Karim

Tamtego dnia wspiąłem się na Sacré-Coeur na Monmartre. Po schodach, bo nie chciałem wydawać na kolejkę. Była wspaniała, słoneczna pogoda, ale bez żaru. Słońce odbijało się od białych murów bazyliki, wokół której siedziało lub kręciło się sporo ludzi, oczywiście głównie turystów. Ja snułem się powoli, podziwiając miasto. Od czasu do czasu przystanąłem gdzieś, aż w końcu usiadłem na stopniu schodów. Nie wiedziałem, co robić, jeśli nie uda mi się znaleźć żadnej pracy. Potrzebowałem na czesne tyle kasy, ile się po prostu nie dało wtedy na polskiej prowincji zarobić w wieku dwudziestu dwóch lat. Potrzebowałem na czesne, zapożyczyłem się na ten wyjazd u kumpeli ze studiów, Gosi, zaczynałem się naprawdę bać, że wkrótce zbankrutuję. Nawet bilet na autobus, dwadzieścia dwie godziny z Katowic do Paryża, kupiłem tylko w jedną stronę, żeby powrotny zarezerwować, jak już coś na miejscu zarobię. To był mój pierwsz raz we Francji. Wszyscy moi znajomi studenci jeździli latem na saksy, do Niemiec, Holandii, Anglii, niektórzy Norwegii albo Szwecji. Ja pojechałem do Paryża, bo znałem język, to znaczy myślałem, że znałem, zdałem maturę na celujący, sto punktów na sto możliwych, ale od dwóch tygodni miałem wrażenie, że musiałem się widocznie uczyć jakiegoś zupełnie innego języka, albo jakiejś martwej, historycznej wersji tegoż, z takim trudem przychodziło mi wciąż zrozumienie, co ludzie wokół do mnie mówili. Czy oni muszą wszyscy mówić tak szybko, zapierdalać tak niemożliwie, urywać te końcówki?! – chciało mi się czasem płakać z rozpaczy. „Żsepa”? Na litość boską!

Ale samo miasto, choć snułem się po nim na rozrywki nie mając pieniędzy, działało na mnie kojąco. Jakże ja pragnąłem wyrwać się wreszcie na zawsze z tej mojej zapadłej dziury na Dzikim Wschodzie Europy i zacząć w końcu żyć, naprawdę żyć, w prawdziwym mieście, w zasięgu cywilizacji! W Paryżu, w podziemnym pasażu z Gare du Nord do La Chapelle, afrykańskie kobiety w swoich kolorowych sukniach i nakryciach głowy nosiły na plecach swoje piękne afrykańskie dzieci o pięknych wielkich, czarnych oczach. W dzielnicy Marais bary, nad którymi powiewały tęczowe flagi, wylewały się stolikami otwarte na ciepłe słońcem ulice, jak każde inne bistro, i nikt nie wstydził się tam siedzieć, nie potrzebował ukrywać się przed światem. Moje serce biło tam jak szalone, jakbym wchodził do jakiegoś Zakazanego Miasta – a więc można się tak nie bać, też kiedyś w końcu taki będę, nie będę się bał ani wstydził? Wszędzie były kina, a w tych kinach wszystko. Filmy z Rosji, Islandii, Hiszpanii, Indii, Chin, nawet na takiej peryferii jak Aulney-sous-Bois, przedmieście, na którym pomieszkiwałem, mieli niebawem pokazywać film z Nigerii. Z Nigerii! Zastanawiałem się, czy w mojej dziurze na Dzikim Wschodzie Europy pokażą jakiś afrykański film do 2050 roku. Jeśli otworzą tam znowu kino, bo przecież zamknęli, zanim skończyłem liceum.

I kiedy tak siedziałem na schodach przed Sacré-Coeur, naprzeciw mnie po tych schodach wchodził młody czarny mężczyzna w dżinsach z dziurą na kolanie i czerwonym t-shircie z żółtymi brzegami. Miał dwadzieścia kilka lat i był przepiękny. Jego sylwetka poruszała się giętko i zwinnie, był bardzo szczupły w pasie, jego ramiona były szerokie. Czerwony t-shirt przytulał się do jego ciała, podkreślając zachwycający kształt jego giętkiego torsu. A na tym czerwonym t-shircie, ku mojemu więcej niż zdumieniu, malował się żółty sierp i młot, i litery CCCP. Przyglądałem mu się, jak tak wchodził do góry i dostrzegłem, że nie tylko jego sylwetka była piękna – twarz jeszcze bardziej. Miał niedużą głowę, wystrzyżoną prawie do zera, ale prawie, więc pokrywał ją krótki, gęsty meszek. Miał mocno zarysowaną szczękę i wyraźnie zaokrąglony podbródek. Jego oczy były wielkie i błyszczące. Zauważyły, że się na niego gapię jak zaczarowany. Więc te oczy zaczęły spoglądać na mnie. Przerażony spuściłem wzrok. Przecież nie zagadam do niego tutaj tak na oczach tych wszystkich zwiedzających, przecież nie zagadam do niego w tym języku, którym władam znacznie słabiej, niż myślałem jeszcze miesiąc temu. Przecież może on wcale nie odpowiada zainteresowaniem, tylko się zaraz wkurwi, myśli sobie, patrząc na mnie z politowaniem, co ten pedał z nie wiadomo skąd sobie myśli, tak się gapiąc na mnie – że ja jestem taką samą ciotą jak on? I spuści mi bęcki, a nie żadne tam, że będziemy sobie zaraz jak skowronki. Czułem, jak czerwień rozgrzewa mi policzki, kompromitując mnie jeszcze bardziej, więc z braku lepszego pomysłu wpatrywałem się w swoje buty, jakbym pierwszy raz je widział, wyczekując niecierpliwie, aż mnie wyminie i ten niespodziewany koszmar dobiegnie końca. Wyminął mnie. Zdążyłem zwrócić uwagę na jego wysokie trampki, które były tak fajne i tak do wszystkiego w nim pasowały, że czyniły skubanego jeszcze piękniejszym, sprawiały, że prezentował się jeszcze bardziej dynamicznie, jeszcze bardziej sprężyście.

Odetchnąłem z ulgą, zagrożenie zniknęło gdzieś za moimi plecami. Nie oglądałem się, nie chciałem się zachowywać podejrzanie. Choć miałem poczucie, że tak usilnie unikając zachowywania się podejrzanie, zachowywałem się podejrzanie. CCCP. Na tym podkoszulku. Sierp i młot. Czy to nie powinien być obciach? Wiele pytań zacząłem sobie zadawać dopiero od tamtego wyjazdu do Francji. Ktoś, kto nie wyjeżdża z Polski, niczego nigdy nie zrozumie. Podróże zawsze kształcą, ale podróże z Polski – zwłaszcza. Polska to cieplarnia obskurantyzmu, chlew leniwej głupoty szukającej tylko w błocie, wciąż w tym samym, w którym ryje w poszukiwaniu swojej cebuli: potwierdzenia swoich obsesji, w koło Macieju tych samych, coraz bardziej tych samych.

I wtedy zauważyłem, że ktoś obok mnie usiadł, na tym samym stopniu, bardzo niedaleko. Strach sprzed paru minut jeszcze trzymał, więc pragnąc uniknąć zachowywania się w sposób podejrzany, konsekwentnie zachowywałem się podejrzanie, nie podnosząc wzroku, tylko zatrzymując go na kolanie tego, kto tam usiadł. Na pięknym ciemnoskórym kolanie, które łypało na mnie przez dziurę w przetartych dżinsach. Tych samych dżinsach na tych samych szczupłych, zwinnych nogach, które wyminęły mnie kilka minut temu. Ponieważ moje próby unikania podejrzanych zachowań robiły się coraz bardziej podejrzane, podniosłem w końcu wzrok. Serce zaczęło mi się rozbijać o żebra jak obłąkane, bo mój wzork spotkał jego oczy. Przyglądał mi się, a te czarne tęczówki błyszczały przepięknie pod podkręconymi rzęsami. I jak tak siedział już tak blisko mnie, to mogłem tylko powiedzieć, że pierwsze wrażenie było bardziej niż trafne, tak kurewnie był przepiękny. Chyba widział, że jestem w stanie co najmniej zmieszania, bo się uśmiechnął szerokim łukiem, a jego policzek (widziałem w owym momencie tylko jeden) przebił głęboki dołek. Z tym dołkiem zrobił się jeszcze piękniejszy, tak piękny, że aż wszystkie moje trzewia ściągnęły się w jeden ciasny węzeł. Teraz już wiedziałem, że o cokolwiek mu chodziło, na pewno nie był na mnie wściekły i nie chciał mi spuścić wpierdolu, ale co wystarczy, żeby powstrzymać atak paniki, to wciąż bywa za mało, żeby obudzić prawdziwą odwagę.

Je m’appelle Karim, powiedział. Et toi?, zapytał. Głos zagubił mi się gdzieś po drodze do gardła, nie wiedziałem gdzie. Ale on czekał. Przestał się aż tak szeroko uśmiechać, ale ciągle czekał na odpowiedź. Swoje długie, szczupłe, ale jednak muskularne – Boże, jak muskularne! – ramiona wyrzucił do przodu, opierając łokcie na kolanach. W tym o to odsłonięte dziurą w dżinsach, którego obecność tak blisko doprowadzała mnie do obłędu. Sugerowała, jak piękne może być wszystko inne, co Karim ma do odsłonięcia. Jarek, odpowiedziałem. Je m’appele Jarek. Zapytał, skąd to imię, pierwszy raz się z nim spotykał. De Pologne. Je suis polonais.

Jego wyrzucone w przód ramiona ułożyły się tak, że dłonie się spotkały, dotykały się kciukami i kilkoma innymi palcami. Mój wzrok umykał mi ku tym jego dłoniom, choć gorączkował się bardzo, bo w tym celu z goryczą opuszczał jego zachwycającą twarz, ale te dłonie, te palce, tak samo były przepiękne. Były długie, ale tylko na pozór delikatne. To była ich zmyłka, ściema, widziałem, że były silne, mocne, energiczne. I miały na końcach przepiękne paznokcie, jasne na tle jego ciemnej skóry, różowe, każdy najpiękniejszego kształtu, jaki tylko może mieć paznokieć akurat tego palca. Miałem ochotę zabrać te palce i pokazać je Rafaelowi, żeby zobaczył, jak wyglądają piękne ludzkie palce, piękne dłonie, piękne paznokcie, nie to, co te obłe glisty, które on na tych swoich katolickich szmirach malował. Paznokcie Karima były długie, ale nie za bardzo, zaokrągląne łukami tu i ówdzie, ale jednak trochę kanciaste, prawie płaskie, a jednak odrobinę wygięte. Jak malutkie porcelanowe dachóweczki.

T’es là en vacances?, zapytał po uciążliwie długiej chwili mojego milczenia. Zmieszałem się wtedy, poruszałem jakoś dziwnie głową, sam nie wiedziałem, czy to bardziej wyglądało na „tak” czy na „nie”, no i wydałem z siebie coś niebezpiecznie przypominającego jęk raczej niż jakieś słowa. Jakby pożarł mnie nagle wstyd, że jestem tutaj w desperackiej potrzebie znalezienia pracy, jakiejkolwiek pracy, oczywiście pewnie najgorszej z możliwych – kelnera, na zmywaku – byle jakiej, bo i tak zarobię więcej, niżbym mógł w jakikolwiek sposób zarobić w Polsce. Że potrzebowałem pieniędzy na studia. Że jestem tutaj z biedy naszej wschodnioeuropejskiej. Co zrobić, żeby tego teraz nie spierdolić? Żeby te piękne palce dotykały mnie, wbijały się we mnie dzisiaj w nocy? Czy te gładkie, twarde bicepsy, które wybijały się spod rękawków tego podkoszulka z symbolami ZSRR, mogły mnie dzisiaj objąć, ściskać, trzymać blisko i mocno?

Zauważył moje zmieszanie, spuścił więc ze mnie wzrok, a potem podniósł go przed siebie. Słońce grzało milczenie, które między nami znowu zawisło. Karim chyba też zaczął czuć się trochę głupio. Co ja wyrabiałem? Byłem z dala od mojego polskiego zadupia, od mojego piekła, od portretów papieża na scianie, od szkoły, w której korytarzu szleściła złowrogo księża sutanna, od Wojciecha Cejrowskiego na antenie publicznej telewizji. Nikt mnie tu nie znał, nic mi tu nie groziło, nikt nie rozpowie niczego na moim osiedlu. Wydarzyło się właśnie coś, o czym marzyłem i czego możliwości zazdrościłem wszystkim „normalnym”, wszystkim heterykom: siedzę sobie na mieście i przepiękny przybysz z jakiejś egzotycznej baśni – pierwszy raz w życiu rozmawiałem z czarnoskórym mężczyzną! – próbuje poderwać mnie. Na dodatek podrywał mnie przed bazyliką, mógłbym spędzić najbliższą noc z przepięknym mężczyzną – chyba muzułmaninem, zgadując po imieniu – który wyhaczył mnie przed kościołem katolików. Oprócz innych rozkoszy, które by za tym poszły, bo nie mogłyby nie pójść z tak zachwycającym mężczyzną, popełniłbym tak piękne, wymarzone bluźnierstwo. Nic nie ryzykuję, on już przecież wykonał pierwszy krok, potrzebuję tylko tego minimum odwagi, żeby na ten jego krok odpowiedzieć, wykonać własny krok i zatrzymać go przy sobie. To nie powinno być takie trudne. A jednak było. Strach mnie spraliżował. O tyle rzeczy mogłem od niechcenia zapytać, pal licho wymowę – a gdybym nie zrozumiał odpowiedzi, mogłem poprosić o powtórzenie, albo udawać, że zrozumiałem i próbować dalej. Jesteś Francuzem, czy też tu skądś przyjechałeś? Jeśli tak, to skąd? Jeśli nie, to skąd pochodzi twoja rodzina? Co robisz, studiujesz coś? Skąd ten sierp i młot na koszulce?

Ale im dłużej zasychało między nami to milczenie, tym bardziej grzęzłem w moim paraliżu. Błagam, nie poddawaj się, daj mi jeszcze szansę, pytaj dalej, mów coś, aż wreszcie uda mi się przełamać ten impas, tę blokadę, której sam nie rozumiem, i zaczniemy w miarę normalnie rozmawiać, może nawet zejdziemy z tego wzgórza i pójdziemy do któregoś z barów w jednej z tych uliczek na dole, napijemy się piwa lub wina, może nawet pójdziemy na obiad, nawet jeśli miałby mnie kosztować tyle euro, ile planowałem rozłożyć na cały tydzień. Tylko nie poddawaj się i zagadaj jeszcze raz, zapytaj o cokolwiek. Powiedz cokolwiek. Nie chcę cię spławić, wręcz przeciwnie, chcę cię zatrzymać, więcej nawet, niczego dzisiaj nie pragnę bardziej niż poczuć na sobie dotyk i energię tych nieprzyzwoicie pięknych dłoni. Tylko nie wiem, jak to zrobić.

Niestety, już wszystko straciłem. Karim poczuł się chyba niemile widziany, albo pomyślał, że może jednak jestem palantem. Wstał. Miałem wrażenie, że rzuca ku mnie spojrzenie ostatniej szansy, ale nawet tego nie wiedziałem na pewno, bo znowu nie miałem odwagi podnieść wzroku i spojrzeć mu w twarz. Więc odwrócił się i skierował po schodach w dół. Kiedy podniosłem wzrok, mogłem się już tylko przyglądać, jak jego piękna, zwinna sylwetka oddala się ode mnie. Na zawsze? To znaczy, mogłem ciągle jeszcze go zawołać, mogłem nawet wstać i podbiec do niego, ale skoro nie miałem sił ni odwagi odpowiedzieć na jego zaczepki, kiedy siedział tuż obok, dając mi do zrozumienia najjaśniej, jak tylko się dało, że jest mną zainteresowany, to skąd miało mi starczyć sił i odwagi, żeby teraz wykrzyknąć jego imię lub pobiec za nim?

Nie starczyło.

Czułem się, jakbym podpisał na siebie wyrok. Wiedziałem, że popełniłem grzech śmiertelny, za który zasługuję na najgłębszy krąg piekła. Jeśli potrafię zaprzepaścić taką szansę, to nie zasługuję na to, by kiedykolwiek poznać pieszczoty takich pięknych dłoni, uścisk silnych ramion, wilgoć ust tak pięknego mężczyzny. Popełniłem właśnie zbrodnię, zbrodnię przeciwko sobie samemu. Nigdy nie będę jednym z tych mężczyzn, którzy nie boją się siedzieć przy stoliku przed barem na Marais, w towarzystwie takich jak oni, niepomni, kto ich widzi.

W kolejnych dniach przyszedłem tam na Monmartre jeszcze dwa razy, snułem się w smutnej tęsknocie za pięknym, ciemnoskórym mężczyzną, który próbował mnie poderwać, zapragnął mnie uwieść, a ja wszystko zeprzepaściłem. Snułem się tam w nadziei, że może znowu na niego gdzieś wpadnę, jak nie na tych, to na innych schodach, a może w którejś z okolicznych uliczek, przy stoliku przed jakimś bistro albo tabagiste.

Nie wpadłem.

Jonathan Soukali bw

Powyższy tekst to fragment powieści Nirvaan, nad której ukończeniem wciąż pracuję. Inny fragment, jeszcze nieostateczny, umieściłem już kiedyś tutaj. A jeszcze inny ukazał się w art-zinie literackim Papier w Dole, nr 4-5 (2017).

pwd

Jestem na Facebooku i Twitterze.

 

Reklamy

Kazirodztwo – zakaz pozornie uniwersalny

Jeden z najbardziej wpływowych antropologów w historii tej dyscypliny, Francuz Claude Lévi-Strauss (1908-2009), upierał się, że zakaz kazirodztwa ma charakter uniwersalny i dotyczy wszystkich ludzkich społeczeństw. Więcej nawet, twierdził, że to zakaz kazirodztwa oddziela naturę od kultury, że to od niego kultura się niejako zaczyna.

Jakieś dowody kwestionujące tę tezę zawsze istniały, ale długo napotykały przeszkody. Lévi-Strauss miał ponoć tendencję do ignorowania faktów, które przeczyły jego teoriom, a jego autorytet podtrzymywał tę tezę w kanonie nauk społecznych. Wiele kontrprzykładów można było wytłumaczyć tym, że różne społeczeństwa różnie definiowały, co jest kazirodztwem, a co nie jest, czyli które relacje pokrewieństwa objęte są zakazem wzajemnych stosunków seksualnych.

W przedchrześcijańskim świecie śródziemnomorskim małżeństwa pomiędzy kuzynami pierwszego stopnia, po mieczu lub kądzieli, później zakazane przez Kościół katolicki, były czymś powszechnie spotykanym. Wszyscy znamy mit o Edypie i jego formę dramatyczną stworzoną przez Sofoklesa. Jasno z nich wynika, jak potężne było u Greków tabu kazirodztwa. A jednak w starożytnych Atenach dopuszczalne było małżeństwo mężczyzny z jego siostrą przyrodnią, jeśli wspólnego mieli ojca. W przypadku wspólnej matki było zakazane – tylko takie rozumiano tam jako kazirodztwo. Ale nie w Sparcie, tam można było poślubić siostrę przyrodnią z każdej strony. Zarówno w Atenach, jak i w Sparcie, objęte zakazem jako kazirodztwo były jednak relacje seksualne mężczyzny z jego siostrą, matką, babką, córką lub wnuczką. Jednak z bratanicą już niekoniecznie. Gdy Ateńczykowi umarł brat, który pozostawił po sobie tylko córkę, i żadnych synów, należało poślubić bratanicę.

Teoria o uniwersalności zakazu kazirodztwa rozbija się jednak z największym hukiem o starożytny Egipt i Iran. Jak długo dane było szczątkowe, przekłady źródeł niedoskonałe z powodu wymarcia języków, w których zostały napisane, można było np. utrzymywać, że świadectwa greckich autorów były wyrazem ich kulturowej arogancji. Grecy uwielbiali się uważać za lepszych od wszystkich społeczeństw, z którymi się spotykali, więc mogli im z tego właśnie powodu, nawet nieświadomie, przypisywać różne obrzydliwości, między innymi powszechność związków przez nich i przez nas rozumianych jako kazirodcze – między najbliższymi krewnymi. Persowie na dodatek długo byli największym wrogiem Greków, dlatego ich szanse, że oberwą jakimś pomówieniem mogły nawet rosnąć.

Liczba dowodów, że w obydwu wielkich starożytnych cywilizacjach, egipskiej i perskiej, stosunki seksualne i małżeństwa między najbliższymi krewnymi, były jak najbardziej dozwolone, nie przestawała rosnąć. Jak długo większość tych dowodów dotyczyła rodzin królewskich, arystokratycznych i kapłanów, usiłowano to tłumaczyć sakralnym charakterem zajmowanej przez tych ludzi pozycji społecznej. Ich rzekome pokrewieństwo i ciągłość z bogami, ich pragnienie, by wykazać podobieństwo do bogów, sprawiały, że nie obowiązywały ich zakazy dotyczące zwykłych śmiertelników. Łamanie tych zakazów miałoby dodawać im aury boskości, aury funkcjonowania poza światem zwykłych ludzi. Każdy faraon na swoją pierwszą, najważniejszą żonę brał swoją siostrę, bo tylko w ten sposób mógł poślubić kogoś równie boskiego jak on sam, w tym samym stopniu pochodzącego wprost od boskiego Słońca. Kiedy perski władca poślubiał swoją matkę i miał z nią dzieci, odtwarzał w swoim życiu jeden z mitów o pochodzeniu świata i ludzi, potwierdzał przed poddanymi swoją bliskość z bogami, których w ten sposób naśladował.

Dziś jednak historycy i archeolodzy zgromadzili wystarczającą ilość danych, analizowanych potem przez antropologów, że możemy z całą pewnością powiedzieć, że wszystkie te wyjaśnienia są błędne, W starożytnym Egipcie i w starożytnej Persji nie istniał zakaz kazirodztwa.

W starożytnej Persji małżeństwa pomiędzy bliskimi krewnymi – bratem i siostrą, ojcem i córką, matką i synem (nazywały się xwêtôdas) – zdarzały się w różnych warstwach społecznych i nie tylko nie były zakazane, ale cieszyły się specjalnym statusem małżeństw wyjątkowych, szczególnie świętych – do tego stopnia, że ceremonię zaślubin mógł przypieczętować tylko kapłan, który sam był już w tego rodzaju małżeństwie.

W Egipcie związki seksualne i małżeńskie pomiędzy bratem a siostrą były jeszcze bardziej powszechne. Najstarsze świadectwa, które o nich wspominają, pochodzą z ok. 2000 lat p.n.e. Kiedy Egipt stał się częścią Imperium Rzymskiego, Rzym co czternaście lat przeprowadzał tam spis ludności, żeby określić swoją bazę podatkową. Do naszych czasów zachowała się ogromna ilość danych z tych spisów, które analizie poddał historyk Keith Hopkins. Z jego badań wynika, że dla okresu, dla którego istnieją dane, może aż 20% wszystkich małżeństw zawieranych w Egipcie było zawieranych między bratem a siostrą. Nie tylko nie był to zwyczaj zarezerwowany dla rodziny królewskiej i arystokracji, celem potwierdzenia ich wyjątkowości, ale był swego rodzaju ogólnospołecznym ideałem, wzorem do naśladowania, który przyjmowany był także przez nowe grupy społeczne osiedlające się w Egipcie – tak było z Grekami osiedlającymi się tam w okresie hellenistycznym.

Jak wskazuje zachowana egipska literatura, miłość między bratem a siostrą była dla Egipcjan erotycznym ideałem. „Kocham cię jak siostrę, pragnę być ojcem twoich dzieci” – to nie był w Egipcie paradoks. My dorastaliśmy w kulturze, w której postrzeganie w takich kategoriach brata lub siostry jest nie do pomyślenia, a wzorem jest raczej miłość od pierwszego wejrzenia, a więc do kogoś do niedawna obcego, kogoś, kogo spotykamy nieprzygotowani, z zaskoczenia. Egipcjanie natomiast dorastali w kulturze, w której to właśnie miłość do brata lub siostry, z którymi dorastali, była ideałem; w kulturze, w której co piąte lub co szóste małżeństwo wśród znajomych dorosłych mogło mieć taki właśnie charakter, do takich małżeństw zachęcała literatura pisana i ustna. To, jak dziwne i niepojęte nam się to wydaje, świadczy o tym, do jakiego stopnia nasze uczucia erotyczne, które wydają nam się wypływać z jakiejś głębokiej natury albo każdego z nas jako jednostki, albo nas wszystkich jako ludzi, przyjmują swój ostateczny kształt dopiero zachęcone w pewnym kierunku a do innych kierunków zniechęcone przez kulturę, w której żyjemy.

Co ciekawe, nic nie wskazuje, że w Egipcie rodziło się więcej dzieci z chorobami genetycznymi niż gdziekolwiek indziej w ówczesnym świecie. A ze spisów ludności wynika, że rodziny, w których trzy pokolenia z rzędu były małżeństwami brata i siostry, były szeroko spotykane, do tego zwyczaj mógł być szeroko praktykowany przez kilka tysięcy lat. Co to znaczy?

Większość z nas na pytanie, skąd się wziął zakaz kazirodztwa, odpowiedziałaby odruchowo, że ze względu na niebezpieczeństwo wad genetycznych u potomstwa. To rzekomo naukowe wyjaśnienie pochodzi z XIX wieku, kiedy europejska kultura uległa gwałtownej laicyzacji i próżnię po metafizycznych wyjaśnieniach różnych moralnych, społecznych i ideologicznych zakazów, przekonań i obsesji z impetem wypełniano wyjaśnieniami odwołującymi się do argumentów z arsenału nauk przyrodniczych, lub za takie przebranych. To był jednocześnie okres wybujałych „naukowych” teorii uzasadniających najwulgarniejszy rasizm, czy wyjaśniających przestępczość i prostytucję budową czaszki uwikłanych w nie ludzi. Bliskie pokrewieństwo może co najwyżej zwiększyć prawdopodobieństwo występowania tych już obecnych w rodzinie, ale ponieważ kobiety rodzą w ciągu całego swojego życia bardzo niewiele dzieci w porównaniu do samic większości innych gatunków, nawet szeroko praktykowane związki kazirodcze, jak w Egipcie, nie są w praktyce w stanie wpłynąć u ludzi na ogólnospołeczną częstotliwość wad genetycznych.

Inny francuski antropolog, uczeń Lévi-Straussa, Maurice Godelier, podkreśla, że prawdziwe źródła zakazu kazirodztwa są, wyłącznie społeczne. Kiedy transfer pozycji i roli społecznej, majątku, a także obowiązki i prawa poszczególnych osób w stosunku do innych osób w rodzinie, określone są stosunkiem pokrewieństwa (kto co, po kim i ile dziedziczy, kto komu winien jest opiekę, kto komu powinien być posłuszny), związek kazirodczy rozsadza i podminowuje te zasady tak bardzo, że wywołuje lęk, iż zachwieje zdolnością społeczeństw do reprodukcji własnego istnienia. Jedna i ta sama osoba staje mężem i bratem jednocześnie, albo ojcem i wujkiem, siostrą i bratową, matką i żoną, matką i babką, matką i bratową itd., wywołując ogromne zamieszanie w porządku ról społecznych.

Jarosław Pietrzak

 

Literatura

  • Maurice Godelier, Métamorphoses de la parenté, Paris: Fayard 2004.
  • C. Herrenschmidt, Le xwêtôdas ou ‘marriages incestueux’ en Iran ancien, w: P. Bonte (ed.), Epouser au plus proche. Inceste, prohibition et strategies matrimoniales autour de la Méditerrannée, Paris: Editions de l’Ecole des Hautes Etudes en Sciences Sociales, 1994.
  • Keith Hopkins, Brother-Sister Marriage in Roman Egypt, “Comparative Studies in Society and History”, vol. 22, no. 3 (1980).
  • Sally C. Humphreys, Le marriage entre les parents dans dans l’Antiquité classique, w: P. Bonte (ed.), Epouser au plus proche. Inceste, prohibition et strategies matrimoniales autour de la Méditerrannée, Paris: Editions de l’Ecole des Hautes Etudes en Sciences Sociales, 1994.
  • Claude Lévi-Strauss, Les Structures élémentaires de la parenté, Paris: Presses Universitaires de France, 1949. Wydanie polskie: Elementarne struktury pokrewieństwa, tł. Maciej Falski, Warszawa: Volumen 2012.

 

Tekst miałbyć kolejnym z zamierzonego cyklu dla Tygodnika Faktycznie, (po tekstach o ludach Baruya i Na), ale w redakcji zaszły niespodziewane zmiany i…

Jestem na Facebooku i Twitterze.

 

Na: Społeczeństwo bez mężów i ojców

Na himalajskim pograniczu prowincji Syczuan i Junnan, z dala od wielkich ośrodków miejskich, na dalekich peryferiach chińskiej cywilizacji, żyje niewielkie plemię Na. Mówią jednym z dialektów chińsko-tybetańskich. Ich populację szacuje się na około 40 tysięcy osób. Opisu ich struktury społecznej i obyczajów seksualnych dostarczył nam Cai Hua, antropolog z Uniwestytetu Pekińskiego. W Europie jego książka o ludzie Na ukazała się w przekładzie na francuski w 1997. W 2008 wydawnictwo amerykańskiego Massachusetts Institute of Technology opublikowało przekład angielski.

Na są społeczeństwem matrylinearnym. W antropologii oznacza to, że pokrewieństwo, genealogię i przynależność do rodziny, rodu czy klanu określa się po matce, matce matki i tak dalej – mówiąc po naszemu, „po kądzieli”. Antropologów nic takiego nie dziwi, społeczeństw matrylinearnych opisano wiele. Na różnią się od pozostałych tym, że w ogóle nie uznają pokrewieństwa „po mieczu”, a słowa mąż i ojciec najzwyczajniej nie istnieją w ich języku, bo nie występują w ich życiu odpowiadające im role społeczne. Podobnie zresztą jak instytucja małżeństwa, za wyjątkiem rodzin o statusie lokalnej „arystokracji”, które pośredniczyły w kontaktach między lokalną społecznością a kiedyś Chinami cesarskimi, teraz z Chińską Republiką Ludową; pod presją tych kontaktów przyjęły one pochodzące z zewnątrz zwyczaje małżeńskie. Podobno władze w Pekinie usiłują w ostatnich dekadach wypromować wśród Na zwyczaje małżeńskie przyjęte ogólnie w Chinach, widząc w nich przejaw cywilizacji i postępu, pojęć, do których nominalnie wciąż socjalistyczne państwo jest mocno przywiązane.

Tradycyjnie jednak Na żyją w gospodarstwach domowych, na czele których stoi kobieta, zwykle najstarsza. Władzę dzieli ze swoim najstarszym bratem, który reprezentuje domostwo wyłącznie w kontaktach z innymi klanami i w ogóle światem zewnętrznym. Wewnątrz głową domu, jego „matką”, jest wyłącznie ta kobieta. Pozostali mieszkańcy gospodarstwa to w normalnej sytuacji jej córki i synowie, oraz dzieci jej córek. W całym domu żadna z kobiet nie ma męża, żadna z osób, dzieci i dorosłych, nie ma też formalnie uznanego ojca. Synowie „matki domu”, bracia jej córek, pozostają niemal na zawsze w tym domostwie, żyjąc z matką, siostrami i dziećmi swoich sióstr. Pochodzący od wspólnej matki czy babki Na mówią o sobie, że są „z tej samej kości”.

Cai Hua Na

Kilkaset lat temu Na przyjęli buddyzm – ale w eklektyczny sposób, to jest nie rozstając się ze swoimi starszymi wierzeniami w duchy przodków i lokalne bóstwa. Do dzisiaj wierzą, że kobieta rodzi się nosząc już w sobie zalążki płodów, które w przyszłości się w niej rozwiną i staną się jej dziećmi. Te zalążki znalazły się w jej ciele za sprawą bogini Abaogdu. Na nie uznają żadnego substancjalnego wkładu mężczyzny w poczęcie dziecka, w jego biologiczną materię, która jest dziełem wyłącznie matki i Abaogdu. Mężczyzna jest tylko „katalizatorem”, który przyspiesza jego wzrost, niczym deszcz, który pomaga roślinie wzrastać, ale jej nie tworzy. Dlatego spermę Na nazywają słowem, które można by przetłumaczyć jako „wodę z penisa”. Żeby kobieta miała dzieci, musi mieć kontakty seksualne z mężczyznami, ale tylko po to, żeby oni niejako „podlewali” płód, który już w niej czeka. Są więc Na pod tym względem przeciwieństwem Baruya, o których pisałem tydzień temu, bo Baruya uważali, że kobieta jest tylko „naczyniem”, czymś w rodzaju inkubatora, w którym rozwija się dziecko stworzone całkowicie ze spermy mężczyzny.

W domostwach Na obowiązuje bezwzględny zakaz stosunków seksualnych między domownikami, będący jednocześnie zakazem kazirodztwa, bo tylko w wyjątkowych sytuacjach, kiedy do domu wprowadził się ktoś z zewnątrz, taki stosunek nie byłby kazirodztwem. Zakazane jest jednak nawet poruszanie w świetle dnia tematów dotyczących stosunków seksualnych. Naruszenie tego zakazu może być ukarane kilkudniowym wykluczeniem z domostwa. W przypadku naruszenia zakazu kazirodztwa sprawcy zostaliby zaryglowani w jamie i skazani w niej na śmierć z głodu.

W innych aspektach kulturę seksualną Na charakteryzuje natomiast daleko posunięty permisywizm. Wszystko dlatego, że Na potrzebują, by poszczególne domostwa i lineaże wymieniały się spermą, żeby podtrzymywana była jej cyrkulacja pomiędzy rodzinami.

Pod osłoną nocy siostry przyjmują kochanków wymykających się do nich z innych domów. Bracia wymykają się z własnego domu i przesmykują do innych. Spotkania zwykle są umówione i uzgodnione za dnia. Stają się oni kochankami, açia. Zarówno kobiety jak i mężczyźni mogą być jednocześnie w kilku relacjach açia – mężczyzna odwiedza wtedy różnych nocy różne kobiety, a kobieta przyjmuje różnych mężczyzn. Kierunek jest zawsze taki – mężczyźni odwiedzają kobiety, nigdy na odwrót. Mężczyźni cyrkulują więc pomiędzy grupami kobiet. Ta cyrkulacja podtrzymuje u Na istnienie społeczeństwa, umożliwia jego biologiczną reprodukcję.

Ludzie jednak czasem przypadają sobie do gustu i przywiązują się do siebie znacznie bardziej. W takich sytuacjach ich związek może przekształcić się w jawny i długotrwały. Mężczyzna i kobieta wymieniają się symbolicznie pasami, dając otoczeniu do zrozumienia, że pragną, aby ich związek stał się widoczny dla wszystkich. Kobieta rozmawia z „matką domu”, informując ją, że jest mężczyzna, z którym chce nawiązać długotrwały związek. Mężczyzna ów jest wówczas zapraszany na ceremonialny posiłek organizowany w domu jego kochanki. Z posiłku wykluczeni zostaną wszyscy żyjący pod tym dachem mężczyźni, będą na nim same kobiety i wspomniany wybranek jednej z nich wraz ze swoim „posłańcem”. Kochanek w trakcie tego posiłku wyraża oficjalnie swoją prośbę i ofiarowuje swojej kochance prezenty. Jeśli prośba zostanie przyjęta, zostaje na noc do rana i od tamtej pory otoczenie uznaje, że między tymi dwojgiem istnieje relacja seksualnego przywileju, który powinien być uszanowany także przez innych.

Niemniej jednak nie jest to małżeństwo. Związek może zostać zerwany w każdej chwili przez każdą ze stron, kochanek wciąż odwiedza swoją kochankę, tylko na noc, nie wprowadza się do niej, ani ona do niego, nikt nie postrzega ich dzieci jako jego dzieci (pozostają one wyłącznie jej dziećmi, dziećmi jej rodziny). Nie powstaje też żadna, wynikająca normalnie z instytucji małżeństwa, więź między obydwiema grupami krewniaczymi, tą, z której pochodzi mężczyzna, i tą, do której należy kobieta – nikt nie staje się dla nikogo szwagrem, zięciem, teściową ani synową.

Tylko w wyjątkowych sytuacjach ktoś się do kogoś przeprowadza i spędzają odtąd razem nie tylko noce, ale po prostu cały czas. Wtedy ich związek przekształca się po raz kolejny, tym razem w relację stałego wspólnego zamieszkiwania. Zwykle nie jest to jednak motywowane samymi tylko pragnieniami i uczuciami obydwu stron, ale obiektywnymi okolicznościami. Kobieta przeprowadzi się do mężczyzny, z którym jest w stałym związku, tylko wówczas, jeśli w jego domostwie nie została już żadna kobieta – matka, siostra, ciotka – ostali się tam już sami mężczyźni. Wówczas to ta dołączająca do nich kobieta zostanie głową domu. Mężczyzna może się wprowadzić do domu swojej kochanki, jeśli obydwie rodziny wyrażą zgodę, ale będzie tam zawsze wykluczony z dostępu do pewnych rytualnych funkcji czy prawa do reprezentowania domostwa w kontaktach ze światem zewnętrznym. Dla wszystkich dzieci w domu będzie wujkiem – jakby był jednym z braci jej matki. Nie będzie mógł traktować własnych z nią dzieci w jakikolwiek wyróżniający je spośród innych dzieci w domu sposób.

Przykład Na, odizolowanego górskiego społeczeństwa, pozwala nam podstawnie domniemywać, że funkcja ojca nie istniała w ludzkich społeczeństwach od zawsze. Że odkrycie związku między stosunkiem seksualnym a zapłodnieniem, a więc także roli mężczyzny i kobiety w zapłodnieniu i zapoczątkowaniu nowego ludzkiego życia, mogło naszym przodkom zająć dziesiątki, nawet setki tysięcy lat (najnowsze odkrycia dokonane w Maroku wskazują, że istniejemy jako gatunek jakieś 300 tysięcy lat). Biorąc pod uwagę, jak długi okres czasu dzieli u człowieka poczęcie od narodzin, a nawet od samych pierwszych widocznych objawów ciąży, społeczne zrozumienie dokładnych związków przyczynowo-skutkowych w warunkach pozbawionych wiedzy naukowej było dla naszych praprzodków wielkim i wcale nieoczywistym zadaniem. Samce naszych najbliższych krewnych w świecie zwierząt, szympansów (98% genów identycznych z nami), nie mają świadomości, że któreś z młodych w stadzie są „ich”, nie rozpoznają ich jako własne. Bawią się z młodymi bez względu na to, którego z nich są potomstwem, bardziej dlatego, że zyskuje im to względy ich matek. Rodzina rozumiana jako ojciec, matka i ich dzieci, sprzedawana dziś przez konserwatystów jako „naturalna”, nie jest wcale wytworem natury, wytworzyła ją dopiero kultura, w toku bardzo długiego procesu.

Jarosław Pietrzak

Tekst w wersji nieco skróconej ukazał się w Tygodniku Faktycznie (nr 26/2017). Redakcja postanowiła użyć innej nazwy opisywanego ludu, Mosuo, ja jednak wolę trzymać się tej stosowanej przez Cai Hua.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Ilustracja nad tekstem: Wang Hui, Kwitnące brzoskwinie i łódka rybacka (fragment).

 

Domy mężczyzn

Maurice Godelier uważany jest dzisiaj za największego żyjącego francuskiego antropologa. Jego wielka książka o metamorfozach struktur pokrewieństwa, Métamorphoses de la parenté, wydana w 2004, sprawiła, że urodzony w 1934 badacz niejako zdetronizował w tym temacie autora poprzedniej branżowej „Biblii” w tym temacie, Claude’a Lévi-Straussa. Był zresztą jego uczniem. Występował zawsze z mocno materialistycznych pozycji, nigdy nie przestał odwoływać się do tradycji podpisującej się pod dorobkiem Karola Marksa, niektóre jego książki należą do klasyki antropologii marksistowskiej.

Godelier rozpoczynał swoją antropologiczną karierę, badając w latach 60. XX wieku żyjące w Papui Nowej Gwinei plemię Baruya. Żył z nimi w ich wioskach, obserwował i analizował ich gospodarkę i strukturę społeczną. Napisał o nich cały szereg prac opublikowanych w specjalistycznych periodykach. Jednym z bardziej zdumiewających rysów tego społeczeństwa, które się jego oczom wyłoniły, była sprecyzowana i paradoksalna rola, jaką praktyki homoseksualne pełniły wśród Baruya w procesie społecznego stawania się mężczyzną.

Kobiety i mężczyźni

System społeczny tego plemienia opierał się na bardzo ścisłym rozdziale płci i dominacji mężczyzn nad kobietami – ale dominacji sprawiającej wrażenie chwiejnej, kruchej, tak jakby powstałej po dopiero co wygranej wojnie między płciami, w której pozycja zwycięskich mężczyzn wciąż może być w każdej chwili wywrócona, a w każdym razie mężczyźni wydawali się bardzo tego obawiać.

W niektórych wioskach istniał system równoległych dróg, z których ta umieszczona wyżej była przeznaczona dla mężczyzn, a biegnąca niżej – dla kobiet. Gdy drogi nie były odseparowane, kobiety mijające mężczyzn musiały wykonywać zrytualizowany gest osłaniania się przed ich spojrzeniem.

Nad wioską dominował zwykle wznoszony na kilka lat, słabo wewnątrz oświetlony, „dom mężczyzn”. Kobiety obowiązywał absolutny zakaz zbliżania się w jego okolice. Każdy chłopiec w wieku dziewięciu lub dziesięciu lat był odbierany rodzinie, odrywany od świata kobiet, które go dotychczas wychowywały. Trafiał stamtąd do owego domu mężczyzn, gdzie miał przejść liczony na wiele lat – około dziesięciu-dwunastu – proces stawania się mężczyzną, od tamtej pory wyłącznie pod opieką innych młodych mężczyzn, czasem z udziałem starszych mężczyzn przeprowadzających chłopców przez kolejne stadia inicjacji w zrytualizowanych uroczystościach.

W toku tego trwającego ponad dekadę procesu chłopcy dowiadywali się wielu rzeczy, które mężczyźni utrzymywali w tajemnicy przed kobietami. Że dziwne zwierzęcopodobne dźwięki, o których dzieci i kobiety myślą z przerażeniem, że pochodzą od złych duchów żyjących w lasach, są tak naprawdę wytwarzane w ukryciu przez mężczyzn. Dowiadywali się, że wytwarzanie szczególnie przez Baruya cenionych fletów i innych obiektów, nawet potrzebnych męskim rzemiosłom łowiectwa i wojny łuków, a także opartych na soli pieniędzy, były umiejętnościami, które mężczyźni wykradli w przeszłości ich prawdziwym wynalazczyniom, kobietom. Odebrali im także pamięć o tej kradzieży – chłopcy uczyli się, że nie mogą nigdy tej tajemnicy wyjawić kobietom, nie mogą im przypomnieć, że to one stworzyły te wynalazki, obecnie pod kontrolą mężczyzn.

Kultura Baruya przesiąknięta była strachem przed kobiecością, przed organami seksualnymi kobiety jako tej sile, która może mężczyznę pozbawić męskości, może nawet zaburzyć równowagę świata.

Mężczyźni wierzyli, że kobieta – która rodziła z dala od widoku mężczyzn, w specjalnie odosobnionej chacie – mogła zabić ich dziecko, gdyby okazało się chłopcem, tylko dlatego, żeby pozbawić ich syna, kontynuatora ich własnej męskości. To oskarżenie padało nieraz w przypadkach naturalnej śmierci noworodków w rzeczywistości nieznającej zdobyczy nowoczesnej medycyny. Badania Godeliera potwierdziły, że kobiety Baruya w pewnych bardzo dramatycznych przypadkach faktycznie zabijały swoje nowonarodzone dzieci i w rozumieniu Baruya dysponowały w zasadzie takim prawem. Ich motywacje były jednak zgoła inne niż te, które przypisywali im mężowie obawiający się żon-synobójczyń. W przypadkach, które Godelier udokumentował, kobiety zabiły swoje noworodki albo dlatego, że miały już zbyt dużo dzieci, żeby zapewnić materialne przetrwanie ich rosnącej liczbie, albo dlatego, że ich mąż był tak brutalny w stosunku do niej i dzieci, które już z nim wychowywała, że wolały śmierć kolejnego dziecka zanim uzyska świadomość niż skazanie go na takie samo cierpienie. Bo mężczyźni Baruya wychowywani byli do tego, by traktować swoje żony – w przeciwieństwie do matek i sióstr – brutalnie, przy użyciu przemocy. Okazywanie fizycznej i emocjonalnej bliskości żonie czy małym dzieciom przy świadkach groziło utratą twarzy (zaczęło się to jednak dynamicznie zmieniać począwszy w latach 70. i 80. XX wieku).

Mężczyźni i mężczyźni

Przez ponad dekadę przeżytą głównie w murach domu mężczyzn i w towarzystwie przede wszystkim innych tego domu mieszkańców chłopcy byli odizolowani od kontaktu z kobietami. Obowiązywał ich ścisły zakaz kontaktów seksualnych – ale tylko tych z kobietami. Bo jednocześnie obowiązywał ich bezwzględny przymus uczestnictwa w zrytualizowanych oralnych stosunkach homoseksualnych wewnątrz domu mężczyzn, pomiędzy jego mieszkańcami.

Baruya wierzyli, że chłopiec staje się prawdziwym mężczyzną spijając spermę innych mężczyzn nieskażonych jeszcze w swojej męskości kontaktem seksualnym z kobietą, który według nich stanowił zagrożenie dla męskości. Chłopcy i młodzi mężczyźni w domu mężczyzn podzieleni byli na cztery kategorie, odpowiadające stadiom inicjacji do roli pełnoprawnego mężczyzny. Najmłodsi, należący do pierwszej i drugiej kategorii, połykali spermę starszych, należących do trzeciej i czwartej, aż sami weszli do grupy trzeciej, kiedy mieli przyjąć rolę odwrotną i sobie znaleźć chłopca w młodszej kategorii, który miał odtąd spijać ich spermę. Te relacje między chłopcami i młodymi mężczyznami mogły przybierać kształt czułych więzi emocjonalnych, ale były obowiązkowe, żeby stać się mężczyzną. Chłopiec, który chciałby się od nich wykręcić, byłby zmuszony przemocą, mógłby nawet zostać zabity.

Młody mężczyzna opuszczał dom mężczyzn w wieku około dwudziestu – dwudziestu dwóch lat. Po to, żeby się ożenić, z dziewczyną dogadaną zwykle przez krewnych, w procesie wymiany, w którym najczęściej jego siostrę obiecano bratu jego przyszłej żony.

Kiedy mężczyźni w osadzie pomogli mu już postawić dom (zwykle w jeden dzień), młody Baruya wprowadzał się do niego ze swoją przyszłą żoną. Formalnie przez pierwszych kilka tygodni (czas potrzebny na naturalne wyczernienie ścian sadzą) obowiązywał ich zakaz kopulacji, ale jego nowa małżonka miała w tym okresie połykać jego spermę, czyli mieli uprawiać stosunki oralne. Baruya wierzyli, że spijając spermę swojego mężczyzny, kobieta zyskuje zdolność wytwarzania mleka dla ich przyszłych dzieci, choć zdaniem Godeliera wśród samych kobiet istniał też nurt silnej opozycji wobec tego wyjaśnienia, jakby część kobiet stanowczo broniła własnego, pochodzącego z samych właściwości kobiet, charakteru zdolności matki do żywienia swoich niemowląt.

Od tego momentu – od momentu pierwszego oralnego stosunku ze swoją nową żoną – młodego mężczyznę obowiązywał jednak bezwzględny zakaz stosunków seksualnych z mężczyznami, praktyki z domu mężczyzn na zawsze miały tam i tylko tam pozostać. Miały też na zawsze pozostać utrzymane w tajemnicy przed kobietami.

Wszyscy jesteśmy biseksualni?

Kiedy jego monumentalne Metamorfozy pokrewieństwa ukazały się po raz pierwszy po angielsku, w 2011, Godelier powiedział w jakiejś radiowej audycji, że w gruncie rzeczy, jako gatunek, na poziomie biologicznym, jesteśmy wszyscy po prostu biseksualni. Miał na myśli to, że potencjalnie jesteśmy, choć z różną siłą odczuwamy erotyczne pragnienia w stosunku do osób własnej i przeciwnej płci. Że to dopiero kultura i jej złożone symboliczne szarady, łączące różne elementy w strukturalne powiązania, dopowiadają dotykalną treść i prawdziwe ciało naszemu pragnieniu seksualnemu i naszym sposobom jego realizowania. Każą nam jedne realizować, z jednych być dumnymi, inne wypierać, chować po szafach i zwalczać, dopóki nie staną się tak silne, że nic się już z tym nie da zrobić, oprócz obrócenia ich w tożsamość (np. tożsamość gejowską), a jeszcze inne ukrywać pod zamaskowaną postacią złożonych rytuałów. Ile rytuałów sportowych zostało wymyślonych po to, żeby mężczyźni pragnący zachować swój status „prawdziwych mężczyzn”, mogli jednak czasem podotykać i poocierać się o innych mężczyzn!

Dopiero konfrontacje z kulturami tak odmiennymi jak Baruya uzmysławiają nam czasem pewne rzeczy.

Zachód na długo połączył pragnienie homoseksualne z „brakiem męskości”, jej deficytem, z byciem „nie-mężczyzną”, żeby uzasadnić strukturę męskiej dominacji i zbudować nad nią całą swoją wielką katedrę symboli. Baruya połączyli dziwną kombinację przymusu i zakazu homoseksualizmu (odpowiednio: w domu mężczyzn i po wyjściu z niego), jako ich własną nadbudowę struktury dominacji mężczyzn nad kobietami.

Fakt, że obydwie sytuacje były historycznie możliwe (tak jak było wiele innych kombinacji między tymi i innymi czynnikami), świadczy w pewnym sensie o tym, że te wszystkie kombinacje są na swój sposób przypadkowe, nawet te, które odniosły sukces w najbardziej zwycięskich kręgach cywilizacyjnych. Zbiły je z sobą nawzajem długofalowe historyczne zbiegi okoliczności.

Ale ostatecznie – teraz, kiedy już to wiemy – wynika z tego coś politycznie niezwykle obiecującego.

Możemy je wszystkie zdekonstruować, rozbić, skompromitować, obnażając ich własne wewnętrzne sprzeczności – po to, by wymyślić struktury nowe, by wszystko przetasować. Po co nam uzasadnienia wyższości jednych ludzi nad drugimi, czy to ze względu na płeć ich własną czy płeć przedmiotu ich pożądania? Długofalowo wszyscy na tym tracą, i ten chłopiec, który nigdy nie pragnął żadnego ze swoich starszych kolegów w domu mężczyzn, i ten, który pragnął któregoś wciąż po wyjściu stamtąd. Nie wspominając o ich żonach i dzieciach, które tak często musiały się ich bać.

Możemy te struktury wymyślić na nowo. Męskość, kobiecość, relacje między nimi, relacje między nimi a pragnieniem hetero- i homoseksualnym. Ich kombinacje były już tak dziwne, że możemy sobie społecznie wypracować lepsze, tym razem oparte na równości ich wszystkich, albo na tym, że jakiekolwiek różnice między nimi najzwyczajniej nie mają znaczenia.

Jarosław Pietrzak

Tekst (w skróconej wersji) ukazał się 22 czerwca w Tygodniku Faktycznie (nr 25/2017).

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Na zdjęciu: Joseph Mannah

Garść tłumaczeń

Mam na sumieniu kilka tłumaczeń, do których czuję się przywiązany, wrzucę je więc tutaj zebrane w postaci linków:

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Na zdjęciu: akwedukt w Segovii.

Barcelona. Trzy miniatury

Miniatura 1. Lokalna przychodnia

Barcelona jest jak film Almodóvara.

Kiedy już uzyskałem NIE (hiszpański numer identyfikacyjny dla cudzoziemców), podpisałem kontrakt, zarejestrowałem się w tutejszym systemie ubezpieczenia społecznego, zacząłem pracę i załatwiłem (przy ogromnej pomocy Dmitrija, który na szczęście dobrze znał cały proces) empadronamiento (tutejszy odpowiednik zameldowania), przyszła kolej na zapisanie się w lokalnej przychodni. W taki sposób człowiek zostaje tu wciągnięty na listę systemu ochrony zdrowia. W Hiszpanii, w przeciwieństwie do np. Wielkiej Brytanii, jest to konieczne nawet w razie dwudniowego przeziębienia, trzeba do pracy dostarczyć papier z przychodni, bez niego nieobecność będzie nieusprawiedliwiona.

No więc znalazłem moją przychodnię CatSalut (katalońska publiczna służba zdrowia), dotarłem na piętro (drugie), na którym się taka rejestracja w tej konkretnej przychodni odbywa. Pobrałem numerek, bo w Hiszpanii prawie wszędzie pobiera się numerek, żeby stanąć lub usiąść w kolejce i czekać na wezwanie. No i zostałem w końcu wezwany.

Kobieta, która mnie wezwała, była niczym Agrado z Wszystko o mojej matce. Miała podobny głos, podobne włosy, tylko dłuższe, zachowywała się podobnie i mówiła z takimi samymi manieryzmami. W pewnym momencie zorientowała się, że rozumiem co najwyżej połowę z tego, co mówi, więc zapytała, czy rozumiem i czy mówię po hiszpańsku. Ja na to, że tylko trochę. Ale się uczę! – dodałem szybko, kładąc na blacie tom wybranych poezji Lorki w wydaniu oksfordzkim, w którym każdy wiersz jest w oryginale (po lewej) i w angielskim przekładzie (po prawej), co jej niezwłocznie pokazałem. Z Lorką to będzie trudne, odpowiedziała, muy difícil, podkreśliła jeszcze, robiąc jedną z tych min jak Agrado.

„Agrado” obejrzała się w lewo, na krześle obok siedział jej kolega. Zapytała go, który z lekarzy mówi po angielsku, żebym się mógł dogadać bez problemu. Jej kolega odpowiedział jakimś nazwiskiem, ale nie wyglądał na szczególnie przekonanego, więc „Agrado” złapała za telefon i zadzwoniła do tego lekarza albo lekarki, czy może mu albo jej przypisać takiego nowego cudzoziemca. „Agrado” przez chwilę słuchała odpowiedzi płynącej ze słuchawki, wyglądało mi na to, że lekarz bądź lekarka się wzbrania trochę, niepewny bądź niepewna swojego angielskiego, bo „Agrado” wyprostowała się nagle, żeby zainterweniować: Ale on się uczy! Z Lorką!

Po chwili się rozłączyła. Miałem więc już lekarza. Skserowała mój paszport, moje empadronamiento, mój NIE, wydrukowała, co tam trzeba z CatSalut, dała mi tymczasową kartę, ta właściwa dotrze w przeciągu trzech miesięcy. Na koniec wskazała palcem mojego Lorkę, znowu zrobiła jedną z tych min Agrado – Ale musisz się naprawdę uczyć, dużo, ciężko – mucho, duro.

 

Miniatura 2. Siłownia imienia Joana Miró.

Barcelona to jest chyba jedyne miasto na świecie, które nazwałoby siłownię imieniem artysty wizualnego. Mieszkam nieopodal Plaça d’Espanya (to po katalońsku, po hiszpańsku Plaza de España). I chyba dlatego, że nie tak daleko, po drugiej stronie MNAC (Narodowego Muzeum Sztuki Katalońskiej) jest muzeum Joana Miró, a jeszcze bliżej park imienia tegoż, lokalny „klub sportowy”, całkiem imponujący (tylko hiszpańskim zwyczajem jest jak na mój gust i potrzeby za mało ciężarów i przestrzeni na nie, na korzyść zajęć grupowych, ale mniejsza o to) – no więc nazwali ten klub Centre Esportiu Joan Miró. Logo „zrobione” jest z lekko gryzmołowantej, roztrzęsionej sygnatury Miró.

Barcelona nie potrzebuje swojego „gejowskiego dystryktu”, czegoś w rodzaju londyńskiego Soho. Całe miasto jest jak jedno wielkie Soho. Mój małżonek dołączył tu do mnie niedawno, zjechał z Londynu, i poszliśmy go zapisać na tę siłkę.

Dziewczyna w recepcji: Rozumiem, że jesteście parą.

Tu należy się pauza – żeby docenić powagę sytuacji. To nawet nie było właściwie pytanie, to była konstatacja.

W Barcelonie to jest normalna rozmowa nieznających się lub znających się powierzchownie osób w miejscu publicznym. Dwóch facetów, jeden biały, drugi czarny, przyszło razem się zapisać na siłownię, więc o co innego może chodzić, rozumiem, że jesteście parą.

Tak, jesteśmy, my na to. Chodziło o to, że po tym promocyjnym okresie, z którego skorzystaliśmy, żeby uniknąć „zapisowego”, możemy zaoszczędzić parę euro, korzystając potem z karnetu rodzinnego.

 

Miniatura 3. Praca, czyli dom wariatów

Niby pracuję tu w międzynarodowej niemieckiej korporacji (jak wiemy od Samira Amina, międzynarodowe korporacje mają zawsze mimo wszystko jakąś „narodowość”), ale moje biuro to dom wariatów. Też jakby z Almodóvara.

Dwa tygodnie temu poszliśmy na poranną przerwę, na drugie śniadanie. Ja, Włoch Teo i Baskijka Nekane. Teo ciągle opowiada o różnych gejowskich imprezach, na które chodzi, a jak nie, to o swoich chłopakach. Prawie wszyscy byli z Europy Wschodniej, twierdzi, że to dlatego, że są spokojni.

Ja: Faceci z Europy Wschodniej są spokojni?

Teo: No, wiesz, ja tu porównuję do Latynosów, facetów z Europy Południowej. W porównaniu z nimi – tak. Z Latynosem to bym nie wytrzymał, sam jestem z Włoch, to już by było za dużo.

Więc siedzieliśmy na tym drugim śniadaniu, Nekane zapytała mnie, z kim mieszkam, ja na to, że mój mąż właśnie przyjechał, mieszkamy z takim znajomym z Londynu, Rosjaninem Dmitrim.

Teo (westchnął, jak usłyszał o tym mężu): Ja to nigdy nie będę miał męża. (Westchnął jeszcze raz) Może to moja wina, może to ja tak naprawdę nigdy żadnego nie chciałem.

Jest faktem, że trudno sobie wyobrazić, że to on mógłby być systematycznie odrzucany. Teo jest dość nieprzeciętnym mężczyzną, jest hałaśliwy, jest, jak to mówią po angielsku flamboyant, ale jest też cholernie przystojny i spektakularnie muskularny, w doskonałej formie. Przychodzi do pracy w szortach i w podkoszulkach bez rękawów, czasem nawet takich głęboko wciętych, błyskając na wszystkie strony swoimi muskułami i tatuażami.

Niedawno przyjęli dwudziestoparoletniego Niemca, który mówi nawet parę zdań po polsku, bo go jego polscy przyjaciele w rodzinnym mieście w Niemczech nauczyli. Tim ma chłopaka z Algierii, który jednak z powodów wizowych tkwi w Kanadzie. Niedawno miał urodziny i Tim poprosił wszystkich, nie wyłączając mojej intrygującej syryjskiej przełożonej, żeby powiedzieli mu życzenia urodzinowe, każdy w swoim języku, on to nagrywał na telefonie, potem to zlepił wszystko i mu wysłał taki film w prezencie.

Tydzień temu wyszliśmy na przerwę w cztery osoby, staliśmy w słońcu przed naszym biurowcem. Kate, która wspomniała o swojej żonie i zapytała mnie o mojego męża; Tim, który ma chłopaka z Algierii; i Romain, który, cały czas się wygłupia, że ma na Tima ochotę, choć wcale nie jest homo i zaczęło się od tego, że poczuł się zagrożony – do czasu przyjęcia Tima Romain był jedynym w biurze mężczyzną z (blond) kucykiem; kiedy Tim przyszedł pierwszego dnia, z bez porównania dłuższymi blond włosami, do połowy pleców, Romain rozglądał się na wszystkie strony i z paniką w oczach rzucał każdemu nerwowe: Cholera, mam konkurencję, mam konkurencję.

Romain siedzi za moimi plecami, obok Williama, z którym całymi dniami popychają po francusku (William jest Belgiem francophone) jakieś zupełnie rozkojarzone pierdoły, ale w tak zabawny sposób, że kilka razy dziennie zwijam się ze śmiechu. Kilka dni temu Romain coś do mnie mówił i nagle spojrzał na moje łydki, bo miałem na sobie szorty. Złapał mnie nagle za muskuł.

Romain: Rany boskie, jakie ty masz łydki, jak moje uda!

Nekane siedzi obok, właśnie dzwoniła do Meksyku, niestety linia często jest nienajlepsza, więc zaczęła go uciszać.

Romain: Jesteś po prostu zazdrosna, bo ja go dotykam a ty nie możesz!

Któregoś dnia Gökce, Turczynka z Holandii, rozmawiała z Williamem i kilkoma osobami, które były akurat w okolicy. Dopiero po chwili zacząłem zwracać uwagę, więc nie kojarzę od czego się zaczęło, ale –

Gökce: Wiesz, jeżeli masz na koncie chociaż tysiąc euro, to już samo to plasuje cię w bogatszej części ludzkości.

William: Chcesz zobaczyć moje konto? Jego saldo się wyraża w liczbach ujemnych!

Gökce (po chwili, lekko zbita z tropu; jest nowa, jeszcze nie załapała, że William i Romain to dwa pajace, których nigdy nie należy traktować poważnie): To co zamierzasz z tym zrobić? Jak zamierzasz to spłacić?

William: No nie wiem właśnie. Zastanawiam się, handel narkotykami albo może prostytucja?

Tim (ożywił się nagle i odgarnął swą blond grzywę na bok): O co chodzi? O czym oni tam gadają?

Ja: William się zastanawia, jak spłacić swój debet, waha się między handlem narkotykami a prostytucją.

Tim (wyrzucając swoje muskularne ramiona w górę i błyskając wielkim pierścionkiem na środkowym palcu lewej dłoni): Prostytucja! Prostytucja!

William: O, proszę, już mam pierwszego klienta!

Tim (do Isabel, Meksykanki): No co ja poradzę, William jest taki ładny, podoba mi się.

William jest przystojny w zupełnie inny sposób niż Teo – Teo wkłada w to mnóstwo pracy, poczynając od dwunastu godzin spędzanych tygodniowo na siłowni, William natomiast jest czarujący jakby od niechcenia i przy okazji. Z nowozapuszczoną (mówi, że z lenistwa, bo golić mu się nie chce) brodą wygląda na poważnego człowieka, którym nie jest. Kiedy mu się nudzi, albo nie chce mu się pracować, zabawia się oglądaniem wideo tego dzieciaka, co przekonuje Amerykanów do komunizmu, albo imitowaniem japońskiego akcentu – brzmi wtedy jak Toshiro Mifune w filmie Akiry Kurosawy. Kiedyś Nekane coś mi tłumaczyła, William przechodził akurat obok i połaskotał mnie pieszczotliwie za uchem – o ile mi wiadomo, nie jest homo, chciał tylko zobaczyć, jak zareaguję (What just happened??) i wybuchnął śmiechem.

Ale dzisiaj wyrzucili Williama z pracy. Wyszedł w południe, nie mówiąc nikomu ani słowa.

 

Na zdjęciu detal z muzeum Fundacji Joana Miró.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

W Barcelonie taksówki rozpływają się w deszczu

Dmitry zachęcił mnie, żebym sobie zainstalował aplikację MyTaxi – rano, jak się obudzę, zabukuję sobie taksówkę, żeby dojechać szybko i sprawnie po dokumenty z mojego nowego miejsca pracy do przedstawienia na komisariacie policji, żeby dostać potrzebny cudzoziemcom numer NIE.

W biurowcu miałem się stawić o 9:30.

O ósmej rano okazało się, że zostawiona na całą noc aplikacja się jednak nie ściągnęła poprawnie na mój telefon i ciągle nie działała, więc Dmitry zamówił mi taksówkę ze swojego telefonu. Aplikacja przyjęła i potwierdziła zamówienie. Taksówka miała przyjechać o 9:05.

Dmitry: Dzisiaj pada straszny deszcz, może się okazać, że jednak taksówka nie przyjedzie –

Ja: Jak to, taksówki nie przyjeżdżają, gdy pada deszcz?

Dmitry: No niestety, mnie to już spotkało wiele razy. Więc jakby nie przyjechała –

Ja: A czemu tak się dzieje?

Dmitry: Nie wiem, czy są z papieru te taksówki, czy oni masowo rezygnują z wyjazdu do pracy, jak pada deszcz, czy coś jeszcze innego, nie wiem. Ale tak już jest. No więc, gdyby się tak okazało, że nie przyjedzie, to możesz pobiec pod ten duży hotel niedaleko, przy Plaça d’Espanya, tam zawsze stoją taksówki, bo wiadomo, duży hotel. No jakby tam też nie było, to wsiadaj w metro.

9:00 – aplikacja MyTaxi informuje, że nie udało się jak dotąd skierować do mnie żadnej taksówki, okazało się, że nie ma wolnego kierowcy, nikt nie podjął wciąż zamówienia.

Dmitry: A nie mówiłem? Lepiej się zbieraj i biegnij pod hotel.

Ja: A jak się spóźnię, fuck, czy ja się muszę zawsze spóźnić do nowej pracy?

Dmitry: Jestem pewien, że oni tam zrozumieją, przecież widzą, że pada.

Ja: To znaczy, że to takie oczywiste tutaj, pada deszcz, więc się spóźniłem, spóźniłem się, bo pada deszcz?

Dmitry: Hm… Raczej tak.

Potrząsam głową z niedowierzaniem.

Biegnę pod ten hotel. Nie ma taksówek, tych kilka, które się pojawia, już są zajęte, zabukowane. Pod hotelem, chowając się przed deszczem, czeka już grupa kilku osób, wszyscy w nadziei na taksówkę. Kilka przejeżdża ulicą, ale wszystkie zajęte, nie zatrzymują się. Dziesięć minut, żeby pierwsza osoba złapała jedną. W takim tempie to co najmniej do dziesiątej będę czekał na taksówkę, mam być w biurze o 9:30. Decyduję się na metro. Zbiegając na dół po schodach wybieram numer do A. z działu Human Resources, żeby się wytłumaczyć, że jestem w drodze, niestety zamówiona taksówka nie przyjechała, więc się spóźnię, szukam właściwego połączenia metrem.

A: No tak, z powodu deszczu, wiem, rozumiem, nic nie szkodzi. Czekamy, zapytaj o mnie w recepcji, jak już dojedziesz.

Jestem na Facebooku i Twitterze.