List do przyjaciela, którego już nie ma
Próbuję to pisać już czwarty miesiąc. Idzie mi to tak ciężko zapewne ze względu na wewnętrzny opór – przed ostatecznym zaakceptowaniem, że już Cię nie ma, że nigdy więcej Cię nie zobaczę, że nigdy więcej już Twojej przytulnej chrypki nie usłyszę, że już nigdy mnie tak nie przyciśniesz do swojej piersi na powitanie ani na pożegnanie. Po części chodzi też o poczucie, że zasługujesz na znacznie piękniejszy tekst, którego napisanie wciąż mi nie wychodzi. Kiedyś napiszę więcej, kiedyś to dopieszczę.
*
Byłem w kinie na Dr Strangelove Kubricka. Pamiętam, że lubiłeś Kubricka, ale o tym filmie nigdy nie rozmawialiśmy – nigdy wcześniej go nie widziałem. Pokazywali go w Lab111 w największej sali, a i tak była wypełniona prawie do ostatniego miejsca. Dotarłem w ostatniej chwili, co mi się często zdarza, dlatego usiadłem w pierwszym wypatrzonym wolnym fotelu – w drugim rzędzie, pierwszy po prawej, właściwie dwa kroki od wejścia. Widok wcale nie był taki zły, jakby mogło się wydawać z takiego opisu, bo odległość pierwszego rzędu od ogromnego ekranu jest tam bardzo duża.
Było już ciemno, leciały trailery. Nagle zdałem sobie sprawę, że siedzę obok dwudziestokilkuletniego mężczyzny – oświetlany jedynie śladami światła sączącego się w stronę ekranu wyglądał niesamowicie podobnie do Ciebie. Chwilami traciłem kontakt z filmem, rzucając okiem w lewo z niedowierzaniem. Był tak samo wysoki, jak Ty, tak samo smukły, miał ramiona tej samej szerokości, co Ty, kiedy miałeś 24 lata (wtedy Cię poznałem). Miał równie pociągłą twarz i pięknie długi nos, podobnie wydawały się jego loki, ich kolor również. Tak samo delikatne, smukłe dłonie. Siedział, śmiał się, zmieniał pozycje, wychylał się rozbawiony w stronę ekranu niemal dokładnie tak jak Ty, z tą samą piękną – jak to nazwać? – gracją. Chyba tak, chyba istnieje również męska gracja, właściwa niektórym wysokim, szczupłym, młodym mężczyznom. Jakże pragnąłem, żebyś to mógł być Ty. Żebyśmy razem siedzieli w kinie na Kubricku. I żebyś mnie jeszcze kiedyś wziął w te swoje piękne ramiona i przycisnął mocno do piersi, jak to miałeś w zwyczaju. Rozpłakałem się dopiero po powrocie do domu.
Był w błękitnej koszuli, zupełnie takiej, jak ta, którą miałeś na sobie, kiedy widziałem Cię po raz pierwszy.
*
Ostatni raz widziałem Cię we śnie, trzy, może dwa lata temu.
Od piętnastego roku życia przez trzydzieści lat nie pamiętałem prawie żadnych snów, tylko kilka prześliznęło się przez bezwzględne posterunki postawione przez mój mózg na granicy między snem a jawą. Był to jeden z owych kilku snów. Wyglądałeś niemal dokładnie jak w wieku 24 lat – szczupły, wysoki i piękny, tylko w Twoich gęstych lokach niektóre włosy były już podświetlone srebrem.
Nie wiedziałem, jak dokładnie teraz, po czterdziestce, wyglądasz, bo nie widzieliśmy się od dwudziestu lat. Kont w mediach społecznościowych nigdy nie miałeś, Twoich zdjęć nie ma nigdzie online. Od początku lockdownów kowidowych byliśmy w regularnym kontakcie, ale telefonicznym (nieraz godzinami), czasem mailowym. Nigdy nie rozmawialiśmy przez video calls, bo dostawałeś stanów lękowych na myśl o noszeniu małego komputera w kieszeni. Należałeś do ostatnich użytkowników ostatnich wciąż działających telefonów przed-smartfonowych. Może w końcu zmieniłeś na smartfona, zmuszony do tego przez śmierć tamtego niedobitka przez ostateczne zużycie, ale nie zmieniłeś sposobu używania telefonu. Telefon służył do rozmawiania i słuchania, przekazywał głos, ewentualnie esemesy. Może też, jak ja, nie znosiłeś mówić do kamery, w końcu tak wiele nas w dziwny sposób łączyło.
Nie umiałeś trzymać się planów, odwiedziny w Amsterdamie ciągle odkładałeś, a kiedy ja mogłem wyskoczyć do Paryża i sięgałem po kartę, żeby bukować bilet na pociąg, okazało się, że właśnie rzuciłeś Paryż na pół roku i wyjechałeś na Korsykę, popracować w słońcu w porcie jachtowym w Ajaccio. I tak to jakoś nie wychodziło przez sześć lat, pomimo iż ponawiałem zaproszenie.
Ostatni raz ponowiłem je w marcu – coś się zmieniło w sposobie, w jaki na nie zareagowałeś. Podziękowałeś, zapewniłeś, że chcesz przyjechać. Poprzednimi razy nie dotrzymałeś nigdy obietnicy, że przyjedziesz, ale składałeś ją entuzjastycznie, ze wzruszeniem, z całego serca. W marcu brzmiało to już inaczej, ale nie zaskoczyłem wtedy, w czym tkwi różnica. Rozmawiałem już z Tobą w życiu, kiedy byłeś w bardzo różnych stanach. Dzisiaj rozumiem, że wyrażałeś wdzięczność za to, że ciągle to zaproszenie ponawiam. Wiedziałeś już jednak, że to się nie zdąży wydarzyć. Decyzja była już podjęta. To nie był impuls, to był plan.
No więc w owym śnie pojawiłeś się więc w takiej mniej więcej postaci, w jakiej Cię zapamiętałem z czasów, kiedy jako student jeździłem na lato na saksy do Francji, plus odrobina siwych włosów. Podszedłeś do mnie swoim żwawym krokiem i wziąłeś zdecydowanie w ramiona, ściskając tak mocno, jak to miałeś w zwyczaju pół życia temu. Swoją przytulną chrypką szeptałeś mi do ucha moje imię. Jakbyś przyszedł po to, żeby mnie pochwycić i utrzymać w jednym kawałku, zanim się rozlecę. Jakbyś chciał mi powiedzieć, żebym wytrzymał jeszcze trochę, jeszcze się nie rozsypywał. Byłem wtedy na najgłębszym dnie długotrwałej depresji.
*
Patrzę na Twój akt zgonu, trzymam w dłoni jego kopię. Merostwo Rosny-sous-Bois, commune na wschodzie Paryża, miejsce Twojej śmierci, tuż obok Montreuil, gdzie mieszkałeś, naprawdę mi go wydało. I wysłało pocztą na adres w Amsterdamie. Złożyłem pocztą wypełniony wniosek; na pytanie o mój związek z Tobą odpowiedziałem: „bliski przyjaciel”. Wystarczyło.
W dniu Twoich 48. urodzin, których nie dożyłeś, dzwoniłem do Ciebie kilka razy. Na poczcie głosowej nie było już Twojego głosu, z tą chrypką niczym Rachid Taha. Kiedy po tygodniach wpadania ciągle na Twoją skrzynkę głosową, nawet w dniu Twoich urodzin (to by się wcześniej nigdy nie zdarzyło), za podpowiedzią znajomej Amerykanki, Anne – „skoro ma takie rzadkie nazwisko” – wpisałem je w końcu w wyszukiwarki. Może zrobiłem tak późno, bo nieświadomie zwlekałem, bałem się, co znajdę. Znalazłem to, czego się najbardziej obawiałem: avis de décès, „zmarły 26 kwietnia 2026 r. w Rosny-sous-Bois”.
Ludzi o dokładnie tym samym imieniu i nazwisku można, owszem, znaleźć, ale w Algierii. Publicznie dostępne avis de décès podawały: zamieszkały w Montreuil (wschodnie banlieu Paryża). Oprócz daty zgonu: wiek, datę urodzenia (6 czerwca 1978 r.). Nie mógł to być nikt inny.
Co się stało, jak to się stało? – wyjaśnienia nigdzie nie było. W marcu spędziliśmy na telefonie kilka godzin, w dwóch lub trzech rozmowach, a w kwietniu już nie żyłeś.
Dowiedziałem się, że commune, która zarejestrowała zgon, może mi wydać kopię Twojego aktu zgonu; taki dokument nie jest we Francji objęty większą tajemnicą, jednak nie będzie w nim medycznych konkretów o stwierdzonej przyczynie zgonu. Może jednak zawierać szczegóły pozwalające dotrzeć do czegoś więcej – choćby nazwisko osoby stwierdzającej zgon (déclarant/déclarante). Gdyby to był ktoś z rodziny, może poznałbym nazwisko jakiegoś krewnego, może mógłbym go jakoś odszukać. Z Twojej rodziny poznałem kiedyś (późnym latem 2003 r.) jedynie Twojego młodszego brata Toufika, ale widziałem go tylko tamten jeden raz i nie miałem żadnych namiarów. Jeżeli policjant, może mógłbym go gdzieś znaleźć i zadać pytanie.
Akt zgonu podaje imiona Twoich rodziców: Ahmed i Itamayate. Nie odzywałeś się do nich od lat, wykrzyknąłeś im na ostateczne pożegnanie: „pour moi, vous êtes morts!”. Podaje dokładny czas śmierci (godzina 19:45) oraz miejsce. Podaje je dokładniej niż mogłem się spodziewać: w Rosny-sous-Bois (departament Seine-Saint-Denis – tuż obok Montreuil), na stacji RER (sieć podmiejskich pociągów aglomeracji Paryża) Rosny-Bois-Perrier, na szynach biegnących w kierunku Tournan/Nanterre…
To by wystarczyło, by domyślić się reszty, ale więcej dowiedziałem się jednak wkrótce od Twojej siostry. Nigdy jej nie spotkałem, ale na szczęście powiedziałeś mi kiedyś, jak ma na imię, a ja nie zapominałem Twoich słów. Na szczęście nie zmieniła nigdy nazwiska. Odnalazłem liceum, w którym pracuje – sekretariat podał Samii maila ode mnie.
Od tamtej pory obraz, jak się zrywasz z peronu do skoku pod pędzący pociąg, nie przestaje mnie nawiedzać – zupełnie, jakbym to widział na własne oczy. Ale ten obraz zamarza tuż przed momentem, kiedy potężna maszyna uderza w Twoje smukłe, wysokie ciało. Wyobrażenie sobie, jakiemu zniszczeniu musiało ulec w takim zderzeniu, jest ponad moje siły – prawie zwijam się w kłębek. Żadna maszyna nie powinna mieć prawa miażdżyć takiego piękna. Biedna Samia, to ją wezwano do kostnicy, żeby zidentyfikowała ciało – to musiało być straszne doświadczenie.
Mam nadzieję, że umarłeś natychmiast – że nie zdążyłeś poczuć bólu.
*
Pamiętałem imię Twojej siostry, bo nie zapominałem Twoich słów – ani sposobu, w jaki je wypowiadałeś.
Pamiętam, jak wtedy, drugiego dnia naszej znajomości, śmiałeś się, odpowiadając na moje pytanie, co znaczy Twoje imię. Byłeś przekonany, że to trochę obciach mieć na imię Piękno. Lipcowe słońce lśniło bursztynowo w Twoich oczach i migotało w kasztanie Twoich kręconych włosów. Tamtego lata nosiłeś długie, wyglądałeś trochę jak młody Caetano Veloso. Mokre (pamiętam, jak wynurzałeś się z basenu) ciągnęły się do połowy pleców. Nie, wcale nie obciach, nie spotkałem jeszcze nikogo, kto miał bardziej trafnie na imię. Pamiętam, że szedłeś ze mną wtedy boso; pamiętam, jak piękne były Twoje stopy. Pamiętam, jak się roześmiałeś, zaskoczony taką obserwacją, kiedy Ci to dwa miesiące później, już w Paryżu, powiedziałem.
Pamiętam, jak spuściłeś głowę i te piękne loki (drugiego naszego wspólnego lata nie były już tak długie) opadły jak zasłony po obu stronach Twojej pociągłej twarzy, kiedy mówiłeś: „Je suis desolé. Nie mogę ci tego odwzajemnić. Tu vas devoir t’en sortir”. W odpowiedzi na moje wyznanie, na głos, nie ukrywającymi niczego słowami („parce que c’est toi que j’aime”) – pierwszy akt takiej odwagi w moim życiu – że byłem w Tobie zakochany. Siedziałeś na podłodze naprzeciwko mnie w swoim pokoju.
Wtedy, w 2003 r., to była doprawdy wyjątkowa reakcja ze strony młodego heteroseksualnego mężczyzny. (W tym samym roku spędziłem dzień na planie filmowym znajomej reżyserki, nawet pojawiam się w tym filmie. Na przerwie na obiad operator opowiedział całej ekipie, cóż za zabawna historia, jak go kiedyś zatkało, kiedy jego kumpel mu wyznał, że się w nim zakochał – śmiechom nie było końca).
Wtedy, we wrześniu 2003 r., w końcu Ci to powiedziałem – zakochany w Tobie już od roku, od poprzedniego lata. Od pierwszego wejrzenia, naprawdę – od naszej pierwszej rozmowy, kiedy za moimi plecami, przez otwarte drzwi zamku na wzgórzu w Nièvre, szumiała gęsta, ciężka letnia ulewa, podbijająca zapach trawy i liści, a Ty do mnie podszedłeś i pierwszy zagadałeś. Niespodziewane zainteresowanie tak zachwycającego mężczyzny sprawiło, że poczułem się szczęśliwy, wybrany. Zapytałeś, skąd dokładnie w Polsce jestem. Odpowiedziałem coś w rodzaju, że raczej nie masz prawa znać podobnej dziury bez znaczenia. „Chyba mi nie powiesz, że jesteś z Dąbrowy Górniczej?!” – zażartowałeś, na dodatek wypowiadając nazwę mojego miasta zdumiewająco poprawnie. Miałem oczy jak pięć złotych, bo przecież jestem z Dąbrowy Górniczej, ale dosłownie dopiero co przyjechałem do tej roboty w Nièvre i nikomu jeszcze o tym nie mówiłem. Zaniosłeś się tym swoim rozbrajającym śmiechem i pochyliłeś cały w jego porywie w moją stronę. Zapach Twoich włosów wymieszał się z zapachem deszczu bijącego za moimi plecami; gładka cynamonowa skóra Twojej szyi i w rozpięciu Twojej koszuli znalazła się tak blisko moich oczu. Już byłem zakochany. Nie zajęło mi to nawet kwadransa.
*
Wiele osób w żałobie, zwłaszcza po kimś zmarłym niespodziewanie, przedwcześnie, pisze pożegnalne listy, w których wyrażają to, czego nie zdążyły powiedzieć, lub nie uczyniły tego dość wyraźnie, za jego życia. Ile dla nich znaczył, jak ważna była jego obecność w ich życiu, jak bardzo go kochały. Że coś szczególnego dla nich zrobił. Co w ich życiu odmienił.
Ale nasza przyjaźń była wyjątkowa. Nie tylko dlatego, że zaczęła się od tego, że się w Tobie zakochałem od pierwszego wejrzenia i zupełnie beznadziejnie. Malo prawdopodobny start dla przyjaźni między mężczyznami. Przede wszystkim dlatego, że Ty byłeś wyjątkowym człowiekiem, jedynym w swoim rodzaju. I dlatego Tobie wszystko, co najważniejsze, naprawdę zdążyłem powiedzieć. Wiedziałeś, ile dla mnie znaczyłeś. Mogłem Ci mówić takie rzeczy. Mogłem Ci powiedzieć wszystko.
Że na początku byłem w Tobie zakochany. Że w sposób tajemniczy długo nawet dla mnie samego, naprawdę uratowałeś mi życie. W jaki sposób je uratowałeś. Umożliwiłeś mi je, bo zanim Cię spotkałem, nie żyłem a egzystowałem jedynie – całkowicie uwięziony w zaklęciu, które na mnie rzucono, kiedy miałem 15 lat. Powiedziałem Ci, że to Tobie zawdzięczam, że w moim życiu znalazła się w ogóle szansa na coś innego niż paraliżujący strach przed mężczyznami i przed przypisaną im przez wiszącą nade mną klątwę mocą unicestwienia mnie, jeśli tylko zapragną znowu mi to zrobić. Miejsce na coś innego, coś więcej niż niezdolność wyrażania uczuć i nawiązywania głębszych, wolnych od strachu, relacji z innymi ludźmi. Twoje pojawienie się na mojej drodze uchyliło przynajmniej część władzy zaklęcia rzuconego na mnie przez chłopca, który był dla mnie wszystkim, ale obrócił mnie w nic, gdy miałem piętnaście lat. Zaklęcia podtrzymywanego rutynowym poniżaniem przez moich podłych rodziców. Że przez wiele kolejnych lat, pomimo traumy sprawującej nade mną władzę z ukrycia (byłem w amnezji, nic nie pamiętałem), byłem w stanie jakoś funkcjonować, w tym w otoczeniu bądź obecności mężczyzn. Nie bać się przynajmniej niektórych, rozpoznawać tych bezpiecznych i tych wyjątkowych. Ileż razy rozpoznawałem ich, bo coś w nich przypominało mi Ciebie! Zawdzięczałem to wszystko Tobie – temu, że wbiłeś w moje życie na przekór wszelkimi moim inhibicjom i strachowi, które z podziemi organizowały mi świat od piętnastego roku życia.
Rozmawialiśmy nawet o tym, że kiedy najpierw się w Tobie zakochałem, to był podręcznikowy przypadek trauma re-enactment. Gdy moja amnezja ustąpiła w grudniu, opowiedziałem ci wydarzenia, których pamięć odzyskałem – od razu wszystko zrozumiałeś. Tak jak było pierwotnie z chłopcem, który mi to zrobił, Ciebie również spotkałem latem, z dala od domu; tak jak on byłeś o rok ode mnie starszy i znacznie wyższy; tak jak on, znokautowałeś mnie tym niebywałym połączeniem fizycznego piękna i rozlicznych talentów (Twoje oczytanie, wiedza, swobodne używanie tylu języków); tak jak on na początku, sprawiłeś, że poczułem się wybrany przez zachwycającego mężczyznę; tak jak on byłeś hetero, i tak jak za nim, za Tobą również szalały kobiety.
O tamtym śnie też Ci powiedziałem – o tym, w którym przyszedłeś, żeby mnie wziąć w ramiona i powstrzymać przed rozpadem, szeptając mi do ucha moje imię.
*
Tak wielu rzeczy nie musiałem Ci w ogóle tłumaczyć, rozumiałeś wszystko nawet zanim cokolwiek powiedziałem. Od samego początku: znałeś mnie tydzień i już jakbyś znał mnie na wylot. To był mój pierwszy raz we Francji, mój francuski jeszcze nie nadążał i był dziurawy – kiedy nie zrozumiałem jakiegoś słowa, dostrzegałeś to błyskawicznie i albo dostarczałeś wyjaśnienie, albo synonim, albo tłumaczenie na angielski. Szybciej niż zdążyłem zapytać. Nikt przed Tobą nie poświęcał mi aż tak czujnej uwagi, nie ofiarował tak błyskawicznego zrozumienia natychmiast. Pokazałeś mi, że to, co wmówiło mi ciążące nade mną zaklęcie – głębokie przekonanie, że muszę być przez nikogo nierozumiany i skazany na wieczną izolację, zamknięcie w dziwnym kokonie oddzielającym mnie od innych ludzi – to być może kłamstwo. Jakbyś mówił: „zobacz, jestem Arabem, jestem Kabylem, jestem Francuzem, jestem Algierczykiem, jestem hetero, nie znam twojego języka, wychowałem się w innej kulturze, w innej religii, ty jesteś nieśmiały, a ja nie – niby nie mamy nic wspólnego, a wszystko rozumiem, nie musisz mi nawet wszystkiego mówić, jeżeli nie potrafisz”.
Nie rozumiałem jeszcze wtedy, że łączyło nas jednak to, że mieliśmy podobnie podłych rodziców, podłych w podobny sposób. Nie tylko było im totalnie obojętne, że ktoś nas aż tak skrzywdził i potrzebujemy pomocy a nie jeszcze więcej strachu. Oni nas aktywnie wystawili na dokładnie taką krzywdę, jaka nas spotkała i przyjęli jej konsekwencje z zadowoleniem. Ale tego nie mogłem rozumieć, bo byłem w amnezji.
Od samego początku wiedziałeś, że jestem homoseksualny, kiedy ja, głupi, umierałem ze strachu, co się stanie, kiedy się dowiesz. Czy mogę Ci to w ogóle powiedzieć i jak to zrobić, żeby nie pożałować. O tym, że byłem w Tobie zakochany – tak samo.
W naszych ostatnich rozmowach, już po tym, jak wybudziłem się z amnezji i odzyskałem pamięć, powiedziałeś mi kolejną rzecz, która mnie zdumiała. Już na samym początku wyczytałeś ze mnie, jakiego rodzaju katastrofa mnie kiedyś złamała – podczas gdy dla mnie samego pozostawało to wykasowaną z pamięci tajemnicą przez kolejne 24 lata, do grudnia zeszłego roku. „Wiedziałem już wtedy” – czyli latem 2002 r. – „że zostałeś przez kogoś traumatycznie upokorzony. Ale nie dlatego, że byłem aż taki inteligentny, ale dlatego, że znałem to doświadczenie, spotkało mnie coś podobnego”.
O wujku, który Cię gwałcił, kiedy byłeś małym chłopcem, już mi opowiadałeś. Teraz dopowiedziałeś mi ciąg dalszy: jak te wydarzenia z dzieciństwa sprawiły, że jako nastolatek wciąż znajdowałeś się w sytuacjach, w których przyjmowałeś na siebie różnego rodzaju przemoc. Byłeś jedynym arabskim chłopcem w klasie, wszyscy pozostali Cię rytualnie i wielokrotnie rzucali na podłogę, kopali, poniżali w sposób explicite seksualizujący. „I zauważyłem też od razu różnicę między nami” – powiedziałeś jeszcze. – „Ja w końcu obróciłem to w jakąś energię skierowaną przeciwko światu, ale od początku mnie w tobie uderzyło, że ty skierowałeś to wszystko do wewnątrz, przeciwko sobie”.
Czuję się więc dzisiaj tak, jakby zależało Ci na mnie tak bardzo od samego początku – robiłeś dla mnie tyle bez żadnego w tym interesu, świadom, że nie wiem, jak się za to wszystko odwdzięczyć, traktowałeś mnie po trzech tygodniach znajomości jak jednego ze swoich najbliższych przyjaciół, mówiłeś mi o rzeczach, o których mężczyznom nie jest łatwo mówić, udzielałeś mi w Paryżu dachu nad głową, traktowałeś mnie z troskliwą uwagą, której przed Tobą nie doświadczyłem ze strony żadnego mężczyzny – bo wiedziałeś o mnie coś ważnego, pomimo iż dla mnie samego sedno sprawy miało pozostawać tajemnicą przez następne dwie i pół dekady. Chciałeś coś w moim życiu odmienić, jakieś zło mi wyrządzone, którego pamięć przepadła w mojej amnezji, choć trochę odczynić, osłabić jego władzę nade mną, pokazać, że są na świecie – i mogą być, i będą, również w moim życiu – mężczyźni, którzy nie chcą urządzić mi powtórki z tamtego unicestwienia i zdrady. Mężczyźni, którzy będą pragnęli mojej obecności w ich życiu – dla których moja obecność będzie miała wartość i znaczenie.
Pojawienie się Ciebie w moim życiu na wiele lat zresetowało coś w moim mózgu. Nie zdjęło zaklęcia, które wciąż skazywało mnie na nieświadomą walkę z duchami, za każdym razem, gdy wchodziłem do pomieszczenia pełnego mężczyzn lub stawałem przed mężczyzną, od którego coś w moim życiu zależało i nagle traciłem władzę nad samym sobą. Ale użyczyło mi dość siły – i na dość długo – bym choć czasami przezwyciężał władzę zaklęcia nad moim życiem, odnajdywał szczeliny, poprzez które dało się przynajmniej czasem dosięgnąć, dotknąć, doświadczyć czegoś zakazanego przez zaklęcie.
*
Pamiętam, jak głos Ci się łamał ze wzruszenia, kiedy zadzwoniłeś do mnie wiosną 2020 r., zaraz po tym, jak przeczytałeś mojego maila. Tego długiego maila, którego napisałem po naszej pierwszej telefonicznej rozmowie po latach. W trakcie pierwszej rozmowy po latach bałem się uderzać w aż tak wysokie tony, ale tydzień albo dwa później napisałem maila, w którym Ci wprost powiedziałem, że spotkanie Ciebie wtedy, w 2002 r., uratowało mi życie (tyle rozumiałem nawet zanim wybudziłem się z amnezji; dopiero jednak po wybudzeniu się z niej zrozumiałem w pełni, jak to konkretnie działało). Od tamtego czasu rozmawialiśmy już regularnie – bywało, że godzinami.
Zawsze rozumiałem, skąd się wzięła ta długa przerwa w naszej przyjaźni. Odsunąłeś się, żebym w przestrzeni odsłoniętej przez ten dystans zdołał się otrząsnąć z tego beznadziejnego zakochania. Bo to, że się przez rok nie widzieliśmy – gdy już wiedziałem doskonale, że jesteś hetero i nic romantycznego, erotycznego z tego nie będzie – nie odjęło niczego z siły moich erotycznych uczuć dla Ciebie. Liczyłeś na to, że rok oddalenia tak właśnie zadziała. Ale rok oddalenia chyba raczej wzmocnił moje uczucia jeszcze bardziej, bo – ale to rozumiem dopiero teraz – trwające rok oczekiwanie na ponowne spotkanie stanowiło w moim przypadku część mechaniki mojej traumy. Na chłopca, który mi to zrobił, też czekałem cały rok (po wspólnie spędzonych wakacjach).
Odsunąłeś się więc dla mojego dobra, dlatego, że nie byłem Ci obojętny.
Pamiętam Twój rozbrajający, szeleszczący śmiech. Pamiętam, jak mnie nazywałeś Casimirem, a ja Ciebie w odwecie – Szwajcarem. Tak właśnie, po polsku, mówiłem, mijając Cię na schodach albo spotykając na śniadaniu: „Salut, Szwajcar!”. Wszyscy Polacy, których poznałem w Paryżu, mówili tak o Arabach, żeby tamci się nie domyślali, że o nich mowa. Bo słowo „Arab” po polsku brzmi prawie identycznie jak po francusku. Pamiętam jak dwadzieścia lat później zadzwoniłeś do mnie, zanosząc się śmiechem, żeby mi powiedzieć, że Twój polski sąsiad, starszy już człowiek, utrzymuje, że to on pierwszy, ileś-tam-dziesiąt lat temu, dla żartu, dla żartu, który natychmiast i zdumiewająco dobrze chwycił – zainicjował nazywanie Arabów Szwajcarami, żeby mówić o nich przy nich bez ich wiedzy.
Pamiętam siłę Twoich ramion, gdy mnie przyciągałeś do swoich piersi, witając się lub żegnając ze mną. Pamiętam Twoje pocałunki na moich policzkach. Żaden mężczyzna przed Tobą nie witał się i nie żegnał ze mną w taki sposób. Pamiętam delikatny dotyk Twoich smukłych palców, kiedy kładłeś w mojej dłoni kości do gry. Pamiętam, jak mi się zawsze uważnie przyglądałeś.
*
Pamiętam, jak mówiłeś mi o sprawach, o których mężczyźni z trudem rozmawiają z innymi mężczyznami. O tym, co Twój wuj, brat Twojego ojca, ci robił, kiedy miałeś 5-6 lat. Tamtego wieczora rozmawialiśmy trzy godziny. O obojętności Twoich rodziców na to, co tamten człowiek Ci zrobił („przecież zawsze lubiłeś tego wujka!”). O tym, jak na własne oczy widziałeś, co z jego rąk spotykało jego żonę, Twoją ciotkę, zarazem siostrę Twojej matki, Djaouidę (pokój jej duszy). Djaouida wyszła za niego do szaleństwa zakochana, by znaleźć się na resztę życia w piekle, ciągana za włosy po podłodze, uderzana głową o ścianę, zapewne również gwałcona. Bardzo kochałeś swoją ciotkę Djaouidę, ale byłeś zbyt mały, żeby ją ochronić.
Opowiedziałeś mi, co owi chłopcy robili Ci systematycznie w liceum – jedynemu Arabowi w klasie. O pułapce, w jaką wpadłeś – i przez wiele lat nie umiałeś się z niej wydostać – zwiedziony fałszywą ofertą mieszkaniowej pomocy przez ludzi, którzy okazali się podłymi rasistami eksploatującymi Twoją depresję i Twoją traumę.
Mówiłeś mi, kiedy byłeś w głębokiej depresji. Nie wszystkim mówiłeś, wielu ludzi widziało tylko tę pełną energii stronę Djamela, kiedy byłeś bon vivantem, duszą towarzystwa, czarującym flirciarzem, przez wszystkich lubianym, pięknym, wysokim mężczyzną, we wszystkim zorientowanym, rozprawiającym swobodnie o muzyce, kinie, książkach – w Bóg wie ilu językach. W mojej obecności rozmawiałeś swobodnie nie tylko po francusku, arabsku i kabylsku, ale też po angielsku, hiszpańsku, portugalsku i niemiecku.
Mówiłeś mi o wstydzie, który Cię pożerał w okresach depresji następujących po okresach manii, wstydzie z powodu tego, co robiłeś w okresach manii.
Dziękuję Ci za to, że mi ufałeś i wiedziałeś, że możesz mi to wszystko powiedzieć.
*
Kiedy się już dowiedziałem o Twojej śmierci, rozmawiałem z Joëlem. Tzn. pisałem do niego, „rozmawiałem” mailowo – ciężko inaczej przy takiej różnicy czasu, bo on nadal w Meksyku, osiadł tam już na dobre, do tego ma małe dziecko, syna, który budzi ich po nocach. Joël musi być cudownym ojcem.
Wiesz, że tamtego wieczora, kiedy wędrowaliśmy razem do baru tej staruszki Madame Polo, Joël był pierwszym mężczyzną hetero, któremu powiedziałem, że jestem gejem? Tobie tak naprawdę nie powiedziałem, to Ty mi powiedziałeś, że wiesz, zanim ja się zebrałem na odwagę; domyślałeś się od początku i zaniosłeś śmiechem się na moje pytanie, czy Ci to nie przeszkadza. „Ça me derangerait en quoi?” – „W czym by mi to miało przeszkadzać?”.
Wracając do owego wieczora, po drodze do Madame Polo. Ty dopiero co wróciłeś z Brazylii i rozmawiałeś z Toufikiem. Chyba był z nami ktoś jeszcze, a może dołączyli po drodze trochę później. Joël i ja szliśmy kilka metrów za wami. Zapytał, czy mam tam w Polsce dziewczynę i tak to się potoczyło, bez tego paraliżującego strachu. Bo poznałem już Ciebie i od tamtej pory byłem już w posiadaniu klucza do rozpoznawania mężczyzn, którzy zasługują na zaufanie. Joël był takim mężczyzną.
O Twojej śmierci dowiedział się ode mnie. Od kilku dni zamierzał do mnie napisać, czy mam jakiś kontakt do Ciebie, chciał Cię odnaleźć. Zmieniałeś kilka razy numery telefonu, nie znał ostatniego, nie mógł też doszukać się Twojego adresu email. Jak mógłby się doszukać, byłeś jednym z nielicznych ludzi, którzy wciąż używali tych niepoważnych adresów, jakie się zakładało na przełomie stuleci. Nie żadne imię czy inicjał i nazwisko, tylko jakieś żarty, gry słów. Mangetoutou małpa Yahoo.
Zapytałem więc Joëla, czy wiedział, że dawno temu, tam, gdzie się wszyscy trzej poznaliśmy, byłem w Tobie na zabój zakochany. Był zaskoczony. „Jeżeli kiedyś o tym wiedziałem, to kompletnie zapomniałem”. Oczywiście, że nie zapomniał, w tamtych czasach dwudziestoparoletni mężczyźni raczej nie zapominali takiej informacji o swoich przyjaciołach. Nigdy nie zapomniał o mnie – kiedy był w Londynie, napisał do mnie z wyprzedzeniem, żebyśmy się spotkali. Nie powiedziałeś mu, a przecież spędzaliście razem tyle czasu. Przed wyjazdem do Meksyku to do Ciebie przyszedł ze swoimi wełnianymi swetrami, o których wiedział, że ich raczej nie będzie potrzebował, a że obaj byliście równie wysocy, to Ci je zostawił. Nie wiedział, że kiedyś – wtedy, kiedy się poznaliśmy, przez rok z hakiem byłem w Tobie na zabój zakochany. Nie powiedziałeś nawet jemu, choć byłoby to zupełnie zrozumiałe, że zaskoczenie takim wyznaniem wywoływałoby potrzebę „przetrawienia” tego w jakiś sposób. Całkowicie naturalne byłoby porozmawiać o tym z innym mężczyzną, z przyjacielem hetero. Joël był tym bardziej naturalnym kandydatem do takiego wyznania, że był jedynym z Twoich przyjaciół, który znał dobrze również mnie. Oprócz heteroseksualnej męskości łączyły Was do tego arabskie korzenie.
Nie powiedziałeś nawet jemu, bo wiedziałeś, że moim centralnym strachem, organizującym całe moje życie, był strach przed upokorzeniem przez innych mężczyzn. Wiedziałeś o tym nawet kiedy ja sam nie wiedziałem nawet, co to było. Wiedziałeś, że czułbym się upokorzony, więc żeby mi tego nie robić, utrzymałeś to jako naszą tajemnicę i nie powiedziałeś nawet Joëlowi.
*
Przepraszam, że nie odebrałem Twojego telefonu – kiedy zadzwoniłeś na tydzień przed śmiercią.
Przepraszam. Byłem w tak złym stanie, że nie byłem w stanie rozmawiać, mój telefon był cały czas wyciszony. Roztrzęsiony niedawnym odzyskaniem pamięci, ustąpieniem amnezji, już w kiepskim stanie z samego tego powodu, znalazłem się na linii ognia mojej podłej matki, która postanowiła, dokładnie jak za mojego młodu, wykorzystać moment mojej słabości i dojechać mnie, kiedy najbardziej zaboli, żeby odzyskać kontrolę nade mną i nad narracją o swojej rodzinie.
Zachowanie mojej podłej matki wytrąciło mnie z równowagi – naprawdę mnie retraumatyzowało, bo w czasie rzeczywistym przeżyłem na nowo cały sposób, w jaki byłem traktowany w dzieciństwie. Straciłem przez nią szansę na ostatnią rozmowę z jedynym w swoim rodzaju przyjacielem. Przyjacielem, który próbował odczynić część krzywdy dawno temu mi wyrządzonej, za którą ona, moja matka, była przecież w ogromnej części odpowiedzialna. Zupełnie jakby chciała mnie ukarać za to, że zaklęcie, które mną rządziło od piętnastego roku życia, do którego mnie z moim ojcem tresowali i tak wygodnie ją na długo urządzało, gdy już się nade mną domknęło, nagle puściło. Za to, że Ty stanowiłeś dla mnie zawsze ulgę od tego zaklęcia, przynajmniej na jakiś czas coś w jego władzy osłabiłeś. Zupełnie, jakby chciała też ukarać Ciebie – za to, że stałeś poniekąd na przeszkodzie kompletnej władzy tego zaklęcia nade mną. Moja podła matka zionie taką nienawiścią do świata, w tym do własnych dzieci, że potrafi wyrządzać krzywdy na odległość i chyba nawet przez sen. Pewnie nie potrafiłaby już przestać, nawet gdyby chciała.
Byłem w tak złym stanie, że dopiero dziesięć dni później otrząsnąłem się ze stuporu i dotarło do mnie, od jak dawna do Ciebie nie oddzwoniłem. Zacząłem dzwonić, próbowałem co kilka dni, nie wiedząc przez miesiąc, że już nie żyjesz.
Przepraszam, choć wiem, że nie było szans, żeby Cię jeszcze odwieźć od powziętego już zamiaru.
Tego samego dnia, kiedy nie dodzwoniłeś się do mnie, zadzwoniłeś też do Toufika. Wiem od Samii, że rozmawialiście co najmniej trzy godziny. Nic mu nie dałeś do zrozumienia, niczego się nie domyślił, nie mógł więc próbować interweniować. Rozmawialiście żywo na rozmaite tematy, tak, jak się często z Tobą rozmawiało, bo byłeś fascynującym człowiekiem o nieprzyzwoicie szerokich zainteresowaniach. Nikt by się nie domyślił, co zamierzałeś zrobić, nie mógł więc próbować od zamiaru Cię odwodzić. Tak naprawdę chciałeś się z nim pożegnać, spędzić z nim trochę czasu, zanim odejdziesz, posłuchać jego głosu, dać mu do zrozumienia, że był dla Ciebie ważny – żeby o tym wiedział, kiedy Cię już nie będzie.
Tego samego chciałeś, dzwoniąc do mnie. Przepraszam, że nie odebrałem – ale wiem, że też bym Cię nie powstrzymał. Ze mną rozmawiałbyś tak samo jak z Toufikiem – żeby spędzić ze mną po raz ostatni trochę czasu, nie zdradzając w żaden sposób swoich zamiarów. Wielokrotnie rozmawiałeś ze mną, gdy byłeś w głębokiej depresji, ale nigdy nie sygnalizowałeś, że chciałbyś zakończyć swoje życie. A w marcu nie brzmiałeś wcale jak w tych okresach, kiedy byłeś w depresji.
Przepraszam, choć wiem, że nie gniewałeś się na mnie.
W tym krótkim interwale pomiędzy odnalezieniem w sieci informacji o Twojej śmierci, ale przed dotarciem do Samii i otrzymaniem aktu zgonu – kiedy wiedziałem, że umarłeś, ale nie wiedziałem, co się stało, ani nawet, czy się kiedyś w ogóle dowiem – Elsbeth, przyjaciółka z Maastricht, powiedziała mi coś, co mnie powstrzymało przed rozpaczą. „Jeżeli wiedział, że umiera, że niebawem umrze, to nie po to dzwonił, żeby się na ciebie gniewać, jeżeli nie odbierzesz. Jeśli wiedział, że to jego ostatnie dni, to zadzwonił do ciebie po to, żebyś wiedział, że byłeś dla niego ważny”. Żegnając się ze światem, wybrałeś kilka osób, z którymi chciałeś ostatni raz porozmawiać. I mnie do nich zaliczyłeś, razem ze swoim bratem i siostrą. Chciałeś, żebym wiedział, że choć Twoje uczucia wobec mnie nie były takie same, jak moje wobec Ciebie (zwłaszcza te na samym początku), byliśmy ważni dla siebie nawzajem, ja dla Ciebie również. I za to Ci dziękuję.
Choć mówiłeś mi o tylu rzeczach, o których mężczyźni zwykle nie mówią prawie nikomu – o swoich myślach samobójczych nie wspomniałeś nigdy. Nie tylko mnie nigdy o nich nie mówiłeś. Ani Samii, ani Toufikowi, ani nikomu, kogo znali. Nie mówiłeś o tym Joëlowi. Samia się tego jednak nie raz obawiała. Ja też. Dlatego zawsze tak panikowałem, kiedy przez dwa-trzy tygodnie nie odbierałeś telefonu ani nie odpisywałeś. Bałem się o Ciebie, kiedy miałeś epizody depresji. Kiedy Samia sprzątała z Toufikiem opuszczone przez Ciebie mieszkanie, znalazła w szufladach dowody, od jak dawna takie myśli Ci towarzyszyły. List pożegnalny sprzed dwóch lat – bez daty, ale łatwo jej było odnaleźć jego miejsce w czasie, bo przepraszałeś w nim, że nie poznasz jej dziecka – Samia była w ciąży w 2024. Oprócz tego, na luźnych kartkach i w notatnikach, znalazła inne fragmenty, podejścia do listów pożegnalnych, notatki o samobójstwie.
Przepraszam, że nie umiałem nic zrobić, żebyś wiedział, że możesz mnie prosić o pomoc. Że nie umiałem Ci pomóc tak, jak Ty umiałeś pomóc mi, kiedy ja nie wiedziałem nawet, jakiej potrzebuję pomocy, co za klątwa rządzi moim życiem. Przepraszam, że nie umiałem zrobić dla Ciebie tyle, ile Ty z taką łatwością umiałeś zrobić dla mnie. Że nie umiałem uratować Ci życia, podczas gdy Ty umiałeś uratować i odmienić moje. I pewnie nie tylko moje.
*
Rozumiem już dzisiaj, że nie był to impuls, chwilowy kryzys, który dało się zniwelować właściwą interwencją we właściwym momencie. Decyzja była już podjęta. Dlatego wszystkie rozmowy z przyjaciółmi i krewnymi (oprócz rodziców, którzy dla Ciebie już nie żyli, i brata Twojego ojca, człowieka, który Ci to zrobił), były żywe i intensywne, ale nie dramatyczne, nie sugerujące, że potrzebujesz pomocy. Przez ostatnie dwa miesiące życia spotykałeś się z ludźmi, grałeś na perkusji.
Rozumiem już, co chciałeś mi powiedzieć w jednej z naszych ostatnich rozmów, w marcu. Tyle że chciałeś mi to powiedzieć tak, żebym sedno sprawy zrozumiał dopiero po Twojej śmierci. Wiedziałeś, jak dobrze się rozumiemy, więc ufałeś mojej zdolności poskładania tych wszystkich elementów w przyszłości. Powiedziałeś mi, że niebawem skończysz 48 lat i w tym momencie nigdy nieukarane zbrodnie Twojego wuja wobec Ciebie ulegną już na zawsze przedawnieniu. Bieg przedawnienia za przestępstwa seksualne wobec dzieci rozpoczyna się w momencie osiągnięcia przez ofiarę wieku osiemnastu lat i trwa lat trzydzieści. Nie przyszło mi do głowy, jaką konkluzję z tego wyprowadzisz.
Przez cały maj, kiedy nie wiedziałem jeszcze, że już nie żyjesz, bezskutecznie próbując się do Ciebie dodzwonić, chciałem z Tobą rozmawiać o terapii. Chciałem Cię przekonywać, żebyś rzucił tę psychoanalizę i spróbował innych metod, skoro Ci ta psychoanaliza przez tyle lat wcale nie pomaga. Chciałem Ci opowiedzieć, jak pracuje mój terapeuta (wcześniej wspomniałem Ci tylko o EMDR, ostrożnie zarzucałem temat), zachęcić Cię do poszukania kogoś takiego. Terapeuty traumy, który pomoże Ci wyzwolić się spod władzy tego, co Ci zrobiono, a nie tylko w coraz bardziej wyrafinowany sposób rozumieć swoje cierpienie – bo rozumienia Ci na pewno nie brakowało.
Przepraszam, że się spóźniłem. Przepraszam, że nie zdążyłem.
*
Samia powiedziała mi, że 26 kwietnia, dzień, który wybrałeś, żeby umrzeć, to data urodzin Djaouidy, Twojej nieżyjącej już ciotki. Tydzień wcześniej ktoś Cię widział przed budynkiem, w którym Twój wuj ma mieszkanie. Brat Twojego ojca, mąż Djaouidy, człowiek, który Tobie i jej złamał życie. Ktoś Cię widział, jak stoisz przed skrzynkami na listy podobno przez kilkanaście minut. Ten człowiek mieszka jakiś kilometr od Twojego mieszkania w Montreuil. Jakimś cudem, odkąd tam mieszkałeś, nigdy na siebie nie wpadliście. Ale może to nie był cud, może on tak skutecznie Cię unikał. Może miałeś w kieszeni napisany już list, ale go nie wrzuciłeś do skrzynki. Po kilkunastu minutach odszedłeś, by w dniu urodzin Djaouidy odebrać sobie życie, przypominając jemu i światu, co łączyło Cię z Djaouidą. Dwie osoby, którym życie złamał ten sam człowiek. Człowiek, który nigdy nie zapłaci za krzywdy, które wam wyrządził.
Potrafiłeś odmieniać życie innych ludzi – a własne sobie odebrałeś.
Mam nadzieję, że odnalazłeś wreszcie spokój.
Dziękuję, że pojawiłeś się w moim życiu i w nim zostałeś na tak długo.
Dziękuję za to, jakim byłeś dla mnie człowiekiem.
Żegnaj, Piękno.
Jarosław Pietrzak
Jestem na Facebooku, Substacku i Twitterze (pardon, X).
Nie wiem, kto jest autorem zdjęć. Dostałem je w czerwcu od Samii. Podpiszę, kiedy się dowiem.
