Twoje oczy Arjuna Rampala

Pierwszy rozdział mojej właśnie kończonej powieści Nirvaan. Na wzbudzenie zainteresowania. Trzymajcie kciuki za rozmowy z wydawcami!

*****

My real name is Nirvaan, powiedziałeś tamtego wieczoru, kiedy po raz pierwszy się spotkaliśmy, w tej małej kiepskiej kawiarni na ostatnim piętrze tego kompleksu rozrywkowego, z którego wchodziło się wtedy do Cineworld na Shaftesbury Avenue. Chciałeś usiąść gdzieś, gdzie nie jest głośno, gdzie można porozmawiać. Tej dziwnej, kiepskiej, kawiarni już od dawna nie ma, zasłużenie, podobnie zresztą jak tego kina. My real name is Nirvaan, powiedziałeś – i już w tym momencie mnie złowiłeś, już byłem cały twój. Imię równie piękne jak jego właściciel. Patrzyłem na ciebie zachwycony, na twoje miękkie ale zaczesane do góry, czarne jak smoła włosy, na twoją przecudownie śniadą cerę, na twoje wielkie czarne oczy, które wydawały mi się przymglone jakimś smutkiem, a ta kępka włosów pomiędzy twoją dolną wargą a podbródkiem podniecała mnie na myśl, jak będzie łaskotała, jeśli uda mi się ciebie pocałować. Jak nirvana? – zapytałem. Tak, ty na to, just with the last two characters swapped. Przy swapped wykonałeś ten gest palcami, w którym zastąpiły się nawzajem miejscami.

Zawsze miałem słabość do mężczyzn o pięknych imionach, ale Nirvaan! – to imię przebiło wszystko, malownicze (śląskie? góralskie? – nigdy nie wiedziałem) nazwisko Maćka, przebiło nawet Djamela. Pamiętam jak dzisiaj piękny ciepły dzień tamtego lata, kiedy po raz pierwszy pojechałem szukać jeśli nie szczęścia, to materialnego ratunku, na Zachód, w moje pierwsze zagraniczne poszukiwanie pracy „w Unii”, kiedy Polski jeszcze „w Unii” nie było. W powietrzu unosiła się wilgoć z poprzedniego dnia ulewnego deszczu. Djamel szedł w swoich ciemnoszarych spodniach na kant, ale bez butów, boso po żwirze, którym usypana była droga z zamku do bramy. Na zamku w Châtillon Djamel był przewodnikiem, a ja przyjechałem właśnie, żeby przez całe lato być skrzyżowaniem pokojówki, kelnera, sprzątaczki, pomocnika od wszystkiego. Djamel pociągał mnie od pierwszej chwili, kiedy spojrzał na mnie, spod tych swoich gęstych, brązowych brwi, tymi swoimi wielkimi, bardzo jasnymi jak na Araba oczyma, tak mi się wtedy wydawało, że były bardzo jasne, jak na Araba, spojrzał na mnie sponad książki, którą czytał przy drewnianym stole w ogrodzie, gdy gruby, trochę gburowaty strażnik Daniel przywiózł mnie z dworca. Chciałem jakoś zagadać, podtrzymać kontakt, który, wydawało mi się, zaiskrzył już owego pierwszego dnia, na linii naszych skrzyżowanych spojrzeń. Ton prénom, Djamel – ça veut dire quelque chose en arabe? – zapytałem o znaczenie jego imienia, w nadziei, że rozmowa na tematy mniej lub bardziej językowe nie grozi z mojej strony żadną kompromitacją, że zrobię dobre wrażenie i jakoś się to dalej potoczy. Arabskie imiona zwykle mają dosłowne znaczenie. Ponieważ byłem wtedy jeszcze bardziej nieśmiały, jeszcze wtedy po prostu śmiesznie nieśmiały, spuszczałem co chwilę wzrok, który siłą rzeczy spadał jakoś na jego stopy. Piękne stopy. Ludzkie stopy, ta najbardziej niedorzeczna część ludzkiego ciała, tak rzadko są piękne, ale jego naprawdę były. Długie, dłuższe od moich, ale naprawdę piękne, z długimi, kształtnymi, zwartymi palcami; do dzisiaj pamiętam ten duży palec z pięknym, szerokim paznokciem i kilkoma włoskami, pamiętam, że nawet ten najmniejszy palec miał zdecydowany kształt, z każdym stawem wyraźnie zarysowanym. Djamel się zaśmiał i odpowiedział tą swoją przyjemną, miedzianą chrypką: Oui, ça veut dire ‘beauté’. C’est con, s’appeller comme ça, tu trouves pas? – zapytał. Petit garçon, comment t’apelles-tu? Beauté, madame – wygłupiał się, imitując dialog dziecka z zadającą mu pytania „panią”. Nie, ja wcale nie uważałem, żeby to było con, s’appeller comme ça, oczarowało mnie, że można mieć na imię Piękno, i że to akurat on, ten przedziwnie – nietypowo, nie dla każdego oka, ale jednak przecholernie – piękny student filozofii tak pięknie miał na imię. Od tamtej pory nie mogłem zasnąć po nocach, pragnąc tego piękna dotknąć, pragnąc tego piękna posmakować, poczuć je przez skórę, poczuć je językiem, poczuć je innymi członkami mojego ciała. Wyczekując każdego z tych spotkań – na kamiennych kręconych schodach zamku, w ogrodzie przed zamkiem, popijając coś wieczorem w barze czy w którymś z salonów. Albo przy stole. Ja tamtego lata podawałem do stołu, service russe: pochylasz się z tyłu każdej osoby, podsuwając tacę z mięsem czy rybą od lewej strony. Djamel siedział z gospodarzami przy stole. Wyczekiwałem każdego z tych posiłków. Jego włosy, kręcone, brązowe, niespecjalnie arabskie, może takie właśnie są kabilskie włosy, cholera wie, nigdy wcześniej nie znałem żadnego Kabila, nie słyszałem nawet o ich istnieniu; jego śniady kark, jego szczupłe ramię – dzieliły ode mnie tylko wątłe centymetry lipcowego, potem sierpniowego powietrza. Dzięki temu jego Merci, Jarek brzmiało za każdym razem jak szept do ucha.

Ale Nirvaan – to imię przebiło nawet Djamela. Jeszcze z tym fascynującym, podwójnym a. Znaczy to samo, co nirvana, dodałeś. Pomysł twojej babci, to ona chciała, żebyś miał tak na imię, żeby ci to wróżyło stan wiecznego szczęścia.

My real name is Nirvaan

Dlaczego w ogóle musiałeś mi „wyjawiać” swoje prawdziwe imię? Bo w mailu, odpowiadając na mojego posta na Gumtree (Gumtree miało wtedy jeszcze sekcję Dating, a w niej podsekcję Guys Seeking Guys), podpisałeś się Theo. Adres email, którego użyłeś, nie składał się z prawdziwego nazwiska, ani nie zawierał prawdziwego imienia, mówił tylko coś, że jesteś „Saffa”, czyli pochodzisz z Republiki Południowej Afryki. Pamiętam, że zapytałem, jeszcze zanim się spotkaliśmy, może w pierwszym mailu, czy może jesteś greckiego pochodzenia. Tak z głupia, bez podtekstów, żeby cokolwiek zagaić, Theo wydawało mi się bardzo greckim imieniem, miałeś czarne włosy i śniadą cerę, w pierwszej chwili pasowało mi to do Śródziemnomorza, no i jako nowoprzybyłego, ekscytował mnie ten londyński tygiel ludzi przybyłych ze wszystkich stron świata. A jednak nie nazywałeś się Theo tylko Nirvaan, a nie podpisałeś się prawdziwym imieniem, bo nie chciałeś ujawniać swoich indyjskich korzeni. W obawie przed kolejnym odrzuceniem. Ktoś powiedział ci parę tygodni wcześniej, że nie chciał kontynuować znajomości i wiedziałeś, dał ci to jakoś wyczuć, że to dlatego, że jesteś Hindusem. Ktoś bił po oczach na Gumtree, Gaydarze i na Gay Romeo, że co prawda nie jest rasistą i nie ma uprzedzeń, ale jednak absolutnie „no Indians”. Ktoś inny opowiedział ci historię swojej minionej już miłości. Opowiedział ci ją, żeby ci wytłumaczyć, dlaczego tak wielu gejów ucieka tu przed Hindusami. Spotkał pięknego Hindusa, oszalał na jego punkcie, byli razem przez jakiś czas. Ten Hindus też był do niego przywiązany, ale jednak rozstał się z nim, gdy rodzina zażądała, by się w końcu ożenił. Powszechna na londyńskiej „scenie” opinia o Hindusach jest, jak mi powiedziałeś, taka, żeby nie wiązać się z nimi na poważnie i nie liczyć na nic poważnego z ich strony; żeby omijać szerokim łukiem, jeśli się czegoś poważnego szuka, bo Hindus może być homo, ale jak rodzina zażąda, to on się zwinie w sobie i spełni pragnienia swoich rodziców. Hindus nigdy nie postąpi wbrew ich woli, podobno, tak mówią.

Pamiętam, że wzrok mi uciekał w stronę twoich dłoni. Twoje dłonie były przepiękne. Z tymi twoimi długimi palcami, jednak tak harmonijnie długimi, harmonijnie w proporcjach do twojego wysokiego wzrostu. Ty się jednak spłoszyłeś tą wędrówką moich oczu i jak mały chłopiec – przy twoim wzroście to było rozczulające – schowałeś obie dłonie pod pachy. Powiedziałeś, że strasznie ci wysychają, bo tu jest tak zimno. Próbowałeś już różnych kremów, ale nic nie pomaga, matka miała ci coś kupić w Durbanie i przywieźć z sobą, jak przyjedzie w odwiedziny. Był kwiecień, jak na mój gust nie było wcale aż tak zimno, ale ja pochodzę z krainy prawdziwych mrozów, a ty, bądź co bądź, z Afryki.

Dopiero, kiedy mi powiedziałeś, że tak naprawdę masz na imię Nirvaan, zdałem sobie sprawę, że od razu mogłem był zidentyfikować twoją „indyjską tożsamość”, gdybym tylko nie zafiksował się na tym, że Theo to greckie imię. Po twoich oczach Arjuna Rampala. Twoich oczach pięknych jak u Arjuna Rampala, takich jak jego oczy. Pamiętam, o czym jeszcze rozmawialiśmy tamtego wieczora. O indyjskim kinie, bo opowiedziałem ci o projekcie filmu dokumentalnego o kinie w Indiach, który napisałem, i nawet dostaliśmy jakiś grant z tego nieszczęsnego Instytutu Filmowego w Polsce, wtedy nawet mieliśmy już zdeklarowanych francuskich koproducentów, ale polska strona budżetu wciąż była niedopięta i ciągnęło się to już tak wiele miesięcy, że nie wiedziałem, czy kiedykolwiek coś z tego wyjdzie. Jakiś czas potem okazało się, że dopiąć się tej polskiej części budżetu nigdy nie udało, projekt się rozleciał, podobnie jak inny tuż przed moim wyjazdem. Ty powiedziałeś mi, że twój ojciec wynajmuje często w Durbanie dom bollywoodzkim filmowcom, gdy kręcą jakieś zdjęcia w RPA, co im się często zdarza. Znał na przykład Saifa Alego Khana. Jakby co, to mógły z kimś skontaktować, może mógłby w czymś pomóc.

Pytałeś, dlaczego wyjechałem z Polski. Właśnie dlatego. Dlatego, że miałem już dosyć życia w kraju, w którym nic się nie da, w którym nic nie zależy od mojej pracy, od moich zdolności, od mojej wiedzy, od mojego wysiłku, od mojej woli, po prostu nic nie jest możliwe, nic się nie da, jeśli twój ojciec kogoś nie zna, jeśli jakaś pizdunia na carskim tronie w Instytucie nie ma kaprysu, żeby obdarzyć cię łaską grantu czy stypendium, jeżeli nie jesteś wiecznie pochylonym paziem na dworze któregoś z ojców chrzestnych w tej czy innej Republice Kolesi. Projekty filmowe składały się jak domki z kart, gazety nie płaciły, albo płaciły z wielomiesięcznymi opóźnieniami, z tłumaczeniami to samo, zresztą wszystko to były śmieszne pieniądze, z których na dłuższą metę wyżyć się w Warszawie nie dało. Kiedyś pracowałem – pisałem, tłumaczyłem – prawie codziennie, siedem dni w tygodniu, a przez ponad dwa miesiące nikt mi za nic nie zapłacił, nie przyszedł ani jeden malutki nawet przelew. Musiałem pożyczyć pieniądze od mojego młodszego brata, żeby zapłacić czynsz. Dla ciebie to było dziwne, w świecie anglosaskim jeśli pisujesz dla ogólnokrajowych tygodników czy miesięczników, to brzmi dumnie, i co jak co, ale wyżyć to się z tego chyba raczej dało, przynajmniej jeszcze wtedy, no ale niestety w Polsce z freelansowania często się nie da. Bałem się, że niedługo albo zabiję siebie, albo przypadkowych ludzi na ulicy, więc spakowałem walizki i wyniosłem się gdzieś, gdzie mnie jeszcze nigdy nie było. Pragnąłem całkowicie zmienić otoczenie, potrzebowałem, żeby wszystko wokół mnie się zmieniło, żebym mógł zresetować sobie mózg, żeby otoczył mnie nowy świat, którego będę się musiał nauczyć od początku, żeby to uczenie się go zajęło całą moją uwagę i pozwoliło zapomnieć o frustracji i rozgoryczeniu. Dlatego przeniosłem się nagle do Londynu, miasta, w którym nigdy wcześniej nie byłem nawet na weekend.

Ty powiedziałeś mi, że nie znosisz Bollywood, prawie nic nie oglądałeś. Twoi rodzice robili ci wyrzuty, że przecież jesteś Hindusem, jak możesz tak się odcinać od własnej kultury. Ale ty z tego wszystkiego lubiłeś tylko Madhuri Dixit. O tak, ona jest wspaniała – oczy mi się zaświeciły, gdy zacząłeś o niej mówić, bo Devdasa widziałem kilka razy; ten taniec na siedząco przy piosence Mar Dala, to jest naprawdę coś niebywałego. Zapytałeś, czy widzałem Aaja Nachle. Nie, nie widziałem. Twoja twarz rozpromieniła się wyrazem szczerego uznania – Dixit jest tam wspaniała, powiedziałeś. To jedyna indyjska gwiazda filmowa, którą naprawdę lubiłeś, reszta cię w ogóle nie obchodziła. Ale byłeś pod wrażeniem mojej wymowy ich nazwisk, to pamiętam, choś nie pamiętam, o kim jeszcze rozmawialiśmy. Pewnie o Rani Mukherji, nie mogłem jej nie wspomnieć. Powiedziałeś mi, że zawsze chciałeś być nie-Hindusem, być „białym”. Nigdy nie lubiłeś kultury swojej rodziny, nie odczuwałeś jej jak własnej, czułeś się w niej uwięziony. Nawet curry nigdy nie gotowałeś. Sam to powiedziałeś, to nie był jakiś mój głupi, rasistowski komentarz.

Z wyjątkiem prawn curry. To akurat bardzo lubiłeś gotować i bardzo lubiłeś jeść, jedno z twoich ulubionych dań. Mój angielski pełen był wtedy dziur. Skanowałem zasoby swojej pamięci, ale nic nie wskazywało na to, że kiedykolwiek wiedziałem, co to jest prawn, że kiedykolwiek znałem takie słowo. Próbowałeś mi wytłumaczyć, że to taka jakby ryba, tylko w muszli (tak sobie w myślach przetłumaczyłem shell, ale w istocie chodziło ci o skorupę). Myślałem, że może chodzi o jakieś małże, ale ty dalej, że nie, że jak shrimp raczej, ale co to jest ten shrimp, też nie wiedziałem, albo nie potrafiłem sobie przypomnieć – nie dało się ukryć, nie byłem dobry w owoce morza. Zaśmiałem się zażenowany, przepraszając za słabości mojego angielskiego, obiecałem sprawdzić w słowniku, jak tylko wrócę do siebie.

Tłumaczyłem się, że angielski to mój trzeci język, uczyłem się go później i mniej niż francuskiego, trochę mi czasem brakuje słów i nie wszystko, zwłaszcza, gdy przychodzi do języka mówionego, rozumiem. Ty powiedziałeś, że wyglądam właściwie bardziej na Francuza niż na Polaka. Jakoś nie przypominałem ci innych Polaków, których spotkałeś. Powiedziałeś coś o przyjacielu, którego miałeś, chyba nawet z Katowic, gdzie studiowałem, powiedziałem ci, że pochodzę z miasta tuż obok. Miał na imię Rafał. Twoim zdaniem ubierałem się trochę jak Francuz i mój akcent nie przypomina tego, jaki najczęściej mają w Londynie Polacy, jakiś taki odrobinę francuski. Bawiło mnie to, bo we Francji nieraz mnie brano za Anglika.

I powiedziałeś wtedy rzeczy, od których moje serce w środku skakało z radości, tłukąc się o żebra. Że zrobisz dla mnie to curry z tych prawns, cokolwiek to jest, zaprosisz mnie kiedyś, ugotujesz dla mnie, i zjemy razem. Że pokażesz mi Aaja Nachle. Jeśli tylko chciałem się jeszcze kiedyś spotkać, jeśli tylko chciałem cię jeszcze widzieć i kontynuować znajomość. Że jeżeli zostaniemy przyjaciółmi, to mnie kiedyś chętnie zaprosisz do Durbanu, do domu twojego ojca. Jeden z najpiękniejszych mężczyzn, jakich w życiu spotkałem, powiedziałeś mi w istocie, że tylko ode mnie zależy, jeśli tylko chcę, to się spotkamy, jeszcze wiele razy. Dałeś mi do zrozumienia, że to zależy tylko ode mnie, bo ty byłeś zainteresowany. Jeszcze nigdy tak piękny mężczyzna, mężczyzna, który tak kompletnie i w całości mi się podobał, nie powiedział mi tak otwarcie i tak szybko, że mu na mnie zależy, że mu zależy tak bardzo, że piłka leży teraz tylko i wyłącznie po mojej stronie. Chcesz, to bierz. Tak, bardzo cię chciałem – żebyś wiedział jak bardzo!

Rozmawialiśmy jeszcze o paru sprawach. Opowiadałeś mi, jak bardzo chciałeś się wydostać z Durbanu. Że tam nikt, nawet twoi najbliżsi przyjaciele, nie wie, że jesteś gejem. Swoje jedyne homoseksualne doświadczenia przed przyjazdem do Londynu miałeś w Australii, byłeś tam na zagranicznym stypendium. To było Sydney, Melbourne? Nie pamiętam. W Durbanie nikt nie wiedział, bo tak bardzo obawiałeś się, że wszystko, co powiedziane szeptem, zostanie powtórzone na głos. Ja zadałem jakieś pytania, o to, jak to w końcu jest, być gejem w RPA, w końcu pierwszy kraj, który zakaz dyskryminacji ze względu na orientację homoseksualną wpisał sobie do konstytucji, tak mi się kojarzyło. There is only one gay bar in Durban, powiedziałeś mi, and I can’t go there because in Durban everybody knows my father, and he would know the next day. “Scena” jest w Kapsztadzie. Durban to duże, ale nudne, drobnomieszczańskie miasto. There is only one gay bar, and it’s empty – dodałeś. Jest tylko jeden gejowski bar w Durbanie, i stoi pusty; mało kto tam chodzi, bo się wszyscy boją, że ktoś ich tam zobaczy i powie ich rodzinom. Tak jak ty się bałeś.

Opowiedziałeś mi, jak przez całe studia udawałeś przed światem i rodziną, że jesteś hetero. Nie było łatwo wyrwać się z tej pułapki, bo jesteś wszystkim tym, czego porządka hinduska rodzina chce dla swojej córki: twój ojciec ma pieniądze, pochodzi z najwyższej kasty, jesteś wysoki, byłeś na uniwerku, twoja skóra jest, na hinduskie standardy, jasna; to ostatnie ma znaczenie, bo jasny kolor skóry jest w indyjskiej kulturze synonimem piękna i wysokiej pozycji społecznej – przypomniałeś mi o tym, choć ja doskonale o tym wiedziałem. Powiedziałem ci, że studiowałem kulturoznawstwo. Tak więc na potrzeby tego przedstawienia spotykałeś się z odpowiednimi z matrymonialnego punktu widzenia dziewczynami. Z „porządnymi dziewczynami z porządnych hinduskich rodzin” udawało się stosunkowo łatwo unikać nadmiaru zbyt intymnych okazji, ale zachowywałeś się czasem jak dupek, jak palant, żeby cię jednak za bardzo nie polubiły, żeby sobie za dużo jednak nie zaczęły wyobrażać. Potem zerwałeś jedną taką znajomość, i drugą; zerwałeś je bez sensu, po chamsku, żeby nic z tego nie rozumiały, żeby im przeszło, cokolwiek tam sobie roiły. Byłeś okrutny, ale dlatego, że nie umiałeś wydostać się z tego potrzasku, w którym byłeś nieszczęśliwy.

Dlatego właśnie tak bardzo chciałeś wyrwać się z Durbanu, niczym z przedstawienia, w którym odgrywałeś główną rolę, o którą nigdy nie zabiegałeś; wyrwać się z tego oblężenia, na drugi koniec świata, do Londynu, by wreszcie złapać oddech. Tu można złapać oddech, i nikt nie zna twojego ojca, nikt mu nie powie, że cię widział w Soho. Twojej rodzinie nie podobał się cały ten twój pomysł z wyjazdem do Londynu; ojciec chciał użyć swoich kontaktów, by załatwić ci jakąś porządną posadę tam, w Durbanie. Ale wcisnąłeś im w końcu, że Londyn to możliwości rozwoju, dobry początek kariery, można się wiele nauczyć, zdobyć doświadczenie, które potem zawsze pomaga i robi wrażenie. To do nich przemówiło, ale teraz nie mogłeś się przyznawać, jeśli cokolwiek szło nie tak. Nie mogłeś się przyznać, że tamten pierwszy, dobrze płatny kontrakt się skończył i ponieważ drugiej równie dobrej pracy nie znalazłeś, wziąłeś znacznie gorzej płatną, szeregowego księgowego w wielkiej firmie. Przędłeś tak sobie. W Londynie z kiepsko płatnej pracy ciężko o coś więcej niż elementarne wiązanie końca z końcem, wynajmując u kogoś pokój. Ale rodzinie nie mogłeś o tym powiedzieć. My family needs to think I’m doing well in London. Powiedziałeś, że nie zależy ci na pieniądzach, ale żeby rodzina ci dała spokój, nie molestowała cię o powrót do Durbanu, lepsza praca by nie zaszkodziła. Jeśli o mnie chodzi, powiedziałeś, zupełnie mi nie przeszkadza ubieranie się w H&M, nie muszę nosić swetra za sto funtów, mogę nosić ten za dwadzieścia parę. Wskazałeś na sweter, który miałeś na sobie; był w szerokie, czarne i beżowe pasy, i naprawdę pięknie ci w nim było. Miałem ochotę ci powiedzieć, że jak ktoś jest tak piękny jak ty, z twoim wzrostem, szerokimi ramionami i karnacją, to we wszystkim wygląda tak, że nie sposób się za nim nie obejrzeć. Bałem się jednak przeszarżować, więc nic nie powiedziałem.

Rozumiałem twoją potrzebę wydostania się do Londynu, by zacząć oddychać. Sam przyjechałem tu również po to. By uciec od przenikającego całe polskie powietrze trupiego smrodu tego najgorszego szczepu katolicyzmu; ten trupi smród polskich gejów dusi i tłamsi, aż większość z nich, najdalej do trzydziestki, stanie się albo sfrustrowanymi, cynicznymi pizdami, albo bojącymi się własnego cienia łajzami, uważającymi cały czas, jak tu nikogo swoim istnieniem nie urazić, przerażonymi perspektywą spotkania twarzą w twarz z drugim człowiekiem, które dopuszczają dopiero po przejściu przez zasieki kilkudziesięciu wymienionych maili i wiadomości. Tak, doskonale cię rozumiałem, ja też chciałem w Londynie zacząć oddychać, przyjechałem tu także po to. W mieście, w którym dwóch całujących się na ulicy mężczyzn nie budzi już nawet większej ciekawości, musi być ktoś więcej, niż tylko pizdy i łajzy, ewentualnie przyszłe, jeszcze nieurobione pizdy i przyszłe, jeszcze nie całkiem udupione łajzy.

Powiedziałeś mi jeszcze o kilku czarnych facetach, do których próbowałeś zagadać w sieci, na Gumtree i Gaydarze, może gdzieś jeszcze. Powiedziałeś mi, że lubisz czarnoskórych mężczyzn, bardzo ci się podobają, ale oni wszyscy cię kompletnie zlekceważyli i za każdym razem bardzo cię to zabolało. Nawet nie chcieli z tobą pogadać?, niedowierzałem. Może dlatego, że nie mam w gaciach tyle samo, co oni? – wzruszyłeś z rezygnacją ramionami. A może to był ciągle ten problem z Hindusami?

Robiło się późno, musieliśmy łapać metro, była środa, ty następnego dnia musiałeś iść do pracy. Ja jeszcze (albo znowu) nie miałem pracy. Obaj wzięliśmy Northern Line, tylko z przeciwnych platform, w przeciwnych kierunkach, ja na Finchley, ty do Tooting.

Gdy tylko dotarłem do domu, przywitałem się z Agatą, współlokatorką, która właśnie wróciła z pracy. Trochę ją już intrygowała intensywność mojego życia towarzyskiego w mieście, do którego dopiero co się przeprowadziłem i do niedawna prawie nikogo w nim nie znałem. Pobiegłem do słownika, sprawdzić, co to są te prawns. Napisałem szybko esemesa, że już wiem, i że nie potrafiłem zajarzyć, bo nazwa jest tak niepodobna do francuskiej. I że bardzo chciałbym się jeszcze spotkać, nie tylko na te krewetki. I enjoyed your company and really want to see you again. Skoro piłka była po mojej stronie. Chcesz, to bierz? Biorę więc. Odpowiedź dostałem w mniej niż minutę, co podekscytowało mnie jeszcze bardziej. Odpisałeś, że właśnie do mnie pisałeś, gdy dostałeś mojego esemesa; że polubiłeś mnie – lub podobam ci się, cholera wie z tym I like you – i że musimy się spotkać, że się spotkamy, czym prędzej. Definitely, to nie był koniec naszej znajomości. Zamknąłem się w moim malutkim pokoiku, moim pierwszym lokum, jakie miałem w Londynie, pokoiku, w którym nie mieściło się wiele więcej niż moje wąskie, jednoosobowe łóżko, nawet walizka, w której wciąż, z braku większej szafy, leżała większość rzeczy, jakie miałem z sobą w Londynie, musiała spoczywać wepchnięta pod nie. Leżąc na tym wąskim łóżku ściśniętym między ścianami wąskiego jak kiszka pokoiku, byłem pijany szczęściem, choć tamtej nocy nie wypiłem kropli alkoholu, tylko kawę i jakiś kiepski sok pomarańczowy.

Byłem pijany szczęściem, bo dopiero się uczyłem chodzić po tym mieście, ciągle nie umiałem w nim znaleźć pracy, musiałem w międzyczasie wyskoczyć do Lyonu, a stamtąd do Annecy, żeby pomóc mojemu poprzedniemu polskiemu pracodawcy w formalnościach i kontaktach z prawnikiem, i w ten sposób nadgonić trochę z gotówką (pozostałości ze stypendium scenariuszowego z Instytutu Filmowego ubywało w oczach), mieszkałem w tym ciasnym pokoiku, patrząc na jego okno z pojedynczą szybą z przerażeniem myślałem o tym, co będzie zimą – a jednak czułem, że oddycham. Po tym powrocie z tygodniowej zarobkowej podróży do Annecy przez kilka dni każdego wieczora spotykałem mężczyznę, i każdy wydawał się fajniejszy od poprzedniego, ty wydawałeś się kulminacją tej tendencji, byłeś z nich najpiękniejszy i jakoś tak najlepiej się czułem, najzwyczajniej z tobą rozmawiając. Dwóch rzuciło mnie już było na głębokie wody rozkoszy zupełnie niespodziewanej. A jednak euforia wywołana samym spotkaniem z tobą, samym twoim towarzystwem, widokiem twoich oczu Arjuna Rampala, rywalizowała z orgazmami, które tamci podarowali mi pod osłoną dwóch minionych nocy. Do kolejnego spotkania z tobą tęskniłem bardziej niż do ich ciał, a do tych ciał tak memu ciału zasłużonych tęskniłem, owszem, bardzo. Uda mi się zostać tym, który w tych twoich smutnych oczach Arjuna Rampala rozpali trochę radości? – to było pytanie, z którym zasypiałem.

And you know what? Nigdy nie zrobiłeś dla mnie tego curry z krewetek.

Nirvaan ilustracja (7)

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Reklamy