Sourena. Fragmenty

Sygnalizowałem Wam już tutaj moją pierwszą powieść. Postaram się przed końcem roku powiedzieć coś bardziej konkretnego o perspektywach jej wydania.

Dla higieny psychicznej, żeby nie zwariować, pracując nad jej ukończeniem (książka jest skończona dopiero, kiedy jest wydana), oczekując na ingerencje zaprzyjaźnionego redaktora i przechodząc przez koszmar komunikacji z polskimi wydawcami (chyba napiszę kiedyś o tym coś więcej), zacząłem klecić drugą powieść. Na tym etapie chcę ją zatytułować Ceremonie świąteczne.

Wrzucam tutaj na razie fragmenty jednego z początkowych rozdziałów (pierwszy draft, daleki od doskonałości). W nadziei, że dzięki temu nie zapomnicie, że czegoś takiego też należy się po mnie spodziewać! 😉

Fragment 1. Spotkanie.

Fragment 3. Pamięć.

Tak, pierwszy i trzeci. Jeśli kogoś interesuje, co pomiędzy, to tutaj jest plik PDF z całością. Całością jak całością. Całością tego rozdziału. Pierwszy draft, brudnopis. Dlaczego tak, środek do odnalezienia tylko w pedeefie? Żeby mi się WordPress, albo jakieś trolle nie skarżyły, że jakieś treści od osiemnastego roku życia na mojej stronie, a już raz sobie pofolgowałem. 😉

sourena-ilustracja-fragment-6

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Reklamy

Sourena. Pamięć

Tęsknota za Soureną, jaka zżerała go przez cały następny rok katorgi ostatniego roku studiów, wzięła go z zaskoczenia. Wiedział, że przez jakiś czas będzie tęsknił i żałował, że skończyło się na jednej nocy – jak każdy człowiek, któremu ktoś zbyt późno i tak niespodziewanie pokazał wreszcie, co znaczy prawdziwa rozkosz. Że ona naprawdę istnieje. Ale tego, jak go ta tęsknota podbije, jak go ona weźmie we władanie – tego się po sobie nie spodziewał. Przeczytawszy dramaty Lorki, pochłonął wszystko, co zdołał znaleźć o jego życiu i wyobrażał sobie, że z poetą z Grenady dzieli ból w jego odrzuceniu przez Dalego. Był kiedyś, przed laty, w kinie na Całkowitym zaćmieniu Agnieszki Holland. Tak sobie to wszystko kiedyś wyobrażał. Że tym, co mu ten cały pierdolony homoseksualizm – poczucie osamotnienia i wstydu, jakie temu towarzyszy na dziurawej prowincji tak chujowego kraju jak Polska – kiedyś wynagrodzi, będzie taka miłość, jak Verlaine’a i Rimbauda, intelektualna fascynacja kimś wielkiego talentu, jakimś literackim, filmowym, teatralnym geniuszem, i że w czymś takim właśnie cała nędza jego dotychczasowego istnienia uzyska coś w rodzaju odkupienia. Myślał, że te wszystkie opowieści o homoseksualistach jako wrażliwcach, artystach, ludziach wyjątkowo utalentowanych, kiedyś jakoś znajdą drogę do jego prawdziwego życia i nadadzą mu sens, przy pomocy którego strząśnie z siebie cały wstyd i nabierze odwagi, by przestać przepraszać wszechświat za swoje istnienie.

Tego, że się autentycznie na zabój zakocha w kimś, kto był „tylko” przepiękny fizycznie i go wyjątkowo dobrze zerżnął, zupełnie i nigdy się po sobie nie spodziewał. Wstrząsnęło to nim tak bardzo, że kiedy był już w Polsce, znowu na studiach, nie potrafił nikomu o swoim spotkaniu z Soureną opowiedzieć, powiedzieć choćby jednym słowem. Nawet tym kilkorgu przyjaciołom, z którymi był out, którzy już od dawna „o nim wiedzieli”. Jakby nie potrafił się przyznać, jaki ślad w nim odcisnął, jaką tęsknotę pozostawił mężczyzna, o którym nie mógł powiedzieć, że jest poetą, że pięknie maluje albo jest, sam nie wiedział, tancerzem na przykład. Że całe to wrażenie pozostawiła na nim „tylko” jego niezwykła uroda i to, jak niemożebnie wspaniały był w łóżku. Do czegoś takiego nie potrafił się przed nikim przyznać. Wstydził się – jakby to było coś niskiego oszaleć na czyimś punkcie w sposób tak fizyczny, cielesny. Choć wiedział, jak głupie to jest z jego strony, wciąż się tak wstydzić.

Czytaj dalej

Sourena. Spotkanie

Soureny nie potrafił zapomnieć. Miał nadzieję, że kiedyś o nim zapomni, bo porównanie z Soureną było bronią masowego rażenia, niewielu mężczyzn, a co dopiero pedałów, mogło wyjść z niego obronną ręką. Spędzili razem tylko jeden wieczór i noc, rozeszli się po śniadaniu, już ponad trzy lata temu. Powinien był po prostu cieszyć się, że udało mu się zaliczyć takie ciacho, że wreszcie ktoś go zerżnął tak wspaniale, jak zawsze o tym marzył, a poza tym o nim zapomnieć – no przynajmniej o nim nie myśleć tak często, nie w taki sposób, nie z taką tęsknotą. Ale nic nie mógł na to poradzić. Takiego mężczyzny jak Sourena nie dało się zapomnieć, a już na pewno, kiedy byłeś nieśmiałym okularnym pasywem z jakiejś dziury w Polsce, który nie miał dotąd dużo szczęścia w tych sprawach.

Niestety, Sourena nie miał większego problemu, żeby zapomnieć o Arku.

Czytaj dalej

Ekwiwalent

Treatment

(projekt scenariusza filmu fabularnego)

Z reżyserką Katarzyną Klimkiewicz (Flying Blind) rozwijaliśmy kiedyś taki projekt filmu fabularnego.

Jego geneza tkwiła w innym scenariuszu, który napisałem kilka lat wcześniej, ale nie udało mi się nic z nim zrobić; zatytułowany był Banita. Klimkiewicz przeczytała ten scenariusz chyba w 2012, a może 2011 roku i choć się jej podobał, to jednak nie widziała samej siebie w jego estetyce, sama by takiego filmu nie zrobiła. Spodobał się jej natomiast bardzo jeden z mniejszych wątków w tej całej historii – o tym, jak główny bohater pracował w wypożyczalni wideo. Wątek był to w pewnym stopniu autobiograficzny (pracowałem w wypożyczalni wideo, jak miałem 20 lat, przez pół roku).

Był to tylko fragment większej całości, ale Klimkiewicz z grupą innych młodych filmowców (większość była wówczas przed debiutem fabularnym) chcieli wtedy przekonać TVP do realizacji serii niskobudżetowych, średniometrażowych filmów, które pozwoliłyby im zaistnieć i skonfrontować się wreszcie z publicznością. Każdy miał być osobną małą historią na własnych prawach, z różnymi bohaterami, itd., i Klimkiewicz chciała wydobyć z mojego Banity ten jeden wątek i rozbudowując go, zrobić z niego taką autonomiczną historię.

Z serii średniometrażowych filmów nic w TVP, jak zwykle, nie wyszło. Po dłuższym czasie nic-z-tego-nie-wychodzenia wymyśliliśmy, że mamy tak naprawdę dość materiału na film pełnometrażowy, taki powiedzmy na 80-90 minut, więc dyskutowaliśmy, aż napisałem wersję pełnometrażową, pt. Ekwiwalent, którą potem jeszcze rozkminialiśmy razem w kilku intensywnych sesjach bardzo zabawnej współpracy.

Ostatecznie projekt jednak umarł. Nie udało nam się znaleźć żadnego producenta, który by zaskoczył, dlaczego nas ta historia tak rajcowała. Co ciekawe, ich reakcje były wszystkie identyczne, jak byśmy cały czas rozmawiali w kółko z tym samym człowiekiem. Szybko zajarzyliśmy, że ich odrzucenie wynikało bez wyjątku z przyjętej przez nas klasowej perspektywy na zwyczajność tej strony Polski po transformacji, której „liberalny” (nad Wisłą to tylko w cudzysłowie) nurt polskiej kultury odmawiał rejestrować. Spróbowaliśmy więc wtedy w Polskim Instytucie Sztuki Filmowej, w nadziei, że gdybyśmy tam jakieś wstępne dofinansowanie zdobyli na pracę nad scenariuszem, to może by nam się potem inaczej rozmawiało z producentami. PISF jednak również odrzucił nasz projekt.

To jest ostatnia wersja tekstu, ta, którą złożyliśmy w 2014 w PISF. Można ją też pobrać w pliku PDF (Ekwiwalent treatment), bo to jednak kilkanaście stron tekstu.

Można też przeczytać inny mój treatment, Niszczenie obrazów.

Kasia_brick_wall_2

Katarzyna Klimkiewicz w Londynie w 2014

Czytaj dalej

Niszczenie obrazów

Niniejszy tekst to treatment czyli zarys/projekt/pomysł na scenariusz filmu fabularnego, który napisałem chyba w roku 2006. Wielu rzeczy już bym dzisiaj tak nie napisał, wiele rzeczy wymagało wciąż rozpracowania i dokumentacji (zwłaszcza część, w której bohater już robi karierę w Mediolanie i Paryżu, tu ewidentnie czegoś brakuje, jest to za krótkie i nierozpracowane, i właśnie dlatego potrzebne mi było to stypendium, m. in. na dokumentację). Ale też wiele, w tym samo sedno pomysłu, wciąż się broni i to wciąż mógłby być jakiś film 😉.

Postanowiłem to tutaj opublikować, bo ostatecznie nic z tego nigdy nie wyszło (pod tekstem opisuję jeszcze, co się wówczas stało z tym pomysłem), a przez jakiś czas byłem do tego projektu bardzo przywiązany. A z kolei teraz szukam możliwości wydania mojej pierwszej powieści, więc może ktoś jest ciekaw w międzyczasie, jak tam u mnie w ogóle z tym całym opowiadaniem własnych historii 😉. Choć powieść będzie w zupełnie innym klimacie i stylu.


Treatment

Akcja zaczyna się w latach 90. XX w., na tle transformacji ustrojowej, w średniej wielkości polskim mieście, mało ważne, którym (rzecz do rozpatrzenia pod kątem produkcyjnym, można też je pozostawić nienazwanym); grunt, żeby było wystarczająco szare, smutne i zdeindustrializowane w latach 90., jak miasta na Górnym Śląsku lub Zagłębiu.

Mateusz chodzi do podstawówki. W grze w piłkę nie jest najlepszy, koledzy mają do niego jakieś pretensje. Choć nie jest słabeuszem, np. znakomicie pływa na basenie (bo w szkole jest basen). Ale nie jest stworzony do rywalizacji sportowej, w ogóle się nie wczuwa w grę, kompletnie mu to zwisa. Kiedy jego koledzy rozpaczają z powodu jakiejś przegranej w nogę, jakby się stała rzecz wagi państwowej, on w ogóle nie rozumie, dlaczego i wzrusza ramionami. Na szczęście dla niego, to nie on zawinił, reszta pastwi się więc (słownie i szturchaniem) nad bramkarzem, który przepuścił dwa zupełnie karygodne gole; wyzywają go od cioty itp., ironicznie naśladując go jak jakąś panienkę, która nie umie złapać piłki. Mateusz się nie pastwi, ale widać na jego twarzy mieszaninę lęku i ulgi, że to nie on jest przedmiotem tych napaści. Potem mecze toczą się już bez Mateusza, który się od nich wykręcił, przynosi zwolnienia od lekarza, za każdym razem, kiedy na wuefie mają grać w piłkę.

Mateusz woli pływać, ale nie pali się do zawodów. Wuefista wysyła go na zawody, których jednak Mateusz nie wygrywa. Zajmuje czwarte miejsce, choć nauczyciel był przekonany, że chłopak płynął poniżej swoich możliwości, wrzuca swoje mobilizujące gadki i pouczenia, które ani Mateusza ziębią, ani grzeją. Patrzy na wuefistę jak na kosmitę. Wuefista bezradnie załamuje ręce i patrzy na niego z niedowierzaniem. Chłopak, któremu nie zależy, które miejsce zajmie w zawodach! – tego jeszcze nie widział. Tak więc Mateusz pływa nadal, i to dużo, ale tylko dla przyjemności. Bezsilny wuefista nie próbuje go już nigdzie wysyłać.

Mateusz lubi oglądać filmy, nie tylko amerykańskie, choć wszystko inne prawie znikło z ekranów. Po roku 1989 oczywiście w jego mieście kino zamknięto, wszak w Polsce w mieście liczącym sto tysięcy mieszkańców nie opłacało się już prowadzić kina. Ogląda je więc w telewizji i na wideo. W telewizji tymczasem neoliberalna ofensywa. Polityczne i dziennikarskie półgłówki prześcigają się w apologiach wolnego rynku i jego niewidzialnej ręki jako najlepszego, a w zasadzie jedynego, remedium na wszystkie problemy tego świata. Zaczyna się śpiewka, która będzie trwała następnych kilkanaście lat, w której „lewica” z SLD jest równie gorliwa, jak prawica: o obniżaniu podatków, konieczności deregulacji rynku i prawa pracy, demoralizującym charakterze zasiłków dla bezrobotnych i wszelkiej w ogóle pomocy społecznej, a młodzi niech się uczą, to na pewno dostaną świetną pracę.

Widzimy raz Mateusza, gdy przypadkiem wpada w telewizji na relację z pokazu mody. Najpierw wychodzą kobiety, potem mężczyźni. Dziesięcioletni Mateusz patrzy zafascynowany. Flesze, rytmiczna muzyka, wspaniałe ciuchy, wysokie, dumne sylwetki, no i w ogóle Mediolan. Tymczasem w kuchni jego ojciec (wąs, rozchełstana flanelowa koszula i spodnie na szelkach) zaczyna się kłócić przy piwie ze swoim kolegą Mietkiem i z wrzaskami „Do chuja pana!” i „Do chuja miłego!” dają sobie po ryju. Kolega, nie przestając pomstować, umyka z domu co sił w nogach. Mateusz odwraca wzrok od tego żenującego widowiska – z powrotem ku posągowo pięknym ludziom na wybiegu w Mediolanie.

Kilka lat później. Mateusz kończy już liceum. Przygotowuje się do matury. Jest cholernie przystojnym chłopakiem, wysokim, dobrze zbudowanym. Na lekcji francuskiego trzydziestoparoletnia nauczycielka cały czas się do niego uśmiecha. W rogu sali siedzi chłopak nazwiskiem Przerada. Patrzy na odpowiadającego znakomicie Mateusza. Na ławce ma zdjęcie grupowe całej klasy, które przed chwilą wszyscy dostali. Przerada dewastuje długopisem na swoim egzemplarzu twarz Mateusza. Obok niego siedzi jego kumpel Kajzerek, który kiwa głową, bo nie rozumie, o co Przeradzie chodzi – przecież dzięki temu, że on z babką gada, a ona nie może oderwać od niego oczu, oni mają przynajmniej święty spokój. Zdaniem Kajzerka Mateusz pełni bardzo pożyteczną funkcję w klasie. Nauczycielka nie jest jedyną, która tak na Mateusza patrzy. Podobnie robi połowa dziewczyn. Także – na przerwach, na korytarzu, przed szkołą – gruba Beata z innej klasy, nieśmiała, zahukana, śmiertelnie w nim zakochana.

Mateusz ma u dziewczyn ogromne powodzenie. W następnej scenie całuje się w ubikacji dziewcząt z niejaką Moniką. Do ubikacji wchodzi Agata, która oburza się na widok chłopaka w tym przybytku. W kolejnej scenie Mateusz całuje się już z Agatą właśnie, gdzieś na ławce w parku. A w szatni liceum, w kącie za kurtkami – z Dominiką. Na studniówce z kolei nie przestaje się całować z Agnieszką. Monika, Agata i Dominika siedzą wtedy w kącie, wszystkie trzy razem. Naburmuszone patrzą na nich z byka. Każda przyszła z jakimś chłopakiem, ale w ogóle na tych chłopaków nie zwracają uwagi, bo torturują się patrzeniem na całujących się Mateusza i Agnieszkę. Chłopcy, z którymi przyszły, z początku byli trochę na nie obrażeni, ale znajdują rozwiązanie: zaszywają się w trójkę w innym kącie i rywalizują w ilości wypitej wódki z butelek przeszmuglowanych na imprezę za milczącym przyzwoleniem nauczycieli. Potem wszyscy trzej idą rzygać do ubikacji. W jednej z kabin Mateusz zamknął się tymczasem z Agnieszką, gdzie się sobą nawzajem zajmują, jakkolwiek atrakcje akustyczne zapewnione przez trzech wymiotujących ostatecznie ich rozpraszają i zniechęcają.

Przerada, Kajzerek i niejaki Pałasz chcą iść na imprezę do jakiejś dużej, wypasionej dyskoteki/imprezowni w mieście wojewódzkim. Rozprawiają o tym w szatni sali gimnastycznej, w której wszystkie ściany i drzwiczki szafek pokryte są zdjęciami Pameli Anderson, Naomi Campbell, Cindy Crawford i ze dwu gwiazd porno. Chcą zabrać z sobą Mateusza, bo on przyciąga dziewczyny. Sam nie będzie mógł się zająć wszystkimi, które się do niego zlecą, więc coś skapnie dla nich. Już to przerabiali, jest to skuteczna metoda. Proponują więc Mateuszowi, żeby znowu z nimi poszedł, ale Mateusz po studniówce, przed maturą, kupił sobie jeszcze parę rzeczy, w tym karnet na siłownię, więc już grosza nie ma na żadną imprezę. Przerada, Kajzerek i Pałasz naradzają się i robią ściepę, by imprezę Mateuszowi zafundować. Mateusz, jakoś tak wzruszony, że jest aż tak rozchwytywany towarzysko, zgadza się oczywiście. Metoda jest skuteczna. Na imprezie udaje się każdemu z nich dzięki Mateuszowemu przyciąganiu poderwać przynajmniej na chwilę jakąś dziewczynę.

Mateusz romansuje z poznaną na tej imprezie dziewczyną, przygotowuje się do matury i ogląda filmy i telewizję. W tym Fashion TV i wywiad z Marcusem Schenkenbergiem (Szwedem, który został pierwszym prawdziwym supermodelem płci męskiej) w amerykańskiej telewizji, przez kablówkę.

Z grubej Beaty podśmiechują się chłopcy z jej klasy. Śmieją się, że puszcza bąki i że oczy jej się maślą na widok Mateusza. Mateusz to słyszy. Żal mu się robi tej dziewczyny. Podchodzi do niej, gdy ta płacze w łazience. Wyciera jej oczy. Mówi jej, żeby się wyrwali razem z lekcji, które jeszcze zostały tego dnia. Ona, szczęśliwa, zaprasza go więc do siebie, gdzie częstuje go Suze’em przywiezionym przez jej ojca z Francji. Mateusz pyta ją, czy to prawda, że on się jej tak podoba. Ona się czerwieni i potakuje głową. Chciałaby, żeby ją pocałował? Kiwa głową, że tak. Całuje ją więc. Chciałaby pójść z nim do łóżka? Bardzo ostrożnie kiwa głową, że tak. Zaczyna ją rozbierać. Beata wie, że to nie rokuje żadnej przyszłości i że nie będzie nigdy jego dziewczyną. Ale i tak jest cała w skowronkach.

Matury zdane. Przychodzi czas składania papierów na studia. Przerada, Kajzerek i Pałasz składają papiery byle gdzie, nawet na turkologię, która w ogóle ich nie interesuje, nie bardzo nawet wiedzą, czy stolicą jest Stambuł czy Ankara, chodzi im o uniknięcie służby wojskowej i o to, że i tak nie ma pracy, więc jakoś trzeba ciężkie czasy przezimować. A na turkologię tak mało chętnych, że podobno koniec końców każdego przyjmują. Ogólnie nikt tu nie ma jakichś większych ambicji, dominuje myślenie w bardzo krótkiej perspektywie, bo też ambicje ani dłuższe perspektywy dawno nic dobrego nikomu nie przyniosły.

W mieście panuje ogromne bezrobocie, a ci, którzy pracę mają, zarabiają coraz mniej, jak ojciec Mateusza. W fabryce, w której pracuje ojciec Mateusza, ma miejsce prywatyzacja, potem restrukturyzacja (czytaj: redukcja działów i etatów), podwykonawstwo, spadają zarobki, rosną nadgodziny. Natomiast dyrekcja kierowana przez nowego włoskiego właściciela fabryki zarabia coraz więcej i jeździ coraz lepszymi samochodami. Ojciec Mateusza z kolegami spektakularnie się upijają, prawiąc o tym wszystkim.

Im gorzej ojciec Mateusza sobie w życiu radzi (ekonomicznie i w ogóle), tym bardziej panem i władcą czuje się w domu. Ma ciągle pretensje do matki Mateusza, że albo źle posprzątane, albo obiad do dupy, albo koszula jeszcze nie wyprasowana, albo coś w tym rodzaju. I nie przestaje prezentować siebie jako wzoru mężczyzny swojemu młodszemu synowi, czyli dziesięcioletniemu bratu Mateusza, Pawłowi. Pokazuje mu zdjęcia, jak strajkował za komuny i walczył o wolność. Choć co prawda niechcący wywalczył zamiast tego kapitalizm, ale chłopiec i tak tego za bardzo nie rozumie.

Mateusz tymczasem chciałby sobie zrobić zdjęcia – takie, na których by wyglądał równie zajebiście, jak w rzeczywistości. Próbuje sam się fotografować, z użyciem samowyzwalacza. Cuduje, ustawia się, ustawia urządzenie. Rzecz się dzieje w jego pokoju, gdy matka sprząta mieszkanie, a ojciec się snuje bez sensu ani celu, do tego jeszcze młodszy brat wraca akurat z boiska. Mateusz cały czas więc drży, żeby go nikt nie przyłapał na tak dziwnym zajęciu. Potem chce oddać zdjęcia do wywołania w osiedlowym punkcie fotograficznym, ale się wstydzi. Na osedlu wszyscy się znają, ktoś zacznie o nim gadać. Oddaje je więc w mieście wojewódzkim, w którym zdaje na uniwersytet. Rezultaty są jednak kiepskie. Trudno w ten sposób zrobić dobre zdjęcia, nawet mając więcej pojęcia o fotografii, a Mateusz nie ma.

A na co Mateusz zdaje na studia? Na kulturoznawstwo. Ojciec i matka załamują ręce. No i kim on po tym będzie? Mechanikiem, hydraulikiem, kelnerem, kucharzem? Przecież to mu nic nie da, takie studia! A tymczasem Mateusz, jak na studia, to chciał iść na coś, gdzie po prostu zdobędzie większą wiedzę, chciałby więcej zrozumieć z rzeczywistości. Trudno mu nawet wyartykułować takie argumenty wobec swoich rodziców, którzy rozpaczają, że chłopak sobie życie marnuje właśnie. „Już lepiej byś do wojska poszedł, byś się życia nauczył przynajmniej! Czego tam uczą na takim kulturoznawstwie?”

Na tych nowych studiach w jego grupie jest dwadzieścia parę osób, w tym zaledwie kilku mężczyzn, z czego jeden, Filip, to homoseksualista z dredami pasjonujący się fotografią. Mateusz zbiera się na odwagę, choć z trudem, przy trzecim piwie, by poprosić Filipa, żeby mu zrobił jakieś fajne zdjęcia i obiecuje, że mu się odwdzięczy kiedyś, jak tylko będzie mógł. Tylko jego ma odwagę o to poprosić, bo nie wie, jak by inni, normalni faceci na niego spojrzeli, że chce mieć zdjęcia, żeby zdjęcia były naprawdę dobre i on zajebiście na nich wyglądał. Tylko błaga Filipa, żeby nikomu tego nie rozpowiadał, bo się wstydzi przed kolegami z liceum, z osiedla, przed rodziną, woli, żeby się tego nie dowiedzieli. Filip się zgadza, bardzo chętnie mu zrobi zdjęcia, rzadko kiedy ma się okazję fotografować tak przystojny obiekt – dodaje z uśmiechem.

No i robi mu te zdjęcia. Fotografie są bardzo różnorodne i bardzo dobre. Robiąc je Filip jednak w pewnym momencie zaczyna się trochę do Mateusza przystawiać. Mateusza zdejmuje lęk, że go tak odebrano i go delikatnie stopuje. Filip go przeprasza, myślał, że może Mateusz jest gejem, skoro ma takie dziwne pragnienia, jak być fotografowanym. Nie powoduje to napięć, przechodzą nad tym do porządku dziennego. Mateusz gotowymi zdjęciami jest zachwycony i wysyła je w tajemnicy przed wszystkimi w kilka miejsc.

Przerada nadal, jak zawsze, z trudem znosi Mateusza, ale nadal go potrzebuje, więc dusi to w sobie. Przeradę właśnie rzuciła czwarta z kolei dziewczyna, wytrzymawszy z nim zaledwie dwa miesiące, co zaczyna go martwić. Dziewczyna go rzuciła, bo jest chamem, ale on jest przekonany, że tu na pewno chodzi o seks. Widocznie nie sprawdza się w łóżku. Rozmawia więc ze swoimi kumplami Kajzerkiem i Pałaszem, gdyż problem ten wyraźnie mu ciąży. Kajzerek i Pałasz nie są ludźmi najbardziej życiowo doświadczonymi, ich rady nie są więc ani błyskotliwe, ani przenikliwe. Pałasz proponuje mu się często onanizować, żeby wyćwiczyć się w zdolności robienia „tego” wiele razy jednym ciągiem, no i robienia tego długo. Przerada rzuca się więc w wir ćwiczeń. W ubikacji, w łóżku, nawet na studiach z turkologii, bo faktycznie było tak mało chętnych, że go przyjęli mimo iż nie wiedział nic o Turcji, na przerwach między zajęciami wychodzi do ubikacji, żeby „poćwiczyć”. Wkrótce zaczyna chodzić z kolejną dziewczyną, ale ta rzuca go po tygodniu. Bo w łóżku w ogóle na nią nie zwracał uwagi, pochłonięty liczeniem własnych orgazmów i czasu, jak długo jest w stanie to robić jednym ciągiem. Problem więc odżywa w rozmowach między nim a Kajzerkiem i Pałaszem (Kajzerek zresztą studiuje razem z nim tą turkologię; Pałasz nie dostał się nigdzie, więc zapłacił za lewe zaświadczenia lekarskie, żeby nie pójść do wojska i teraz jest po prostu bezrobotny). Kajzerek proponuje więc swoje tradycyjne rozwiązanie. Trzeba znowu skorzystać z atutów i talentów Mateusza.

Organizują więc kolejną imprezę. Wynajmują jeszcze z paroma kolegami domek nad jeziorem na dwa dni. Zapraszają dużo ludzi, w tym Mateusza i dużo dziewczyn. W jednej z sypialni ustawiają w ukryciu trzy pożyczone z różnych źródeł kamery wideo ustawione na łóżko. Mateusz na imprezie oczywiście flirtuje z dziewczynami, szczególnie z jedną. Kajzerek go podpuszcza w międzyczasie, żeby poszedł z nią do sypialni na piętrze, żeby się nie krępował. Ponieważ dziewczyna ewidentnie ma na to ochotę, Mateusz zabiera ją na piętro. O mały włos nie wszedłby z nią do drugiej, niewłaściwej sypialni, interwencja Pałasza kieruje go do właściwej. Kajzerek, Pałasz i Przerada uruchamiają te kamery i nagrywają, co się dzieje w sypialni. Po imprezie Przerada, Kajzerek i Pałasz analizują nagrania, by wyciągnąć jakieś konstruktywne wnioski, zwłaszcza dla Przerady, ale też i każdy dla siebie, nauczyć się od tego, który ma najwięcej szczęścia z kobietami, jak to robić, żeby tak szalały. Ku ich zdziwieniu, Mateusz faktycznie na początku się z dziewczyną kochał, a potem cały czas z nią rozmawiał i żartował, co zajmuje większą część nagrania. Dziewczyna wyszła z imprezy zachwycona, wzięła od Mateusza numer telefonu i umówili się, że się jeszcze spotkają. Może rżnął ją jeszcze potem i najlepsze działo się dopiero po całej tej gadaninie, jak taśma się już skończyła? – główkują. Może trzeba gadać przez parę godzin i dopiero zabrać się do rzeczy? W takim razie zabierają się do analizy, o czym on z nią gadał. Opowiadał jej o różnych ciekawostkach, jakich się właśnie dowiedział na wykładach na swoich studiach. A że na kulturoznawstwie dowiaduje się człowiek rzeczy fascynujących, gadali sobie o berdaszach, hidźrach, poliandrii, małżeństwie grupowym w plemieniu Todów, interioryzacji, Radzie Kobiet u Irokezów, i tak dalej. Przerada, Kajzerek i Pałasz nawet obłożeni słownikami, encyklopediami i podłączeni do Internetu nie mogą sobie z tym poradzić. No ale Kajzerek jest typem człowieka, który dopiero po trzech tygodniach zajęć na turkologii zorientował się, że Turcja jest krajem muzułmańskim.

Mateusz rzeczywiście zaczyna się spotykać z tą dziewczyną. Ma na imię Iwona. Na studiach zaprzyjaźnił się z tym Filipem, który znalazł sobie w międzyczasie chłopaka (na imię mu Kamil i jest kulturystą). Gdy są razem w czwórkę na piwie, Mateusz dostaje telefon z jednej z agencji modelek i modeli, do której wysłał zdjęcia. Chcą zrobić mu sesję. Mateusz zaczyna skakać z radości i całować Filipa w policzki, dziękując mu za zdjęcia.

Mateusz jedzie w tajemnicy przed rodziną na sesję zdjęciową. Agentka jest tak zachwycona rezultatem i interakcją między Mateuszem a obiektywem, że natychmiast ma dla niego propozycję. Kampanię reklamową męskiej bielizny. Mateusz, pijany ze szczęścia, oczywiście się zgadza. Wkrótce kolejna sesja. Czarno-białe, bardzo zmysłowe zdjęcia, Mateusz w samej bieliźnie. Dostaje kupę kasy, no ale nie może się przyznać przed rodziną, bo wstydzi się powiedzieć, za co dostał te pieniądze.

Mateusz jednak nie spodziewa się nawet, jak duża ma to być kampania. Idzie któregoś dnia na zajęcia, a tu na ogromnym billboardzie wielkie zdjęcie jego samego w samych slipach. I w witrynach dwóch mijanych sklepów. A w kiosku z prasą z tyłu okładki jakiegoś czasopisma. Zaczyna się tego bać. Na uniwersytecie Filip gratuluje mu oczywiście, ale Mateusz czuje się głupio, że wszyscy się na niego gapią. Jedna z wykładowczyń ustala ze studentami termin nadchodzącego egzaminu. I rzuca na odchodne z dziwnym uśmiechem, że jak ktoś się umie ładnie rozebrać przed aparatem, to nie znaczy, że tak łatwo zda też teorię kultury. Mateusz przełyka ślinę. Aż się boi wracać do domu (na uniwerek codziennie jeździ z domu; godzina autobusem). Nie wie, jak teraz rodzina i sąsiedzi będą na niego patrzyli. Z tego wszystkiego zostaje u Filipa do jutra. Filip się śmieje, że nie może się o tym dowiedzieć jego Kamil, bo będzie zazdrosny, a wtedy im obydwu poskręca karki, w końcu to kulturysta.

Ojciec Mateusza wpada na taki sam billboard, wracając z pracy, w której dostał właśnie wypowiedzenie, w ramach przeprowadzanej redukcji zatrudnienia mającej na celu kolejną „restrukturyzację” przedsiębiorstwa. Jedzie samochodem i na zakręcie widzi to ogromne zdjęcie własnego syna w samych slipach. Traci kontrolę nad samochodem i uderza nim w latarnię. Nic mu się poważnego nie stało, ale samochodowi owszem.

No ale jednak kiedyś Mateusz do tego domu musi wrócić. I wraca następnego dnia. Wychodzi z autobusu. Po drodze z przystanku do własnego bloku ma wrażenie, że wszyscy się na niego gapią i ma ochotę zapaść się pod ziemię. Na dodatek mija sklep odzieżowy, w którym w witrynie również zawisło jego zdjęcie. Wchodzi do mieszkania. Rodzice stają w przedpokoju i patrzą na niego w milczeniu. Jego młodszy brat też stoi w głębi, w pokoju, i patrzy; najwyraźniej nie bardzo rozumie, o co chodzi. Matka Mateusza wraca do kuchni, gdzie zaczyna zapamiętale szatkować jarzyny. Ojciec nic nie mówi, tylko stoi i się gapi. A potem nagle ucieka wzrokiem. Mateusz idzie do swojego pokoju i wypakowuje książki z torby. Paweł, młodszy brat Mateusza, bierze ze stołu gazetę, w której również znajduje się reklama ze zdjęciem Mateusza. Matka wpada w szał, każe mu to zostawić, nie oglądać tego, wstyd i hańba. Ojciec z kolei zaczyna się drzeć na Mateusza, czy teraz kurwą pedalską zamierza zostać. Mateusz mu na to, że w ten sposób w jeden dzień zarobił tyle pieniędzy, co ojciec w trzy miesiące pracy. Ktoś dzwoni do Mateusza na komórkę. To jego agentka, która właśnie zaparkowała pod jego blokiem i mówi mu, żeby się pakował, bo właśnie dostał kontrakt we Włoszech. Widział go włoski projektant na tych zdjęciach i chce go koniecznie mieć w tym tygodniu w Mediolanie. „Gdzie ty u cholery mieszkasz? – pyta go. – Tutaj wszystkie bloki takie same, jak ty w ogóle trafiasz do domu?” W następnym ujęciu agentka stoi już w przedpokoju, Mateusz się pakuje. Mały Paweł ciągle nie wie, co jest grane. Matka płacze w kuchni nad tymi jarzynami, ojciec zamknął się w ubikacji i ciągnie z butelki. Mateusz wychodzi z walizką za swoją agentką i odjeżdżają samochodem. Ojciec Mateusza wychodzi wtedy z ubikacji i idzie do pokoju, w którym mały Paweł znowu sięgnął po tę gazetę, żeby zobaczyć zdjęcie, które się stało przyczyną całego zamieszania. Ojciec wyrywa mu gazetę i pierze go nią po głowie. „Jutro idziemy cię zapisać na boks, karate albo zapasy! Albo wszystkie trzy na raz!”

Mateusz tymczasem ląduje w Mediolanie. Sesja zdjęciowa, wybieg, garderoby, charakteryzatornie, piękne kobiety, piękni mężczyźni, kontrakt z międzynarodową agencją, wywiad dla Fashion TV. Wszystko toczy się w zawrotnym tempie. Włosi mówią do niego „Matteo”. Mateusz pokazuje agentom zdjęcia Filipa, dzięki czemu i jemu załatwia kontakty z agencjami i prasą.

Matka Mateusza odtąd ubiera się na czarno, jest w żałobie. Jej bezrobotny już mąż, pozbawiony wkrótce prawa do zasiłku, żeby go te zawrotne 400 zł nie zdemoralizowało, jak brzmi oficjalna wykładnia wygłaszana właśnie przez establiszmentowego ekonomistę w telewizorze, siedzi na ławce przed blokiem razem z innymi bezrobotnymi i gadają o byle czym przy byle jakim alkoholu. Matka pracuje, sprzątając na czarno w bogatych domach kilku dyrektorów fabryki, z której wyrzucono jej męża (miejsc pracy ani pieniędzy na wzrost wynagrodzeń dla dyrektorów nie zabrakło) i zajmuje się domem, styrana do granic możliwości. Jeden z owych dyrektorów był zresztą lokalnym sekretarzem partii, gdy ojciec Mateusza strajkował za komuny. Matka Mateusza nie jest pewna, ale upewnia się na zdjęciach męża z tych strajków i z negocjacji z miejscowymi partyjnymi. Zanim wyjdzie, zaczynają się u niego zbierać goście. Lokalny polityk prawicy, lokalny polityk lewicy, ksiądz i jeszcze jakiś biznesmen; dyskutują o losach bohaterów „Klanu”.

Mały Paweł idzie do szkoły, gdzie wszyscy się na niego dziwnie gapią. Chłopak siada w ławce ze spuszczoną głową. Zaczyna się lekcja historii. Nauczycielka mówi o ponad milionie ofiar obozu w Oświęcimiu, z których większość stanowili Polacy. Jakaś dziewczynka pyta nieśmiało, czy jednak nie Żydzi. Nauczycielka milknie. Patrzy na dziewczynkę, patrzy w okno, patrzy w tablicę. Wzdycha. Otwiera swój nauczycielski notatnik, w którym każdy uczeń ma swoją stronicę. Odnajduje stronę przeznaczoną tej dziewczynce i notuje: „Ta mała pizda lubi Żydów”.

Mateusz ląduje potem w Paryżu, o Iwonie szybko zapomniał. Kolejne wybiegi i sesje, oprócz tego bankiety, flirtowanie z modelkami, zwiedzanie miasta i jego rozrywki. W klubie Louvre, czy jakimś innym równie wypasionym, jest z innym modelem, czarnoskórym Aurélienem. Okazuje się, że Aurélien jest gejem i Mateusz bardzo mu się podoba. Mateusz po chwili przerażenia go przeprasza, ale nic z tego, bo on woli kobiety. Aurélien go pyta, czy kiedyś próbował. Mateusz na to, że oczywiście nie. Aurélien go pyta, dlaczego „oczywiście” i namawia, żeby spróbował; jak mu się nie spodoba, to może w każdej chwili się wycofać. Mateusz sobie uprzytamnia, że rodzina, Kajzerek, Przerada i w ogóle całe to okropne miasto, w jakim się wychował, jest bardzo daleko stąd, a tutaj nikogo to nie szokuje (w klubie jest kilka par gejów i lesbijek), i w ogóle tu każdy chce się różnić od reszty, a nie zniknąć w „normalności”. Więc po chwili wahania się zgadza. W łóżku stwierdza, że to nie jest takie złe. Nie gorsze niż z kobietą. Jakiś czas sypia więc z Aurélienem, który się cieszy i chwali po bokach, że przekabacił „heteryka”. Jadą razem nawet na podobny kontrakt do Nowego Jorku, potem wracają do Paryża. Zanim został modelem, Aurélien był elektrykiem. Jego koledzy z pracy w kółko mu powtarzali, że jest cholernie przystojny i tak świetnie zbudowany, że powinien spróbować. No więc spróbował.

Kariera Mateusza w Paryżu się rozwija (ten wątek wymaga rozwinięcia). Akceleruje to też rozwój jego narcyzmu, który to proces kulminuje w scenie snu, w którym Mateusz kocha się z jakimś mężcyzną i okazuje się, że to… on sam, jego sobowtór, lustrzane odbicie.

W Polsce tymczasem pojawiło się w paru kolorowych pismach kilka artykułów na temat pierwszego polskiego modela, który robi prawdziwą karierę międzynarodową. Gruba Beata prowadzi stronę internetową (z forum dyskusyjnym) na temat Mateusza. Kajzerek, Przerada i Pałasz, przeglądając zdjęcia gołych kobiet w pismach pornograficznych między regałami w EMPiKu dostrzegają na sąsiednim regale jakiś magazyn, w którym jest taki artykuł. Zaglądają tam zdegustowani. W ramach jakiegoś niesprecyzowanego odwetu (sami nie do końca wiedzą, za co) postanawiają założyć stronę w Internecie, przez którą będą pokazywać tamte nagrania Mateusza w łóżku z Iwoną, które sobie zostawili. Montują je trochę i umieszczają w sieci.

Mateusz poznaje szwedzką modelkę Ingrid. Kończy więc definitywnie z Aurélienem. Ten mówi, że OK, w końcu uzgodnili, że rozstaną się, jak tylko Mateusz będzie chciał skończyć. Ale ukrywa ból i smutek.

Mateusz, spiesząc się na randkę z Ingrid, wpada do sklepu tak zwanego „Araba”, który w rzeczywistości jest Turkiem, po coś do picia. Potyka się, wychodząc stamtąd, o grupę chłopaków mówiących verlanem, którzy coś mu przygadują. Poznali go i coś tam mówią na temat cioty i kurwy i podstawiają mu nogę. Mateusz unika zwady i się stamtąd ewakuuje. Idzie na to spotkanie z Ingrid, która mu mówi, że w Internecie jest tamten film. Mateusz ją przeprasza i w ogóle nie kojarzy, skąd się mógł wziąć taki film. Myśli, że to może jakiś trik, montaż, podstęp. Ingrid się nie gniewa, w końcu nie może mu mieć za złe rzeczy, które on robił przed poznaniem jej. Mateusz znajduje film w Internecie i kojarzy, kiedy to było, ale nie bardzo wie, skąd się mógł wziąć sam film.

Tymczasem Kajzerek, Pałasz i Przerada odwiedzają z dwoma swoimi kolegami urząd pracy. Nie ma pracy dla ludzi z wyższym wykształceniem. Jest tylko dla hydraulików, murarzy. Wisi mnóstwo takich ogłoszeń. Tylko że nie ma ludzi w tych zawodach. Wszyscy dobrzy wyjechali na Zachód, bo nie chcieli dłużej pracować za tysiąc złotych na miesiąc. Potrzeba też paru sprzedawców i kelnerów, ale pracodawcy boją się zatrudniać ludzi z wyższym wykształceniem. Umieją czytać, to mogą też kiedyś przeczytać kodeks pracy, życzyć sobie pieniędzy za nadgodziny, itp., niedoczekanie.

Kajzerek zapisuje się potem na siłownię, podpuszczany do tego telewizyjnymi i prasowymi obrazami wspaniale zbudowanych, aktywnych, morderczo aktywnych mężczyzn, przed którymi padają kobiety. Śni mu się men z reklamy maszynki do golenia, który zachęca go do wysiłku, w nagrodę za który będzie wyglądał tak jak on i będzie codziennie pieprzył nową kobietę, która będzie sama przed nim nogi rozkładała.

Mateusz wraca w końcu do Polski. Z lotniska jedzie z Filipem samochodem prosto na uniwersytet, żeby się dowiedzieć o formalności, jakie są wymagane, żeby coś mu z tych opuszczonych studiów pozaliczali. Rozmawia w dziekanacie, z wykładowcami, tłumaczy swoją sytuację. Chce w przyszłości i w międzyczasie kontynuować naukę, ale nadarzyła mu się okazja pracy, która daje mu też ogromne doświadczenie językowe, dużo pieniędzy, obycie kulturalne, więc nie mógł tego zaprzepaścić. Niektórzy z rozmówców go kojarzą. Ogólnie wszyscy jednak patrzą krzywo i mnożą problemy. I odczuwają źle skrywaną satysfakcję z tego mnożenia. Zwłaszcza ci, którzy go skojarzyli.

Potem Filip zawozi go swoim samochodem do rodziny Mateusza. Matka od ostatniego razu nie przestała chodzić w czerni. Właśnie wpadła przez przypadek na Fashion TV w kablówce (którą mają kradzioną, podpięci do kabla sąsiadów), gdzie pokazują Mateusza na wybiegu. Załamuje ręce i przełącza natychmiast telewizor. Gdy Mateusz wchodzi, matka zakrywa odruchowo oczy jego młodszemu bratu Pawłowi. W następnej scenie jedzą wszyscy razem obiad, z Filipem włącznie. Nikt nic nie mówi. Filip czuje się niesłychanie zażenowany. Zaczyna mówić o wspaniałej karierze Mateusza, jeszcze żaden facet z Polski nie zaszedł tak daleko w świat w tym zawodzie. Bynajmniej nie wzbudza to entuzjazmu rodziny. Włączony telewizor chwali wspaniały wzrost gospodarczy kraju, mówi o konieczności dalszej likwidacji pomocy dla bezrobotnych (co z tego, że i tak już prawie nikt nie ma do niej prawa), no i strasznie wysokich kosztach pracy (co z tego, że prawie najniższych w Europie). Przez resztę obiadu jedyne słowa, jakie padają, padają z telewizora. Skrępowany Filip wychodzi czym prędzej, zaraz po zjedzeniu tego obiadu. Po jego wyjściu w telewizorze startują reklamy: piękni ludzie, piękne towary, piękne obrazy, obrazy piękna, obrazy szczęścia. Kup, a tego szczęścia zaznasz. Żyć, nie umierać.

Ojciec Mateusza od ostatniego razu, jak go widzieliśmy, nie znalazł pracy, odprawę dawno przejadł i przepił, zasiłku oczywiście nie ma. Kombinuje tylko jakieś fuchy na czarno, urywane, od przypadku do przypadku. A rządzi się za to w domu jak nie wiadomo kto. Paweł za to jest tresowany na prawdziwego mężczyznę. Trenuje boks, kopie piłkę, biega, pływa i ubiera się tylko na szaro, czarno i brązowo, bo każdy „prawdziwy” kolor niesie z sobą podejrzenie o homoseksualizm. Mateusz chce im pomóc finansowo, ale ojciec nie chce brać od niego pieniędzy, bo pochodzą z demoralizacji i zniewieścienia. Mateusz się wkurza i mówi, że nie będzie się narzucał, jeśli jest tak mile widziany. Bierze taksówkę i jedzie do hotelu.

Matka Mateusza, wciąż w żałobie z powodu cywilnej śmierci syna, który sprzeniewierzył się własnej płci, wybiera się potem na specyficzne modły. Modły odbywają się pod szybą, na której ukazała się rzekoma Matka Boska. Prosty proces iryzacji szkła zagnał sporą grupę mieszkańców miasta w stan religijnej ekstazy. Populistyczny proboszcz miejscowej parafii podnieca takie nastroje. Mówi, że przestrzegał, żeby nie głosować za Unią, żeby głosować przeciwko. Wydaliśmy się na pastwę zachodniego szatana i teraz Bóg i Jego Matka przypominają o sobie i swojej woli, której nie posłuchaliśmy, głosi. Nie ustawajmy w oporze przeciwko złu, które przychodzi z Brukseli pod postacią ateizmu, homoseksualizmu, eutanazji, pedofilii i aborcji. Obrońmy naszą Ojczyznę przed tym wszystkim.

Mateusz ma jakiś wywiad w telewizji. Po wywiadzie dziennikarka, która widzi u niego Nadzorować i karać Michela Foucault, którego akurat czyta, pyta go w korytarzu, co to jest – sensacja, wojenna czy horror? Potem jeszcze jedzą lunch z szefem tego kanału telewizyjnego, który przychodzi nań ze swoim kochankiem. Wspominają o tym, że jutro ma być manifestacja w obronie praw mniejszości seksualnych. Szef telewizji, sam homoseksualista (oczywiście publicznie to ukrywający), mówi, że tylko w wiadomościach o ósmej rano dadzą jakąś króciutką wzmiankę, bo prawie nikt tego nie ogląda; w ważniejszych wydaniach to pominą. Potem Mateusz jedzie na imprezę, razem z Filipem. Na drzwiach jego mieszkania, w którym mieszka z Kamilem, ktoś napisał sprayem „pedały”. Stara sąsiadka, przechodząc obok tych drzwi, żegna się ze zgrozą znakiem krzyża. Mateusz uzgadnia na tej imprezie ze swoją agentką, że następne zdjęcia do kampanii jakiejś z jego udziałem będzie robił Filip.

Żeby to uczcić, Filip zaprasza go na kolację u rodziców jego chłopaka Kamila, tego kulturysty. Filip do dzisiaj ukrywa przed rodzicami swój homoseksualizm, nawet odgrywa komedię w postaci przedstawiania im kolejnych dziewczyn, o których oni myślą, że to jego dziewczyny. Tymczasem rodzice Kamila od szesnastego roku jego życia wiedzą o jego homoseksualizmie. Matka Kamila, wypiwszy trzy kieliszki wina, zaczyna Mateuszowi opowiadać różne historie. Jak to jej mąż a jego ojciec zastał go kiedyś w łóżku z chłopakiem (gdy Kamil miał 17 lat). Jak to ona próbowała go parę razy zeswatać z różnymi facetami, takimi, którzy jej się podobali i którzy albo byli dobrze ustawieni, albo rokowali, że wkrótce będą. „No co? Chciałam mu znaleźć dobrą partię, zależy mi na przyszłości mojego dziecka.” Kamil ma młodszą siostrę, która ma jakieś dziesięć lat. Uczestniczy ona w tej rozmowie. Ojciec Kamila pyta go, czy tak właściwie to on jest w związkach z facetami aktywny czy pasywny. „No a jak myślisz?”. Ojciec patrzy na syna kulturystę i mówi „No tak…”. Siostra Kamila, Agnieszka, pyta, co to w ogóle znaczy. „No, czy to on, ten… no… bierze Filipa, czy na odwrót”, wyjaśnia jej niezgrabnie ojciec. Dziewczynka kiwa głową. Rodzice Kamila są przedsiębiorcami, którym się udało w okresie transformacji załapać do grona jej beneficjentów, bo ojciec znał mnóstwo ludzi w PZPR, co mu pozwalało wygrywać tak zwane „przetargi”.

Następnego dnia jedzie z Filipem i Kamilem odebrać jego siostrę ze szkoły, w której się dowiadują, że miejscowa kuria biskupia w ramach poszerzania kompetencji zawodowych nauczycieli będzie organizować kursy egzorcyzmów i rozpoznawania opętania przez złe duchy.

Odwiózłszy dziewczynkę do domu, jadą do ulubionej knajpy jego kolegów ze studiów. Podchodzi tam do niego dziewczyna, która okazuje się Aliną, koleżanką Iwony, którą z nim kiedyś sfilmowali Przerada, Kajzerek i Pałasz, i którą widać z nim w Internecie. Mateusz mówi, że jest mu bardzo przykro, że chciałby przeprosić jej koleżankę, nie wiedział, że byli podglądani i filmowani. Alina na to, że wali ją, czy mu przykro, czy nie, ona chce, żeby ją też przeleciał przed kamerą, ona też chce mieć taki film. „Nie jestem od niej gorsza!” Kajzerek, Przerada i Pałasz też są w tej knajpie. Podchodzą do Mateusza, zagadują. Zatrzymują go nawet, jak Kamil z Filipem już wychodzą. Skrywają jakąś zawiść, wrogość, udają sympatycznych. Mateusz zbyt zanurzony w narcyzmie, jaki się u niego w toku jego niespodziewanej kariery rozwinął, nie domyśla się ich złych intencji. Chcą go potem odprowadzić kawałek. Jest już noc. Na ulicy zaczynają trochę się z nim szarpać. Mateusz myśli, że to żarty. „Co wam odbiło, chłopaki?” Oni jednak na serio zaczynają go bić i kopać. Dzieje się to przed witryną sklepu, w której wisi reklama perfum, na której jest ogromne zdjęcie przystojnego, dobrze zbudowanego mężczyzny (to nie Mateusz). W trakcie tej bijatyki inserty pokazujące daremne wysiłki Kajzerka na siłowni, do której w ogóle nie miał serca i w której nie potrafił zrzucić sadełka, dziewczyny rzucające Przeradę, szefową Pałasza w sklepie, w którym pracuje (właścicielkę), a także antygejowską demonstrację, w której Pałasz brał kiedyś udział. Biją go, szczególnie koncentrując się na jego twarzy. „Nie będziesz już taki śliczny, skurwysynu! Pedale! Do chuja pana!” Nie przestają kopać i bić. Wreszcie nieprzytomnego rzucają w tę witrynę, rozbijając szybę, która z hukiem rozpada się w drobny mak. Poster z owym mężczyzną osuwa się razem z drobinami szkła na Mateusza. Włącza się alarm. Uciekają. Mateusz jest cały we krwi. Ktoś przechodzi obok, ale omija miejsce szerokim łukiem. Wsiada do samochodu i jedzie do swojego bloku na strzeżonym przez prywatną firmę ochroniarską osiedlu. Pod rozbitą witrynę nadjeżdża policja ściągnięta alarmem. Policjanci wzywają karetkę. Mateusz umiera w karetce, bo jest już za późno. Karetka zabiera go do kostnicy. Kierowca karetki od razu dzwoni do zakładu pogrzebowego, któremu sprzedaje cynk o zwłokach.

Kostnica. Matka Mateusza, w czerni, przychodzi, by rozpoznać zwłoki. Rozpacza nad zwłokami. Poświadcza, że to on. Wychodzi. Okazuje się, że ojciec stał z zapiekłą miną przed kostnicą i nie wszedł.

Gruba Beata umieszcza czarną tasiemkę na sporym zdjęciu Mateusza, które ma na ścianie. I zmienia kolor prowadzonego przez siebie forum internetowego na jego temat na czarny i ciemno szary.

Potem ciąg krótkich ujęć połączonych w dynamicznym montażu, spiętych mocną muzyką. Matka Mateusza zdejmuje w domu z ulgą żałobę. Hańba się skończyła. Ojciec pali kilka gazet, w których były zdjęcia Mateusza, a które były w ich mieszkaniu. Wrzeszczy przy tym o coś na żonę i popycha ją. Brat Mateusza, Paweł, ma już kilkanaście lat, zgoloną na łyso głowę. Na uniwersytecie pani w dziekanacie wykreśla Mateusza z listy studentów i z sadystyczną przyjemnością zamyka papiery. Przerada kopuluje ze swoją kolejną dziewczyną, zerkając na stoper. Potem zasuwa w fabryce dziesiątą godzinę tego dnia. Wychodząc z pracy, podpisuje w ewidencji czasu pracy, że jakoby skończył pracę już dwie godziny wcześniej (żeby mu nie trzeba było płacić za nadgodziny). Matka Mateusza myje schody; obiera ziemniaki. Stoi w kolejce w opiece społecznej. Kajzerek wiesza gołe baby na ścianach w swoim pokoju. Pracuje w barze, w którym robi dwunastogodzinne dniówki. Odbiera wypłatę poniżej tysiąca złotych. Ojciec Mateusza parafuje w urzędzie pracy, że ciągle pracy nie znalazł. Mietek, ów kolega ojca Mateusza, z którym się pobili na początku tej historii, od dawna nie ma pracy ani zasiłku i właśnie wchodzi na okno, żeby z niego wyskoczyć. Jego żona i matka siedzą tym czasem przed telewizorem w drugim pokoju i zalewają się łzami ze wzruszenia, że Benedykt XVI duka coś po polsku. Mietek wyskakuje z okna i przelatuje za oknem mieszkania rodziców Mateusza, którzy mieszkają dwa piętra niżej, a którzy gapią się z kolei w inny kanał w telewizji, w którym lecą igrzyska lustracyjne, kto co podpisał 35 lat temu. Nie zauważają przelatującego za oknem samobójcy, pochłonięci tym widowiskiem. Na czarnym tle napis: Koniec. Muzyka staje się bardzo ostra.

Napisy końcowe na tle dalszego ciągu ujęć. Ujęcia z ekranu telewizora: bliźniaki Kaczyńskie idą i się puszą; ojciec Rydzyk prowadzi jakąś rozmowę w TV Trwam; antygejowska demonstracja wszechpolaków; demonstracja antyfeministyczna; fragment programu „Warto rozmawiać” Pospieszalskiego – najlepiej wypowiedzi Wildsteina o marksizmie i „ja do tego nie potrzebuję Freuda, ja to wiem od Platona”; wykres wzrostu bezrobocia w jakimś programie informacyjnym; wykres rzekomego wzrostu gospodarczego; fragment ujęcia z serialu „Plebania”; ujęcie, w którym wszechpolacy po pijaku salutowali po hitlerowsku; ujęcie z jakichś wiadomości telewizyjnych o tym, że rząd uchwalił becikowe; Cimoszewicz zachwyca się w wywiadzie ogólnym wzrostem dobrobytu w Polsce; ujęcia Heidera i Le Pena; płonące na ulicach Paryża samochody; informacja telewizyjna o ciężko pobitym Marokańczyku w czasie festiwalu teatralnego; itp. Na końcu kilka ujęć wielkich billboardów globalnych marek, powiedzmy Microsoftu, CocaColi i Nike, oraz jakiejś wielkiej marki ciuchów reklamowanej przez Auréliena na plakacie, pomieszane z obrazami z amerykańskiej inwazji na Irak i Afganistan.

 


Kiedy to napisałem, był to początkowy okres istnienia Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, i tekst ten złożyłem w programie operacyjnym „stypendia dla scenarzystów”. To, co się potem z nim działo, było moim zdaniem symptomatyczne dla tego, co się działo w polskiej kinematografii w ogóle.

Projekty były wówczas oceniane przez „losowo” wybierane komisje (ich „losowość” skłaniała do zadawania pytań o samo losowanie, bo Ilona Łepkowska i Juliusz Machulski w każdej kwartalnej sesji byli w dwóch lub trzech komisjach jednocześnie) w procedurach, które otwarcie faworyzowały projekty oparte na istniejących utworach literackich, projekty historyczne i projekty wyrażające konserwatywny światopogląd. A to dlatego, że z każdego z tych tytułów przewidziane w formularzu były punkty (o ile mnie pamięć nie myli, nawet do pięciu punktów w każdej z tych trzech kategorii), których projekty oryginalne (niebędące adaptacjami utworów literackich), rozgrywające się współcześnie i reprezentujące wartości krytyczne zamiast „narodowych” nie miały czym nadrobić – dla nich nie było specjalnie przewidzianych w procedurze punktów, które mogłyby zarobić w zamian za to, że nie są o historii, na podstawie lektur szkolnych, ani o wartościach „narodowych”. Programowe premiowanie lektur szkolnych, tematyki historycznej i wartości „narodowych” powodowało, że tekst mógł mieć entuzjastyczne oceny recenzentów, a i tak balansować w okolicach progu minimum uprawniającego do przyznania dotacji z PISF na dalszą pracę nad projektem. Zwłaszcza jeśli autor był młody, bo były też punkty za dorobek, a ja miałem tylko 27 lat. W tym programie operacyjnym oceny były trzy. Średnia punktów z tych trzech ocen musiała wynosić 28, żeby projekt się kwalifikował. Mój projekt miał dwie oceny entuzjastyczne i jedną druzgocącą. Entuzjastyczne dawały mu po trzydzieści kilka punktów, więcej nie mogły, bo projekt nie był ani adaptacją, ani o historii, ani nie reprezentował wartości „narodowych”. Trzecia, negatywna opinia dawała mu niewiele ponad 20 punktów. Średnia wyszła dokładnie 28 punktów, próg minimum. Ówczesna dyrektor PISF Agnieszka Odorowicz zdecydowała, że mój projekt „z braku środków” zostanie więc przesunięty do następnej sesji. Tymczasem dyrektor zastrzegała sobie wtedy w procedurach PISF możliwość nieuznania jednej oceny, jeśli drastycznie odbiegała od pozostałych. Tak było w moim przypadku i gdyby dyrektor zastosowała korzystną wtedy dla mnie procedurę, nieuwzględnienie jedynej negatywnej oceny dałoby mi trzydzieści kilka punktów, czyli przeniosłoby mnie o kilka punktów w tabeli i nawet gdyby „brak środków” był prawdą (a uważam, że był ściemą), nie uzasadniałby przeniesienia mojego wniosku na później.

Odorowicz zdecydowała się nie zastosować procedury nieuwzględnienia oceny drastycznie odbiegającej od pozostałych, bo stosowała ją wtedy, kiedy to odpowiadało jej – kiedy jedną taką złą ocenę dostawał któryś z projektów historycznych, „patriotycznych”, których chciała kierować do produkcji jak najwięcej (to od początku było założenie programowe PISF), albo kiedy taką złą ocenę dostawał projekt jednej ze świętych krów kliki starców kontrolującej większość środków wychodzących z PISF, których projekty z zasady miały znaleźć dofinansowanie i już. W latach 2007-2008 wielokrotnie pisałem o tych problemach (głównie na łamach „Le Monde diplomatique – edycja polska” i „Nie”), PISF nigdy nie odniósł się do moich tez, np. wskazując, że się mylę czy przesadzam.

W następnej sesji mój projekt został – o ile dobrze pamiętam – przesunięty jeszcze raz do kolejnej sesji, a potem spadł z listy, bez udzielenia mi jakichkolwiek wyjaśnień. Było oczywiste, że projekt został najpierw zamrożony a potem zepchnięty ze względu na mieszankę czynników ideologicznych i personalnych – takie projekty były politycznie niepożądane, a ja jako przybysz „z zewnątrz” (spoza szkół filmowych, itd.) nie miałem protektorów w klice starców.

Miałem od początku świadomość, że takie rzeczy nie są w PISF wyjątkowym spiskiem akurat przeciwko mnie, zdawałem sobie sprawę, że to się dzieje systemowo.

Zanim wyjechałem do Londynu w 2008, złożyłem w PISF (osobiście lub przez zainteresowanego niezależnego producenta) chyba sześć projektów, z których dwa dostały dofinansowanie, jeden w programie na development filmu dokumentalnego (ostatecznie nie powstał, producent nie zdołał zorganizować reszty budżetu), a drugi w programie stypendia dla scenarzystów. Ciekawostka: cechą wspólną obydwu projektów, które otrzymały dofinansowanie, była nieobecność w nich wątków gejowskich – obecnych we wszystkich czterech projektach odrzuconych. Jeden w wielu przykładów na konserwatywne skrzywienie, jakie od początku było wpisane w procesy oceny projektów przez Polski Instytut Sztuki Filmowej.

Kiedy po utracie przez PiS władzy w 2007 zwróciłem się do nowego ministra kultury o interwencję (w sprawie projektu Niszczenie obrazów w szczególności i konserwatywnych prawideł procesu oceny projektów w ogóle), Bogdan Zdrojewski odmówił, dodając jeszcze z jakiejś wewnętrznej potrzeby, że Ministerstwu podoba się historyczna, narodowa linia programowa PISF i ma nadzieję na jej utrzymanie w nadchodzących latach.

Chciałbym dzisiaj zapytać Agnieszkę Odorowicz, czy jest dumna z ideologicznego i politycznego pejzażu wykreowanego między innymi przez politykę kierowanej przez nią przez dziesięć lat instytucji. To, że miliony ludzi w Polsce, w szczególności ludzie młodzi, mają wyobraźnię przeoraną i do gruntu zrytą prawicowymi ideologiami, to jest także zasługa polityki PISF, tego jakie filmy powstawały, a jakie powstawać nie mogły, przez dziesięć lat jej kierowania tą instytucją.

(Agnieszka Odorowicz pomogła wyhodować potwora, który potem utrącił także jej własną karierę, uniemożliwiając jej objęcie stanowiska szefowej TVP, o które się starała w 2015. Ktoś by powiedział: karma.)

 

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze. 

Na zdjęciu: Andrei Lenart

Fragmenty mojej powieści

Kto bywał na mojej stronie w tym roku, pewnie już wie, że od dłuższego czasu pracuję nad moją pierwszą powieścią, zatytułowaną Nirvaan. Pytany, co to będzie bardziej konkretnie, lubię odpowiadać: sentymentalna powieść pornograficzna (na motywach autobiograficznych). Oczywiście gejowska. Brzmi zachęcająco?

W nadziei, że kogoś to podkręci i będzie niecierpliwie czekał na ostateczne ukończenie i publikację całości, cztery fragmenty (w ich nieostatecznym jeszcze kształcie) podrzuciłem wam na przestrzeni kończącego się roku. Podwójnie rozproszone, bo opublikowałem je tu w oddalonych momentach w czasie, na różnych etapach pracy, ale także pochodzą z różnych miejsc w powieści, powyrywane z kontekstu.

Fragment ukazał się w artzinie literackim „Papier w dole”, a ten o Djamelu został przedrukowany przez portal Queer.pl.

Oto one, zebrane razem, z odnośnikami, w kolejności ukazania się, i w kolejności, w jakiej się znajdują w powieści, choć nie jest ona chronologiczna i różne rzeczy znajdują się jeszcze pomiędzy nimi.

1. Twoje oczy Arjuna Rampala

My real name is Nirvaan, powiedziałeś – i już w tym momencie mnie złowiłeś, już byłem cały twój. Imię równie piękne jak jego właściciel.

Aizaac blurry

2. Karim

Je m’appelle Karim, powiedział. Et toi?, zapytał. Głos zagubił mi się gdzieś po drodze do gardła, nie wiedziałem gdzie.

Jonathan Soukali bw

3. Djamel

Ton prénom, Djamel – ça veut dire quelque chose en arabe?Oui, ça veut dire ‘beauté’. C’est con, s’appeler comme ça, tu trouves pas?

Joshua Djamel

4. Stephan

Stephan bez problemu wyczytał to z mojej twarzy, ale żeby pobawić się trochę moim pożądaniem i tak zapytał: Do you like black guys?

Basiru Stephan ilustracja 4

Zabiera mi to wszystko znacznie więcej czasu, niż się spodziewałem (powieść jest też znacznie dłuższa, niż przypuszczałem, kiedy zabierałem się za jej pisanie, po drodze zmieniała się kolejność rozdziałów, z czego potem wynikła konieczność ogromnych prac porządkowych na całym tekście), ale naprawdę jestem już coraz bliżej końca, przysięgam.

Na zdjęciach:

Aizaac Sidhu (u góry, przy fragmencie nr 1 i poniżej), Jonathan Soukali (przy fragmencie nr 2) i Basiru Jallow (przy fragmencie nr 4)

Aizaac Soho BW

Jestem na Facebooku i Twitterze.

 

Stephan

Stałem więc po raz nie wiem już który przed Bootsem na Piccadilly Circus, jako nie wiadomo który już oczekujący tam na pierwsze spotkanie z poznanym w sieci facetem – może nawet dokładnie w tym samym czasie, było kilka minut po wpół do siódmej, stał tam jeszcze ktoś inny, w dokładnie tej samej sprawie, bo na tym chaotycznym, zatłoczonym zbiegu ulic, trudnym do przegapienia, stało kilku mężczyzn w różnym wieku, zerkających co chwilę na telefony. Rzut beretem od pubów i barów Soho, gdzie można się napić i bez skrępowania pomigdalić, jeśli obie strony przypadną sobie do gustu lub będą równie wygłodniałe. Kolejny raz w każdemu w takiej sytuacji znanej obawie, że oczekiwany mężczyzna, choć wszystko zostało przez telefon uzgodnione nie dalej jak wczoraj, nagle jednak, z jakiegoś powodu się nie pojawi, wysłałem esemesa. Jestem już przed Bootsem, mam na sobie cienki czarny płaszcz i czerwone buty. Lubiłem wtedy zakładać na takie okazje czerwone buty (miałem wtedy wciąż trzy pary takich, bardzo różne, ale wszystkie bardzo jaskrawe), bo rzucały się w oczy nawet w tłumie i zwykle robiły wrażenie.

Esemes ledwie zdążył dotrzeć do adresata, gdy spośród tłumu wyrósł przede mną wysoki, postawny mężczyzna, ze śnieżnobiałym uśmiechem przecinającym szeroką, ciemnoskórą twarz. Jego wzrok bez wątpienia mierzył we mnie, na potwierdzenie podążyła za nim dłoń. Duża dłoń imponującego, bardzo silnego mężczyzny. Uśmiechnąłem się, chyba nawet znienacka onieśmielony, aż się przestraszyłem, że serce bije mi za mocno, tak mocno, że aż słychać to na zewnątrz, mimo hałasu ulicy. Stephan miał na sobie dżinsy, czerwoną sportową kurtkę z kapturem. Z rodzaju tych, które wiszą trochę luźno i miękko, pozostawiając odrobinę tajemnicy wokół szczegółów sylwetki, jednak szerokie barki, dostrzegalna w rękawach grubość ramion, szerokość zapiętej w tej kurtce klatki piersiowej – kazały wyobraźni domyślać się pod spodem ciała pięknego, być może nawet imponującego, spektakularnego. How are you?, zapytał. OK, ja na to, and you? Zdałem sobie sprawę, że w mailu, w którym mi się przedstawił, nie powiedział mi, ile ma lat, a ja później przez telefon o to nie pytałem. Patrząc na tę uśmiechniętą, gładką twarz, nie potrafiłem odgadnąć jego wieku. Było w niej coś chłopięcego, z biegnącymi do tyłu głowy, przy jej powierzchni, warkoczykami, w jakie splecione miał włosy, sprawiał wrażenie przerośniętego nastolatka, ale wiedziałem, że jest starszy, kończył doktorat, pracował już w trzech krajach, no i był potężnej postury.

Zapytał, czy pójdziemy prosto do kina. Możemy, odpowiedziałem, jest tam bar, w którym możemy posiedzieć te pół godziny przed seansem. Let’s go then, nie przestawał się uśmiechać, a szeroki, szczery uśmiech wcinał mu głębokie dołki w policzkach. Poszliśmy do Cineworld na Haymarket, ja wybrałem film, w Cineworld miałem już od dawna abonament, membership. W mailu, którym odpowiedział na mojego posta w Guys Seeking Guys na Gumtree, napisał, że chętnie by poznał kogoś, z kim by mógł sobie połazić do kina, bo odkąd rozstał się ze swoim poprzednim facetem, trochę mu tego brakuje.

Usiedliśmy w małym, przesadnie oświetlonym barze o fioletowych ścianach w głębi kina na Haymarket, w kącie tuż pod dużym ekranem, z którego powierzchni spływały zwiastuny właśnie lub wkrótce wyświetlanych filmów, ale jak rzadko kiedy nie budziły one we mnie żadnego zainteresowania. Stephan usiadł naprzeciwko mnie, rozpinając i zdejmując kurtkę, pod którą miał na sobie tylko szary t-shirt, napięty na jego szerokiej klatce piersiowej, z krótkimi rękawami ciasno opinającymi imponujące, wyskakujące z nich bicepsy. Był to bez wątpienia najbardziej muskularny mężczyzna, z jakim byłem dotąd na randce, do tego wysoki wzrost, silne dłonie, chłopięcy luz, z jakim się w tym potężnym ciele poruszał i nie opuszczający jego twarzy uśmiech łobuza stanowiły razem wybuchową mieszankę. Byłem już do obłędu podniecony i gdyby mi z tym uśmiechem nagle powiedział głośno, żeby wszyscy wokół usłyszeli, I’d like to fuck right now, can we go to the toilet?, to nie miałbym siły odmówić, nie obchodziłoby mnie, co sobie postronni obserwatorzy pomyślą. Kieliszek białego wina pomagał mi się rozluźnić, zapobiegać blokadzie z mojej strony, nie ukrywać, że jestem nim zainteresowany, ukrywając jednocześnie, jak bardzo, jak desperacko.

Stephan pił wodę, powiedział, że nie pije alkoholu. Oparł łokcie o stół, pochylając się nieco w moim kierunku. Jestem psychologiem w więzieniu, pracuję z więźniami z uzależnieniami, powiedział, no i mój ojciec pił jak wściekły, z tego wszystkiego mam awersję. Zerkałem na te mocarne bicepsy zadając Wieczności pytania, czy się kiedyś znajdę w ich objęciu, poczuję ich uścisk, czy kiedyś zobaczę, co się kryje pod tym t-shirtem. I jakie są szanse, żeby to się stało już dzisiaj, co zrobić, żeby zaprosił mnie po filmie do siebie i tam zrobił ze mną, co tylko chce, bo inaczej grozi mi, że eksploduję. Rozmowa toczyła nam się gładko, to wysunięcie tułowia i twarzy ku mnie, z łokciami opartymi o stół, musiało być znakiem jakiegoś zainteresowania z jego strony. Pomyślałem, że są szanse, co pomogło mi zapanować nad podnieceniem, przed którym rysowały się być może jakieś całkiem realne perspektywy spełnienia. Dzień wcześniej rozmawialiśmy już trochę przez telefon, zawiązując kilka wspólnych tematów, które teraz mogliśmy wiązać dalej.

No patrz, zapomniałem cię zapytać wczoraj, skąd dokładnie, z którego kraju w Europie Wschodniej jesteś, powiedział, nie napisałeś nic dokładniej. Z Polski, odpowiedziałem. Tak myślałem, nie przestawał się uśmiechać. A mówiłem ci już, że mieszkałem i pracowałem w kilku krajach, zanim się zatrzymałem w Londynie, no nie? No i pierwszym z nich była Polska właśnie, w latach dziewięćdziesiątych, in my early twenties. W Szczecinie, tak konkretnie. To nie jesteś z Londynu?, zapytałem. Nie, jestem Amerykaninem, zaśmiał się, nie słychać, czyżbym złapał w końcu ten cholerny brytyjski akcent? Z mieszanej trochę rodziny jestem, dodał, to znaczy mój ojciec był w połowie Meksykaninem. Spojrzałem na jego twarz, wyraziste kości policzkowe i ostry rysunek oczu. No jest odrobina czegoś takiego, jakby azteckiego, w twojej twarzy, nie umiałem sobie tego zwerbalizować wcześniej, ale teraz już widzę – uśmiechałem się tak bardzo, tak ostentacyjnie, że bałbym się, że to aż sprawia głupie, przerysowane wrażenie, gdyby nie to, że Stephan odpowiadał mi tym samym i wyraźnie przyciągał mnie ku sobie. I have been told so, powiedział.

Ale skoro już o pochodzeniu gadamy, kontynuowałem, pociągnąwszy kolejny duży łyk wina, to zaskoczyłeś mnie, że jesteś Czarny, nie spodziewałem się tego. Przestraszyłem się nagle, że to chyba nie zabrzmiało najlepiej, nie tak, jak powinno było, ale wyglądało na to, że osiągnęliśmy już pewne minimum porozumienia, po którym ten mój lęk nie był uzasadniony. Przecież wysłałem ci zdjęcie, raczej się na nim nie chowałem. Faktycznie przysłał mi zdjęcie, całej swojej sylwetki, prawie nagiej, jedynie w bokserkach, ale zrobione z telefonu, którego flesz odbjał się w lustrze, czyniąc głowę zupełnie niewidoczną, przesłoniętą białą plamą światła. Tak, przysłałeś, odpowiedziałem, ale to światło w łazience i ten ostry flesz jakoś tak rozjaśniły zdjęcie, że w ogóle sobie z tego nie zdałem sprawy. No to przepraszam, mam nadzieję, że to nie problem, spojrzał na mnie uważnie, wciąż z uśmiechem, teraz jeszcze bardziej cwaniackim. Wręcz przeciwnie, odpowiedziałem, z uśmiechem jednoznacznie mówiącym: I fucking love Black guys. Stephan bez problemu wyczytał to z mojej twarzy, ale żeby się trochę pobawić moim pożądaniem i tak zapytał: Do you like Black guys? Yes, I do, odpowiedziałem bez wahania, choć czerwieniąc się trochę, że ktoś tak nonszalancko rzuca światło na ukryte zakamarki mojego pragnienia, i tak łatwo odnajduje tam obraz samego siebie. Zaraz, zaraz, powiedziałeś, że na początku lat dziewięćdziesiątych pracowałeś przez jakiś czas w Polsce? Tak, ale niezbyt długo, nauczyć się polskiego nie zdążyłem. To ile ty masz teraz lat?, patrzyłem na niego badawczo, nie przestając się uśmiechać, ale na szczęście przestając się już czerwienić – czułem się coraz bezpieczniej naprzeciw jego uśmiechu i błysku w głęboko czarnych oczach. A na ile wyglądam? – wyraźnie bawiło go wyciąganie ze mnie komplementów, przecież nawet to moje I do (w sensie: I do like Black guys), brzmiało w tej naszej rozmowie jak komplement, tak zabrzmieć miało i tak zostało, bez śladu nieporozumienia, odebrane. Trudno ci dać więcej niż trzydzieści, ale jeżeli pracowałeś w Polsce na początku lat dziewięćdziesiątych, to… Mam czterdzieści trzy lata, rzucił z uśmiechem, badając wzrokiem moją reakcję. Którą był podziw. Nie wyglądasz, w życiu bym ci tyle nie dał, powiedziałem, przełykając ślinę z wrażenia. Wiem, wyglądam znacznie młodziej, Matka Natura jest dla mnie łaskawa, ty zresztą też nie wyglądasz na dwadzieścia osiem, dałbym ci dwadzieścia trzy, odwdzięczył się komplementem. Dziękuję, ale to nic w porównaniu z tobą, ty wyglądasz na piętnaście lat mniej niż masz, słodziłem mu niestrudzenie.

Ani się spostrzegliśmy, jak nadszedł już czas seansu. Zebraliśmy nasze klamoty, ja torbę i płaszcz, on kurtkę, Stephan kupił sobie jeszcze kubełek popcornu i poszliśmy po schodach na piętro, bo film grali w największej, olbrzymiej sali. Usiedliśmy dość wysoko, film był po hiszpańsku, jeden z trzech języków, którymi Stephan władał biegle, więc nawet nie musiał zwracać uwagi na napisy. Kino nie było pełne, w naszym rzędzie, w jego części w sektorze po lewej, nie było nikogo oprócz nas. Zapadła ciemność, a Stephan, po mojej prawej stronie, rozsiadł się wygodnie, co przy rozmiarach jego klatki piersiowej, barków i ramion pozwalało nam dyskretnie, jak gdyby nigdy nic, dotykać się i się o siebie ocierać. Wreszcie czułem przez skórę ten wspaniały biceps i triceps, który wcześniej mogłem tylko pochłaniać wzrokiem. Im dalej w film, tym wygodniej moje prawe ramię opierało się o jego lewe, co Stephan odbierał bez słowa, ale z zadowoleniem. Po pewnym czasie poczuł się zapchany popcornem, w którego spożywaniu mu nie pomagałem, bo odkąd w dzieciństwie obżarliśmy się nim z bratem tak, że rzygałem po tym do rana, na zawsze pozostała mi do tego badziewia odruchowa, silniejsza ode mnie niechęć. Odłożył kartonowy kubełek na podłogę i położył lewą dłoń na moim prawym kolanie, sondując, jak zareaguję. Bardziej niż przychylnie: przysunąłem moje udo bliżej jego nogi, tak, by się nawzajem o siebie opierały. Może pamiętasz moje nogi, nie są to nogi ułomka, ale przy jego udzie prawdziwego kulturysty moje i tak wyglądało jak chucherko. Uśmiechnął się pod nosem, zadowolony, że jego gest został przyjęty z aprobatą, i że tym samym wykonaliśmy kolejny krok przybliżający nas do wspólnej wyprawy do łóżka.

Bezpośrednio za nami siedziało kilka osób. Kolejne rzędy pną się tam do góry stromo, każdy znacznie wyżej niż poprzedni, ktokolwiek za nami siedział, mógł te nasze poczynania podglądać, ale żaden z nas się tym nie przejmował. Byliśmy rzut beretem od Soho, epicentrum gejowskiej kultury, Stephan był zbyt postawnym mężczyzną, żeby się kogokolwiek obawiać, zbyt z tym pewny siebie, żeby się przejmować, a mnie wręcz radowało, że ktoś widzi, że to ja będę dzisiaj w nocy miał tego wspaniałego mężczyznę, za którym niejedna głowa już się w tym budynku tego wieczoru obróciła. Miałem tylko nadzieję, że nie widać po mnie zbyt wyraźnie, jak bardzo już mnie roznosi. Z podniecenia Stephanem z trudem nawiązywałem jakikolwiek kontakt z rozgrywającą się na ekranie historią. Stephan natomiast leniwie dręczył mnię słodką torturą, od czasu do czasu przesuwając swą dłoń, kilka centrymentrów w jedną, potem w drugą stronę. Przez jakiś czas trzymał ją zsuniętą ku wewnętrznej stronie mego uda, dość wysoko, zacząłem się obawiać, że gdyby przesunął ją jeszcze trochę wyżej, guziki mojego rozporka wystrzelą na wszystkie strony i ponabijają ludziom wokół nas guzy. Jego dłoń była ciepła, duża, ciężka i silna, ale wydawała się wewnątrz miękka i łagodna, bardziej niż przyjazna, obiecywała opiekę.

Film dobiegł do końca, a ja nie wiedziałem w ogóle, co o nim myśleć, zupełnie mi się nie kleił, bo nie bardzo byłem w stanie się na nim skupić przez minione dwie godziny. Obaj potrzebowaliśmy do ubikacji, zrobiło się tam tłoczno, bo dwa równoległe seanse skończyły się niemal w tym samym momencie. Tylko dzięki tej kolejce udało mi się zapanować nad sobą na tyle, by stracić wzwód zanim dotrę do pisuaru. Na szczęście uwolnił się dla mnie pisuar w rogu, dzięki któremu mogłem się trochę osłonić od spojrzenia innego oddającego mocz samca, bo sąsiada miałem w tej sytacji tylko z jednej strony. Na szczęście, bo bałem się, że po dwóch godzinach ocierania się o biceps i udo Stephana, po seansie kontaktu z ciepłem jego silnej dłoni, dotyk palców konieczny tam na dole do oddania moczu wywoła ponowny napływ krwi i ożywi wzwód, bałem się też, że po ponad dwóch godzinach w stanie takiego podniecenia, może tam skapywać trochę śluzu, a czułbym się bardzo zażenowany, gdyby ktoś to widział, gdyby na przykład zwisał w postaci trudnego do strząśnięcia gluta. Stephan nie chciał się tłoczyć w kolejce do pisuaru, wolał poczekać, aż będzie się można dostać do jedynej w tej toalecie kabiny, albo aż izba urynałów się trochę wyludni.

Zeszliśmy potem razem po schodach, ja dwa dyskretne kroki za Stephanem, by ponapawać się przez chwilę bardziej bezczelnie, bez obawy o sprawiane wrażenie, widokiem całej jego postury kroczącej przede mną. Chciałbyś coś zjeść? – zapytał, gdy byliśmy już w fiołkowym hallu na dole. Jasne, że tak. Wyszliśmy na ulicę. Tam, gdzie mieszkam, na Caledonian Road, jest kilka restauracji, chciałoby ci się tam ze mną podskoczyć?, i znów ten uśmiech. Najwyraźniej badał, czy jestem skłonny wybrać się na noc do niego, nie proponując tego od razu otwarcie. Jasne, że by mi się chciało, odpowiedziałem. Jaką kuchnię lubisz, co byś powiedział na coś azjatyckiego? Wszystkiego mogę spróbować, byle to nie były krewetki, śmiałem się. Nie lubisz krewetek? Nie chodzi o ich smak, one po prostu wyglądają dla mnie jak robaki. Stephan, okazało się, był wegetarianinem. Byłem pod wrażeniem, że taką masę mięśni zbudował na sobie, nie jedząc mięsa, ale tego już nie powiedziałem, przynajmniej na razie, w obawie, że przefajnuję z częstotliwością komplementów.

Poszliśmy w górę ulicy i zeszliśmy do metra na Piccadilly Circus, tam wzięliśmy Piccadilly Line, northbound service, która jedzie stamtąd prosto na Caledonian Road. Znalazły się dwa miejsca siedzące, jedno obok drugiego, które szybko zajęliśmy. Podobnie jak w kinie, rozmiary Stephana pozwalały mu opierać swoje udo o moje w zupełnie naturalny i nie budzący podejrzeń sposób. Nie martwiłem się jednak podejrzeniami, miałem nawet w głębi duszy nadzieję, że ten czy ów współpasażer-obserwator domyśli się, co się między mną a Stephanem kroi, że to ja, nikt inny, będę miał tego budzącego podziw mężczyznę jeszcze tej nocy; fantazjowałem, że ktoś mi, patrząc na niego siedzącego tak ze mną, raz za razem dotykającego dłonią to mojego ramienia, to kolana, zazdrościł, i rozglądając się po wagonie próbowałem zgadnąć kto. Stephan opowiedział mi, że kupił mieszkanie tam na Caledonian Road, kiedy budowali tam nowe budynki, bo chciał mieszkać blisko pracy. Więzienie, w którym pracuję, jest dosłownie parę kroków stamtąd, oszczędzam mnóstwo czasu na dojazdach, przed pracą zdążę jeszcze pójść potrenować na siłce, wieczorem popracować trochę nad doktoratem. Doktorat pisał o pracy z ludźmi podwójnie uzależnionymi, zwykle alkoholikami i narkomanami jednocześnie. Praca z nimi, tam w więzieniu, to jest naprawdę stresująca sprawa, dlatego ja to wolę raczej na jakiś obciachowy amerykański film pójść, żeby się odprężyć, odmóżdzyć, a nie dołować się jeszcze dodatkowo po tym wszystkim w kinie, śmiał się, tak więc następnym razem pójdziemy na film, który ja wybiorę. To będzie Twilight, albo coś co najmniej równie głupiego, nie przestawał się śmiać. Nie miałem nic przeciwko temu, żeby wybierał kolejny film, i kolejne filmy, bo to oznaczało, że mogło być dla mnie w tych potężnych ramionach miejsce na więcej niż jedną tylko, dzisiejszą noc.

Na Caledonian Road wysiedliśmy z pociągu i wypełzliśmy spod ziemi. Przypomnij mi, na czym polega twoja praca, co wy tam przez ten internet sprzedajecie, bo nie jestem pewien, czy zrozumiałem, zapytał. Złoto, jako inwestycję, przez stronę internetową. A, to ty jesteś jednym z tych bad guys z City of London?, zaśmiał się. Nie, jakby nawet wręcz przeciwnie, śmiałem się również, bo to jest fizyczne złoto, nie żaden indeks czy inny produkt finansowy, do tego stopnia mój szef nie chciał mieć nic wspólnego z banksterami z City, że nawet biuro jest po drugiej stronie miasta, w Zachodnim Londynie. Rozglądaliśmy się za restauracją, bo azjatycka, o której przede wszystkim myślał, okazała się z nieznanego powodu zamknięta. Niedaleko majaczyła inna, ale Stephan powiedział, że jest niedobra. Słuchaj, są dwie możliwości, spojrzał na mnie badawczo. Możemy iść dalej tą ulicą i szukać jakiejś restauracji w tamtą stronę, ale jest też taka opcja, że pójdziemy po prostu do mnie i odgrzejemy spaghetti, ugotowałem wczoraj, i zjemy u mnie, jeśli nie masz nic przeciwko kolacji wegetariańskiej, a potem mógłbyś zostać na noc, jeśli tylko masz ochotę. Nie mam nic przeciwko twojemu spaghetti, że jadam mięso nie znaczy, że nie jadam nic innego. Stephan znów uśmiechnął się jak osiedlowy łobuz i powtórzył drugą część swojej opcji z odgrzewaniem spaghetti, do której się nie ustosunkowałem: chciałbyś zostać u mnie na noc? Tak, chcę zostać u ciebie na noc, kiwnąłem dwa razy głową, a na mojej twarzy musiała się wtedy malować cała radość tego świata. To świetnie, ucieszył się, chodźmy do mnie, możemy kupić wino albo piwo w sklepie na dole, jak chcesz, bo ja nic nie mam, jak mówiłem, nie piję alkoholu. A nie przeszkadza ci, jeżeli ja się napiję wina?, zawahałem się. Nie, nie ma najmniejszego problemu.

Na parterze budynku, w którym mieszkał, mieścił się otwarty do późna sklep, Pakistańczyk sprzedał mi tam butelkę pinot grigio, po czym weszliśmy do zadbanego, kilkupiętrowego budynku odgrodzonego od ulicy domofonem. Wjechaliśmy windą na trzecie piętro, gdzie Stephan otworzył przede mną drzwi do swojego mieszkania, wpuścił mnie do środka i zamknął za nami.

Było to piękne, przestronne mieszkanie, z ogromnym salonem pomieszczonym na rogu budynku, dzięki czemu mógł być przeszklony na dwóch ścianach. Z dwiema sypialniami, całe pomalowane było na biało. Mniejsza sypialnia była zamknięta. Tam nie wchodź, uśmiechnął się wskazując na jej drzwi. Wynajmuję pokój takiemu jednemu Włochowi, czyni to spłatę kredytu, który wziąłem na to mieszkanie, mniej dotkliwą. Piękne mieszkanie, powiedziałem, gdy zajrzałem do salonu, sam niemal wielkości całego mieszkania moich rodziców w Dąbrowie Górniczej. Niestety, kiedy je kupowałem, kosztowało znacznie więcej niż jest warte dzisiaj, westchnął odrobinę teatralnie. Rozglądając się po tym wnętrzu, myślałem o tym nieszczęsnym, zimnym pokoju, który wynajmowałem u Mateusza i Magdy, w czteropokojowym mieszkaniu dzielonym jeszcze z ich siostrą. W nowej pracy zarabiałem dwa razy więcej niż w hotelu, ale najlepsze na co mnie było stać w tym przedrogim mieście, to wynajmować większy pokój w większym mieszkaniu, jednak wciąż nie „u siebie”. Zastanawiałem się, czy kiedykolwiek stanę na tyle na własnych nogach, by mieć własne, niekoniecznie nawet kupione, ale choćby samodzielnie wynajmowane mieszkanie, niechby nawet było małe.

Stephan zaprosił mnie gestem dłoni do salonu, rozgość się, czuj się jak u siebie, a sam zanurzył się w wielkiej, sięgającej niemal sufitu lodówce, w poszukiwaniu wczorajszego spaghetti do podgrzania. Ja podszedłem więc do okna. Stephan, wrzuciwszy spaghetti do mikrofali, dołączył do mnie w salonie. Stanął tuż za moimi plecami, miałem wrażenie, że czuję na nich ciepło jego ciała; lewą dłoń położył na moim ramieniu, a prawą pokazał mi widoczne stamtąd więzienie, w którym pracował. Rzeczywiście, miał bardzo blisko do pracy. Swoją drogą, mamy mnóstwo więźniów z Europy Wschodniej powiedział. Polaków też? O, Polaków w szczególności, Polaków najwięcej, nawet sobie nie wyobrażasz. Zza ściany zapiszczała kuchenka mikrofalowa, Stephan poszedł więc znowu do kuchni i wrócił z dwoma talerzami z długim makaronem oblepionym domowej roboty sosem pomidorowym, z cebulą, czosnkiem, oliwkami i bazylią. Przyniósł mi kieliszek na wino, a sobie szklankę wody.

Gdy już zjedliśmy, a ja wypiłem dwa kieliszki pinot grigio, znaleźliśmy się razem na jednej z dwóch kanap stojących naprzeciw telewizora. Rozmawialiśmy, a nasze uda wymieniały elektrony. Stephan gestykulując żywo wykorzystywał co chwilę kolejne preteksty, by dotykać mnie tu i ówdzie także dłonią. Krew w moich żyłach musiała już od dawna mieć bąbelki od wrzenia, a wino zniosło wszystkie moje blokady. Bliskość tego wspaniałego ciała wprawiała mnie w stan niemal ,euforyczny. Uśmiechając się, zapytałem więc, czy mogę go pocałować. You are very sexy, dodałem. Podobam ci się?, z rozbrajającym uśmiechem zapytał zamiast odpowiedzieć. A to masz jeszcze jakieś wątpliwości?, śmiałem się. Myślałem, że to już było dość jasne co najmniej, odkąd w kinie położyłeś dłoń na mojej nodze, a ja nie tylko nie zaprotestwałem, ale starałem się okazać ogromne zadowolenie. Pozwoliłbym ci trzymać rękę na mojej nodze przez ponad godzinę, gdybyś mi się nie podobał? To prawda, nie przestawał się uśmiechać łobuzersko, a ja po chwili znalazłem się w rozkroku nad jego udami, z kolanami po obydwu stronach jego bioder. Ująłem w dłonie jego piękną, dużą, ale wspaniale proporcjonalną pomiędzy tymi niesłychanie szerokimi barkami, głowę, i zacząłem smakować jego usta. Sponad jego głowy mimowolnie uniosłem wzrok w stronę otwartych drzwi salonu, przez które widać było zamknięte drzwi sypialni włoskiego współlokatora. On nas nie zobaczy czasem?, zaniepokoiłem się nagle. Nie przejmuj się, jak jest w domu, to prawie nie wychodzi ze swojego pokoju; jestem przecież u siebie, no nie? Rozsiadłem się więc wygodnie na jego udach i zaczęliśmy całować się coraz wścieklej. Moje dłonie próbowały zapuszczać się na zwiady, trzeba im było odkryć te muskuły, te bicepsy, ten brzuch i pektorale wciąż jeszcze osłonięte tą bawełnianą koszulką. Stephan obejmował mnie swoimi potężnymi ramionami, jego ciepłe, silne dłonie wsunęły się pod mój sweter i podkoszulek, pieściły moje plecy, jedna wsunęła się pod spodnie i bieliznę i zacisnęła na pośladku.

Nie chciałem już dłużej czekać, chciałem się wreszcie dostać do całego tego ciała, i żeby ono do mnie całkiem i wszędzie się już dostało, żeby mnie wreszcie wziął dokumentnie. Możemy pójść do łóżka?, zapytałem cicho, może nawet zabrzmiało to jak błaganie, i istotnie nim było. Sure, uśmiechnął się, wypuszczając mnie z objęć, żebyśmy obaj mogli wstać.

Wziął mnie za rękę i zaprowadził do sypialni, która była przez ścianę z salonem, po czym zamknął za nami drzwi. Podeszliśmy do pościelonego na biało, szerokiego łóżka, z którego Stephan wziął maskotkę, jakieś zwierzę z długimi kończynami, rzucił ją na podłogę. Zauważył moje rozbawienie maskotką na łóżku tak męskiego mężczyzny, tak potężnego, pomnikowo wielkiego mężczyzny i też się roześmiał. Miałem ich więcej, różne zwierzęta, ale mój były chłopak, jak tu jeszcze mieszkał ze mną, obraził się kiedyś na mnie, wściekł się i je wszystkie powyrzucał, żeby mi dogryźć. Wyrzucił wszystkie? Tak, wyrzucił do śmieci, on miał różne takie napady. Ale nie z powodu tych maskotek się rozstaliście?, śmiałem się. Nie, no nie tak konkretnie, ale to był, powiedzmy, taki przejaw, jeden z wielu, że nam się już nie układało. Zdjął ze mnie sweter i podkoszulek, ja w odpowiedzi odsłoniłem wreszcie ten potężny tors, w uszach dudniły mi uderzenia mojego serca. Też był Polakiem, by the way, dorzucił jeszcze; miał na myśli swojego byłego chłopaka. Każdy z nas zdjął spodnie, ja zrzuciłem też szybko bieliznę i skarpety. Stephan stał przede mną wciąż w bokserkach, dłonią delikatnie popchnął mnie trochę do tyłu i pokierował tak, żebym usiadł na brzegu łóżka, które było tuż za moimi plecami. Stał przede mną w oczekiwaniu, aż zsunę te jego bokserki i ujrzę jego męskość w całej jej okazałości.

I kiedy ją ujrzałem, przed oczyma przesunęło mi się natychmiast kilka obrazów. Jak kiedyś, na zupełnie najpierwszej londyńskiej randce, poznany też via Gumtree Malezyjczyk Annuar, student którejś londyńskiej szkoły filmowej, zabrał mnie do jakiegoś pełnego mężczyzn w wieku ponadśrednim gejowskiego pubu, nazywał się Quebec czy coś w ten deseń, nie pamiętam już nawet, gdzie to jest, i w ubikacji, jakiś mały, chudy, niemłody i niepiękny mężczyzna stanął przy pisuarze tuż obok wysokiego, dobrze zbudowanego czarnoskórego faceta, oprócz mnie i Annuara jedynego tam człowieka przed trzydziestką, który właśnie oddawał mocz, i ten stary zaczął się na tego karaibskiego mężczyznę gapić, to na jego oddające mocz przyrodzenie, to na jego twarz, i zaczął mu tak do niego trzepać sobie konia przy tym pisuarze, nie bacząc na świadków. Pogarda w oczach tego czarnego młodzieńca, gdy chował swój skarb i zapinał sobie rozporek, wydawała się go podniecać jeszcze bardziej. Nie wiem, czy to wydarzenie miało jakiś wpływ na to, że z randki z Annuarem nigdy nic nie wyszło i nigdy więcej się nie widzieliśmy. Od razu jakby zrozumiałem, dlaczego w kinie na Haymarket Stephan czekał, aż się albo zrobi pusto przy pisuarach, albo przesunie kolejka do kabiny: wyobraziłem sobie, że obok sikającego Stephana staje jakiś bardziej przeciętny biały mężczyzna i w poczuciu zniewagi wymierza mu śledzia w twarz. To chyba z jakiegoś filmu. I przypomniały mi się ostatnie cierpienia Azji Tuhajbejowicza, to taka drugoplanowa postać głupiej, ale powszechnie w Polsce znanej powieści, mniejsza o to, nevermind, chodzi o to, że ten Azja został nabity na pal, czym zadano mu śmierć. Bo Stephan był dopiero na drodze do pełnego wzwodu, jeszcze nie do końca mu się podniósł, a już rzucał poważne wyzwanie tym domorosłym psychologom, którzy budowanie takiej muskulatury tłumaczą potrzebą kompensowania niedostatków po stronie pierwszorzędnych cech płciowych. Stephan niczego nie musiał kompensować, wręcz przeciwnie, jeśli już, to nadganiać rozbudową ogółu swoich proporcji, ale nawet przy jego wzroście, przy szerokości jego klatki piersiowej, przy bułach jego bicepsów i ud, jego męskość i tak wciąż wyglądała imponująco i oczekiwała, aż moje usta podniosą ją do reszty i uczynią twardą i gotową do działania.

Z wysokości swojego wzrostu Stephan spoglądał na mnie znów z niespecjalnie skrywanym zadowoleniem, zadowoleniem z wrażenia, jakie na mnie zrobił. Czy na mojej twarzy widać też było grubą dozę lęku, który musiał się chyba pojawić w moich oczach? Bo choć byłem podniecony do białej gorączki, miałem przed sobą trzysta procent mężczyzny jakąś szamańską sztuką pomieszczone w jednym ciele, w jednej osobie, to pewności, czy zdołam przyjąć go w siebie, wyraźnie mi brakowało. Przypomniał mi się Patrick i opór, z jakim musiał sobie dać radę, zanim się we mnie dostał, a to, co miałem przed oczami, biło nawet Patricka na łeb na szyję. Czy on mnie zwyczajnie nie rozerwie na strzępy? Stephan może dostrzegł i ten lęk, uśmiechnął się nieznacznie, kątem ust z pewnością siebie samca świadomego wrażenia, jakie wywiera, z pewnością siebie samca świadomego, że zaoferuje ciału, które właśnie zdobywa, doświadczenia dotąd mu nieznane. Położył dłonie na mojej głowie i przysunął ją do swojego przyrodzenia, prosząc, by moje usta się o nie zatroszczyły. Żeby go tam dobrze wypełnić krwią, moje usta potrzebowały pomocy dłoni. Lekko słonawy smak jego ogromnej żołędzi drażnił mój język, gdy wyobraźnia starała się odpowiedzieć na pytanie, co to będzie, co ze mnie zostanie, gdy właściciel tej maczugi wepchnie ją we mnie.

Let’s put a condom on, powiedział, gdy był tam już całkiem twardy. Delikatnym, ale zdecydowanym gestem swoich wielkich dłoni odsunął moją głowę wydostając swoją zadowoloną żołądź na powietrze. Schylił się do nocnej szafki, która stała obok łóżka po mojej prawej stronie, otworzył szufladę wypełnioną wrzuconymi tam luzem prezerwatywami, wysypanymi z pudełka, abo raczej pudełek, bo było ich tam kilkadziesiąt, może nawet ze sto – no tak, taki mężczyzna nie może narzekać na brak seksu, nawet po zerwaniu ze swoim polskim (znowu, jak Mitesh! o co tu chodzi?) chłopakiem, który mu wyrzucał maskotki, na pewno ustawiają się do niego kolejki chętnych pasywów, nie kupuje kondomów inaczej niż po kilka paczek na raz. Wyciągnął jedną prezerwatywę, otworzył i podał mi, żebym mu założył. Zaciągnąłem ją powoli, pieszcząc go jeszcze palcami, wpatrując się w jego prącie jak zahipnotyzowany – jego rozmiarami i perspektywą tego, co mnie za chwilę czekało.

Stephan odrzucił kołdrę i pociągnął mnie z sobą do łóżka. Położył mnie na plecach, sam ułożył się tuż przy mnie, na boku, uniósł się następnie na łokciu i z tej samej, pełnej kondomów szuflady wydobył tubę lubrykantu, który rozprowadził na całej powierzchni swojego sztywnego, wyczekującego członka. Wziął na palce dłoni jeszcze trochę żelu i wypieścił nimi mój anus. Uniósł się nade mną, podciągnął moje kolana, przełożył moje nogi przez swoje barki i przystąpił do ataku. Napierał powoli i ostrożnie, usiłując stopniowo rozluźnić mój zwieracz, oszukać opór mojego ciała wilgocią żelu, którym wysmarował nasze miejsca styku. Szeroka, opancerzona majestatycznymi pektoralami klatka piersiowa unosiła się nade mną, oparta na tych dwóch potężnych niczym jakieś antyczne kolumny ramionach, które wznosiły się po obydwu stronach moich barków: niczego nie pragnąłem w tamtym momencie bardziej, niż być zerżniętym przez ten cud natury, zerżniętym natychmiast, zerżniętym za wszystkie czasy, za te wszystkie rozkosze, których nie zaznałem, jak miałem lat osiemnaście, dwadzieścia czy dwadzieścia parę. Mój zwieracz nie dawał jednak za wygraną, nie chciał się poddać, Stephan nie zdołał we mnie wprowadzić nawet głowicy swojej rakiety. Próby trwały już chyba kwadrans, sytuacja robiła się niepokojąco krępująca, z tendencją do beznadziejnej. Pomyślałem znowu o Patricku, kiedy ten skurczybyk nie mógł się we mnie dostać od przodu, udało mu się we mnie wedrzeć od tyłu, gdy ustawił mnie na czworaka. Zaproponowałem więc to rozwiązanie. Zadanie okazało się równie, jeśli nie jeszcze bardziej, niewykonalne.

Zrezygnowany, Stephan położył się na plecach, jego głowa zapadła się z westchnieniem w poduszkę. Zdjął prezerwatywę, zawiedzioną i suchą w środku wyrzucił do kosza, który stał niedaleko łóżka – po mojej stronie, skąd krzyczała do mnie, Wstyd! Mogłem sobie doskonale wyobrazić zakwasy, jakie tępo zacisnęły mu się na tych ogromnych jądrach, które utraciły okazję zrzucenia ładunku. Sam nie tylko nie zostałem zerżnięty za wszystkie czasy, ale nie zostałem zerżnięty w ogóle, po tylu godzinach pobudzenia i obietnicy składanej przez cały wieczór przez jego gesty, spojrzenia i dotyk. Na domiar złego z mojej własnej winy, z winy mojego własnego, nieprzygotowanego ciała, które poniosło tak sromotną klęskę na froncie pogoni za rozkoszą, a miało przed sobą – i nad, i już prawie w sobie – zmaterializowany fantazmat tak wielu homoseksualnych mężczyzn. Sromotną klęskę w pogoni za rozkoszą własną, ale i za rozkoszą sprawianą innemu, bo ostatecznie, długofalowo, tylko zdolność do sprawiania rozkoszy, a w każdym razie składania jej wiarygodnej obietnicy, daje ciału prawo do rozkoszy zaznawania od innych ciał poszukujących ofert na seksualnym rynku Soho, Vauxhallu i okolic. Czułem się głęboko i szczerze rozczarowany moim własnym ciałem, które nie sprostało, uległo własnym ograniczeniom i nie zaznało mężczyzny przecież dokładnie takiego, o jakim nie raz śniło, jak jeden z tych, za którymi włóczyło oczyma po hali czy szatni siłowni Virgin Active na Hammersmith.

Nie wiedziałem, jak przeprosić za swoje niesprostanie, za swoje niepodołanie, za swoją niezdolność przyjęcia takiego daru – daru, o który tylu innych by z zapamiętaniem i determinacją zabiegało. Chciałem się zapaść pod ziemię, jak wtedy, kiedy na schodach przed Sacré-Coeur pozwoliłem odejść Karimowi. Pod ziemię, i prosto do piekła. Coś probowałem powiedzieć, skończyło się chyba tylko na nieśmiało wymamrotanym I’m sorry, I’m really sorry. Zastanawiałem się, czy zaproponować coś innego, na przykład, że zrobię mu fellatio, ale czułem się zbyt tą klęską onieśmielony, żeby się odezwać z taką ofertą. Bo czy tak spektakularny mężczyzna dochodzi samym tylko fellatio, czy nie jest to jedynie rozgrzewka przed kopulacją, czy godzi się w ogóle sugerować, że na takiego smoka samo fellatio mogłoby poradzić, że mogłoby mu wystarczyć? Wydawało mi się, że byłaby to prawie zniewaga.

Zdarza się, zdaję sobie sprawę, że nie jestem przeciętny, powiedział Stephan tonem niezwykle wyrozumiałym, ciepłym, łagodnym, i poklepał mnie jeszcze dłonią po mojej dłoni. Are you upset?, zapytałem przerażony, naprawdę przerażony, że być może właśnie traciłem takiego mężczyznę. Nie, odpowiedział spokojnie, pod warunkiem, że tak nie będzie za każdym razem, i uśmiechnął się, patrząc na mnie, patrząc mi prosto w oczy. Ale przyzwyczaisz się do moich rozmiarów, to kwestia praktyki. Zgasił lampkę po swojej stronie łóżka. Wiem, że to taki stereotyp jest, że czarni mężczyźni mają wielkie penisy, dodał jeszcze, to tylko stereotyp, wcale nie wszyscy, ale tak się składa, że ja akurat mam. Miałeś już jakiegoś czarnego mężczyznę?, zapytał. Miałem, uśmiechnąłem się, trzech. I jak u nich wyglądała sytuacja z rozmiarami? – popatrzył na mnie. Patrick miał wielkiego, ale oczywiście nie aż tak jak ty. Ale największego, jakiego dotykałem, dopiero dzisiaj spadł na drugie miejsce, śmiałem się. Potem jeszcze był Stan i Chris – przydarzyli mi się gdzieś po drodze między Patrickiem a Miteshem – oni byli w granicach średniej. Tak więc, podsumowałem, stereotypem jest, że wszyscy macie olbrzymie przyrodzenia, bo nie wszyscy, ale największe przyrodzenia chyba najczęściej macie właśnie wy, śmiałem się, tak do końca fałszywy to ten stereotyp nie jest.

Dzięki tej krótkiej wymianie zdań przestałem się wreszcie czuć tak źle, jak ostatnia łajza, która zepsuła całą zabawę. Wyrozumiały i przyjacielski, jak przez cały wieczór, ton głosu Stephana był ostatecznym dowodem, że nie ma mi niczego za złe. Leżeliśmy chwilę w ciszy, on zamknął oczy, ja nie, patrzyłem to w sufit, to w stronę tego mocarnego ciała, zanim dotarł do mnie sens tego, co on przed chwilą, kilka zdań temu, powiedział: nadzieja, że tak nie będzie za każdym razem, przyzwyczaisz się, kwestia praktyki, i ten mimo wszystko uśmiech, szczery uśmiech, a nie wyraz bolesnego zawodu czy irytacji. Czyli jednak było dla mnie miejsce w tym jego obszernym łóżku na więcej niż tylko tę jedną noc, przypadłem takiemu mężczyźnie do gustu na tyle, że chciał, żebym tu wrócił, nawet po naszym właśnie przeżytym katastrofalnym niepowodzeniu, klęsce prawdziwie sromotnej. Moje oczy ostatecznie porzuciły sufit i zatrzymały się na nim, na jego pięknej, nieprawdopodobnie młodej jak na jego wiek twarzy silnego mężczyzny, na tej szerokiej piersi opancerzonej wielkimi płatami muskułów, opiętej głądką, nieowłosioną z natury lub bardzo starannie wygoloną, brązową skórą. Na miłość boską, byłem w łóżku z najprawdziwszym przybyszem z najbardziej utęsknionej prowincji Krainy Fantazji każdego pasywa w mojej części Europy: pięknym, muskularnym czarnoskórym mężczyzną o monumentalnym prąciu, i mogłem go mieć na więcej niż tylko tę jedną noc. Mogłem mieć mężczyznę, którego zazdrościłby mi, którego będzie mi zazdrościł co druga sfrustrowana ciota tam w tej dupie świata na Dzikim Wschodzie kontynentu. I poddałem się słabości, nieprzygotowaniu tej nieszczęsnej części ciała, która najbardziej przecież tęskniła, by przyjąć go w siebie. Ta nieszczęsna, sucha w środku, rozczarowana prezerwatywa rozmiaru extra large, czy jeszcze większego, jeżeli większy istnieje, leżała w koszu po mojej stronie łóżka, niczym dowód winy, i piekła stamtąd jak wyrzut sumienia.

W przeciągu kilku sekund moja krew znowu zaczęła szaleć, pożądanie zapomniało o rozczarowaniu i cudownie zmartwychwstało z nową siłą i nową nadzieją, że tę noc w końcu zwieńczy spełnienie. Być może nawet spełnienie najzupełniej wstrząsające. Przysunąłem się do Stephana i przylgnąłem do jego ciała, pocałowałem go w szyję i w ucho, a moja prawa dłoń zsunęła się z jego gładkiej, spiżowej klaty, po brzuchu, ku jego orężu, które leżało płasko na brzuchu, ale nie zdążyło jeszcze do końca ochłonąć z nadziei na penetrację mojego ciała. Pod dotykiem moich palców zaczęło na powrót zasysać w krew w swoje jamy i twardnieć. Spróbujmy jeszcze raz, poprosiłem szeptem, cichym, bardzo nieśmiałym, jednak błagalnym. Stephan spojrzał na mnie, żeby sprawdzić, czy wiem, co mówię, czy jestem pewien, że tego chcę, po czym położył swoją silną, opiekuńczą dłoń na mojej głowie i pokierował ją tam, gdzie była już dłoń, bym ustami i językiem dobudził olbrzyma, który zaczął już był zasypiać.

Kiedy podniósł mu się do reszty, znowu sztywny i herkulejsko majestatyczny, Stephan uniósł swój tors, odsunął przykrywającą nas kołdrę, uniósł się nade mną i sięgnął po kolejną prezerwatywę i lubrykant. Rozłożył moje nogi i usiadł między nimi, pośladkami na swoich stopach. Szybko i zręcznie założył prezerwatywę i naniósł na nią szczodrą ilość żelu. Wziął potem jeszcze trochę żelu na palce prawej dłoni i wsunął je w mój odbyt. Najpierw dwa palce, potem trzy, pieścił mnie tam przez cierpliwie długą chwilę, smarując moje wnętrze żelem i przygotowując mój zwieracz do kolejnej ofensywy, rozluźniając go krok po kroku. Jego fallus stał wyprężony i w pełnej gotowości oczekiwał, kiedy będzie mu wolno się tam wreszcie zapuścić. Był tak sztywny i rozpalony, jakby patrzył na mnie i mówił, że tym razem nie ma zmiłuj, nie da już za wygraną, choćbym wył, kwiczał i skwierczał z bólu. Stephan wziął jeszcze trochę żelu na dłoń i wsunął we mnie cztery palce, kciukiem pieszcząc skórę w moim kroczu. Wytarł dłoń w papierową chusteczkę – ich pudełko stało na nocnej szafce koło mojej głowy. Chwycił dłońmi moje nogi pod kolanami, podciągnął je i przełożył sobie przez barki. Powoli opuszczał na mnie swój tors, rozciągając mięśnie z tyłu moich ud, od góry napierając na mnie swoją Herkulesową piersią. Dłonią pomógł sobie ulokować głowicę swojego pocisku u wejścia do mojego bezbronnego przed nim ciała. Powoli, bardzo ostrożnie, cierpliwie i uważnie, przepychał żołądź przez opór mojego anusa – tym razem żel pomógł i ten opór przełamać się udało. W pierwszej chwili moje serce struchlało, najzupełniej struchlało. Jego gigant zaglądał już głową w ciemności mojego wnętrza. Bolało. Ale wkrótce przestało boleć tak bardzo, zwieracz trochę ustąpił, trochę się rozluźnił. Wtedy Stephan osunął swój tułów całkowicie ku mnie, oparł się po obu stronach na łokciach, przyciskając moje kolana ku mojej klatce piersiowej. Skubany, wiedział już doskonale z doświadczenia z Bóg wie ilu pasywami, którzy przez te wszystkie lata mieli szczęście się pod nim znaleźć jak ja teraz, że ta pozycja rozciąga zwieracz, otwiera go i daje większe szanse na wejście w kogoś nieprzywykłego do takich rozmiarów penetrującego. Stephan pochylił głowę jeszcze bardziej ku mnie i zaczął mnie całować, na mokro, z językiem poważnie w działaniu, tak, żebyśmy wymieniali się śliną, żeby temperatura mojej chuci nie opadała, żeby była silniejsza niż ewentualny nawrót bólu, gdy będzie we mnie wchodził głębiej. Ostrożnie, ale pewny siebie, trzymając wszystko doskonale pod spokojną kontrolą, zagłębiał się we mnie drobnymi etapami, za każdym razem po calu. Czułem, jak napiera na mnie tam w środku, przez chwilę miałem wrażenie, jakby mnie miał zaraz rozerwać, ale tym razem ani myślałem dać za wygraną, w końcu był już w środku, najtrudniejsze za nami i tym razem obaj się wyżyjemy, choćby nie wiem, ile mnie to miało kosztować. Stephan, opierając się wciąż na łokciach, dłonie położył na kopule mojej głowy, najpierw delikatnie przejechał po centymetrowym meszku moich włosów, a potem ujął moją głowę, żeby trzymać ją w jednej pozycji i zwiększyć swoje panowanie nad moim ciałem tam pod nim, jakby w trosce, bym nie odwinął się czasem nagle w bok, a on nie zrobił mi tam w środku krzywdy, nie zerwał czegoś, nie rozszarpał, nie przetrącił. Wtedy ból przestał jakby być bólem, mój zwieracz ustąpił trochę, dostosował swoją średnicę do nowej konieczności i zacisnął się, niczym pocałunkiem, na wielkim prąciu Stephana, który teraz wykonał definitywne pchnięcie i zanurzył się we mnie do końca. Przez chwilę myślałem, że stracę oddech, do tego stopnia jego napór tam w środku był w pierwszej minucie paraliżujący. Stephan, żeby nie zrobić mi krzywdy, na chwilę zatrzymał się w bezruchu – dawał mojemu ciału czas, żeby się odnalazło w nowej dla siebie sytuacji. Przyglądał się uważnie mojej twarzy.

Are you OK?, zapytał po chwili, z uśmiechem czegoś na kształt cichego triumfu, i były to pierwsze słowa, jakie w tym łóżku padły, odkąd wyszeptałem prośbę, byśmy spróbowali jeszcze raz. I’m OK, odpowiedziałem dziwnie cicho, jakby w obawie, że próba wydobycia z siebie bardziej zdecydowanego dźwięku coś we mnie nadszarpnie, albo nawet cały się pod nią rozsypię. Dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, jak mocno wpiłem palce w jego bicepsy. Spuściłem więc trochę z ich uścisku, a Stephan zaczął powoli i delikatnie poruszać biodrami. Miałem nadzieję, że będziesz się czuł trochę lepiej niż tylko OK, patrzył na mnie wciąż z tym uśmiechem zadowolenia, nie tylko z tego, że przełamał opór mojego ciała i był w środku, ale i z tego, że serwował mi wrażenia dotąd mi nieznane, które bez problemu czytał z mojej twarzy. It is more… than just OK – wydobyło się ze mnie, głosem, który prawie się zawiesił. Fucking Hell!, to naprawdę było znacznie więcej, niż OK: zaczęło do mnie docierać, że początkowy ból przekształcił się nagle, niespodziewanie, we wrażenie przedziwnej przyjemności wywołane całym tym uciskiem poruszającego się we mnie olbrzyma Stephana, który sięgnął miejsc przez nikogo wcześniej nie dotkniętych, uciskał od wewnątrz prostatę i ocierał się o nią, jak nikt inny wcześniej, bo nikt inny nie wypełnił mnie wcześniej swoim prąciem na taką skalę. Stephan pogłębił trochę zasięg ruchów swoich bioder, przyspieszył nieco, ale tylko trochę, żeby nie sprawić mi znowu bólu. Ta piękna, pokrywająca mnie góra mięśni, falowała teraz na mnie, prowadząc nas obydwu tam, dokąd od kilku godzin obydwu nas tak świerzbiło dotrzeć. Nie musiał się wcale poruszać szybko, bo nieobyty z takim porządkiem skali mój anus obejmował go i ściskał wystarczająco mocno, wystarczająco, by generować tyle tarcia, ile Stephanowi było trzeba. Cały czas unosił swój tors nade mną, opierając się na łokciach i dłońmi trzymając z obydwu stron moją głowę. Co chwilę pochylał się, by mnie całować, potem unosił trochę, by wykonać kolejnych kilka spokojnych pchnięć biodrami; spokojnych, ale przeszywających mnie jak na wylot, zdolnych rozkołysać serce, które obijało się, rozhulane, o wewnętrzne ściany moich żeber, miotało się tam jak spłoszony kurczak.

Moje myśli rozsypały się na wszystkie strony, w każdą z nich się rozpędziły. Pomyślałem o tobie. Penetrował mnie ten niesamowity Mężczyzna nad Mężczyznami, przybysz z najgłębszych pokładów fantazji, ale i tak pojawiłeś się w bałaganie moich skołowanych myśli ty. Przypomniało mi się, jak tam w kawiarni przy Shaftesbury Avenue powiedziałeś mi, że żaden czarnoskóry facet nigdy nie chciał się z tobą spotkać, mówiłeś jak bardzo ci się podobali, ale oni, jeden po drugim cię odrzucali. Może dlatego, że nie mam w spodniach tyle, co oni, powiedziałeś wtedy, z uśmiechem, że to niby żart, ale i z westchnieniem bolesnego zawodu, rozczarowania. Kiedy leżałem tam pod Stephanem, pod ciężarem tej wspaniałej góry mięśni, pod naporem pchnięć jego bioder, z wrażeniem, że za każdym z tych pchnięć jakimś cudem dostaje się jeszcze głębiej we mnie, choć żaden postęp na tym froncie nie wydawał mi się już od dawna możliwy, zastanawiałem się – nic nie mogłem na to poradzić, że się nad tym zastanawiałem – czy udało ci się kiedyś spełnić tę twoją fantazję o czarnym mężczyźnie, który byłby tak obdarzony, jak to sobie wyobrażałeś. Miałem nadzieję, że tak, pomyślałem, że chciałbym nawet, żeby Stephan, jeśli nie ktoś inny mu podobny, przespał się choć raz z tobą, przespał był w przeszłości lub miał przespać w przyszłości, kiedyś po mnie, żebyś doświadczył tego, czego tak pragnąłeś, żeby cię zerżnął tak wspaniale, jak teraz posuwał mnie, żeby zadał ci tyle samo rozkoszy. W wyobraźni zobaczyłem twoją twarz, jak jesteś na moim miejscu, w całkowitej władzy tego niesamowitego ciała, i całkowicie w tej władzy bezpiecznego, tak jak ja czułem się bezpiecznie; widziałem, jak masz otwarte oczy, żeby nic nie stracić z tych wrażeń, którymi ciało Stephana awansuje na ciebie z każdej strony, i w tych twoich otwartych oczach Arjuna Rampala zobaczyłem, jak Stephan, penetrując cię tak niebiańsko, zdejmuje z nich wreszcie tę zasłonę smutku, która prawie nigdy nie chciała z nich spaść, i smutek ten znika gdzieś wreszcie, przynajmniej na chwilę, wyparty przez lśnienie prawdziwej, wstrz rozkoszy, błyskające po ich szklącej się powierzchni, kiedy ty nie możesz powstrzymać się od westchnień i cichych jęków. Już na pewno nie powiedziałbyś I am neither.

Kiedy leżałem tam pod majestatycznym ciałem Stephana, który tak doskonale wiedział, jak wziąć całkowitą kontrolę nad ciałem moim, przejąć nad nim absolutną władzę, i z pewnością siebie mężczyzny, który doskonale i od dawna wie, jak fantastyczny jest fizycznie, wepchnąć w to moje ciało tyle rozkoszy, ile tylko pragnęło, więcej, niż kiedykolwiek myślało, że mogłoby pragnąć, tyle, ile się jej nigdy wcześniej nie spodziewało, tak głęboko i szeroko, że nigdy nie przypuszczało, że ktoś aż tam się kiedyś może dostać – kiedy tak leżałem pod naporem nowych dla mnie, granicznych rozkoszy otwieranych przede mną przez mojego dziś odnalezionego Mężczyznę nad Mężczyznami, jednocześnie pomyślałem o tym, jak rozpaczliwie nieudany był ten nasz jedyny raz, ty byłeś jak z drewna, ja byłem tak przestraszony, jak się za to drewno zabrać, żeby zmiękło i nabrało życia, pozwoliło krwi zaszaleć i rozruszać włókna tkanek. Myślałem, jak bardzo nędzniutki i wstydliwy był ten nasz jedyny raz, w zderzeniu ze spektakularnym ciałem Stephana i z jego władzą rozporządzania rozkoszą swoich kochanków, tej nocy szczęśliwie byłem to ja.

A jednak nawet pod naporem rozkoszy wdzierającej się we mnie mocą tego wspaniałego ciała, myślałem tam również w tym jego łóżku, że gdyby wszystko i tak nie było już przekreślone przez ciebie, to twoje oczy Arjuna Rampala wciąż wygrywały z gładkim, skandalicznie męskim ciałem kasztanowego Herkulesa. Myślałem, co by było, gdybyśmy spróbowali nawzajem nauczyć się swoich ciał na tyle, by zdołać dać sobie nawzajem tyle samo rozkoszy, nawet jeśli nie dokładnie tej samej rozkoszy, bo żadne z naszych ciał, ani moje, ani twoje, nie mieściło się w atletycznym i seksualnym porządku dumnie zamieszkiwanym przez Stephana. Wraz z kolejnym ostrożnym, lecz paraliżującym pchnięciem mojego wyśnionego amerykańskiego kulturysty, przeszyło mnie pytanie, czy moglibyśmy my, ty i ja, kiedyś dać sobie tyle rozkoszy, czy ty mógłbyś mi tyle zaoferować, czy chciałbyś być moim topem, i czy rozkosz odczuwana przez ciebie, równałaby się mojej, czy zdołałbym dokonać uczciwej wymiany – bo wiedziałem, że ja nie zdołałbym przyjąć roli Stephana. Pomyślałem o tym, jak by to było, gdybyś to ty unosił się tak nade mną, gdyby to twoje biodra wykonywały te pchnięcia, gdyby to twoje oczy Arjuna Rampala patrzyły tak na mnie z góry, rejestrując symptomy rozkoszy galopujące po mojej twarzy – na jaki poziom rozkoszy każdy z nas mógłby się wtedy wybić? Jednak pomyślałem też, i myśl ta na krótką chwilę zmroziła mi serce, iż tamtej naszej jedynej wspólnej nocy, kiedy wszystko się między nami skończyło, straciłem cię dokładnie dlatego, że nie byłem takim mężczyzną jak Stephan, nie byłem takim kochankiem jak Stephan, tak bardzo taki nie byłem – i nigdy nie będę. I nabrałem nagle niezwykłej pewności, że Stephana byś zatrzymał, że Stephan, że mężczyzna taki jak on, otrzymałby od ciebie esemesa z podziękowaniami za waszą pierwszą noc, zanim by zdążył rano dotrzeć do pracy, i zobaczyłby cię wkrótce znowu. Tak bardzo nie byłem tak wspaniałym mężczyzną.

Ale cały czas myślałem też – nie mogłem nie myśleć – o tym ciele, które brało mnie właśnie w posiadanie, w sposób, którego, wiedziałem to już, nigdy nie zapomnę, czy to będzie nasza jedyna noc, czy Stephan wyróżni mnie swoim uznaniem i zatrzyma w tym łóżku na dłużej, zaprosi tu znowu, czego rozpaczliwie w tamtych chwilach pragnąłem. W tamtym dokładnie momencie nie potrafiłem sobie wyobrazić większego szczęścia, niż myśl, że takich nocy będzie więcej, że Stephan weźmie mnie więcej razy niż ten jeden, który właśnie się ku mojemu oszołomieniu rozgrywał. Całym ciałem odczuwałem to ciało, którego moc trzymała mnie teraz w swojej władzy, na zewnątrz i wewnątrz mnie; czułem te spiżowe mięśnie ud opierające się i ocierające się o moje pośladki, za każdym razem, gdy Stephanowi udawało się wepchnąć we mnie swoją męskość całkowicie; mięśnie brzucha i piersi napierające na uda moich przerzuconych przez jego ramiona nóg. Moje dłonie nie wiedziały, gdzie się podziać, chciały się rozmnożyć, na podobieństwo bogini Kali, by zdołać jednocześnie zacisnąć się na bułach jego bicepsów, dotykać brzucha i piersi, zaciskać się na barkach, obejmować plecy, wpijać się palcami w te twarde, wypukłe pośladki, w te potężne uda; pragnęły rejestrować czujnikami opuszków wszelkie drgnienia, skurcze i ruchy każdej grupy mięśni pracującej nade mną pod tą piękną, odmawiającą starzenia się skórą barwy kasztanu.

Miałem wrażenie, nie, to nie było wrażenie, to była pewność, że nigdy jeszcze ciało żadnego mężczyzny nie miało nade mną tak całkowitej władzy. Było większe, potężniejsze, silniejsze, przygniatało mnie, otaczało mnie, sklepiało się nade mną, opierając się wokół mnie na filarach potężnych ramion, wreszcie wypełniało mnie i zdobywało w środku tak daleko i głęboko, że serce biło chwilami z obawy, że zrobi mi krzywdę. Tak łatwo mogło mi zrobić krzywdę, tak zupełną miało nad mną przewagę, że mogło mi wyrządzić krzywdę, złamać coś, przetrącić, zadać ból, zaangażowało jednak całą tę swoją fizyczną przewagę, całą swoją pomnikową moc w spokojne, troskliwe sprawianie mi rozkoszy. Rozpierało mnie szczęście, byłem z siebie dumny, że miałem odwagę tak całkowicie mu zaufać, oddać się tak zupełnie na jego łaskę, choć jeszcze kilka godzin temu w ogóle go nie znałem, tylko raz słyszałem jego głos w telefonie. Oddanie się obcemu jeszcze dopiero co mężczyźnie, przez mężczyznę, zrozumiałem to właśnie wtedy ze Stephanem, jest jednym z najpiękniejszych aktów zaufania, jakiego może dokonać człowiek, jedną z najpiękniejszych rzeczy, jakie może zrobić człowiek, to jest człowieczeństwo par excellence. Rozpierało mnie szczęście, że porwałem się i zachęciłem go do tego jeszcze jednego podejścia, że się nie przestraszyłem, nie zniechęciłem, nie wycofałem we wstyd.

W głębi, wewnątrz mnie, monumentalne ciało Stephana obudziło chłopca, którym byłem daleko, dawno temu, w Dąbrowie Górniczej, i od którego zawsze chciałem uciec, chudego, przestraszonego chłopca, który zawsze chciał uciec od siebie, który zawsze chciał uciec stamtąd. Do lepszego życia, od większych, groźnych, silniejszych chłopców, w silne ramiona i pierś, która by im stawiła czoła, szerszą od ich piersi. Pierś nade mną była szersza od wszystkich tamtych piersi. Ramiona wokół mnie – silniejsze od ramion każdego z nich z osobna, od wszystkich razem. Ta pierś i te ramiona osłaniały mnie wreszcie od świata, zamykając mnie w kapsule bezpieczeństwa i rosnącej, rozpierającej, rozsadzającej mnie od wewnątrz przyjemności. To ciało, które podbijało, plądrowało wręcz moje wnętrze, obudziło we mnie zapomnianego, porzuconego nastolatka, który spoglądał na tych rzadkich kilku pięknych chłopców w swoim wieku, na tych nielicznych pięknych młodych mężczyzn, których los zbłąkał tam na ów ponury koniec świata przysłonięty szarym dymem z kominów upadającej na raty, nigdy do końca, Huty. Nastolatka, który spoglądał na tych chłopców i mężczyzn o silnych, prężnych ciałach z zatruwającą mu życie mieszaniną zazdrości, podziwu, pożądania i zupełnej rezygnacji. Zazdrości, że jego własne cherlawe ciało im nie dorównuje; pożądania pieczołowicie i panicznie skrywanego, by nikt nigdy nie poznał jego sekretu, by nikt nigdy nie poznał jego skandalu. Rezygnacji, że to cherlawe nastoletnie ciało, gnębione zewsząd katolicką opowieścią o własnym przyrodzonym grzechu, nawet gdy ucienie kiedyś od tej opowieści o grzechu w jakąś siną dal, nigdy tym ciałom nie dorówna, a przez to z kolei nigdy nie zasłuży na rokosz takich ciał uścisku, że nie zasłuży na żadną w ogóle rozkosz, nigdy, i żadnej innej, oprócz samotnej, upokarzającej ulgi samogwałtu, nie pozna; że będzie się musiało zadowolić samą za nią, przed światem skrywaną, wstydliwą, haniebną tęsknotą. Smutne i szare było życie tego chłopca, pogardzanego i wykpiwanego zawsze przez ojca – za to, jaki był słaby, że bał się konfrontacji z innymi chłopcami, bo czuł, że wszyscy są od niego silniejsi, ukrywał się przed nimi w książkach, filmach, gryzmolił coś ołówkiem, nawet ładnie, ale to też dobrze nie wróżyło – mężczyzny nigdy z tego nie będzie. Tego chłopca wspomnienia budziły się teraz, gdy pierś szersza niż wszystkie piersi, za którymi oczy chłopca podążyły kiedykolwiek tęsknie, unosiła się nade mną, gdy ciało silniejsze i piękniejsze niż ciała, które widział był chłopiec na ponurym, szarym, zadymionym końcu świata, czyniło zadość wszystkiemu, co chłopca tego ominęło, wszystkiemu, co go od środka przez zbyt długie lata bezlitośnie trawiło. Ów chłopiec tam w moim wnętrzu obudzony chciał z radości drzeć się w niebogłosy, by każdy się dowiedział, by nikomu nie umknęło, jak wspaniałe ciało go teraz brało, bardziej imponujące niż ciała wszystkich tych silniejszych chłopców, których kiedykolwiek się bał, niż ciała wszystkich tych pięknych chłopców i mężczyzn, za którymi skrycie powłóczył wzrokiem, do których bał się zagadać w obawie, że się skompromituje, że głos mu będzie drżał i że od razu zobaczy jeden z drugim, że pedałkowi się podoba, że jakaś żałosna ciota na niego leci. Więc teraz wreszcie – ciało tak imponujące, że oni wszyscy – ci, których chłopiec się bał, i ci za którymi powłóczył oczyma, by szybko je potem spuszczać – patrzyliby na nie z zawiścią i zazdrością. Więc teraz w końcu mężczyzna tak widowiskowy, trzysta procent mężczyzny w mężczyźnie – nawet ten ojciec podły, wyrodny, ze swoim zawsze pełnym pogardy spojrzeniem, który tak bardzo nie znosił swoich synów i tak niestrudzenie upewniał się, żeby zatruć im choć trochę każdy dzień – poczułby się twarzą w twarz z takim mężczyźną jak nędzna sierota, jak bezbronny chłopiec, jak jego dziecko przed nim.

Moje ciało nie mogło już dłużej tego wytrzymać i tą nieprzywoitą rozkoszą eksplodowałem, spłynęła mi po brzuchu, a kilka jej ciepłych kropel chlapnęło na gładką, brązową, napiętą na mięśniach skórę brzucha sprawcy moich wrażeń. Stephan poczuł oczywiście nie tylko to – orgazm szarpnął wszystkimi moimi mięśniami, nie wyłączając zwieracza, który szczelnym pocałunkiem obejmował jego męskość, i teraz, na moment, zacisnął się na niej w gwałtownym porywie mocniej. Stephan zatrzymał się na chwilę w bezruchu i przyglądał mi się z uśmiechem zadowolenia, ale i niepewności: zadowolenia z siebie i niepewności o horyzont jego własnego, nachodzącego, lecz jeszcze nie osiągniętego, spełnienia. Ja jeszcze nie doszedłem, wyszeptał, can I continue?, zapytał. Oczywiście, że tak, odpowiedziałem, tak długo, jak tylko potrzebujesz. Jesteś pewien? Ja tylko pokiwałem twierdzącą głową, za to z wielkim przekonaniem. Jak mogłem mu odmówić, po tym, co mi ofiarował. Jego ciało zaczęło na powrót falować nade mną i na mnie, spokojnie i stanowczo poruszać się we mnie, wydłużając moją rozkosz, utrzymując jej wspomnienie na powierzchni rzeczywistości, rozciągając jej echo fenomenalnie w czasie, wciąż niemal dotykalną. Ten samotny, przestraszony chłopiec z zadupia pod kurzącymi lufami wielkiej huty, jeszcze nigdy nie czuł się tak bezpiecznie w swoim ciele, jeszcze nigdy nie czuł się tak bezpiecznie, oddając to ciało do całkowitej dyspozycji innego ciała, we władzy innego ciała. Po kilku kolejnych cudownie długich minutach ciało Stephana wykonało kilka szybszych pchnięć, napięło się, jego serce zabiło szybciej, a ja czułem, jak fala skurczy ociera się tam w środku o ściany mojego jelita, wystrzeliwując ku mojemu wnętrzu materię zaspokojenia. Patrzyłem na tę szeroką, piękną i zadowoloną twarz przerośniętego młodzieńca w ciele Herkulesa wyrzeźbionego w brązie, i czułem się tak nieprzyzwoicie szczęśliwy, że ten mężczyzna, który na zawołanie mógłby mieć co drugiego pasywa błąkającego się w poszukiwaniu seksu po zaułkach Soho, chciał po rozkosz wedrzeć się do wnętrza mojego ciała, mojego właśnie, nie innego. Kiedy w moim wnętrzu przestały nim szarpać skurcze ejakulacji, uniósł się na swoich potężnych ramionach i ostrożnie wynurzył ze mnie swoją powoli mięknącą supermęskość.

Usiadł, pozwalając moim nogom wreszcie się rozluźnić. Zdjął prezerwatywę i ją też wrzucił do kosza obok łóżka, do towarzystwa i na pocieszenie tamtej zawiedzionej; ta zawiedzioną być już nie miała powodu, w jej czubku spoczywała gęsty, biały dowód spełnienia. Położył się obok mnie na plecach. Rozprostowując nogi, czułem, jak dociera do mnie teraz nieznaczny, ale pulsujący ból nadwerężonego ofensywą Stephana wejścia do mojego ciała. Chcesz pierwszy wziąć prysznic?, rzucił, przyglądając mi się z boku. Odpowiedziałem pytaniem, czy na pewno nie woli przede mną, ale uśmiechnął się i wysłał mnie do łazienki. You’re my guest, powiedział, you deserved it. Uśmiechał się szeroko. Jego obłędnie muskularna pierś unosiła się i opadała wciąż jeszcze pogłębionym oddechem. Miałem ochotę krzyknąć z całych sił, że jest wspaniały, cały świat powinien o tym wiedzieć, ale uśmiechnąłem się tylko, chyba wciąż czerwony na twarzy, aż trochę onieśmielony – tym, jak bezbronny jeszcze przed chwilą byłem wobec niego, i jak wspaniała była ta bezbronność, i że on moją bezbronność doskonale widział, i jak cudownie było wiedzieć, że ją widział.

Gdy pod prysznicem woda spływała po mnie ciepłymi strumieniami, z twarzy, z szyi, po plecach i brzuchu ku pośladkom i udom, czułem jak mięśnie tych ostatnich, po wewnętrznej ich stronie, drżą jeszcze po wyzwaniu, jakiemu moje ciało sprostało. Nie mogłem tego drżenia opanować, aż zachciało mi się od tego śmiać. Anus wciąż mnie bolał, ale ten ból był jakiś nie do końca obecny, przesłonięty szybą niemal metafizycznego spokoju, jakby oddalony od mojej świadomości. Czułem się zerżnięty za wszystkie czasy. Pomyślałem o Patricku, jaka szkoda, że zarzucił bróby dostania się we mnie w tej pozycji, że zdecydował się wziąć mnie doggy style. Gdyby mnie zrobił w ten sposób, na pewno nie dopuściłbym tak łatwo, żeby nasza znajomość skończyła się na tamtej jednej nocy. Spłukiwalem z siebie pianę żelu do kąpieli, miałem wrażenie, że poruszam się w zwolnionym tempie, nie do końca na jawie, zawieszony z nadmiaru wrażeń w półśnie, transie lub alkoholowym oszołomieniu.

Jeszcze kiedy wyszedłem spod prysznica i wycierałem się białym ręcznikiem – zwinięte w przytulone do siebie rulony układały się równiutko i porządnie całym regałem w kącie łazienki – niektóre moje mięśnie wciąż drżały. Pytałem sam siebie, w myślach, czy jestem w stanie wytrzymać coś takiego on a regular basis, częściej, jak często, kiedy następny raz? Miałem wrażenie, że potrzebuję ileś, nie wiadomo ile, dni rekonwalescencji, może nawet coś się tam musi w środku pozrastać. Gdyby Stephan chciał się spotkać kolejny raz, gdyby chciał spotykać się kolejnych więcej razy, regularnie może nawet. Chciał mieć kogoś, żeby się w kinie trzymać za ręcę, napisał tak przecież w tym swoim pierwszym mailu, naprawdę nie miałbym nic przeciwko takim wieczorom w kinie, wieńczonym takimi wrażeniami, nieco częściej. On a regular basis. Ta perspektywa aż mnie ogłuszała, zastanawiałem się, czy bym temu fizycznie podołał, gdyby chciał mnie tak wziąć dwie noce z rzędu, albo trzy razy w ciągu tygodnia. Musi być jurny jak diabli, skoro kupuje prezerwatywy w ilościach, jakie trzyma w szufladzie. Chyba że kupuje takie ilości prawie hurtowo, bo mało kto sprzedaje taki rozmiar, dopiero teraz mi to przyszło do głowy, nie było to niemożliwe. Ten jego chłopak, ten Polak, z którym niedawno zerwał – ciekawe, jak długo byli razem, czy po dajmy na to dwóch latach związku z takim facetem, człowiek nie zaczyna się, no nie wiem, rozlatywać w środku, pękać w szwach, albo przeciekać?

Wróciłem do sypialni, zawinięty w ręcznik, który odrzuciłem na krzesło, po czym wsunąłem się pod kołdrę. Stephan cmoknął mnie jeszcze w usta, wstał i sam poszedł do łazienki. Było już późno, Stephan wstawał rano bardzo wcześnie, więc uwinął się szybko, żeby nie marnować czasu i położyć się do snu. Zgasił światło i ułożył się plecami do mnie, kołdrę podciągnął pod pachę. Z niegasnącym podziwem patrzyłem na te potężne, szerokie plecy i silne, muskularne ramię ułożone na kołdrze. Na opinającą je, piękną i gładką skórę, która w zderzeniu z bielą pościeli jawiła się jakoś tak – jeszcze gładsza i piękniejsza. Po chwili przyglądania się jego szyi i barkowi, po chwili wahania, czy mogę sobie na to pozwolić, przysunąłem się do niego i przylgnąłem do jego pleców. Can I stay like this?, zapytałem. Sure you can, odpowiedział, tonem tak bardzo różnym od Patricka kiedyś. Patrick był zaskoczony, przez chwilę czuł się nieswojo, głupio było powiedzieć nie komuś, kto mu się właśnie oddał, ale czułości był to dla niego raczej zbytek. Ty zareagowałeś tak, że przytuliłem się do ciebie ostrożnie, nieśmiało, nie całkiem, nie tak, jak naprawdę chciałem. Stephan odpowiedział tonem zaskoczenia, że w ogóle zadaję takie pytanie, tonem zachęty, gestem – uniósł ramię, żebym tam wsunął własne – zapraszając mnie, bym się przytulił wygodnie, objął go wokół torsu. W końcu po tym, co przed paroma chwilami osiągnęliśmy, zasługiwaliśmy na to, na wszystką czułość tego świata i na najspokojniejszy sen. Jego Sure you can znaczyło: bolało cię, twoje ciało stawiało opór, ale nie poddałeś się, oddałeś mi się, pozwoliłeś mi w siebie wejść, ofiarowałeś mi swoje całkowite zaufanie – zasłużyłeś na całe przytulanie tego świata, cały jestem twoją nagrodą.

Leżałem więc tak przytulony do imponujących, szerokich pleców mojego amerykańskiego kulturysty, mężczyzny, który dosłownie splądrował moje ciało, przeszył je na wylot, odkrywając przed nim nowe przestrzenie rozkoszy. Leżałem tak obejmując go prawym ramieniem, z dłonią spoczywającą gdzieś na jego klatce piersiowej. Dotykałem nagiego ciała, bo spał bez piżamy, bez bielizny, ja zresztą też. Z głową leżącą bokiem na poduszce, z klatką piersiową przytuloną do zbroi mięśni rozpiętych na jego plecach, słyszałem bicie własnego serca – zmęczenie wiodło mnie do snu, miałem wrażenie, że słyszę to swoje serce w poduszce i zarazem w jego plecach, jakby biło gdzieś na zewnątrz mnie, z dwóch stron. Ten chłopiec, którym kiedyś byłem, znów się gdzieś tam w głębi wiercił. Chciał wtulić się w tego wielkiego, silnego mężczyznę, w tę górę mięśni, która nie tylko nie była groźna, jak inni więksi chłopcy, a wydawała się od wszystkiego, co groźne, od zła tego świata osłaniać, swoją siłę i przewagę – swoją władzę, nade mną i nad tyloma innymi mężczyznami przed i po mnie (szuflada pełna prezerwatyw czekała) – wykorzystując tylko, by dawać rozkosz, szastać jej ekscesem w jakimś seksualnym potlaczu. Resztki myśli w półśnie kołysały się o tym, że Stephan zasługiwał na jakiś pomnik, pomnik Mężczyzny nad Mężczyznami, dedykowany mu jako the Hottest Gay Guy in London in the Early 21st Century. Gasnący, oddalający się od świadomości, tępawy ból pulsował gdzieś u dołu mojego tułowia. Osunąłem się w sen, niesłychanie spokojny sen.

 

Powyższy tekst to fragment powieści Nirvaan, nad której ukończeniem wciąż pracuję. Inny fragment, jeszcze nieostateczny, umieściłem już kiedyś tutaj, inny tutaj, inny tutaj, a jeszcze inny ukazał się w art-zinie literackim Papier w Dole, nr 4-5 (2017).

pwd

Jestem na Facebooku i Twitterze.