Barcelona. Trzy miniatury

Miniatura 1. Lokalna przychodnia

Barcelona jest jak film Almodóvara.

Kiedy już uzyskałem NIE (hiszpański numer identyfikacyjny dla cudzoziemców), podpisałem kontrakt, zarejestrowałem się w tutejszym systemie ubezpieczenia społecznego, zacząłem pracę i załatwiłem (przy ogromnej pomocy Dmitrija, który na szczęście dobrze znał cały proces) empadronamiento (tutejszy odpowiednik zameldowania), przyszła kolej na zapisanie się w lokalnej przychodni. W taki sposób człowiek zostaje tu wciągnięty na listę systemu ochrony zdrowia. W Hiszpanii, w przeciwieństwie do np. Wielkiej Brytanii, jest to konieczne nawet w razie dwudniowego przeziębienia, trzeba do pracy dostarczyć papier z przychodni, bez niego nieobecność będzie nieusprawiedliwiona.

No więc znalazłem moją przychodnię CatSalut (katalońska publiczna służba zdrowia), dotarłem na piętro (drugie), na którym się taka rejestracja w tej konkretnej przychodni odbywa. Pobrałem numerek, bo w Hiszpanii prawie wszędzie pobiera się numerek, żeby stanąć lub usiąść w kolejce i czekać na wezwanie. No i zostałem w końcu wezwany.

Kobieta, która mnie wezwała, była niczym Agrado z Wszystko o mojej matce. Miała podobny głos, podobne włosy, tylko dłuższe, zachowywała się podobnie i mówiła z takimi samymi manieryzmami. W pewnym momencie zorientowała się, że rozumiem co najwyżej połowę z tego, co mówi, więc zapytała, czy rozumiem i czy mówię po hiszpańsku. Ja na to, że tylko trochę. Ale się uczę! – dodałem szybko, kładąc na blacie tom wybranych poezji Lorki w wydaniu oksfordzkim, w którym każdy wiersz jest w oryginale (po lewej) i w angielskim przekładzie (po prawej), co jej niezwłocznie pokazałem. Z Lorką to będzie trudne, odpowiedziała, muy difícil, podkreśliła jeszcze, robiąc jedną z tych min jak Agrado.

„Agrado” obejrzała się w lewo, na krześle obok siedział jej kolega. Zapytała go, który z lekarzy mówi po angielsku, żebym się mógł dogadać bez problemu. Jej kolega odpowiedział jakimś nazwiskiem, ale nie wyglądał na szczególnie przekonanego, więc „Agrado” złapała za telefon i zadzwoniła do tego lekarza albo lekarki, czy może mu albo jej przypisać takiego nowego cudzoziemca. „Agrado” przez chwilę słuchała odpowiedzi płynącej ze słuchawki, wyglądało mi na to, że lekarz bądź lekarka się wzbrania trochę, niepewny bądź niepewna swojego angielskiego, bo „Agrado” wyprostowała się nagle, żeby zainterweniować: Ale on się uczy! Z Lorką!

Po chwili się rozłączyła. Miałem więc już lekarza. Skserowała mój paszport, moje empadronamiento, mój NIE, wydrukowała, co tam trzeba z CatSalut, dała mi tymczasową kartę, ta właściwa dotrze w przeciągu trzech miesięcy. Na koniec wskazała palcem mojego Lorkę, znowu zrobiła jedną z tych min Agrado – Ale musisz się naprawdę uczyć, dużo, ciężko – mucho, duro.

 

Miniatura 2. Siłownia imienia Joana Miró.

Barcelona to jest chyba jedyne miasto na świecie, które nazwałoby siłownię imieniem artysty wizualnego. Mieszkam nieopodal Plaça d’Espanya (to po katalońsku, po hiszpańsku Plaza de España). I chyba dlatego, że nie tak daleko, po drugiej stronie MNAC (Narodowego Muzeum Sztuki Katalońskiej) jest muzeum Joana Miró, a jeszcze bliżej park imienia tegoż, lokalny „klub sportowy”, całkiem imponujący (tylko hiszpańskim zwyczajem jest jak na mój gust i potrzeby za mało ciężarów i przestrzeni na nie, na korzyść zajęć grupowych, ale mniejsza o to) – no więc nazwali ten klub Centre Esportiu Joan Miró. Logo „zrobione” jest z lekko gryzmołowantej, roztrzęsionej sygnatury Miró.

Barcelona nie potrzebuje swojego „gejowskiego dystryktu”, czegoś w rodzaju londyńskiego Soho. Całe miasto jest jak jedno wielkie Soho. Mój małżonek dołączył tu do mnie niedawno, zjechał z Londynu, i poszliśmy go zapisać na tę siłkę.

Dziewczyna w recepcji: Rozumiem, że jesteście parą.

Tu należy się pauza – żeby docenić powagę sytuacji. To nawet nie było właściwie pytanie, to była konstatacja.

W Barcelonie to jest normalna rozmowa nieznających się lub znających się powierzchownie osób w miejscu publicznym. Dwóch facetów, jeden biały, drugi czarny, przyszło razem się zapisać na siłownię, więc o co innego może chodzić, rozumiem, że jesteście parą.

Tak, jesteśmy, my na to. Chodziło o to, że po tym promocyjnym okresie, z którego skorzystaliśmy, żeby uniknąć „zapisowego”, możemy zaoszczędzić parę euro, korzystając potem z karnetu rodzinnego.

 

Miniatura 3. Praca, czyli dom wariatów

Niby pracuję tu w międzynarodowej niemieckiej korporacji (jak wiemy od Samira Amina, międzynarodowe korporacje mają zawsze mimo wszystko jakąś „narodowość”), ale moje biuro to dom wariatów. Też jakby z Almodóvara.

Dwa tygodnie temu poszliśmy na poranną przerwę, na drugie śniadanie. Ja, Włoch Teo i Baskijka Nekane. Teo ciągle opowiada o różnych gejowskich imprezach, na które chodzi, a jak nie, to o swoich chłopakach. Prawie wszyscy byli z Europy Wschodniej, twierdzi, że to dlatego, że są spokojni.

Ja: Faceci z Europy Wschodniej są spokojni?

Teo: No, wiesz, ja tu porównuję do Latynosów, facetów z Europy Południowej. W porównaniu z nimi – tak. Z Latynosem to bym nie wytrzymał, sam jestem z Włoch, to już by było za dużo.

Więc siedzieliśmy na tym drugim śniadaniu, Nekane zapytała mnie, z kim mieszkam, ja na to, że mój mąż właśnie przyjechał, mieszkamy z takim znajomym z Londynu, Rosjaninem Dmitrim.

Teo (westchnął, jak usłyszał o tym mężu): Ja to nigdy nie będę miał męża. (Westchnął jeszcze raz) Może to moja wina, może to ja tak naprawdę nigdy żadnego nie chciałem.

Jest faktem, że trudno sobie wyobrazić, że to on mógłby być systematycznie odrzucany. Teo jest dość nieprzeciętnym mężczyzną, jest hałaśliwy, jest, jak to mówią po angielsku flamboyant, ale jest też cholernie przystojny i spektakularnie muskularny, w doskonałej formie. Przychodzi do pracy w szortach i w podkoszulkach bez rękawów, czasem nawet takich głęboko wciętych, błyskając na wszystkie strony swoimi muskułami i tatuażami.

Niedawno przyjęli dwudziestoparoletniego Niemca, który mówi nawet parę zdań po polsku, bo go jego polscy przyjaciele w rodzinnym mieście w Niemczech nauczyli. Tim ma chłopaka z Algierii, który jednak z powodów wizowych tkwi w Kanadzie. Niedawno miał urodziny i Tim poprosił wszystkich, nie wyłączając mojej intrygującej syryjskiej przełożonej, żeby powiedzieli mu życzenia urodzinowe, każdy w swoim języku, on to nagrywał na telefonie, potem to zlepił wszystko i mu wysłał taki film w prezencie.

Tydzień temu wyszliśmy na przerwę w cztery osoby, staliśmy w słońcu przed naszym biurowcem. Kate, która wspomniała o swojej żonie i zapytała mnie o mojego męża; Tim, który ma chłopaka z Algierii; i Romain, który, cały czas się wygłupia, że ma na Tima ochotę, choć wcale nie jest homo i zaczęło się od tego, że poczuł się zagrożony – do czasu przyjęcia Tima Romain był jedynym w biurze mężczyzną z (blond) kucykiem; kiedy Tim przyszedł pierwszego dnia, z bez porównania dłuższymi blond włosami, do połowy pleców, Romain rozglądał się na wszystkie strony i z paniką w oczach rzucał każdemu nerwowe: Cholera, mam konkurencję, mam konkurencję.

Romain siedzi za moimi plecami, obok Williama, z którym całymi dniami popychają po francusku (William jest Belgiem francophone) jakieś zupełnie rozkojarzone pierdoły, ale w tak zabawny sposób, że kilka razy dziennie zwijam się ze śmiechu. Kilka dni temu Romain coś do mnie mówił i nagle spojrzał na moje łydki, bo miałem na sobie szorty. Złapał mnie nagle za muskuł.

Romain: Rany boskie, jakie ty masz łydki, jak moje uda!

Nekane siedzi obok, właśnie dzwoniła do Meksyku, niestety linia często jest nienajlepsza, więc zaczęła go uciszać.

Romain: Jesteś po prostu zazdrosna, bo ja go dotykam a ty nie możesz!

Któregoś dnia Gökce, Turczynka z Holandii, rozmawiała z Williamem i kilkoma osobami, które były akurat w okolicy. Dopiero po chwili zacząłem zwracać uwagę, więc nie kojarzę od czego się zaczęło, ale –

Gökce: Wiesz, jeżeli masz na koncie chociaż tysiąc euro, to już samo to plasuje cię w bogatszej części ludzkości.

William: Chcesz zobaczyć moje konto? Jego saldo się wyraża w liczbach ujemnych!

Gökce (po chwili, lekko zbita z tropu; jest nowa, jeszcze nie załapała, że William i Romain to dwa pajace, których nigdy nie należy traktować poważnie): To co zamierzasz z tym zrobić? Jak zamierzasz to spłacić?

William: No nie wiem właśnie. Zastanawiam się, handel narkotykami albo może prostytucja?

Tim (ożywił się nagle i odgarnął swą blond grzywę na bok): O co chodzi? O czym oni tam gadają?

Ja: William się zastanawia, jak spłacić swój debet, waha się między handlem narkotykami a prostytucją.

Tim (wyrzucając swoje muskularne ramiona w górę i błyskając wielkim pierścionkiem na środkowym palcu lewej dłoni): Prostytucja! Prostytucja!

William: O, proszę, już mam pierwszego klienta!

Tim (do Isabel, Meksykanki): No co ja poradzę, William jest taki ładny, podoba mi się.

William jest przystojny w zupełnie inny sposób niż Teo – Teo wkłada w to mnóstwo pracy, poczynając od dwunastu godzin spędzanych tygodniowo na siłowni, William natomiast jest czarujący jakby od niechcenia i przy okazji. Z nowozapuszczoną (mówi, że z lenistwa, bo golić mu się nie chce) brodą wygląda na poważnego człowieka, którym nie jest. Kiedy mu się nudzi, albo nie chce mu się pracować, zabawia się oglądaniem wideo tego dzieciaka, co przekonuje Amerykanów do komunizmu, albo imitowaniem japońskiego akcentu – brzmi wtedy jak Toshiro Mifune w filmie Akiry Kurosawy. Kiedyś Nekane coś mi tłumaczyła, William przechodził akurat obok i połaskotał mnie pieszczotliwie za uchem – o ile mi wiadomo, nie jest homo, chciał tylko zobaczyć, jak zareaguję (What just happened??) i wybuchnął śmiechem.

Ale dzisiaj wyrzucili Williama z pracy. Wyszedł w południe, nie mówiąc nikomu ani słowa.

 

Na zdjęciu detal z muzeum Fundacji Joana Miró.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

O (i na marginesie) powieści Saleema Haddada „Guapa”

Ciała arabskich queerów stały się polem bitwy w znacznie większej wojnie

Saleem Haddad, The Myth of the Queer Arab Life

 

 

„Gdzieś na Bliskim Wschodzie”…

Akcja debiutanckiej powieści Saleema Haddada Guapa toczy się współcześnie w wielkim mieście w nienazwanym kraju arabskim. Uchodźcy, którzy przebywają w kraju w obozach, kojarzą się z sytuacją w Libanie, Syrii przed obecną wojną domową czy Jordanii. Gejowskie życie nocne, którego „królową” jest jeden z najbliższych przyjaciół głównego bohatera, Maj, najbardziej odruchowo kojarzyłoby się z Bejrutem; w Bejrucie też (choć pewnie nie tylko) miało miejsce wydarzenie podobne do znajdującego swe miejsce w powieści najazdu policji na kino w biednej dzielnicy, stanowiące miejsce homoseksualnych schadzek i rodzaj „pikiety”. Rysy systemu politycznego, który wyłania się z opisywanych sytuacji – formalnie republikańskiego, de facto jednak dyktatury – przypominałyby najbardziej Egipt albo Syrię. Pewne elementy pejzażu społecznego, jak choćby filipińska gosposia, przypominają jednak Liban. W odniesieniu do policji politycznej pada raz słowo Mukhabarat (Muẖābarāt), które najpowszechniej kojarzy się z bezpieką egipską, ale w języku arabskim używane jest też do nazywania służb wywiadowczych Jordanii, Iraku, Syrii, Arabii Saudyjskiej i Libii.

Haddad_Guapa-260x390

Miasto i kraj, w którym ze swoją seksualnością zmaga się główny bohater i zarazem narrator, Rasa, reprezentują więc coś w rodzaju „gdzieś na Bliskim Wschodzie” albo „Bliski Wschód w ogóle”. Ryzykowne zagranie, grożące osunięciem się w orientalistyczny fantazmat. Orientalizm – w sensie, jaki nadał temu słowu Edward Said w przełomowej książce z 1978 r. pod takim właśnie tytułem – to (rasistowska) ideologia, która buduje obraz „Wschodu” z wybranych „egzotycznych” elementów jego kultur i wrzuca je wszystkie do jednego ponadczasowego worka, w którym nie ma miejsca na niuanse i rozróżnienia, na to, że przecież są to nie tylko bardzo różne społeczeństwa, ale też wewnętrznie zróżnicowane klasowo, nierzadko religijnie, a także zmieniające się w czasie w toku procesów historycznych. Muzułmański Bliski Wschód, jako twór ideologiczny, jako ahistoryczny fantazmat, był Europie i Zachodowi potrzebny jako tożsamościowy Inny, w opozycji do którego budowano nowoczesną tożsamość Europy, a potem Zachodu euroatlantyckiego. Taki obraz był potrzebny najpierw, by Europa wymyśliła sobie, czym się różni od nie-Europy, a następnie, by świat euro-atlantycki nauczył się dobrze czuć z własną dominacją nad resztą ludzkości i jej eksploatacją. Muzułmański Bliski Wschód z orientalistycznych fantazji funkcjonuje właśnie jako taki ahistoryczny „Bliski Wschód w ogóle”. Same te fantazje, choć prezentują się zawsze jako odwieczny i stały obraz Bliskiego Wschodu i jego immanentnej „natury”, ulegały jednak poważnym zmianom historycznym, nawet odwróceniom o 180 stopni, w zależności od tego, od czego akurat wtedy tożsamość europejska/euroatlantycka chciała się we własnych oczach odróżniać.

Kiedy arabski pisarz postanawia posłużyć się wehikułem narracyjnym geograficznej nieprecyzyjności – nienazwanym arabskim krajem na Bliskim Wschodzie – może to jednak być podjęte lub rzucone jako wyzwanie, służyć dobrej sprawie i zostać zwieńczone artystycznym sukcesem. Incendies Wajdiego Mouawada, genialny dramat równie genialnie później zekranizowany przez Denisa Villeneuve’a (Pogorzelisko), może być jednym z najmocniejszych dowodów w tej sprawie. Haddad postanowił – podobno po okresie wahania – podjąć to ryzyko. W końcu arabska tożsamość posiada też poziomy i składniki wychodzące poza granice postkolonialnych państw narodowych i przechodzące im w poprzek. Egipskie kino popularne; muzyka produkowana w Kairze i Bejrucie; telewizja nadawana z Kataru, Libanu i Dubaju; dzięki wspólnocie języka literackiego także wiele gazet ma zasięg ponadgraniczny, panarabski („Al-Hayat”, „Al-Ahram” i in.). Haddad buduje świat swojej powieści z bardzo realnych, materialnch konkretów, dotykalnych, mających temperaturę i zapachy. Przedmiotów życia codziennego, kulturowych artefaktów, potraw, drobiazgowo obserwowanych klasowych habitusów. Haddad miał z czego to budować. Urodził się (w 1983) w stolicy Kuwejtu, jego ojciec jest w połowie Palestyńczykiem, w połowie Libańczykiem, a matka w połowie Irakijką, w połowie Niemką. Wychowywał się m. in. w Jordanii, pracował z organizacją Lekarze Bez Granic w Jemenie, Syrii i Iraku. Świat Guapy udaje mu się więc mimo wszystko skonstruować bardzo materialistycznie, unikając osunięcia się w powierzchowność fantazji „orientalisty”.

Ale Haddad zdecydował się na to rozwiązanie – na nienazwany arabski kraj na Bliskim Wschodzie – przede wszystkim dlatego, że korespondowało mu ono z sytuacją głównego bohatera, zagubionego i skołowanego w kwestiach własnej tożsamości i przynależności komplikowanych przez homoseksualne pragnienie. Rasa ma problem z odpowiedziami na pytania, kim jest, do jakiego świata i jakej grupy należy – ze względu na naturę i kierunek swojego pożądania. Zamyka się w łazience, puszcza wodę, i uczy się do lustra powiedzieć do samego siebie: Anā lūṭī; Anā ẖawal… Jestem… kim? – pedałem? – gejem? Jak arabskie słowa mają sie do „tożsamości seksualnej”?

Alhambra fountain - Copy

Królestwa rozwiązłości

Seksualność, w tym centralna w powieści Haddada homoseksualność, odgrywała jedną z głównych ról w operacjach podmieniania Bliskiemu Wschodowi grzechów, żeby dopasować je do zmieniających się tożsamościowych potrzeb Zachodu. Kiedy europejska nowoczesność budowała swoją tożsamość przez represję, nadzór i dyscyplinę seksualności, rysując restrykcyjne granice dzielące normę od anomalii i wymyślając m. in. coś takiego jak homoseksualizm (słowo powstało w latach 60. XIX wieku), muzułmański Bliski Wschód służył jako negatywny punkt odniesienia: wielkie gniazdo rozwiązłości, zboczeń i rozpasania. A spragnieni ciała innego mężczyzny Europejczycy, których było na to stać, uciekali do Maroka czy któregoś z królestw lub prowincji Lewantu, by w śniadych ramionach pięknych arabskich młodzieńców odnajdować stygmatyzowane czy wręcz kryminalizowane w Europie rozkosze.

Jeszcze mniej niż trzy dekady temu włoski redaktor, podróżujący często po Magrebie, pisał w relacji z Maroka m. in., że „Marokańczyk ma wzwód cały czas, więc turysta dostaje, czego chce”, a

Rašīd, facet, który kręci się wokół Café de France w al-Gueliz, europejskiej dzielnicy Marakeszu, zagadał do mnie, z nadętymi nozdrzami, z napompowaną klatką piersiową, wykonując jakiś gest rodem z karate: „Jestem Rašīd, znany jako oracz turystów. Czym mogę służyć?”.

Pewien Amerykanin na kontrakcie w Teheranie przed Rewolucją Islamską Chomeiniego pisał:

Iran był dla mnie, i dla wielu jak ja, seksualnym rajem. Zarówno pod względem ilości, jak i jakości, było to najbardziej ekscytujące doświadczenie w moim życiu. Jednak za jednym czy może dwoma wyjątkami nigdy nie spotkałem w Iranie Irańczyka, który by całkowicie określił się jako homoseksualny.

Świat arabski i muzułmański do początku XIX wieku zrodziły literaturę o tematyce homoerotycznej w ilościach nie znających odpowiednika gdziekolwiek w Europie w równoległych okresach historycznych. Z samej tej literatury, jak również z relacji podróżników europejskich po krajach muzułmańskiego Bliskiego Wschodu i vice versa (podróżników stamtąd po Europie) wynika, że zachowania dziś klasyfikowane jako homoseksualne, cieszyły się na Bliskim Wschodzie bez porównania większą akceptacją i powszechnością praktykowania. To dlatego Tariq Ali, kiedy zdał sobie sprawę, że islamofobia stała się centralną i kluczową ideologią w strukturze współczesnego zachodniego rasizmu, która domaga się odpowiedzi ze strony lewicy, i postanowił napisać swój Kwintet Muzułmański, cykl pięciu powieści odmalowujących wkład świata arabskiego i muzułmańskiego w rozwój cywilizacji, także zachodniej, tyle miejsca poświęcił w nich erotycznym wątkom homoseksualnym.

Powszechność i akceptacja. Działo się to jednak bez pojęcia odpowiadającego kategorii homoseksualizmu i binarnej opozycji homo- vs heteroseksualizm (która jest specyficznym wytworem euroatlantyckiej nowoczesności). Fascynującym opracowaniem tego tematu jest znakomita książka Khaleda El-Rouayheba Before Homosexuality in the Arab-Islamic World, 1500-1800. Autor zaznacza, że jego obserwacje i wnioski do jakiegoś stopnia zachowują ważność rozciągnięte głębiej w przeszłość, niż wskazują ramowe daty z tytułu, jak również do sąsiadujących z Arabami innych kultur muzułmańskich (Turcja, Persja/Iran, itd.). Powstrzymuje się jednak przed aplikowaniem ich poza te ramy, gdyż obszarem jego ekspertyzy jest właśnie literatura arabska tego okresu.

Islam oficjalnie zakazuje liwāṭ, analnego stosunku seksualnego między dwoma mężczyznami. Zakazuje konkretnego czynu, a nie „typu osobowości”, z czym go nawet nie wiąże. Arabska kultura rozwijała się przez kilkanaście stuleci na ogromnym obszarze; jest kulturą złożoną, w której obecne i ścierające się były różne nurty, m. in. restrykcyjnej religijnej jurysprudencji z niezwykle w niej silnymi nurtami celebrującymi zmysłowe doświadczenie rzeczywistości (jako pochodzącej od Boga). W niezliczonych kontekstach zakaz analnego stosunku seksualnego był przychylnie „zawieszany” i ignorowany, gdy między partnerami istaniała różnica wieku i dojrzały mężczyzna był insertywnym partnerem pasywnego młodzieńca, którego urodą się zachwycał nieraz publicznie. Młody mężczyzna, który przyjmował rolę pasywną, ryzykował w wielu kontekstach, że wypadnie w oczach swojego otoczenia z kategorii męskości normatywnej i zacznie być postrzegany jako „nie-mężczyzna”. W ramy normatywnej męskości powracał jednak zwykle, gdy po raz pierwszy się żenił. Statusu „prawdziwego”, normatywnego mężczyzny nigdy nie tracił mężczyzna angażujący się w stosunki z innymi mężczyznami zawsze i wyłącznie jako ten, który penetruje drugiego. Nierzadko na tym lub innym etapie życia był żonaty lub angażował się w pozamałżeńskie stosunki z kobietami.

Uczucia nieskonsumowane w postaci stosunku, platoniczne uwielbienie urody młodego mężczyzny, wyrażane w formie różnego rodzaju sublimacji estetycznych, było przedmiotem represji wyłącznie najbardziej twardogłowych koranicznych jurystów. Nawet oni jednak nie mogli nikogo przekonać, że samo uczucie mężczyzny do innego mężczyzny, samo podziwianie jego urody jest już grzeszne, co najwyżej, że może wyrwać się spod kontroli i doprowadzić do zakazanego czynu, liwāṭ. Jednocześnie to przyzwolenie na otwartą adorację urody innego mężczyzny dawało znaczne możliwości ukrywania, że miłość ta jest konsumowana, bo po prostu rzeczy fundamentalnie zakazanej nie robiło się przy świadkach, a formy aktywności seksualnej innej niż analna penetracja zwykle rozumiane były jako znajdujące się poza owym centralnym zakazem.

Jednak dzisiaj, w Europie, gdy w jednym zdaniu padają Arabowie czy muzułmanie i homoseksualiści, obrazy, które niemal automatycznie są przed nasze oczy przywoływane, to mężczyźni zrzucani przez wojowników Państwa Islamskiego z dachów wysokich budynków czy Iran, gdzie „homoseksualizm jest karalny”. Jak to się stało, jak do tego doszło?

MiddleEasternMaleModel

Królestwa zakazów i kar

W połowie XIX wieku dominacja polityczna, militarna i ekonomiczna Zachodu przekuła się już w dominację kulturalną. El-Rouayheb wskazuje, że już egipski uczony Rifā’ah al-Ṭahṭāwī (Rifā’ah aṭ-Ṭahṭāwī), który kształcił się w Paryżu w latach 1826-31 zapowiadał ten dryf. Nie tylko odnotował on stopień dezaprobaty, z jaką Europejczycy obserwowali arabski luz w temacie wyrażania erotycznych uczuć między mężczyznami – on sam przyjął także ten europejski punkt widzenia. Uznał, że Europejczycy mają rację, ten składnik arabskiej kultury rzeczywiście jest powodem do wstydu i powinien być przedmiotem zwalczania. Kiedy tłumaczył arabską poezję erotyczną na francuski, to gdy obiektem uczucia poety lub podmiotu lirycznego był młodzieniec, podmieniał w tłumaczeniu rodzaj gramatyczny wszystkich dotyczących tego młodzieńca określeń. Jego przekłady udawały w rezultacie poezję heteroseksualną.

Elity świata muzułmańskiego i jego klasy średnie, okcydentalizujące swoją edukację, stopniowo przyjęły w drugiej połowie XIX wieku wiele z zachodniego sposobu postrzegania homoseksualności. W drugiej połowie XX wieku proces wyzwalania się społeczeństw Trzeciego Świata z kolonializmu szedł w świecie arabskim w parze z orkiestrowanymi przez instytucje państwowe projektami konstruowania nowoczesnej tożsamości narodowej zdolnej do stania na jednej płaszczyźnie z silnymi euroatlantyckimi tożsamościami narodowymi. Represja widzialności praktyk homoseksualnych była w różnym stopniu częścią tych procesów, w strukturalnym związku z represją innych fenomenów, które w tym kontekście wydawały się grozić „niemęskim”, „zniewieściałym” czy „zdemoralizowanym” wizerunkiem szukających wstępu do nowoczesności państw arabskich, jak choćby tradycja męskich tancerzy brzucha (tak, męskich tancerzy brzucha). Względnie postępowe projekty polityczne świeckich reżimów odwołujących się, jak porządek ustanowiony przez Nassera w Egipcie, nawet do wartości w pewnym stopniu lewicowych, a w każdym razie progresywnych i modernizujących, zaczęły się uginać i upadać pod presją polityczną i ekonomiczną USA, Wielkiej Brytanii i Francji. Świeckie ruchy lewicowe zostały stopniowo wyeliminowane przez siły sponsorowane przez CIA i marionetkowe reżimy wspierane przez Biały Dom. Próżnię po świeckiej lewicy i po progresywnych wizjach rozwoju zajęły ruchy islamu politycznego (też zresztą wspierane przez CIA, Pentagon i inne zachodnie ośrodki władzy). Stary zakaz liwāṭ, analnego stosunku seksualnego między mężczyznami, zlał się z przeniesionymi z Zachodu ideami dotyczącymi homoseksualizmu. Wzmocniły się one wzajemnie i zrodziły nowe jakościowo formy represji i opresji.

Ale coś stało się równocześnie po drugiej stronie. Zachód, w swoich kulturowych technologiach dyscyplinowania seksualności przeszedł od wiktoriańskiej represji do imperatywów narcystycznej rywalizacji, kolekcjonowania wrażeń i „spełniania siebie”, a także kompletnego utowarowienia seksualności, sprzedawanych samym zachodnim społeczeństwom przez ich przemysły kulturowe jako seksualne „wyzwolenie”. Zachód nigdy nie stracił jednak ideologicznej potrzeby posiadania Innego, przez różnicę wobec którego mógł się czuć lepszy i rozgrzeszony z winy brutalnej eksploatacji reszty świata. Ten sam Bliski Wschód, który dla cnotliwej hipokryzji wiktoriańskiej Europy był siedliskiem niemoralnej rozpusty i seksualnego zezwierzęcenia, dla Zachodu szczycącego się nagle swoim seksualnym „wyzwoleniem”, stał się teraz potrzebny jako otchłań zacofanych seksualnych zakazów i kar, przestrzeń, w której nie ma wolności „sypiania z kim chcesz”, w której homoseksualizm bywa karany śmiercią.

W nowych krucjatach Zachodu świat arabski i muzułmański wydają się istnieć wyłącznie w celu prześladowania kobiet i gejów, połączonych w jeden pakiet ulubionych przez Zachód ofiar prześladowań, nad których losem lubi się on pochylać, kiedy trzeba utwierdzić się we własnym liberalizmie, ale nie wtedy, kiedy toną w wodach Morza Środziemnego. Niezależnie od tego, że niektóre kraje arabskie mają bardziej liberalne przepisy w zakresie praw reprodukcyjnych kobiet niż niektóre państwa Unii Europejskiej (Polska, Irlandia, Malta), a taka np. Tunezja przyznała kobietom prawo do aborcji wcześniej niż Francja czy Niemcy. Niezależnie od tego, że Iran ajatollahów miał przez kilkadziesiąt lat fenomenalne wskaźniki dostępu kobiet do wyższego wykształcenia, a zapisy tamtejszego prawa kryminalizujące stosunki homoseksualne pozostawały martwe, bo uruchomienie postępowania obłożono takimi restrykcjami, że stało się możliwe tylko teoretycznie (oskarżenie wymaga czterech naocznych świadków stosunku – świadkowie muszą być płci męskiej i o nieposzlakowanej opinii). Ci młodzi mężczyźni, o których kiedyś czytałeś w jednej z internetowych legend o Iranie, w rzeczywistości nie zostali skazani „za to, że się kochali”, a za wspólny gwałt na dziecku.

Jednocześnie pojęcie homoseksualizmu (łączące w sobie wszystkie, nie tylko analny, stosunki seksualne między osobami tej samej płci, ale także samo pragnienie, nawet nigdy nie wyrażone, skierowane do osób tej samej płci) dorobiło się może własnego arabskiego słowa, urobionego jako kalka z języków europejskich (šuḏūḏ ǧinsī), jednak słowo to w niewielkim stopniu zdołało – pardon le mot – spenetrować pokłady kultury klas ludowych i nie przyjęło się jak dotąd na powszechnym poziomie żadnej wersji potocznego, mówionego arabskiego. W kulturze klas ludowych wiele starych rozróżnień – przede wszystkim to na aktywną i pasywną rolę w stosunku analnym, gdzie mężczyzna zawsze aktywny niczym się nie różni od mężczyzny wyłącznie heteroseksualnego – wciąż ma się dobrze.

O rzeczywistość, jej niuanse i skomplikowanie – o prawdę, mówiąc krótko – w zachodnich krucjatach w obronie muzułmańskich kobiet i gejów wcale nie chodzi. Chodzi o to, żeby zachodni telewidz nie czuł się źle, oglądając w serwisach informacyjnych bombardowane miasta w kolejnym muzułmańskim kraju, któremu zachodnie mocarstwa chcą zagrabić zasoby surowcowe, więc mówią, że chodzi o demokrację, o czadory i burki, i o gejów. Jakby bomby, spadając na ich domy, mogły ominąć kobiety i gejów i sprawiedliwie spaść tylko na głowy ich patriarchalnych oprawców. Jakby patriarchalni oprawcy nie stawali się takimi, jakby nie zapiekali się w tej roli właśnie wskutek imperialnego terroru, bezustannej presji i przemocy wywieranej na ich społeczeństwa ze strony władców świata. A wojowników Państwa Islamskiego, jak Haddad zwrócił uwagę w artykule napisanym dla serwisu The Daily Beast, homoseksualni mężczyźni interesują tylko dlatego, że ciosy skierowane w nich są ciosami we w wartości Zachodu; że ciosy skierowane w nich wstrząsną Zachodem i wywołają tam przerażenie.

Pragnienie w cieniu Imperium

Usytuowanie homoseksualnego podmiotu, homoseksualnego pragnienia, homoseksualnego ciała w stosunkach władzy nie tylko społeczeństwa, w którym najbardziej bezpośrednio są usadowione, ale także w znacznie szerszych stosunkach władzy organizujących relacje pomiędzy całymi społeczeństwami, a więc stosunkach globalnej dominacji – to jest wielki temat, z którym mierzy się Haddad. Dlatego środkową z trzech długich części, na które zamiast rozdziałów dzieli się Guapa, zatytułował Imperial Dreams. Trzy części to coś jak tryptyk w malarstwie, a w tradycyjnym tryptyku środkowy segment dominuje, przezeń przebiegają osie symetrii, w nim skupiają się perspektywy. Tutaj środkowa część opowiada wspomnienia narratora z okresu studiów na amerykańskim uniwersytecie.

Pojechał tam w nadziei, że w Ameryce uwolni się jego skrywane pragnienie, jego tłumione, ukrywane, homoseksualne ja, w domu przerażone represją patriarchalnego społeczeństwa. Ale tam wszystko się tylko skomplikowało. Osie inności, odmienności, tożsamości, pomiędzy którymi przybyszowi z Bliskiego Wschodu, homoseksualnemu czy nie, trzeba było nauczyć się lawirować, zamiast się rozpłynąć, uległy rozmnożeniu, a ich krawędzie okazały się wcale nie mniej ostre. Wśród Arabów inny, bo pragnie seksualnej bliskości innego mężczyzny, wśród Amerykanów pozostanie jednak przede wszystkim Arabem. Zwłaszcza po 11 września. Zakocha się tam tylko raz, w Sufyanie, Amerykaninie arabskiego pochodzenia, „najpiękniejszym człowieku, jakiego kiedykolwiek spotkał”, który jednak przed jego uczuciem ucieknie… w fałszywą bezpieczną przystań tożsamościowego integryzmu. Rasa, który nie znajdzie w Ameryce seksualnego wyzwolenia, na szczęście – w bibliotece, w której pracuje – odnajdzie inne niż Sufyan intelektualne oparcie: będą nim Marks, Gramsci, Chatterjee (również intelektualni przewodnicy samego Haddada).

Tytuł powieści także pochodzi gdzieś z porządku globalnych stosunków dominacji. Guapa to gejowski bar prowadzony przez lesbijkę w swego rodzaju pół-tajemnicy. Od pewnego czasu ulubione miejsce Rasy i jego najlepszego od dzieciństwa przyjaciela, Maja. Guapa znaczy ‘piękna’ – po hiszpańsku. A hiszpański to z arabskiego punktu widzenia jednocześnie jeden z języków Zachodu (Hiszpanii, jednego z dwóch pierwszych mocarstw kolonialnych, później bezlitośnie zdeklasowanej i zmarginalizowanej, ale swoją dużą kolonię w Maroku mającej jeszcze w XX wieku), ale też zarazem spoza tego Zachodu prawdziwego współczesnego centrum. Owszem, Hiszpania leży w Europie, ale nie prowadzi w Afryce Północnej ani zachodniej Azji nic podobnego do interesów anglosaskich czy francuskich. Hiszpański jest też językiem innych peryferii – Ameryki Łacińskiej. Peryferie te są jednocześnie kulturalnie integralną częścią szeroko rozumianej cywilizacji Zachodu. Peryferie te również od dawna dociskane są butem Imperium Dolara, ale mocarstwu z Północy nie udało się jednak zdławić ich tradycji popularnych ruchów postępowych, wciąż tworzących inspirujące cały świat zagłębia walki o emancypację ludzką – w tym „odmieńcow” seksualnych. Nazwa Guapa wydaje się więc wyrażać pragnienie emancypacji, świata w którym bez obaw można każdemu, kogo znajdujemy pięknym, niezależnie od jego i naszej płci, powiedzieć, że jest piękny; ale też opór przed uwiedzeniem przez fałszywe obietnice emancypacji składane przez hipokryzję uniwersalizmu Imperium.

 

Rasa, Taymour, Maj i inni

Haddad porywa czytelnika postaciami, które rozpisał tak, że na długo z czytelnikiem pozostaną. Najważniejszą z tych postaci jest oczywiście dwudziestoparoletni Rasa, który sam tutaj o sobie opowiada. Dla kontrastu ze skalą stosunków dominacji, w które wpisane jest jego skołowane homoseksualne pragnienie, „właściwa” akcja powieści toczy się w ciągu jednej doby. Dzień wschodzi ze wstydem – minionej nocy jego babcia Teta, przez dziurkę od klucza, odkryła u niego w pokoju, u niego w łóżku, jego ukochanego Taymoura, który dotąd zawsze wymykał się, zanim Teta się obudziła. Ile widziała? Unikać jej teraz czy stanąć do otwartej konfrontacji? A może próbować wmawiać starszej kobiecie, że coś jej się przyśniło, jak doradza mu jego przyjaciółka Basma? Ale to nie koniec problemów. Jego przyjaciel Maj, który był z nimi ostatniego wieczora w Guapie, zniknął, nikt nie wie, gdzie się podział. W radio mówią o najeździe policji na szemrane kino, którego mrok słynął z tego, że pozwalał wygłodniałym seksualnie mężczynom na chwilę odnaleźć nawzajem swoje ciała. Czy Maj polazł tam po wyjściu z Guapy? Jest w areszcie? Atmosfera polityczna w mieście jest na granicy wybuchu. Demokratyczne demonstracje sprzed kilku miesięcy, wyciągnięte na ulice na fali Arabskiej Wiosny, dawno przechwycili i zdominowali islamiści. Amerykańska dziennikarka potrzebuje pomocy Rasy jako tłumacza, żeby porozmawiać z ludźmi na biednych przedmieściach. Wieczorem Rasa ma iść na wesele – wydarzenie to tak nad nim ciąży, że Rasa jako narrator nie mówi nam nawet do ostatniej chwili, kto jest tym jego żeniącym się dziś przyjacielem. Jakby do ostatniej chwili starał się wyprzeć ze świadomości, co się dzisiaj stanie.

W tę akcję właściwą, rozpiętą na przestrzeni mniej-więcej dwudziestu czterech godzin, wpisane są retrospekcje, wspomnienia Rasy wybiegające aż do jego dzieciństwa. Dowiadujemy się z nich wiele o społecznym usytuowaniu jego rodziny. Niegdyś zamożna klasa średnia, wciąż trzymająca fason, ale zdeklasowana o jeden poziom (sprzedaż domu i przeprowadzka do mieszkania, wciąż jednak w dobrej dzielnicy) po śmierci ojca, który był lekarzem. Matka zniknęła z życia Rasy, choć być może została od Rasy odizolowana przez Tetę, matkę jego ojca. Jako przedstawiciel wykształconej, zokcydentalizowanej klasy średniej, Rasa zinternalizował swoje homoseksualne pożądanie jako tożsamość. Ta osamotniona tożsamość czepiała się punktów odniesienia w zachodniej kulturze masowej i wykradała przyjemności z oglądanych potajemnie w nocy filmów erotycznych na polskim (sic!) kanale satelitarnym (były „heteryckie”, ale występowali w nich piękni, nadzy mężczyźni). Swoją seksualną inicjację przeżył w wieku czternastu lat z przypadkowym, jednorazowym incydencie z młodym taksówkarzem, od którego dzielił go oczywisty dystans klasowy. Dystans, który wyrażał się także w odmiennym doświadczeniu przez nich homoseksualnego pragnienia i jego realizacji. Także w tym, jak przeżyli to konkretne wydarzenie, które ich na chwilę połączyło.

Klasowo uwikłana, tylko że odwrotnie, jest także miłość Rasy do Taymoura, skazanego na sukces, przystojnego syna bogatej, niezwykle wpływowej rodziny. Taymour musi odgrywać komedię społecznego konwenansu, jeśli nie chce oddać odziedziczonej społecznej pozycji, więc Rasa staje się jego dirty little secret. To dysproporcja ich klasowej pozycji powoduje, że Rasa tak długo obawia się i wzbrania oddać Taymourowi analnie – jakby bał się oddać mu pełnię władzy nad sobą, potwierdzić jego całkowitą społeczną przewagę.

Inne postacie Haddada również fascynują. Babka głównego bohatera, Teta, obracając dom w mauzoleum zmarłego syna, czyli ojca Rasy, stała się personifikacją patriarchalnego porządku niczym Bernarda Alba u Garcíi Lorki. De facto wypędzona przez nią matka chłopaka, która nigdy nie oduczyła się swoich młodzieńczych ideałów i nie umiała dostosować się do drobnomieszczańskiego konformizmu, osuwając się w uzależnienie od alkoholu. Przyjaciel Rasy, Maj, który swoją ostentacyjną queerness rzuca wyzwanie własnemu patriarchalnemu społeczeństwu i występuje jako drag queen, ale nieustannie poszukuje też dialektycznych strategii sprzeciwu wobec tych form imperializmu kulturalnego, które gay identity eksportują jako wehikuł neokolonialnej przewagi nad „dzikimi”, nad „wrogami zachodnich wolności”.

Wspaniała powieść, oby nie musiała długo czekać na polskie wydanie.

Jarosław Pietrzak

Saleem Haddad, Guapa, New York: Other Press, 2016.

 

Cytaty z podróżników (Włocha i Amerykanina) pochodzą z tekstów Gianniego De Martino i Jerry’ego Zarita pomieszczonych w tomie: Sexuality and Eroticism Among Males in Moslem Societies, red. Arno Schmitt, Jehoeda Sofer, New York – London – Norwood: Harrington Park Press, 1992.

Źródła, z których korzystałem, stosowały różne szkoły transkrypcji języka arabskiego (Haddad stosuje uproszczoną angielską, Schmitt i Sofer oraz El-Rouayheb dwie różne transkrypcje naukowe). Starałem się ujednolicić tę transkrypcję (za pomoc w tym dziękuję Sławomirowi Królakowi) według zasad ISO; imiona bohaterów powieści Haddada zostawiłem w formie, w jakiej są one zapisywane w Guapie.

Tekst ukazał się pierwotnie, pod tytułem Lūṭī, ẖawal, gay… w serwisie Queer.pl.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Paradoksy „gejowskiego raju”

W 1998 roku pierwsza brazylijska organizacja, która postawiła sobie za cel obronę praw i reprezentowanie interesów osób homoseksualnych, Grupo Gay da Bahia, opublikowała raport, z którego wynikało, że co trzy dni ma w Brazylii miejsce morderstwo osoby homoseksualnej. Badanie przeprowadzone przez Grupo Gay da Bahia wykazało, że kiedy ofiarą zabójstwa jest osoba homoseksualna, śledztwa szczególnie rzadko kończą się wskazaniem i skazaniem sprawcy.

Było tak mniej niż dwadzieścia lat temu.

Przed piłkarskimi Mistrzostwami Świata w 2014 roku jedną ze strategii reklamowych mających przyciągnąć do Brazylii zamożnych kibiców-turystów z całego świata było granie wizerunkiem Brazylii jako miejsca niezwykle przyjaznego osobom homoseksualnym. Brazylijczycy zachęcali sloganami, że to na na jakiś czas ostatni mundial w miejscu, w którym osoby homo- czy biseksualne, a zainteresowane piłką, są nie tylko mile widziane, ale wręcz zachęcane do jak najdłuższego pobytu.

Od 2013 roku brazylijscy geje i lesbijki mogą zawierać związki małżeńskie ze wszystkimi prawami małżeństw heteroseksualnych, włączając w to adopcję dzieci, którą legalnie dało się zresztą przeprowadzać już od 2009. Pomimo obecności w mediosferze brazylijskiej polityki indywiduów usiłujących coś ugrać kartą agresywnej homofobii (Silas Malafaia, Jair Bolsonaro, Marcos Feliciano), poznawani przeze mnie w podróży mieszkańcy Brazylii mówili mi, że ustawa przeszła bez społecznego oporu. W połączeniu z (mającymi podstawy w rzeczywistości) legendami o urodzie, fizycznej atrakcyjności i seksualnej sprawności brazylijskich mężczyzn, Brazylia dorobiła się w Europie i Ameryce Północnej opinii „gejowskiego raju”.

São Paulo, Salvador, Rio de Janeiro…

To, że w São Paulo jednopłciowe pary mężczyzn i kobiet bez strachu chodzą, trzymając się za rękę na pełnych ludzi ulicach, a miasto w 2009 gościło 4 miliony ludzi na największej paradzie Gay Pride, jaka kiedykolwiek miała na świecie miejsce, można by tłumaczyć, że to kosmopolityczna metropolia, największe „miasto globalne” Ameryki Południowej, finansowa stolica kraju i de facto kontynentu. A „miasta globalne” rządzą się swoimi prawami i wymieniają lifestyle’owe soki z obiegiem światowym podobnych kosmopolitycznych miast. Ale atmosfera daleko posuniętej swobody i przyjazności otoczenia towarzyszy osobie homoseksualnej także w innych miastach Brazylii.

Salvador, stolica stanu Bahia, jest miastem wielkim, ale niesłychanie biednym i pozbawionym dziś poza turystyką znaczącej roli globalnej (choć fascynującym kulturalnie), mimo swoich rozmiarów na różne sposoby zmarginalizowanym. W Salvadorze jednym z tradycyjnych miejsc spotkań i nawiązywania znajomości jest Farol da Barra, kolonialna latarnia morska przy plaży w dzielnicy Barra, a właściwie przestrzeń przed nią i wokół niej. Dalekie jest to jednak od pikiet z Lubiewa. W dzień jest to jeden z popularnych punktów miasta, w którym miejscowi sprzedają turystom różne pierdoły; kiedy przebywałem w mieście, stała tam też jakaś wystawa; poza tym capoeiriści regularnie zachęcają tam turystów, żeby zrobili sobie z nimi zdjęcia, za opłatą. Jest stamtąd fajny widok na zatokę Baía de Todos os Santos. Ponieważ z Salvadoru jest już całkiem niedaleko do równika, zmierzch zapada tam wcześnie, dzień i noc są przez cały rok prawie równej długości – latem (czyli naszą zimą) po siódmej jest już ciemno. Wieczór zaczyna się więc wcześnie, dla przybysza z Europy – zaskakującą wcześnie, a niektóre wieczory w tygodniu tradycyjnie przyjęły się tam jako queer.

Farol da Barra

Farol da Barra w Salvadorze w stanie Bahia

Miejsce nic jednak po tym wczesnym zmroku nie traci ze swojego otwartego, publicznego charakteru. Ci sami ludzie wciąż sprzedają piwo. Przestrzeń jest oświetlona i zachęca przechodniów do dołączenia – po drodze z plaży, do jednego z pobliskich barów, albo hoteli lub mieszkań, bo przestrzeń po drugiej stronie ulicy jest zabudowana, część okien budynków ma na nią widok. Spotykają się tu samotni w nadziei na spotkanie bratniej duszy lub ciała. Spotykają się tu starzy dobrzy znajomi, którzy siadają z piwem lub przekąską na ławce lub trawie przed Farol. Spotykają się tu młodzi kochankowie, którzy niedawno się poznali i mieszkając z rodzicami, albo nie mają w domu warunków, albo nie są gotowi na przedstawienie swojego nowego przyjaciela rodzinie, itd. Zaszywają się w zagłębieniu lub za zakrętem muru (budynek latarni można obejść, znajduje się na wzniesieniu niewielkiego cypla).

Miejsce to jest znane od tej strony, a jednak nie przestaje być otwarte dla i na przypadkowych przechodniów. Widziałem rodzinę z dwójką dzieci, która w ramach wieczornego spaceru postanowiła przejść się wokół Farol, mijając dwóch najwyżej dwudziestoletnich młodzieńców, którzy po cichu, dyskretnie uprawiali seks w zagłębieniu muru. Obeszli, nie uciekli, nie zakrywali dzieciom oczu, nie wpadli w moralna panikę. Całej tej przestrzeni pilnowało dwóch uzbrojonych po zęby policjantów w ciemnym mundurze i ciężkich, wojskowych butach – policja jest w Brazylii zmilitaryzowana. W Salvadorze policja jest w wszędzie tam, gdzie regularnie pojawiają się turyści – Farol, zabytek portugalskiej architektury, leżący nieopodal popularnej plaży i dzielnicy imprezowych knajp, jest na tej liście. Nie potrafiłem się oprzeć wrażeniu, że na miejscu tych dwóch bzykających się po cichu w zagłębieniu muru chłopców, w podobnej sytuacji w Polsce czułbym się nieswojo, bynajmniej nie bezpiecznie, gdyby tak blisko była policja. Ba, nawet na miejscu tych młodych ludzi, którzy tylko flirtowali, siedząc na trawie przed Farol.

W Salvadorze (to tam siedzibę ma wspomniana na początku Grupo Gay da Bahia) można spokojnie w mieszanym towarzystwie świeżo poznanych ludzi mówić o swojej seksualnej tożsamości, opowiedzieć o swoim chłopaku, przedstawić go. Albo inaczej – zapytać, czy ktoś zna tamtego faceta, który właśnie przyszedł, bo ci się podoba. Kiedy sam wypalisz do jakiegoś przystojniaka, a on okaże się hetero, też ci raczej wiele nie grozi, większość soteropolitanos (tak się nazywają mieszkańcy Salvadoru) uśmiechnie się raczej, uznając to za komplement. Podróżując miałem szczęście do dobrych ludzi, ale nawet z poprawką na to szczęście, trudno mi sobie wyobrazić Brazylijczyka, który dałby komuś po mordzie za to, że mu się podoba. Brazylijczycy doskonale zdają sobie sprawę, jaką sławą cieszy się na świecie ich uroda, fakt, że się fizycznie podobają, jest formą uznania, które odczuwają jako bardzo miłe pochlebstwo. To dlatego człowiek z aparatem w rękach spotyka przypadkowych przechodniów, którzy zatrzymują się przed nim, uśmiechają od ucha do ucha i proszą: Tira uma foto de mim! (‘Zrób mi zdjęcie!’)

Karnawał w Rio de Janeiro

Tira uma foto de mim! – Rio de Janeiro w czasie karnawału 2014

Stan Bahia (zwany często „Afryką Brazylii”), którego stolicą jest Salvador, charakteryzuje wyjątkowo – nawet na brazylijską normę – erotyczna, przyjazna uczuciu pożądania i wszelkim związanym z tym słabościom kultura. Reżyser Sérgio Machado, który sam jest soteropolitano, powiedział kiedyś, że Baianos są pod tym względem jak Kubańczycy. Brazylia jest bardzo zróżnicowanym krajem – zajmuje pół kontynentu i liczy ponad 200 milionów mieszkańców. Pewne jej części są bardziej konserwatywne od innych. Z konserwatyzmu słynie w Brazylii np. Recife, miasto wysokich, grodzonych apartamentowców z filmu Sąsiedzkie dźwięki Klebera Mendonçy Filho. W którym nie byłem. Znajomy francuski akademik, który tam od kilku lat mieszka i pracuje, opowiadał mi o rodzinie licytującej się na homofobicznej żarty w obecności ich homoseksualnego syna (jego kolegi), o którego orientacji doskonale wiedzieli. Ale ogólnie rzecz ujmując, w Brazylii, pomimo iż największą, dominującą instytucją religijną jest tam Kościół katolicki, można długo poruszać się w atmosferze w dziwny sposób wolnej od duszącego smrodu jego moralności seksualnej. Czasami nawet można się czuć, jakby w ogóle nie był to kraj katolicki. Nawet w starych miastach pełnych barokowych kościołów, jak Salvador właśnie.

A co dopiero Rio de Janeiro! Na plaży w Ipanemie, a więc w mieście, nie w żadnych ukrytych szuwarach, jest gejowski odcinek. Wieczorami, zwłaszcza w okresach różnych festiwali, którymi upstrzony jest brazylijski kalendarz, odbywają się otwarte, plenerowe imprezy gejowskie. W czasie karnawału takie imprezy odbywają się też na innych plażach. Przyjść tam może każdy, osoby heteroseksualne nie czują się na takich imprezach nieswojo, niektórzy przychodzą tam z dziećmi. Mnie urzekł widok ojca, który na jednej z gejowskich imprez karnawałowych na plaży w Ipanemie uczył swojego może dwunastoletniego syna tańczyć. Westchnąłem wtedy nad tym, jak zupełnie innym doświadczeniem musi być dojrzewanie w kraju, w którym możliwe jest coś takiego.

Machismo o miękkich konturach

To duży i skomplikowany kraj, więc generalizacje są obarczone sporym ryzykiem, ale bez nich nie da się też opisywać społeczeństw. Let’s give it a try then. To prawda, Brazylia, jak cała Ameryka Łacińska, jest oczywiście krainą machismo: męskości realizującej się przez swój spektakl. Jednak ta męskość i to machismo mają w Brazylii rysy specyficzne, jakby otwarte na dyskretną kolonizację przez pierwiastek kobiecy; jakby rozmywające gdzieniegdzie swoje granice, albo ustawiające je trochę inaczej. Przymykające oko na niekonsekwencje i niedopowiedzenia. Świadomie dla tych niekonsekwencji i niedopowiedzeń robiące trochę miejsca. To dlatego, pomimo całego tego machismo, brazylijską kulturę cudzoziemcy nieraz opisują jako na swój sposób bardzo „kobiecą”.

Nonszalancję i – nie bójmy się tego słowa – odwagę, z jaką także heteroseksualni brazylijscy mężczyźni przebierają się w czasie Karnawału w sukienki i spódniczki, można by zbyć specjalną dyspensą, jakiej tego rodzaju wygłupom udziela sam wynalazek Karnawału. Ale to tylko najbardziej jaskrawy przykład czegoś w brazylijskiej kulturze bardziej systemowego, sięgającego znacznie dalej. Inną tego manifestacją jest bardzo brazylijska tradycja w obrębie tamtejszej muzyki popularnej: śpiewania – przez wokalistów płci męskiej – utworów napisanych w rodzaju żeńskim, z kobiecym podmiotem lirycznym. Chyba Chico Buarque jest najbardziej z tego znany, ale rzecz jest w Brazylii na tyle pospolita, że jeden z moich przyjaciół z São Paulo opowiadał mi, że jako nastolatek uświadomił sobie, że to jest jednak dość niezwykły fenomen, dopiero gdy pojechał na wakacje do krewnych we Włoszech. Jego włoscy kuzyni przyglądali mu się ze zdumieniem w oczach, kiedy grając na gitarze, śpiewał tekst będący wyrazem uczuć kobiety.  „Co was tak dziwi?” – zapytał, sam równie zdziwiony.

Do jakiegoś stopnia bierze się to chyba paradkosalnie z ogromnej, rozbrajającej, męskiej pewności siebie, jaka z reguły charakteryzuje brazylijskich mężczyzn. W skrajnych przypadkach może się ta właściwość stawać męcząca – pamiętam pewien nieszczęsny wypad do drogiego jak diabli klubu w Leblón w Rio, w którym musiałem przez pół nocy udawać chłopaka przyjaciółki z Kanady (która jest lesbijką), bo jeden João nie chciał dać za wygraną. Ale zwykle jest ta pewność siebie raczej czarująca. Jest to przede wszystkim względna pewność własnej męskości, brak poczucia, że jest ona w stanie ciągłego zagrożenia i trzeba być w nieustannej, nerwowej defensywie. Oni na swój sposób wiedzą, że są właśnie jako mężyczyźni przedmiotem podziwu. Wiedzą, jaką się cieszą na świecie renomą jako kochankowie. I nieraz na to właśnie podrywają. Você tem que transar com um brasileiro! Do you want to have a Brazilian lover? No i mają też coś w rodzaju statusu arystokratów najpopularniejszego, gwarantującego jednoznaczne potwierdzenie normatywnej męskości, sportu drużynowego na naszej planecie.

Komfortowo usadowieni w swojej męskości, Brazylijczycy bardzo często otwierają tę męskość na praktyki, które w innych kontekstach kulturowych mogłyby dla mężczyzny oznaczać stąpanie po cienkim lodzie. Można odnieść wrażenie, że mężczyźni w Brazylii nieraz więcej czasu poświęcają dbaniu o swoje ciało i swój wygląd niż tamtejsze kobiety. Z poświęceniem budują swoje muskulatury, to jedno, ale też się opalają (na wielu plażach w Brazylii są siłownie na otwartym powietrzu, można obydwie rzeczy robić na raz), robią sobie tatuaże, często zmieniają fryzury, starannie układają sobie włosy. Mają odruchową awersję do ubierania się byle jak – nawet w warunkach pogodowych, które przez większą część roku temu przecież sprzyjają (nawet bardzo biedni Brazylijczycy bardzo dbają o to, by porządnie i estetycznie się ubierać, choć są różne lokalne warianty tego, co to konkretnie znaczy – w Rio de Janeiro ludziom zdarza się przyjść do banku w kąpielówkach). Brazylijczycy często są otwarcie sentymentalni i w ogóle nie boją się swojej uczuciowości okazywać. I uwielbiają tańczyć. Wszędzie.

Być może za sprawą tańca właśnie – tego, jak bardzo ich ciała w tańcu w tańcu między innymi się od dzieciństwa rozwijają, jak bardzo taniec jest dla nich naturalny – Brazylijczycy tak często poruszają się w ten swój sprężysty, a zarazem miękki, zaokrąglony, zmysłowy sposób. Sprawiają wrażenie, jakby cały czas uwodzili otoczenie – kobiety, mężczyzn, wszystkich wkoło. Ich muskulatury muszą w pewnych kontekstach społecznych – np. w fawelach znajdujących się między młotem przemocy gangów narkotykowych a kowadłem wcale nie lepszej przemocy Polícia Pacificadora czy Batalhão de Operações Policiais Especiais (znanego z filmu Elitarni José Padilhi) – mieć za zadanie wysyłać agresywne, asertywne komunikaty uwikłane w procesy tak brutalnej rywalizacji o wpływy, władzę i terytorium. Jednak intencja nasycania własnych ciał znaczeniami erotycznymi w interakcjach z otoczeniem jest w większości przypadków absolutnie nie do przegapienia. I zarazem nie można tego sprowadzać do narcyzmu, bo dla Brazylijczyków ich własne ciało i własne ja nie jest sednem tego, na czym są skupieni, jest środkiem, medium erotycznej, uwodzicielskiej interakcji z otoczeniem. Jest ono nakierowane na kontakt ze światem zewnętrznym.

Jeśli do powyższego dodamy właściwą brazylijskej kulturze normę akceptowanego fizycznego dystansu między ludźmi w przestrzeni publicznej i niepublicznej (bardzo bliskiego, żadnego bez mała) oraz wysoki poziom akceptacji dla gestów o dużym ładunku emocjonalnym, także między mężczynami (a uścisk Brazylijczyka to nie to samo, co flegmatyczny, przypominający zdychającego węża uścisk Anglika), otwiera to dyskretny, ale spory margines przestrzeni dla erotycznej, czy wręcz „genderowej” ambiguïté.

Jest homofobia, nie ma homofobii?…

Jak to rozumieć? Ów kontrast między Brazylią wyraźnie odczuwanego przez osobę homoseksualną przyjaznego luzu a Brazylią ze wspomnianego raportu Grupo Gay de Bahia? Brazylią homofobii zarówno obecnej w świecie społecznym, jak i zinternalizowanej przez sam podmiot odczuwajacy homoseksualne pragnienie – jak w sztuce Nelsona Rodriguesa O beijo no asfalto (‘Pocałunek na asfalcie’) z 1960 i jej ekranizacji pod tym samym tytułem w reżyserii Bruno Barreto z 1981?

Od 25 lat w Polsce byliśmy wszystkimi sposobami wdrażani do czytania rzeczywistości w kategoriach periodyzacyjnych: przed „przełomem demokratycznym” i po; w „dyktaturze” i w „demokracji”. To będzie prawdopodobnie pierwszy odruch przeciętnego polskiego „interpretatora”: Brazylia przeszła ewolucję od autorytarnej dyktatury do liberalnej demokracji i ta różnica to przeciwne krańce – punkt wyjścia i punkt dojścia – tej ewolucji. Już nawet poważne rozważenie polskiej strony tego porównania każe raczej powątpiewać w prostą, mechaniczną zależność tego rodzaju (homofobia jest dziś w Polsce większym problemem niż była w latach 90., w pierwszych latach po tzw. „przełomie”, przecząc oczekiwaniu, że liberalna demokracja „naturalnie” podąża ścieżką rosnącej tolerancji). Tym bardziej nietrafne jest mechaniczne zestawianie „przełomu demokratycznego” w państwach byłego Bloku Wschodniego z kresem wojskowych dyktatur w Ameryce Południowej. Można się spierać o stopień, do jakiego w Europie Wschodniej „zdradzono Rewolucję”, ale tamtejsze reżimy przynajmniej deklarowały lewicowe ideały, a marksizm (choć zwulgaryzowany) był ich oficjalną ideologią. W Ameryce Południowej za samo publiczne cytowanie Kapitału można było wtedy trafić do więzienia, dostać kulę w łeb na stadionie w Santiago de Chile, albo wylecieć żywcem z samolotu w wody La Platy. Opozycja między „totalitaryzmem a liberalną demokracją” wcale nie opisuje rzeczywistości ani realnych procesów historycznych.

Co jednak nie znaczy, że nic w takiej intuicji nie znajduje potwierdzenia w rzeczywistości. Okres faszystowskiej dyktatury był w Brazylii czasem silnej konserwatywnej indoktrynacji – antyegalitarnej, antyemancypacyjnej, szczególnie intensywnej w szkołach i w telewizji. Wojskowa dyktatura zakończyła się w Brazylii w 1984, a w 1988 kraj przyjął nową, demokratyczną konstytucję. Od tamtego czasu, mimo prawicowej hegemonii w mediach (wszystkie telewizje należą do prywatnych korporacji, ich polityczną jednostronność najdobitniej ujawnił coverage wszystkich kampanii wyborczych Luli da Silvy i jego lewicowej partii Partido dos Trabalhadores), rozmaite oddolne ruchy społeczne walczyły o postępowe zmiany i odnosiły w tych walkach sukcesy, skutecznie poszerzając zakres praw. Wśród nich ruchy LGBT, które wywalczyły tak postępowe zmiany prawne, że w Polsce wciąż brzmią one jak science fiction.

Brazylijczycy często będą ci jednak mówić, ile jeszcze jest w ich kraju homofobii. Zawsze, zwłaszcza w tak wielkim kraju, znajdzie się jakaś polityczna menda, która będzie usiłowała robić karierę na napuszczaniu na wybranych nosicieli jakiegoś wydumanego „moralnego zagrożenia”. Słuchając Brazylijczyków opowieści o ich własnym kraju, trzeba jednak zawsze brać poprawkę na jedno: Brazylijczycy cierpią na kompleks „dorównywania” mitycznemu Zachodowi, Ameryce Północnej i Europie, o których wyobrażenie mają często cokolwiek wyidealizowane. Ich opinia o własnym kraju jest regularnie zaniżona. Zapytaj, czy wiedzą, że najbardziej niezawodne technicznie samoloty na świecie produkuje Embraer. Albo czy wiedzą, jakiego podziwu przedmiotem jest na świecie brazylijski korpus dyplomatyczny. Albo jakie sukcesy ich kinematografia odnosi na świecie.

Druga strona medalu istnieje jednak realnie: znacznie późniejsza publikacja tej samej Grupo Gay da Bahia, z 2004, wymieniała aż 159 nazwisk zamordowanych w ciągu poprzedzającego roku mieszkańców Brazylii identyfikujących się jako LGBT. Ta i podobne listy publikowane przez GGB były poddawane krytyce. Zwykle przez prawicowe media, jednak co najmniej jeden ich argument nie był niesłuszny: homoseksualna identyfikacja ofiary nie wystarczy, by kwalifikować zbrodnię jako popełnioną z pobudek homofobicznych. Dziesiątki z tych osób okazały się ofiarami własnych homoseksualnych partnerów, w warunkach czy to „zbrodni namiętności” (z zazdrości), czy przemocy już panującej w ich związku bądź wspólnym gospodarstwie domowym.

Akty brutalnej homofobicznej przemocy jednak się zdarzają. Jest to ogromny, bardzo zróżnicowany kraj (ktoś kiedyś powiedział: „Brazylia to kontynent”), którego poszczególne stany różnią się między sobą stopniem religijności i stopniem obecności innych niż katolicyzm religii, poziomem życia i wieloma innymi wymiarami. Jest to poza tym kraj od czasów ufundowania w okresie kolonialnym jego gospodarki na niewolnictwie (Brazylia była ostatnim na Zachodniej Półkuli krajem, który je zniósł – dopiero w 1888) dręczony przepastnymi społecznymi nierównościami. Przemoc jest wybuchem frustracji powodowanych nierównościami – jak wiadomo każdemu poważnemu socjologowi, istnieje nierozerwalny związek między wskaźnikami przemocy a współczynnikiem nierówności ekonomicznych w społeczeństwie.

Obydwie twarze Brazylii na swój sposób istniały od położenia podwalin pod jej nowożytną tożsamość przez budujących swoje kolonialne imperium Portugalczyków. Portugalscy żeglarze pływający do Brazylii w XVI i XVII wieku powiadali, że „nie ma grzechu poniżej równika”. Skonfrontowani z miejscowymi społecznościami Indian Tupi czy Guarani, które niemal nie okrywały swoich ciał, przybysze z zasznurowanej po szyję ówczesnej Europy, zafiksowanej na dusznych pojęciach grzechu i winy, zainicjowali długi proces nasycania Brazylii znaczeniami związanymi ze zrozumieniem i przychylnością dla seksualnych pragnień człowieka, dla seksualnego wymiaru człowieczeństwa. Był to proces niejednoznaczny i poddawany czasem ofensywom ideologicznym Kościoła katolickiego, który jednak nigdy nie zdołal w Brazylii zdobyć monopolu na moralność i nie podbił całej ideologicznej przestrzeni kraju.

Brazylia oficjalnie odkryminalizowała stosunki homoseksualne już w 1830 roku – mieszkańcy wielu rozwiniętych liberalnych demokracji Europy musieli na to czekać jeszcze sto, sto kilkadziesiąt lat (Anglia 1967, Szkocja 1981). Nawet prawicowa dyktatura 1964-84 nie odwróciła tego stanu rzeczy, chociaż pewnie wykorzystywała seksualne sekrety lewicowych działaczy, by ich prześladować lub szantażować. Wiek dopuszczalności stosunków seksualnych jest ten sam jak wprzypadku stosunków heteroseksualnych: 14 lat. Dopuszczalny jest nawet niższy, jeśli różnica wieku między obydwiema stronami stosunku jest nieznaczna.

Ipanema_2

Rio de Janeiro w czasie karnawału

Michês w saunie

Santiago i Ricardo, których spotkałem w Rio de Janeiro niedługo po karnawale, pracowali jako michês. Santiago tylko chwilowo, żeby zarobić na powrót do Salvadoru w stanie Bahia, z jakąś odłożoną na zapas sumą. Ricardo pracował tak w miarę regularnie, trzy dni w tygodniu, na pełny etat pracując jako ochroniarz w centrum handlowym. Santiago i Ricardo w gejowskiej saunie Clube 117 nieopodal stacji metra Glória i konsulatu Szwajcarii, sprzedawali seks innym mężczyznom. Miejsce jest podobno bardzo popularne wśród odwiedzających Rio turystów, ale też wśród zamożnych cariocas. W osobach michês, w ich społecznej roli skupiają się paradoksy brazylijskiej „ekonomii homoseksualnego pragnienia”.

Santiago nie dał się postrzegać jako wykorzystywana przez kogokolwiek ofiara. Wydawał się trzymać wszystko pod kontrolą. Bardzo aktywnie podrywał klientów, zagadywał do nich (tylko po portugalsku, ale nieznajomość angielskiego w ogóle nie onieśmielała go w podrywaniu gringos). Chyba nie miał z tym podrywem problemu, bo jest z niego kawał przystojnego skurczybyka. 26 lat, wysoki, biały, ale opalony, hiszpańskie rysy twarzy (po matce stamtąd właśnie), bujne czarne loki spadające lśniącymi kaskadami po obydwu stronach twarzy. Chętnie się zgadzał, gdy oferowali mu coś do picia. Szybko dążył do ustalenia, czy jest przedmiotem pożądania, by kilka zdań później zapytać: você queres fazer sexo comigo?. Nie akceptował targowania się poniżej swojej minimalnej stawki (120 reais, powyżej tamtejszej średniej) i brał tylko klientów pasywnych. Zapytany o własną tożsamość seksualną i seksualne preferencje w życiu prywatnym, nie miał wątpliwości, że jest całkowicie hetero i że pociągają go tylko kobiety. Prawdopodobnie nie kłamie. Erekcję potrzebną, żeby spenetrować klienta, uzyskać i utrzymać pomagały mu umieszczone w prywatnych pokoikach, w których michês zamykają się ze swoimi klientami, telewizory nieprzerwanie wyświetlające filmy pornograficzne – były to filmy hetero. Z tego, co mi powiedział Santiago, prawdopodobnie większość michês w Clube 117 jest raczej hetero, te filmy są tam wszędzie udostępnione, żeby im pomóc sprostać zadaniu.

Nie powinniśmy się spieszyć ze zbyt rychłym i odruchowym dla nas podejrzeniem, że Santiago „wypiera” własne homoseksualne pragnienie; że nie przyznaje się do niego albo przed rozmówcą, albo przed samym sobą. Nawet nie chciał z klientami osiągać własnego zaspokojenia, z rozmysłem „nie kończył”, żeby pozostać „w stanie gotowości”. Chciał do wyjazdu z Rio zarobić jak najwięcej pieniędzy, liczył więc na obsłużenie każdego dnia kilku mężczyzn. Chyba czerpał z tego przyjemność, ale bardziej narcystyczną niż stricte seksualną. Ze sposobu, w jaki mówił do nich i o nich dało się wyczytać, że była to przyjemność świadomości, że jest przedmiotem pożądania także ze strony mężczyzn, nad którymi, jako nad „pasywami”, on miał w tych spotkaniach pozycję dominującą. Że miał ich pod swoją kontrolą, że był „władcą ich rozkoszy”, któremu gotowi byli za jego zdolność dawania rozkoszy płacić. Ponieważ był zawsze stroną insertywną, paradoksalnie utwierdzało go to w jego normatywnej, heteroseksualnej męskości.

(Choć większość michês w tej saunie deklaruje, że jest zdecydowanie aktywna, niewykluczone, że część z nich godzi się też na przyjęcie drugiej roli pod warunkiem, że zostanie to „tajemnicą” między klientem a michê.)

torso

Ricardo miał 23 lata. Jest równie jak Santiago wysoki i postawny. Jest pardo – tak w Brazylii określa się ludzi o brązowym, ale nie „czarnym” kolorze skóry, mieszanego etnicznego pochodzenia. Carioca – pochodzi z Rio i tam zawsze mieszkał. Podobnie jak Santiago, powiedział mi (po portugalsku – on też nie mówi słowa po angielsku), z szerokim i pewnym siebie uśmiechem, że poza tym miejscem i poza seksem zarobkowym, pociągają go kobiety i tylko z nimi sypia. Ricardo jednak najwyraźniej świetnie się tam bawił, czuł się jak ryba w wodzie. Sam chodził po saunie i po jej barze, wypatrując wolnych klientów, którzy mu się wydawali sympatyczni i przyjemni fizycznie, i do takich zagadywał. Podobnie jak Santiago, szukał pasywów. Wyraźnie ich lubił i rozmowy z nimi go bawiły. Po wyświadczeniu usługi, odbierając w szatni pieniądze, Ricardo miał w zwyczaju dawać klientowi pocałunek na pożegnanie i chętnie udostępniał swój numer telefonu. Po czym szedł rozglądać się za następnym. Powiedział mi, że w ciągu jednego dnia obsługiwał tam zwykle dwóch-trzech mężczyzn. Pękał z dumy, że nie raz dostawał więcej niż przed samym aktem uzgodnili. Cieszył się nie tylko z większej niż spodziewana sumy. To był gest wdzięczności za doświadczoną dzięki Ricardo rozkosz, wyraz uznania, że była ponadprzeciętna, nadspodziewana. W potwierdzonej tymi gestami rozkoszy po ich stronie Ricardo otrzymywał uznanie dla swojej sprawności jako kochanka, dla swojej sprawności jako mężczyzny.

Trudno było się oprzeć wrażeniu, że dorabianie sobie tam otwierało przed nim możliwość dodatkowego wyżycia się z energii, której wydawał się mieć w nadmiarze, „sprawdzenia się”, i seksualnych eksperymentów, których chciał spróbować, nie ryzykując utraty wizerunku jako „prawdziwego” mężczyzny w rodzinie, wśród znajomych, sąsiadów i kolegów z pracy. Sauna jest miejscem na tyle „osobnym”, dyskretnym, oddzielonym od „oficjalnego” społecznego świata, że tylko wtajemniczeni, bezpośrednio zainteresowani wiedzą, co dokładnie tam się dzieje, kto tam bywa, jeżeli nie w ogóle o samym jej istnieniu. Było to dla niego jak uczestnictwo w karnawale, w którym człowiek zachowuje się inaczej, a nawet wbrew regułom obowiązującym wszystkich na codzień, i jednocześnie bez skutków, konsekwencji w „normalnej” części życia.

Prostytucja jako instytucja

Michês są w brazylijskim imaginarium seksualnym  jakby przeciwieństwem travestis, chociaż jedni i drudzy stanowią personel brazylijskiego świata homoseksualnych usług seksualnych, stanowią jego dwie podstawowe grupy. O ile travestis są do przesady sfeminizowani i odgrywają swego rodzaju komedię kobiecości, jej symulację podkreślającą swój „sztuczny” charakter, o tyle michês odgrywają spektakl swojej zhiperbolizowanej męskości. Ich rola opiera się na podkreśleniu, maksymalnym uwypukleniu i rozegraniu, wręcz przesadzaniu rysów „tradycyjnej”, normatywnej męskości. Nawet jeżeli spektakl ten odgrywany jest dla nienormatywnego, męskiego, homoseksualnego widza i konsumenta/klienta. Większość michês stanowią młodzi mężczyźni z niższych klas społecznych, ich ciała znajdują się na skali między „wysportowane” a „bardzo muskularne”. Brazylijscy mężczyźni, wychowani w słońcu i nierzadko gdzieś w pobliżu ciągnących się w tym kraju tysiącami kilometrów plaż, dorastają wdrażani w sposoby, jak czynić spektakl ze swojego muskularnego ciała, jak czynić je przedmiotem podziwu otoczenia.

W klasycznej na swój sposób (bo pionierskiej) książce z 1999, Men Who Sell Sex pod redakcją Petera Aggletona, pomieszczony jest esej Patricka Larviego Natural Born Targets[1]. Wygląda na to, że od czasu badań, na których opierał się tamten tekst, różne rzeczy uległy zmianom. Autor nie wspomina o saunach, które pewnie były wtedy większą rzadkością (dziś są chyba w każdym dużym mieście i immanentną częścią ich kultury jest obecność mężczyzn oferujących na miejscu swoje usługi seksualne), kiedy mowa o michês, pisząc niemal wyłącznie o pracy dosłownie na ulicy (np. na Avenida Atlântica w Copacabanie w Rio de Janeiro i wokół dworca Central do Brasil tamże). Można odnieść wrażenie, że znaczenie miejsc takich jak sauny wzrosło, być może wraz z upowszechnieniem się i destygmatyzacją lokali przeznaczonych dla gejowskiej klienteli i rozwojem „tęczowej” turystyki z Ameryki Pn. i Europy. Ale oferuje on (ów esej Larviego) mnóstwo informacji i interpretacje, które pozwalają pewne rzeczy lepiej zrozumieć. Np. to, jak homoseksualna prostytucja narodziła się w Brazylii jako „instytucja” socjalizująca formy aktywności seksualnej stygmatyzowane i niemile widziane poza ukrytymi z dala od oficjalnego życia społecznego ramami tej instytucji.

W złożonym społeczeństwie, rozdartym nierównościami o kosmicznych proporcjach, dobrze ekonomicznie sytuowani mężczyźni, w obawie przed ryzykowaniem tej pozycji (ostracyzm ze strony rodziny przekłada się na dostęp do rodzinnego majątku i stanowisk w rodzinnych biznesach, prestiżowe pozycje zawodowe wiążą się z podatnością na kryzysy wizerunkowe, itd.) znajdowali w korzystaniu z usług michês i travestis bezpieczną niszę, w której mogli spełnić trochę ze swoich ukrywanych pragnień. Mężczyźni z niższych klas społecznych, często przybysze spoza miasta lub młodzieńcy z faweli na jego obrzeżach, znajdowali nierzadko w tej instytucji furtkę dla własnej seksualnej ciekawości, w ich normalnym społecznym środowisku blokowanej wysoko ustawioną poprzeczką normatywnej męskości (będącej m. in. strategią przetrwania w brutalnym nierzadko otoczeniu). Obok tych, którzy na ulicę trafiali wskutek odrzucenia przez rodziny, które nie zaakceptowały ich odmienności. Instytucja prostytucji w społeczeństwie o takiej skali ekonomicznych nierówności oferowała też możliwość nieraz bardzo trudnego do zrealizowania seksualnego spotkania z mężczyznami spoza własnego społecznego kręgu, spoza własnej klasy, innego koloru skóry, z całą podniecającą egzotyką, jaka może temu towarzyszyć.

Gest zapłaty stał się w tym wszystkim więcej niż tylko transakcją za usługę – rytuałem pełniącym co najmniej podwójną funkcję. Nabywcy usługi gwarantowała zachowanie klasowego dystansu, dowodziła, że pomimo intymnego charakteru kontaktu z michê czy travesti, kontakt ten jest zamknięty w czasoprzestrzennej kapsule tego wydarzenia, zapieczętowanej transakcją zapłaty. Klient czuje się upewniony, że nie staje się częścią milieu reprezentowanego przez tego, który wyświadczył usługę; klient czuje się zabezpiecznony przed wypadnięciem z własnego społecznego świata i wpadnięciem w tamten. Sprzedającemu usługę, zwłaszcza w przypadku michês, którzy przywiązują wagę do utrzymania swojego symbolicznego statusu „prawdziwego mężczyzny”, rytuał przyjęcia zapłaty służy za gwarancję zabezpieczającą utrzymanie tego statusu. Jeżeli nie przed sobą, to przed innymi, będzie mógł z czystym sumieniem powiedzieć, że robił to dla pieniędzy, a nie dla spełnienia własnego pragnienia. A sam fakt, że za fizyczny kontakt z jego ciałem i za tego ciała seksualną sprawność oferowana jest zapłata, staje się symbolicznym potwierdzeniem męskości.

Jest wiele kontrastów między rzeczywistością opisaną w eseju Jarviego a tym, jak Brazylia jawi się dziś, zwłaszcza przybyszowi z zewnątrz. Np. ankietowani w cytowanych przez niego badaniach michês, skazani na niepewny los poszukiwaczy klientów na ulicy, przyznawali się często, że od tygodnia nie mieli żadnej programa (w wolnym tłumaczeniu: ‘numerku’). Obsługujący dwóch-trzech mężczyzn trzy-cztery razy w tygodniu Ricardo znajduje się więc w z gruntu odmiennej sytuacji. Nie każdy michê w każdej saunie ma takie powodzenie jak Ricardo – w Clube 117 bywa ich tam kilkudziesięciu na raz i na pewno nie każdy z nich czuje się tam tak bardzo jak on w swoim żywiole i nie każdy ma same udane dni. Ale na pewno nie wszyscy mężczyni, którzy kiedyś snuliby się w świetle księżyca po Avenida Atlântica albo wokół dworca Central do Brasil trafili do gejowskich saun. Wysyp takich saun (w których świadczący seksualne usługi mężczyźni są stałym personelem), jaki miał miejsce w liberalnej Brazylii na przetrzeni ostatniego ćwierćwiecza wytworzył prawdopodobnie swego rodzaju elitę michês, ktorzy mają do tych lokali dojście i przekraczają rozmaite „progi dostępu” do nich jako do rynków. Bo stojąca tam nieraz długa galeria młodych michês oferujących swoje potencjalne programas potrafi się składać z młodych mężczyzn ponadprzeciętnie atrakcyjnych nawet na wysokie brazylijskie standardy.

„Idee nie na swoich miejscach”

Żeby zrozumieć paradoksy, w jakie uwikłane jest w Brazylii homoseksualne pragnienie, żeby je jakoś uporządkować, warto mieć w pamięci klasyczny esej najwybitniejszego brazylijskiego krytyka kultury Roberto Schwarza, As idéias fora do lugar, na świecie znany także pod tytułem wpływowego angielskiego tłumaczenia, Misplaced Ideas[2]. Jego główna teza, powracająca i rozwijana przez autora i gdzie indziej, jest taka, że Brazylia jest kulturą, w której ukształtowaniu ogromną rolę odegrał proces importu ideologii pochodzenia europejskiego, które od początku nie pasowały do brazylijskiej rzeczywistości społecznej, jak liberalizm przemysłowej angielskiej burżuazji do kraju bez przemysłu, dostarczającego surowców aż do końca lat 80. XIX wydzieranych naturze niewolniczą siłą roboczą. Idee i ich bardziej złożone systemy trafiały więc na różne „niewłaściwe miejsca”, niczym kwiatki przy kożuchu, ale też nigdy nie pokryły ani nie uporządkowały całości społecznej rzeczywistości Brazylii, do której opisu od samego początku nigdy nie służyły.

Pracujący w Rio de Janeiro amerykański antropolog Richard G. Parker pisząc o kulturze seksualnej współczesnej Brazylii[3], podkreśla współistnienie kilku różnych „systemów ideologicznych” oferujących Brazyliczykom współrzędne dla rozumienia, przeżywania i socjalizowania swojej seksualności. Ideologia tradycyjnych ról płciowych, katolicka ideologia grzechu, ale też elementy dziedzictwa afrykańskiego wszędzie tam, gdzie żywe są kulty będące brazylijskimi transformacjami religii afrykańskich, ideologia intensywnego, wszechobecnego erotyzmu, nowoczesne dyskursy higieny i zdrowia społecznego (z których pochodzi zarówno nowoczesna homofobia, jak i koncepcja homoseksualizmu jako tożsamości), wreszcie współczesne dyskursy emancypacji. Każda z nich pokrywa tylko część brazylijskiej rzeczywistości społecznej, niekompletnie, często współistniejąc z innymi, nakładając się, pozostawiając luki i szczeliny. Jednostce nierzadko daje to możliwość nawigowania między tymi zestawami współrzędnych, dystansowania się od nich lub przenoszenia się z jednego do drugiego na różnych etapach życia lub w różnych społecznych rolach odgrywanych równolegle.

Tym bardziej, że w Brazylii jest jeszcze jeden zespół takich ideologicznych współrzędnych, bynajmniej nie na marginesie tamtejszej kultury: karnawalizacja rzeczywistości. W brazylijskiej kulturze Karnawał oferuje powszechnie dostępną furtkę dla całego wachlarza wolnych od sankcji społecznej transgresji, przede wszystkim tych, które odnoszą się do płci i seksualności. A Karnawał w Brazylii nie kończy się na Karnawale kalendarzowym. Karnawał to jest „szablon”, który w Brazylii reprodukuje się na różną skalę poza formalnymi granicami Karnawału sensu stricto. Jest swego rodzaju matrycą zachowań rozproszonych w czasie i przestrzeni daleko poza nim, czymś, co zawsze może eksplodować, czymś, co w niektórych miejscach, jak w dzielnicy Rio de Janeiro, Lapa, trwać może w zasadzie cały rok. Jak bohater filmu Karima Aïnouza Madame Satã (2002), jednego z najwybitniejszych brazylijskich filmów XXI w. (postać autentyczna), jednostka może stać się swego rodzaju stałym nosicielem samej idei karnawału, indywidualną inkarnacją czy awatarem karnawału permanentnego.

Jarosław Pietrzak

Przypisy

[1] Patrick Larvie, Natural Born Targets: Male Hustlers and AIDS Prevention in Urban Brazil, [w:] Men Who Sell Sex: International Perspectives on Male Prostitution and AIDS, red. Peter Aggleton, London: UCL Press, 1999, s. 159-178.

[2] Roberto Schwarz, As idéias fora do lugar, „Estudos Cebrap”, 3, 1973. Przekład ang.: Misplaced Ideas: Literature and Society in Late Nineteenth-Century Brazil, tłum. Edmund Leites i Roberto Schwarz, [w:] R. Schwarz, Misplaced Ideas: Essays on Brazilian Culture, red. John Gledson, London – New York: Verso, 1992, s. 19-32.

[3] Richard G. Parker, Bodies, Pleasures, and Passions: Sexual Culture in Contemporary Brazil, Boston: Beacon Press, 1991.

Więcej o Brazylii w Notesie brazylijskim. Pobierając go, pomożesz mi utrzymać tę stronę.

Możesz też polubić mnie na Facebooku, lub śledzić mnie na Twitterze

KuBar w Londynie

Kino gejowskiego reakcjonizmu

(Polemika z Piotrem Kletowskim)

Nie podzielam niestety zachwytu Piotra Kletowskiego filmową ekranizacją Lubiewa Michała Witkowskiego. Podobnie zresztą, jak nie przyłączyłem się nigdy do peanów nad samą powieścią, a już na pewno nie jako wydarzeniem kulturalnym o szczególnym potencjale emancypacyjnym.

Zgadzam się z Kletowskim, że film jest świetnie zrobiony i brawurowo zagrany (a trzy role samego Witkowskiego są naprawdę swego rodzaju perełkami). Oczywiście po dwóch dekadach artystycznej (i nawet rzemieślniczej) nędzy polskiego kina już samo to jakoś tam musi cieszyć.

Ponieważ scenariusz filmu napisał sam autor powieści, ekranizacja podziela z pierwowzorem tak językową błyskotliwość oryginału (w dialogach), jak i wszystkie polityczne i intelektualne słabości legendarnej już książki.

Na powierzchownym poziomie analizy Lubiewo – tak powieść, jak i teraz film – jawi się jako emancypacyjna przez samo wprowadzenie gejów (choć tutaj raczej „ciot”, jako bytów pre-gejowskich, przedtożsamościowych) do mniej lub bardziej mainstreamowego obiegu polskiej kultury (w końcu – ile powstało u nas filmów „gejowskich”?). Problem polega jednak na tym, że nie każda „obecność” w dyskursie i w tekstach kultury jest równoznaczna, czy choćby przekłada się jakoś na emancypację grup zmarginalizowanych. Wystarczy – toutes proportions gardées – rzucić okiem na obecność muzułmanów w kinie hollywoodzkim po ogłoszeniu nowej doktryny bezpieczeństwa USA. Kiedy w skład koalicji rządzącej wchodziła Liga Polskich Rodzin, a Prawo i Sprawiedliwość Jarosława Kaczyńskiego ścigało się z nią na obyczajowy konserwatyzm, największym problemem gejów nie było to, że się o gejach nie mówiło, a właśnie to, że się o gejach (i co się o nich, i po co) mówiło.

LPR przywołałem także dlatego, że zawsze mi się wydawało, że tylko aura dzieła gejowskiego powstrzymała Romana Giertycha przed sięgnięciem po tę „zboczoną” literaturę; a gdyby po nią jednak sięgnął, nie omieszkałby za swojej kadencji wpisać tej pozycji na listę lektur obowiązkowych dla klas gimnazjalnych. Homoseksualiści w Lubiewie (w filmie jest identycznie) są bowiem dokładnie tacy, jak ich sobie zawsze wyobrażał Roman Giertych, a kto wie, czy nie dopowiadają mu paru rzeczy, których by sam nie wymyślił. Są do bólu przegięci, mówią o sobie w rodzaju żeńskim i zwracają się do siebie nawzajem żeńskimi ksywkami lub żeńskimi odpowiednikami swoich imion (Michaśka, itd.). Stosunki seksualne odbywają z przypadkowymi ludźmi w latrynach i każdy z nich marzy o tym (i podejmuje odpowiednie działania), żeby przelecieć „luja”, czyli zgwałcić, wykorzystać seksualnie heteryka. Gdyby Lubiewo było lekturą obowiązkową dla każdego czternastoletniego, wciąż jeszcze niepewnego siebie i pragnącego udowodnić, że naprawdę jest mężczyzną chłopca, konserwatywna prawica mogłaby wyhodować całe pokolenia klinicznych homofobów. Zza kart tej powieści Roman Giertych mógłby straszyć każdego chłopca, by nie zadawał się z kolegą, który jest bardziej wiotki niż inni chłopcy, ma mniej donośny głos, nie sika tak daleko, albo w ogóle nie chce rywalizować na długość siku, bo zostanie zgwałcony i tak sam też zostanie ciotą.

Powieść Witkowskiego, jak słusznie zauważyły Ewa Mazierska i Ewa Majewska, jest utworem w gruncie rzeczy homofobicznym, a nie emancypacyjnym. Problem polega na tym, że tak w powieści, jak i w jej adaptacji filmowej, podlanie tego wszystkiego postmodernistycznym sosem ironii, zwiodło ogromną część publiczności co do intencji tekstu. Za sprawą tej ironii sądzi się np., że to takie oczko puszczane, by obśmiać stereotypy. Tymczasem jest to oczko puszczane, by właśnie tym skuteczniej przeszmuglować zupełnie reakcyjną treść, a nawet – dość explicite – tęsknotę za światem, w którym nieprawomyślne pragnienie seksualne porusza się tylko rynsztokami narzuconymi mu przez jego wykluczenie. Co więcej, zarówno powieść, jak i film, przenika ton klasowej pogardy – ludzi oceniania się tu (i obśmiewa) pod kątem tego, co noszą na sobie i co mają w domu, i czy aby np. gadżet, którym dysponują, nie jest za fajny dla kogoś takiego.

Reakcyjne podłoże Lubiewa wylewa się w pewnym momencie na samą powierzchnię filmu, gdy bohaterowie snują jedną ze swoich finałowych fantazji erotycznych, która jednocześnie jest także fantazją o charakterze klasowym i wręcz antynowoczesnym. Roi im się bowiem dworek szlachecki gdzieś na polskiej wsi, gdzieś chyba w XVIII wieku. Jakże by inaczej, wyobrażają sobie siebie na pozycji posiadających takie dworki ziemian, którzy w warunkach zrefeudalizowanej polskiej wsi mają wystarczającą władzę, by wykorzystać seksualnie skazanego na pracę u nich parobka. Jednocześnie mogą samych siebie rozgrzeszyć pozorując to wszystko na bez mała niewinny flirt, a przynajmniej ładną, choć figlarną, scenkę rodzajową na tle biało-błękitnej porcelany pokrywającej płytkami ściany łazienki. Jedyna emancypacja, o jakiej marzą bohaterowie, to własna władza nad innymi, gwarantowana pozycją klasową wolność wykorzystywania innych ludzi, którzy w warunkach wolnych od opresji ekonomicznej nigdy by nie byli tym zainteresowani. Co ciekawe i znamienne, jest to też jedyna w filmie scena erotyczna przedstawiająca stosunek seksualny inaczej niż jako coś brudnego, obskurnego i rynsztokowego.

Oto „emancypacyjna” perspektywa Lubiewa w całej swej okazałości. Nie da się z niej wyczytać żadnego pozytywnego projektu lepszego świata, jedynie alternatywę między akceptacją brudnego marginesu narzuconego przez wykluczenie i tęsknotą za stosunkami neofeudalnymi, w których prawo do ekspresji i przyjemności seksualnej jest przywilejem klasowym bądź stanowym, niemożliwym bez krzywdy innych ludzi, która przechodzi jednak niezauważona, bo są oni tylko obiektem igraszki, przyjemnym przerywnikiem. Niestety, filmowe Lubiewo, podobnie jak literacki pierwowzór, nie stawia tej kwestii jako problemu, z którym się trzeba zmierzyć, lub go przynajmniej zdemaskować. Ono się tą nic niewartą alternatywą bezkrytycznie delektuje.

Jarosław Pietrzak


Tekst ukazał się pierwotnie w piśmie Ha!art, nr 32 (3/2010), jako polemika z recenzją Piotra Kletowskiego z nieistniejącej ekranizacji Lubiewa Michała Witkowskiego, w ramach serii tekstów, w których grupa autorów zwiazanych z think tankiem Restart snuła refleksje o polskich filmach, ktorych nie było (ponieważ powstające wtedy polskie filmy dawały niewiele okazji do dyskusji na jako takim intelektualnym poziomie).

Demonstracja solidarności z Palestyńczykami, Londyn 19 lipca 2014

Gejem wymazać okupację

To w czasie pierwszej Intifady (1987-1993) Izrael systematycznie włączył „kwestię gejowską” do operacyjnego instrumentarium okupacji i przemocy, z którą uderzał w Palestyńczyków. Homoseksualizm był jedną z tych „słabości”, które izraelski aparat opresji tropił wśród Palestyńczyków, by szantażem łamać ich, gdy byli przesłuchiwani, a także rekrutować jako informatorów Shin Bet i innych służb, grożąc im, że jeśli się nie zgodzą (a potem: jeśli strzeli im do głowy przerwać współpracę), to ich „brudny sekret” wyjdzie na jaw w ich lokalnych środowiskach. Praktyka ta, jak pisze Haneen Maikey w swoim eseju w wydanej w zeszłym roku przez Verso książce The Case for Sanctions Against Israel, odegrała kluczową rolę w wytworzeniu wśród Palestyńczyków stereotypu homoseksualisty jako zdrajcy swojej kultury i kolaboranta.

Było to jeszcze zanim Izrael dokonał redefinicji swojego międzynarodowego wizerunku, z emfazą, jaką w nim dziś kładzie na swoją gay-friendliness. A także zanim polityka tożsamości izraelskich gejów dokonała integracji z kolonialnym, rasistowskim projektem Państwa Izrael (Izrael jest prekursorerm tego, co Jasbir Puar nazywa homonacjonalizmem). W momencie gdy wybuchła pierwsza Intifada, pochodzący z Rosji nowojorski magnat gejowskiej pornografii, Michael Lucas (Andriej Trejwas), nie jeździł jeszcze do Izraela, żeby dostać tamtejszy paszport i na gruzach palestyńskiej wioski kręcić sceny pornograficznego filmu celebrującego jurne ciała młodych, izraelskich Żydów. Aktywność homoseksualna była wtedy jeszcze w Izraelu penalizowana. Pozostałe po Brytyjczykach przepisy „przeciwko sodomii”, zrządzeniem ponurej ironii historii, zniesione zostały właśnie w okresie trwania pierwszej Intifady. Inżynieria społeczna „produkcji homofobii” wśród Palestyńczyków przez okupujące ich mocarstwo wyprzedziła więc późniejsze przemalowanie się Izraela na różowo, założenie przezeń tęczowych majtek i wykorzystywanie tamtej homofobii jako jednego z „dowodów” cywilizacyjnej i politycznej niższości ofiar okupacji.

Takich szczegółów bardzo lubią nie znać wszyscy ci liberałowie, „postępowcy” i islamofobi (zbiory niekoniecznie różne), którzy sobie zawsze pokiwają głową i pocykają językiem na widok dziecinnych lewicowych krytyków Izraela solidaryzujących się z Palestyńczykami. „Ciekawe, czy byś mógł być gejem wśród tych swoich Palestyńczyków?”, „Ciekawe, co by tam spotkało twoich znajomych gejów i feministki?”, itd.

Izraelski film Alata Michaela Mayera – tytuł oznacza mniej więcej ‘mrok’, w międzynarodowej dystrybucji pod angielskim tytułem Out in the Dark (w Polsce jako W mroku) – zajawkami zapowiadającymi jego wejście na ekrany kin w Wielkiej Brytanii budził nawet pewne nadzieje, że może podejmie coś z tego problemu w sposób w miarę krytyczny. Młody, homoseksualny Palestyńczyk Nimr (Nicholas Jacob), studiujący w Tel Awiwie, zakochany w młodym, trochę naiwnym, blondwłosym, izraelskim prawniku o imieniu Roy (Michael Aloni), pada tu bowiem ofiarą izraelskiego wywiadu wewnętrznego usiłującego za pomocą szantażu wydobywać z niego informacje na temat zaangażowania politycznego („terrorystycznego”) jego starszego brata. Presja jest silna: jeden z przyjaciół Nimra zostaje zamordowany, gdy po zerwaniu kolaboracji z Shin Bet jego funkcjonariusze rozpuścili w jego stronach informacje o aktywności seksualnej z mężczyznami w Izraelu. Zostaje on zresztą zamordowany m.in. przez starszego brata, Nimra.

Kiedy przychodzi więc do samego filmu, szybko widzimy, że oto trafiliśmy do znajomej scenerii, której zasadnicze współrzędne wyznaczył klasyk gatunku integracji gejowskiej tożsamości z izraelskim projektem nacjonalistycznym pod przykrywką wartości „liberalnych”: Eytan Fox. Mayer dąży tutaj do przechwycenia nierzadko dobrych intencji widza, angażującego swoją empatię dla chłopaka, który jest wyraźnie osaczony przez dwa reżimy opresji: aparat państwowej przemocy Izraela z jednej oraz tradycyjne wyobrażenia o moralności seksualnej swoich rodaków i krewnych z drugiej strony. Wystarczy jednak przyjrzeć się uważniej, jak Mayer rozkłada po całości akcenty i akcenciki, by zacząć rekonstruować złą sprawę, na służbę której – w przebraniu „odważnego gejowskiego melodramatu” – jest ostatecznie zaciągnięta jego opowieść.

Wszystko jest tu skonstruowane tak, jakby istniał znak równości między opresją okupującego mocarstwa kolonialnego a wtórną, odgrzaną opresją kulturową, w którą tamta opresja okupującego mocarstwa wepchnęła swoje ofiary. W pewnym sensie opresja wepchniętej we wtórny konserwatyzm kultury palestyńskiej może być tu nawet odczytywana jako większa niż opresja egzekwowana przez bezwzględne mocarstwo okupacyjne, bo ostatecznie tylko Palestyńczycy kogoś w filmie własnoręcznie zabijają; Izraelczycy jedynie ścigają, tropią, knują, grożą, mieszają w papierach i wysyłają kompromitujące MMSy. Na koniec, żeby nie było już żadnych wątpliwości, to Żyd Roy okazuje się bardziej tragiczną i heroiczną stroną tego romansu. Arabowi Nimrowi udaje się, wyłącznie dzięki Royowi, uciec z krainy wiecznego konfliktu. Państwo Żydowskie, rozjuszone i ocierające się o (zrozumiałą, a jakże, bo „egzystencjalne zagrożenie” itd.) paranoję z powodu tych wszystkich wypełnionych bronią piwnic w Ramallah, wcielone tutaj w funkcjonariuszy Shin Bet, może i czasem traci północ na etycznym kompasie. Moralna siła żydowskiej strony konfliktu znajduje jednak w końcu w Royu potwierdzenie, którego domaga się ukryty jedynie pod werniksem liberalizmu żydowski rasizm.

Zdumiewająco nieskomplikowane jest nawigowanie Nimra między Tel Awiwem a Zachodnim Brzegiem; jakiekolwiek trudności z tym związane są tu problemem raczej „papierkowym” – uzyskania lub utraty pozwoleń, o których widz informowany jest z ust protagonistów. Materialne, fizyczne przeszkody definiujące ponurą przestrzeń późnonowoczesnej kolonialnej antyutopii, z którymi Palestyńczycy zmagają się na co dzień, podróżując nawet między sąsiednimi miejscowościami wewnątrz Autonomii Palestyńskiej, mur i checkpointy, które kosztują ich nieraz kilka godzin codziennie kradzionych im z życia – pomijane są zręcznymi, narracyjnymi elipsami. Raz tylko mowa o tym, że Nimr musi się przedrzeć na stronę izraelską przez wskazany przez brata tunel. Cały konflikt pokazany jest właśnie w taki sposób: by rozmazać – a gdzie się da, całkowicie wymazać – jego istotę i sedno, to znaczy izraelską okupację Palestyny. A przecież nie mówimy tu o dwóch sąsiadujących krajach, które się „nie lubią” z jakichś powodów, których już nikt do końca nie pamięta. Mówimy o dwóch stronach, z których jedna ma jak najbardziej współcześnie bezwzględną władzę nad drugą, jej żołnierze dla zabawy celują w dzieci drugiej strony i – kiedy akurat nie zrzucają bomb na szkoły i szpitale – chwalą się tym na Instagramie.

U Mayera przemoc jest owocem narastającego niezrozumienia między dwiema „od pokoleń” skonfliktowanymi stronami. A nie, na ten przykład, na odwrót: niezrozumienie skutkiem od pokoleń stosowanej bez ceregieli przemocy okupanta. Na ekranie nie ma śladu po tym, że jedna strona ukradła i wciąż kradnie drugiej materialne podstawy jej egzystencji, coraz mocniej zaciskając jej sznur na szyi, trzymając ją pod butem przemocy i upokorzenia, oraz lekceważąc prawo międzynarodowe. We W mroku te dwie strony się „nie rozumieją” i kierują uprzedzeniami narosłymi w wyniku kumulowania się przez pokolenia tego wzajemnego niezrozumienia. Nie wygląda na to, żeby którakolwiek strona była tu przynajmniej „bardziej winna”, co najwyżej jedna, zbiegiem okoliczności, ma chyba cwańsze służby specjalne. Tak jak rodzice Roya są „uprzedzeni” w stosunku do jego nowego palestyńskiego chłopaka (dlatego, że jest Palestyńczykiem, nie dlatego, że jest mężczyzną, w końcu Izrael to „jedyny gay-friendly kraj na Bliskim Wschodzie”), tak brat Nimra jest uprzedzony i stąd ten „terrorystyczny” skład broni w jego piwnicy. (Izrael zapomniał wszak o własnych narodzinach z żydowskiego terroryzmu i teraz „terroryzm” to synonim absolutnego, irracjonalnego Zła, któremu nie należy przypisywać żadnych poddających się racjonalnej analizie motywacji).

To, do jakiego stopnia za politycznym (po izraelsku: „terrorystycznym”) zaangażowaniem starszego brata głównego bohatera w ruch oporu, nie wydaje się w tym filmie stać żadna racja, jest naprawdę rozbrajające. Nawet taka, z którą twórcy filmu by się nie zgadzali, ale przynajmniej przyznawaliby jego postaci takie minimum podmiotowości, by uznać, że z jego punktu widzenia, w jego położeniu, jest w tym jakiś sens – że o coś w tym chodzi. W oczach twórców człowiek podejmuje się ryzykować życie własne i swojej rodziny, by stanąć z paroma granatami składowanymi w piwnicy do nierównej walki z czwartą potęgą militarną świata, bo zapiekł się w piętrzących się przez dekady „nieporozumieniach”.

Przedstawienie konfliktu w taki sposób, by jawił się jako arena skomplikowanego, nierozwiązywalnego kłębowiska emocji wpisuje się w izraelską strategię propagandową dążącą do przedstawienia światu sytuacji „na miejscu” jako tak skomplikowanej i niezrozumiałej, że lepiej się w to nie mieszać i zostawić to rządowi Izraela, jedynemu podmiotowi wystarczająco w temacie, by dać temu wszystkiemu radę i to ogarnąć. Przedstawicielom izraelskiego rządu czasem otwarcie wyrywa się związany z tym termin Kissingera: „constructive blurring”. Pisał o tym między innymi Eyal Weizman.

Z kolei zaangażowanie liberalnych sympatii widza i obyczajowo „postępowy” wybór protagonistów wpisują się w propagandowy projekt nazywany przez jego krytyków pinkwashing. Chodzi o „zapieranie na różowo” brudów okupacji i przerażającego „dorobku” Izraela w zakresie zbrodni wojennych i zbrodni przeciwko ludzkości. O przesłanianie rzeczywistości rasistowskiej przemocy, na której ufundowana jest codzienna egzystencja etnokratycznego reżimu apartheidu, jakim jest Państwo Izrael, wizerunkiem „liberalnej demokracji” w najdoskonalszym, „zachodnim” stylu, w której kwitnie jej rzekomy dowód – nieskrępowana kultura gejowska. Powstają zdumiewające ilości gejowskich programów, seriali telewizyjnych i filmów, na które płynie strumień pieniędzy z Izraelskiego Funduszu Filmowego. Niektóre z tych filmów, jak ma dowodzić W mroku, „odważnie poruszają” nawet „kontrowersyjne” i „trudne” tematy, np., że Żydzi sypiają też – o zgrozo! – z Arabami, a Shin Bet szantażuje palestyńskich gejów.

Pinkwashing to nie jest jedynie spontaniczny proces kulturowy, z którego implikacji poszczególni jego uczestnicy mogą, ale nie muszą sobie zdawać sprawy, ale część wielkiej, zaplanowanej i z rozmachem organizowanej wizerunkowej kampanii Tel Awiwu, znanej pod nazwą Brand Israel (Marka Izrael). Społeczność gejowska na świecie jest szczególnie ulubionym „targetem” izraelskich przedsięwzięć wizerunkowych (rząd Izraela sponsoruje np. festiwale kina gejowskiego poza swoimi granicami). Atrakcyjnymi czynią ją m.in.: siła związanych z nią w bogatych społeczeństwach Zachodu „liberalnych” asocjacji, jej wysoki kapitał kulturowy i wysoki stopień profesjonalnej obecności jej przedstawicieli w przemysłach kultury w poszczególnych krajach, z czym wiązane są nadzieje na dysseminację za ich pośrednictwem pozytywnego wizerunku Izraela i pozytywnych skojarzeń z Izraelem w ich szerszych kontekstach społecznych. W Wielkiej Brytanii film trafił do kin targetowany konkretnie do gejowskiej publiczności, a jego zapowiedzi pojawiały się długo naprzód na Facebooku, kto tylko miał „zalajkowaną” jakąś ilość związanych z tematyką gejowską stron w serwisie. W Londynie film widziałem oczywiście w Soho, miażdżąca większość publiczności na seansie była gejowska i z rozmów, które wyłapałem, wyniosłem smutne wrażenie, że film odniósł zamierzony propagandowy skutek – dominowało poruszenie „sposobem, w jaki to zostało pokazane”.

Za każdym razem jednak, kiedy widzę coś takiego, mam wrażenie, że jest to efekt krótkotrwały i niemożliwy już do utrzymania na dłuższą metę. Przynajmniej w Wielkiej Brytanii, gdzie izraelskie przedsięwzięcia wizerunkowe nie są w stanie powstrzymać rosnącej społecznej dezaprobaty dla poczynań tego państwa, i to nawet pomimo stopnia, do jakiego ofensywie izraelskiego lobby udało się spacyfikować wiele z kluczowych brytyjskich mediów. W ostatnich latach ze szczególnie smutnym przykładem BBC na czele.

Jarosław Pietrzak


Tekst ukazał się pierwotnie na portalu Lewica.pl (5 września 2013).

KuBar w Londynie

Ciesz się swoją fiksacją!

Poznałem kiedyś pięknego chłopaka, który pragnął robić karierę akademicką. Żył w nieustającym strachu, że straci pracę na uniwersytecie, jeśli „niezmienność przedmiotu jego pragnienia” – przedmiotu zawsze tej samej płci – wyjdzie na jaw. Obawy te nie były wyssane z palca. W konserwatywnym środowisku, jakim jest polska Akademia, nie są czymś nadzwyczajnym przypadki osób, które musiały się w dziwnych okolicznościach rozstać z placówką, gdy ich homoseksualizm wyszedł na jaw – choćby poprzez ich zbyt intensywne akademickie zainteresowanie tematyką queer lub jej przyległościami. Chłopak zapowiadał się znakomicie. Czas przeszły jest jednak konieczny, ponieważ już nie żyje – umarł od noża wbitego mu w gardło przez chłopca, który mu się podobał. Ten drugi zadźgał go, gdy zorientował się o naturze jego sympatii. Moją własną odpowiedź na toczącą się już od jakiegoś czasu polemikę między Rafałem Majką i Tomaszem Sikorą z jednej strony a Piotrem Ciszewskim z drugiej, w której dopisują oni do rzeczownika „lewica” coraz to nowe przymiotniki, chciałbym zacząć od pytania, czy pragnienie seksualne jest dla Piotra Ciszewskiego czymś na tyle obcym, by uznawać, że strach o utratę pracy i środków do życia, lęk przed przemocą, a nawet śmiercią od ciosu nożem w konsekwencji jego spełnienia lub choćby wyrażenia, nie są troskami wystarczająco materialnymi, by mogły zasłużyć na zainteresowanie „prawdziwej lewicy”? Dlatego, że ludzie, którzy mają ten problem, stanowią tylko kilka procent polskiego społeczeństwa? Od ilu procent można zasłużyć na obronę „prawdziwej lewicy”? A co z odsetkiem bezdomnych? A czy Żydzi w Niemczech w latach 30. XX wieku przekraczali ten próg?

Doskonale rozumiem, jaką alergią można reagować na dyskurs wytwarzany przez intelektualistów polskiego ruchu LGBT, bo sam na jego większą część reaguję podobnie, pomimo iż sam jestem homoseksualny. Zwyczajowe spektrum tego dyskursu rozpięte jest między dosłownie mistyczną prozą parareligijną, kiepskiego na dodatek sortu a zachwytami nad tym, jak to kapitalizm i postępujące utowarowienie rozwiązują stopniowo wszystkie problemy emancypacyjne (by rozwiązać problem emancypacji wszystkich polskich mężczyzn krytyk sztuki Paweł Leszkowicz wzywa, byśmy wszyscy, homo i hetero, zaczęli czytać „Vogue Homme”, co nas wyzwoli z dławiącej siermiężnej męskości odziedziczonej po „komunie”). Sam nieraz dostaję drgawek, czytając takie rzeczy.

Kultura i ekonomia, jednostka i wspólnotowość

Tekst Majki jest raczej luźną wypowiedzią publicystyczną o intencji mobilizacyjnej, postulującą, by lewica pamiętała, że wrogów jest wielu, konserwatyzm, antyfeminizm i homofobia w jednym rzędzie stoi z neoliberalizmem. Jest napisany w poetyce na tyle luźnej i nieformalnej, że traktowanie go jako „ogólnej teorii polityki” na pewno nie jest adekwatne do zamierzeń autora. Ale już z samego względu na to, jakich wymienia wrogów lewicy, wiemy, że nie należy do tych, którzy rozwiązanie widzą w postępującym utowarowieniu wszystkiego i prenumerowaniu zadrukowanych jakoby potencjałem emancypacyjnym łam „Vogue Homme”. Seria reakcji Ciszewskiego jest bardziej zrozumiała w odniesieniu do wykładanych w precyzyjniejszy sposób argumentów Sikory. Osobiście nie mam wątpliwości co do lewicowego systemu wartości Tomasza Sikory i jego akurat z całą pewnością umieszczam poza wspomnianym wyżej, zasługującym na dezaprobatę, spektrum produkcji polskich queer studies – dlaczego więc widzę coś zrozumiałego w reakcjach Ciszewskiego? Bo o ile nie mam wątpliwości, że w krytycznej refleksji Sikory zawsze chodziło o skierowanie jej ostrza przeciwko przemocy wykluczenia i przeciwko faszystowskiej/faszyzującej przemocy wobec słabszych, odmieńców, itd., to ze sposobu, w jaki buduje swoje wypowiedzi – a na pewno w dyskusji toczącej się ostatnio na łamach Lewica.pl – wyłażą pewne ukryte w nich, strukturalne opozycje i implicytne założenia, które jednak są problematyczne, czy Sikora tego chce, czy nie. A na pewno są problematyczne dla ideowej lewicy, jeżeli już bawimy się w opatrywanie lewicy przymiotnikami.

Sikora pisze np., że nie można sprowadzać problemu faszyzmu do problemu ekonomicznego. Czy jednak nie jest z faszyzmem tak, że czego naprawdę nie można z nim robić, to sprowadzać go do problemu kulturowego? Oczywiście, faszyzm rozgrywa się, powstaje, odradza i reprodukuje na różnych poziomach kulturowych, ale dlaczego, po co, w jakich okolicznościach i w czyim interesie? Jesttakże problemem kulturowym, ale jest problemem kultury społeczeństw podporządkowanych imperatywowi akumulacji kapitału, która to akumulacja oczekuje złożonych technologii zarządzania społeczeństwem i z natury rzeczy wchodzi w cykliczne kryzysy. Franz Neumann, Theodor W. Adorno, Max Horkheimer, Michel Foucault, Enzo Traverso, Etienne Balibar, Immanuel Wallerstein czy na polskim gruncie Piotr Kendziorek – i wielu innych – wykazali na różne sposoby ale dość jasno, że faszyzm jako problem także kulturowy jest problemem kultury konkretnej formacji społecznej: kapitalizmu, systemu, w którym władzę sprawuje Kapitał, gdy osiąga poziom wysokiej koncentracji, a w szczególności, gdy wchodzi w fazę strukturalnego kryzysu akumulacji.

Intelektualiści postmodernistyczni włożyli wiele wysiłku w zamaskowanie politycznego wymiaru faszyzmu i zamknięcie go na wygodnie odciętym od gry sił ekonomicznych piętrze z napisem „Kultura”. Czas jednak byłoby się z tego niebezpiecznego snu obudzić. Zamknięty na piętrze „Kultura” faszyzm daje się liberałom wygodnie i funkcjonalnie sprowadzić do przeciwieństwa demokracji liberalnej (burżuazyjnej) lub jej braku, podczas gdy w rzeczywistości jest jej symptomem, prawdą i powrotem wypartego. Zamykanie faszyzmu na piętrze „Kultura” pełni więc konkretne funkcje polityczne i realizuje nie tak znowu trudne do wyśledzenia interesy. W jakimś sensie Sikora to wie: przywoływał kiedyś frazę Foucaulta, że faszyzm czai się zawsze, tak długo, jak długo pożądamy tego, co nas wyzyskuje. Potrzeba więc, by dawał jasno do zrozumienia, że to wie.

Gdzieś „z tyłu głowy” w wypowiedziach Sikory majaczy jednak uporczywa opozycja, każąca zadać pytanie, czy aby nie mamy do czynienia z fiksacją – opozycja między „jednostką” a widmem zagrażającej jej i czyhającej na nią „wspólnotowości”. Nie bardzo rozumiem, jak Sikora nie zdaje sobie sprawy z proweniencji tej opozycji. Jej źródłem, a w każdym razie środowiskiem, w którym się czuje najlepiej, jest najwulgarniejszy szczep liberalizmu, jeżeli nie wręcz elitaryzm – na pewno nie lewica.
Wspólnotowość jest jedną z tych paru rzeczy, co do których możemy być pewni, że zaliczają się do podstawowych składników – pozwólmy sobie na to uproszczenie – „ludzkiej natury”. Kapitalizm tresuje nas i oczekuje od nas egoizmu i wojny wszystkich ze wszystkimi, ale natura uczyniła homo sapiens sapiens istotą społeczną, zapewniającą sobie przetrwanie poprzez wspólne podtrzymywanie i przekształcanie warunków swojego zbiorowego istnienia. Człowiek może istnieć i funkcjonować tylko przez przynależność do jakiejś wspólnoty i przecież alarmując przeciwko wykluczeniom, Sikora w jakiś sposób zdaje sobie sprawę, jak bezwzględną przemocą jest wyrzucenie poza nawias wspólnoty. To dlatego w wielu społeczeństwach przednowoczesnych karą za najcięższe zbrodnie była banicja. Problemem dla lewicy jest to, jak ta wspólnota (czy wspólnotowość) będą definiowane – czy będzie to wspólnota „rasy panów” (wcielona obecnie w Polsce w przedsiębiorcze jednostki sukcesu) żyjąca z eksploatacji reszty, gotowa wspólnota organiczna (narodu czy grupy określonej religijnie, zwykle maskująca po prostu podział na panów i wyzyskiwanych, przenosząca wewnętrzny antagonizm ekonomiczny na wrogość wobec innych narodów czy wyznań), czy może uniwersalna wspólnota wszystkich ludzi, poprzez równość gwarantująca każdemu wolność realizacji jego czy jej jednostkowego potencjału zgodnie z własnymi potrzebami i w interesie ogółu. Faszyzm wraca oknem do tego, kto drzwiami wypędza „wspólnotę” jako „wroga jednostki”.

Wykluczenie i tolerancja

Sam dyskurs kładący tak obsesyjny nacisk na wykluczenie (jednostki przez wspólnotę, mniejszości przez większość) sam w sobie jest z lewicowego punktu widzenia niebezpieczny, jeśli zapomina, że te zjawiska są owszem faktem, ale stanowią funkcjonalne komponenty systemu, którego istotą jest wykluczenie większości przez mniejszość (wykluczenie z własności środków produkcji, z prawa do decydowania o ekonomicznej przestrzeni własnego życia, wreszcie w ogóle z prawa do decydowania o własnym życiu przez całkowitą zależność ekonomiczną od właścicieli środków produkcji, wcielonych dzisiaj w coraz bardziej bezosobową grę irracjonalnych sił rynku). Kiedy o tym ostatnim dyskurs ten zapomina, jak najbardziej zasługuje na kojarzenie z widmami „blairyzmu” i pseudonauką Giddensa. Trudno mi się powstrzymać przed trochę może obszernym, sarkastycznym ustępem z Bourdieu i Wacquanta, ponieważ jest on bezlitośnie doskonałym podsumowaniem, dokąd to prowadzi i jakiego wielkiego ideologicznego projektu jest częścią:

«Doskonałej ilustracji owego przebiegłego rozumu imperialistycznego dostarcza fakt, że to Anglia […] podrzuciła światu dwugłowego konia trojańskiego. Jedna jego głowa jest polityczna, a druga intelektualna, zaś uosabiają je Tony Blair i Anthony Giddens. Dzięki sile swych powiązań z politykami […] Anthony Giddens objawił się jako przemierzający świat apostoł „trzeciej drogi”, która według jego własnych słów – musimy je tu dokładnie przytoczyć – „przyjmuje pozytywny stosunek wobec globalizacji”; „próbuje (sic!) dać odpowiedź na zmieniające się wzory ubóstwa”, jednak zaczyna od ostrzeżenia, że „biedni dzisiaj, to nie ci sami biedni, jakich znamy z przeszłości” oraz, że „podobnie bogaci nie są tym samym, czym byli kiedyś”; akceptuje pogląd, że „istniejące systemy opieki socjalnej oraz szersza struktura państwa, stanowią źródło problemów, a nie wyłącznie środki ich rozwiązywania”; „podkreśla, że polityka społeczna i gospodarcza są ze sobą nieodłącznie powiązane”, w celu skuteczniejszego zapewnienia, że „wydatki na cele socjalne będą szacowane z uwzględnieniem ich konsekwencji dla gospodarki jako całości”; i wreszcie: „podejmuje kwestię mechanizmów wykluczenia na dole i na górze” (sic!), w przekonaniu, że „przedefiniowanie nierówności w odniesieniu do wykluczenia na obu poziomach, zgodne jest z dynamiczną koncepcją nierówności”. Władcy gospodarki i inni „wykluczeni na górze” mogą spać spokojnie: znaleźli swojego Panglossa.»
(Pierre Bourdieu, Loïc Wacquant, „Nowomowa neoliberalna. Uwagi na temat nowej globalnej wulgaty”, przeł. Marcin Starnawski, „Recykling Idei” nr 9, wiosna/lato 2007, s. 10.)

Tomasz Sikora reprezentuje swoją refleksją bez porównania więcej niż ogromna część polskich queer studies. Plączą się jednak w kuluarach jego wypowiedzi widma będące echem chorób toczących dyskurs polskich queer studies (czy nawet w ogóle ruchu LGBT). Najbardziej nieznośną manierą polskich (choć nie tylko)queer studies jest chrystyfikacja figury Prześladowanego Geja, którego usiłuje się uczynić uniwersalnym wcieleniem wszelkiego cierpienia i przesłonić nim każde inne cierpienie. Może się to okazać politycznie samobójcze dla samych gejów. Każdy boryka się z tym cierpieniem, które jego akurat spotyka, Prześladowany Gej nie ma jednak na cierpienie monopolu, jego cierpienie nie jest też najbardziej uniwersalnym rodzajem cierpienia i gdy próbuje się za takie podawać, łatwo doprowadzi do tego, że samotna matka utrzymująca dwójkę dzieci z 80% najniższej renty, w konfrontacji z tą uzurpacją, odpowie przychylnie na „wspólnotowość” zaoferowaną jej przez np. Rodzinę Radia Maryja, a zdefiniowaną właśnie między innymi przez wykluczenie i prześladowanie geja. Trudno się też dziwić, że niejeden działacz radykalnej lewicy (dla którego jedną z najwyższych wartości jest ludzka solidarność) reaguje alergicznie na dyskurs, w którym powraca opozycja między jednostką a niosącą jej zagrożenie wspólnotą.

Chrystyfikacja Prześladowanego Geja i uzurpacja monopolu na cierpienie doskonale wpisują się w oczekiwania ideologiczne Kapitału w obecnej fazie akumulacji, inspirującego na wszystkie strony mnożenie partykularyzmów, by zarządzać swoimi ofiarami, generując między nimi konflikty o interesy partykularne. Radosne igraszki problemami „tożsamości”, „mniejszości” i „tolerancji” trywializują z kolei problemy społeczne sprowadzając je bez mała do problemów komunikacyjnych i ukrywając realne stosunki władzy. Dlatego zresztą również są tak mile widziane przez Kapitał w obecnej fazie akumulacji.

„Wojenki kulturowe”

Problem polega jednak na tym, że na – u Sikory raczej ukryte podskórnie, ale jednak wyczuwalne – fiksacje polskiego ruchu LGBT i jego skrzydła intelektualnego Ciszewski odpowiada tylko innymi fiksacjami. Nie przekracza też wąskiego horyzontu mnożenia partykularyzmów, a nawet wykonuje kroki w tym samym kierunku, dyskredytując walkę innych ludzi o ich żywotne interesy i lekceważąc ich cierpienie. Jeżeli homofobia nie istnieje jako prawdziwy problem, to dlaczego chłopak, o którym wspomniałem na początku, nie żyje? Rozumiem, że Ciszewski nie raz zarobił nożem w gardło od dziewczyny, do której się „za bardzo” uśmiechał? Ciszewski „nie ma czasu” przyłączyć się do walki przeciwko dyskryminacji seksualnej, bo „doba ma tylko 24 godziny”, ale ma za to czas pisać kolejne polemiki w tej sprawie. Ciszewski nie tyle nie chce czy nie może się przyłączyć, co czuje jakąś potrzebę podkreślania, że nie chce i nie może się przyłączyć. Aż chciałoby się zapytać, czy to nie wygląda, jak opisywana przez psychoanalizę „zazdrość o rozkosz skradzioną przez Innego”. Jako homoseksualista, aż chciałbym zapytać: Jakąż to rozkosz ukradliśmy Ci, Piotrze? Może jeszcze możemy ją zwrócić?

Ciszewski jest przekonany, że spory „kulturowe” i „obyczajowe” (a więc awantury feministek, gejów, walczących z krzyżami w szkołach, itd.) są drugorzędne, że są sprawy, które trzeba załatwić najpierw i takie, które trzeba odłożyć na potem, gdy te pierwsze zostaną załatwione. Że Kapitał tak naprawdę wita z radością angażowanie się ludzi w te sprawy, bo są one dziś dla niego bez znaczenia i pozwalają na kanalizowanie energii politycznej w kierunkach, które nic faktycznego nie są w stanie zmienić. Że wręcz te „problemy” to zasłony dymne pozwalające neoliberalizmowi kroczyć naprzód. I wreszcie, że klęska konserwatystów w tych sprawach jest już i tak przesądzona, bo wielki kapitał – między innymi poprzez media, którymi dysponuje – już przesądził tutaj zwycięstwo koncepcji obyczajowo/kulturowo liberalnych. Że w końcu traktowanie zagrożenia faszyzacją przestrzeni publicznej przez PiS i LPR poważnie było niepoważne.

„Przesądzona” klęska konserwatystów

Wiele rzeczy w rozumowaniu Ciszewskiego wymaga, by się do nich ustosunkować. To, że dziś niektórym do śmiechu na myśl o przerażeniu, jakie wielu odczuwało na widok poszerzających się wpływów prawicy katolicko-narodowej w takich sferach jak kultura i edukacja, zawdzięczamy tylko temu, że Jarosław Kaczyński przegrał zakład wyborczy, który postawił na długo przed końcem poprzedniej kadencji Sejmu. Wszyscy wiemy, że ta przegrana była tylko przypadkową wypadkową tego, jak rozłożyło się uczestnictwo w rozpisanych wówczas wyborach. Ciszewski przeszacowuje też podobieństwo polskich „liberałów” do liberałów zachodnich. Polscy „liberałowie” kontentują się nic-nie-robieniem w sprawach obyczajowych, zadowoleni, że brudną robotę przesuwania kolejnych granic w prawo wykonała dla nich prawica katolicko-narodowa (pozostawienie wpływów tej ostatniej w telewizji, kinematografii, systemie edukacji i programie nauczania, itd.) lub wręcz kontynuują jej dzieło (vide sprawain vitro).

Można się do jakiegoś stopnia zgodzić, że zwycięstwo koncepcji obyczajowej i kulturowej tolerancji w znacznej mierze jest przesądzone – także przy aprobacie kapitału, przemysłu kulturowego i burżuazyjnych elit – w krajach ścisłego centrum kapitalistycznego systemu-świata. Ale i to tylko do jakiegoś stopnia, bo tak naprawdę dotyczy to tylko pewnych stref centrum – przesądzone jest na długo w Paryżu, Londynie, Nowym Jorku i Miami, ale czy np. w Teksasie? A już traktowanie społeczeństw peryferii czy pół-peryferii, wśród których plasuje się Polska, jakby się niczym pod tym względem od zamożnych społeczeństw centrum nie różniły, jest niespecjalnie poważne. Bardzo mnie intryguje, gdzie w Polsce Ciszewski widzi tę przesądzoną przegraną konserwatystów na polu kultury? W podręcznikach literatury pytających nastolatków „a ty jak wyraziłbyś swoją wiarę w Boga?” W ocenie z religii na świadectwie maturalnym?

Mam parę osobistych doświadczeń, jak liberalni na polu kultury i obyczajów są dominujący obecnie polscy „liberałowie”. Jeszcze pod rządami PiS złożyłem w Polskim Instytucie Sztuki Filmowej projekt filmu fabularnego, który świetnie oceniony przez ekspertów PISF ugrzązł na kilkanaście miesięcy, blokowany przez dyrektor Agnieszkę Odorowicz. Wśród kilku wątków krytycznych w stosunku do polskich przemian społeczno-politycznych i kulturowych zawierał też „krytyczny” dla losu projektu wątek homoseksualny. Był to tylko jeden z wielu projektów niebezpiecznych politycznie dla Agnieszki Odorowicz, z którymi wyczyniała takie cuda, pragnąc zachować stołek pod rządami PiS. W międzyczasie PiS stracił władzę, ja więc postanowiłem skorzystać z okazji i zażądałem interwencji nowego, „liberalnego” ministra kultury Bogdana Zdrojewskiego, dając mu do zrozumienia, że oto ma okazję udowodnić swój liberalizm. Zdrojewski olał wszystkich z takimi problemami, a mnie odpowiedział bez żenady, że katolicko-narodowa polityka programowa PISF mu jak najbardziej odpowiada i pragnie, by była kontynuowana. Dziś zapowiada zamykanie „nieefektywnych bibliotek”. Te dwie rzeczy są z sobą strukturalnie powiązane. W Polsce to potężny w instytucje obyczajowy i kulturowy konserwatyzm – a nie liberalizm – jest głównym filarem rynkowych ekscesów neoliberałów, którzy czasem tylko wysługują się interludiami bezpośredniej władzy prawicy katolicko-narodowej, by ta przesunęła dla nich i za nich kolejne granice. Być może pouczająca – dla odpowiedzi na pytanie, dlaczego w Polsce głównym narzędziem jest konserwatyzm, a nie liberalizm – byłaby np. porównawcza lektura analiz Barringtona Moore’a Jr.

Dystrybucja ideologii

Nie jest to nic nowego, że dystrybucja ideologii dominujących między centrami a peryferiami kapitalistycznego systemu-świata jest zdywersyfikowana. Kiedy – jak to opisał np. David Harvey – w latach 70. kapitalizm zaczął odczuwać pierwsze oznaki wejścia w fazę strukturalnego kryzysu akumulacji (trwającą do dziś), postanowił przechwycić nurty obyczajowej kontestacji, emancypacji seksualnej itd., i ożenić je z neoliberalnym projektem politycznym, np. rozwijając za ich pomocą kluczową w ideologii późnego/płynnego kapitalizmu narcystyczną interpelację podmiotu. Dokładnie w tym samym czasie na peryferiach zaczęły pączkować – bynajmniej nie samorzutnie i nie bez politycznego wsparcia centrum, a szczególnie hegemona – faszystowskie junty. Homoseksualiści trafiali do tych samych cel, na te same stadiony i do tych samych rowów czy wód La Platy, co komuniści, anarchiści, działacze związkowi. W wersji znarratywizowanej można się z tym zapoznać choćby czytając (bądź oglądając) „Pocałunek kobiety-pająka”.

Jest faktem (i problemem, którym powinny się zająć właśnie queer studies, jeżeli nie chcą jego „analizy” i „wyjaśnienia” zostawić na żer prawicy konserwatywnej), że kultura gejowska została de facto przechwycona przez ideologie panujące i mechanizmy rynku, a jej główny nurt dokonał wręcz jawnego do obydwu akcesu. Jest faktem, że we współczesnych epicentrach kultury gejowskiej bielizna obowiązującej w danym sezonie marki jest tak samo bezwzględnym przymusem, jak burka dla kobiet i broda dla mężczyzn w talibanie. Jest faktem, że kultura gejowska jest nawet czymś na kształt poligonu doświadczalnego, na którym płynny kapitalizm testuje i rozwija najnowsze technologie zarządzania naszym życiem przez wprzęganie naszych ciał w rytm kluczowej dla systemu w obecnej fazie akumulacji rywalizacji narcystycznej (w epicentrach kultury gejowskiej, takich jak londyńskie Soho i Vauxhall, jest to już otwarcie główna funkcja seksu i seksualności – nawet sama przyjemność seksualna czy zaspokojenie seksualne są odsunięte na daleki drugi plan przesłonięty przez rywalizację narcystyczną). Jest faktem, że polski ruch LGBT, włącznie z jego intelektualistami, walcząc o emancypację poprzez i w imię gay culture i gay identity takich, jakimi są obecnie, walczą dziś tak naprawdę jedynie o wymianę reżimu opresji, albo o współistnienie dwóch równoległych, dopełniających się funkcjonalnie, reżimów opresji – katolicko-narodowego i gay identity. Tożsamość narzucana przez kulturę gejowską jest dziś tak samo opresyjna, jak tożsamość narzucana przez fundamentalizmy religijne, choć odwraca niektóre wektory (np. w miejsce zakazu nieprawomocnej przyjemności seksualnej wprowadza imperatyw promiskuityzmu, od którego tak samo „nie ma zmiłuj”). Jestem głęboko przekonany, że w filmie Gusa Van Santa „Milk” (w Polsce znanym jako „Obywatel Milk”) chodzi tak naprawdę o to, żeby unaocznić, czym – wbrew otaczającemu ją emancypacyjnemu, politycznemu mitowi – kultura gejowska już od dawna nie jest. Pokazując kulturę gejowską lat 60. i 70., Van Sant mówi: „zobaczcie, nic już z tego nie zostało! – choć nas już nie pałują, nie tylko nie odnieśliśmy zwycięstwa, ale wręcz ponieśliśmy klęskę, bo daliśmy swą tożsamość zaciągnąć na służbę systemu, który jest nie do przyjęcia”. Że dla Van Santa system ten jest nie do przyjęcia, wiemy z jego wcześniejszego filmu, nagrodzonego canneńską Złotą Palmą „Słonia”.

Problemem, który wymaga krytycznej analizy, jest także przechwycenie przez korporacyjny kapitalizm pewnych odmian feminizmu, a nawet sprzedawanie go jako feminizmu w ogóle. W Polsce np. feminizmowi bez mała nadano imię Magdaleny Środy, tej samej Magdaleny Środy, która nawoływała polskie kobiety, by dały się zaharować, byle tylko Kapitał nie musiał sam zapłacić za wywołany przez własne ekscesy kryzys. W przeciwieństwie do kwestii przechwycenia kultury gejowskiej, ten jest jednak problematyzowany, nawet w Polsce, np. przez Katarzynę Szumlewicz czy Ewę Charkiewicz.

Zawsze zgadzałem się z Ciszewskim – nawet broniłem go w dyskusjach redakcyjnych – kiedy wyśmiewał neoliberalne lobby dominujące w polskim ruchu feministycznym i LGBT, niezależnie od tego, w jaki sposób to robił. Jednak mimo iż problemy opisane w dwóch powyższych akapitach są faktem, z którym muszą się zmierzyć wszyscy wymienieni (lewica, ruch LGBT, feminizm), nie znaczy to jednak wcale, że nie istnieje jednocześnie antyfeminizm ani homofobia, że kobiety nie są dyskryminowane, że mniejszości seksualne nie są dyskryminowane, ani że wymienione grupy są beneficjentami systemu, w którym swoimi wojenkami przesłaniają prawdziwe problemy. To że kapitalizm przechwytuje niektóre tożsamości, nie znaczy, że ludzie na te tożsamości skazani są jego beneficjentami, a już na pewno nie, że na długo. W XIX wieku kapitalizm w celu własnej reprodukcji w formacji peryferyjnej przechwycił na Cejlonie kulturową tożsamość Tamilów, przydzielając im zawody związane z administrowaniem formacją – od pięćdziesięciu lat w dokładnie tym samym celu dziesiątkuje ich pogromami. Przypominam, że o mały włos nie zalegalizowano w Polsce zwalniania ludzi z pracy ze względu na ich orientację seksualną. Przypominam, że na najgorzej płatne zawody są w Polsce skazane kobiety. Przypominam, że neoliberalizm uderza w kobiety podwójnie: muszą coraz więcej swojej pracy sprzedawać na rynku i jednocześnie nieodpłatnie przyjmować na swoje barki opiekuńcze funkcje demontowanego państwa opiekuńczego. Przypominam, że właśnie ideologia męskiej dominacji umożliwia postępy neoliberalizmu, sprawiając, że wszyscy jako coś naturalnego przyjmują zamykające pracę reprodukcyjną w prywatnych granicach każdego gospodarstwa domowego zrzucanie na kobiety kolejnych funkcji jeszcze nie tak dawno spełnianych przez publiczne żłobki, szpitale czy domy opieki.

W neoliberalnym reżimie akumulacji kapitału beneficjentami zawsze są nieliczni, niezależnie kim – w sensie bytów tożsamościowych – „są”, ani tym bardziej, z kim śpią. Magdalenę Środę dzielą najpewniej wspólne interesy (a zapewne także i wspólnie spożywane bezy) z osobami takimi, jak Henryka Bochniarz czy Jolanta Kwaśniewska; ze swoim wulgarnym liberalizmem nie reprezentuje ona ani lewicy, ani milionów polskich kobiet skazanych na wyniszczanie w pracy ponad siły własnych ciał, jeśli chcą dać dzieciom cokolwiek do jedzenia. Polskie kobiety są pierwszymi ofiarami dominacji w polskim feminizmie lobby liberalnego. Podobnie dominacja w polskim ruchu LGBT osób w rodzaju Krystiana Legierskiego nie zmienia faktu, że wśród polskich gejów i lesbijek więcej z nich jest skazanych na pracę za grosze – często w warunkach prekariatu czy dyssymulowanego stosunku pracy – w „branżowych” lokalach rozrywkowych, niż jest ich właścicielami. Nawet w centrach kapitalistycznego systemu-świata, gdzie tożsamość gejowska została przechwycona przez ideologie dominujące, nie zmienia to faktu, że niemal wszyscy są ofiarami terroru gay identity, a homofobia jest równolegle dystrybuowana wśród ofiar akumulacji kapitału, by kanalizować ich frustracje w niegroźną dla reprodukcji kapitału stronę kozłów ofiarnych. Gdyby nie była, twórcy filmów takich jak „Boys Don’t Cry” nie mieliby co robić.

Sprawy „na teraz” i sprawy „na potem”

Na płaszczyźnie praktycznej Ciszewski w pewnym sensie doskonale wie, że nie ma racji w tym, co mówi na poziomie teoretycznym. Ciszewski jest zaangażowany w jedną z nielicznych skutecznych inicjatyw polskiej radykalnej lewicy, za którą ma moje wyrazy uznania, mianowicie w ruch lokatorski. Jednym ze składników jego rozumowania (w dyskusji na łamach Lewica.pl) jest teza, że marnowanie energii politycznej w cząstkowych walkach gdzieś na marginesie systemu, bez uderzania w elementy jego istoty, jest systemowi na rękę i stanowi jeden z mechanizmów, przy użyciu których się on zabezpiecza i w rezultacie reprodukuje. Ciszewski na pewno zdaje sobie sprawę, że kwestia prawa do mieszkania, które się zajmuje, na pewno nie leży w samym sercu systemu, którego Realnym jest Kapitał. W niejednym kraju prawo bez porównania lepiej chroni lokatorów niż w Polsce a państwo ma obowiązek dbać o to, by ludzie mieli dachy nad głowami, a bynajmniej nie obaliło to nigdzie kapitalizmu. Co więcej, kapitalizm może się np. dostosować do obecnego kryzysu zdolności kredytowej mieszkańców wielu krajów ścisłego centrum systemu, zastępując dotychczasową manię kupowania domów i mieszkań na własność (za absurdalnie ciężkie pieniądze) np. rozwojem spółek skupujących mieszkania i domy i wynajmujących je czynszowo. Ciszewski doskonale jednak zdaje sobie sprawę, że posiadanie dachu nad głową jest sprawą na tyle żywotną dla przetrwania każdej ludzkiej istoty, że bez niego wielu zamarzłoby pod mostem, zanim uda się nam dojść do punktu, z którego możliwe będzie wyjście poza horyzont kapitalizmu.

Ludzie rozumujący jak Ciszewski muszą sobie w końcu uzmysłowić, że dla tych, którym – gdyby wyszło na jaw z kim sypiają lub kogo pragną – grozi utrata pracy lub fizyczna przemoc, dla tych, które siłą przymusu społecznego nie potrafią postawić bana bijącemu je mężowi czy przyjmują jak niekontestowalny fakt przyrody, że zarabiają mniej niż koledzy płci męskiej, bo same są płci żeńskiej, są to problemy tak samo realne i przynoszące tak samo realne cierpienie. Dyskredytowanie walki czy strachu innych ludzi, tylko dlatego, że ta walka czy ten strach odnoszą się do czegoś innego niż nasze własne, jest postawą absurdalną, w każdym razie dla lewicy. Strach kapitalisty i jego świty przed utratą przywilejów – to jest chyba jedyny strach, o którym lewica może powiedzieć, że jej nie interesuje albo nie ma na niego czasu.

Gdybyśmy stosowali taką logikę („każda walka o sprawy mniejsze niż zachwianie całym systemem to marnowanie politycznej energii wręcz oczekiwane przez Kapitał!”) z żelazną konsekwencją, to moglibyśmy np. zdyskredytować tych wszystkich, którzy walczyli w XIX wieku w różnych częściach świata o zniesienie niewolnictwa. W końcu niewolnictwo plantacyjne było funkcjonalnym składnikiem pewnych formacji kapitalizmu peryferyjnego na określonym etapie ekspansji systemu, w określonej historycznie fazie akumulacji. Zniesienie niewolnictwa ostatecznie nie tylko nie zachwiało kapitalizmem, ale kapitalizm dostosował „uwolnioną” masę siły roboczej do swoich potrzeb. Złamanie przez siły amerykańskiej Północy peryferyjnej (nastawionej na produkcję surowców, produktów rolnych i wyrobów niskoprzetworzonych) struktury społeczno-ekonomicznej Południa USA umożliwiło klasom dominującym Północy realizację ich projektu politycznego budowy potęgi przemysłowej (niewolną plantacyjną siłę roboczą można było przekształcić w masy robotników przemysłowych, a opłacanie ich za „wolną” pracę akcelerowało nowy wewnętrzny rynek masowego zbytu) zdolnej w następnym stuleciu do przejęcia po Londynie intratnej roli globalnego centrum nieproporcjonalnie dużych udziałów w akumulacji kapitału. Strukturalne dziedzictwo „urasowionego” niewolnictwa przetrwało: ludność czarnoskóra pozostała na najniższych piętrach struktury społeczeństwa klasowego, wciąż skazana na los najtańszej i najbardziej wyzyskiwanej, najbardziej upokarzanej i najbardziej prześladowanej siły roboczej. Wyjątki to jedynie wyjątki. Oparty na imperatywie akumulacji system tak samo korzystał z niewolnictwa, jak skorzystał na jego zniesieniu. Czy to znaczy, że była to walka odwracająca uwagę od prawdziwych problemów? Czy może jednak zniesienie w XIX wieku niewolnictwa w wielu krajach – zwłaszcza półkuli zachodniej – w których było zjawiskiem masowym i podstawą gospodarki, stanowiło kolosalne zmniejszenie skali ludzkiego cierpienia?

Nie ma spraw do załatwienia teraz i „spraw na potem”. Wszystkie są na teraz. Choćby dlatego, że nigdy nie wiadomo, ile i kiedy uda się skutecznie wywalczyć. Nikt nie żyje pięćset lat, a kapitalizm tyle już trwa.

Czy zestawianie walki z niewolnictwem ze współczesnymi polskimi walkami dyskredytowanymi przez Ciszewskiego jako „kulturowe” czy obyczajowe jest nie na miejscu? Nie byłbym tego pewien. Położenie polskiej kobiety zarabiającej tak mało (właśnie dlatego, że jest kobietą), że nie jest w stanie uniezależnić się od męża, który ją bije, czasem różni się tylko formalnie. Oczywiście, poprawa jej położenia materialnego (warunków pracy i płacy, osłon socjalnych) mogłaby z miejsca rozwiązać problem, ale żeby kobiety o taką poprawę walczyły, trzeba konsekwentnie zwalczać coś, czego istnienie Ciszewski w porywach kwestionuje, czyli ideologię patriarchalną podtrzymującą strukturę męskiej dominacji. To ona utrzymuje kobiety w zgodzie na to, że „tak po prostu jest”, że mniej zarabiają.

Wyobraźmy sobie hipotetycznie wielkie zwycięstwo polskiego ruchu pracowniczego, w wyniku którego Kapitał zmuszony jest pójść na ustępstwa w postaci natychmiastowego podniesienia wszystkich płac pracowników najemnych w kraju (z wyjątkiem sektorów i poziomów kadry kierowniczej, których praca jest przez rynek przewaloryzowana) o 30%. Ale żądanie podniesienia płac było ślepe na fakt, że kobiety jednak zarabiają przecież mniej niż mężczyźni. Poważne podejście do kwestii minimum równości ekonomicznej wymagałoby wobec tego podniesienia ich płac w tym samym momencie o np. 60%. W takiej sytuacji to właśnie tę przemilczaną wówczas nierówność płci, gdy nastroje świata pracy opadną, Kapitał wykorzysta, by przejść do kontrataku i zacząć niepostrzeżenie, przy użyciu różnych „sztuczek i sposobików” (mówiąc Różą Luksemburg) znów miażdżyć wszystkie płace w dół. Zacząłby od promowania i prowokowania feminizacji niektórych zawodów i sektorów gospodarki. Nie musiałby nawet obniżać płac, po prostu dyskretnie by ich nie podnosił, podczas gdy „samoregulujące się” rynki „samorzutnie” podnosiłyby krok po kroku koszty utrzymania. Wtedy w innych zawodach i sektorach gospodarki pracownicy będą odbierać jako „poprawę” wzrost wynagrodzenia o 5%, za który zapłacą w tym samym czasie wzrostem kosztów utrzymania o 15%. Wszyscy wiemy (albo powinniśmy wiedzieć), że nie jest to żadna fantastyka, to był właśnie jeden ze sposobów, jakimi Kapitał miażdżył na całym świecie płace przez ostatnie trzy i pół dekady. W wielu dobrze niegdyś płatnych zawodach związanych z wyższym wykształceniem Kapitał płaci dziś za pracę śmieciowe stawki (mężczyznom w rezultacie też), między innymi dzięki temu, że udało mu się te zajęcia sfeminizować.

Odpowiedź na pytania „Co jest gorsze – katolicka opresja gejów czy ‘emancypacja’ à la Krystian Legierski albo Paweł Leszkowicz? – patriarchat czy ‘feminizm’ à la Magdalena Środa?” musi być cytatem ze Stalina: „obydwa są gorsze”. To prawda. Ale nie zmienia to jednak faktu, że problemy specyficznych rodzajów dyskryminacji są jak najbardziej realne. Więcej nawet, to właśnie owa odpowiedź – „obydwa są gorsze” – czynią prawdziwy (lewicowy) feminizm czy prawdziwą emancypację osób dyskryminowanych ze względu na ich seksualność (a więc emancypację także z okowów gay identity) bezwzględną koniecznością. Teraz, nie „potem”. „Potem” ma tendencję do przechodzenia w ad Calendas Graecas.

Odpowiedzią na konstatację, że Kapitał celowo „napuszcza” na siebie wszystkich, by spalali się w walkach „tożsamościowych” i „kulturowych”, nie może być zamykanie oczu na te wszystkie ideologie, które czynią możliwymi różnego rodzaju strategie dyskryminacji. Kapitał osiąga w ten sposób tak znakomicie swoje cele tylko i wyłącznie dzięki temu, że są to problemy jak najbardziej rzeczywiste. To właśnie to, jak naprawdę skutecznie udaje się Kapitałowi odgrzewać tożsamościowe konserwatyzmy i podbijać grupowe fiksacje kulturowe, jak udaje mu się to w materialnej rzeczywistości, stanowi jedną z najskuteczniejszych broni Kapitału. Nie można zdobyć twierdzy, nie chcąc przyjąć do wiadomości, jakiego rodzaju broń i zasieki strzegą do niej dostępu. Konserwatywne strategie kulturowe sieją zamęt komunikacyjny w obozie ofiar i generują walki pomiędzy tymi, nad którymi władzę sprawuje Twierdza Kapitału. Dostęp do Twierdzy nie będzie osiągalny bez odpowiedzi na te strategie. Segmentacja świata pracy najemnej za pomocą różnorodnych specyficznych ideologii dyskryminacji służy pogarszaniu położenia nas wszystkich, wszystkich tych, którzy by żyć musimy sprzedawać naszą pracę. Walka z krzyżami w szkołach, walka o reprodukcyjne prawa kobiet, walka z tymi, którzy chcą legalnie wyrzucać gejów z pracy – to są wszystko walki, które możemy i powinniśmy traktować jako wytrącanie Kapitałowi narzędzi, przy użyciu których niszczy w ostatniej instancji nas wszystkich, nawet jeśli sami nie jesteśmy bezpośrednio ofiarami każdej czy którejkolwiek z tych dyskryminacji i konserwatywnych atawizmów kulturowych.

Chłopak, od wspomnienia o którym zacząłem ten tekst, nie żyje naprawdę. Drugi chłopak, ten, który go zabił, tym jednym czynem wykonał kilka kroków oczekiwanych od niego przez ideologie systemu, w którym żyjemy. Frustracje wywołane niepewnym położeniem ekonomicznym i niepewnością albo nawet brakiem perspektyw, które by się przed nim rysowały, pozwolił w sobie przekierować na przyjęcie agresywnej interpelacji odgrzewanej przez kapitalizm „prawdziwej” męskości, której dowiedzenie wymagało od niego wykazania, że nie jest gejem. Zabił tego, który pragnął, żeby był, być może zabijając także w sobie ukrywane nawet przed sobą własne prawdziwe pragnienie. Skierował na niego agresję, którą powinien był kierować przeciwko wyzyskowi i logice akumulacji, odpowiedzialnej za jego liche położenie w kapitalizmie peryferii. Zrobił to zgodnie z oczekiwaniami systemu, który właśnie w tym celu posługuje się realnie istniejącymi ideologiami męskiej dominacji czy dyscyplinującej normy heteroseksualności. Jego sprawstwo czynu zostało szybko wykryte, a on schwytany. Pewnie siedzi teraz w więzieniu, fabryce kapitalistycznej dyscypliny produkcyjnej i płynnokapitalistycznego bezruchu. Produkowany w nich bezruch to – jak twierdzi Zygmunt Bauman – straszak wystawiany przez Kapitał, by dyscyplinować tych ponowoczesnych włóczęgów i turystów, którzy zmęczeni już wagabundyzmem nieśmiało marzą, by się wreszcie gdzieś móc zatrzymać. Chłopak ten jest teraz również wtłoczony w tak samo przewidzianą przez system instytucję „przestępczości”. Przewidzianą dla jednostek potencjalnie wywrotowych, dla „złych podmiotów” i po prostu biednych, przed którymi kapitalizm broni bogatych. Tam zaadaptuje się do specyficznej kultury kryminalnej, która zagospodaruje jego gniew i agresję w sposób dla systemu nie tylko niegroźny ale i funkcjonalny. Zagrożenie „wzrastającą przestępczością” będzie służyć kolejnym przesunięciom funkcji państwa z sektorów opieki do sektorów represji. I tak dalej…

Chore pragnienie i ścieżka polityki

Jest jeszcze jeden poziom – albo nawet dwa poziomy – na których odwracanie się od walk mniejszości czy awantur kulturowych jako czegoś, na co „nie mamy czasu”, bo np. walczymy o prawa ekonomiczne, jest strategicznym błędem politycznym.

W polskich warunkach mamy do czynienia z tak daleko posuniętą społeczną niechęcią do jakiegokolwiek zbiorowego działania, tak głębokim bankructwem idei społecznego i politycznego zaangażowania, tak daleko posuniętą prywatyzacją wszystkich społecznych problemów (każdy na własną rękę usiłuje ratować jedynie własną skórę, w najlepszym razie własnej rodziny), że każda – absolutnie każda – forma zbiorowej mobilizacji sprzeciwu wobec jakiegokolwiek złego zjawiska społecznego czy politycznego, jest bezcenna – niezależnie od skali problemu, liczby odczuwających go jako krzywdę ludzi czy tego, jak blisko lub jak daleko problem leży od Realnego systemu w którym żyjemy (Kapitału) i czy go w ogóle dotyka, czy nie.

Niezależnie od tego, czy sprawa zagracających całą przestrzeń publiczną w naszym kraju krucyfiksów ziębi nas albo grzeje, czy też nie, musimy do niej podchodzić właśnie tak, jak to – słusznie – robią np. Młodzi Socjaliści. Skoro pojawił się impuls, który wywołał mobilizację polityczną grupy młodych ludzi, trzeba jasno powiedzieć, że jesteśmy po ich stronie, a następnie umożliwić im zrozumienie ekwiwalencji ich sprzeciwu z emancypacyjnymi walkami innych grup, a także miejsca i roli problemu, z którym walczą, jako składnika całościowej struktury systemu. Że krzyż wisi dzisiaj w Polsce na każdym kroku, bo ma określone funkcje do spełnienia w polskiej formacji odrestaurowanego kapitalizmu peryferyjnego. Że opresja gejów, podobnie jak gejowska tożsamość, jest produktem kapitalizmu i ideologii podtrzymujących jego reprodukcję. Że kobiety są dyskryminowane, bo stanowią funkcjonalną „wewnętrzną peryferię” systemu, który potrzebuje ich jako dyskryminowanych, by odtwarzały społeczne podstawy istnienia systemu (by ktoś dawał jeść eksploatowanym w fabrykach mężczyznom, by ktoś rodził, karmił i przyodziewał przyszłych pracowników). Odwracając się od każdej walki o jakąkolwiek sprawę „mniejszą” niż uderzanie w samą logikę Kapitału, zaprzepaścimy potencjał mobilizacji politycznej tych wszystkich ludzi, którzy z winy nie własnej tylko tego, jakie treści można dzisiaj poznać w polskiej Szkole i w dominujących środkach przekazu, nie mogą jeszcze wiedzieć, jakie jest miejsce problemu w strukturze systemu i że odpowiedzialny za te wszystkie problemy „w ostatniej instancji” jest kapitalizm. Jeżeli ludzie mobilizują się wokół jakiegoś sprzeciwu, to już znaczy bardzo wiele: nie jest im wszystko jedno i chcą współkształtować przestrzeń naszego życia społecznego. I dlatego ich mobilizacja musi nas wszystkich obchodzić, i to bardzo. Nie możemy sobie pozwolić na brak czasu, nie stać nas na to. Być może wykonali oni właśnie pierwszy krok w stronę prawdziwego upolitycznienia, musimy im pomóc wykonać następne. Nie możemy pozwolić, by się wkrótce zniechęcili, albo np. zostali przechwyceni przez liberałów. Gdyby wartość dla nas mieli tylko już (i od zawsze) przekonani antykapitaliści, to równie dobrze moglibyśmy popełnić zbiorowe seppuku, bo tych mamy w Polsce niewielu. Np. piszący te słowa był za wczesnego młodu szalejącym postmodernistą. To przerażenie kulturowymi ekscesami rosnącej w siłę prawicy katolicko-narodowej, skierowało ostatecznie jego uwagę na Kapitał i pozwoliło zrozumieć, że np. dyskurs Radia Maryja jest tylko odwróceniem i krańcową konsekwencją postmodernistycznego dyskursu „tożsamości”.

Psychoanaliza daje wiele lekcji, z których należy wyciągać wnioski. Dla nas wszystkich, którzy wierzymy, że polityka nie jest tylko walką o stołki, że jest tym samym, co miłość („procedurą prawdy”), do najważniejszych takich lekcji należy ta, że na ścieżkę prawdziwej, tak rozumianej polityki zawsze prowadzi impuls chorego (zranionego, patologicznego, ukaranego fiaskiem) pragnienia. Na ścieżkę polityki nie wstępuje się, bo się od urodzenia wierzy w wartości uniwersalne. Na ścieżkę polityki prowadzi chore pragnienie. Nie należy się na ten fakt obrażać, należy o nim wiedzieć i się z nim liczyć. Jeden z najwybitniejszych filmów politycznych mijającej dekady, „Wiernego ogrodnika” Fernando Meirellesa, należy czytać McGowanem. Justin początkowo biernie reprodukuje ideologię, nawet się z nią nie utożsamiając – to ideologia mówi wprost za i poprzez niego (kiedy broni udziału Wielkiej Brytanii w militarnych agresjach Imperium Amerykańskiego). Ostatecznie wstępuje na ścieżkę polityki – tej polityki, która jest „procedurą prawdy”. W imię wartości uniwersalnych poniesie śmierć, która jednocześnie nie będzie klęską, bo zada cios Realnemu systemu akumulacji kapitału. By wstąpić na tę ścieżkę, musiał jednak najpierw zabłądzić w pogoni za chorym pragnieniem – pragnieniem wydarcia „prawdy pragnienia” zmarłej tragicznie Tessy. Dręczyła go obsesja, że ukochana kobieta zdradzała go z mężczyzną, który zginął razem z nią. Justin błądził, ale bez tego zbłądzenia nie odnalazłby ścieżki polityki.

Co z tego dla nas wynika? Może nawet któryś z tych młodych ludzi, którzy się zapalili do usuwania krzyży ze szkół, przyłączył się tylko dlatego, że wszechobecność tego symbolu i handlującej nim korporacji (z siedzibą na jednym ze wzgórz Rzymu) powoduje frustrujący dyskomfort, gdy odczuwa jak najbardziej zrozumiałą w tym wieku potrzebę rozładowania napięcia przez masturbację. Może nawet niejeden nastolatek zaczyna walczyć z homofobią, bo nie może bezkarnie pocałować przystojnego kolegi z sąsiedniej ławki. I tak dalej. I nie tylko nikogo to nie dyskredytuje ani nie kompromituje – ani tych jednostek, ani grup, w ramach których działają, ani stawek, o które walczą – ale właśnie przetrącone pragnienie stanowi konieczny warunek, by odnaleźli ścieżkę polityki – tej polityki, która jest tym samym, co miłość. To właśnie któryś z nich może się najprawdopodobniej okazać w przyszłości zdolny do czegoś takiego, jak Justin.

Możemy oczywiście cieszyć się wszyscy swoimi fiksacjami, każdy własną. Rozkoszować się małymi różnicami i kultem swoich własnych spraw i krzywd, zawsze ważniejszych niż sprawy i krzywdy innych ludzi czy innych działaczy. Możemy, ale czym to się różni od narcyzmu i dokąd w ogóle prowadzi? Dlatego możemy też wreszcie dla odmiany zrozumieć, że każda krzywda jest ważna, nikt nie cierpi mniej tylko dlatego, że jego cierpienia nie odczuwają jednocześnie wszyscy, każde cierpienie domaga się zniesienia teraz, a nie „potem”. Że walki z żadną krzywdą czy nadużyciem nie możemy lekceważyć, ani tym bardziej marnować czasu na jej dyskredytowanie, musimy natomiast wykorzystać tkwiący w niej potencjał upolitycznienia, pomóc znaleźć ścieżkę polityki tym, którzy już wykonali pierwszy krok. Nawet jeśli z braku sił nie możemy przyłączyć się do każdej walki innych ludzi, szanujmy ją, pozwalajmy innym walczyć z krzywdą, którą akurat w tym momencie odczuwają na tyle dotkliwie, by przejść do działania. I pamiętajmy, że za każdą mobilizacją grupy ludzi kryje się potencjał budowy łańcuchów ekwiwalencji, przyszłych platform szerszej walki i sojuszy strategicznych. Kompulsywne podkreślanie, że „twoja krzywda się nie liczy, twoja walka nie ma znaczenia, liczy się tylko moja!” na pewno takich możliwości nie zbuduje.

Jarosław Pietrzak


 

Tekst ukazał się na portalu Lewica.pl 25 stycznia 2010 roku, jako część dyskusji na jego łamach; poprzedziły go następujące teksty:

Eytan Fox i tolerancja jako ideologia… okupacji

Reżyser filmowy Eytan Fox (ur. 1964 w Nowym Jorku) jest jedną z gwiazd liberalnego nurtu współczesnej kultury izraelskiej, jak również wschodzącą gwiazdą międzynarodowej kultury gejowskiej. Warto się przyjrzeć dwóm jego sztandarowym filmom, nie wydanym jeszcze w Polsce, ale cieszącym się już statusem kultowych w światowym obiegu kina o tematyce LGBT. Warto – ze względu na ich poważne ideologiczne implikacje wskazujące szersze problemy współczesnej kultury.

Filmy Foxa charakteryzuje prowokacyjne (?) upodobanie do tematyki związanej z homoseksualizmem połączone ze strukturyzowaniem świata przedstawionego wokół wielokierunkowych osi złożonych i ostro zarysowanych konfliktów oraz raczej „przeźroczysty” styl konotujący „normalność” pragnienia homoseksualnego oraz zdefiniowanego przez to pragnienie podmiotu. Yossi and Jagger (2002) to melodramat gejowski zainscenizowany w otoczeniu izraelskiego posterunku wojskowego na okupowanych Wzgórzach Golan. Walk on Water (2004) to z kolei historia funkcjonariusza Mossadu, który podaje się za przewodnika i zaprzyjaźnia się z niemieckim rodzeństwem – po to, by dotrzeć do ich dziadka, który w III Rzeszy był aktywnym nazistą (z poglądów swoich zresztą – jak się potem widz dowiaduje – nigdy nie zrezygnował).

Yossi i Jagger

Uderzającym rysem pierwszego z tych filmów jest kompletna deproblematyzacja i zapoznanie samej funkcji posterunku wojskowego, w którym rozgrywa się ukrywany przed światem romans zewnętrznie chłodnego i zdystansowanego Yossiego z rozbrajającym i zabójczo przystojnym Liorem (ze względu na „showmańską” osobowość zwanym Jaggerem). Arabowie są tam jedynie widmem, które nie pojawia się nawet w kadrze, oddaje za to strzały, od których zginie jeden z kochanków, dzięki czemu historia ma uzyskać wymiar „tragizmu”, choć w istocie osiąga jedynie melodramatyzm.

Przypomniało mi się, co Slavoj Žižek napisał o Monachium Stevena Spielberga:

„W przeciwieństwie do prostackiego przeciwstawienia bohaterów dobrych bohaterom złym thrillery szpiegowskie z artystycznymi pretensjami pokazują ‘realistyczną złożoność psychologiczną’ postaci z ‘naszej’ strony. To ‘uczciwe’ uznanie naszej własnej ‘mrocznej strony’ nie tylko nie jest oznaką wyważonego ujęcia, ale wprost przeciwnie, skrycie uznaje naszą wyższość: jesteśmy ‘psychologicznie złożeni’, pełni wątpliwości, podczas gdy nasi przeciwnicy to jednowymiarowe, fanatyczne maszyny do zabijania. Na tym polega kłamstwo Monachium Spielberga – film ten chce być ‘obiektywny’, przedstawić moralną złożoność i ambiwalencję, psychologiczne wątpliwości strony izraelskiej, problematyczną naturę zemsty. To ‘realistyczne’ podejście jeszcze bardziej oczyszcza agentów Mossadu: ‘patrzcie, nie są tylko chodnymi zabójcami, ale istotami ludzkimi ze swoimi wątpliwościami – to oni wątpią, a nie palestyńscy terroryści…’.”[1]

Czy to nie właśnie z tego rodzaju strategią mamy do czynienia w filmach Foxa? Za pozorami obrazoburczego ataku na konserwatywne składniki żydowskiej (czy izraelskiej) kultury[2], wynikającej z tych konserwatywnych składników hipokryzji (rodzona matka Liora – jak sama mówi – nic nie wiedziała o o swoim synu i jego życiu) kryje się tu zbiorowy narcyzm dziubdziania w w psychologicznej złożoności „naszych”. Wpisany w film postulat „tolerancji” wobec homoseksualizmu zaciągnięty jest tu na służbę ideologicznego zadania wypierania winy za okupację terytoriów arabskich i zbrodni popelnianych na arabskiej ludności, na których opiera się izraelska prosperity. Wymazana odpowiedzialność za przemoc wobec Arabów redukuje tu ich cierpienie do zadania dramaturgicznego: bezpośrednio spowodują oni śmierć Liora, z której widz izraelski wyciąga taki pożytek, że – zamiast czuć się politycznie winny – może się wzruszyć złożonością emocjonalnej sytuacji „swoich”.

Jest jeszcze jeden poziom, na którym ten oficjalnie „obrazoburczy” film pełni funkcję ideologicznej autoafirmacji Izraela i wypierania jego winy. Umieszczenie akcji w urządzonym według „patriarchalnych” współrzędnych środowisku armii (która w Izraelu, co zresztą w filmie widać, nie jest wcale otoczeniem tak zmaskulinizowanym, jak w innych krajach) służy rozmyciu dość oczywistego faktu, że Izrael ma co prawda swoje hałaśliwe szeregi politycznie wpływowych grup ultrakonserwatywnej prawicy religijnej, suma sumarum pełnią tam one jednak funkcję raczej kulturowej dystrakcji i atrakcji, przede wszystkim generującej efektowne medialnie starcia o składniki nadbudowy, bo w rzeczywistości społeczeństwo to plasuje się w rzędzie najbardziej zsekularyzowanych i obyczajowo (w tym seksualnie) liberalnych na świecie. W tym kontekście specyficzne izraelskie „równouprawnienie” kobiet w armii oraz swoboda seksualna (kariera transseksualnej piosenkarki o pseudonimie Dana International nie jest w izraelskiej kulturze żadną transgresją, nawet „wewnętrzną transgresją” podtrzymującą status quo – ma ona charakter czystej afirmacji obyczajowego wyzwolenia stanowiącego składnik kulturowej samodefinicji Tel Awiwu) mogą również pełnić niejawną funkcję ideologiczną: „zobaczcie, jak nasza kultura szanuje wolność jednostki (każdy może spać z kim chce)! – a jak to wygląda u Arabów? kto tu jest więc dobry, a kto zły?” Pociąga to za sobą cały łańcuch ideologicznych konsekwencji, u których kresu okupacja i „polityka planowego zniszczenia” (mówiąc tytułem książki Michela Warschawskiego) jawią się jako uzasadnione mocą cywilizacyjnej, kulturalnej i etycznej przewagi nad dzikimi i fundamentalistami.

Spacer po wodzie

Samą pracę ideologicznego wypierania najlepiej jednak ujawnia drugi ze wspomnianych filmów Foxa, Walk on Water, do którego uwagi słoweńskiego lacanisty na temat Monachium Spielberga odnoszą się nawet jeszcze bardziej dosłownie, bo główny bohater, Eyal, pracuje tu w Mossadzie, a film zaczyna się sceną, w której z zimną krwią zabija on palestyńskiego tzw. terrorystę dosłownie na oczach jego dziecka i żony. Wątek palestyński powraca co jakiś czas w pierwszych partiach filmu. Będący pod upozorowanym na turystyczną opiekę szpiegowskim nadzorem bohatera młody niemiecki gej Axel (wnuk nazisty) ma romans – czy może raczej flirt – z młodym Palestyńczykiem. Temat ataków „terrorystycznych” ze strony Palestyńczyków powraca a to w telewizji, a to, gdy okazuje się, że z ich względu jakaś droga jest zamknięta, itd. Im dalej w film, tym wątek palestyński ulega coraz wyraźniejszemu spychaniu, aż z czasem znika całkowicie.

Dokładnie tak, jak to Žižek opisał na przykładzie Monachium, bohater, jeden z „naszych” – który w inicjalnej sekwencji zabił Palestyńczyka bez zmrużenia oka – zaczyna przeżywać różne rozterki. Samobójstwo żony sprawia, że nie potrafi już zabijać i nie będzie w stanie wykonać polecenia zabicia starego nazisty. Przezwycięża swoją niechęć i lęk przed homoseksualizmem, by zaprzyjaźnić się z niemieckim gejem, a potem dzięki temu znaleźć kobietę i założyć z nią nową rodzinę – film kończy się takim happy endem, zgodnie z klasycznym ideologicznym mechanizmem hollywoodzkiego „produkowania” pary i rodziny[3]. Wątek konfrontacji agenta Mossadu z flirtem bogatego Niemca z biednym Palestyńczykiem mógłby być wykorzystany do zmuszenia (izraelskiego) widza do konfrontacji z niewygodną prawdą rzeczywistości społeczeństwa ufundowanego na eksploatacji podbitych ziem i ich poniewieranych mieszkańców. Palestyńczyk wykonuje (jedyną dostępną mu) prostą pracę usługową, a jego wujek, handlarz odzieżą, jest bezbronny wobec wybuchu agresji dobrze sytuowanego Izraelczyka – kilka takich motywów dobrze dramaturgicznie skondensowanych mogłoby być znakomitym punktem wyjścia uruchamiającym prawdziwą krytykę społeczną, „krytykę krytyczną”, jak powiedziałby klasyk. Foxowi udaje się jednak rozmyć to dokumentnie w logice sprowadzającej wszystko do niedogodności konfrontacji różnic międzykulturowych, z których najlepiej wyjść opierając się o zaklęcia „tolerancji wobec odmienności”. Eyal ostatecznie zdaje egzamin z tego przedmiotu, bo zaprzyjaźnia się z gejem-wnukiem nazisty, a z wnuczką nazisty się ożeni i będzie miał dziecko. Zanim do tego dojdzie, w filmie dosłownie wszyscy całkowicie zapomną o Palestyńczykach. Dążeniem filmu jest uzyskanie dokładnie tego samego po stronie widza.

Film jest symptomatyczny także ze względu na inne ideologiczne „przeniesienia”, które się w nim dokonują. Chodzi mianowicie o perwersję etyki ponowoczesnej wcieloną w figurę Nazisty jako negatywnego sacrum, „Zła Absolutnego”. Nazizm był oczywiście złem krańcowym, problemem naszej współczesnej kultury jest jednak ideologia jego metafizycznej, negatywnej sakralizacji, która ma poważne konsekwencje. Należy do nich ukrywanie i rozmywanie wiedzy o tym, czym nazizm był naprawdę (a więc ekstremalną – ale wynikającą logicznie z mechaniki systemu – formą kapitalizmu w warunkach kryzysu tak głębokiego, „że stawiającego pod znakiem zapytania samą reprodukcję prostą istniejącego kapitału” [4]), a także funkcja etycznego wytrychu, który pozwala egzorcyzmować „nadwyżkę znaczenia” kapitalistycznej formy uspołecznienia (a chodzi przecież o tę samą „nadwyżkę znaczenia” tej samej formy uspołecznienia, która się ujawnia także w rasistowskim zarządzaniu Palestyńczykami za pomocą nadzwyczajnych dekretów i przez „politykę planowego zniszczenia”, którego padają ofiarą) w na poły mitycznej figurze hitlerowca, zwykle oczyszczonej z odniesień do funkcji, jaką ideologia NSDAP pełniła dla wielkiego niemieckiego kapitału i klasy jego posiadaczy, a sprowadzonej do kulturowej cechy „braku tolerancji”, tyle tylko, że najdalej posuniętego. Toteż i wszelkie Zło Braku Tolerancji zostanie w finale przepędzone w akcie przywracającego ład symboliczny rytualnego kolektywnego (bo dokonanego we dwójkę) mordu na starym naziście. Żeby sprawa nabrała „mitopodobnej” gęstości, dobrze się rymującej ze strategią negatywnej sakralizacji Nazisty, ostateczny gest odebrania mu życia wykona jego wnuk.

Nazista jest tu (co nawet w pierwszej chwili zaskakuje) przedstawiony jako przedstawiciel wielkiej burżuazji, a jego przyjęcie urodzinowe znów mogłoby być zaczynem „krytycznej krytyki”, gdyby nie… No właśnie: gdyby nie to, że ów „moment antyburżuazyjny” wydaje się w filmie możliwy tylko dzięki temu, że zawężony jest wyłącznie do społeczeństwa niemieckiego. Problem klas posiadaczy wielkiego kapitału, które – kiedy tego wymaga reprodukcja poszerzona tegoż kapitału – gotowe są finansować i realizować politykę systematycznej eksterminacji, został po prostu przeniesiony na zewnątrz, na Obcego. Kiedy Fox opisuje społeczeństwo izraelskie, pomija tę kwestię całkowicie; społeczeństwo to wydaje się u niego nie składać w ogóle z klas społecznych. Ciekawe, dlaczego…

Film ujawnia jeszcze jeden problem – i poraz kolejny czyni to nieświadomie, nie problematyzując go w najmniejszym stopniu. Problem ów to ideologiczna fiksacja Izraela na imperatywie ścigania nazistów. Nie chcę przez to powiedzieć, że nie należy dążyć do ukarania winnych zbrodni przeciwko ludzkości takich jak Holocaust niezależnie od tego, jak dawno zostały popełnione. O co mi chodzi? O to, że Eyal dostaje od swoich przełożonych kategoryczny i bezwarunkowy rozkaz zabicia starego Himmelmanna – zamiast próbować go aresztować i doprowadzić przed sąd. Jakby był wciąż śmiertelnie niebezpiecznym człowiekiem, który w każdej chwili może kontynuować swoje dzieło zniszczenia. Tymczasem jest on już jedną nogą (i palcami drugiej) w grobie, niezdolny zrobić kroku bez kroplówki i asysty. Trudno sobie właściwie wyobrazić, dlaczego nie dałoby się postawić go przed sądem. Przyglądając się temu z perspektywy krytycznej zaczynamy się zastanawiać, czy aby ta fiksacja nie służy wypieraniu innego ludobójstwa, jak najbardziej teraźniejszego, które odbywa się na raty tuż za oknem; czy aby nie służy ona kompulsywnemu dorabianiu Państwu Izrael transcendentnej dziejowej misji Sędziego Historii, dzięki której ono samo może unikać znalezienia się w stanie oskarżenia.

Konformizacja kultury gejowskiej

To, co się odbywa na ideologicznym poziomie filmów Foxa, jest dla mnie ważne jako objaw szerszego problemu konformizacji kultury gejowskiej i jej akcesu do ideologii dominujących. „Przeźroczysty” styl Foxa, niespecjalnie w sensie stosowanych środków formalnych odbiegający od zwykłego filmu telewizyjnego, nie rzucający widzowi wyzwania w zakresie kodów estetycznych, wydaje się być także tego znakiem. A przecież nie tak znowu dawno temu gejowski komponent w kulturze miał solidny potencjał subwersywny i często angażował się w kwestionowanie status quo, łącząc problemy opresji obyczajowej i postulaty seksualnej emancypacji w łańcuchy ekwiwalencji z innymi postulatami i ruchami równościowymi (pouczający jest w tej kwestii Milk Gusa Van Santa). Dziś wydaje się, że kultura ta została w ogromnej mierze przechwycona przez elity, klasy dominujące i „średnie”, że postawy konformistyczne wzięły w niej górę i zdominowały tendencje wywrotowe. Euroatlantycka kultura gejowska, gdyby próbować spojrzeć na nią en masse, niespecjalnie wydaje się dziś stać po stronie słabszego. Postulaty emancypacji ustąpiły miejsca czasem pokrętnej, ale jednak afirmacji status quo i moszczeniu gniazdka wśród uprzywilejowanych – przez tych gejów, którym się „udało”. Ich kultura zdaje się nadawać następnie ton całej kulturze gejowskiej, choć – tak jak w każdej innej grupie określonej wedle apriorycznego, „esencjonalnego” wyznacznika tożsamości – beneficjenci neoliberalnego status quo znajdują się w niej w mniejszości. Większość osób homoseksualnych, zwiedziona fantazmatem wspólnej gay identity, kupuje ten konformizm jako swoją kulturę, z którą się identyfikuje. Jednocześnie neoliberalne elity włączają tę kulturę do nowych strategii legitymizacji swego ekonomicznego uprzywilejowania, strategii opartych na afirmacji „różnorodności” i „kulturowego otwarcia” elit[5], ożenionych ze zmanipulowanym przez twórców myśli neoliberalnej pojęciem wolności[6].

Jest rzeczą zdumiewającą, że dokładnie tak samo zachowuje się polska kultura gejowska, choć polskie elity polityczne i ekonomiczne w tej jednej kwestii bynajmniej nie spieszą się naśladować Zachodu i trzymają się starej, sprawdzonej metody zarządzania za pomocą opresji i represji. Jak politycznie środowiska LGBT zdominowane są przez neoliberałów w rodzaju Krystiana Legierskiego, tak kulturze artystycznej tych społeczności ton nadają postmodernistyczni reakcjoniści pokroju Michała Witkowskiego (Lubiewo to jedna z najbardziej konserwatywnych, w tym homofobicznych, książek, jakie w życiu czytałem). Polska jest jednocześnie jednym z tych miejsc, w których najwyraźniej było (– ?) przecież widać, jaką cenę środowiska LGBT mogą być zmuszone płacić za manowce kulturowego mariażu z ideologiami tych, którzy mają w późnym kapitalizmie władzę: cenę łatwości, z jaką owe elity mogą w razie potrzeby właśnie na mniejszości seksualne przekierowywać gniew pokrzywdzonych, mobilizując ich wokół innych fantazmatów tożsamościowych, np. tych oferowanych przez prawicę religijną. Ci nieliczni geje, którym się „udało”, w razie czego zamkną się przed tym gniewem w strzeżonych osiedlach, ale reszta nie będzie miała tej opcji.

Przypisy

[1] Slavoj Žižek, W obronie przegranych spraw, przeł. Julian Kutyła, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2008, s. 19.

[2] W kategoriach ataku czy dekonstrukcji konserwatywnych składników żydowskiej kultury znacznie ciekawiej zapowiada się zaprezentowany w sekcji Certain Regard festiwalu w Cannes w 2009 roku film Einaym Phukot (Oczy szeroko otwarte) Haima Tabakmana.

[3] Zob. np. S. Žižek, op. cit., s. 61-70; Jakub Majmurek, Filmowa produkcja pary, “Krytyka Polityczna” nr 16/17, s. 144-156.

[4] Piotr Kendziorek, Antysemityzm a społeczeństwo mieszczańskie. W kręgu interpretacji neomarksistowskich, Wydawnictwo Trio, Warszawa 2004, s. 30.

[5] Zob. Walter Benn Michaels, Wolność, braterstwo… różnorodność?, „Le Monde diplomatique – edycja polska”, luty 2009, s. 1, 14-15.

[6] Zob. Alain Bihr, Nowomowa neoliberalna, przeł. Agata Łukomska, Instytut Wydawniczy Książka i Prasa, Warszawa 2008; David Harvey, Neoliberalizm. Historia katastrofy, przeł. Jerzy Paweł Listwan, Instytut Wydawniczy Książka i Prasa, Warszawa 2008, s. 13-53.

 Jarosław Pietrzak


Tekst ukazał się pierwotnie na łamach miesiecznika „Le Monde diplomatique – edycja polska” (nr 11/2009)