w Kapsztadzie. Durban to duże, ale nudne, drobnomieszczańskie miasto. There is only one gay bar, and it’s empty – dodałeś. Jest tylko jeden gejowski bar w Durbanie, i stoi pusty; mało kto tam chodzi, bo się wszyscy boją, że ktoś ich tam zobaczy i powie ich rodzinom. Tak jak ty się bałeś.

Opowiedziałeś mi, jak przez całe studia udawałeś przed światem i rodziną, że jesteś hetero. Nie było łatwo wyrwać się z tej pułapki, bo jesteś wszystkim tym, czego porządka hinduska rodzina chce dla swojej córki: twój ojciec ma pieniądze, pochodzi z najwyższej kasty, jesteś wysoki, byłeś na uniwerku, twoja skóra jest, na hinduskie standardy, jasna; to ostatnie ma znaczenie, bo jasny kolor skóry jest w indyjskiej kulturze synonimem piękna i wysokiej pozycji społecznej – przypomniałeś mi o tym, choć ja doskonale o tym wiedziałem. Powiedziałem ci, że studiowałem kulturoznawstwo. Tak więc na potrzeby tego przedstawienia spotykałeś się z odpowiednimi z matrymonialnego punktu widzenia dziewczynami. Z „porządnymi dziewczynami z porządnych hinduskich rodzin” udawało się stosunkowo łatwo unikać nadmiaru zbyt intymnych okazji, ale zachowywałeś się czasem jak dupek, jak palant, żeby cię jednak za bardzo nie polubiły, żeby sobie za dużo jednak nie zaczęły wyobrażać. Potem zerwałeś jedną taką znajomość, i drugą; zerwałeś je bez sensu, po chamsku, żeby nic z tego nie rozumiały, żeby im przeszło, cokolwiek tam sobie roiły. Byłeś okrutny, ale dlatego, że nie umiałeś wydostać się z tego potrzasku, w którym byłeś nieszczęśliwy.

Dlatego właśnie tak bardzo chciałeś wyrwać się z Durbanu, niczym z przedstawienia, w którym odgrywałeś główną rolę, o którą nigdy nie zabiegałeś; wyrwać się z tego oblężenia, na drugi koniec świata, do Londynu, by wreszcie złapać oddech. Tu można złapać oddech, i nikt nie zna twojego ojca, nikt mu nie powie, że cię widział w Soho. Twojej rodzinie nie podobał się cały ten twój pomysł z wyjazdem do Londynu; ojciec chciał użyć swoich kontaktów, by załatwić ci jakąś porządną posadę tam, w Durbanie. Ale wcisnąłeś im w końcu, że Londyn to możliwości rozwoju, dobry początek kariery, można się wiele nauczyć, zdobyć doświadczenie, które potem zawsze pomaga i robi wrażenie. To do nich przemówiło, ale teraz nie mogłeś się przyznawać, jeśli cokolwiek szło nie tak. Nie mogłeś się przyznać, że tamten pierwszy, dobrze płatny kontrakt się skończył i ponieważ drugiej równie dobrej pracy nie znalazłeś, wziąłeś znacznie gorzej płatną, szeregowego księgowego w wielkiej firmie. Przędłeś tak sobie. W Londynie z kiepsko płatnej pracy ciężko o coś więcej niż elementarne wiązanie końca z końcem, wynajmując u kogoś pokój. Ale rodzinie nie mogłeś o tym powiedzieć. My family needs to think I’m doing well in London. Powiedziałeś, że nie zależy ci na pieniądzach, ale żeby rodzina ci dała spokój, nie molestowała cię o powrót do Durbanu, lepsza praca by nie zaszkodziła. Jeśli o mnie chodzi, powiedziałeś, zupełnie mi nie przeszkadza ubieranie się w H&M, nie muszę nosić swetra za sto funtów, mogę nosić ten za dwadzieścia parę. Wskazałeś na sweter, który miałeś na sobie; był w szerokie, czarne i beżowe pasy, i naprawdę pięknie ci w nim było. Miałem ochotę ci powiedzieć, że jak ktoś jest tak piękny jak ty, z twoim wzrostem, szerokimi ramionami i karnacją, to we wszystkim wygląda tak, że nie sposób się za nim nie obejrzeć. Bałem się jednak przeszarżować, więc nic nie powiedziałem.

Rozumiałem twoją potrzebę wydostania się do Londynu, by zacząć oddychać. Sam przyjechałem tu również po to. By uciec od przenikającego całe polskie powietrze trupiego smrodu tego najgorszego szczepu katolicyzmu; ten trupi smród polskich gejów dusi i tłamsi, aż większość z nich, najdalej do trzydziestki, stanie się albo sfrustrowanymi, cynicznymi pizdami, albo bojącymi się własnego cienia łajzami, uważającymi cały czas, jak tu nikogo swoim istnieniem nie urazić, przerażonymi perspektywą spotkania twarzą w twarz z drugim człowiekiem, które dopuszczają dopiero po przejściu przez zasieki kilkudziesięciu wymienionych maili i wiadomości. Tak, doskonale cię rozumiałem, ja też chciałem w Londynie zacząć oddychać, przyjechałem tu także po to. W mieście, w którym dwóch całujących się na ulicy mężczyzn nie budzi już nawet większej ciekawości, musi być ktoś więcej, niż tylko pizdy i łajzy, ewentualnie przyszłe, jeszcze nieurobione pizdy i przyszłe, jeszcze nie całkiem udupione łajzy.

Powiedziałeś mi jeszcze o kilku czarnych facetach, do których próbowałeś zagadać w sieci, na Gumtree i Gaydarze, może gdzieś jeszcze. Powiedziałeś mi, że lubisz czarnoskórych mężczyzn, bardzo ci się podobają, ale oni wszyscy cię kompletnie zlekceważyli i za każdym razem bardzo cię to zabolało. Nawet nie chcieli z tobą pogadać?, niedowierzałem. Może dlatego, że nie mam w gaciach tyle samo, co oni? – wzruszyłeś z rezygnacją ramionami. A może to był ciągle ten problem z Hindusami?

Robiło się późno, musieliśmy łapać metro, była środa, ty następnego dnia musiałeś iść do pracy. Ja jeszcze (albo znowu) nie miałem pracy. Obaj wzięliśmy Northern Line, tylko z przeciwnych platform, w przeciwnych kierunkach, ja na Finchley, ty do Tooting.

Gdy tylko dotarłem do domu, przywitałem się z Agatą, współlokatorką, która właśnie wróciła z pracy. Trochę ją już intrygowała intensywność mojego życia towarzyskiego w mieście, do którego dopiero co się przeprowadziłem i do niedawna prawie nikogo w nim nie znałem. Pobiegłem do słownika, sprawdzić, co to są te prawns. Napisałem szybko esemesa, że już wiem, i że nie potrafiłem zajarzyć, bo nazwa jest tak niepodobna do francuskiej. I że bardzo chciałbym się jeszcze spotkać, nie tylko na te krewetki. I enjoyed your company and really want to see you again. Skoro piłka była po mojej stronie. Chcesz, to bierz? Biorę więc. Odpowiedź dostałem w mniej niż minutę, co podekscytowało mnie jeszcze bardziej. Odpisałeś, że właśnie do mnie pisałeś, gdy dostałeś mojego esemesa; że polubiłeś mnie – lub podobam ci się, cholera wie z tym I like you – i że musimy się spotkać, że się spotkamy, czym prędzej. Definitely, to nie był koniec naszej znajomości. Zamknąłem się w moim malutkim pokoiku, moim pierwszym lokum, jakie miałem w Londynie, pokoiku, w którym nie mieściło się wiele więcej niż moje wąskie, jednoosobowe łóżko, nawet walizka, w której wciąż, z braku większej szafy, leżała większość rzeczy, jakie miałem z sobą w Londynie, musiała spoczywać wepchnięta pod nie. Leżąc na tym wąskim łóżku ściśniętym między ścianami wąskiego jak kiszka pokoiku, byłem pijany szczęściem, choć tamtej nocy nie wypiłem kropli alkoholu, tylko kawę i jakiś kiepski sok pomarańczowy.

Byłem pijany szczęściem, bo dopiero się uczyłem chodzić po tym mieście, ciągle nie umiałem w nim znaleźć pracy, musiałem w międzyczasie wyskoczyć do Lyonu, a stamtąd do Annecy, żeby pomóc mojemu poprzedniemu polskiemu pracodawcy w formalnościach i kontaktach z prawnikiem, i w ten sposób nadgonić trochę z gotówką (pozostałości ze stypendium scenariuszowego z Instytutu Filmowego ubywało w oczach), mieszkałem w tym ciasnym pokoiku, patrząc na jego okno z pojedynczą szybą z przerażeniem myślałem o tym, co będzie zimą – a jednak czułem, że oddycham. Po tym powrocie z tygodniowej zarobkowej podróży do Annecy przez kilka dni każdego wieczora spotykałem mężczyznę, i każdy wydawał się fajniejszy od poprzedniego, ty wydawałeś się kulminacją tej tendencji, byłeś z nich najpiękniejszy i jakoś tak najlepiej się czułem, najzwyczajniej z tobą rozmawiając. Dwóch rzuciło mnie już było na głębokie wody rozkoszy zupełnie niespodziewanej. A jednak euforia wywołana samym spotkaniem z tobą, samym twoim towarzystwem, widokiem twoich oczu Arjuna Rampala, rywalizowała z orgazmami, które tamci podarowali mi pod osłoną dwóch minionych nocy. Do kolejnego spotkania z tobą tęskniłem bardziej niż do ich ciał, a do tych ciał tak memu ciału zasłużonych tęskniłem, owszem, bardzo. Uda mi się zostać tym, który w tych twoich smutnych oczach Arjuna Rampala rozpali trochę radości? – to było pytanie, z którym zasypiałem.

And you know what? Nigdy nie zrobiłeś dla mnie tego curry z krewetek.

Nirvaan ilustracja (7)

Jestem na Facebooku i Twitterze.

„Smutki tropików” – recenzje

Rok 2016 dobiegł końca. Był to rok, w którym wydałem moją pierwszą książkę w całości moją i na papierze, Smutki tropików. Współczesne kino Ameryki Łacińskiej jako kino polityczne. Dlatego postanowiłem z tej okazji przygotować tego posta, w którym będe zbierał recenzje książki w prasie i w sieci. W zamyśle post ma być edytowany, gdy/jeśli ukażą się kolejne.

ksiazka-5

Smutki tropików

Książka opowiada o kinie latynoamerykańskim, ale zarazem jest to jedna z kompetentniejszych opowieści o Ameryce Łacińskiej ostatnich dekad, czasu tryumfu neoliberalnej polityki i uwiądu egalitarnych utopii.

Na dodatek czytając Pietrzaka, odnosimy wrażenie, że Latynosi są dużo lepiej przygotowani do ogarnięcia realiów i dynamiki peryferyjnej wersji kapitalizmu aniżeli my […].

Lektura Smutków tropików z pewnością może stanowić punkt wyjścia nie tylko do zapoznania się z twórczością zaangażowanej kinematografii ostatnich lat, ale również do szerszego spojrzenia na problemy trawiące Amerykę Południową.

 

Jestem na Facebooku i Twitterze.