Fragmenty mojej powieści

Kto bywał na mojej stronie w tym roku, pewnie już wie, że od dłuższego czasu pracuję nad moją pierwszą powieścią, zatytułowaną Nirvaan. Pytany, co to będzie bardziej konkretnie, lubię odpowiadać: sentymentalna powieść pornograficzna (na motywach autobiograficznych). Oczywiście gejowska. Brzmi zachęcająco?

W nadziei, że kogoś to podkręci i będzie niecierpliwie czekał na ostateczne ukończenie i publikację całości, cztery fragmenty (w ich nieostatecznym jeszcze kształcie) podrzuciłem wam na przestrzeni kończącego się roku. Podwójnie rozproszone, bo opublikowałem je tu w oddalonych momentach w czasie, na różnych etapach pracy, ale także pochodzą z różnych miejsc w powieści, powyrywane z kontekstu.

Fragment ukazał się w artzinie literackim „Papier w dole”, a ten o Djamelu został przedrukowany przez portal Queer.pl.

Oto one, zebrane razem, z odnośnikami, w kolejności ukazania się, i w kolejności, w jakiej się znajdują w powieści, choć nie jest ona chronologiczna i różne rzeczy znajdują się jeszcze pomiędzy nimi.

1. Twoje oczy Arjuna Rampala

My real name is Nirvaan, powiedziałeś – i już w tym momencie mnie złowiłeś, już byłem cały twój. Imię równie piękne jak jego właściciel.

Aizaac blurry

2. Karim

Je m’appelle Karim, powiedział. Et toi?, zapytał. Głos zagubił mi się gdzieś po drodze do gardła, nie wiedziałem gdzie.

Jonathan Soukali bw

3. Djamel

Ton prénom, Djamel – ça veut dire quelque chose en arabe?Oui, ça veut dire ‘beauté’. C’est con, s’appeler comme ça, tu trouves pas?

Joshua Djamel

4. Stephan

Stephan bez problemu wyczytał to z mojej twarzy, ale żeby pobawić się trochę moim pożądaniem i tak zapytał: Do you like black guys?

Basiru Stephan ilustracja 4

Zabiera mi to wszystko znacznie więcej czasu, niż się spodziewałem (powieść jest też znacznie dłuższa, niż przypuszczałem, kiedy zabierałem się za jej pisanie, po drodze zmieniała się kolejność rozdziałów, z czego potem wynikła konieczność ogromnych prac porządkowych na całym tekście), ale naprawdę jestem już coraz bliżej końca, przysięgam.

Na zdjęciach:

Aizaac Sidhu (u góry, przy fragmencie nr 1 i poniżej), Jonathan Soukali (przy fragmencie nr 2) i Basiru Jallow (przy fragmencie nr 4)

Aizaac Soho BW

Jestem na Facebooku i Twitterze.

 

Reklamy

Stephan

Stałem więc po raz nie wiem już który przed Bootsem na Piccadilly Circus, jako nie wiadomo który już oczekujący tam na pierwsze spotkanie z poznanym w sieci facetem – może nawet dokładnie w tym samym czasie, było kilka minut po wpół do siódmej, stał tam jeszcze ktoś inny, w dokładnie tej samej sprawie, bo na tym chaotycznym, zatłoczonym zbiegu ulic, trudnym do przegapienia, stało kilku mężczyzn w różnym wieku, zerkających co chwilę na telefony. Rzut beretem od pubów i barów Soho, gdzie można się napić i bez skrępowania pomigdalić, jeśli obie strony przypadną sobie do gustu lub będą równie wygłodniałe. Kolejny raz w każdemu w takiej sytuacji znanej obawie, że oczekiwany mężczyzna, choć wszystko zostało przez telefon uzgodnione nie dalej jak wczoraj, nagle jednak, z jakiegoś powodu się nie pojawi, wysłałem esemesa. Jestem już przed Bootsem, mam na sobie cienki czarny płaszcz i czerwone buty. Lubiłem wtedy zakładać na takie okazje czerwone buty (miałem wtedy wciąż trzy pary takich, bardzo różne, ale wszystkie bardzo jaskrawe), bo rzucały się w oczy nawet w tłumie i zwykle robiły wrażenie.

Esemes ledwie zdążył dotrzeć do adresata, gdy spośród tłumu wyrósł przede mną wysoki, postawny mężczyzna, ze śnieżnobiałym uśmiechem przecinającym szeroką, ciemnoskórą twarz. Jego wzrok bez wątpienia mierzył we mnie, na potwierdzenie podążyła za nim dłoń. Duża dłoń imponującego, bardzo silnego mężczyzny. Uśmiechnąłem się, chyba nawet znienacka onieśmielony, aż się przestraszyłem, że serce bije mi za mocno, tak mocno, że aż słychać to na zewnątrz, mimo hałasu ulicy. Stephan miał na sobie dżinsy, czerwoną sportową kurtkę z kapturem. Z rodzaju tych, które wiszą trochę luźno i miękko, pozostawiając odrobinę tajemnicy wokół szczegółów sylwetki, jednak szerokie barki, dostrzegalna w rękawach grubość ramion, szerokość zapiętej w tej kurtce klatki piersiowej – kazały wyobraźni domyślać się pod spodem ciała pięknego, być może nawet imponującego, spektakularnego. How are you?, zapytał. OK, ja na to, and you? Zdałem sobie sprawę, że w mailu, w którym mi się przedstawił, nie powiedział mi, ile ma lat, a ja później przez telefon o to nie pytałem. Patrząc na tę uśmiechniętą, gładką twarz, nie potrafiłem odgadnąć jego wieku. Było w niej coś chłopięcego, z biegnącymi do tyłu głowy, przy jej powierzchni, warkoczykami, w jakie splecione miał włosy, sprawiał wrażenie przerośniętego nastolatka, ale wiedziałem, że jest starszy, kończył doktorat, pracował już w trzech krajach, no i był potężnej postury.

Zapytał, czy pójdziemy prosto do kina. Możemy, odpowiedziałem, jest tam bar, w którym możemy posiedzieć te pół godziny przed seansem. Let’s go then, nie przestawał się uśmiechać, a szeroki, szczery uśmiech wcinał mu głębokie dołki w policzkach. Poszliśmy do Cineworld na Haymarket, ja wybrałem film, w Cineworld miałem już od dawna abonament, membership. W mailu, którym odpowiedział na mojego posta w Guys Seeking Guys na Gumtree, napisał, że chętnie by poznał kogoś, z kim by mógł sobie połazić do kina, bo odkąd rozstał się ze swoim poprzednim facetem, trochę mu tego brakuje.

Usiedliśmy w małym, przesadnie oświetlonym barze o fioletowych ścianach w głębi kina na Haymarket, w kącie tuż pod dużym ekranem, z którego powierzchni spływały zwiastuny właśnie lub wkrótce wyświetlanych filmów, ale jak rzadko kiedy nie budziły one we mnie żadnego zainteresowania. Stephan usiadł naprzeciwko mnie, rozpinając i zdejmując kurtkę, pod którą miał na sobie tylko szary t-shirt, napięty na jego szerokiej klatce piersiowej, z krótkimi rękawami ciasno opinającymi imponujące, wyskakujące z nich bicepsy. Był to bez wątpienia najbardziej muskularny mężczyzna, z jakim byłem dotąd na randce, do tego wysoki wzrost, silne dłonie, chłopięcy luz, z jakim się w tym potężnym ciele poruszał i nie opuszczający jego twarzy uśmiech łobuza stanowiły razem wybuchową mieszankę. Byłem już do obłędu podniecony i gdyby mi z tym uśmiechem nagle powiedział głośno, żeby wszyscy wokół usłyszeli, I’d like to fuck right now, can we go to the toilet?, to nie miałbym siły odmówić, nie obchodziłoby mnie, co sobie postronni obserwatorzy pomyślą. Kieliszek białego wina pomagał mi się rozluźnić, zapobiegać blokadzie z mojej strony, nie ukrywać, że jestem nim zainteresowany, ukrywając jednocześnie, jak bardzo, jak desperacko.

Stephan pił wodę, powiedział, że nie pije alkoholu. Oparł łokcie o stół, pochylając się nieco w moim kierunku. Jestem psychologiem w więzieniu, pracuję z więźniami z uzależnieniami, powiedział, no i mój ojciec pił jak wściekły, z tego wszystkiego mam awersję. Zerkałem na te mocarne bicepsy zadając Wieczności pytania, czy się kiedyś znajdę w ich objęciu, poczuję ich uścisk, czy kiedyś zobaczę, co się kryje pod tym t-shirtem. I jakie są szanse, żeby to się stało już dzisiaj, co zrobić, żeby zaprosił mnie po filmie do siebie i tam zrobił ze mną, co tylko chce, bo inaczej grozi mi, że eksploduję. Rozmowa toczyła nam się gładko, to wysunięcie tułowia i twarzy ku mnie, z łokciami opartymi o stół, musiało być znakiem jakiegoś zainteresowania z jego strony. Pomyślałem, że są szanse, co pomogło mi zapanować nad podnieceniem, przed którym rysowały się być może jakieś całkiem realne perspektywy spełnienia. Dzień wcześniej rozmawialiśmy już trochę przez telefon, zawiązując kilka wspólnych tematów, które teraz mogliśmy wiązać dalej.

No patrz, zapomniałem cię zapytać wczoraj, skąd dokładnie, z którego kraju w Europie Wschodniej jesteś, powiedział, nie napisałeś nic dokładniej. Z Polski, odpowiedziałem. Tak myślałem, nie przestawał się uśmiechać. A mówiłem ci już, że mieszkałem i pracowałem w kilku krajach, zanim się zatrzymałem w Londynie, no nie? No i pierwszym z nich była Polska właśnie, w latach dziewięćdziesiątych, in my early twenties. W Szczecinie, tak konkretnie. To nie jesteś z Londynu?, zapytałem. Nie, jestem Amerykaninem, zaśmiał się, nie słychać, czyżbym złapał w końcu ten cholerny brytyjski akcent? Z mieszanej trochę rodziny jestem, dodał, to znaczy mój ojciec był w połowie Meksykaninem. Spojrzałem na jego twarz, wyraziste kości policzkowe i ostry rysunek oczu. No jest odrobina czegoś takiego, jakby azteckiego, w twojej twarzy, nie umiałem sobie tego zwerbalizować wcześniej, ale teraz już widzę – uśmiechałem się tak bardzo, tak ostentacyjnie, że bałbym się, że to aż sprawia głupie, przerysowane wrażenie, gdyby nie to, że Stephan odpowiadał mi tym samym i wyraźnie przyciągał mnie ku sobie. I have been told so, powiedział.

Ale skoro już o pochodzeniu gadamy, kontynuowałem, pociągnąwszy kolejny duży łyk wina, to zaskoczyłeś mnie, że jesteś Czarny, nie spodziewałem się tego. Przestraszyłem się nagle, że to chyba nie zabrzmiało najlepiej, nie tak, jak powinno było, ale wyglądało na to, że osiągnęliśmy już pewne minimum porozumienia, po którym ten mój lęk nie był uzasadniony. Przecież wysłałem ci zdjęcie, raczej się na nim nie chowałem. Faktycznie przysłał mi zdjęcie, całej swojej sylwetki, prawie nagiej, jedynie w bokserkach, ale zrobione z telefonu, którego flesz odbjał się w lustrze, czyniąc głowę zupełnie niewidoczną, przesłoniętą białą plamą światła. Tak, przysłałeś, odpowiedziałem, ale to światło w łazience i ten ostry flesz jakoś tak rozjaśniły zdjęcie, że w ogóle sobie z tego nie zdałem sprawy. No to przepraszam, mam nadzieję, że to nie problem, spojrzał na mnie uważnie, wciąż z uśmiechem, teraz jeszcze bardziej cwaniackim. Wręcz przeciwnie, odpowiedziałem, z uśmiechem jednoznacznie mówiącym: I fucking love Black guys. Stephan bez problemu wyczytał to z mojej twarzy, ale żeby się trochę pobawić moim pożądaniem i tak zapytał: Do you like Black guys? Yes, I do, odpowiedziałem bez wahania, choć czerwieniąc się trochę, że ktoś tak nonszalancko rzuca światło na ukryte zakamarki mojego pragnienia, i tak łatwo odnajduje tam obraz samego siebie. Zaraz, zaraz, powiedziałeś, że na początku lat dziewięćdziesiątych pracowałeś przez jakiś czas w Polsce? Tak, ale niezbyt długo, nauczyć się polskiego nie zdążyłem. To ile ty masz teraz lat?, patrzyłem na niego badawczo, nie przestając się uśmiechać, ale na szczęście przestając się już czerwienić – czułem się coraz bezpieczniej naprzeciw jego uśmiechu i błysku w głęboko czarnych oczach. A na ile wyglądam? – wyraźnie bawiło go wyciąganie ze mnie komplementów, przecież nawet to moje I do (w sensie: I do like Black guys), brzmiało w tej naszej rozmowie jak komplement, tak zabrzmieć miało i tak zostało, bez śladu nieporozumienia, odebrane. Trudno ci dać więcej niż trzydzieści, ale jeżeli pracowałeś w Polsce na początku lat dziewięćdziesiątych, to… Mam czterdzieści trzy lata, rzucił z uśmiechem, badając wzrokiem moją reakcję. Którą był podziw. Nie wyglądasz, w życiu bym ci tyle nie dał, powiedziałem, przełykając ślinę z wrażenia. Wiem, wyglądam znacznie młodziej, Matka Natura jest dla mnie łaskawa, ty zresztą też nie wyglądasz na dwadzieścia osiem, dałbym ci dwadzieścia trzy, odwdzięczył się komplementem. Dziękuję, ale to nic w porównaniu z tobą, ty wyglądasz na piętnaście lat mniej niż masz, słodziłem mu niestrudzenie.

Ani się spostrzegliśmy, jak nadszedł już czas seansu. Zebraliśmy nasze klamoty, ja torbę i płaszcz, on kurtkę, Stephan kupił sobie jeszcze kubełek popcornu i poszliśmy po schodach na piętro, bo film grali w największej, olbrzymiej sali. Usiedliśmy dość wysoko, film był po hiszpańsku, jeden z trzech języków, którymi Stephan władał biegle, więc nawet nie musiał zwracać uwagi na napisy. Kino nie było pełne, w naszym rzędzie, w jego części w sektorze po lewej, nie było nikogo oprócz nas. Zapadła ciemność, a Stephan, po mojej prawej stronie, rozsiadł się wygodnie, co przy rozmiarach jego klatki piersiowej, barków i ramion pozwalało nam dyskretnie, jak gdyby nigdy nic, dotykać się i się o siebie ocierać. Wreszcie czułem przez skórę ten wspaniały biceps i triceps, który wcześniej mogłem tylko pochłaniać wzrokiem. Im dalej w film, tym wygodniej moje prawe ramię opierało się o jego lewe, co Stephan odbierał bez słowa, ale z zadowoleniem. Po pewnym czasie poczuł się zapchany popcornem, w którego spożywaniu mu nie pomagałem, bo odkąd w dzieciństwie obżarliśmy się nim z bratem tak, że rzygałem po tym do rana, na zawsze pozostała mi do tego badziewia odruchowa, silniejsza ode mnie niechęć. Odłożył kartonowy kubełek na podłogę i położył lewą dłoń na moim prawym kolanie, sondując, jak zareaguję. Bardziej niż przychylnie: przysunąłem moje udo bliżej jego nogi, tak, by się nawzajem o siebie opierały. Może pamiętasz moje nogi, nie są to nogi ułomka, ale przy jego udzie prawdziwego kulturysty moje i tak wyglądało jak chucherko. Uśmiechnął się pod nosem, zadowolony, że jego gest został przyjęty z aprobatą, i że tym samym wykonaliśmy kolejny krok przybliżający nas do wspólnej wyprawy do łóżka.

Bezpośrednio za nami siedziało kilka osób. Kolejne rzędy pną się tam do góry stromo, każdy znacznie wyżej niż poprzedni, ktokolwiek za nami siedział, mógł te nasze poczynania podglądać, ale żaden z nas się tym nie przejmował. Byliśmy rzut beretem od Soho, epicentrum gejowskiej kultury, Stephan był zbyt postawnym mężczyzną, żeby się kogokolwiek obawiać, zbyt z tym pewny siebie, żeby się przejmować, a mnie wręcz radowało, że ktoś widzi, że to ja będę dzisiaj w nocy miał tego wspaniałego mężczyznę, za którym niejedna głowa już się w tym budynku tego wieczoru obróciła. Miałem tylko nadzieję, że nie widać po mnie zbyt wyraźnie, jak bardzo już mnie roznosi. Z podniecenia Stephanem z trudem nawiązywałem jakikolwiek kontakt z rozgrywającą się na ekranie historią. Stephan natomiast leniwie dręczył mnię słodką torturą, od czasu do czasu przesuwając swą dłoń, kilka centrymentrów w jedną, potem w drugą stronę. Przez jakiś czas trzymał ją zsuniętą ku wewnętrznej stronie mego uda, dość wysoko, zacząłem się obawiać, że gdyby przesunął ją jeszcze trochę wyżej, guziki mojego rozporka wystrzelą na wszystkie strony i ponabijają ludziom wokół nas guzy. Jego dłoń była ciepła, duża, ciężka i silna, ale wydawała się wewnątrz miękka i łagodna, bardziej niż przyjazna, obiecywała opiekę.

Film dobiegł do końca, a ja nie wiedziałem w ogóle, co o nim myśleć, zupełnie mi się nie kleił, bo nie bardzo byłem w stanie się na nim skupić przez minione dwie godziny. Obaj potrzebowaliśmy do ubikacji, zrobiło się tam tłoczno, bo dwa równoległe seanse skończyły się niemal w tym samym momencie. Tylko dzięki tej kolejce udało mi się zapanować nad sobą na tyle, by stracić wzwód zanim dotrę do pisuaru. Na szczęście uwolnił się dla mnie pisuar w rogu, dzięki któremu mogłem się trochę osłonić od spojrzenia innego oddającego mocz samca, bo sąsiada miałem w tej sytacji tylko z jednej strony. Na szczęście, bo bałem się, że po dwóch godzinach ocierania się o biceps i udo Stephana, po seansie kontaktu z ciepłem jego silnej dłoni, dotyk palców konieczny tam na dole do oddania moczu wywoła ponowny napływ krwi i ożywi wzwód, bałem się też, że po ponad dwóch godzinach w stanie takiego podniecenia, może tam skapywać trochę śluzu, a czułbym się bardzo zażenowany, gdyby ktoś to widział, gdyby na przykład zwisał w postaci trudnego do strząśnięcia gluta. Stephan nie chciał się tłoczyć w kolejce do pisuaru, wolał poczekać, aż będzie się można dostać do jedynej w tej toalecie kabiny, albo aż izba urynałów się trochę wyludni.

Zeszliśmy potem razem po schodach, ja dwa dyskretne kroki za Stephanem, by ponapawać się przez chwilę bardziej bezczelnie, bez obawy o sprawiane wrażenie, widokiem całej jego postury kroczącej przede mną. Chciałbyś coś zjeść? – zapytał, gdy byliśmy już w fiołkowym hallu na dole. Jasne, że tak. Wyszliśmy na ulicę. Tam, gdzie mieszkam, na Caledonian Road, jest kilka restauracji, chciałoby ci się tam ze mną podskoczyć?, i znów ten uśmiech. Najwyraźniej badał, czy jestem skłonny wybrać się na noc do niego, nie proponując tego od razu otwarcie. Jasne, że by mi się chciało, odpowiedziałem. Jaką kuchnię lubisz, co byś powiedział na coś azjatyckiego? Wszystkiego mogę spróbować, byle to nie były krewetki, śmiałem się. Nie lubisz krewetek? Nie chodzi o ich smak, one po prostu wyglądają dla mnie jak robaki. Stephan, okazało się, był wegetarianinem. Byłem pod wrażeniem, że taką masę mięśni zbudował na sobie, nie jedząc mięsa, ale tego już nie powiedziałem, przynajmniej na razie, w obawie, że przefajnuję z częstotliwością komplementów.

Poszliśmy w górę ulicy i zeszliśmy do metra na Piccadilly Circus, tam wzięliśmy Piccadilly Line, northbound service, która jedzie stamtąd prosto na Caledonian Road. Znalazły się dwa miejsca siedzące, jedno obok drugiego, które szybko zajęliśmy. Podobnie jak w kinie, rozmiary Stephana pozwalały mu opierać swoje udo o moje w zupełnie naturalny i nie budzący podejrzeń sposób. Nie martwiłem się jednak podejrzeniami, miałem nawet w głębi duszy nadzieję, że ten czy ów współpasażer-obserwator domyśli się, co się między mną a Stephanem kroi, że to ja, nikt inny, będę miał tego budzącego podziw mężczyznę jeszcze tej nocy; fantazjowałem, że ktoś mi, patrząc na niego siedzącego tak ze mną, raz za razem dotykającego dłonią to mojego ramienia, to kolana, zazdrościł, i rozglądając się po wagonie próbowałem zgadnąć kto. Stephan opowiedział mi, że kupił mieszkanie tam na Caledonian Road, kiedy budowali tam nowe budynki, bo chciał mieszkać blisko pracy. Więzienie, w którym pracuję, jest dosłownie parę kroków stamtąd, oszczędzam mnóstwo czasu na dojazdach, przed pracą zdążę jeszcze pójść potrenować na siłce, wieczorem popracować trochę nad doktoratem. Doktorat pisał o pracy z ludźmi podwójnie uzależnionymi, zwykle alkoholikami i narkomanami jednocześnie. Praca z nimi, tam w więzieniu, to jest naprawdę stresująca sprawa, dlatego ja to wolę raczej na jakiś obciachowy amerykański film pójść, żeby się odprężyć, odmóżdzyć, a nie dołować się jeszcze dodatkowo po tym wszystkim w kinie, śmiał się, tak więc następnym razem pójdziemy na film, który ja wybiorę. To będzie Twilight, albo coś co najmniej równie głupiego, nie przestawał się śmiać. Nie miałem nic przeciwko temu, żeby wybierał kolejny film, i kolejne filmy, bo to oznaczało, że mogło być dla mnie w tych potężnych ramionach miejsce na więcej niż jedną tylko, dzisiejszą noc.

Na Caledonian Road wysiedliśmy z pociągu i wypełzliśmy spod ziemi. Przypomnij mi, na czym polega twoja praca, co wy tam przez ten internet sprzedajecie, bo nie jestem pewien, czy zrozumiałem, zapytał. Złoto, jako inwestycję, przez stronę internetową. A, to ty jesteś jednym z tych bad guys z City of London?, zaśmiał się. Nie, jakby nawet wręcz przeciwnie, śmiałem się również, bo to jest fizyczne złoto, nie żaden indeks czy inny produkt finansowy, do tego stopnia mój szef nie chciał mieć nic wspólnego z banksterami z City, że nawet biuro jest po drugiej stronie miasta, w Zachodnim Londynie. Rozglądaliśmy się za restauracją, bo azjatycka, o której przede wszystkim myślał, okazała się z nieznanego powodu zamknięta. Niedaleko majaczyła inna, ale Stephan powiedział, że jest niedobra. Słuchaj, są dwie możliwości, spojrzał na mnie badawczo. Możemy iść dalej tą ulicą i szukać jakiejś restauracji w tamtą stronę, ale jest też taka opcja, że pójdziemy po prostu do mnie i odgrzejemy spaghetti, ugotowałem wczoraj, i zjemy u mnie, jeśli nie masz nic przeciwko kolacji wegetariańskiej, a potem mógłbyś zostać na noc, jeśli tylko masz ochotę. Nie mam nic przeciwko twojemu spaghetti, że jadam mięso nie znaczy, że nie jadam nic innego. Stephan znów uśmiechnął się jak osiedlowy łobuz i powtórzył drugą część swojej opcji z odgrzewaniem spaghetti, do której się nie ustosunkowałem: chciałbyś zostać u mnie na noc? Tak, chcę zostać u ciebie na noc, kiwnąłem dwa razy głową, a na mojej twarzy musiała się wtedy malować cała radość tego świata. To świetnie, ucieszył się, chodźmy do mnie, możemy kupić wino albo piwo w sklepie na dole, jak chcesz, bo ja nic nie mam, jak mówiłem, nie piję alkoholu. A nie przeszkadza ci, jeżeli ja się napiję wina?, zawahałem się. Nie, nie ma najmniejszego problemu.

Na parterze budynku, w którym mieszkał, mieścił się otwarty do późna sklep, Pakistańczyk sprzedał mi tam butelkę pinot grigio, po czym weszliśmy do zadbanego, kilkupiętrowego budynku odgrodzonego od ulicy domofonem. Wjechaliśmy windą na trzecie piętro, gdzie Stephan otworzył przede mną drzwi do swojego mieszkania, wpuścił mnie do środka i zamknął za nami.

Było to piękne, przestronne mieszkanie, z ogromnym salonem pomieszczonym na rogu budynku, dzięki czemu mógł być przeszklony na dwóch ścianach. Z dwiema sypialniami, całe pomalowane było na biało. Mniejsza sypialnia była zamknięta. Tam nie wchodź, uśmiechnął się wskazując na jej drzwi. Wynajmuję pokój takiemu jednemu Włochowi, czyni to spłatę kredytu, który wziąłem na to mieszkanie, mniej dotkliwą. Piękne mieszkanie, powiedziałem, gdy zajrzałem do salonu, sam niemal wielkości całego mieszkania moich rodziców w Dąbrowie Górniczej. Niestety, kiedy je kupowałem, kosztowało znacznie więcej niż jest warte dzisiaj, westchnął odrobinę teatralnie. Rozglądając się po tym wnętrzu, myślałem o tym nieszczęsnym, zimnym pokoju, który wynajmowałem u Mateusza i Magdy, w czteropokojowym mieszkaniu dzielonym jeszcze z ich siostrą. W nowej pracy zarabiałem dwa razy więcej niż w hotelu, ale najlepsze na co mnie było stać w tym przedrogim mieście, to wynajmować większy pokój w większym mieszkaniu, jednak wciąż nie „u siebie”. Zastanawiałem się, czy kiedykolwiek stanę na tyle na własnych nogach, by mieć własne, niekoniecznie nawet kupione, ale choćby samodzielnie wynajmowane mieszkanie, niechby nawet było małe.

Stephan zaprosił mnie gestem dłoni do salonu, rozgość się, czuj się jak u siebie, a sam zanurzył się w wielkiej, sięgającej niemal sufitu lodówce, w poszukiwaniu wczorajszego spaghetti do podgrzania. Ja podszedłem więc do okna. Stephan, wrzuciwszy spaghetti do mikrofali, dołączył do mnie w salonie. Stanął tuż za moimi plecami, miałem wrażenie, że czuję na nich ciepło jego ciała; lewą dłoń położył na moim ramieniu, a prawą pokazał mi widoczne stamtąd więzienie, w którym pracował. Rzeczywiście, miał bardzo blisko do pracy. Swoją drogą, mamy mnóstwo więźniów z Europy Wschodniej powiedział. Polaków też? O, Polaków w szczególności, Polaków najwięcej, nawet sobie nie wyobrażasz. Zza ściany zapiszczała kuchenka mikrofalowa, Stephan poszedł więc znowu do kuchni i wrócił z dwoma talerzami z długim makaronem oblepionym domowej roboty sosem pomidorowym, z cebulą, czosnkiem, oliwkami i bazylią. Przyniósł mi kieliszek na wino, a sobie szklankę wody.

Gdy już zjedliśmy, a ja wypiłem dwa kieliszki pinot grigio, znaleźliśmy się razem na jednej z dwóch kanap stojących naprzeciw telewizora. Rozmawialiśmy, a nasze uda wymieniały elektrony. Stephan gestykulując żywo wykorzystywał co chwilę kolejne preteksty, by dotykać mnie tu i ówdzie także dłonią. Krew w moich żyłach musiała już od dawna mieć bąbelki od wrzenia, a wino zniosło wszystkie moje blokady. Bliskość tego wspaniałego ciała wprawiała mnie w stan niemal ,euforyczny. Uśmiechając się, zapytałem więc, czy mogę go pocałować. You are very sexy, dodałem. Podobam ci się?, z rozbrajającym uśmiechem zapytał zamiast odpowiedzieć. A to masz jeszcze jakieś wątpliwości?, śmiałem się. Myślałem, że to już było dość jasne co najmniej, odkąd w kinie położyłeś dłoń na mojej nodze, a ja nie tylko nie zaprotestwałem, ale starałem się okazać ogromne zadowolenie. Pozwoliłbym ci trzymać rękę na mojej nodze przez ponad godzinę, gdybyś mi się nie podobał? To prawda, nie przestawał się uśmiechać łobuzersko, a ja po chwili znalazłem się w rozkroku nad jego udami, z kolanami po obydwu stronach jego bioder. Ująłem w dłonie jego piękną, dużą, ale wspaniale proporcjonalną pomiędzy tymi niesłychanie szerokimi barkami, głowę, i zacząłem smakować jego usta. Sponad jego głowy mimowolnie uniosłem wzrok w stronę otwartych drzwi salonu, przez które widać było zamknięte drzwi sypialni włoskiego współlokatora. On nas nie zobaczy czasem?, zaniepokoiłem się nagle. Nie przejmuj się, jak jest w domu, to prawie nie wychodzi ze swojego pokoju; jestem przecież u siebie, no nie? Rozsiadłem się więc wygodnie na jego udach i zaczęliśmy całować się coraz wścieklej. Moje dłonie próbowały zapuszczać się na zwiady, trzeba im było odkryć te muskuły, te bicepsy, ten brzuch i pektorale wciąż jeszcze osłonięte tą bawełnianą koszulką. Stephan obejmował mnie swoimi potężnymi ramionami, jego ciepłe, silne dłonie wsunęły się pod mój sweter i podkoszulek, pieściły moje plecy, jedna wsunęła się pod spodnie i bieliznę i zacisnęła na pośladku.

Nie chciałem już dłużej czekać, chciałem się wreszcie dostać do całego tego ciała, i żeby ono do mnie całkiem i wszędzie się już dostało, żeby mnie wreszcie wziął dokumentnie. Możemy pójść do łóżka?, zapytałem cicho, może nawet zabrzmiało to jak błaganie, i istotnie nim było. Sure, uśmiechnął się, wypuszczając mnie z objęć, żebyśmy obaj mogli wstać.

Wziął mnie za rękę i zaprowadził do sypialni, która była przez ścianę z salonem, po czym zamknął za nami drzwi. Podeszliśmy do pościelonego na biało, szerokiego łóżka, z którego Stephan wziął maskotkę, jakieś zwierzę z długimi kończynami, rzucił ją na podłogę. Zauważył moje rozbawienie maskotką na łóżku tak męskiego mężczyzny, tak potężnego, pomnikowo wielkiego mężczyzny i też się roześmiał. Miałem ich więcej, różne zwierzęta, ale mój były chłopak, jak tu jeszcze mieszkał ze mną, obraził się kiedyś na mnie, wściekł się i je wszystkie powyrzucał, żeby mi dogryźć. Wyrzucił wszystkie? Tak, wyrzucił do śmieci, on miał różne takie napady. Ale nie z powodu tych maskotek się rozstaliście?, śmiałem się. Nie, no nie tak konkretnie, ale to był, powiedzmy, taki przejaw, jeden z wielu, że nam się już nie układało. Zdjął ze mnie sweter i podkoszulek, ja w odpowiedzi odsłoniłem wreszcie ten potężny tors, w uszach dudniły mi uderzenia mojego serca. Też był Polakiem, by the way, dorzucił jeszcze; miał na myśli swojego byłego chłopaka. Każdy z nas zdjął spodnie, ja zrzuciłem też szybko bieliznę i skarpety. Stephan stał przede mną wciąż w bokserkach, dłonią delikatnie popchnął mnie trochę do tyłu i pokierował tak, żebym usiadł na brzegu łóżka, które było tuż za moimi plecami. Stał przede mną w oczekiwaniu, aż zsunę te jego bokserki i ujrzę jego męskość w całej jej okazałości.

I kiedy ją ujrzałem, przed oczyma przesunęło mi się natychmiast kilka obrazów. Jak kiedyś, na zupełnie najpierwszej londyńskiej randce, poznany też via Gumtree Malezyjczyk Annuar, student którejś londyńskiej szkoły filmowej, zabrał mnie do jakiegoś pełnego mężczyzn w wieku ponadśrednim gejowskiego pubu, nazywał się Quebec czy coś w ten deseń, nie pamiętam już nawet, gdzie to jest, i w ubikacji, jakiś mały, chudy, niemłody i niepiękny mężczyzna stanął przy pisuarze tuż obok wysokiego, dobrze zbudowanego czarnoskórego faceta, oprócz mnie i Annuara jedynego tam człowieka przed trzydziestką, który właśnie oddawał mocz, i ten stary zaczął się na tego karaibskiego mężczyznę gapić, to na jego oddające mocz przyrodzenie, to na jego twarz, i zaczął mu tak do niego trzepać sobie konia przy tym pisuarze, nie bacząc na świadków. Pogarda w oczach tego czarnego młodzieńca, gdy chował swój skarb i zapinał sobie rozporek, wydawała się go podniecać jeszcze bardziej. Nie wiem, czy to wydarzenie miało jakiś wpływ na to, że z randki z Annuarem nigdy nic nie wyszło i nigdy więcej się nie widzieliśmy. Od razu jakby zrozumiałem, dlaczego w kinie na Haymarket Stephan czekał, aż się albo zrobi pusto przy pisuarach, albo przesunie kolejka do kabiny: wyobraziłem sobie, że obok sikającego Stephana staje jakiś bardziej przeciętny biały mężczyzna i w poczuciu zniewagi wymierza mu śledzia w twarz. To chyba z jakiegoś filmu. I przypomniały mi się ostatnie cierpienia Azji Tuhajbejowicza, to taka drugoplanowa postać głupiej, ale powszechnie w Polsce znanej powieści, mniejsza o to, nevermind, chodzi o to, że ten Azja został nabity na pal, czym zadano mu śmierć. Bo Stephan był dopiero na drodze do pełnego wzwodu, jeszcze nie do końca mu się podniósł, a już rzucał poważne wyzwanie tym domorosłym psychologom, którzy budowanie takiej muskulatury tłumaczą potrzebą kompensowania niedostatków po stronie pierwszorzędnych cech płciowych. Stephan niczego nie musiał kompensować, wręcz przeciwnie, jeśli już, to nadganiać rozbudową ogółu swoich proporcji, ale nawet przy jego wzroście, przy szerokości jego klatki piersiowej, przy bułach jego bicepsów i ud, jego męskość i tak wciąż wyglądała imponująco i oczekiwała, aż moje usta podniosą ją do reszty i uczynią twardą i gotową do działania.

Z wysokości swojego wzrostu Stephan spoglądał na mnie znów z niespecjalnie skrywanym zadowoleniem, zadowoleniem z wrażenia, jakie na mnie zrobił. Czy na mojej twarzy widać też było grubą dozę lęku, który musiał się chyba pojawić w moich oczach? Bo choć byłem podniecony do białej gorączki, miałem przed sobą trzysta procent mężczyzny jakąś szamańską sztuką pomieszczone w jednym ciele, w jednej osobie, to pewności, czy zdołam przyjąć go w siebie, wyraźnie mi brakowało. Przypomniał mi się Patrick i opór, z jakim musiał sobie dać radę, zanim się we mnie dostał, a to, co miałem przed oczami, biło nawet Patricka na łeb na szyję. Czy on mnie zwyczajnie nie rozerwie na strzępy? Stephan może dostrzegł i ten lęk, uśmiechnął się nieznacznie, kątem ust z pewnością siebie samca świadomego wrażenia, jakie wywiera, z pewnością siebie samca świadomego, że zaoferuje ciału, które właśnie zdobywa, doświadczenia dotąd mu nieznane. Położył dłonie na mojej głowie i przysunął ją do swojego przyrodzenia, prosząc, by moje usta się o nie zatroszczyły. Żeby go tam dobrze wypełnić krwią, moje usta potrzebowały pomocy dłoni. Lekko słonawy smak jego ogromnej żołędzi drażnił mój język, gdy wyobraźnia starała się odpowiedzieć na pytanie, co to będzie, co ze mnie zostanie, gdy właściciel tej maczugi wepchnie ją we mnie.

Let’s put a condom on, powiedział, gdy był tam już całkiem twardy. Delikatnym, ale zdecydowanym gestem swoich wielkich dłoni odsunął moją głowę wydostając swoją zadowoloną żołądź na powietrze. Schylił się do nocnej szafki, która stała obok łóżka po mojej prawej stronie, otworzył szufladę wypełnioną wrzuconymi tam luzem prezerwatywami, wysypanymi z pudełka, abo raczej pudełek, bo było ich tam kilkadziesiąt, może nawet ze sto – no tak, taki mężczyzna nie może narzekać na brak seksu, nawet po zerwaniu ze swoim polskim (znowu, jak Mitesh! o co tu chodzi?) chłopakiem, który mu wyrzucał maskotki, na pewno ustawiają się do niego kolejki chętnych pasywów, nie kupuje kondomów inaczej niż po kilka paczek na raz. Wyciągnął jedną prezerwatywę, otworzył i podał mi, żebym mu założył. Zaciągnąłem ją powoli, pieszcząc go jeszcze palcami, wpatrując się w jego prącie jak zahipnotyzowany – jego rozmiarami i perspektywą tego, co mnie za chwilę czekało.

Stephan odrzucił kołdrę i pociągnął mnie z sobą do łóżka. Położył mnie na plecach, sam ułożył się tuż przy mnie, na boku, uniósł się następnie na łokciu i z tej samej, pełnej kondomów szuflady wydobył tubę lubrykantu, który rozprowadził na całej powierzchni swojego sztywnego, wyczekującego członka. Wziął na palce dłoni jeszcze trochę żelu i wypieścił nimi mój anus. Uniósł się nade mną, podciągnął moje kolana, przełożył moje nogi przez swoje barki i przystąpił do ataku. Napierał powoli i ostrożnie, usiłując stopniowo rozluźnić mój zwieracz, oszukać opór mojego ciała wilgocią żelu, którym wysmarował nasze miejsca styku. Szeroka, opancerzona majestatycznymi pektoralami klatka piersiowa unosiła się nade mną, oparta na tych dwóch potężnych niczym jakieś antyczne kolumny ramionach, które wznosiły się po obydwu stronach moich barków: niczego nie pragnąłem w tamtym momencie bardziej, niż być zerżniętym przez ten cud natury, zerżniętym natychmiast, zerżniętym za wszystkie czasy, za te wszystkie rozkosze, których nie zaznałem, jak miałem lat osiemnaście, dwadzieścia czy dwadzieścia parę. Mój zwieracz nie dawał jednak za wygraną, nie chciał się poddać, Stephan nie zdołał we mnie wprowadzić nawet głowicy swojej rakiety. Próby trwały już chyba kwadrans, sytuacja robiła się niepokojąco krępująca, z tendencją do beznadziejnej. Pomyślałem znowu o Patricku, kiedy ten skurczybyk nie mógł się we mnie dostać od przodu, udało mu się we mnie wedrzeć od tyłu, gdy ustawił mnie na czworaka. Zaproponowałem więc to rozwiązanie. Zadanie okazało się równie, jeśli nie jeszcze bardziej, niewykonalne.

Zrezygnowany, Stephan położył się na plecach, jego głowa zapadła się z westchnieniem w poduszkę. Zdjął prezerwatywę, zawiedzioną i suchą w środku wyrzucił do kosza, który stał niedaleko łóżka – po mojej stronie, skąd krzyczała do mnie, Wstyd! Mogłem sobie doskonale wyobrazić zakwasy, jakie tępo zacisnęły mu się na tych ogromnych jądrach, które utraciły okazję zrzucenia ładunku. Sam nie tylko nie zostałem zerżnięty za wszystkie czasy, ale nie zostałem zerżnięty w ogóle, po tylu godzinach pobudzenia i obietnicy składanej przez cały wieczór przez jego gesty, spojrzenia i dotyk. Na domiar złego z mojej własnej winy, z winy mojego własnego, nieprzygotowanego ciała, które poniosło tak sromotną klęskę na froncie pogoni za rozkoszą, a miało przed sobą – i nad, i już prawie w sobie – zmaterializowany fantazmat tak wielu homoseksualnych mężczyzn. Sromotną klęskę w pogoni za rozkoszą własną, ale i za rozkoszą sprawianą innemu, bo ostatecznie, długofalowo, tylko zdolność do sprawiania rozkoszy, a w każdym razie składania jej wiarygodnej obietnicy, daje ciału prawo do rozkoszy zaznawania od innych ciał poszukujących ofert na seksualnym rynku Soho, Vauxhallu i okolic. Czułem się głęboko i szczerze rozczarowany moim własnym ciałem, które nie sprostało, uległo własnym ograniczeniom i nie zaznało mężczyzny przecież dokładnie takiego, o jakim nie raz śniło, jak jeden z tych, za którymi włóczyło oczyma po hali czy szatni siłowni Virgin Active na Hammersmith.

Nie wiedziałem, jak przeprosić za swoje niesprostanie, za swoje niepodołanie, za swoją niezdolność przyjęcia takiego daru – daru, o który tylu innych by z zapamiętaniem i determinacją zabiegało. Chciałem się zapaść pod ziemię, jak wtedy, kiedy na schodach przed Sacré-Coeur pozwoliłem odejść Karimowi. Pod ziemię, i prosto do piekła. Coś probowałem powiedzieć, skończyło się chyba tylko na nieśmiało wymamrotanym I’m sorry, I’m really sorry. Zastanawiałem się, czy zaproponować coś innego, na przykład, że zrobię mu fellatio, ale czułem się zbyt tą klęską onieśmielony, żeby się odezwać z taką ofertą. Bo czy tak spektakularny mężczyzna dochodzi samym tylko fellatio, czy nie jest to jedynie rozgrzewka przed kopulacją, czy godzi się w ogóle sugerować, że na takiego smoka samo fellatio mogłoby poradzić, że mogłoby mu wystarczyć? Wydawało mi się, że byłaby to prawie zniewaga.

Zdarza się, zdaję sobie sprawę, że nie jestem przeciętny, powiedział Stephan tonem niezwykle wyrozumiałym, ciepłym, łagodnym, i poklepał mnie jeszcze dłonią po mojej dłoni. Are you upset?, zapytałem przerażony, naprawdę przerażony, że być może właśnie traciłem takiego mężczyznę. Nie, odpowiedział spokojnie, pod warunkiem, że tak nie będzie za każdym razem, i uśmiechnął się, patrząc na mnie, patrząc mi prosto w oczy. Ale przyzwyczaisz się do moich rozmiarów, to kwestia praktyki. Zgasił lampkę po swojej stronie łóżka. Wiem, że to taki stereotyp jest, że czarni mężczyźni mają wielkie penisy, dodał jeszcze, to tylko stereotyp, wcale nie wszyscy, ale tak się składa, że ja akurat mam. Miałeś już jakiegoś czarnego mężczyznę?, zapytał. Miałem, uśmiechnąłem się, trzech. I jak u nich wyglądała sytuacja z rozmiarami? – popatrzył na mnie. Patrick miał wielkiego, ale oczywiście nie aż tak jak ty. Ale największego, jakiego dotykałem, dopiero dzisiaj spadł na drugie miejsce, śmiałem się. Potem jeszcze był Stan i Chris – przydarzyli mi się gdzieś po drodze między Patrickiem a Miteshem – oni byli w granicach średniej. Tak więc, podsumowałem, stereotypem jest, że wszyscy macie olbrzymie przyrodzenia, bo nie wszyscy, ale największe przyrodzenia chyba najczęściej macie właśnie wy, śmiałem się, tak do końca fałszywy to ten stereotyp nie jest.

Dzięki tej krótkiej wymianie zdań przestałem się wreszcie czuć tak źle, jak ostatnia łajza, która zepsuła całą zabawę. Wyrozumiały i przyjacielski, jak przez cały wieczór, ton głosu Stephana był ostatecznym dowodem, że nie ma mi niczego za złe. Leżeliśmy chwilę w ciszy, on zamknął oczy, ja nie, patrzyłem to w sufit, to w stronę tego mocarnego ciała, zanim dotarł do mnie sens tego, co on przed chwilą, kilka zdań temu, powiedział: nadzieja, że tak nie będzie za każdym razem, przyzwyczaisz się, kwestia praktyki, i ten mimo wszystko uśmiech, szczery uśmiech, a nie wyraz bolesnego zawodu czy irytacji. Czyli jednak było dla mnie miejsce w tym jego obszernym łóżku na więcej niż tylko tę jedną noc, przypadłem takiemu mężczyźnie do gustu na tyle, że chciał, żebym tu wrócił, nawet po naszym właśnie przeżytym katastrofalnym niepowodzeniu, klęsce prawdziwie sromotnej. Moje oczy ostatecznie porzuciły sufit i zatrzymały się na nim, na jego pięknej, nieprawdopodobnie młodej jak na jego wiek twarzy silnego mężczyzny, na tej szerokiej piersi opancerzonej wielkimi płatami muskułów, opiętej głądką, nieowłosioną z natury lub bardzo starannie wygoloną, brązową skórą. Na miłość boską, byłem w łóżku z najprawdziwszym przybyszem z najbardziej utęsknionej prowincji Krainy Fantazji każdego pasywa w mojej części Europy: pięknym, muskularnym czarnoskórym mężczyzną o monumentalnym prąciu, i mogłem go mieć na więcej niż tylko tę jedną noc. Mogłem mieć mężczyznę, którego zazdrościłby mi, którego będzie mi zazdrościł co druga sfrustrowana ciota tam w tej dupie świata na Dzikim Wschodzie kontynentu. I poddałem się słabości, nieprzygotowaniu tej nieszczęsnej części ciała, która najbardziej przecież tęskniła, by przyjąć go w siebie. Ta nieszczęsna, sucha w środku, rozczarowana prezerwatywa rozmiaru extra large, czy jeszcze większego, jeżeli większy istnieje, leżała w koszu po mojej stronie łóżka, niczym dowód winy, i piekła stamtąd jak wyrzut sumienia.

W przeciągu kilku sekund moja krew znowu zaczęła szaleć, pożądanie zapomniało o rozczarowaniu i cudownie zmartwychwstało z nową siłą i nową nadzieją, że tę noc w końcu zwieńczy spełnienie. Być może nawet spełnienie najzupełniej wstrząsające. Przysunąłem się do Stephana i przylgnąłem do jego ciała, pocałowałem go w szyję i w ucho, a moja prawa dłoń zsunęła się z jego gładkiej, spiżowej klaty, po brzuchu, ku jego orężu, które leżało płasko na brzuchu, ale nie zdążyło jeszcze do końca ochłonąć z nadziei na penetrację mojego ciała. Pod dotykiem moich palców zaczęło na powrót zasysać w krew w swoje jamy i twardnieć. Spróbujmy jeszcze raz, poprosiłem szeptem, cichym, bardzo nieśmiałym, jednak błagalnym. Stephan spojrzał na mnie, żeby sprawdzić, czy wiem, co mówię, czy jestem pewien, że tego chcę, po czym położył swoją silną, opiekuńczą dłoń na mojej głowie i pokierował ją tam, gdzie była już dłoń, bym ustami i językiem dobudził olbrzyma, który zaczął już był zasypiać.

Kiedy podniósł mu się do reszty, znowu sztywny i herkulejsko majestatyczny, Stephan uniósł swój tors, odsunął przykrywającą nas kołdrę, uniósł się nade mną i sięgnął po kolejną prezerwatywę i lubrykant. Rozłożył moje nogi i usiadł między nimi, pośladkami na swoich stopach. Szybko i zręcznie założył prezerwatywę i naniósł na nią szczodrą ilość żelu. Wziął potem jeszcze trochę żelu na palce prawej dłoni i wsunął je w mój odbyt. Najpierw dwa palce, potem trzy, pieścił mnie tam przez cierpliwie długą chwilę, smarując moje wnętrze żelem i przygotowując mój zwieracz do kolejnej ofensywy, rozluźniając go krok po kroku. Jego fallus stał wyprężony i w pełnej gotowości oczekiwał, kiedy będzie mu wolno się tam wreszcie zapuścić. Był tak sztywny i rozpalony, jakby patrzył na mnie i mówił, że tym razem nie ma zmiłuj, nie da już za wygraną, choćbym wył, kwiczał i skwierczał z bólu. Stephan wziął jeszcze trochę żelu na dłoń i wsunął we mnie cztery palce, kciukiem pieszcząc skórę w moim kroczu. Wytarł dłoń w papierową chusteczkę – ich pudełko stało na nocnej szafce koło mojej głowy. Chwycił dłońmi moje nogi pod kolanami, podciągnął je i przełożył sobie przez barki. Powoli opuszczał na mnie swój tors, rozciągając mięśnie z tyłu moich ud, od góry napierając na mnie swoją Herkulesową piersią. Dłonią pomógł sobie ulokować głowicę swojego pocisku u wejścia do mojego bezbronnego przed nim ciała. Powoli, bardzo ostrożnie, cierpliwie i uważnie, przepychał żołądź przez opór mojego anusa – tym razem żel pomógł i ten opór przełamać się udało. W pierwszej chwili moje serce struchlało, najzupełniej struchlało. Jego gigant zaglądał już głową w ciemności mojego wnętrza. Bolało. Ale wkrótce przestało boleć tak bardzo, zwieracz trochę ustąpił, trochę się rozluźnił. Wtedy Stephan osunął swój tułów całkowicie ku mnie, oparł się po obu stronach na łokciach, przyciskając moje kolana ku mojej klatce piersiowej. Skubany, wiedział już doskonale z doświadczenia z Bóg wie ilu pasywami, którzy przez te wszystkie lata mieli szczęście się pod nim znaleźć jak ja teraz, że ta pozycja rozciąga zwieracz, otwiera go i daje większe szanse na wejście w kogoś nieprzywykłego do takich rozmiarów penetrującego. Stephan pochylił głowę jeszcze bardziej ku mnie i zaczął mnie całować, na mokro, z językiem poważnie w działaniu, tak, żebyśmy wymieniali się śliną, żeby temperatura mojej chuci nie opadała, żeby była silniejsza niż ewentualny nawrót bólu, gdy będzie we mnie wchodził głębiej. Ostrożnie, ale pewny siebie, trzymając wszystko doskonale pod spokojną kontrolą, zagłębiał się we mnie drobnymi etapami, za każdym razem po calu. Czułem, jak napiera na mnie tam w środku, przez chwilę miałem wrażenie, jakby mnie miał zaraz rozerwać, ale tym razem ani myślałem dać za wygraną, w końcu był już w środku, najtrudniejsze za nami i tym razem obaj się wyżyjemy, choćby nie wiem, ile mnie to miało kosztować. Stephan, opierając się wciąż na łokciach, dłonie położył na kopule mojej głowy, najpierw delikatnie przejechał po centymetrowym meszku moich włosów, a potem ujął moją głowę, żeby trzymać ją w jednej pozycji i zwiększyć swoje panowanie nad moim ciałem tam pod nim, jakby w trosce, bym nie odwinął się czasem nagle w bok, a on nie zrobił mi tam w środku krzywdy, nie zerwał czegoś, nie rozszarpał, nie przetrącił. Wtedy ból przestał jakby być bólem, mój zwieracz ustąpił trochę, dostosował swoją średnicę do nowej konieczności i zacisnął się, niczym pocałunkiem, na wielkim prąciu Stephana, który teraz wykonał definitywne pchnięcie i zanurzył się we mnie do końca. Przez chwilę myślałem, że stracę oddech, do tego stopnia jego napór tam w środku był w pierwszej minucie paraliżujący. Stephan, żeby nie zrobić mi krzywdy, na chwilę zatrzymał się w bezruchu – dawał mojemu ciału czas, żeby się odnalazło w nowej dla siebie sytuacji. Przyglądał się uważnie mojej twarzy.

Are you OK?, zapytał po chwili, z uśmiechem czegoś na kształt cichego triumfu, i były to pierwsze słowa, jakie w tym łóżku padły, odkąd wyszeptałem prośbę, byśmy spróbowali jeszcze raz. I’m OK, odpowiedziałem dziwnie cicho, jakby w obawie, że próba wydobycia z siebie bardziej zdecydowanego dźwięku coś we mnie nadszarpnie, albo nawet cały się pod nią rozsypię. Dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, jak mocno wpiłem palce w jego bicepsy. Spuściłem więc trochę z ich uścisku, a Stephan zaczął powoli i delikatnie poruszać biodrami. Miałem nadzieję, że będziesz się czuł trochę lepiej niż tylko OK, patrzył na mnie wciąż z tym uśmiechem zadowolenia, nie tylko z tego, że przełamał opór mojego ciała i był w środku, ale i z tego, że serwował mi wrażenia dotąd mi nieznane, które bez problemu czytał z mojej twarzy. It is more… than just OK – wydobyło się ze mnie, głosem, który prawie się zawiesił. Fucking Hell!, to naprawdę było znacznie więcej, niż OK: zaczęło do mnie docierać, że początkowy ból przekształcił się nagle, niespodziewanie, we wrażenie przedziwnej przyjemności wywołane całym tym uciskiem poruszającego się we mnie olbrzyma Stephana, który sięgnął miejsc przez nikogo wcześniej nie dotkniętych, uciskał od wewnątrz prostatę i ocierał się o nią, jak nikt inny wcześniej, bo nikt inny nie wypełnił mnie wcześniej swoim prąciem na taką skalę. Stephan pogłębił trochę zasięg ruchów swoich bioder, przyspieszył nieco, ale tylko trochę, żeby nie sprawić mi znowu bólu. Ta piękna, pokrywająca mnie góra mięśni, falowała teraz na mnie, prowadząc nas obydwu tam, dokąd od kilku godzin obydwu nas tak świerzbiło dotrzeć. Nie musiał się wcale poruszać szybko, bo nieobyty z takim porządkiem skali mój anus obejmował go i ściskał wystarczająco mocno, wystarczająco, by generować tyle tarcia, ile Stephanowi było trzeba. Cały czas unosił swój tors nade mną, opierając się na łokciach i dłońmi trzymając z obydwu stron moją głowę. Co chwilę pochylał się, by mnie całować, potem unosił trochę, by wykonać kolejnych kilka spokojnych pchnięć biodrami; spokojnych, ale przeszywających mnie jak na wylot, zdolnych rozkołysać serce, które obijało się, rozhulane, o wewnętrzne ściany moich żeber, miotało się tam jak spłoszony kurczak.

Moje myśli rozsypały się na wszystkie strony, w każdą z nich się rozpędziły. Pomyślałem o tobie. Penetrował mnie ten niesamowity Mężczyzna nad Mężczyznami, przybysz z najgłębszych pokładów fantazji, ale i tak pojawiłeś się w bałaganie moich skołowanych myśli ty. Przypomniało mi się, jak tam w kawiarni przy Shaftesbury Avenue powiedziałeś mi, że żaden czarnoskóry facet nigdy nie chciał się z tobą spotkać, mówiłeś jak bardzo ci się podobali, ale oni, jeden po drugim cię odrzucali. Może dlatego, że nie mam w spodniach tyle, co oni, powiedziałeś wtedy, z uśmiechem, że to niby żart, ale i z westchnieniem bolesnego zawodu, rozczarowania. Kiedy leżałem tam pod Stephanem, pod ciężarem tej wspaniałej góry mięśni, pod naporem pchnięć jego bioder, z wrażeniem, że za każdym z tych pchnięć jakimś cudem dostaje się jeszcze głębiej we mnie, choć żaden postęp na tym froncie nie wydawał mi się już od dawna możliwy, zastanawiałem się – nic nie mogłem na to poradzić, że się nad tym zastanawiałem – czy udało ci się kiedyś spełnić tę twoją fantazję o czarnym mężczyźnie, który byłby tak obdarzony, jak to sobie wyobrażałeś. Miałem nadzieję, że tak, pomyślałem, że chciałbym nawet, żeby Stephan, jeśli nie ktoś inny mu podobny, przespał się choć raz z tobą, przespał był w przeszłości lub miał przespać w przyszłości, kiedyś po mnie, żebyś doświadczył tego, czego tak pragnąłeś, żeby cię zerżnął tak wspaniale, jak teraz posuwał mnie, żeby zadał ci tyle samo rozkoszy. W wyobraźni zobaczyłem twoją twarz, jak jesteś na moim miejscu, w całkowitej władzy tego niesamowitego ciała, i całkowicie w tej władzy bezpiecznego, tak jak ja czułem się bezpiecznie; widziałem, jak masz otwarte oczy, żeby nic nie stracić z tych wrażeń, którymi ciało Stephana awansuje na ciebie z każdej strony, i w tych twoich otwartych oczach Arjuna Rampala zobaczyłem, jak Stephan, penetrując cię tak niebiańsko, zdejmuje z nich wreszcie tę zasłonę smutku, która prawie nigdy nie chciała z nich spaść, i smutek ten znika gdzieś wreszcie, przynajmniej na chwilę, wyparty przez lśnienie prawdziwej, wstrz rozkoszy, błyskające po ich szklącej się powierzchni, kiedy ty nie możesz powstrzymać się od westchnień i cichych jęków. Już na pewno nie powiedziałbyś I am neither.

Kiedy leżałem tam pod majestatycznym ciałem Stephana, który tak doskonale wiedział, jak wziąć całkowitą kontrolę nad ciałem moim, przejąć nad nim absolutną władzę, i z pewnością siebie mężczyzny, który doskonale i od dawna wie, jak fantastyczny jest fizycznie, wepchnąć w to moje ciało tyle rozkoszy, ile tylko pragnęło, więcej, niż kiedykolwiek myślało, że mogłoby pragnąć, tyle, ile się jej nigdy wcześniej nie spodziewało, tak głęboko i szeroko, że nigdy nie przypuszczało, że ktoś aż tam się kiedyś może dostać – kiedy tak leżałem pod naporem nowych dla mnie, granicznych rozkoszy otwieranych przede mną przez mojego dziś odnalezionego Mężczyznę nad Mężczyznami, jednocześnie pomyślałem o tym, jak rozpaczliwie nieudany był ten nasz jedyny raz, ty byłeś jak z drewna, ja byłem tak przestraszony, jak się za to drewno zabrać, żeby zmiękło i nabrało życia, pozwoliło krwi zaszaleć i rozruszać włókna tkanek. Myślałem, jak bardzo nędzniutki i wstydliwy był ten nasz jedyny raz, w zderzeniu ze spektakularnym ciałem Stephana i z jego władzą rozporządzania rozkoszą swoich kochanków, tej nocy szczęśliwie byłem to ja.

A jednak nawet pod naporem rozkoszy wdzierającej się we mnie mocą tego wspaniałego ciała, myślałem tam również w tym jego łóżku, że gdyby wszystko i tak nie było już przekreślone przez ciebie, to twoje oczy Arjuna Rampala wciąż wygrywały z gładkim, skandalicznie męskim ciałem kasztanowego Herkulesa. Myślałem, co by było, gdybyśmy spróbowali nawzajem nauczyć się swoich ciał na tyle, by zdołać dać sobie nawzajem tyle samo rozkoszy, nawet jeśli nie dokładnie tej samej rozkoszy, bo żadne z naszych ciał, ani moje, ani twoje, nie mieściło się w atletycznym i seksualnym porządku dumnie zamieszkiwanym przez Stephana. Wraz z kolejnym ostrożnym, lecz paraliżującym pchnięciem mojego wyśnionego amerykańskiego kulturysty, przeszyło mnie pytanie, czy moglibyśmy my, ty i ja, kiedyś dać sobie tyle rozkoszy, czy ty mógłbyś mi tyle zaoferować, czy chciałbyś być moim topem, i czy rozkosz odczuwana przez ciebie, równałaby się mojej, czy zdołałbym dokonać uczciwej wymiany – bo wiedziałem, że ja nie zdołałbym przyjąć roli Stephana. Pomyślałem o tym, jak by to było, gdybyś to ty unosił się tak nade mną, gdyby to twoje biodra wykonywały te pchnięcia, gdyby to twoje oczy Arjuna Rampala patrzyły tak na mnie z góry, rejestrując symptomy rozkoszy galopujące po mojej twarzy – na jaki poziom rozkoszy każdy z nas mógłby się wtedy wybić? Jednak pomyślałem też, i myśl ta na krótką chwilę zmroziła mi serce, iż tamtej naszej jedynej wspólnej nocy, kiedy wszystko się między nami skończyło, straciłem cię dokładnie dlatego, że nie byłem takim mężczyzną jak Stephan, nie byłem takim kochankiem jak Stephan, tak bardzo taki nie byłem – i nigdy nie będę. I nabrałem nagle niezwykłej pewności, że Stephana byś zatrzymał, że Stephan, że mężczyzna taki jak on, otrzymałby od ciebie esemesa z podziękowaniami za waszą pierwszą noc, zanim by zdążył rano dotrzeć do pracy, i zobaczyłby cię wkrótce znowu. Tak bardzo nie byłem tak wspaniałym mężczyzną.

Ale cały czas myślałem też – nie mogłem nie myśleć – o tym ciele, które brało mnie właśnie w posiadanie, w sposób, którego, wiedziałem to już, nigdy nie zapomnę, czy to będzie nasza jedyna noc, czy Stephan wyróżni mnie swoim uznaniem i zatrzyma w tym łóżku na dłużej, zaprosi tu znowu, czego rozpaczliwie w tamtych chwilach pragnąłem. W tamtym dokładnie momencie nie potrafiłem sobie wyobrazić większego szczęścia, niż myśl, że takich nocy będzie więcej, że Stephan weźmie mnie więcej razy niż ten jeden, który właśnie się ku mojemu oszołomieniu rozgrywał. Całym ciałem odczuwałem to ciało, którego moc trzymała mnie teraz w swojej władzy, na zewnątrz i wewnątrz mnie; czułem te spiżowe mięśnie ud opierające się i ocierające się o moje pośladki, za każdym razem, gdy Stephanowi udawało się wepchnąć we mnie swoją męskość całkowicie; mięśnie brzucha i piersi napierające na uda moich przerzuconych przez jego ramiona nóg. Moje dłonie nie wiedziały, gdzie się podziać, chciały się rozmnożyć, na podobieństwo bogini Kali, by zdołać jednocześnie zacisnąć się na bułach jego bicepsów, dotykać brzucha i piersi, zaciskać się na barkach, obejmować plecy, wpijać się palcami w te twarde, wypukłe pośladki, w te potężne uda; pragnęły rejestrować czujnikami opuszków wszelkie drgnienia, skurcze i ruchy każdej grupy mięśni pracującej nade mną pod tą piękną, odmawiającą starzenia się skórą barwy kasztanu.

Miałem wrażenie, nie, to nie było wrażenie, to była pewność, że nigdy jeszcze ciało żadnego mężczyzny nie miało nade mną tak całkowitej władzy. Było większe, potężniejsze, silniejsze, przygniatało mnie, otaczało mnie, sklepiało się nade mną, opierając się wokół mnie na filarach potężnych ramion, wreszcie wypełniało mnie i zdobywało w środku tak daleko i głęboko, że serce biło chwilami z obawy, że zrobi mi krzywdę. Tak łatwo mogło mi zrobić krzywdę, tak zupełną miało nad mną przewagę, że mogło mi wyrządzić krzywdę, złamać coś, przetrącić, zadać ból, zaangażowało jednak całą tę swoją fizyczną przewagę, całą swoją pomnikową moc w spokojne, troskliwe sprawianie mi rozkoszy. Rozpierało mnie szczęście, byłem z siebie dumny, że miałem odwagę tak całkowicie mu zaufać, oddać się tak zupełnie na jego łaskę, choć jeszcze kilka godzin temu w ogóle go nie znałem, tylko raz słyszałem jego głos w telefonie. Oddanie się obcemu jeszcze dopiero co mężczyźnie, przez mężczyznę, zrozumiałem to właśnie wtedy ze Stephanem, jest jednym z najpiękniejszych aktów zaufania, jakiego może dokonać człowiek, jedną z najpiękniejszych rzeczy, jakie może zrobić człowiek, to jest człowieczeństwo par excellence. Rozpierało mnie szczęście, że porwałem się i zachęciłem go do tego jeszcze jednego podejścia, że się nie przestraszyłem, nie zniechęciłem, nie wycofałem we wstyd.

W głębi, wewnątrz mnie, monumentalne ciało Stephana obudziło chłopca, którym byłem daleko, dawno temu, w Dąbrowie Górniczej, i od którego zawsze chciałem uciec, chudego, przestraszonego chłopca, który zawsze chciał uciec od siebie, który zawsze chciał uciec stamtąd. Do lepszego życia, od większych, groźnych, silniejszych chłopców, w silne ramiona i pierś, która by im stawiła czoła, szerszą od ich piersi. Pierś nade mną była szersza od wszystkich tamtych piersi. Ramiona wokół mnie – silniejsze od ramion każdego z nich z osobna, od wszystkich razem. Ta pierś i te ramiona osłaniały mnie wreszcie od świata, zamykając mnie w kapsule bezpieczeństwa i rosnącej, rozpierającej, rozsadzającej mnie od wewnątrz przyjemności. To ciało, które podbijało, plądrowało wręcz moje wnętrze, obudziło we mnie zapomnianego, porzuconego nastolatka, który spoglądał na tych rzadkich kilku pięknych chłopców w swoim wieku, na tych nielicznych pięknych młodych mężczyzn, których los zbłąkał tam na ów ponury koniec świata przysłonięty szarym dymem z kominów upadającej na raty, nigdy do końca, Huty. Nastolatka, który spoglądał na tych chłopców i mężczyzn o silnych, prężnych ciałach z zatruwającą mu życie mieszaniną zazdrości, podziwu, pożądania i zupełnej rezygnacji. Zazdrości, że jego własne cherlawe ciało im nie dorównuje; pożądania pieczołowicie i panicznie skrywanego, by nikt nigdy nie poznał jego sekretu, by nikt nigdy nie poznał jego skandalu. Rezygnacji, że to cherlawe nastoletnie ciało, gnębione zewsząd katolicką opowieścią o własnym przyrodzonym grzechu, nawet gdy ucienie kiedyś od tej opowieści o grzechu w jakąś siną dal, nigdy tym ciałom nie dorówna, a przez to z kolei nigdy nie zasłuży na rokosz takich ciał uścisku, że nie zasłuży na żadną w ogóle rozkosz, nigdy, i żadnej innej, oprócz samotnej, upokarzającej ulgi samogwałtu, nie pozna; że będzie się musiało zadowolić samą za nią, przed światem skrywaną, wstydliwą, haniebną tęsknotą. Smutne i szare było życie tego chłopca, pogardzanego i wykpiwanego zawsze przez ojca – za to, jaki był słaby, że bał się konfrontacji z innymi chłopcami, bo czuł, że wszyscy są od niego silniejsi, ukrywał się przed nimi w książkach, filmach, gryzmolił coś ołówkiem, nawet ładnie, ale to też dobrze nie wróżyło – mężczyzny nigdy z tego nie będzie. Tego chłopca wspomnienia budziły się teraz, gdy pierś szersza niż wszystkie piersi, za którymi oczy chłopca podążyły kiedykolwiek tęsknie, unosiła się nade mną, gdy ciało silniejsze i piękniejsze niż ciała, które widział był chłopiec na ponurym, szarym, zadymionym końcu świata, czyniło zadość wszystkiemu, co chłopca tego ominęło, wszystkiemu, co go od środka przez zbyt długie lata bezlitośnie trawiło. Ów chłopiec tam w moim wnętrzu obudzony chciał z radości drzeć się w niebogłosy, by każdy się dowiedział, by nikomu nie umknęło, jak wspaniałe ciało go teraz brało, bardziej imponujące niż ciała wszystkich tych silniejszych chłopców, których kiedykolwiek się bał, niż ciała wszystkich tych pięknych chłopców i mężczyzn, za którymi skrycie powłóczył wzrokiem, do których bał się zagadać w obawie, że się skompromituje, że głos mu będzie drżał i że od razu zobaczy jeden z drugim, że pedałkowi się podoba, że jakaś żałosna ciota na niego leci. Więc teraz wreszcie – ciało tak imponujące, że oni wszyscy – ci, których chłopiec się bał, i ci za którymi powłóczył oczyma, by szybko je potem spuszczać – patrzyliby na nie z zawiścią i zazdrością. Więc teraz w końcu mężczyzna tak widowiskowy, trzysta procent mężczyzny w mężczyźnie – nawet ten ojciec podły, wyrodny, ze swoim zawsze pełnym pogardy spojrzeniem, który tak bardzo nie znosił swoich synów i tak niestrudzenie upewniał się, żeby zatruć im choć trochę każdy dzień – poczułby się twarzą w twarz z takim mężczyźną jak nędzna sierota, jak bezbronny chłopiec, jak jego dziecko przed nim.

Moje ciało nie mogło już dłużej tego wytrzymać i tą nieprzywoitą rozkoszą eksplodowałem, spłynęła mi po brzuchu, a kilka jej ciepłych kropel chlapnęło na gładką, brązową, napiętą na mięśniach skórę brzucha sprawcy moich wrażeń. Stephan poczuł oczywiście nie tylko to – orgazm szarpnął wszystkimi moimi mięśniami, nie wyłączając zwieracza, który szczelnym pocałunkiem obejmował jego męskość, i teraz, na moment, zacisnął się na niej w gwałtownym porywie mocniej. Stephan zatrzymał się na chwilę w bezruchu i przyglądał mi się z uśmiechem zadowolenia, ale i niepewności: zadowolenia z siebie i niepewności o horyzont jego własnego, nachodzącego, lecz jeszcze nie osiągniętego, spełnienia. Ja jeszcze nie doszedłem, wyszeptał, can I continue?, zapytał. Oczywiście, że tak, odpowiedziałem, tak długo, jak tylko potrzebujesz. Jesteś pewien? Ja tylko pokiwałem twierdzącą głową, za to z wielkim przekonaniem. Jak mogłem mu odmówić, po tym, co mi ofiarował. Jego ciało zaczęło na powrót falować nade mną i na mnie, spokojnie i stanowczo poruszać się we mnie, wydłużając moją rozkosz, utrzymując jej wspomnienie na powierzchni rzeczywistości, rozciągając jej echo fenomenalnie w czasie, wciąż niemal dotykalną. Ten samotny, przestraszony chłopiec z zadupia pod kurzącymi lufami wielkiej huty, jeszcze nigdy nie czuł się tak bezpiecznie w swoim ciele, jeszcze nigdy nie czuł się tak bezpiecznie, oddając to ciało do całkowitej dyspozycji innego ciała, we władzy innego ciała. Po kilku kolejnych cudownie długich minutach ciało Stephana wykonało kilka szybszych pchnięć, napięło się, jego serce zabiło szybciej, a ja czułem, jak fala skurczy ociera się tam w środku o ściany mojego jelita, wystrzeliwując ku mojemu wnętrzu materię zaspokojenia. Patrzyłem na tę szeroką, piękną i zadowoloną twarz przerośniętego młodzieńca w ciele Herkulesa wyrzeźbionego w brązie, i czułem się tak nieprzyzwoicie szczęśliwy, że ten mężczyzna, który na zawołanie mógłby mieć co drugiego pasywa błąkającego się w poszukiwaniu seksu po zaułkach Soho, chciał po rozkosz wedrzeć się do wnętrza mojego ciała, mojego właśnie, nie innego. Kiedy w moim wnętrzu przestały nim szarpać skurcze ejakulacji, uniósł się na swoich potężnych ramionach i ostrożnie wynurzył ze mnie swoją powoli mięknącą supermęskość.

Usiadł, pozwalając moim nogom wreszcie się rozluźnić. Zdjął prezerwatywę i ją też wrzucił do kosza obok łóżka, do towarzystwa i na pocieszenie tamtej zawiedzionej; ta zawiedzioną być już nie miała powodu, w jej czubku spoczywała gęsty, biały dowód spełnienia. Położył się obok mnie na plecach. Rozprostowując nogi, czułem, jak dociera do mnie teraz nieznaczny, ale pulsujący ból nadwerężonego ofensywą Stephana wejścia do mojego ciała. Chcesz pierwszy wziąć prysznic?, rzucił, przyglądając mi się z boku. Odpowiedziałem pytaniem, czy na pewno nie woli przede mną, ale uśmiechnął się i wysłał mnie do łazienki. You’re my guest, powiedział, you deserved it. Uśmiechał się szeroko. Jego obłędnie muskularna pierś unosiła się i opadała wciąż jeszcze pogłębionym oddechem. Miałem ochotę krzyknąć z całych sił, że jest wspaniały, cały świat powinien o tym wiedzieć, ale uśmiechnąłem się tylko, chyba wciąż czerwony na twarzy, aż trochę onieśmielony – tym, jak bezbronny jeszcze przed chwilą byłem wobec niego, i jak wspaniała była ta bezbronność, i że on moją bezbronność doskonale widział, i jak cudownie było wiedzieć, że ją widział.

Gdy pod prysznicem woda spływała po mnie ciepłymi strumieniami, z twarzy, z szyi, po plecach i brzuchu ku pośladkom i udom, czułem jak mięśnie tych ostatnich, po wewnętrznej ich stronie, drżą jeszcze po wyzwaniu, jakiemu moje ciało sprostało. Nie mogłem tego drżenia opanować, aż zachciało mi się od tego śmiać. Anus wciąż mnie bolał, ale ten ból był jakiś nie do końca obecny, przesłonięty szybą niemal metafizycznego spokoju, jakby oddalony od mojej świadomości. Czułem się zerżnięty za wszystkie czasy. Pomyślałem o Patricku, jaka szkoda, że zarzucił bróby dostania się we mnie w tej pozycji, że zdecydował się wziąć mnie doggy style. Gdyby mnie zrobił w ten sposób, na pewno nie dopuściłbym tak łatwo, żeby nasza znajomość skończyła się na tamtej jednej nocy. Spłukiwalem z siebie pianę żelu do kąpieli, miałem wrażenie, że poruszam się w zwolnionym tempie, nie do końca na jawie, zawieszony z nadmiaru wrażeń w półśnie, transie lub alkoholowym oszołomieniu.

Jeszcze kiedy wyszedłem spod prysznica i wycierałem się białym ręcznikiem – zwinięte w przytulone do siebie rulony układały się równiutko i porządnie całym regałem w kącie łazienki – niektóre moje mięśnie wciąż drżały. Pytałem sam siebie, w myślach, czy jestem w stanie wytrzymać coś takiego on a regular basis, częściej, jak często, kiedy następny raz? Miałem wrażenie, że potrzebuję ileś, nie wiadomo ile, dni rekonwalescencji, może nawet coś się tam musi w środku pozrastać. Gdyby Stephan chciał się spotkać kolejny raz, gdyby chciał spotykać się kolejnych więcej razy, regularnie może nawet. Chciał mieć kogoś, żeby się w kinie trzymać za ręcę, napisał tak przecież w tym swoim pierwszym mailu, naprawdę nie miałbym nic przeciwko takim wieczorom w kinie, wieńczonym takimi wrażeniami, nieco częściej. On a regular basis. Ta perspektywa aż mnie ogłuszała, zastanawiałem się, czy bym temu fizycznie podołał, gdyby chciał mnie tak wziąć dwie noce z rzędu, albo trzy razy w ciągu tygodnia. Musi być jurny jak diabli, skoro kupuje prezerwatywy w ilościach, jakie trzyma w szufladzie. Chyba że kupuje takie ilości prawie hurtowo, bo mało kto sprzedaje taki rozmiar, dopiero teraz mi to przyszło do głowy, nie było to niemożliwe. Ten jego chłopak, ten Polak, z którym niedawno zerwał – ciekawe, jak długo byli razem, czy po dajmy na to dwóch latach związku z takim facetem, człowiek nie zaczyna się, no nie wiem, rozlatywać w środku, pękać w szwach, albo przeciekać?

Wróciłem do sypialni, zawinięty w ręcznik, który odrzuciłem na krzesło, po czym wsunąłem się pod kołdrę. Stephan cmoknął mnie jeszcze w usta, wstał i sam poszedł do łazienki. Było już późno, Stephan wstawał rano bardzo wcześnie, więc uwinął się szybko, żeby nie marnować czasu i położyć się do snu. Zgasił światło i ułożył się plecami do mnie, kołdrę podciągnął pod pachę. Z niegasnącym podziwem patrzyłem na te potężne, szerokie plecy i silne, muskularne ramię ułożone na kołdrze. Na opinającą je, piękną i gładką skórę, która w zderzeniu z bielą pościeli jawiła się jakoś tak – jeszcze gładsza i piękniejsza. Po chwili przyglądania się jego szyi i barkowi, po chwili wahania, czy mogę sobie na to pozwolić, przysunąłem się do niego i przylgnąłem do jego pleców. Can I stay like this?, zapytałem. Sure you can, odpowiedział, tonem tak bardzo różnym od Patricka kiedyś. Patrick był zaskoczony, przez chwilę czuł się nieswojo, głupio było powiedzieć nie komuś, kto mu się właśnie oddał, ale czułości był to dla niego raczej zbytek. Ty zareagowałeś tak, że przytuliłem się do ciebie ostrożnie, nieśmiało, nie całkiem, nie tak, jak naprawdę chciałem. Stephan odpowiedział tonem zaskoczenia, że w ogóle zadaję takie pytanie, tonem zachęty, gestem – uniósł ramię, żebym tam wsunął własne – zapraszając mnie, bym się przytulił wygodnie, objął go wokół torsu. W końcu po tym, co przed paroma chwilami osiągnęliśmy, zasługiwaliśmy na to, na wszystką czułość tego świata i na najspokojniejszy sen. Jego Sure you can znaczyło: bolało cię, twoje ciało stawiało opór, ale nie poddałeś się, oddałeś mi się, pozwoliłeś mi w siebie wejść, ofiarowałeś mi swoje całkowite zaufanie – zasłużyłeś na całe przytulanie tego świata, cały jestem twoją nagrodą.

Leżałem więc tak przytulony do imponujących, szerokich pleców mojego amerykańskiego kulturysty, mężczyzny, który dosłownie splądrował moje ciało, przeszył je na wylot, odkrywając przed nim nowe przestrzenie rozkoszy. Leżałem tak obejmując go prawym ramieniem, z dłonią spoczywającą gdzieś na jego klatce piersiowej. Dotykałem nagiego ciała, bo spał bez piżamy, bez bielizny, ja zresztą też. Z głową leżącą bokiem na poduszce, z klatką piersiową przytuloną do zbroi mięśni rozpiętych na jego plecach, słyszałem bicie własnego serca – zmęczenie wiodło mnie do snu, miałem wrażenie, że słyszę to swoje serce w poduszce i zarazem w jego plecach, jakby biło gdzieś na zewnątrz mnie, z dwóch stron. Ten chłopiec, którym kiedyś byłem, znów się gdzieś tam w głębi wiercił. Chciał wtulić się w tego wielkiego, silnego mężczyznę, w tę górę mięśni, która nie tylko nie była groźna, jak inni więksi chłopcy, a wydawała się od wszystkiego, co groźne, od zła tego świata osłaniać, swoją siłę i przewagę – swoją władzę, nade mną i nad tyloma innymi mężczyznami przed i po mnie (szuflada pełna prezerwatyw czekała) – wykorzystując tylko, by dawać rozkosz, szastać jej ekscesem w jakimś seksualnym potlaczu. Resztki myśli w półśnie kołysały się o tym, że Stephan zasługiwał na jakiś pomnik, pomnik Mężczyzny nad Mężczyznami, dedykowany mu jako the Hottest Gay Guy in London in the Early 21st Century. Gasnący, oddalający się od świadomości, tępawy ból pulsował gdzieś u dołu mojego tułowia. Osunąłem się w sen, niesłychanie spokojny sen.

 

Powyższy tekst to fragment powieści Nirvaan, nad której ukończeniem wciąż pracuję. Inny fragment, jeszcze nieostateczny, umieściłem już kiedyś tutaj, inny tutaj, inny tutaj, a jeszcze inny ukazał się w art-zinie literackim Papier w Dole, nr 4-5 (2017).

pwd

Jestem na Facebooku i Twitterze.

 

 

Djamel

Kiedy spotkałem Djamela, który tak szeroko i szczerze się na mój widok uśmiechał, pomyślałem, że może właśnie dostałem swoją szansę na odkupienie tamtego grzechu. Tego, że pozwoliłem Karimowi odejść.

Djamela poznałem na zamku w Châtillon, malutkiej miejscowości w Burgundii. Siedziałem w samochodzie, który prowadził Daniel, spasiony, sapiący z każdym krokiem strażnik moich nowych pracodawców, wysłali go po mnie na dworzec kolejowy. Bramę do otaczającego zamek ogrodu Daniel otworzył małym elektronicznym pilotem, który oni nazywali bipem. Wjechaliśmy w głąb ogrodu w stylu angielskim, spomiędzy drzew wyłonił się przede mną jeden budynek, potem ogromny libański cedr, a potem następny budynek, tym razem ten najważniejszy, średniowieczny donżon przebudowany potem w dziewiętnastym wieku. Daniel podjechał samochodem przed wejście donżonu. Drzwi były otwarte, przed nimi stały dwa zsunięte kwadratowe stoliki ogrodowe, z drewna, ciężkie ale przenośne, i siedział przy nich młody, wysoki, szczupły mężczyzna. Był bosy, musiał zdjąć buty, gdy tam siedział, bo jakieś leżały pod stolikiem. Czytał książkę, wiatr trochę podwiewał mu jej strony. Miał długie, kasztanowe włosy, spontanicznie falujące, prawie kręcone, miękkie, spięte z tyłu w ogon. Podniósł znad tej książki wzrok, próbując wypatrzyć nowoprzybyłego: mnie.

To Djamel, wysapał Daniel. On tu jest przewodnikiem, jest ich dwóch. Latem zamek jest otwarty dla zwiedzających, przez kilka tygodni.

*

Skąd się w ogóle wziąłem na tym zamku?

Po czterech tygodniach poszukiwania pracy, zrezygnowany i załamany, pogodziłem się już z tym, że misja „saksy we Francji” zakończyła się porażką. Zamiast zarobić więcej niż mogłem w Polsce, straciłem tylko pieniądze, w tym część pożyczoną na ten wyjazd od Gosi, kumpeli ze studiów. Prawie wszystkie pieniądze mi się skończyły, mimo iż odżywiałem się makaronem z oliwą i czosnkiem, tylko czasem z dodatkiem najtańszych warzyw, najczęściej cukinii i pomidora. Dzień wcześniej, żeby oszczędzić każdy grosz, wróciłem z centrum miasta na gapę, przeskakując przez bramki metra – czułem się tą koniecznością niesłychanie upokorzony, byłem czerwony ze wstydu, na szczęście prawie nikogo nie było wtedy na stacji. Nigdy wcześniej nie podróżowałem stopem, ale już postanowiłem tak właśnie wracać do Polski. Ciągle nie wiedziałem za bardzo, gdzie w Paryżu najlepiej stanąć, żeby zacząć taką podróż. Ewa, dziewczyna, u której się zatrzymałem, wróciła już z Polski i była zła jak chmura gradowa, bo miałem przez lato płacić jej połowę czynszu, a skończyło się na jednym miesiącu mojego pobytu, jednym miesiącu, za który nie bardzo miałem jak zapłacić tyle, ile się umówiliśmy – nie pamiętam już, ile dokładnie to było – bo nie znalazłem pracy i nie zarobiłem ani grosza. I wtedy zapukała do nas sąsiadka Ewy z innej kawalerki w tym samym budynku. Halina, też z Polski, dzieliła tę swoją kawalerkę z jeszcze jedną dziewczyną, Agnieszką, z którą przyjechały do Francji razem, ileś tam lat temu, z tej samej wsi w lubelskiem. Znalazłam ci pracę, powiedziała w tych drzwiach. Uratowała mi życie.

To właśnie była praca na zamku w Châtillon w Burgundii, na dwa miesiące. Halina początkowo sama na nią przystała, bo w sierpniu i tak nie miała klientów. Sprzątała ludziom mieszkania, a wszyscy, którzy w Paryżu zatrudniają sobie kogoś do sprzątania, w sierpniu wyjeżdżają na wakacje na cały miesiąc. Ale w ostatniej chwili wszystko sobie przemyślała i zmieniła zdanie. Na tym zamku potrzebowali kogoś na bite dwa miesiące, a ta dziura w pracy w Paryżu trwała dla niej tylko miesiąc. Kiedy wszyscy jej klienci wrócą już z wakacji pod koniec sierpnia, i staną przed faktem, że jej przez cały kolejny miesiąc nie będzie w mieście, to poznajdują sobie inne osoby do sprzątania, Halina straci większość dotychczasowych klientów i będzie musiała sobie znaleźć cały kajecik nowych, a to nigdy nie wiadomo, ile potrwa. Więc nagle zadzwoniła do pośredniczki, która jej to znalazła, i powiedziała, że rezygnuje. Ludzie z tego zamku wpadli w panikę, bo chcieli, żeby ktoś zaczął już w tym tygodniu. Zna pani kogoś, kto szuka pracy i jest dostępny, no, jakoś tak od zaraz?, pytali zdesperowani. Ona na to, że właściwie to tak, sąsiad szuka pracy, bardzo potrzebuje. Co prawda to facet, ale da radę.

No więc, masz pracę, tylko musisz ze mną jutro pojechać do tej babki, która mi ją znalazła, pani Ania się nazywa, też z Polski, tylko już od dawna mieszka w Paryżu, chyba ze trzydzieści lat, jest konsierżką w takiej jednej kamienicy, to droga dzielnica. Mam do niej oddzwonić i powiedzieć, czy przyjedziesz. Pojawi się też szef, właściciel tego zamku, czy kim o tam jest. Jak się dogadacie, to on ci da bilet na pociąg na pojutrze i za trzy dni będziesz już w pracy. Będziesz miał pokój gdzieś na tym zamku, wyżywienie, nie będziesz musiał w ogóle na nic wydawać pieniędzy przez dwa miesiące, wszystko, co zarobisz, możesz zabrać do Polski. To co mam jej powiedzieć? No ba!

*

No więc dwa dni później byłem już w pociągu, z dworca w Nevers odebrał mnie Daniel, a potem byłem już przed tym donżonem i gramoliłem się z samochodu, z moim ogromnym plecakiem.

Djamel patrzył w moją stronę znad książki. Dzieliła nas trochę zbyt duża odległość, żebyśmy zagadali, ale nawet z daleka widziałem w jego wielkich oczach jakieś zainteresowanie. Na jego twarzy zatańczył uśmiech, piękny uśmiech, Boże, jaki piękny uśmiech. Daniel potwierdził kiwnięciem głowy, gestem dłoni i jakimś mruknięciem, że tak, tam jest wejście, tam powinienem się skierować. W drzwiach tymczasem stanęła Chantal, właścicielka zamku, żona Michela, którego poznałem u konsjerżki pani Ani w Paryżu. Wyszła mi naprzeciwko, żeby się przywitać. Niska, trochę przy kości, pięćdziesiąt kilka lat, piękne, bujne, czarne włosy, proste, opadające luźno na ramiona. Wyciągnęła ku mnie swoją drobniutką dłoń, ozdobioną wielkim złotym pierścieniem z brylantami, drżącą nieco, później miałem się przekonać, że drżała jej zawsze. Przedstawiła się, podziękowała Danielowi, i powiedziała, że oprowadzi mnie po zamku, a potem zaprowadzi mnie do mojego pokoju. Ale to będzie w tamtym budynku, tym który samochód musiał wyminąć, zanim dotarł do donżonu, więc na razie najlepiej, żebym zostawił plecak tutaj w korytarzu. Chyba, że jestem zmęczony i chcę najpierw pójść do swojego pokoju, zdrzemnąć się czy coś. Nie, nie byłem zmęczony, byłem autentycznie podekscytowany tym miejscem. Moi przyjaciele, koleżanki i koledzy ze studiów zbierali na saksach pomidory, szparagi, truskawki, albo ścinali tulipany, a ja miałem pracować na zamku, dużym pięknym średniowiecznym zamku, i miałem tu gdzieś mieć swój pokój. Filmowcy jeszcze nie przyjechali, powiedziała Chantal, ale pierwsza trójka będzie tu już za dwa dni. Poznajcie się z Djamelem. Djamel!, zawołała go.

Zamknął książkę, zostawił ją na stole i nie zakładając butów podszedł w naszą stronę, wyciągając do mnie dłoń. Szczery uśmiech rozjaśnił jego pociągłą, śniadą twarz, odsłaniając długie, równo i ciasno ułożone zęby. Jego wielkie, inteligentne oczy błyszczały kolorem bursztynu. Strąk kasztanowych włosów wymknął się gumce, która spinała ich resztę z tyłu głowy, i opadał mu na czoło. Wiedziałem, że Djamel to arabskie imię, ale do tamtej pory myślałem, nie znając wcześniej żadnych Arabów, że mają wszyscy włosy kruczoczarne. Byłem zaskoczony, zaintrygowany. I onieśmielony jego badawczym, zainteresowanym, jednocześnie przyjacielskim spojrzeniem. Głównie dlatego, że wydał mi się przepiękny – przepiękny w jakiś nietypowy, trudny do nazwania sposób.

Djamel, Jarek, poznajcie się. Djamel jest naszym przewodnikiem, oprowadza turystów, wyjaśniła Chantal. Razem z Alexandre’em, który gdzieś się podział, może go spotkamy na pierwszym piętrze, w salonie. Obaj studiują filozofię w Paryżu, na Sorbonie.

Chantal zabrała mnie jednak szybko od właściciela tych wielkich bursztynowych oczu, żeby mi wszystko pokazać i wprowadzić mnie do mojej misji na najbliższe dwa miesiące. Na parterze minęliśmy kuchnię, z której wybiegł jak burza młody kucharz, Bretończyk Pierrick, który zatrzymał się, bo Chantal chciała nas sobie przedstawić, po czym poleciał dalej, do chambre froide, mieszczącej się w piwnicy chłodni, gdzie trzymano świeże warzywa i owoce. Kuchnie były tak naprawdę dwie. Jedna w starym stylu, umeblowana w dziewiętnastym wieku, z wielkim, masywnym drewnianym stołem stojącym tam być może nawet od wieku piętnastego, z miedzianymi garnkami rozwieszonymi na ścianach i innymi pięknymi przyrządami porozstawianymi w różnych miejscach. Tutaj jednak częściej się jadło niż gotowało, chyba że gotować trzeba było tyle, że nie mieściło się w drugiej kuchni, tej bardziej roboczej, która mieściła się za tej ładnej kuchni „plecami”, ale bywało też, że pieczono jakieś ptactwo na siedemnastowiecznym, ale wciąż doskonale sprawnym ruszcie pod ścianą. Dalej była wielka, reprezentacyjna jadalnia, przez nią z kolei można było dotrzeć do mniejszej, bardziej kameralnej, ale za to ze stołem z blatem z różowego włoskiego chyba marmuru, osiemnastowiecznymi krzesłami, żyrandolem z Murano i wielkim genueńskim lustrem w ciężkiej pozłacanej ramie. Na końcu korytarz na parterze prowadził do pralni i suszarni. Można je było jednak wyminąć, by wejść na kręcone kamienne schody; była to oryginalna klatka schodowa z pierwotnego, średniowiecznego założenia tego budynku. Dlatego, od tylu stuleci noszenia obutych ludzkich stóp, stopnie były tak wyślizgane i na wszelki wypadek, wzdłuż schodów, po ścianie, biegł gruby sznur, zawieszony na wbitych w mur metalowych hakach, elastyczna poręcz, której można było się trzymać lub w razie potrzeby uczepić.

Na pierwszym piętrze były dwa salony umeblowane antykami, oraz biblioteka, w której oprócz starych książek na regałach stał też stół do bilarda, stolik do gry w karty lub kości, i specjalne kabiny na cygara. To tam spotkaliśmy Alexandre’a. Był to bardzo zamknięty w sobie, wycofany i nieśmiały blondyn w okularach. To piętro było bardzo wysokie, mieściło sypialnię Chantal i Michela, była tam też jeszcze jedna, mniejsza sypialnia oraz sypialnia matki Chantal, Madame Zivi. Tam miałem się nie zapuszczać, pokojem Madame Zivi zajmowała się Martine, której jeszcze nie poznałem, ale na pewno na nią gdzieś wpadniemy. Możliwe, że była w pralni. Lepiej, żebym do pokoju Madame Zivi nie wchodził, ponieważ ona tu przyjeżdża zawsze ze swoją szurniętą, otyłą kotką, która się panicznie boi mężczyzn, których nie zna, i albo zacznie szaleć i biegać po pokoju, rozwalając wszystko po drodze, albo się przestraszy i ucieknie z pokoju, a wtedy możemy jej przez dwa dni szukać po całym zamku – wyjaśniała mi Chantal. Piętro wyżej były już tylko sypialnie, i mały salonik indyjski, który był tak naprawdę tylko głęboką wnęką wtuloną pomiędzy dwa pokoje, niezmiernie jednak uroczą, bo wejście do niej okalał rzeźbiony misternie w drewnie łuk przywieziony z Indii. Trzecie piętro było już ostatnie, nad nim tylko strych. Miało najniżej zawieszony sufit i najmniejsze pokoje, niemniej jednak wszystkie bardzo wygodne i przytulne, każdy z własną łazienką. Dwa z nich były zajęte przez Djamela i Alexandre’a.

Kiedy tak chodziliśmy, nie mogłem przestać myśleć o tym pięknym Arabie, który został tam na dole ze swoją książką. Czemuż tak mi się przyglądał, dlaczego wydawał się tak mną zainteresowany? Czyżbym właśnie dostawał tutaj niespodziewanie szansę na odkupienie śmiertelnego grzechu sprzed Sacré-Coeur, kiedy to pozwoliłem Karimowi odejść, zamiast zatrzymać go przy sobie i pozwolić mu się uwieść? Czy Djamel był gejem? Skoro teraz Chantal o nim wspomniała, informując, że to on przebywa w pokoju numer dwanaście, zareagowałem szybko pytaniem, czy Djamel jest Arabem; byłem głodny jakiejkolwiek dodatkowej wiedzy na jego temat, chciałem, żeby mi cokolwiek więcej na jego temat powiedziała.

Il est d’origine algérienne. Ses parents sont venus d’Algérie. Ben, il n’est pas tout-à-fait Arabe, il est Kabyle, si vous voulez être exact. Les Kabyles sont les Berbères d’Algérie. Pochodzenia algierskiego, ale tak naprawdę kabilskiego a nie arabskiego, gdybyśmy mieli być dokładni. Nigdy wcześniej nie słyszałem o Kabilach. Miałem wrażenie, że na tym zamku, który mi się przytrafił tylko dlatego, że uparcie snułem się po Paryżu w poszukiwaniu pracy właściwie do ostatniego euro w portfelu, otwiera się przede mną jakiś zupełnie nowy świat, którego nigdy wcześniej nie znałem, tak daleko od tego wszystkiego mieściło się upadle, postindustrialne miasto na polskiej prowincji, w którym spędziłem dotąd całe moje tak zwane życie.

Chantal zaprowadziła mnie potem do drugiego budynku, czyli tego, który samochód Daniela wyminął, zanim dotarł do donżonu. Nazywali go Petit Château. Poprosiła mnie, żebym wziął plecak, bo tam będzie mój pokój, to od razu go tam zaniosę. Prowadziła tam wysypana drobnymi kamyczkami nieregularna droga, którą miałem ochotę nazwać polną, ale wokół zamku jakoś mi to słowo nie pasowało.

Zapytałem, o co dokładnie chodzi z tymi filmowcami, co to mają niebawem przyjechać, bo wszystko, w sensie ten przyjazd tutaj do pracy, wydarzyło się tak szybko i niespodziewanie, że nie do końca tak naprawdę zdołałem to ogarnąć. Otóż Chantal z mężem postanowili spróbować wynajmować czasem zamek na różne wydarzenia, żeby posiadłość mogła się trochę sama finansować, na wypadek, gdyby ich dzieciom szło kiedyś w przyszłości gorzej finansowo niż jej mężowi. Żeby nie musieli od raz sprzedawać zamku, gdyby im się powinęła noga. Więc gdyby udało się obrócić zamek, który dotąd był tylko ich „domem na wsi” – spędzali tu lato, weekendy i Boże Narodzenie – w coś, co się finansuje przez wynajmowanie od czasu do czasu, to by trochę zabezpieczyło pozostanie zamku w rodzinie. To był pierwszy raz, kiedy postanowili to zrobić, trochę na próbę, żeby zobaczyć, ile pracy to wymaga, jakie są koszty, jak to w ogóle organizować. Tak się złożyło, że na innym zamku, w innej miejscowości niedaleko, będą kręcić film na podstawie powieści, która jest we Francji dość popularna, taki trochę stylowy kryminał z poczuciem humoru, Tajemnica żółtego pokoju. No i producenci szukali jakiegoś przyjemnego miejsca, żeby zakwaterować na czas zdjęć reżysera i aktorów. Znaleźli nas przez znajomych i tak to wyszło. Niebawem pozna pan nie byle kogo, uśmiechnęła się, bo niezłą obsadę mają. Zna pan Sabine Azémę?, zapytała. Oczywiście, ja na to, kto jeszcze? Claude Rich, Pierre Arditi, ten Belg, co to dostał w tym roku nagrodę w Cannes, jakżesz on się nazywa, Olivier Gourmet. Jest jeszcze Denis Podalydès, i jego brat Bruno, który jest reżyserem. Nie wiem, czy pan widział tam w Polsce, oni też razem zrobili na przykład Versaille Rive-Gauche.

Do Petit Château można było wejść przez duży salon wystylizowany tak, żeby się kojarzył jednocześnie z klimatem rustique i z amerykańskim barem z lat pięćdziesiątych. Był tam ceglany kominek na pół ściany, bilard, staroświecka szafa grająca, jednooki bandyta, stół zrobiony z wielkiego, grubego plastra jakiegoś bardzo starego drzewa, obite w skórę fotele, barowe krzesła, no i bar, nawet jakaś kilkudziesięcioletnia, nie działająca już kasa, stała na barze dla dekoracji. Za barem alkohole, z których wiele pierwszy raz widziałem na oczy. Za tym salonem była kuchnia, przez którą można było przejść na klatkę schodową. Schodami tymi docierało się na pierwsze piętro, potem na drugie, i tam właśnie był między innymi pokój przewidziany dla mnie, dochodziło się do niego mijając pokój Pierricka, bretońskiego kucharza. Chantal zaprowadziła mnie do mojego pokoju i powiedziała, że zostawi mnie teraz na chwilę, żebym się rozpakował, rozgościł, wziął prysznic, jeśli chcę, a potem się odnajdziemy tam w donżonie, ona będzie pewnie gdzieś w salonie.

Rozpakowałem się, odświeżyłem pod prysznicem, rzuciłem się na łóżko, żeby wypróbować, jak się na nim będzie spało. Moje okno wychodziło na tę część ogrodu, w której znajdował się basen. Tamtego dnia był przykryty czymś niebieskim, unoszącym się na powierzchni wody.

Ubrałem się ponownie i zbiegłem na dół, wyszedłem przez bar, by pójść z powrotem ku donżonowi. Nie zdążyłem jednak zamknąć za sobą drzwi, gdy zaczął padać deszcz, który w mgnieniu oka zrobił się niesamowicie gęsty i ciężki. Djamel, który wciąż siedział przy tym drewnianym stoliku przed wejściem, zwinął książkę, założył buty i poszedł schować się w otwartych drzwiach budynku. Stanął tam i czekał na mnie, z książką w dłoni. Wbiegłem pod dach i stanąłem naprzeciwko niego. Twarz Djamela rozjaśniał jego skandalicznie piękny uśmiech.

Korytarzem przechodziła kobieta w fartuchu, przy kości, z krótkimi siwymi włosami. Martine!, zawołał ją Djamel. To Jarek, przyjechał dzisiaj, będzie tutaj pracował przez lato. Jarek, to jest Martine. Martine uśmiechnęła się w dziwny, udawany sposób, trochę jak dziwaczka, trochę tak, jak niektórzy ludzie uśmiechają się do cudzych dzieci. Wymamrotała coś, że ona tu pracuje od dwudziestu lat, i coś jeszcze, ale nie zrozumiałem. Odwróciła się i odeszła, kierując się do kuchni.

Martine est un peu drôle, powiedział Djamel, prawie szeptem. Tu vas voir. Przysunął się bliżej mnie i oparł ramieniem o kamienny mur. Stał tak blisko mnie, że poczułbym się zakłopotany, gdyby nie to, jak bardzo było mi z tym przyjemnie i że mogłem widzieć te jego bursztynowe oczy z tak bliska. Jego skóra była nieksazitelnie gładka, doskonała. Miał na sobie błękitną koszulę, dwa jej górne guziki, te pod szyją, były rozpięte, kołnierz rozchylał się na boki, a spod niego wyglądała odrobina jego klatki piersiowej. Jego skóra wzbudzała we mnie pulsujący zachwyt.

Skąd konkretnie w Polsce jesteś, z jakiego miasta?, zapytał. Nie masz prawa go znać, zaśmiałem się. Dlaczego? Nie mów mi, że z Dąbrowy Górniczej?, rzucił jakoś tak od niechcenia, na dodatek wymawiając tę nazwę zdumiewająco poprawnie. Serce zabiło mi mocniej. Skąd wiesz? Nikt mnie tutaj nie pytał, nikomu nie mówiłem. A to naprawdę jesteś z Dąbrowy Górniczej? – jego wielkie bursztynowe oczy zrobiły się ze zdziwienia jeszcze większe. Potwierdziłem. Djamel zaniósł się cichym, szeleszczącym śmiechem. Kiedy się śmiał, jego ciało spinało się trochę i wychylało się do przodu, przez co jego twarz przysunęła się jeszcze bliżej mnie, a do mnie zaczęło docierać, jak bardzo jego towarzystwo, jego obecność, cała jego istota czyniły mnie podekscytowanym. Za nami deszcz szumiał coraz głośniej. Jakim cudem on wiedział, skąd jestem? Jakim cudem znał w ogóle Dąbrowę Górniczą? Jakim cudem potrafił tę nazwę powiedzieć, żaden Francuz nie potrafi przecież jej powtórzyć? Wśród moich przyjaciół na Sorbonie jest dziewczyna z Polski, jej rodzina pochodzi z Dąbrowy Górniczej właśnie, wyjaśnił, wciąż się zanosząc śmiechem. Quelle coïncidence!

Rzeczywiście, dość niecodzienny zbieg okoliczności. Przez otwarte drzwi za moimi plecami docierał nie tylko szum, ale i zapach deszczu, który przez nozdrza podbijał moje podniecenie. Patrzyłem tak na Djamela i zrozumiałem, że najchetniej rozpiąłbym tę koszulę jeszcze bardziej i dotknął tej cudownej, delikatnie śniadej skóry. Ponieważ był wyższy ode mnie, ten odsłonięty kawałek jego klatki piesiowej tym bardziej prosił mi się do oczu. Jego natomiast oczy błyszczały szczerą ciekawością. Z każdą chwilą wszystko w nim podobało mi się coraz bardziej. Był szczupły, ale jego barki były naturalnie, jakby od niechcenia, szerokie. Miał matowy głos, z cudowną chrypką. Ponieważ chciałem go słuchać więcej, zapytałem, o co chodzi z tymi turystami. Nie rozumiałem, jak to może być jednocześnie dom tej rodziny i być otwarty dla zwiedzających. Djamel zaczął mi tłumaczyć, że we Francji to całkiem normalne. W całym kraju jest mnóstwo zamków i pałacyków, wiele z nich jest w rękach prywatnych. Ale ponieważ są zabytkowe, to władze zachęcają właścicieli – chyba jakimiś ulgami podatkowymi, ale nie wszystko, co mówił, rozumiałem – żeby otwierali je przynajmniej latem dla zwiedzających. A dla niego i Alexandre’a to jest rodzaj stażu i jednocześnie fajnych wakacji. Dzisiaj na przykład była tylko jedna rodzina turystów, Alexandre ich oprowadził, a ja sobie czytałem książkę cały dzień, zaśmiał się znowu. Oczywiście, ci turyści nie łażą po całym zamku, wyjaśnił od razu, bo dopiero próbowałem to sobie wyobrazić. Nie wchodzą do sypialni, pokazujemy im salony, jadalnie, tę zabytkową kuchnię, no i oprowadzamy po ogrodzie wokół, pokazujemy też widok z góry na ten ogród na dole.

Z windy wyszła tymczasem ku nam Chantal i powiedziała, że skoro już tu jestem, to możemy razem nakryć do stołu, dzisiaj przyjadą jej znajomi na kolację, to od razu mi pokaże, jak tu będą wyglądać kolacje. Częścią mojej pracy miało być nakrywanie i podawanie do stołu.

Tamtego wieczoru podawałem więc pierwszy raz do stołu. Gospodarze i goście siedzieli przy masywnym, średniowiecznym stole w reprezentacyjnej kuchni. Była Chantal. Była jej matka, Madame Zivi, kobieta koło osiemdziesiątki. Dwie pary gości, wszyscy w przedziale pięćdziesiąt-sześćdziesiąt lat. Djamel i Alexandre też siedzieli z nimi przy stole. Mnie Pierrick, który w kuchni w godzinie posiłku stawał się niesłychanie nerwowy, a jego język tak przyspieszał, że z trudem za nim nadążałem, wysyłał z tej drugiej, roboczej kuchni z kolejnymi potrawami, a Chantal uśmiechała się i zwracała mi uwagę, z której strony podawać, i co tam jeszcze powinienem robić trochę inaczej.

Kiedy kończyli deser, Martine zawołała mnie, żebym poszedł z nią na górę, do salonu, tam pokazała mi, gdzie przyrządza werwenę i herbatę, którą piją po kolacji. Jak skończą deser, przeniosą się do salonu. Martine znała gości, wiedziała kto co pije, więc zrobiła jeszcze dla kogoś małą filiżankę kawy bezkofeinowej. Ułożyliśmy to wszystko na tacy i zanieśliśmy do dużego salonu. Kiedy schodziliśmy jednymi schodami z powrotem na dół, oni właśnie drugimi wchodzili na pierwsze piętro, do salonu, a my zabraliśmy się do sprzątania stołu po kolacji. Kiedy wszystko trafiło do dwóch zmywarek, Martine zarządziła przygotowanie śniadania. Rozłożyliśmy ceratę zdobną w obrazy kolorowych warzyw, a na niej filiżanki, talerzyki, czarę z owocami, metalowe pudełka z herbatą, dwie okrągłe złote maselniczki i delikatne konfiturierki z węgierskiej porcelany. Salon, po werwenie, herbacie i pewnie koniaku, posprzątamy jutro rano, powiedziała w taki sposób, jakby zdradzała mi jakiś sekret. Pierrick posprzątał swoją działkę w kuchni, powkładał garnki, patelnie, rondle do ogromnej zmywarki, takiej jak w restauracjach, wyczyścił wszystkie blaty i noże.

Wyszliśmy w trójkę, pożegnaliśmy Martine, która, wciąż obuta w swoje miękkie pantofle, wsiadła na swój skuter i odjechała, a Pierrick i ja poszliśmy w stronę Petit Château. Pierrick, jak nie był w godzinie serwowania posiłku, był kompletnie na luzie i całkiem zabawny, tyle że nie zawsze rozumiałem, co mówi. Weszliśmy do Petit Château przez salon zwany barem i zamknęliśmy drzwi od środka na klucz. Weszliśmy razem po schodach, po drodze gasząc za sobą światło, i rozeszliśmy się do swoich pokojów.

Wziąłem jeszcze jeden szybki prysznic i poszedłem do łóżka. Było ciepło, więc zamknąłem wewnętrzne okiennice, nie wiem, czy one mają jakąś specjalną nazwę, i wsunąłem się pomiędzy prześcieradła całkiem nagi. Patrzyłem w sufit, próbując uporządkować wrażenia tego pełnego zdumień dnia. Myślałem o tym, jakiego miałem fuksa, że w ostatniej chwili znalazła mnie ta praca, w zasadzie w momencie, kiedy już pogodziłem się z faktem, że zakład z losem w postaci wyjazdu w ciemno na poszukiwanie pracy nad Sekwaną przegrałem i wrócę jako bankrut i pośmiewisko. Ale nie mogłem też nie myśleć o Djamelu. Z miejsca mnie zaczarował. Czyżby on też miał tutaj przede mną otworzyć nieznane mi wcześniej światy? Czy to, że tak był mną zainteresowany, tak się garnął do rozmów ze mną, przysuwał się tak blisko, oznaczało, że mu się podobałem, w ten sposób? Że go pociągałem? Czy to, że znał Dąbrowę Górniczą, nie było jakimś znakiem? Może ten wyjazd do Francji będzie dla mnie nie tylko rozwiązaniem najbardziej naglących problemów finansowych, bo pozwoli mi przeżyć kolejny rok na studiach – może pod osłoną nocy spotka mnie tu niespodziewanie znacznie więcej: poznam dotyk Djamela, jego uścisk, zapach i smak jego skóry, jego miłość?

*

Następnego dnia przy śniadaniu Chantal dała mi listę informującą, kto gdzie ma być w nadchodzących dniach zakwaterowany. Mieliśmy dzisiaj obejść wszystkie pokoje i sprawdzić czego gdzie jeszcze brakuje. Obsługa wszystkich pokojów – ścielenie łóżek, wymiana pościeli co trzy dni, uzupełnianie wody w karafkach, sprzątanie łazienek, wymiana ręczników – to wszystko miały być moje zadania od jutra, czyli od przyjazdu pierwszych zakwaterowanych tu filmowców.

Po śniadaniu zrobiliśmy więc ten obchód, a ja na tej liście zapisywałem sobie przy każdym pokoju, co trzeba tam jeszcze donieść. Kiedy już wszystko obeszliśmy, zapytałem Chantal, czy jest tu gdzieś niedaleko jakiś sklep, gdzie mógłbym kupić sobie żyletki i piankę do golenia, bo już mi się praktycznie skończyły. Wyjaśniła mi, jak tam trafić, jak już wyjdę za bramę zamkowego ogrodu – droga w dół prowadziła do tego malusieńkiego miasteczka, a w nim jest supermarket. Żeby wyjść przez bramę, niech pan poprosi Djamela albo Alexandre’a, bo oni mają te bipy, które otwierają bramę. Dałabym panu jakiś, ale nie wiem, gdzie mój mąż trzyma zapasowe, a on tu przyjedzie dopiero w sobotę.

Staliśmy wtedy na korytarzu pierwszego piętra, nieopodal otwarte były drzwi na balkon wychodzący na tę stronę, gdzie wczoraj Djamel siedział przy tym drewnianym stole, czytając książkę. Chantal musiała pomyśleć o tym samym, bo natychmiast się tam skierowała i wyjrzała przez balkon. Djamel rzeczywiście i tym razem tam siedział, znowu z książką. Zawołała go i zapytała, czy by mnie nie wypuścił z posiadłości, bo potrzebuję zrobić sobie jakieś zakupy. Bien sûr, pas de problème, odpowiedział, spoglądając ku nam. Allez-y, rzuciła mi krótko Chantal.

Chwilę później szedłem więc z Djamelem tą wysypaną drobnymi kamyczkami drogą, która prowadziła do wielkiej bramy, na zewnątrz zamkowego muru. Było ciepło i bardzo słonecznie. Djamel szedł boso. Zachwyciły mnie jego stopy: były piękne, większe niż moje, ale szczupłe, ich kształt wydawał mi się jakiś taki szlachetny, każdy ich palec – były długie – był piękny, wręcz elegancki. Ja szedłem w butach, trochę nie mogłem się nadziwić, że można tak iść po tym żwirze na bosaka, jak gdyby nigdy nic, ale zamiast tego zapytałem, czy Djamel to coś znaczy po arabsku. Djamel spojrzał na mnie, śmiejąc się, a słońce rozjaśniło jeszcze te jego bursztynowe oczy. To znaczy „piękno”, odpowiedział. Nie uważasz, że to kretyńsko tak się nazywać? Jak masz na imię, chłopczyku? Piękno! Kiedy się tam śmiał, a przedzierające się przez liście słońce muskało krótkimi, złocistymi dotykami jego twarz i włosy, wydawał mi się coraz piękniejszy. I nic w tym nie widziałem kretyńskiego, wręcz przeciwnie, zauroczyło mnie, że ten zachwycający młody mężczyzna ma na imię Piękno. Chyba wtedy właśnie wszystko zostało przesądzone: ostatecznie oszalałem na jego punkcie.

*

Tego dnia nie było gości na kolacji, tylko Chantal, jej matka, Djamel, Alexandre – i Dominique, która przyjechała po południu, na wypadek, gdyby operacja filmowcy miała czasem wymagać dodatkowej pomocnej ręki. Poza tym Dominique była zapaloną kinomanką, więc pewnie też miała po prostu ochotę ich wszystkich poznać. Była siostrzenicą Michela, męża Chantal, już go poznałem u konsjerżki w Paryżu, gdy mi zaoferował tę pracę. Kolacja skończyła się szybko. Chantal i Dominique chciały iść wcześnie spać, żeby wypocząć przed ciężkim tygodniem. Dlatego Djamel i Alexandre postanowili pójść ze mną do Petit Château i zatrzymać mnie w barze przy czymś do picia.

Siedzieliśmy więc przy barze i gadaliśmy sobie. Pamiętam, że Alexandre zapytał, czy rozumiem Martine. Przyznałem się, że nie zawsze. Wyjaśnił mi, dlaczego: ona mówi z bardzo silnym lokalnym akcentem, używa regionalizmów, nawet jemu zdarzało się jej nie rozumieć. Jednak Alexandre poza tym mówił niewiele, zawsze cichy i wycofany, nawet kiedy nie miał powodu nie czuć się komfortowo. To Djamel mówił więcej, i usiadł na wprost mnie, przez bar, ja stałem dla hecy za barem, jakbym w nim pracował. Alexandre nagle wstał i powiedział, że spać mu się chce i będzie już się zbierał.

Ale Djamel został jeszcze ze mną, wziął nawet następną szklankę whisky, więc chciał zostać jeszcze całkiem długą chwilę. Przyglądałem się jego palcom obejmującym tę szklankę. Były delikatne, szczupłe, dłuższe od moich, nagle rozpaliła mnie myśl, że mogłyby mnie dotykać. Pytał mnie o różne rzeczy, o Polskę, co studiuję, o moich ulubionych filmowców. Zaczął mi mówić o swojej fascynacji Zwierciadłem Tarkowskiego, pamiętał nawet rosyjski tytuł tego filmu. Co chwilę żartował albo coś go bawiło. Co chwilę się śmiał i cały czas mi się przyglądał. Cierpliwie mnie słuchał i pomagał mi znaleźć słowa, gdy mi ich brakowało. Potrafił do mnie mówić tak, że wreszcie wszystko w tym języku rozumiałem. Nawet nieznane mi wcześniej słowa i zwroty w jego ustach stawały się jasne – przez kontekst, przez gest, który do nich dołączył, przez opisowe wyjaśnienie, które dorzucał, kiedy tylko dostrzegał, że czegoś nie zrozumiałem, a dostrzegał od razu. W końcu wstał i powiedział, żebym lepiej poszedł spać, bo nie chce być odpowiedzialny za moje zmęczenie jutro. Wyszedł, a ja poszedłem po schodach do siebie, zamknąwszy najpierw za nim na klucz drzwi Petit Château.

Czy zdołam odkupić śmiertelny grzech sprzed Sacré-Coeur?, zadawałem nocy pytanie, powtarzając sobie następnie w myślach to cudowne imię, Djamel, długo i wkoło, i układając po francusku frazy, które mogły mi pomóc mu to wyrazić. Tu te rends compte que je raffole de toi?… Ukołysany marzeniem, że się jednak na tę odwagę zbieram, i że Djamel odpowiada na to uśmiechem, błyskiem w oku i je le savais, a zaraz potem uściskiem ramion, dotykiem ust, aż wreszcie dotykiem wszystkiego – zasnąłem.

*

Odkąd na zamku pojawili się filmowcy, mój czas upływał w nieregularny sposób. Każdego dnia na zamku była inna liczba osób, inna liczba zajętych pokojów, które trzeba była sprawdzić, posprzątać, zmienić pościel, ręczniki. Jedne kolacje były dla siedmiu, inne dla kilkunastu osób. Jedne dni dosłownie znikały sprzed moich oczu, gdy biegałem z góry na dół po tej posiadłości, inne ciągły się powoli, gdy trzeba było nadrobić zaległe żmudniejsze zadania, jak mycie okien. Azéma, Arditi, Rich, Gourmet, Podalydès – do jakiegoś stopnia mnie interesowali, zjadłem kiedyś śniadanie z Azémą, porozmawialiśmy o Znamy tę piosenkę i o czymś tam jeszcze, ale tak naprawdę żyłem dla chwil, które udawało mi się spędzić z Djamelem, wykraść je niepostrzeżenie czasowi pracy. Jednego dnia udało mi się z nim zjeść śniadanie. Innym razem przysiąść z nim na chwilę, żeby zapytać, co czyta. Przypadkowe spotkania na schodach, kiedy uśmiechał się do mnie tym swoim zachwycającym uśmiechem, schodząc na dół, kiedy ja wchodziłem do góry, lub odwrotnie. Wreszcie kolacje, kiedy on, podobnie jak Alexandre, siedział przy stole z Chantal i Dominique, w weekendy też z Michelem, z Madame Zivi, z aktorami, gdy było ich mało – bo gdy było ich więcej, organizowaliśmy im nieraz osobną kolację, w tej małej jadalani ze zwierciadłem z Genui i stołem z różowego marmuru. A najbardziej wyczekiwaną sekundą każdej kolacji była ta, kiedy podchodziłem do Djamela i zgodnie z przykazaniami service russe pochylałem się nad nim od lewej strony podsuwając mu jedno z dań. Wtedy na krótką chwilę mogłem poczuć zapach jego włosów (nieraz były mokre, bo często brał prysznic przed kolacją) i zobaczyć skórę jego szyi z tak bliska, z odległości kilku centymetrów. Żeby potem marzyć, że może niebawem coś się wydarzy i będzie mi dane znaleźć się z nim sam na sam, z dala od oczu innych ludzi, usunąć wreszcie spomiędzy nas tych kilka centymetrów odległości i wtulić twarz w tę ciepłą szyję, pocałować tę piękną skórę ciemniejszą od mojej, poczuć ją na policzku, poznać jej smak i teksturę. Nałożywszy sobie swoją porcję, Djamel odkładał couverts de service i mówił zawsze Merci, Jarek, i to Merci, Jarek było już samo pieszczotą tak mnie w skrytości rozpalającą, że nie potrafiłem sobie wyobrazić, co to może być za rozkosz znaleźć się w tych dłoni dotyku, w tych ust pocałunku.

Djamel, przypomnij mi, jak ty masz na nazwisko?, zapytał nagle Michel swoim donośnym głosem. Djamel odpowiedział, było to długie kabilskie nazwisko. Bouba- co? Nie mógłbyś się nazywać po prostu Moreau, jak wszyscy? Nad stołem rozległ się jego gromki śmiech.

*

W jeden gorący, słoneczny dzień wyszedłem na tę dróżkę wysypaną drobnymi kamyczkami i zdjąłem buty, chciałem przejść się tak jak Djamel po nich chodził – na bosaka. Ale wrzynały mi się w stopy boleśnie, zdołałem zrobić tylko kilka kroków. Jak on to robił? Któregoś z tych dni, gdy Michel był na zamku, szliśmy razem we trzech, z donżonu do Petit Château, i Djamel znowu stąpał po tych kamyczkach boso, i wtedy już nie mogłem się powstrzymać przed wyrażeniem podziwu. Tak, podziw to rzeczywiście właściwe słowo. Djamel odpowiedział, że od dziecka często chodził boso, zwłaszcza latem w Algierii, dokąd jeździli całą rodziną na wakacje, więc się przyzwyczaił. Michel spojrzał na mnie przyjmując niespodziewanie filozoficzny wyraz twarzy, oczywiście dla zgrywy. Ils sont durs, les Arabes, c’est pour ça, powiedział z udawaną śmiertelną powagą, po czym wybuchnął swoim donośnym śmiechem.

Algierskie pochodzenie Djamela było dla mnie jak odkrywanie nowego lądu. Lądu, który wabił ciepłem, zapachami, barwami – i tajemnicami. Dotychczasowe kilka tygodni pobytu we Francji już potrząsnęło wieloma moimi polskimi przyzwyczajeniami, wieloma pewnikami. Żeby cokolwiek zrozumieć ze świata, trzeba z Polski wyjechać, trzeba z niej wyjeżdżać. Co ja wiedziałem wtedy o Algierii? Typowe polskie pierdololo, z ust mojego ojca, nauczyciela historii i jakiegoś programu w telewizji: że dla Francuzów Algieria była jak jedno z ich własnych „województw”, dlatego taki straszny ból im sprawiła jej utrata w tej całej wojnie. A Algierczycy co o tym sądzili, może by ktoś tym się trochę zainteresował? Dlaczego nikt w Polsce nie zadawał takich pytań? Dlaczego naród, który sam był podbijany i kolonizowany przez silniejszych sąsiadów, nie odczuwa minimum solidarności z Algierczykami, tylko się wzrusza „bólem” ich kolonizatorów i podziela ich rojenia o Algierii jako regionie samej Francji? To wszystko było dla mnie bardzo nowe, całkiem jak niezwykła uroda Djamela, i wchodziło razem w drżący rezonans z przejmującym mnie pragnieniem wyjścia w nieznane. Pragnieniem, które wciąż szukało sposobu wyrwania się ze swojego lochu, na intymne spotkanie z tym pięknym, o rok ode mnie starszym mężczyzną.

*

Wśród aktorów na zamku pojawił się niejaki George Aguilar, Amerykanin od lat żyjący we Francji. Nie tylko Amerykanin, najprawdziwszy Apacz! Silny, mocno zbudowany mężczyzna, o trudnym do odgadnięcia wieku – trudnym za sprawą długich, pięknych kruczoczarnych włosów. Był ów Aguilar mężem Josiane Balasko, bardzo popularnej we Francji aktorki komediowej. I cierpiał na bezsenność.

Ze względu na tę przypadłość nie próbował nawet kłaść się spać przed trzecią w nocy, każdego wieczoru szukając kogoś, kto dotrzymałby mu towarzystwa, najlepiej sącząc jakiś trunek i grając w kości. Aguilar miał swoją ulubioną grę w kości, która polegała na tym, że wygrywał ten, kto pierwszy zdobył dziesięć tysięcy punktów. Aguilar stopniowo, wieczór po wieczorze, wciągnął do tej gry mnie, Djamela, Alexandre’a, Chantal, Michela, Dominique, kucharza Pierricka i niektórych z aktorów. Nawet sędziwej Madame Zivi zdarzyło się zagrać. Z Pierrickiem często przesiadywał do bardzo późna w noc, ponieważ Pierrick też bardzo mało sypiał, czasem zaledwie trzy godziny. Może dlatego robił się czasem strasznie nerwowy i agresywny w okolicach pór posiłków, zastraszając w ten sposób biedną Martine, która czasami unikała jakiegokolwiek kontaktu z nim, nawet uciekała przed nim z kuchni. Kiedy przesiadywał tylko z Pierrickiem, bo jednak wszyscy inni potrzebowali więcej snu, częściej niż w kości, grali w bilarda w barze w Petit Château.

Po dwóch tygodniach pobytu Aguilara na zamku bakcyl gry w dziesięć tysięcy panował tam już szeroko.

Była to pewnie sobota, spokojny weekend, kiedy aktorzy pojechali do domu na dwa dni, a do gospodarzy nie wpadli żadni ich znajomi, i w taką sobotę Djamel zawołał mnie po kolacji, żebym dołączył do nich w bibliotece pograć w kości. Przy stoliku siedzieli Chantal z Michelem, Dominique i Alexandre. Chantal zachęciła mnie, żebym sobie przytargał któreś krzesło, jedno stało niedaleko kabiny z cygarami, i się przysiadł. Gra była prosta, do nauczenia w kilka minut i od pewnego momentu toczyła się niemal samoczynnie, bez konieczności myślenia, dlatego dawała tyle zabawy, nawet pomimo zmęczenia, które mi jednak odrobinę dokuczało.

Michel zaoferował mi kieliszek oszałamiająco aromatycznego armaniaku, którym sam się już raczył. Graliśmy na okrągłej drewnianej piste, jak to nazywali, wyłożonej zielonym zamszem. Na leżącej na stoliku kartce zapisywaliśmy punkty. Djamel i Alexandre również częstowali się tym armaniakiem, Chantal piła swoją zwyczajową werwenę, a Dominique herbatę. Przegrywałem z kretesem. Co chwilę się z czegoś śmialiśmy. Sacré Jarek! – powtarzała Dominique z nieprawdopodobną uciechą za każdym razem, kiedy lądowałem znowu na samym dole tabeli.

Znacie w Polsce taką postać z programów dla dzieci, Casimir miał na imię?, zapytał nagle Djamel, z błyskiem w oczach niczym u dziecka, które przypomniało sobie o czymś niesamowitym. Nie wydawało mi się, ja nic takiego nie kojarzyłem. O, to taki świetny program był, chyba z dziesięć lat to leciało, jeden bohater ma na imię Casimir, to był taki pomarańczowy dinozaur czy jaszczur, czy coś, i od dzieciństwa tak mam, że jak mowa o polskich imionach, to pierwszy przychodzi mi na myśl Casimir. To polskie imię, no nie? No, tak jakby, zaadaptowane trochę, po polsku to tak naprawdę byłby Kazimierz. O, szkoda, że tego nie znasz, to było naprawdę zabawne, Djamel nie przestawał się uśmiechać.

*

Następnego dnia rano znalazłem się w kuchni na śniadaniu sam na sam z Djamelem. Ponieważ była niedziela, wszyscy pozostali – a w ten weekend na zamku było niewiele osób – pozwolili sobie spać dłużej. Nawet Martine jeszcze nie przyszła do pracy, a kucharz Pierrick upiekł croissanty i małe pains au chocolat i wrócił do swojego pokoju. Tak więc siedzieliśmy przy stole tylko my, Djamel i ja, twarzą w twarz, popijając gorącą kawę i jedząc te pyszne croissanty. Piliśmy też sok z grejpfrutów, który ja sam wycisnąłem poprzedniego wieczora, po kolacji. Na stole stał też, w drugim dzbanku, sok z pomarańczy, którego było więcej, bo w grejpfrutowym gustowało znacznie mniej osób.

Od dzisiaj będę się do ciebie zwracał per Casimir, zaczepiał mnie, zanosząc się śmiechem jak dziecko. No to ja będę cię nazywał Szwajcar, odpowiedziałem, również się śmiejąc. Słowo Szwajcar wypowiedziałem po polsku, stąd jego znaczenie było dla Djamela zagadką. Ça veut dire quoi, „Szwajcar”?, zapytał z zainteresowaniem. Co to znaczy? Ça veut dire Suisse, odpowiedziałem, ale to ma też inne znaczenie, to taki szyfr wśród polskich imigrantów w Paryżu. Polacy, których poznałem przez ów miesiąc spędzony w Paryżu i Aulney-sous-Bois, mówili tak między sobą o Arabach, zwłaszcza, gdy byli nie tylko we własnym gronie, na mieście, w metrze, w jakimś miejscu publicznym. Chodziło o to, żeby Arabowie, którzy akurat byli w okolicy, albo o których była mowa, nie słyszeli, że o nich mowa. Po polsku Arab brzmi dokładnie tak samo, jak po francusku, chodziło o słowo zastępcze, zupełnie niepodobne, żeby można było mówić o nich przy nich bez ich wiedzy. Tym bardziej, że Polacy często zamieszkiwali te same tańsze dzielnice, w których żyje także mnóstwo Arabów.

Djamela to bardzo rozbawiło. Powtórzył słowo ‘Szwajcar’ kilka razy, jakby jego język i usta się nim bawiły. Podniecało mnie to do bólu, chciałem, żeby pobawiły się tak mną. Zdumiewająco dobrze je wypowiadał, byłem pod wrażeniem. Wyjaśnił mi, że wymowa w obcych językach przychodzi mu bardzo łatwo, bo wychował się w trzech jednocześnie, francuskim, arabskim i kabilskim. Mają one różne systemy fonetyczne, w arabskim i kabilskim są głoski, których nie ma we francuskim, i na odwrót. Od dzieciństwa umiał więc wypowiadać dużo więcej głosek niż jest w jednym języku, to było jak pula, z której można było czerpać, wybierać, wyszukiwać, podchodząc do nauki kolejnych.

Kiedy wyglądało na to, że obaj skończyliśmy już śniadanie, podniosłem się i powiedziałem: OK, Szwajcar, muszę już iść, bo mam sporo pokojów do przygotowania na jutro. Zebrałem mój talerz, szklankę, filiżankę i sztućce, i chciałem sięgnąć po jego. Djamel jednak mnie powstrzymał i delikatnym ruchem odebrał mi wszystko z ręki. Pozwól mi dzisiaj posprzątać po tobie, powiedział z uśmiechem. Nie no, nie wygłupiaj się. Nie wygłupiam się, całymi dniami sprzątasz po wszystkich, ja mogę raz posprzątać po tobie. Zebrał wszystko. Chodziło tylko o włożenie tego do zmywarki do naczyń, ale spontaniczna szczerość tego gestu mnie rozbroiła. Podziękowałem mu i poszedłem na schody, żeby się zabrać za pokoje dla aktorów, którzy mieli przyjechać następnego dnia. Jednym z nich miał być sam Michael Lonsdale, który od jutra dołączał do ekipy zdjęciowej. Kiedy odchodziłem na te schody, czułem się, jakby połowa mojej krwi pulsowała w moim podbrzuszu, rwąc się pasją rozbudzoną tym niespodziewanie zachwycającym początkiem dnia, kilkoma chwilami, w których Djamel był cały tylko dla mnie i zachował się tak uroczo.

W ciągu dnia, kursując między donżonem a Petit Château z wymianą ręczników i prześcieradeł, zobaczyłem Djamela siedzącego przy stoliku w ogrodzie z Madame Zivi, rozmawiali o czymś. Już kilka razy widziałem ich w rozmowie, wyglądało na to, że Djamel zaprzyjaźnił się ze staruszką, którą jej własna rodzina uważała za bardzo trudną osobę. Chantal często się o coś na swoją matkę irytowała, Michel absolutnie jej nie znosił; przy obiadach i kolacjach ciągle jej czynił jakieś docinki i złośliwostki. W dni, kiedy był na zamku, poza dwiema porami dnia, gdy wszyscy musieli razem zasiąść do stołu, unikał jak ognia jej towarzystwa, po niejednej przyobiedniej wymianie zdań odchodził od stołu, przeklinając na nią pod nosem. Wnuczka i wnuczek, ona w moim wieku, on dwa lata starszy (jak dotąd widziałem ich tylko przez dwa weekendy), odnosili się do niej z uprzejmością i szacunkiem, możliwe, że cokolwiek wystudiowanym, ale widać było, że rozumieją powody nastawienia, jakie ma do niej Michel. Widać było, że towarzystwo Djamela sprawiało Mme Zivi ogromną radość, coś ją w nim niesłychanie intrygowało, coś ją do niego przyciągało – dało się to wyczytać z jej oczu za każdym razem, gdy Djamel był z nią przy stole, gdy się odezwał w jakiejkolwiek sprawie. Dla mnie z kolei ta jego zdolność do zaprzyjaźnienia się z tak trudną staruszką była kolejną rzadką perłą, którą odkrywałem w tym zachwycającym mężczyźnie.

Wieczorem tamtej niedzieli Chantal i Michel poszli po kolacji do salonu obejrzeć coś w telewizji. Gdy z Pierrickiem i Martine posprzątaliśmy po kolacji i przygotowaliśmy śniadanie na nazajutrz, zabrałem wielki worek z kuchennymi śmieciami i wyniosłem go na zewnątrz. Trzeba go było dotaszczyć aż na tyły Petit Château, skąd raz w tygodniu zabierane były ponownie przez Daniela i wystawiane za bramą, żeby zabrali je smieciarze. Zmierzając tam, musiałem obejść Petit Château, i idąc wzdłuż jego murów zobaczyłem światło w salonie zwanym barem, a w środku Djamela i Alexandre’a. Rozmawiali o czymś: Djamel żywo i energicznie, Alexandre, jak zawsze, trochę zgaszony. Kierowali się ku łaźni tureckiej, do której wchodziło się wąskim korytarzykiem, wejście do którego znajdowało się obok wielkiego na pół ściany kamiennego kominka. Zaniosłem śmieci tam, gdzie trzeba, odstraszając jakieś zwierzę, może lisa, może jakąś łasicę, która przez krzaki próbowała przesnuć się ku workom już tam wczoraj i przedwczoraj odstawionym. Szybkim krokiem wróciłem do donżonu, żeby sprawdzić, czy coś jeszcze zostało do zrobienia i powiedzieć dobranoc Martine, Chantal i Michelowi. Chciałem się uwinąć jak najszybciej, biegłem prawie, żeby zastać jeszcze Djamela w Petit Château. Byłem podekscytowany, bardziej niż się spodziewałem, bardziej niż byłem na to przygotowany – nie będzie to sam na sam, bo był tam z nim Alexandre, ale zawsze to jego towarzystwo, i wszystko będzie wyglądać najzupełniej naturalnie, bo przez salon zwany barem wiodła w końcu droga do mojego pokoju.

Kiedy tam dotarłem, Djamel i Alexandre byli w hammamie. Dobiegało stamtąd światło, nawet trochę pary wymykało się przez prowadzący tam korytarzyk, słyszałem ich głosy. Postanowiłem nalać sobie coś do picia i czekać, aż wyjdą. Zrobiłem sobie campari z tonikiem, moje odkrycie tamtego lata, zawdzięczałem je Michelowi. Nie czekałem na nich długo, Alexandre wyszedł z hammamu kilka minut później, w kąpielówkach. Na mój widok zapytał, czy pójdę z nimi na basen, chcą się wykąpać w świetle księżyca, powietrze na zewnątrz wciąż było przyjemnie ciepłe. To dlatego okno-drzwi jakieś półtora metra ode mnie było już otwarte: stanowiło najbliższą drogę prowadzącą na basen w ogrodzie; basen tego wieczora pozostał niezakryty. Nie chce mi się za bardzo, odpowiedziałem, późno już, nie będę siedział długo, muszę jutro wstać wcześnie rano. Tak naprawdę zdjął mnie lęk przed odsłonięciem mojego chudego, niewydarzonego ciała przed Djamelem, przed tym, że nie opanuję w jego obecności wzwodu, i że Alexandre będzie temu świadkiem, a ja najdosłowniej spalę się ze wstydu, nawet zanurzony w wodzie.

Alexandre wyszedł więc na zawnątrz i wskoczył do wody. Wtedy z hammamu wybiegł Djamel – był całkiem nagi. Moje gardło, serce i żołądek zdobyła gwałtowna, gorąca fala pożądania. Casimir! Viens avec nous!, krzyknął, śmiejąc się, przebiegł obok mnie i wybiegł na zewnątrz, wskakując z krzykiem do basenu. Jego nagie ciało było przepiękne – dyskretnie śniady kolor jego skóry, tak jednak ciemniejszy od smutnej bladości mojego, gładki brzuch, szeroka pierś, zaskakująco muskularne pośladki i uda. Widziałem nawet jego przyrodzenie, większe i piękniejsze od mojego. Jak to zrobić, co mogę zrobić, skąd wziąć odwagę, żeby poznać dotyk, uścisk tego ciała będącego nagim, et la façon de laquelle il fait l’amour? Zdjął mnie zachwyt i ścisnął mnie ból. Poczułem się przy nim zupełnie nieadekwatny, nieudany, jakby on miał wszystko, czego mi brakowało. Ja byłem blady i chudy, moje mizerne ciało ważyło pięćdziesiąt siedem kilogramów – nie lubiłem go odsłaniać, bo czułem się, jakbym wystawiał na pokaz wszystkie swoje słabości. Kolor skóry Djamela miał w sobie nutę cynamonu, był wysoki i pięknie smukły, a jego ramiona szerokie: był bez porównania silniejszy, bardziej wysportowany ode mnie i bez wstydu czy obaw rozebrał się przy nas do naga i kąpał się tak w odkrytym basenie. Pomyślałem o tym, jak chodzi nieraz boso po tych kamyczkach, którymi wysypane są drogi w ogrodzie, między donżonem a Petit Château, które mnie tak boleśnie wżynały się w stopy. Wydawał mi się bliższy naturze, w zgodzie z własnym ciałem, nad którym panował i które było znacznie bardziej męskie, tyleż piękniejsze niż moje. Jakżeż ja pragnąłem czuć się wreszcie tak dobrze i u siebie we własnym ciele – czy do tego można kiedyś dorosnąć, nauczyć się tego? Pomyślałem, że to właśnie ciało Djamela, jak nic innego, mogło mnie tego nauczyć, to w jego uścisku, w jego pieszczotach, w nieskończonej rozkoszy, jakiej wiedziałem, że doświadczyłbym za jego sprawą, gdyby tylko ten przepiękny francuski Kabil odwzajemnił moje pragnienie, mogło mnie tego nauczyć, sprawić, że stanąłbym wreszcie mocno na dwóch nogach i prosto przed siebie, wszystkim w oczy, jak mężczyzna, a nie jak jakaś łajza przepraszająca, że żyje.

Tej zgodzie z własnym ciałem, wygodzie we własnym ciele, które w nim widziałem, nie stał na przeszkodzie jego intelektualizm, jego oczytanie, jego studiowanie filozofii, wieczne towarzystwo książek. Podobnie jak nie stanowiły one przeszkody w błyskawicznym nawiązywaniu kontaktu z bardzo różnymi ludźmi, wszyscy od razu go lubili, Chantal, Michel, Madame Zivi, aktorzy, Martine. Z dystansu mojej własnej nieśmiałości, prześladującego mnie wrażenia, że jestem notorycznie przez otoczenie niezrozumiany, że nikomu specjalnie nie zależy na moim towarzystwie – zazdrościłem mu tego ogromnie. Kiedy byłem młodszy, miałem lat naście, zaszywałem się w kącie z książką lub filmem w mojej samotności, myślałem, że tak to już jest, kiedy się tak bardzo lubi książki i dziwne filmy, że to jest cena za przyjemności przez książki i dziwne filmy oferowane, że kto ma intelektualne tęsknoty zawsze jest trochę samotny, trochę nie przystaje. W Djamelu, jak nigdy wcześniej, widziałem, że to nieprawda, i płonąłem pożądaniem.

Wyszedłem za nimi z moim campari z tonikiem w ręce, żeby porozmawiać, ale tak naprawdę, żeby wykraść trochę więcej widoku nagości tego tak przeze mnie upragnionego ciała. Było ciemno, ale do basenu docierały smugi światła z kilku lamp wokół – łamiąc się na wzburzonej powierzchni wody, odsłaniały nagłymi błyskami fragmenty nagości Djamela, tu jego pośladki, tam udo, nagle łydkę, czasami nawet przyrodzenie. Jego ciało pokrywało niewiele włosów: trochę na przedramionach i łydkach, trójkąt nad przyrodzeniem i smużka biegnąca od podbrzusza ku pępkowi, ale wygasająca, zanim zdążyła dosięgnąć celu. Zapytałem, czy woda nie zrobiła się już zimna. Trochę się zrobiła, zaraz wychodzimy, zaśmiał się Djamel. Alexandre potwierdził i wyszedł z wody, kierując się z powrotem do baru.

Djamel podpłynął do brzegu basenu i oparł się łokciami o jego krawędź, wynurzając pierś. Musiał gdzieś zdjąć z włosów gumkę, albo zgubił ją w wodzie, bo jego mokre włosy były już rozpuszczone i lepiły się do jego szyi i pleców. Nie chcesz się wykąpać, Casimir?, śmiał się. Nie, Szwajcar, nie chcę, śmiałem się również. Pożądałem go w tamtym momencie bardziej niż kiedykolwiek przedtem. Miałem wrażenie, że z tego niewyrażanego pożądania rozpadnę się zaraz w drżącą maź, która spłynie chaotycznie do tego basenu. Kiedy będę mógł mu powiedzieć, jak bardzo go pragnę? Djamel wynurzył się nagle całkiem z wody i wyskoczył na brzeg. Tym razem zasłonił obiema dłońmi swoje obrzezane przyrodzenie, gdy już stanął wyprostowany. Chodźmy do baru, Casimir, napijemy się jeszcze czegoś. I pobiegł do środka, ja poszedłem za nim, nie mogąc wzroku oderwać od jego jędrnych, gładkich, przepięknych pośladków.

Czego się napijesz, Szwajcar?, zapytałem, podczas gdy on pobiegł do hammamu, żeby wziąć stamtąd jakiś ręcznik. Jakiejś whisky, odpowiedział, bourbona. Alexandre tymczasem pił już piwo. Nalałem Djamelowi Four Roses i postawiłem szklankę na blacie baru. Djamel wrócił z hammamu z ręcznikiem zawiniętym wokół pasa. Z włosów kapała mu woda, której krople spływały po jego ramionach i klatce piersiowej. Jedna z nich zawisła na chwilę na jego sutku, wzbudzając we mnie kolejną falę pożądania. Jak ja chciałem ją stamtąd zetrzeć! Nogi wyrzucił do przodu, krzyżując łydki. Jakże piękne były to łydki! Można by pomyśleć, że był tancerzem, tak były piękne. Łydki należały do tych nielicznych części jego ciała, które były trochę owłosione. Były to włosy miękkie, niezbyt gęste, a gdy był mokry, woda sklejała je w małe strzałki podążające w dół, w stronę stóp, których przeguby były zachwycająco wąskie.

tors czarno białe

Powyższy tekst to fragment powieści Nirvaan, nad której ukończeniem wciąż pracuję. Inny fragment, jeszcze nieostateczny, umieściłem już kiedyś tutaj, inny tutaj, a jeszcze inny ukazał się w art-zinie literackim Papier w Dole, nr 4-5 (2017).

pwd

Jestem na Facebooku i Twitterze.

„Papier w dole” nr 4-5 (2017) dostępny online

Art-zine literacki „Papier w dole” nr 4-5 (2017) jest już dostępny także online, na Issuu.

W numerze m.in. fragment roboczej wersji mojej wciąż poddawanej obróbce powieści Nirvaan. Dwa inne fragmenty (wciąż w roboczej postaci) wrzuciłem już tutaj i tutaj. Fragment wybrany przez radakcję „Papieru”, jest znacznie bardziej od tamtych pornograficzny, co mam nadzieję zachęci Was do rzucenia okiem i da nieco pełniejsze wyobrażenie, czego się spodziewać po całości.

Towarzystwo Pasoliniego, nie ukrywam, bardzo przyjemne.

pwd

Karim

Tamtego dnia wspiąłem się na Sacré-Coeur na Monmartre. Po schodach, bo nie chciałem wydawać na kolejkę. Była wspaniała, słoneczna pogoda, ale bez żaru. Słońce odbijało się od białych murów bazyliki, wokół której siedziało lub kręciło się sporo ludzi, oczywiście głównie turystów. Ja snułem się powoli, podziwiając miasto. Od czasu do czasu przystanąłem gdzieś, aż w końcu usiadłem na stopniu schodów. Nie wiedziałem, co robić, jeśli nie uda mi się znaleźć żadnej pracy. Potrzebowałem na czesne tyle kasy, ile się po prostu nie dało wtedy na polskiej prowincji zarobić w wieku dwudziestu dwóch lat. Potrzebowałem na czesne, zapożyczyłem się na ten wyjazd u kumpeli ze studiów, Gosi, zaczynałem się naprawdę bać, że wkrótce zbankrutuję. Nawet bilet na autobus, dwadzieścia dwie godziny z Katowic do Paryża, kupiłem tylko w jedną stronę, żeby powrotny zarezerwować, jak już coś na miejscu zarobię. To był mój pierwsz raz we Francji. Wszyscy moi znajomi studenci jeździli latem na saksy, do Niemiec, Holandii, Anglii, niektórzy Norwegii albo Szwecji. Ja pojechałem do Paryża, bo znałem język, to znaczy myślałem, że znałem, zdałem maturę na celujący, sto punktów na sto możliwych, ale od dwóch tygodni miałem wrażenie, że musiałem się widocznie uczyć jakiegoś zupełnie innego języka, albo jakiejś martwej, historycznej wersji tegoż, z takim trudem przychodziło mi wciąż zrozumienie, co ludzie wokół do mnie mówili. Czy oni muszą wszyscy mówić tak szybko, zapierdalać tak niemożliwie, urywać te końcówki?! – chciało mi się czasem płakać z rozpaczy. „Żsepa”? Na litość boską!

Ale samo miasto, choć snułem się po nim na rozrywki nie mając pieniędzy, działało na mnie kojąco. Jakże ja pragnąłem wyrwać się wreszcie na zawsze z tej mojej zapadłej dziury na Dzikim Wschodzie Europy i zacząć w końcu żyć, naprawdę żyć, w prawdziwym mieście, w zasięgu cywilizacji! W Paryżu, w podziemnym pasażu z Gare du Nord do La Chapelle, afrykańskie kobiety w swoich kolorowych sukniach i nakryciach głowy nosiły na plecach swoje piękne afrykańskie dzieci o pięknych wielkich, czarnych oczach. W dzielnicy Marais bary, nad którymi powiewały tęczowe flagi, wylewały się stolikami otwarte na ciepłe słońcem ulice, jak każde inne bistro, i nikt nie wstydził się tam siedzieć, nie potrzebował ukrywać się przed światem. Moje serce biło tam jak szalone, jakbym wchodził do jakiegoś Zakazanego Miasta – a więc można się tak nie bać, też kiedyś w końcu taki będę, nie będę się bał ani wstydził? Wszędzie były kina, a w tych kinach wszystko. Filmy z Rosji, Islandii, Hiszpanii, Indii, Chin, nawet na takiej peryferii jak Aulney-sous-Bois, przedmieście, na którym pomieszkiwałem, mieli niebawem pokazywać film z Nigerii. Z Nigerii! Zastanawiałem się, czy w mojej dziurze na Dzikim Wschodzie Europy pokażą jakiś afrykański film do 2050 roku. Jeśli otworzą tam znowu kino, bo przecież zamknęli, zanim skończyłem liceum.

I kiedy tak siedziałem na schodach przed Sacré-Coeur, naprzeciw mnie po tych schodach wchodził młody czarny mężczyzna w dżinsach z dziurą na kolanie i czerwonym t-shircie z żółtymi brzegami. Miał dwadzieścia kilka lat i był przepiękny. Jego sylwetka poruszała się giętko i zwinnie, był bardzo szczupły w pasie, jego ramiona były szerokie. Czerwony t-shirt przytulał się do jego ciała, podkreślając zachwycający kształt jego giętkiego torsu. A na tym czerwonym t-shircie, ku mojemu więcej niż zdumieniu, malował się żółty sierp i młot, i litery CCCP. Przyglądałem mu się, jak tak wchodził do góry i dostrzegłem, że nie tylko jego sylwetka była piękna – twarz jeszcze bardziej. Miał niedużą głowę, wystrzyżoną prawie do zera, ale prawie, więc pokrywał ją krótki, gęsty meszek. Miał mocno zarysowaną szczękę i wyraźnie zaokrąglony podbródek. Jego oczy były wielkie i błyszczące. Zauważyły, że się na niego gapię jak zaczarowany. Więc te oczy zaczęły spoglądać na mnie. Przerażony spuściłem wzrok. Przecież nie zagadam do niego tutaj tak na oczach tych wszystkich zwiedzających, przecież nie zagadam do niego w tym języku, którym władam znacznie słabiej, niż myślałem jeszcze miesiąc temu. Przecież może on wcale nie odpowiada zainteresowaniem, tylko się zaraz wkurwi, myśli sobie, patrząc na mnie z politowaniem, co ten pedał z nie wiadomo skąd sobie myśli, tak się gapiąc na mnie – że ja jestem taką samą ciotą jak on? I spuści mi bęcki, a nie żadne tam, że będziemy sobie zaraz jak skowronki. Czułem, jak czerwień rozgrzewa mi policzki, kompromitując mnie jeszcze bardziej, więc z braku lepszego pomysłu wpatrywałem się w swoje buty, jakbym pierwszy raz je widział, wyczekując niecierpliwie, aż mnie wyminie i ten niespodziewany koszmar dobiegnie końca. Wyminął mnie. Zdążyłem zwrócić uwagę na jego wysokie trampki, które były tak fajne i tak do wszystkiego w nim pasowały, że czyniły skubanego jeszcze piękniejszym, sprawiały, że prezentował się jeszcze bardziej dynamicznie, jeszcze bardziej sprężyście.

Odetchnąłem z ulgą, zagrożenie zniknęło gdzieś za moimi plecami. Nie oglądałem się, nie chciałem się zachowywać podejrzanie. Choć miałem poczucie, że tak usilnie unikając zachowywania się podejrzanie, zachowywałem się podejrzanie. CCCP. Na tym podkoszulku. Sierp i młot. Czy to nie powinien być obciach? Wiele pytań zacząłem sobie zadawać dopiero od tamtego wyjazdu do Francji. Ktoś, kto nie wyjeżdża z Polski, niczego nigdy nie zrozumie. Podróże zawsze kształcą, ale podróże z Polski – zwłaszcza. Polska to cieplarnia obskurantyzmu, chlew leniwej głupoty szukającej tylko w błocie, wciąż w tym samym, w którym ryje w poszukiwaniu swojej cebuli: potwierdzenia swoich obsesji, w koło Macieju tych samych, coraz bardziej tych samych.

I wtedy zauważyłem, że ktoś obok mnie usiadł, na tym samym stopniu, bardzo niedaleko. Strach sprzed paru minut jeszcze trzymał, więc pragnąc uniknąć zachowywania się w sposób podejrzany, konsekwentnie zachowywałem się podejrzanie, nie podnosząc wzroku, tylko zatrzymując go na kolanie tego, kto tam usiadł. Na pięknym ciemnoskórym kolanie, które łypało na mnie przez dziurę w przetartych dżinsach. Tych samych dżinsach na tych samych szczupłych, zwinnych nogach, które wyminęły mnie kilka minut temu. Ponieważ moje próby unikania podejrzanych zachowań robiły się coraz bardziej podejrzane, podniosłem w końcu wzrok. Serce zaczęło mi się rozbijać o żebra jak obłąkane, bo mój wzork spotkał jego oczy. Przyglądał mi się, a te czarne tęczówki błyszczały przepięknie pod podkręconymi rzęsami. I jak tak siedział już tak blisko mnie, to mogłem tylko powiedzieć, że pierwsze wrażenie było bardziej niż trafne, tak kurewnie był przepiękny. Chyba widział, że jestem w stanie co najmniej zmieszania, bo się uśmiechnął szerokim łukiem, a jego policzek (widziałem w owym momencie tylko jeden) przebił głęboki dołek. Z tym dołkiem zrobił się jeszcze piękniejszy, tak piękny, że aż wszystkie moje trzewia ściągnęły się w jeden ciasny węzeł. Teraz już wiedziałem, że o cokolwiek mu chodziło, na pewno nie był na mnie wściekły i nie chciał mi spuścić wpierdolu, ale co wystarczy, żeby powstrzymać atak paniki, to wciąż bywa za mało, żeby obudzić prawdziwą odwagę.

Je m’appelle Karim, powiedział. Et toi?, zapytał. Głos zagubił mi się gdzieś po drodze do gardła, nie wiedziałem gdzie. Ale on czekał. Przestał się aż tak szeroko uśmiechać, ale ciągle czekał na odpowiedź. Swoje długie, szczupłe, ale jednak muskularne – Boże, jak muskularne! – ramiona wyrzucił do przodu, opierając łokcie na kolanach. W tym o to odsłonięte dziurą w dżinsach, którego obecność tak blisko doprowadzała mnie do obłędu. Sugerowała, jak piękne może być wszystko inne, co Karim ma do odsłonięcia. Jarek, odpowiedziałem. Je m’appele Jarek. Zapytał, skąd to imię, pierwszy raz się z nim spotykał. De Pologne. Je suis polonais.

Jego wyrzucone w przód ramiona ułożyły się tak, że dłonie się spotkały, dotykały się kciukami i kilkoma innymi palcami. Mój wzrok umykał mi ku tym jego dłoniom, choć gorączkował się bardzo, bo w tym celu z goryczą opuszczał jego zachwycającą twarz, ale te dłonie, te palce, tak samo były przepiękne. Były długie, ale tylko na pozór delikatne. To była ich zmyłka, ściema, widziałem, że były silne, mocne, energiczne. I miały na końcach przepiękne paznokcie, jasne na tle jego ciemnej skóry, różowe, każdy najpiękniejszego kształtu, jaki tylko może mieć paznokieć akurat tego palca. Miałem ochotę zabrać te palce i pokazać je Rafaelowi, żeby zobaczył, jak wyglądają piękne ludzkie palce, piękne dłonie, piękne paznokcie, nie to, co te obłe glisty, które on na tych swoich katolickich szmirach malował. Paznokcie Karima były długie, ale nie za bardzo, zaokrągląne łukami tu i ówdzie, ale jednak trochę kanciaste, prawie płaskie, a jednak odrobinę wygięte. Jak malutkie porcelanowe dachóweczki.

T’es là en vacances?, zapytał po uciążliwie długiej chwili mojego milczenia. Zmieszałem się wtedy, poruszałem jakoś dziwnie głową, sam nie wiedziałem, czy to bardziej wyglądało na „tak” czy na „nie”, no i wydałem z siebie coś niebezpiecznie przypominającego jęk raczej niż jakieś słowa. Jakby pożarł mnie nagle wstyd, że jestem tutaj w desperackiej potrzebie znalezienia pracy, jakiejkolwiek pracy, oczywiście pewnie najgorszej z możliwych – kelnera, na zmywaku – byle jakiej, bo i tak zarobię więcej, niżbym mógł w jakikolwiek sposób zarobić w Polsce. Że potrzebowałem pieniędzy na studia. Że jestem tutaj z biedy naszej wschodnioeuropejskiej. Co zrobić, żeby tego teraz nie spierdolić? Żeby te piękne palce dotykały mnie, wbijały się we mnie dzisiaj w nocy? Czy te gładkie, twarde bicepsy, które wybijały się spod rękawków tego podkoszulka z symbolami ZSRR, mogły mnie dzisiaj objąć, ściskać, trzymać blisko i mocno?

Zauważył moje zmieszanie, spuścił więc ze mnie wzrok, a potem podniósł go przed siebie. Słońce grzało milczenie, które między nami znowu zawisło. Karim chyba też zaczął czuć się trochę głupio. Co ja wyrabiałem? Byłem z dala od mojego polskiego zadupia, od mojego piekła, od portretów papieża na scianie, od szkoły, w której korytarzu szleściła złowrogo księża sutanna, od Wojciecha Cejrowskiego na antenie publicznej telewizji. Nikt mnie tu nie znał, nic mi tu nie groziło, nikt nie rozpowie niczego na moim osiedlu. Wydarzyło się właśnie coś, o czym marzyłem i czego możliwości zazdrościłem wszystkim „normalnym”, wszystkim heterykom: siedzę sobie na mieście i przepiękny przybysz z jakiejś egzotycznej baśni – pierwszy raz w życiu rozmawiałem z czarnoskórym mężczyzną! – próbuje poderwać mnie. Na dodatek podrywał mnie przed bazyliką, mógłbym spędzić najbliższą noc z przepięknym mężczyzną – chyba muzułmaninem, zgadując po imieniu – który wyhaczył mnie przed kościołem katolików. Oprócz innych rozkoszy, które by za tym poszły, bo nie mogłyby nie pójść z tak zachwycającym mężczyzną, popełniłbym tak piękne, wymarzone bluźnierstwo. Nic nie ryzykuję, on już przecież wykonał pierwszy krok, potrzebuję tylko tego minimum odwagi, żeby na ten jego krok odpowiedzieć, wykonać własny krok i zatrzymać go przy sobie. To nie powinno być takie trudne. A jednak było. Strach mnie spraliżował. O tyle rzeczy mogłem od niechcenia zapytać, pal licho wymowę – a gdybym nie zrozumiał odpowiedzi, mogłem poprosić o powtórzenie, albo udawać, że zrozumiałem i próbować dalej. Jesteś Francuzem, czy też tu skądś przyjechałeś? Jeśli tak, to skąd? Jeśli nie, to skąd pochodzi twoja rodzina? Co robisz, studiujesz coś? Skąd ten sierp i młot na koszulce?

Ale im dłużej zasychało między nami to milczenie, tym bardziej grzęzłem w moim paraliżu. Błagam, nie poddawaj się, daj mi jeszcze szansę, pytaj dalej, mów coś, aż wreszcie uda mi się przełamać ten impas, tę blokadę, której sam nie rozumiem, i zaczniemy w miarę normalnie rozmawiać, może nawet zejdziemy z tego wzgórza i pójdziemy do któregoś z barów w jednej z tych uliczek na dole, napijemy się piwa lub wina, może nawet pójdziemy na obiad, nawet jeśli miałby mnie kosztować tyle euro, ile planowałem rozłożyć na cały tydzień. Tylko nie poddawaj się i zagadaj jeszcze raz, zapytaj o cokolwiek. Powiedz cokolwiek. Nie chcę cię spławić, wręcz przeciwnie, chcę cię zatrzymać, więcej nawet, niczego dzisiaj nie pragnę bardziej niż poczuć na sobie dotyk i energię tych nieprzyzwoicie pięknych dłoni. Tylko nie wiem, jak to zrobić.

Niestety, już wszystko straciłem. Karim poczuł się chyba niemile widziany, albo pomyślał, że może jednak jestem palantem. Wstał. Miałem wrażenie, że rzuca ku mnie spojrzenie ostatniej szansy, ale nawet tego nie wiedziałem na pewno, bo znowu nie miałem odwagi podnieść wzroku i spojrzeć mu w twarz. Więc odwrócił się i skierował po schodach w dół. Kiedy podniosłem wzrok, mogłem się już tylko przyglądać, jak jego piękna, zwinna sylwetka oddala się ode mnie. Na zawsze? To znaczy, mogłem ciągle jeszcze go zawołać, mogłem nawet wstać i podbiec do niego, ale skoro nie miałem sił ni odwagi odpowiedzieć na jego zaczepki, kiedy siedział tuż obok, dając mi do zrozumienia najjaśniej, jak tylko się dało, że jest mną zainteresowany, to skąd miało mi starczyć sił i odwagi, żeby teraz wykrzyknąć jego imię lub pobiec za nim?

Nie starczyło.

Czułem się, jakbym podpisał na siebie wyrok. Wiedziałem, że popełniłem grzech śmiertelny, za który zasługuję na najgłębszy krąg piekła. Jeśli potrafię zaprzepaścić taką szansę, to nie zasługuję na to, by kiedykolwiek poznać pieszczoty takich pięknych dłoni, uścisk silnych ramion, wilgoć ust tak pięknego mężczyzny. Popełniłem właśnie zbrodnię, zbrodnię przeciwko sobie samemu. Nigdy nie będę jednym z tych mężczyzn, którzy nie boją się siedzieć przy stoliku przed barem na Marais, w towarzystwie takich jak oni, niepomni, kto ich widzi.

W kolejnych dniach przyszedłem tam na Monmartre jeszcze dwa razy, snułem się w smutnej tęsknocie za pięknym, ciemnoskórym mężczyzną, który próbował mnie poderwać, zapragnął mnie uwieść, a ja wszystko zeprzepaściłem. Snułem się tam w nadziei, że może znowu na niego gdzieś wpadnę, jak nie na tych, to na innych schodach, a może w którejś z okolicznych uliczek, przy stoliku przed jakimś bistro albo tabagiste.

Nie wpadłem.

Jonathan Soukali bw

Powyższy tekst to fragment powieści Nirvaan, nad której ukończeniem wciąż pracuję. Inny fragment, jeszcze nieostateczny, umieściłem już kiedyś tutaj. A jeszcze inny ukazał się w art-zinie literackim Papier w Dole, nr 4-5 (2017).

pwd

Jestem na Facebooku i Twitterze.

 

Kazirodztwo – zakaz pozornie uniwersalny

Jeden z najbardziej wpływowych antropologów w historii tej dyscypliny, Francuz Claude Lévi-Strauss (1908-2009), upierał się, że zakaz kazirodztwa ma charakter uniwersalny i dotyczy wszystkich ludzkich społeczeństw. Więcej nawet, twierdził, że to zakaz kazirodztwa oddziela naturę od kultury, że to od niego kultura się niejako zaczyna.

Jakieś dowody kwestionujące tę tezę zawsze istniały, ale długo napotykały przeszkody. Lévi-Strauss miał ponoć tendencję do ignorowania faktów, które przeczyły jego teoriom, a jego autorytet podtrzymywał tę tezę w kanonie nauk społecznych. Wiele kontrprzykładów można było wytłumaczyć tym, że różne społeczeństwa różnie definiowały, co jest kazirodztwem, a co nie jest, czyli które relacje pokrewieństwa objęte są zakazem wzajemnych stosunków seksualnych.

W przedchrześcijańskim świecie śródziemnomorskim małżeństwa pomiędzy kuzynami pierwszego stopnia, po mieczu lub kądzieli, później zakazane przez Kościół katolicki, były czymś powszechnie spotykanym. Wszyscy znamy mit o Edypie i jego formę dramatyczną stworzoną przez Sofoklesa. Jasno z nich wynika, jak potężne było u Greków tabu kazirodztwa. A jednak w starożytnych Atenach dopuszczalne było małżeństwo mężczyzny z jego siostrą przyrodnią, jeśli wspólnego mieli ojca. W przypadku wspólnej matki było zakazane – tylko takie rozumiano tam jako kazirodztwo. Ale nie w Sparcie, tam można było poślubić siostrę przyrodnią z każdej strony. Zarówno w Atenach, jak i w Sparcie, objęte zakazem jako kazirodztwo były jednak relacje seksualne mężczyzny z jego siostrą, matką, babką, córką lub wnuczką. Jednak z bratanicą już niekoniecznie. Gdy Ateńczykowi umarł brat, który pozostawił po sobie tylko córkę, i żadnych synów, należało poślubić bratanicę.

Teoria o uniwersalności zakazu kazirodztwa rozbija się jednak z największym hukiem o starożytny Egipt i Iran. Jak długo dane było szczątkowe, przekłady źródeł niedoskonałe z powodu wymarcia języków, w których zostały napisane, można było np. utrzymywać, że świadectwa greckich autorów były wyrazem ich kulturowej arogancji. Grecy uwielbiali się uważać za lepszych od wszystkich społeczeństw, z którymi się spotykali, więc mogli im z tego właśnie powodu, nawet nieświadomie, przypisywać różne obrzydliwości, między innymi powszechność związków przez nich i przez nas rozumianych jako kazirodcze – między najbliższymi krewnymi. Persowie na dodatek długo byli największym wrogiem Greków, dlatego ich szanse, że oberwą jakimś pomówieniem mogły nawet rosnąć.

Liczba dowodów, że w obydwu wielkich starożytnych cywilizacjach, egipskiej i perskiej, stosunki seksualne i małżeństwa między najbliższymi krewnymi, były jak najbardziej dozwolone, nie przestawała rosnąć. Jak długo większość tych dowodów dotyczyła rodzin królewskich, arystokratycznych i kapłanów, usiłowano to tłumaczyć sakralnym charakterem zajmowanej przez tych ludzi pozycji społecznej. Ich rzekome pokrewieństwo i ciągłość z bogami, ich pragnienie, by wykazać podobieństwo do bogów, sprawiały, że nie obowiązywały ich zakazy dotyczące zwykłych śmiertelników. Łamanie tych zakazów miałoby dodawać im aury boskości, aury funkcjonowania poza światem zwykłych ludzi. Każdy faraon na swoją pierwszą, najważniejszą żonę brał swoją siostrę, bo tylko w ten sposób mógł poślubić kogoś równie boskiego jak on sam, w tym samym stopniu pochodzącego wprost od boskiego Słońca. Kiedy perski władca poślubiał swoją matkę i miał z nią dzieci, odtwarzał w swoim życiu jeden z mitów o pochodzeniu świata i ludzi, potwierdzał przed poddanymi swoją bliskość z bogami, których w ten sposób naśladował.

Dziś jednak historycy i archeolodzy zgromadzili wystarczającą ilość danych, analizowanych potem przez antropologów, że możemy z całą pewnością powiedzieć, że wszystkie te wyjaśnienia są błędne, W starożytnym Egipcie i w starożytnej Persji nie istniał zakaz kazirodztwa.

W starożytnej Persji małżeństwa pomiędzy bliskimi krewnymi – bratem i siostrą, ojcem i córką, matką i synem (nazywały się xwêtôdas) – zdarzały się w różnych warstwach społecznych i nie tylko nie były zakazane, ale cieszyły się specjalnym statusem małżeństw wyjątkowych, szczególnie świętych – do tego stopnia, że ceremonię zaślubin mógł przypieczętować tylko kapłan, który sam był już w tego rodzaju małżeństwie.

W Egipcie związki seksualne i małżeńskie pomiędzy bratem a siostrą były jeszcze bardziej powszechne. Najstarsze świadectwa, które o nich wspominają, pochodzą z ok. 2000 lat p.n.e. Kiedy Egipt stał się częścią Imperium Rzymskiego, Rzym co czternaście lat przeprowadzał tam spis ludności, żeby określić swoją bazę podatkową. Do naszych czasów zachowała się ogromna ilość danych z tych spisów, które analizie poddał historyk Keith Hopkins. Z jego badań wynika, że dla okresu, dla którego istnieją dane, może aż 20% wszystkich małżeństw zawieranych w Egipcie było zawieranych między bratem a siostrą. Nie tylko nie był to zwyczaj zarezerwowany dla rodziny królewskiej i arystokracji, celem potwierdzenia ich wyjątkowości, ale był swego rodzaju ogólnospołecznym ideałem, wzorem do naśladowania, który przyjmowany był także przez nowe grupy społeczne osiedlające się w Egipcie – tak było z Grekami osiedlającymi się tam w okresie hellenistycznym.

Jak wskazuje zachowana egipska literatura, miłość między bratem a siostrą była dla Egipcjan erotycznym ideałem. „Kocham cię jak siostrę, pragnę być ojcem twoich dzieci” – to nie był w Egipcie paradoks. My dorastaliśmy w kulturze, w której postrzeganie w takich kategoriach brata lub siostry jest nie do pomyślenia, a wzorem jest raczej miłość od pierwszego wejrzenia, a więc do kogoś do niedawna obcego, kogoś, kogo spotykamy nieprzygotowani, z zaskoczenia. Egipcjanie natomiast dorastali w kulturze, w której to właśnie miłość do brata lub siostry, z którymi dorastali, była ideałem; w kulturze, w której co piąte lub co szóste małżeństwo wśród znajomych dorosłych mogło mieć taki właśnie charakter, do takich małżeństw zachęcała literatura pisana i ustna. To, jak dziwne i niepojęte nam się to wydaje, świadczy o tym, do jakiego stopnia nasze uczucia erotyczne, które wydają nam się wypływać z jakiejś głębokiej natury albo każdego z nas jako jednostki, albo nas wszystkich jako ludzi, przyjmują swój ostateczny kształt dopiero zachęcone w pewnym kierunku a do innych kierunków zniechęcone przez kulturę, w której żyjemy.

Co ciekawe, nic nie wskazuje, że w Egipcie rodziło się więcej dzieci z chorobami genetycznymi niż gdziekolwiek indziej w ówczesnym świecie. A ze spisów ludności wynika, że rodziny, w których trzy pokolenia z rzędu były małżeństwami brata i siostry, były szeroko spotykane, do tego zwyczaj mógł być szeroko praktykowany przez kilka tysięcy lat. Co to znaczy?

Większość z nas na pytanie, skąd się wziął zakaz kazirodztwa, odpowiedziałaby odruchowo, że ze względu na niebezpieczeństwo wad genetycznych u potomstwa. To rzekomo naukowe wyjaśnienie pochodzi z XIX wieku, kiedy europejska kultura uległa gwałtownej laicyzacji i próżnię po metafizycznych wyjaśnieniach różnych moralnych, społecznych i ideologicznych zakazów, przekonań i obsesji z impetem wypełniano wyjaśnieniami odwołującymi się do argumentów z arsenału nauk przyrodniczych, lub za takie przebranych. To był jednocześnie okres wybujałych „naukowych” teorii uzasadniających najwulgarniejszy rasizm, czy wyjaśniających przestępczość i prostytucję budową czaszki uwikłanych w nie ludzi. Bliskie pokrewieństwo może co najwyżej zwiększyć prawdopodobieństwo występowania tych już obecnych w rodzinie, ale ponieważ kobiety rodzą w ciągu całego swojego życia bardzo niewiele dzieci w porównaniu do samic większości innych gatunków, nawet szeroko praktykowane związki kazirodcze, jak w Egipcie, nie są w praktyce w stanie wpłynąć u ludzi na ogólnospołeczną częstotliwość wad genetycznych.

Inny francuski antropolog, uczeń Lévi-Straussa, Maurice Godelier, podkreśla, że prawdziwe źródła zakazu kazirodztwa są, wyłącznie społeczne. Kiedy transfer pozycji i roli społecznej, majątku, a także obowiązki i prawa poszczególnych osób w stosunku do innych osób w rodzinie, określone są stosunkiem pokrewieństwa (kto co, po kim i ile dziedziczy, kto komu winien jest opiekę, kto komu powinien być posłuszny), związek kazirodczy rozsadza i podminowuje te zasady tak bardzo, że wywołuje lęk, iż zachwieje zdolnością społeczeństw do reprodukcji własnego istnienia. Jedna i ta sama osoba staje mężem i bratem jednocześnie, albo ojcem i wujkiem, siostrą i bratową, matką i żoną, matką i babką, matką i bratową itd., wywołując ogromne zamieszanie w porządku ról społecznych.

Jarosław Pietrzak

 

Literatura

  • Maurice Godelier, Métamorphoses de la parenté, Paris: Fayard 2004.
  • C. Herrenschmidt, Le xwêtôdas ou ‘marriages incestueux’ en Iran ancien, w: P. Bonte (ed.), Epouser au plus proche. Inceste, prohibition et strategies matrimoniales autour de la Méditerrannée, Paris: Editions de l’Ecole des Hautes Etudes en Sciences Sociales, 1994.
  • Keith Hopkins, Brother-Sister Marriage in Roman Egypt, “Comparative Studies in Society and History”, vol. 22, no. 3 (1980).
  • Sally C. Humphreys, Le marriage entre les parents dans dans l’Antiquité classique, w: P. Bonte (ed.), Epouser au plus proche. Inceste, prohibition et strategies matrimoniales autour de la Méditerrannée, Paris: Editions de l’Ecole des Hautes Etudes en Sciences Sociales, 1994.
  • Claude Lévi-Strauss, Les Structures élémentaires de la parenté, Paris: Presses Universitaires de France, 1949. Wydanie polskie: Elementarne struktury pokrewieństwa, tł. Maciej Falski, Warszawa: Volumen 2012.

 

Tekst miałbyć kolejnym z zamierzonego cyklu dla Tygodnika Faktycznie, (po tekstach o ludach Baruya i Na), ale w redakcji zaszły niespodziewane zmiany i…

Jestem na Facebooku i Twitterze.

 

Na: Społeczeństwo bez mężów i ojców

Na himalajskim pograniczu prowincji Syczuan i Junnan, z dala od wielkich ośrodków miejskich, na dalekich peryferiach chińskiej cywilizacji, żyje niewielkie plemię Na. Mówią jednym z dialektów chińsko-tybetańskich. Ich populację szacuje się na około 40 tysięcy osób. Opisu ich struktury społecznej i obyczajów seksualnych dostarczył nam Cai Hua, antropolog z Uniwestytetu Pekińskiego. W Europie jego książka o ludzie Na ukazała się w przekładzie na francuski w 1997. W 2008 wydawnictwo amerykańskiego Massachusetts Institute of Technology opublikowało przekład angielski.

Na są społeczeństwem matrylinearnym. W antropologii oznacza to, że pokrewieństwo, genealogię i przynależność do rodziny, rodu czy klanu określa się po matce, matce matki i tak dalej – mówiąc po naszemu, „po kądzieli”. Antropologów nic takiego nie dziwi, społeczeństw matrylinearnych opisano wiele. Na różnią się od pozostałych tym, że w ogóle nie uznają pokrewieństwa „po mieczu”, a słowa mąż i ojciec najzwyczajniej nie istnieją w ich języku, bo nie występują w ich życiu odpowiadające im role społeczne. Podobnie zresztą jak instytucja małżeństwa, za wyjątkiem rodzin o statusie lokalnej „arystokracji”, które pośredniczyły w kontaktach między lokalną społecznością a kiedyś Chinami cesarskimi, teraz z Chińską Republiką Ludową; pod presją tych kontaktów przyjęły one pochodzące z zewnątrz zwyczaje małżeńskie. Podobno władze w Pekinie usiłują w ostatnich dekadach wypromować wśród Na zwyczaje małżeńskie przyjęte ogólnie w Chinach, widząc w nich przejaw cywilizacji i postępu, pojęć, do których nominalnie wciąż socjalistyczne państwo jest mocno przywiązane.

Tradycyjnie jednak Na żyją w gospodarstwach domowych, na czele których stoi kobieta, zwykle najstarsza. Władzę dzieli ze swoim najstarszym bratem, który reprezentuje domostwo wyłącznie w kontaktach z innymi klanami i w ogóle światem zewnętrznym. Wewnątrz głową domu, jego „matką”, jest wyłącznie ta kobieta. Pozostali mieszkańcy gospodarstwa to w normalnej sytuacji jej córki i synowie, oraz dzieci jej córek. W całym domu żadna z kobiet nie ma męża, żadna z osób, dzieci i dorosłych, nie ma też formalnie uznanego ojca. Synowie „matki domu”, bracia jej córek, pozostają niemal na zawsze w tym domostwie, żyjąc z matką, siostrami i dziećmi swoich sióstr. Pochodzący od wspólnej matki czy babki Na mówią o sobie, że są „z tej samej kości”.

Cai Hua Na

Kilkaset lat temu Na przyjęli buddyzm – ale w eklektyczny sposób, to jest nie rozstając się ze swoimi starszymi wierzeniami w duchy przodków i lokalne bóstwa. Do dzisiaj wierzą, że kobieta rodzi się nosząc już w sobie zalążki płodów, które w przyszłości się w niej rozwiną i staną się jej dziećmi. Te zalążki znalazły się w jej ciele za sprawą bogini Abaogdu. Na nie uznają żadnego substancjalnego wkładu mężczyzny w poczęcie dziecka, w jego biologiczną materię, która jest dziełem wyłącznie matki i Abaogdu. Mężczyzna jest tylko „katalizatorem”, który przyspiesza jego wzrost, niczym deszcz, który pomaga roślinie wzrastać, ale jej nie tworzy. Dlatego spermę Na nazywają słowem, które można by przetłumaczyć jako „wodę z penisa”. Żeby kobieta miała dzieci, musi mieć kontakty seksualne z mężczyznami, ale tylko po to, żeby oni niejako „podlewali” płód, który już w niej czeka. Są więc Na pod tym względem przeciwieństwem Baruya, o których pisałem tydzień temu, bo Baruya uważali, że kobieta jest tylko „naczyniem”, czymś w rodzaju inkubatora, w którym rozwija się dziecko stworzone całkowicie ze spermy mężczyzny.

W domostwach Na obowiązuje bezwzględny zakaz stosunków seksualnych między domownikami, będący jednocześnie zakazem kazirodztwa, bo tylko w wyjątkowych sytuacjach, kiedy do domu wprowadził się ktoś z zewnątrz, taki stosunek nie byłby kazirodztwem. Zakazane jest jednak nawet poruszanie w świetle dnia tematów dotyczących stosunków seksualnych. Naruszenie tego zakazu może być ukarane kilkudniowym wykluczeniem z domostwa. W przypadku naruszenia zakazu kazirodztwa sprawcy zostaliby zaryglowani w jamie i skazani w niej na śmierć z głodu.

W innych aspektach kulturę seksualną Na charakteryzuje natomiast daleko posunięty permisywizm. Wszystko dlatego, że Na potrzebują, by poszczególne domostwa i lineaże wymieniały się spermą, żeby podtrzymywana była jej cyrkulacja pomiędzy rodzinami.

Pod osłoną nocy siostry przyjmują kochanków wymykających się do nich z innych domów. Bracia wymykają się z własnego domu i przesmykują do innych. Spotkania zwykle są umówione i uzgodnione za dnia. Stają się oni kochankami, açia. Zarówno kobiety jak i mężczyźni mogą być jednocześnie w kilku relacjach açia – mężczyzna odwiedza wtedy różnych nocy różne kobiety, a kobieta przyjmuje różnych mężczyzn. Kierunek jest zawsze taki – mężczyźni odwiedzają kobiety, nigdy na odwrót. Mężczyźni cyrkulują więc pomiędzy grupami kobiet. Ta cyrkulacja podtrzymuje u Na istnienie społeczeństwa, umożliwia jego biologiczną reprodukcję.

Ludzie jednak czasem przypadają sobie do gustu i przywiązują się do siebie znacznie bardziej. W takich sytuacjach ich związek może przekształcić się w jawny i długotrwały. Mężczyzna i kobieta wymieniają się symbolicznie pasami, dając otoczeniu do zrozumienia, że pragną, aby ich związek stał się widoczny dla wszystkich. Kobieta rozmawia z „matką domu”, informując ją, że jest mężczyzna, z którym chce nawiązać długotrwały związek. Mężczyzna ów jest wówczas zapraszany na ceremonialny posiłek organizowany w domu jego kochanki. Z posiłku wykluczeni zostaną wszyscy żyjący pod tym dachem mężczyźni, będą na nim same kobiety i wspomniany wybranek jednej z nich wraz ze swoim „posłańcem”. Kochanek w trakcie tego posiłku wyraża oficjalnie swoją prośbę i ofiarowuje swojej kochance prezenty. Jeśli prośba zostanie przyjęta, zostaje na noc do rana i od tamtej pory otoczenie uznaje, że między tymi dwojgiem istnieje relacja seksualnego przywileju, który powinien być uszanowany także przez innych.

Niemniej jednak nie jest to małżeństwo. Związek może zostać zerwany w każdej chwili przez każdą ze stron, kochanek wciąż odwiedza swoją kochankę, tylko na noc, nie wprowadza się do niej, ani ona do niego, nikt nie postrzega ich dzieci jako jego dzieci (pozostają one wyłącznie jej dziećmi, dziećmi jej rodziny). Nie powstaje też żadna, wynikająca normalnie z instytucji małżeństwa, więź między obydwiema grupami krewniaczymi, tą, z której pochodzi mężczyzna, i tą, do której należy kobieta – nikt nie staje się dla nikogo szwagrem, zięciem, teściową ani synową.

Tylko w wyjątkowych sytuacjach ktoś się do kogoś przeprowadza i spędzają odtąd razem nie tylko noce, ale po prostu cały czas. Wtedy ich związek przekształca się po raz kolejny, tym razem w relację stałego wspólnego zamieszkiwania. Zwykle nie jest to jednak motywowane samymi tylko pragnieniami i uczuciami obydwu stron, ale obiektywnymi okolicznościami. Kobieta przeprowadzi się do mężczyzny, z którym jest w stałym związku, tylko wówczas, jeśli w jego domostwie nie została już żadna kobieta – matka, siostra, ciotka – ostali się tam już sami mężczyźni. Wówczas to ta dołączająca do nich kobieta zostanie głową domu. Mężczyzna może się wprowadzić do domu swojej kochanki, jeśli obydwie rodziny wyrażą zgodę, ale będzie tam zawsze wykluczony z dostępu do pewnych rytualnych funkcji czy prawa do reprezentowania domostwa w kontaktach ze światem zewnętrznym. Dla wszystkich dzieci w domu będzie wujkiem – jakby był jednym z braci jej matki. Nie będzie mógł traktować własnych z nią dzieci w jakikolwiek wyróżniający je spośród innych dzieci w domu sposób.

Przykład Na, odizolowanego górskiego społeczeństwa, pozwala nam podstawnie domniemywać, że funkcja ojca nie istniała w ludzkich społeczeństwach od zawsze. Że odkrycie związku między stosunkiem seksualnym a zapłodnieniem, a więc także roli mężczyzny i kobiety w zapłodnieniu i zapoczątkowaniu nowego ludzkiego życia, mogło naszym przodkom zająć dziesiątki, nawet setki tysięcy lat (najnowsze odkrycia dokonane w Maroku wskazują, że istniejemy jako gatunek jakieś 300 tysięcy lat). Biorąc pod uwagę, jak długi okres czasu dzieli u człowieka poczęcie od narodzin, a nawet od samych pierwszych widocznych objawów ciąży, społeczne zrozumienie dokładnych związków przyczynowo-skutkowych w warunkach pozbawionych wiedzy naukowej było dla naszych praprzodków wielkim i wcale nieoczywistym zadaniem. Samce naszych najbliższych krewnych w świecie zwierząt, szympansów (98% genów identycznych z nami), nie mają świadomości, że któreś z młodych w stadzie są „ich”, nie rozpoznają ich jako własne. Bawią się z młodymi bez względu na to, którego z nich są potomstwem, bardziej dlatego, że zyskuje im to względy ich matek. Rodzina rozumiana jako ojciec, matka i ich dzieci, sprzedawana dziś przez konserwatystów jako „naturalna”, nie jest wcale wytworem natury, wytworzyła ją dopiero kultura, w toku bardzo długiego procesu.

Jarosław Pietrzak

Tekst w wersji nieco skróconej ukazał się w Tygodniku Faktycznie (nr 26/2017). Redakcja postanowiła użyć innej nazwy opisywanego ludu, Mosuo, ja jednak wolę trzymać się tej stosowanej przez Cai Hua.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Ilustracja nad tekstem: Wang Hui, Kwitnące brzoskwinie i łódka rybacka (fragment).