KuBar w Londynie

Ciesz się swoją fiksacją!

Poznałem kiedyś pięknego chłopaka, który pragnął robić karierę akademicką. Żył w nieustającym strachu, że straci pracę na uniwersytecie, jeśli „niezmienność przedmiotu jego pragnienia” – przedmiotu zawsze tej samej płci – wyjdzie na jaw. Obawy te nie były wyssane z palca. W konserwatywnym środowisku, jakim jest polska Akademia, nie są czymś nadzwyczajnym przypadki osób, które musiały się w dziwnych okolicznościach rozstać z placówką, gdy ich homoseksualizm wyszedł na jaw – choćby poprzez ich zbyt intensywne akademickie zainteresowanie tematyką queer lub jej przyległościami. Chłopak zapowiadał się znakomicie. Czas przeszły jest jednak konieczny, ponieważ już nie żyje – umarł od noża wbitego mu w gardło przez chłopca, który mu się podobał. Ten drugi zadźgał go, gdy zorientował się o naturze jego sympatii. Moją własną odpowiedź na toczącą się już od jakiegoś czasu polemikę między Rafałem Majką i Tomaszem Sikorą z jednej strony a Piotrem Ciszewskim z drugiej, w której dopisują oni do rzeczownika „lewica” coraz to nowe przymiotniki, chciałbym zacząć od pytania, czy pragnienie seksualne jest dla Piotra Ciszewskiego czymś na tyle obcym, by uznawać, że strach o utratę pracy i środków do życia, lęk przed przemocą, a nawet śmiercią od ciosu nożem w konsekwencji jego spełnienia lub choćby wyrażenia, nie są troskami wystarczająco materialnymi, by mogły zasłużyć na zainteresowanie „prawdziwej lewicy”? Dlatego, że ludzie, którzy mają ten problem, stanowią tylko kilka procent polskiego społeczeństwa? Od ilu procent można zasłużyć na obronę „prawdziwej lewicy”? A co z odsetkiem bezdomnych? A czy Żydzi w Niemczech w latach 30. XX wieku przekraczali ten próg?

Doskonale rozumiem, jaką alergią można reagować na dyskurs wytwarzany przez intelektualistów polskiego ruchu LGBT, bo sam na jego większą część reaguję podobnie, pomimo iż sam jestem homoseksualny. Zwyczajowe spektrum tego dyskursu rozpięte jest między dosłownie mistyczną prozą parareligijną, kiepskiego na dodatek sortu a zachwytami nad tym, jak to kapitalizm i postępujące utowarowienie rozwiązują stopniowo wszystkie problemy emancypacyjne (by rozwiązać problem emancypacji wszystkich polskich mężczyzn krytyk sztuki Paweł Leszkowicz wzywa, byśmy wszyscy, homo i hetero, zaczęli czytać „Vogue Homme”, co nas wyzwoli z dławiącej siermiężnej męskości odziedziczonej po „komunie”). Sam nieraz dostaję drgawek, czytając takie rzeczy.

Kultura i ekonomia, jednostka i wspólnotowość

Tekst Majki jest raczej luźną wypowiedzią publicystyczną o intencji mobilizacyjnej, postulującą, by lewica pamiętała, że wrogów jest wielu, konserwatyzm, antyfeminizm i homofobia w jednym rzędzie stoi z neoliberalizmem. Jest napisany w poetyce na tyle luźnej i nieformalnej, że traktowanie go jako „ogólnej teorii polityki” na pewno nie jest adekwatne do zamierzeń autora. Ale już z samego względu na to, jakich wymienia wrogów lewicy, wiemy, że nie należy do tych, którzy rozwiązanie widzą w postępującym utowarowieniu wszystkiego i prenumerowaniu zadrukowanych jakoby potencjałem emancypacyjnym łam „Vogue Homme”. Seria reakcji Ciszewskiego jest bardziej zrozumiała w odniesieniu do wykładanych w precyzyjniejszy sposób argumentów Sikory. Osobiście nie mam wątpliwości co do lewicowego systemu wartości Tomasza Sikory i jego akurat z całą pewnością umieszczam poza wspomnianym wyżej, zasługującym na dezaprobatę, spektrum produkcji polskich queer studies – dlaczego więc widzę coś zrozumiałego w reakcjach Ciszewskiego? Bo o ile nie mam wątpliwości, że w krytycznej refleksji Sikory zawsze chodziło o skierowanie jej ostrza przeciwko przemocy wykluczenia i przeciwko faszystowskiej/faszyzującej przemocy wobec słabszych, odmieńców, itd., to ze sposobu, w jaki buduje swoje wypowiedzi – a na pewno w dyskusji toczącej się ostatnio na łamach Lewica.pl – wyłażą pewne ukryte w nich, strukturalne opozycje i implicytne założenia, które jednak są problematyczne, czy Sikora tego chce, czy nie. A na pewno są problematyczne dla ideowej lewicy, jeżeli już bawimy się w opatrywanie lewicy przymiotnikami.

Sikora pisze np., że nie można sprowadzać problemu faszyzmu do problemu ekonomicznego. Czy jednak nie jest z faszyzmem tak, że czego naprawdę nie można z nim robić, to sprowadzać go do problemu kulturowego? Oczywiście, faszyzm rozgrywa się, powstaje, odradza i reprodukuje na różnych poziomach kulturowych, ale dlaczego, po co, w jakich okolicznościach i w czyim interesie? Jesttakże problemem kulturowym, ale jest problemem kultury społeczeństw podporządkowanych imperatywowi akumulacji kapitału, która to akumulacja oczekuje złożonych technologii zarządzania społeczeństwem i z natury rzeczy wchodzi w cykliczne kryzysy. Franz Neumann, Theodor W. Adorno, Max Horkheimer, Michel Foucault, Enzo Traverso, Etienne Balibar, Immanuel Wallerstein czy na polskim gruncie Piotr Kendziorek – i wielu innych – wykazali na różne sposoby ale dość jasno, że faszyzm jako problem także kulturowy jest problemem kultury konkretnej formacji społecznej: kapitalizmu, systemu, w którym władzę sprawuje Kapitał, gdy osiąga poziom wysokiej koncentracji, a w szczególności, gdy wchodzi w fazę strukturalnego kryzysu akumulacji.

Intelektualiści postmodernistyczni włożyli wiele wysiłku w zamaskowanie politycznego wymiaru faszyzmu i zamknięcie go na wygodnie odciętym od gry sił ekonomicznych piętrze z napisem „Kultura”. Czas jednak byłoby się z tego niebezpiecznego snu obudzić. Zamknięty na piętrze „Kultura” faszyzm daje się liberałom wygodnie i funkcjonalnie sprowadzić do przeciwieństwa demokracji liberalnej (burżuazyjnej) lub jej braku, podczas gdy w rzeczywistości jest jej symptomem, prawdą i powrotem wypartego. Zamykanie faszyzmu na piętrze „Kultura” pełni więc konkretne funkcje polityczne i realizuje nie tak znowu trudne do wyśledzenia interesy. W jakimś sensie Sikora to wie: przywoływał kiedyś frazę Foucaulta, że faszyzm czai się zawsze, tak długo, jak długo pożądamy tego, co nas wyzyskuje. Potrzeba więc, by dawał jasno do zrozumienia, że to wie.

Gdzieś „z tyłu głowy” w wypowiedziach Sikory majaczy jednak uporczywa opozycja, każąca zadać pytanie, czy aby nie mamy do czynienia z fiksacją – opozycja między „jednostką” a widmem zagrażającej jej i czyhającej na nią „wspólnotowości”. Nie bardzo rozumiem, jak Sikora nie zdaje sobie sprawy z proweniencji tej opozycji. Jej źródłem, a w każdym razie środowiskiem, w którym się czuje najlepiej, jest najwulgarniejszy szczep liberalizmu, jeżeli nie wręcz elitaryzm – na pewno nie lewica.
Wspólnotowość jest jedną z tych paru rzeczy, co do których możemy być pewni, że zaliczają się do podstawowych składników – pozwólmy sobie na to uproszczenie – „ludzkiej natury”. Kapitalizm tresuje nas i oczekuje od nas egoizmu i wojny wszystkich ze wszystkimi, ale natura uczyniła homo sapiens sapiens istotą społeczną, zapewniającą sobie przetrwanie poprzez wspólne podtrzymywanie i przekształcanie warunków swojego zbiorowego istnienia. Człowiek może istnieć i funkcjonować tylko przez przynależność do jakiejś wspólnoty i przecież alarmując przeciwko wykluczeniom, Sikora w jakiś sposób zdaje sobie sprawę, jak bezwzględną przemocą jest wyrzucenie poza nawias wspólnoty. To dlatego w wielu społeczeństwach przednowoczesnych karą za najcięższe zbrodnie była banicja. Problemem dla lewicy jest to, jak ta wspólnota (czy wspólnotowość) będą definiowane – czy będzie to wspólnota „rasy panów” (wcielona obecnie w Polsce w przedsiębiorcze jednostki sukcesu) żyjąca z eksploatacji reszty, gotowa wspólnota organiczna (narodu czy grupy określonej religijnie, zwykle maskująca po prostu podział na panów i wyzyskiwanych, przenosząca wewnętrzny antagonizm ekonomiczny na wrogość wobec innych narodów czy wyznań), czy może uniwersalna wspólnota wszystkich ludzi, poprzez równość gwarantująca każdemu wolność realizacji jego czy jej jednostkowego potencjału zgodnie z własnymi potrzebami i w interesie ogółu. Faszyzm wraca oknem do tego, kto drzwiami wypędza „wspólnotę” jako „wroga jednostki”.

Wykluczenie i tolerancja

Sam dyskurs kładący tak obsesyjny nacisk na wykluczenie (jednostki przez wspólnotę, mniejszości przez większość) sam w sobie jest z lewicowego punktu widzenia niebezpieczny, jeśli zapomina, że te zjawiska są owszem faktem, ale stanowią funkcjonalne komponenty systemu, którego istotą jest wykluczenie większości przez mniejszość (wykluczenie z własności środków produkcji, z prawa do decydowania o ekonomicznej przestrzeni własnego życia, wreszcie w ogóle z prawa do decydowania o własnym życiu przez całkowitą zależność ekonomiczną od właścicieli środków produkcji, wcielonych dzisiaj w coraz bardziej bezosobową grę irracjonalnych sił rynku). Kiedy o tym ostatnim dyskurs ten zapomina, jak najbardziej zasługuje na kojarzenie z widmami „blairyzmu” i pseudonauką Giddensa. Trudno mi się powstrzymać przed trochę może obszernym, sarkastycznym ustępem z Bourdieu i Wacquanta, ponieważ jest on bezlitośnie doskonałym podsumowaniem, dokąd to prowadzi i jakiego wielkiego ideologicznego projektu jest częścią:

«Doskonałej ilustracji owego przebiegłego rozumu imperialistycznego dostarcza fakt, że to Anglia […] podrzuciła światu dwugłowego konia trojańskiego. Jedna jego głowa jest polityczna, a druga intelektualna, zaś uosabiają je Tony Blair i Anthony Giddens. Dzięki sile swych powiązań z politykami […] Anthony Giddens objawił się jako przemierzający świat apostoł „trzeciej drogi”, która według jego własnych słów – musimy je tu dokładnie przytoczyć – „przyjmuje pozytywny stosunek wobec globalizacji”; „próbuje (sic!) dać odpowiedź na zmieniające się wzory ubóstwa”, jednak zaczyna od ostrzeżenia, że „biedni dzisiaj, to nie ci sami biedni, jakich znamy z przeszłości” oraz, że „podobnie bogaci nie są tym samym, czym byli kiedyś”; akceptuje pogląd, że „istniejące systemy opieki socjalnej oraz szersza struktura państwa, stanowią źródło problemów, a nie wyłącznie środki ich rozwiązywania”; „podkreśla, że polityka społeczna i gospodarcza są ze sobą nieodłącznie powiązane”, w celu skuteczniejszego zapewnienia, że „wydatki na cele socjalne będą szacowane z uwzględnieniem ich konsekwencji dla gospodarki jako całości”; i wreszcie: „podejmuje kwestię mechanizmów wykluczenia na dole i na górze” (sic!), w przekonaniu, że „przedefiniowanie nierówności w odniesieniu do wykluczenia na obu poziomach, zgodne jest z dynamiczną koncepcją nierówności”. Władcy gospodarki i inni „wykluczeni na górze” mogą spać spokojnie: znaleźli swojego Panglossa.»
(Pierre Bourdieu, Loïc Wacquant, „Nowomowa neoliberalna. Uwagi na temat nowej globalnej wulgaty”, przeł. Marcin Starnawski, „Recykling Idei” nr 9, wiosna/lato 2007, s. 10.)

Tomasz Sikora reprezentuje swoją refleksją bez porównania więcej niż ogromna część polskich queer studies. Plączą się jednak w kuluarach jego wypowiedzi widma będące echem chorób toczących dyskurs polskich queer studies (czy nawet w ogóle ruchu LGBT). Najbardziej nieznośną manierą polskich (choć nie tylko)queer studies jest chrystyfikacja figury Prześladowanego Geja, którego usiłuje się uczynić uniwersalnym wcieleniem wszelkiego cierpienia i przesłonić nim każde inne cierpienie. Może się to okazać politycznie samobójcze dla samych gejów. Każdy boryka się z tym cierpieniem, które jego akurat spotyka, Prześladowany Gej nie ma jednak na cierpienie monopolu, jego cierpienie nie jest też najbardziej uniwersalnym rodzajem cierpienia i gdy próbuje się za takie podawać, łatwo doprowadzi do tego, że samotna matka utrzymująca dwójkę dzieci z 80% najniższej renty, w konfrontacji z tą uzurpacją, odpowie przychylnie na „wspólnotowość” zaoferowaną jej przez np. Rodzinę Radia Maryja, a zdefiniowaną właśnie między innymi przez wykluczenie i prześladowanie geja. Trudno się też dziwić, że niejeden działacz radykalnej lewicy (dla którego jedną z najwyższych wartości jest ludzka solidarność) reaguje alergicznie na dyskurs, w którym powraca opozycja między jednostką a niosącą jej zagrożenie wspólnotą.

Chrystyfikacja Prześladowanego Geja i uzurpacja monopolu na cierpienie doskonale wpisują się w oczekiwania ideologiczne Kapitału w obecnej fazie akumulacji, inspirującego na wszystkie strony mnożenie partykularyzmów, by zarządzać swoimi ofiarami, generując między nimi konflikty o interesy partykularne. Radosne igraszki problemami „tożsamości”, „mniejszości” i „tolerancji” trywializują z kolei problemy społeczne sprowadzając je bez mała do problemów komunikacyjnych i ukrywając realne stosunki władzy. Dlatego zresztą również są tak mile widziane przez Kapitał w obecnej fazie akumulacji.

„Wojenki kulturowe”

Problem polega jednak na tym, że na – u Sikory raczej ukryte podskórnie, ale jednak wyczuwalne – fiksacje polskiego ruchu LGBT i jego skrzydła intelektualnego Ciszewski odpowiada tylko innymi fiksacjami. Nie przekracza też wąskiego horyzontu mnożenia partykularyzmów, a nawet wykonuje kroki w tym samym kierunku, dyskredytując walkę innych ludzi o ich żywotne interesy i lekceważąc ich cierpienie. Jeżeli homofobia nie istnieje jako prawdziwy problem, to dlaczego chłopak, o którym wspomniałem na początku, nie żyje? Rozumiem, że Ciszewski nie raz zarobił nożem w gardło od dziewczyny, do której się „za bardzo” uśmiechał? Ciszewski „nie ma czasu” przyłączyć się do walki przeciwko dyskryminacji seksualnej, bo „doba ma tylko 24 godziny”, ale ma za to czas pisać kolejne polemiki w tej sprawie. Ciszewski nie tyle nie chce czy nie może się przyłączyć, co czuje jakąś potrzebę podkreślania, że nie chce i nie może się przyłączyć. Aż chciałoby się zapytać, czy to nie wygląda, jak opisywana przez psychoanalizę „zazdrość o rozkosz skradzioną przez Innego”. Jako homoseksualista, aż chciałbym zapytać: Jakąż to rozkosz ukradliśmy Ci, Piotrze? Może jeszcze możemy ją zwrócić?

Ciszewski jest przekonany, że spory „kulturowe” i „obyczajowe” (a więc awantury feministek, gejów, walczących z krzyżami w szkołach, itd.) są drugorzędne, że są sprawy, które trzeba załatwić najpierw i takie, które trzeba odłożyć na potem, gdy te pierwsze zostaną załatwione. Że Kapitał tak naprawdę wita z radością angażowanie się ludzi w te sprawy, bo są one dziś dla niego bez znaczenia i pozwalają na kanalizowanie energii politycznej w kierunkach, które nic faktycznego nie są w stanie zmienić. Że wręcz te „problemy” to zasłony dymne pozwalające neoliberalizmowi kroczyć naprzód. I wreszcie, że klęska konserwatystów w tych sprawach jest już i tak przesądzona, bo wielki kapitał – między innymi poprzez media, którymi dysponuje – już przesądził tutaj zwycięstwo koncepcji obyczajowo/kulturowo liberalnych. Że w końcu traktowanie zagrożenia faszyzacją przestrzeni publicznej przez PiS i LPR poważnie było niepoważne.

„Przesądzona” klęska konserwatystów

Wiele rzeczy w rozumowaniu Ciszewskiego wymaga, by się do nich ustosunkować. To, że dziś niektórym do śmiechu na myśl o przerażeniu, jakie wielu odczuwało na widok poszerzających się wpływów prawicy katolicko-narodowej w takich sferach jak kultura i edukacja, zawdzięczamy tylko temu, że Jarosław Kaczyński przegrał zakład wyborczy, który postawił na długo przed końcem poprzedniej kadencji Sejmu. Wszyscy wiemy, że ta przegrana była tylko przypadkową wypadkową tego, jak rozłożyło się uczestnictwo w rozpisanych wówczas wyborach. Ciszewski przeszacowuje też podobieństwo polskich „liberałów” do liberałów zachodnich. Polscy „liberałowie” kontentują się nic-nie-robieniem w sprawach obyczajowych, zadowoleni, że brudną robotę przesuwania kolejnych granic w prawo wykonała dla nich prawica katolicko-narodowa (pozostawienie wpływów tej ostatniej w telewizji, kinematografii, systemie edukacji i programie nauczania, itd.) lub wręcz kontynuują jej dzieło (vide sprawain vitro).

Można się do jakiegoś stopnia zgodzić, że zwycięstwo koncepcji obyczajowej i kulturowej tolerancji w znacznej mierze jest przesądzone – także przy aprobacie kapitału, przemysłu kulturowego i burżuazyjnych elit – w krajach ścisłego centrum kapitalistycznego systemu-świata. Ale i to tylko do jakiegoś stopnia, bo tak naprawdę dotyczy to tylko pewnych stref centrum – przesądzone jest na długo w Paryżu, Londynie, Nowym Jorku i Miami, ale czy np. w Teksasie? A już traktowanie społeczeństw peryferii czy pół-peryferii, wśród których plasuje się Polska, jakby się niczym pod tym względem od zamożnych społeczeństw centrum nie różniły, jest niespecjalnie poważne. Bardzo mnie intryguje, gdzie w Polsce Ciszewski widzi tę przesądzoną przegraną konserwatystów na polu kultury? W podręcznikach literatury pytających nastolatków „a ty jak wyraziłbyś swoją wiarę w Boga?” W ocenie z religii na świadectwie maturalnym?

Mam parę osobistych doświadczeń, jak liberalni na polu kultury i obyczajów są dominujący obecnie polscy „liberałowie”. Jeszcze pod rządami PiS złożyłem w Polskim Instytucie Sztuki Filmowej projekt filmu fabularnego, który świetnie oceniony przez ekspertów PISF ugrzązł na kilkanaście miesięcy, blokowany przez dyrektor Agnieszkę Odorowicz. Wśród kilku wątków krytycznych w stosunku do polskich przemian społeczno-politycznych i kulturowych zawierał też „krytyczny” dla losu projektu wątek homoseksualny. Był to tylko jeden z wielu projektów niebezpiecznych politycznie dla Agnieszki Odorowicz, z którymi wyczyniała takie cuda, pragnąc zachować stołek pod rządami PiS. W międzyczasie PiS stracił władzę, ja więc postanowiłem skorzystać z okazji i zażądałem interwencji nowego, „liberalnego” ministra kultury Bogdana Zdrojewskiego, dając mu do zrozumienia, że oto ma okazję udowodnić swój liberalizm. Zdrojewski olał wszystkich z takimi problemami, a mnie odpowiedział bez żenady, że katolicko-narodowa polityka programowa PISF mu jak najbardziej odpowiada i pragnie, by była kontynuowana. Dziś zapowiada zamykanie „nieefektywnych bibliotek”. Te dwie rzeczy są z sobą strukturalnie powiązane. W Polsce to potężny w instytucje obyczajowy i kulturowy konserwatyzm – a nie liberalizm – jest głównym filarem rynkowych ekscesów neoliberałów, którzy czasem tylko wysługują się interludiami bezpośredniej władzy prawicy katolicko-narodowej, by ta przesunęła dla nich i za nich kolejne granice. Być może pouczająca – dla odpowiedzi na pytanie, dlaczego w Polsce głównym narzędziem jest konserwatyzm, a nie liberalizm – byłaby np. porównawcza lektura analiz Barringtona Moore’a Jr.

Dystrybucja ideologii

Nie jest to nic nowego, że dystrybucja ideologii dominujących między centrami a peryferiami kapitalistycznego systemu-świata jest zdywersyfikowana. Kiedy – jak to opisał np. David Harvey – w latach 70. kapitalizm zaczął odczuwać pierwsze oznaki wejścia w fazę strukturalnego kryzysu akumulacji (trwającą do dziś), postanowił przechwycić nurty obyczajowej kontestacji, emancypacji seksualnej itd., i ożenić je z neoliberalnym projektem politycznym, np. rozwijając za ich pomocą kluczową w ideologii późnego/płynnego kapitalizmu narcystyczną interpelację podmiotu. Dokładnie w tym samym czasie na peryferiach zaczęły pączkować – bynajmniej nie samorzutnie i nie bez politycznego wsparcia centrum, a szczególnie hegemona – faszystowskie junty. Homoseksualiści trafiali do tych samych cel, na te same stadiony i do tych samych rowów czy wód La Platy, co komuniści, anarchiści, działacze związkowi. W wersji znarratywizowanej można się z tym zapoznać choćby czytając (bądź oglądając) „Pocałunek kobiety-pająka”.

Jest faktem (i problemem, którym powinny się zająć właśnie queer studies, jeżeli nie chcą jego „analizy” i „wyjaśnienia” zostawić na żer prawicy konserwatywnej), że kultura gejowska została de facto przechwycona przez ideologie panujące i mechanizmy rynku, a jej główny nurt dokonał wręcz jawnego do obydwu akcesu. Jest faktem, że we współczesnych epicentrach kultury gejowskiej bielizna obowiązującej w danym sezonie marki jest tak samo bezwzględnym przymusem, jak burka dla kobiet i broda dla mężczyzn w talibanie. Jest faktem, że kultura gejowska jest nawet czymś na kształt poligonu doświadczalnego, na którym płynny kapitalizm testuje i rozwija najnowsze technologie zarządzania naszym życiem przez wprzęganie naszych ciał w rytm kluczowej dla systemu w obecnej fazie akumulacji rywalizacji narcystycznej (w epicentrach kultury gejowskiej, takich jak londyńskie Soho i Vauxhall, jest to już otwarcie główna funkcja seksu i seksualności – nawet sama przyjemność seksualna czy zaspokojenie seksualne są odsunięte na daleki drugi plan przesłonięty przez rywalizację narcystyczną). Jest faktem, że polski ruch LGBT, włącznie z jego intelektualistami, walcząc o emancypację poprzez i w imię gay culture i gay identity takich, jakimi są obecnie, walczą dziś tak naprawdę jedynie o wymianę reżimu opresji, albo o współistnienie dwóch równoległych, dopełniających się funkcjonalnie, reżimów opresji – katolicko-narodowego i gay identity. Tożsamość narzucana przez kulturę gejowską jest dziś tak samo opresyjna, jak tożsamość narzucana przez fundamentalizmy religijne, choć odwraca niektóre wektory (np. w miejsce zakazu nieprawomocnej przyjemności seksualnej wprowadza imperatyw promiskuityzmu, od którego tak samo „nie ma zmiłuj”). Jestem głęboko przekonany, że w filmie Gusa Van Santa „Milk” (w Polsce znanym jako „Obywatel Milk”) chodzi tak naprawdę o to, żeby unaocznić, czym – wbrew otaczającemu ją emancypacyjnemu, politycznemu mitowi – kultura gejowska już od dawna nie jest. Pokazując kulturę gejowską lat 60. i 70., Van Sant mówi: „zobaczcie, nic już z tego nie zostało! – choć nas już nie pałują, nie tylko nie odnieśliśmy zwycięstwa, ale wręcz ponieśliśmy klęskę, bo daliśmy swą tożsamość zaciągnąć na służbę systemu, który jest nie do przyjęcia”. Że dla Van Santa system ten jest nie do przyjęcia, wiemy z jego wcześniejszego filmu, nagrodzonego canneńską Złotą Palmą „Słonia”.

Problemem, który wymaga krytycznej analizy, jest także przechwycenie przez korporacyjny kapitalizm pewnych odmian feminizmu, a nawet sprzedawanie go jako feminizmu w ogóle. W Polsce np. feminizmowi bez mała nadano imię Magdaleny Środy, tej samej Magdaleny Środy, która nawoływała polskie kobiety, by dały się zaharować, byle tylko Kapitał nie musiał sam zapłacić za wywołany przez własne ekscesy kryzys. W przeciwieństwie do kwestii przechwycenia kultury gejowskiej, ten jest jednak problematyzowany, nawet w Polsce, np. przez Katarzynę Szumlewicz czy Ewę Charkiewicz.

Zawsze zgadzałem się z Ciszewskim – nawet broniłem go w dyskusjach redakcyjnych – kiedy wyśmiewał neoliberalne lobby dominujące w polskim ruchu feministycznym i LGBT, niezależnie od tego, w jaki sposób to robił. Jednak mimo iż problemy opisane w dwóch powyższych akapitach są faktem, z którym muszą się zmierzyć wszyscy wymienieni (lewica, ruch LGBT, feminizm), nie znaczy to jednak wcale, że nie istnieje jednocześnie antyfeminizm ani homofobia, że kobiety nie są dyskryminowane, że mniejszości seksualne nie są dyskryminowane, ani że wymienione grupy są beneficjentami systemu, w którym swoimi wojenkami przesłaniają prawdziwe problemy. To że kapitalizm przechwytuje niektóre tożsamości, nie znaczy, że ludzie na te tożsamości skazani są jego beneficjentami, a już na pewno nie, że na długo. W XIX wieku kapitalizm w celu własnej reprodukcji w formacji peryferyjnej przechwycił na Cejlonie kulturową tożsamość Tamilów, przydzielając im zawody związane z administrowaniem formacją – od pięćdziesięciu lat w dokładnie tym samym celu dziesiątkuje ich pogromami. Przypominam, że o mały włos nie zalegalizowano w Polsce zwalniania ludzi z pracy ze względu na ich orientację seksualną. Przypominam, że na najgorzej płatne zawody są w Polsce skazane kobiety. Przypominam, że neoliberalizm uderza w kobiety podwójnie: muszą coraz więcej swojej pracy sprzedawać na rynku i jednocześnie nieodpłatnie przyjmować na swoje barki opiekuńcze funkcje demontowanego państwa opiekuńczego. Przypominam, że właśnie ideologia męskiej dominacji umożliwia postępy neoliberalizmu, sprawiając, że wszyscy jako coś naturalnego przyjmują zamykające pracę reprodukcyjną w prywatnych granicach każdego gospodarstwa domowego zrzucanie na kobiety kolejnych funkcji jeszcze nie tak dawno spełnianych przez publiczne żłobki, szpitale czy domy opieki.

W neoliberalnym reżimie akumulacji kapitału beneficjentami zawsze są nieliczni, niezależnie kim – w sensie bytów tożsamościowych – „są”, ani tym bardziej, z kim śpią. Magdalenę Środę dzielą najpewniej wspólne interesy (a zapewne także i wspólnie spożywane bezy) z osobami takimi, jak Henryka Bochniarz czy Jolanta Kwaśniewska; ze swoim wulgarnym liberalizmem nie reprezentuje ona ani lewicy, ani milionów polskich kobiet skazanych na wyniszczanie w pracy ponad siły własnych ciał, jeśli chcą dać dzieciom cokolwiek do jedzenia. Polskie kobiety są pierwszymi ofiarami dominacji w polskim feminizmie lobby liberalnego. Podobnie dominacja w polskim ruchu LGBT osób w rodzaju Krystiana Legierskiego nie zmienia faktu, że wśród polskich gejów i lesbijek więcej z nich jest skazanych na pracę za grosze – często w warunkach prekariatu czy dyssymulowanego stosunku pracy – w „branżowych” lokalach rozrywkowych, niż jest ich właścicielami. Nawet w centrach kapitalistycznego systemu-świata, gdzie tożsamość gejowska została przechwycona przez ideologie dominujące, nie zmienia to faktu, że niemal wszyscy są ofiarami terroru gay identity, a homofobia jest równolegle dystrybuowana wśród ofiar akumulacji kapitału, by kanalizować ich frustracje w niegroźną dla reprodukcji kapitału stronę kozłów ofiarnych. Gdyby nie była, twórcy filmów takich jak „Boys Don’t Cry” nie mieliby co robić.

Sprawy „na teraz” i sprawy „na potem”

Na płaszczyźnie praktycznej Ciszewski w pewnym sensie doskonale wie, że nie ma racji w tym, co mówi na poziomie teoretycznym. Ciszewski jest zaangażowany w jedną z nielicznych skutecznych inicjatyw polskiej radykalnej lewicy, za którą ma moje wyrazy uznania, mianowicie w ruch lokatorski. Jednym ze składników jego rozumowania (w dyskusji na łamach Lewica.pl) jest teza, że marnowanie energii politycznej w cząstkowych walkach gdzieś na marginesie systemu, bez uderzania w elementy jego istoty, jest systemowi na rękę i stanowi jeden z mechanizmów, przy użyciu których się on zabezpiecza i w rezultacie reprodukuje. Ciszewski na pewno zdaje sobie sprawę, że kwestia prawa do mieszkania, które się zajmuje, na pewno nie leży w samym sercu systemu, którego Realnym jest Kapitał. W niejednym kraju prawo bez porównania lepiej chroni lokatorów niż w Polsce a państwo ma obowiązek dbać o to, by ludzie mieli dachy nad głowami, a bynajmniej nie obaliło to nigdzie kapitalizmu. Co więcej, kapitalizm może się np. dostosować do obecnego kryzysu zdolności kredytowej mieszkańców wielu krajów ścisłego centrum systemu, zastępując dotychczasową manię kupowania domów i mieszkań na własność (za absurdalnie ciężkie pieniądze) np. rozwojem spółek skupujących mieszkania i domy i wynajmujących je czynszowo. Ciszewski doskonale jednak zdaje sobie sprawę, że posiadanie dachu nad głową jest sprawą na tyle żywotną dla przetrwania każdej ludzkiej istoty, że bez niego wielu zamarzłoby pod mostem, zanim uda się nam dojść do punktu, z którego możliwe będzie wyjście poza horyzont kapitalizmu.

Ludzie rozumujący jak Ciszewski muszą sobie w końcu uzmysłowić, że dla tych, którym – gdyby wyszło na jaw z kim sypiają lub kogo pragną – grozi utrata pracy lub fizyczna przemoc, dla tych, które siłą przymusu społecznego nie potrafią postawić bana bijącemu je mężowi czy przyjmują jak niekontestowalny fakt przyrody, że zarabiają mniej niż koledzy płci męskiej, bo same są płci żeńskiej, są to problemy tak samo realne i przynoszące tak samo realne cierpienie. Dyskredytowanie walki czy strachu innych ludzi, tylko dlatego, że ta walka czy ten strach odnoszą się do czegoś innego niż nasze własne, jest postawą absurdalną, w każdym razie dla lewicy. Strach kapitalisty i jego świty przed utratą przywilejów – to jest chyba jedyny strach, o którym lewica może powiedzieć, że jej nie interesuje albo nie ma na niego czasu.

Gdybyśmy stosowali taką logikę („każda walka o sprawy mniejsze niż zachwianie całym systemem to marnowanie politycznej energii wręcz oczekiwane przez Kapitał!”) z żelazną konsekwencją, to moglibyśmy np. zdyskredytować tych wszystkich, którzy walczyli w XIX wieku w różnych częściach świata o zniesienie niewolnictwa. W końcu niewolnictwo plantacyjne było funkcjonalnym składnikiem pewnych formacji kapitalizmu peryferyjnego na określonym etapie ekspansji systemu, w określonej historycznie fazie akumulacji. Zniesienie niewolnictwa ostatecznie nie tylko nie zachwiało kapitalizmem, ale kapitalizm dostosował „uwolnioną” masę siły roboczej do swoich potrzeb. Złamanie przez siły amerykańskiej Północy peryferyjnej (nastawionej na produkcję surowców, produktów rolnych i wyrobów niskoprzetworzonych) struktury społeczno-ekonomicznej Południa USA umożliwiło klasom dominującym Północy realizację ich projektu politycznego budowy potęgi przemysłowej (niewolną plantacyjną siłę roboczą można było przekształcić w masy robotników przemysłowych, a opłacanie ich za „wolną” pracę akcelerowało nowy wewnętrzny rynek masowego zbytu) zdolnej w następnym stuleciu do przejęcia po Londynie intratnej roli globalnego centrum nieproporcjonalnie dużych udziałów w akumulacji kapitału. Strukturalne dziedzictwo „urasowionego” niewolnictwa przetrwało: ludność czarnoskóra pozostała na najniższych piętrach struktury społeczeństwa klasowego, wciąż skazana na los najtańszej i najbardziej wyzyskiwanej, najbardziej upokarzanej i najbardziej prześladowanej siły roboczej. Wyjątki to jedynie wyjątki. Oparty na imperatywie akumulacji system tak samo korzystał z niewolnictwa, jak skorzystał na jego zniesieniu. Czy to znaczy, że była to walka odwracająca uwagę od prawdziwych problemów? Czy może jednak zniesienie w XIX wieku niewolnictwa w wielu krajach – zwłaszcza półkuli zachodniej – w których było zjawiskiem masowym i podstawą gospodarki, stanowiło kolosalne zmniejszenie skali ludzkiego cierpienia?

Nie ma spraw do załatwienia teraz i „spraw na potem”. Wszystkie są na teraz. Choćby dlatego, że nigdy nie wiadomo, ile i kiedy uda się skutecznie wywalczyć. Nikt nie żyje pięćset lat, a kapitalizm tyle już trwa.

Czy zestawianie walki z niewolnictwem ze współczesnymi polskimi walkami dyskredytowanymi przez Ciszewskiego jako „kulturowe” czy obyczajowe jest nie na miejscu? Nie byłbym tego pewien. Położenie polskiej kobiety zarabiającej tak mało (właśnie dlatego, że jest kobietą), że nie jest w stanie uniezależnić się od męża, który ją bije, czasem różni się tylko formalnie. Oczywiście, poprawa jej położenia materialnego (warunków pracy i płacy, osłon socjalnych) mogłaby z miejsca rozwiązać problem, ale żeby kobiety o taką poprawę walczyły, trzeba konsekwentnie zwalczać coś, czego istnienie Ciszewski w porywach kwestionuje, czyli ideologię patriarchalną podtrzymującą strukturę męskiej dominacji. To ona utrzymuje kobiety w zgodzie na to, że „tak po prostu jest”, że mniej zarabiają.

Wyobraźmy sobie hipotetycznie wielkie zwycięstwo polskiego ruchu pracowniczego, w wyniku którego Kapitał zmuszony jest pójść na ustępstwa w postaci natychmiastowego podniesienia wszystkich płac pracowników najemnych w kraju (z wyjątkiem sektorów i poziomów kadry kierowniczej, których praca jest przez rynek przewaloryzowana) o 30%. Ale żądanie podniesienia płac było ślepe na fakt, że kobiety jednak zarabiają przecież mniej niż mężczyźni. Poważne podejście do kwestii minimum równości ekonomicznej wymagałoby wobec tego podniesienia ich płac w tym samym momencie o np. 60%. W takiej sytuacji to właśnie tę przemilczaną wówczas nierówność płci, gdy nastroje świata pracy opadną, Kapitał wykorzysta, by przejść do kontrataku i zacząć niepostrzeżenie, przy użyciu różnych „sztuczek i sposobików” (mówiąc Różą Luksemburg) znów miażdżyć wszystkie płace w dół. Zacząłby od promowania i prowokowania feminizacji niektórych zawodów i sektorów gospodarki. Nie musiałby nawet obniżać płac, po prostu dyskretnie by ich nie podnosił, podczas gdy „samoregulujące się” rynki „samorzutnie” podnosiłyby krok po kroku koszty utrzymania. Wtedy w innych zawodach i sektorach gospodarki pracownicy będą odbierać jako „poprawę” wzrost wynagrodzenia o 5%, za który zapłacą w tym samym czasie wzrostem kosztów utrzymania o 15%. Wszyscy wiemy (albo powinniśmy wiedzieć), że nie jest to żadna fantastyka, to był właśnie jeden ze sposobów, jakimi Kapitał miażdżył na całym świecie płace przez ostatnie trzy i pół dekady. W wielu dobrze niegdyś płatnych zawodach związanych z wyższym wykształceniem Kapitał płaci dziś za pracę śmieciowe stawki (mężczyznom w rezultacie też), między innymi dzięki temu, że udało mu się te zajęcia sfeminizować.

Odpowiedź na pytania „Co jest gorsze – katolicka opresja gejów czy ‘emancypacja’ à la Krystian Legierski albo Paweł Leszkowicz? – patriarchat czy ‘feminizm’ à la Magdalena Środa?” musi być cytatem ze Stalina: „obydwa są gorsze”. To prawda. Ale nie zmienia to jednak faktu, że problemy specyficznych rodzajów dyskryminacji są jak najbardziej realne. Więcej nawet, to właśnie owa odpowiedź – „obydwa są gorsze” – czynią prawdziwy (lewicowy) feminizm czy prawdziwą emancypację osób dyskryminowanych ze względu na ich seksualność (a więc emancypację także z okowów gay identity) bezwzględną koniecznością. Teraz, nie „potem”. „Potem” ma tendencję do przechodzenia w ad Calendas Graecas.

Odpowiedzią na konstatację, że Kapitał celowo „napuszcza” na siebie wszystkich, by spalali się w walkach „tożsamościowych” i „kulturowych”, nie może być zamykanie oczu na te wszystkie ideologie, które czynią możliwymi różnego rodzaju strategie dyskryminacji. Kapitał osiąga w ten sposób tak znakomicie swoje cele tylko i wyłącznie dzięki temu, że są to problemy jak najbardziej rzeczywiste. To właśnie to, jak naprawdę skutecznie udaje się Kapitałowi odgrzewać tożsamościowe konserwatyzmy i podbijać grupowe fiksacje kulturowe, jak udaje mu się to w materialnej rzeczywistości, stanowi jedną z najskuteczniejszych broni Kapitału. Nie można zdobyć twierdzy, nie chcąc przyjąć do wiadomości, jakiego rodzaju broń i zasieki strzegą do niej dostępu. Konserwatywne strategie kulturowe sieją zamęt komunikacyjny w obozie ofiar i generują walki pomiędzy tymi, nad którymi władzę sprawuje Twierdza Kapitału. Dostęp do Twierdzy nie będzie osiągalny bez odpowiedzi na te strategie. Segmentacja świata pracy najemnej za pomocą różnorodnych specyficznych ideologii dyskryminacji służy pogarszaniu położenia nas wszystkich, wszystkich tych, którzy by żyć musimy sprzedawać naszą pracę. Walka z krzyżami w szkołach, walka o reprodukcyjne prawa kobiet, walka z tymi, którzy chcą legalnie wyrzucać gejów z pracy – to są wszystko walki, które możemy i powinniśmy traktować jako wytrącanie Kapitałowi narzędzi, przy użyciu których niszczy w ostatniej instancji nas wszystkich, nawet jeśli sami nie jesteśmy bezpośrednio ofiarami każdej czy którejkolwiek z tych dyskryminacji i konserwatywnych atawizmów kulturowych.

Chłopak, od wspomnienia o którym zacząłem ten tekst, nie żyje naprawdę. Drugi chłopak, ten, który go zabił, tym jednym czynem wykonał kilka kroków oczekiwanych od niego przez ideologie systemu, w którym żyjemy. Frustracje wywołane niepewnym położeniem ekonomicznym i niepewnością albo nawet brakiem perspektyw, które by się przed nim rysowały, pozwolił w sobie przekierować na przyjęcie agresywnej interpelacji odgrzewanej przez kapitalizm „prawdziwej” męskości, której dowiedzenie wymagało od niego wykazania, że nie jest gejem. Zabił tego, który pragnął, żeby był, być może zabijając także w sobie ukrywane nawet przed sobą własne prawdziwe pragnienie. Skierował na niego agresję, którą powinien był kierować przeciwko wyzyskowi i logice akumulacji, odpowiedzialnej za jego liche położenie w kapitalizmie peryferii. Zrobił to zgodnie z oczekiwaniami systemu, który właśnie w tym celu posługuje się realnie istniejącymi ideologiami męskiej dominacji czy dyscyplinującej normy heteroseksualności. Jego sprawstwo czynu zostało szybko wykryte, a on schwytany. Pewnie siedzi teraz w więzieniu, fabryce kapitalistycznej dyscypliny produkcyjnej i płynnokapitalistycznego bezruchu. Produkowany w nich bezruch to – jak twierdzi Zygmunt Bauman – straszak wystawiany przez Kapitał, by dyscyplinować tych ponowoczesnych włóczęgów i turystów, którzy zmęczeni już wagabundyzmem nieśmiało marzą, by się wreszcie gdzieś móc zatrzymać. Chłopak ten jest teraz również wtłoczony w tak samo przewidzianą przez system instytucję „przestępczości”. Przewidzianą dla jednostek potencjalnie wywrotowych, dla „złych podmiotów” i po prostu biednych, przed którymi kapitalizm broni bogatych. Tam zaadaptuje się do specyficznej kultury kryminalnej, która zagospodaruje jego gniew i agresję w sposób dla systemu nie tylko niegroźny ale i funkcjonalny. Zagrożenie „wzrastającą przestępczością” będzie służyć kolejnym przesunięciom funkcji państwa z sektorów opieki do sektorów represji. I tak dalej…

Chore pragnienie i ścieżka polityki

Jest jeszcze jeden poziom – albo nawet dwa poziomy – na których odwracanie się od walk mniejszości czy awantur kulturowych jako czegoś, na co „nie mamy czasu”, bo np. walczymy o prawa ekonomiczne, jest strategicznym błędem politycznym.

W polskich warunkach mamy do czynienia z tak daleko posuniętą społeczną niechęcią do jakiegokolwiek zbiorowego działania, tak głębokim bankructwem idei społecznego i politycznego zaangażowania, tak daleko posuniętą prywatyzacją wszystkich społecznych problemów (każdy na własną rękę usiłuje ratować jedynie własną skórę, w najlepszym razie własnej rodziny), że każda – absolutnie każda – forma zbiorowej mobilizacji sprzeciwu wobec jakiegokolwiek złego zjawiska społecznego czy politycznego, jest bezcenna – niezależnie od skali problemu, liczby odczuwających go jako krzywdę ludzi czy tego, jak blisko lub jak daleko problem leży od Realnego systemu w którym żyjemy (Kapitału) i czy go w ogóle dotyka, czy nie.

Niezależnie od tego, czy sprawa zagracających całą przestrzeń publiczną w naszym kraju krucyfiksów ziębi nas albo grzeje, czy też nie, musimy do niej podchodzić właśnie tak, jak to – słusznie – robią np. Młodzi Socjaliści. Skoro pojawił się impuls, który wywołał mobilizację polityczną grupy młodych ludzi, trzeba jasno powiedzieć, że jesteśmy po ich stronie, a następnie umożliwić im zrozumienie ekwiwalencji ich sprzeciwu z emancypacyjnymi walkami innych grup, a także miejsca i roli problemu, z którym walczą, jako składnika całościowej struktury systemu. Że krzyż wisi dzisiaj w Polsce na każdym kroku, bo ma określone funkcje do spełnienia w polskiej formacji odrestaurowanego kapitalizmu peryferyjnego. Że opresja gejów, podobnie jak gejowska tożsamość, jest produktem kapitalizmu i ideologii podtrzymujących jego reprodukcję. Że kobiety są dyskryminowane, bo stanowią funkcjonalną „wewnętrzną peryferię” systemu, który potrzebuje ich jako dyskryminowanych, by odtwarzały społeczne podstawy istnienia systemu (by ktoś dawał jeść eksploatowanym w fabrykach mężczyznom, by ktoś rodził, karmił i przyodziewał przyszłych pracowników). Odwracając się od każdej walki o jakąkolwiek sprawę „mniejszą” niż uderzanie w samą logikę Kapitału, zaprzepaścimy potencjał mobilizacji politycznej tych wszystkich ludzi, którzy z winy nie własnej tylko tego, jakie treści można dzisiaj poznać w polskiej Szkole i w dominujących środkach przekazu, nie mogą jeszcze wiedzieć, jakie jest miejsce problemu w strukturze systemu i że odpowiedzialny za te wszystkie problemy „w ostatniej instancji” jest kapitalizm. Jeżeli ludzie mobilizują się wokół jakiegoś sprzeciwu, to już znaczy bardzo wiele: nie jest im wszystko jedno i chcą współkształtować przestrzeń naszego życia społecznego. I dlatego ich mobilizacja musi nas wszystkich obchodzić, i to bardzo. Nie możemy sobie pozwolić na brak czasu, nie stać nas na to. Być może wykonali oni właśnie pierwszy krok w stronę prawdziwego upolitycznienia, musimy im pomóc wykonać następne. Nie możemy pozwolić, by się wkrótce zniechęcili, albo np. zostali przechwyceni przez liberałów. Gdyby wartość dla nas mieli tylko już (i od zawsze) przekonani antykapitaliści, to równie dobrze moglibyśmy popełnić zbiorowe seppuku, bo tych mamy w Polsce niewielu. Np. piszący te słowa był za wczesnego młodu szalejącym postmodernistą. To przerażenie kulturowymi ekscesami rosnącej w siłę prawicy katolicko-narodowej, skierowało ostatecznie jego uwagę na Kapitał i pozwoliło zrozumieć, że np. dyskurs Radia Maryja jest tylko odwróceniem i krańcową konsekwencją postmodernistycznego dyskursu „tożsamości”.

Psychoanaliza daje wiele lekcji, z których należy wyciągać wnioski. Dla nas wszystkich, którzy wierzymy, że polityka nie jest tylko walką o stołki, że jest tym samym, co miłość („procedurą prawdy”), do najważniejszych takich lekcji należy ta, że na ścieżkę prawdziwej, tak rozumianej polityki zawsze prowadzi impuls chorego (zranionego, patologicznego, ukaranego fiaskiem) pragnienia. Na ścieżkę polityki nie wstępuje się, bo się od urodzenia wierzy w wartości uniwersalne. Na ścieżkę polityki prowadzi chore pragnienie. Nie należy się na ten fakt obrażać, należy o nim wiedzieć i się z nim liczyć. Jeden z najwybitniejszych filmów politycznych mijającej dekady, „Wiernego ogrodnika” Fernando Meirellesa, należy czytać McGowanem. Justin początkowo biernie reprodukuje ideologię, nawet się z nią nie utożsamiając – to ideologia mówi wprost za i poprzez niego (kiedy broni udziału Wielkiej Brytanii w militarnych agresjach Imperium Amerykańskiego). Ostatecznie wstępuje na ścieżkę polityki – tej polityki, która jest „procedurą prawdy”. W imię wartości uniwersalnych poniesie śmierć, która jednocześnie nie będzie klęską, bo zada cios Realnemu systemu akumulacji kapitału. By wstąpić na tę ścieżkę, musiał jednak najpierw zabłądzić w pogoni za chorym pragnieniem – pragnieniem wydarcia „prawdy pragnienia” zmarłej tragicznie Tessy. Dręczyła go obsesja, że ukochana kobieta zdradzała go z mężczyzną, który zginął razem z nią. Justin błądził, ale bez tego zbłądzenia nie odnalazłby ścieżki polityki.

Co z tego dla nas wynika? Może nawet któryś z tych młodych ludzi, którzy się zapalili do usuwania krzyży ze szkół, przyłączył się tylko dlatego, że wszechobecność tego symbolu i handlującej nim korporacji (z siedzibą na jednym ze wzgórz Rzymu) powoduje frustrujący dyskomfort, gdy odczuwa jak najbardziej zrozumiałą w tym wieku potrzebę rozładowania napięcia przez masturbację. Może nawet niejeden nastolatek zaczyna walczyć z homofobią, bo nie może bezkarnie pocałować przystojnego kolegi z sąsiedniej ławki. I tak dalej. I nie tylko nikogo to nie dyskredytuje ani nie kompromituje – ani tych jednostek, ani grup, w ramach których działają, ani stawek, o które walczą – ale właśnie przetrącone pragnienie stanowi konieczny warunek, by odnaleźli ścieżkę polityki – tej polityki, która jest tym samym, co miłość. To właśnie któryś z nich może się najprawdopodobniej okazać w przyszłości zdolny do czegoś takiego, jak Justin.

Możemy oczywiście cieszyć się wszyscy swoimi fiksacjami, każdy własną. Rozkoszować się małymi różnicami i kultem swoich własnych spraw i krzywd, zawsze ważniejszych niż sprawy i krzywdy innych ludzi czy innych działaczy. Możemy, ale czym to się różni od narcyzmu i dokąd w ogóle prowadzi? Dlatego możemy też wreszcie dla odmiany zrozumieć, że każda krzywda jest ważna, nikt nie cierpi mniej tylko dlatego, że jego cierpienia nie odczuwają jednocześnie wszyscy, każde cierpienie domaga się zniesienia teraz, a nie „potem”. Że walki z żadną krzywdą czy nadużyciem nie możemy lekceważyć, ani tym bardziej marnować czasu na jej dyskredytowanie, musimy natomiast wykorzystać tkwiący w niej potencjał upolitycznienia, pomóc znaleźć ścieżkę polityki tym, którzy już wykonali pierwszy krok. Nawet jeśli z braku sił nie możemy przyłączyć się do każdej walki innych ludzi, szanujmy ją, pozwalajmy innym walczyć z krzywdą, którą akurat w tym momencie odczuwają na tyle dotkliwie, by przejść do działania. I pamiętajmy, że za każdą mobilizacją grupy ludzi kryje się potencjał budowy łańcuchów ekwiwalencji, przyszłych platform szerszej walki i sojuszy strategicznych. Kompulsywne podkreślanie, że „twoja krzywda się nie liczy, twoja walka nie ma znaczenia, liczy się tylko moja!” na pewno takich możliwości nie zbuduje.

Jarosław Pietrzak


 

Tekst ukazał się na portalu Lewica.pl 25 stycznia 2010 roku, jako część dyskusji na jego łamach; poprzedziły go następujące teksty:

Reklamy