Ekwiwalent

Treatment

(projekt scenariusza filmu fabularnego)

Z reżyserką Katarzyną Klimkiewicz (Flying Blind) rozwijaliśmy kiedyś taki projekt filmu fabularnego.

Jego geneza tkwiła w innym scenariuszu, który napisałem kilka lat wcześniej, ale nie udało mi się nic z nim zrobić; zatytułowany był Banita. Klimkiewicz przeczytała ten scenariusz chyba w 2012, a może 2011 roku i choć się jej podobał, to jednak nie widziała samej siebie w jego estetyce, sama by takiego filmu nie zrobiła. Spodobał się jej natomiast bardzo jeden z mniejszych wątków w tej całej historii – o tym, jak główny bohater pracował w wypożyczalni wideo. Wątek był to w pewnym stopniu autobiograficzny (pracowałem w wypożyczalni wideo, jak miałem 20 lat, przez pół roku).

Był to tylko fragment większej całości, ale Klimkiewicz z grupą innych młodych filmowców (większość była wówczas przed debiutem fabularnym) chcieli wtedy przekonać TVP do realizacji serii niskobudżetowych, średniometrażowych filmów, które pozwoliłyby im zaistnieć i skonfrontować się wreszcie z publicznością. Każdy miał być osobną małą historią na własnych prawach, z różnymi bohaterami, itd., i Klimkiewicz chciała wydobyć z mojego Banity ten jeden wątek i rozbudowując go, zrobić z niego taką autonomiczną historię.

Z serii średniometrażowych filmów nic w TVP, jak zwykle, nie wyszło. Po dłuższym czasie nic-z-tego-nie-wychodzenia wymyśliliśmy, że mamy tak naprawdę dość materiału na film pełnometrażowy, taki powiedzmy na 80-90 minut, więc dyskutowaliśmy, aż napisałem wersję pełnometrażową, pt. Ekwiwalent, którą potem jeszcze rozkminialiśmy razem w kilku intensywnych sesjach bardzo zabawnej współpracy.

Ostatecznie projekt jednak umarł. Nie udało nam się znaleźć żadnego producenta, który by zaskoczył, dlaczego nas ta historia tak rajcowała. Co ciekawe, ich reakcje były wszystkie identyczne, jak byśmy cały czas rozmawiali w kółko z tym samym człowiekiem. Szybko zajarzyliśmy, że ich odrzucenie wynikało bez wyjątku z przyjętej przez nas klasowej perspektywy na zwyczajność tej strony Polski po transformacji, której „liberalny” (nad Wisłą to tylko w cudzysłowie) nurt polskiej kultury odmawiał rejestrować. Spróbowaliśmy więc wtedy w Polskim Instytucie Sztuki Filmowej, w nadziei, że gdybyśmy tam jakieś wstępne dofinansowanie zdobyli na pracę nad scenariuszem, to może by nam się potem inaczej rozmawiało z producentami. PISF jednak również odrzucił nasz projekt.

To jest ostatnia wersja tekstu, ta, którą złożyliśmy w 2014 w PISF. Można ją też pobrać w pliku PDF (Ekwiwalent treatment), bo to jednak kilkanaście stron tekstu.

Można też przeczytać inny mój treatment, Niszczenie obrazów.

Kasia_brick_wall_2

Katarzyna Klimkiewicz w Londynie w 2014

Czytaj dalej

Reklamy

Niszczenie obrazów

Niniejszy tekst to treatment czyli zarys/projekt/pomysł na scenariusz filmu fabularnego, który napisałem chyba w roku 2006. Wielu rzeczy już bym dzisiaj tak nie napisał, wiele rzeczy wymagało wciąż rozpracowania i dokumentacji (zwłaszcza część, w której bohater już robi karierę w Mediolanie i Paryżu, tu ewidentnie czegoś brakuje, jest to za krótkie i nierozpracowane, i właśnie dlatego potrzebne mi było to stypendium, m. in. na dokumentację). Ale też wiele, w tym samo sedno pomysłu, wciąż się broni i to wciąż mógłby być jakiś film 😉.

Postanowiłem to tutaj opublikować, bo ostatecznie nic z tego nigdy nie wyszło (pod tekstem opisuję jeszcze, co się wówczas stało z tym pomysłem), a przez jakiś czas byłem do tego projektu bardzo przywiązany. A z kolei teraz szukam możliwości wydania mojej pierwszej powieści, więc może ktoś jest ciekaw w międzyczasie, jak tam u mnie w ogóle z tym całym opowiadaniem własnych historii 😉. Choć powieść będzie w zupełnie innym klimacie i stylu.


Treatment

Akcja zaczyna się w latach 90. XX w., na tle transformacji ustrojowej, w średniej wielkości polskim mieście, mało ważne, którym (rzecz do rozpatrzenia pod kątem produkcyjnym, można też je pozostawić nienazwanym); grunt, żeby było wystarczająco szare, smutne i zdeindustrializowane w latach 90., jak miasta na Górnym Śląsku lub Zagłębiu.

Mateusz chodzi do podstawówki. W grze w piłkę nie jest najlepszy, koledzy mają do niego jakieś pretensje. Choć nie jest słabeuszem, np. znakomicie pływa na basenie (bo w szkole jest basen). Ale nie jest stworzony do rywalizacji sportowej, w ogóle się nie wczuwa w grę, kompletnie mu to zwisa. Kiedy jego koledzy rozpaczają z powodu jakiejś przegranej w nogę, jakby się stała rzecz wagi państwowej, on w ogóle nie rozumie, dlaczego i wzrusza ramionami. Na szczęście dla niego, to nie on zawinił, reszta pastwi się więc (słownie i szturchaniem) nad bramkarzem, który przepuścił dwa zupełnie karygodne gole; wyzywają go od cioty itp., ironicznie naśladując go jak jakąś panienkę, która nie umie złapać piłki. Mateusz się nie pastwi, ale widać na jego twarzy mieszaninę lęku i ulgi, że to nie on jest przedmiotem tych napaści. Potem mecze toczą się już bez Mateusza, który się od nich wykręcił, przynosi zwolnienia od lekarza, za każdym razem, kiedy na wuefie mają grać w piłkę.

Mateusz woli pływać, ale nie pali się do zawodów. Wuefista wysyła go na zawody, których jednak Mateusz nie wygrywa. Zajmuje czwarte miejsce, choć nauczyciel był przekonany, że chłopak płynął poniżej swoich możliwości, wrzuca swoje mobilizujące gadki i pouczenia, które ani Mateusza ziębią, ani grzeją. Patrzy na wuefistę jak na kosmitę. Wuefista bezradnie załamuje ręce i patrzy na niego z niedowierzaniem. Chłopak, któremu nie zależy, które miejsce zajmie w zawodach! – tego jeszcze nie widział. Tak więc Mateusz pływa nadal, i to dużo, ale tylko dla przyjemności. Bezsilny wuefista nie próbuje go już nigdzie wysyłać.

Mateusz lubi oglądać filmy, nie tylko amerykańskie, choć wszystko inne prawie znikło z ekranów. Po roku 1989 oczywiście w jego mieście kino zamknięto, wszak w Polsce w mieście liczącym sto tysięcy mieszkańców nie opłacało się już prowadzić kina. Ogląda je więc w telewizji i na wideo. W telewizji tymczasem neoliberalna ofensywa. Polityczne i dziennikarskie półgłówki prześcigają się w apologiach wolnego rynku i jego niewidzialnej ręki jako najlepszego, a w zasadzie jedynego, remedium na wszystkie problemy tego świata. Zaczyna się śpiewka, która będzie trwała następnych kilkanaście lat, w której „lewica” z SLD jest równie gorliwa, jak prawica: o obniżaniu podatków, konieczności deregulacji rynku i prawa pracy, demoralizującym charakterze zasiłków dla bezrobotnych i wszelkiej w ogóle pomocy społecznej, a młodzi niech się uczą, to na pewno dostaną świetną pracę.

Widzimy raz Mateusza, gdy przypadkiem wpada w telewizji na relację z pokazu mody. Najpierw wychodzą kobiety, potem mężczyźni. Dziesięcioletni Mateusz patrzy zafascynowany. Flesze, rytmiczna muzyka, wspaniałe ciuchy, wysokie, dumne sylwetki, no i w ogóle Mediolan. Tymczasem w kuchni jego ojciec (wąs, rozchełstana flanelowa koszula i spodnie na szelkach) zaczyna się kłócić przy piwie ze swoim kolegą Mietkiem i z wrzaskami „Do chuja pana!” i „Do chuja miłego!” dają sobie po ryju. Kolega, nie przestając pomstować, umyka z domu co sił w nogach. Mateusz odwraca wzrok od tego żenującego widowiska – z powrotem ku posągowo pięknym ludziom na wybiegu w Mediolanie.

Kilka lat później. Mateusz kończy już liceum. Przygotowuje się do matury. Jest cholernie przystojnym chłopakiem, wysokim, dobrze zbudowanym. Na lekcji francuskiego trzydziestoparoletnia nauczycielka cały czas się do niego uśmiecha. W rogu sali siedzi chłopak nazwiskiem Przerada. Patrzy na odpowiadającego znakomicie Mateusza. Na ławce ma zdjęcie grupowe całej klasy, które przed chwilą wszyscy dostali. Przerada dewastuje długopisem na swoim egzemplarzu twarz Mateusza. Obok niego siedzi jego kumpel Kajzerek, który kiwa głową, bo nie rozumie, o co Przeradzie chodzi – przecież dzięki temu, że on z babką gada, a ona nie może oderwać od niego oczu, oni mają przynajmniej święty spokój. Zdaniem Kajzerka Mateusz pełni bardzo pożyteczną funkcję w klasie. Nauczycielka nie jest jedyną, która tak na Mateusza patrzy. Podobnie robi połowa dziewczyn. Także – na przerwach, na korytarzu, przed szkołą – gruba Beata z innej klasy, nieśmiała, zahukana, śmiertelnie w nim zakochana.

Mateusz ma u dziewczyn ogromne powodzenie. W następnej scenie całuje się w ubikacji dziewcząt z niejaką Moniką. Do ubikacji wchodzi Agata, która oburza się na widok chłopaka w tym przybytku. W kolejnej scenie Mateusz całuje się już z Agatą właśnie, gdzieś na ławce w parku. A w szatni liceum, w kącie za kurtkami – z Dominiką. Na studniówce z kolei nie przestaje się całować z Agnieszką. Monika, Agata i Dominika siedzą wtedy w kącie, wszystkie trzy razem. Naburmuszone patrzą na nich z byka. Każda przyszła z jakimś chłopakiem, ale w ogóle na tych chłopaków nie zwracają uwagi, bo torturują się patrzeniem na całujących się Mateusza i Agnieszkę. Chłopcy, z którymi przyszły, z początku byli trochę na nie obrażeni, ale znajdują rozwiązanie: zaszywają się w trójkę w innym kącie i rywalizują w ilości wypitej wódki z butelek przeszmuglowanych na imprezę za milczącym przyzwoleniem nauczycieli. Potem wszyscy trzej idą rzygać do ubikacji. W jednej z kabin Mateusz zamknął się tymczasem z Agnieszką, gdzie się sobą nawzajem zajmują, jakkolwiek atrakcje akustyczne zapewnione przez trzech wymiotujących ostatecznie ich rozpraszają i zniechęcają.

Przerada, Kajzerek i niejaki Pałasz chcą iść na imprezę do jakiejś dużej, wypasionej dyskoteki/imprezowni w mieście wojewódzkim. Rozprawiają o tym w szatni sali gimnastycznej, w której wszystkie ściany i drzwiczki szafek pokryte są zdjęciami Pameli Anderson, Naomi Campbell, Cindy Crawford i ze dwu gwiazd porno. Chcą zabrać z sobą Mateusza, bo on przyciąga dziewczyny. Sam nie będzie mógł się zająć wszystkimi, które się do niego zlecą, więc coś skapnie dla nich. Już to przerabiali, jest to skuteczna metoda. Proponują więc Mateuszowi, żeby znowu z nimi poszedł, ale Mateusz po studniówce, przed maturą, kupił sobie jeszcze parę rzeczy, w tym karnet na siłownię, więc już grosza nie ma na żadną imprezę. Przerada, Kajzerek i Pałasz naradzają się i robią ściepę, by imprezę Mateuszowi zafundować. Mateusz, jakoś tak wzruszony, że jest aż tak rozchwytywany towarzysko, zgadza się oczywiście. Metoda jest skuteczna. Na imprezie udaje się każdemu z nich dzięki Mateuszowemu przyciąganiu poderwać przynajmniej na chwilę jakąś dziewczynę.

Mateusz romansuje z poznaną na tej imprezie dziewczyną, przygotowuje się do matury i ogląda filmy i telewizję. W tym Fashion TV i wywiad z Marcusem Schenkenbergiem (Szwedem, który został pierwszym prawdziwym supermodelem płci męskiej) w amerykańskiej telewizji, przez kablówkę.

Z grubej Beaty podśmiechują się chłopcy z jej klasy. Śmieją się, że puszcza bąki i że oczy jej się maślą na widok Mateusza. Mateusz to słyszy. Żal mu się robi tej dziewczyny. Podchodzi do niej, gdy ta płacze w łazience. Wyciera jej oczy. Mówi jej, żeby się wyrwali razem z lekcji, które jeszcze zostały tego dnia. Ona, szczęśliwa, zaprasza go więc do siebie, gdzie częstuje go Suze’em przywiezionym przez jej ojca z Francji. Mateusz pyta ją, czy to prawda, że on się jej tak podoba. Ona się czerwieni i potakuje głową. Chciałaby, żeby ją pocałował? Kiwa głową, że tak. Całuje ją więc. Chciałaby pójść z nim do łóżka? Bardzo ostrożnie kiwa głową, że tak. Zaczyna ją rozbierać. Beata wie, że to nie rokuje żadnej przyszłości i że nie będzie nigdy jego dziewczyną. Ale i tak jest cała w skowronkach.

Matury zdane. Przychodzi czas składania papierów na studia. Przerada, Kajzerek i Pałasz składają papiery byle gdzie, nawet na turkologię, która w ogóle ich nie interesuje, nie bardzo nawet wiedzą, czy stolicą jest Stambuł czy Ankara, chodzi im o uniknięcie służby wojskowej i o to, że i tak nie ma pracy, więc jakoś trzeba ciężkie czasy przezimować. A na turkologię tak mało chętnych, że podobno koniec końców każdego przyjmują. Ogólnie nikt tu nie ma jakichś większych ambicji, dominuje myślenie w bardzo krótkiej perspektywie, bo też ambicje ani dłuższe perspektywy dawno nic dobrego nikomu nie przyniosły.

W mieście panuje ogromne bezrobocie, a ci, którzy pracę mają, zarabiają coraz mniej, jak ojciec Mateusza. W fabryce, w której pracuje ojciec Mateusza, ma miejsce prywatyzacja, potem restrukturyzacja (czytaj: redukcja działów i etatów), podwykonawstwo, spadają zarobki, rosną nadgodziny. Natomiast dyrekcja kierowana przez nowego włoskiego właściciela fabryki zarabia coraz więcej i jeździ coraz lepszymi samochodami. Ojciec Mateusza z kolegami spektakularnie się upijają, prawiąc o tym wszystkim.

Im gorzej ojciec Mateusza sobie w życiu radzi (ekonomicznie i w ogóle), tym bardziej panem i władcą czuje się w domu. Ma ciągle pretensje do matki Mateusza, że albo źle posprzątane, albo obiad do dupy, albo koszula jeszcze nie wyprasowana, albo coś w tym rodzaju. I nie przestaje prezentować siebie jako wzoru mężczyzny swojemu młodszemu synowi, czyli dziesięcioletniemu bratu Mateusza, Pawłowi. Pokazuje mu zdjęcia, jak strajkował za komuny i walczył o wolność. Choć co prawda niechcący wywalczył zamiast tego kapitalizm, ale chłopiec i tak tego za bardzo nie rozumie.

Mateusz tymczasem chciałby sobie zrobić zdjęcia – takie, na których by wyglądał równie zajebiście, jak w rzeczywistości. Próbuje sam się fotografować, z użyciem samowyzwalacza. Cuduje, ustawia się, ustawia urządzenie. Rzecz się dzieje w jego pokoju, gdy matka sprząta mieszkanie, a ojciec się snuje bez sensu ani celu, do tego jeszcze młodszy brat wraca akurat z boiska. Mateusz cały czas więc drży, żeby go nikt nie przyłapał na tak dziwnym zajęciu. Potem chce oddać zdjęcia do wywołania w osiedlowym punkcie fotograficznym, ale się wstydzi. Na osedlu wszyscy się znają, ktoś zacznie o nim gadać. Oddaje je więc w mieście wojewódzkim, w którym zdaje na uniwersytet. Rezultaty są jednak kiepskie. Trudno w ten sposób zrobić dobre zdjęcia, nawet mając więcej pojęcia o fotografii, a Mateusz nie ma.

A na co Mateusz zdaje na studia? Na kulturoznawstwo. Ojciec i matka załamują ręce. No i kim on po tym będzie? Mechanikiem, hydraulikiem, kelnerem, kucharzem? Przecież to mu nic nie da, takie studia! A tymczasem Mateusz, jak na studia, to chciał iść na coś, gdzie po prostu zdobędzie większą wiedzę, chciałby więcej zrozumieć z rzeczywistości. Trudno mu nawet wyartykułować takie argumenty wobec swoich rodziców, którzy rozpaczają, że chłopak sobie życie marnuje właśnie. „Już lepiej byś do wojska poszedł, byś się życia nauczył przynajmniej! Czego tam uczą na takim kulturoznawstwie?”

Na tych nowych studiach w jego grupie jest dwadzieścia parę osób, w tym zaledwie kilku mężczyzn, z czego jeden, Filip, to homoseksualista z dredami pasjonujący się fotografią. Mateusz zbiera się na odwagę, choć z trudem, przy trzecim piwie, by poprosić Filipa, żeby mu zrobił jakieś fajne zdjęcia i obiecuje, że mu się odwdzięczy kiedyś, jak tylko będzie mógł. Tylko jego ma odwagę o to poprosić, bo nie wie, jak by inni, normalni faceci na niego spojrzeli, że chce mieć zdjęcia, żeby zdjęcia były naprawdę dobre i on zajebiście na nich wyglądał. Tylko błaga Filipa, żeby nikomu tego nie rozpowiadał, bo się wstydzi przed kolegami z liceum, z osiedla, przed rodziną, woli, żeby się tego nie dowiedzieli. Filip się zgadza, bardzo chętnie mu zrobi zdjęcia, rzadko kiedy ma się okazję fotografować tak przystojny obiekt – dodaje z uśmiechem.

No i robi mu te zdjęcia. Fotografie są bardzo różnorodne i bardzo dobre. Robiąc je Filip jednak w pewnym momencie zaczyna się trochę do Mateusza przystawiać. Mateusza zdejmuje lęk, że go tak odebrano i go delikatnie stopuje. Filip go przeprasza, myślał, że może Mateusz jest gejem, skoro ma takie dziwne pragnienia, jak być fotografowanym. Nie powoduje to napięć, przechodzą nad tym do porządku dziennego. Mateusz gotowymi zdjęciami jest zachwycony i wysyła je w tajemnicy przed wszystkimi w kilka miejsc.

Przerada nadal, jak zawsze, z trudem znosi Mateusza, ale nadal go potrzebuje, więc dusi to w sobie. Przeradę właśnie rzuciła czwarta z kolei dziewczyna, wytrzymawszy z nim zaledwie dwa miesiące, co zaczyna go martwić. Dziewczyna go rzuciła, bo jest chamem, ale on jest przekonany, że tu na pewno chodzi o seks. Widocznie nie sprawdza się w łóżku. Rozmawia więc ze swoimi kumplami Kajzerkiem i Pałaszem, gdyż problem ten wyraźnie mu ciąży. Kajzerek i Pałasz nie są ludźmi najbardziej życiowo doświadczonymi, ich rady nie są więc ani błyskotliwe, ani przenikliwe. Pałasz proponuje mu się często onanizować, żeby wyćwiczyć się w zdolności robienia „tego” wiele razy jednym ciągiem, no i robienia tego długo. Przerada rzuca się więc w wir ćwiczeń. W ubikacji, w łóżku, nawet na studiach z turkologii, bo faktycznie było tak mało chętnych, że go przyjęli mimo iż nie wiedział nic o Turcji, na przerwach między zajęciami wychodzi do ubikacji, żeby „poćwiczyć”. Wkrótce zaczyna chodzić z kolejną dziewczyną, ale ta rzuca go po tygodniu. Bo w łóżku w ogóle na nią nie zwracał uwagi, pochłonięty liczeniem własnych orgazmów i czasu, jak długo jest w stanie to robić jednym ciągiem. Problem więc odżywa w rozmowach między nim a Kajzerkiem i Pałaszem (Kajzerek zresztą studiuje razem z nim tą turkologię; Pałasz nie dostał się nigdzie, więc zapłacił za lewe zaświadczenia lekarskie, żeby nie pójść do wojska i teraz jest po prostu bezrobotny). Kajzerek proponuje więc swoje tradycyjne rozwiązanie. Trzeba znowu skorzystać z atutów i talentów Mateusza.

Organizują więc kolejną imprezę. Wynajmują jeszcze z paroma kolegami domek nad jeziorem na dwa dni. Zapraszają dużo ludzi, w tym Mateusza i dużo dziewczyn. W jednej z sypialni ustawiają w ukryciu trzy pożyczone z różnych źródeł kamery wideo ustawione na łóżko. Mateusz na imprezie oczywiście flirtuje z dziewczynami, szczególnie z jedną. Kajzerek go podpuszcza w międzyczasie, żeby poszedł z nią do sypialni na piętrze, żeby się nie krępował. Ponieważ dziewczyna ewidentnie ma na to ochotę, Mateusz zabiera ją na piętro. O mały włos nie wszedłby z nią do drugiej, niewłaściwej sypialni, interwencja Pałasza kieruje go do właściwej. Kajzerek, Pałasz i Przerada uruchamiają te kamery i nagrywają, co się dzieje w sypialni. Po imprezie Przerada, Kajzerek i Pałasz analizują nagrania, by wyciągnąć jakieś konstruktywne wnioski, zwłaszcza dla Przerady, ale też i każdy dla siebie, nauczyć się od tego, który ma najwięcej szczęścia z kobietami, jak to robić, żeby tak szalały. Ku ich zdziwieniu, Mateusz faktycznie na początku się z dziewczyną kochał, a potem cały czas z nią rozmawiał i żartował, co zajmuje większą część nagrania. Dziewczyna wyszła z imprezy zachwycona, wzięła od Mateusza numer telefonu i umówili się, że się jeszcze spotkają. Może rżnął ją jeszcze potem i najlepsze działo się dopiero po całej tej gadaninie, jak taśma się już skończyła? – główkują. Może trzeba gadać przez parę godzin i dopiero zabrać się do rzeczy? W takim razie zabierają się do analizy, o czym on z nią gadał. Opowiadał jej o różnych ciekawostkach, jakich się właśnie dowiedział na wykładach na swoich studiach. A że na kulturoznawstwie dowiaduje się człowiek rzeczy fascynujących, gadali sobie o berdaszach, hidźrach, poliandrii, małżeństwie grupowym w plemieniu Todów, interioryzacji, Radzie Kobiet u Irokezów, i tak dalej. Przerada, Kajzerek i Pałasz nawet obłożeni słownikami, encyklopediami i podłączeni do Internetu nie mogą sobie z tym poradzić. No ale Kajzerek jest typem człowieka, który dopiero po trzech tygodniach zajęć na turkologii zorientował się, że Turcja jest krajem muzułmańskim.

Mateusz rzeczywiście zaczyna się spotykać z tą dziewczyną. Ma na imię Iwona. Na studiach zaprzyjaźnił się z tym Filipem, który znalazł sobie w międzyczasie chłopaka (na imię mu Kamil i jest kulturystą). Gdy są razem w czwórkę na piwie, Mateusz dostaje telefon z jednej z agencji modelek i modeli, do której wysłał zdjęcia. Chcą zrobić mu sesję. Mateusz zaczyna skakać z radości i całować Filipa w policzki, dziękując mu za zdjęcia.

Mateusz jedzie w tajemnicy przed rodziną na sesję zdjęciową. Agentka jest tak zachwycona rezultatem i interakcją między Mateuszem a obiektywem, że natychmiast ma dla niego propozycję. Kampanię reklamową męskiej bielizny. Mateusz, pijany ze szczęścia, oczywiście się zgadza. Wkrótce kolejna sesja. Czarno-białe, bardzo zmysłowe zdjęcia, Mateusz w samej bieliźnie. Dostaje kupę kasy, no ale nie może się przyznać przed rodziną, bo wstydzi się powiedzieć, za co dostał te pieniądze.

Mateusz jednak nie spodziewa się nawet, jak duża ma to być kampania. Idzie któregoś dnia na zajęcia, a tu na ogromnym billboardzie wielkie zdjęcie jego samego w samych slipach. I w witrynach dwóch mijanych sklepów. A w kiosku z prasą z tyłu okładki jakiegoś czasopisma. Zaczyna się tego bać. Na uniwersytecie Filip gratuluje mu oczywiście, ale Mateusz czuje się głupio, że wszyscy się na niego gapią. Jedna z wykładowczyń ustala ze studentami termin nadchodzącego egzaminu. I rzuca na odchodne z dziwnym uśmiechem, że jak ktoś się umie ładnie rozebrać przed aparatem, to nie znaczy, że tak łatwo zda też teorię kultury. Mateusz przełyka ślinę. Aż się boi wracać do domu (na uniwerek codziennie jeździ z domu; godzina autobusem). Nie wie, jak teraz rodzina i sąsiedzi będą na niego patrzyli. Z tego wszystkiego zostaje u Filipa do jutra. Filip się śmieje, że nie może się o tym dowiedzieć jego Kamil, bo będzie zazdrosny, a wtedy im obydwu poskręca karki, w końcu to kulturysta.

Ojciec Mateusza wpada na taki sam billboard, wracając z pracy, w której dostał właśnie wypowiedzenie, w ramach przeprowadzanej redukcji zatrudnienia mającej na celu kolejną „restrukturyzację” przedsiębiorstwa. Jedzie samochodem i na zakręcie widzi to ogromne zdjęcie własnego syna w samych slipach. Traci kontrolę nad samochodem i uderza nim w latarnię. Nic mu się poważnego nie stało, ale samochodowi owszem.

No ale jednak kiedyś Mateusz do tego domu musi wrócić. I wraca następnego dnia. Wychodzi z autobusu. Po drodze z przystanku do własnego bloku ma wrażenie, że wszyscy się na niego gapią i ma ochotę zapaść się pod ziemię. Na dodatek mija sklep odzieżowy, w którym w witrynie również zawisło jego zdjęcie. Wchodzi do mieszkania. Rodzice stają w przedpokoju i patrzą na niego w milczeniu. Jego młodszy brat też stoi w głębi, w pokoju, i patrzy; najwyraźniej nie bardzo rozumie, o co chodzi. Matka Mateusza wraca do kuchni, gdzie zaczyna zapamiętale szatkować jarzyny. Ojciec nic nie mówi, tylko stoi i się gapi. A potem nagle ucieka wzrokiem. Mateusz idzie do swojego pokoju i wypakowuje książki z torby. Paweł, młodszy brat Mateusza, bierze ze stołu gazetę, w której również znajduje się reklama ze zdjęciem Mateusza. Matka wpada w szał, każe mu to zostawić, nie oglądać tego, wstyd i hańba. Ojciec z kolei zaczyna się drzeć na Mateusza, czy teraz kurwą pedalską zamierza zostać. Mateusz mu na to, że w ten sposób w jeden dzień zarobił tyle pieniędzy, co ojciec w trzy miesiące pracy. Ktoś dzwoni do Mateusza na komórkę. To jego agentka, która właśnie zaparkowała pod jego blokiem i mówi mu, żeby się pakował, bo właśnie dostał kontrakt we Włoszech. Widział go włoski projektant na tych zdjęciach i chce go koniecznie mieć w tym tygodniu w Mediolanie. „Gdzie ty u cholery mieszkasz? – pyta go. – Tutaj wszystkie bloki takie same, jak ty w ogóle trafiasz do domu?” W następnym ujęciu agentka stoi już w przedpokoju, Mateusz się pakuje. Mały Paweł ciągle nie wie, co jest grane. Matka płacze w kuchni nad tymi jarzynami, ojciec zamknął się w ubikacji i ciągnie z butelki. Mateusz wychodzi z walizką za swoją agentką i odjeżdżają samochodem. Ojciec Mateusza wychodzi wtedy z ubikacji i idzie do pokoju, w którym mały Paweł znowu sięgnął po tę gazetę, żeby zobaczyć zdjęcie, które się stało przyczyną całego zamieszania. Ojciec wyrywa mu gazetę i pierze go nią po głowie. „Jutro idziemy cię zapisać na boks, karate albo zapasy! Albo wszystkie trzy na raz!”

Mateusz tymczasem ląduje w Mediolanie. Sesja zdjęciowa, wybieg, garderoby, charakteryzatornie, piękne kobiety, piękni mężczyźni, kontrakt z międzynarodową agencją, wywiad dla Fashion TV. Wszystko toczy się w zawrotnym tempie. Włosi mówią do niego „Matteo”. Mateusz pokazuje agentom zdjęcia Filipa, dzięki czemu i jemu załatwia kontakty z agencjami i prasą.

Matka Mateusza odtąd ubiera się na czarno, jest w żałobie. Jej bezrobotny już mąż, pozbawiony wkrótce prawa do zasiłku, żeby go te zawrotne 400 zł nie zdemoralizowało, jak brzmi oficjalna wykładnia wygłaszana właśnie przez establiszmentowego ekonomistę w telewizorze, siedzi na ławce przed blokiem razem z innymi bezrobotnymi i gadają o byle czym przy byle jakim alkoholu. Matka pracuje, sprzątając na czarno w bogatych domach kilku dyrektorów fabryki, z której wyrzucono jej męża (miejsc pracy ani pieniędzy na wzrost wynagrodzeń dla dyrektorów nie zabrakło) i zajmuje się domem, styrana do granic możliwości. Jeden z owych dyrektorów był zresztą lokalnym sekretarzem partii, gdy ojciec Mateusza strajkował za komuny. Matka Mateusza nie jest pewna, ale upewnia się na zdjęciach męża z tych strajków i z negocjacji z miejscowymi partyjnymi. Zanim wyjdzie, zaczynają się u niego zbierać goście. Lokalny polityk prawicy, lokalny polityk lewicy, ksiądz i jeszcze jakiś biznesmen; dyskutują o losach bohaterów „Klanu”.

Mały Paweł idzie do szkoły, gdzie wszyscy się na niego dziwnie gapią. Chłopak siada w ławce ze spuszczoną głową. Zaczyna się lekcja historii. Nauczycielka mówi o ponad milionie ofiar obozu w Oświęcimiu, z których większość stanowili Polacy. Jakaś dziewczynka pyta nieśmiało, czy jednak nie Żydzi. Nauczycielka milknie. Patrzy na dziewczynkę, patrzy w okno, patrzy w tablicę. Wzdycha. Otwiera swój nauczycielski notatnik, w którym każdy uczeń ma swoją stronicę. Odnajduje stronę przeznaczoną tej dziewczynce i notuje: „Ta mała pizda lubi Żydów”.

Mateusz ląduje potem w Paryżu, o Iwonie szybko zapomniał. Kolejne wybiegi i sesje, oprócz tego bankiety, flirtowanie z modelkami, zwiedzanie miasta i jego rozrywki. W klubie Louvre, czy jakimś innym równie wypasionym, jest z innym modelem, czarnoskórym Aurélienem. Okazuje się, że Aurélien jest gejem i Mateusz bardzo mu się podoba. Mateusz po chwili przerażenia go przeprasza, ale nic z tego, bo on woli kobiety. Aurélien go pyta, czy kiedyś próbował. Mateusz na to, że oczywiście nie. Aurélien go pyta, dlaczego „oczywiście” i namawia, żeby spróbował; jak mu się nie spodoba, to może w każdej chwili się wycofać. Mateusz sobie uprzytamnia, że rodzina, Kajzerek, Przerada i w ogóle całe to okropne miasto, w jakim się wychował, jest bardzo daleko stąd, a tutaj nikogo to nie szokuje (w klubie jest kilka par gejów i lesbijek), i w ogóle tu każdy chce się różnić od reszty, a nie zniknąć w „normalności”. Więc po chwili wahania się zgadza. W łóżku stwierdza, że to nie jest takie złe. Nie gorsze niż z kobietą. Jakiś czas sypia więc z Aurélienem, który się cieszy i chwali po bokach, że przekabacił „heteryka”. Jadą razem nawet na podobny kontrakt do Nowego Jorku, potem wracają do Paryża. Zanim został modelem, Aurélien był elektrykiem. Jego koledzy z pracy w kółko mu powtarzali, że jest cholernie przystojny i tak świetnie zbudowany, że powinien spróbować. No więc spróbował.

Kariera Mateusza w Paryżu się rozwija (ten wątek wymaga rozwinięcia). Akceleruje to też rozwój jego narcyzmu, który to proces kulminuje w scenie snu, w którym Mateusz kocha się z jakimś mężcyzną i okazuje się, że to… on sam, jego sobowtór, lustrzane odbicie.

W Polsce tymczasem pojawiło się w paru kolorowych pismach kilka artykułów na temat pierwszego polskiego modela, który robi prawdziwą karierę międzynarodową. Gruba Beata prowadzi stronę internetową (z forum dyskusyjnym) na temat Mateusza. Kajzerek, Przerada i Pałasz, przeglądając zdjęcia gołych kobiet w pismach pornograficznych między regałami w EMPiKu dostrzegają na sąsiednim regale jakiś magazyn, w którym jest taki artykuł. Zaglądają tam zdegustowani. W ramach jakiegoś niesprecyzowanego odwetu (sami nie do końca wiedzą, za co) postanawiają założyć stronę w Internecie, przez którą będą pokazywać tamte nagrania Mateusza w łóżku z Iwoną, które sobie zostawili. Montują je trochę i umieszczają w sieci.

Mateusz poznaje szwedzką modelkę Ingrid. Kończy więc definitywnie z Aurélienem. Ten mówi, że OK, w końcu uzgodnili, że rozstaną się, jak tylko Mateusz będzie chciał skończyć. Ale ukrywa ból i smutek.

Mateusz, spiesząc się na randkę z Ingrid, wpada do sklepu tak zwanego „Araba”, który w rzeczywistości jest Turkiem, po coś do picia. Potyka się, wychodząc stamtąd, o grupę chłopaków mówiących verlanem, którzy coś mu przygadują. Poznali go i coś tam mówią na temat cioty i kurwy i podstawiają mu nogę. Mateusz unika zwady i się stamtąd ewakuuje. Idzie na to spotkanie z Ingrid, która mu mówi, że w Internecie jest tamten film. Mateusz ją przeprasza i w ogóle nie kojarzy, skąd się mógł wziąć taki film. Myśli, że to może jakiś trik, montaż, podstęp. Ingrid się nie gniewa, w końcu nie może mu mieć za złe rzeczy, które on robił przed poznaniem jej. Mateusz znajduje film w Internecie i kojarzy, kiedy to było, ale nie bardzo wie, skąd się mógł wziąć sam film.

Tymczasem Kajzerek, Pałasz i Przerada odwiedzają z dwoma swoimi kolegami urząd pracy. Nie ma pracy dla ludzi z wyższym wykształceniem. Jest tylko dla hydraulików, murarzy. Wisi mnóstwo takich ogłoszeń. Tylko że nie ma ludzi w tych zawodach. Wszyscy dobrzy wyjechali na Zachód, bo nie chcieli dłużej pracować za tysiąc złotych na miesiąc. Potrzeba też paru sprzedawców i kelnerów, ale pracodawcy boją się zatrudniać ludzi z wyższym wykształceniem. Umieją czytać, to mogą też kiedyś przeczytać kodeks pracy, życzyć sobie pieniędzy za nadgodziny, itp., niedoczekanie.

Kajzerek zapisuje się potem na siłownię, podpuszczany do tego telewizyjnymi i prasowymi obrazami wspaniale zbudowanych, aktywnych, morderczo aktywnych mężczyzn, przed którymi padają kobiety. Śni mu się men z reklamy maszynki do golenia, który zachęca go do wysiłku, w nagrodę za który będzie wyglądał tak jak on i będzie codziennie pieprzył nową kobietę, która będzie sama przed nim nogi rozkładała.

Mateusz wraca w końcu do Polski. Z lotniska jedzie z Filipem samochodem prosto na uniwersytet, żeby się dowiedzieć o formalności, jakie są wymagane, żeby coś mu z tych opuszczonych studiów pozaliczali. Rozmawia w dziekanacie, z wykładowcami, tłumaczy swoją sytuację. Chce w przyszłości i w międzyczasie kontynuować naukę, ale nadarzyła mu się okazja pracy, która daje mu też ogromne doświadczenie językowe, dużo pieniędzy, obycie kulturalne, więc nie mógł tego zaprzepaścić. Niektórzy z rozmówców go kojarzą. Ogólnie wszyscy jednak patrzą krzywo i mnożą problemy. I odczuwają źle skrywaną satysfakcję z tego mnożenia. Zwłaszcza ci, którzy go skojarzyli.

Potem Filip zawozi go swoim samochodem do rodziny Mateusza. Matka od ostatniego razu nie przestała chodzić w czerni. Właśnie wpadła przez przypadek na Fashion TV w kablówce (którą mają kradzioną, podpięci do kabla sąsiadów), gdzie pokazują Mateusza na wybiegu. Załamuje ręce i przełącza natychmiast telewizor. Gdy Mateusz wchodzi, matka zakrywa odruchowo oczy jego młodszemu bratu Pawłowi. W następnej scenie jedzą wszyscy razem obiad, z Filipem włącznie. Nikt nic nie mówi. Filip czuje się niesłychanie zażenowany. Zaczyna mówić o wspaniałej karierze Mateusza, jeszcze żaden facet z Polski nie zaszedł tak daleko w świat w tym zawodzie. Bynajmniej nie wzbudza to entuzjazmu rodziny. Włączony telewizor chwali wspaniały wzrost gospodarczy kraju, mówi o konieczności dalszej likwidacji pomocy dla bezrobotnych (co z tego, że i tak już prawie nikt nie ma do niej prawa), no i strasznie wysokich kosztach pracy (co z tego, że prawie najniższych w Europie). Przez resztę obiadu jedyne słowa, jakie padają, padają z telewizora. Skrępowany Filip wychodzi czym prędzej, zaraz po zjedzeniu tego obiadu. Po jego wyjściu w telewizorze startują reklamy: piękni ludzie, piękne towary, piękne obrazy, obrazy piękna, obrazy szczęścia. Kup, a tego szczęścia zaznasz. Żyć, nie umierać.

Ojciec Mateusza od ostatniego razu, jak go widzieliśmy, nie znalazł pracy, odprawę dawno przejadł i przepił, zasiłku oczywiście nie ma. Kombinuje tylko jakieś fuchy na czarno, urywane, od przypadku do przypadku. A rządzi się za to w domu jak nie wiadomo kto. Paweł za to jest tresowany na prawdziwego mężczyznę. Trenuje boks, kopie piłkę, biega, pływa i ubiera się tylko na szaro, czarno i brązowo, bo każdy „prawdziwy” kolor niesie z sobą podejrzenie o homoseksualizm. Mateusz chce im pomóc finansowo, ale ojciec nie chce brać od niego pieniędzy, bo pochodzą z demoralizacji i zniewieścienia. Mateusz się wkurza i mówi, że nie będzie się narzucał, jeśli jest tak mile widziany. Bierze taksówkę i jedzie do hotelu.

Matka Mateusza, wciąż w żałobie z powodu cywilnej śmierci syna, który sprzeniewierzył się własnej płci, wybiera się potem na specyficzne modły. Modły odbywają się pod szybą, na której ukazała się rzekoma Matka Boska. Prosty proces iryzacji szkła zagnał sporą grupę mieszkańców miasta w stan religijnej ekstazy. Populistyczny proboszcz miejscowej parafii podnieca takie nastroje. Mówi, że przestrzegał, żeby nie głosować za Unią, żeby głosować przeciwko. Wydaliśmy się na pastwę zachodniego szatana i teraz Bóg i Jego Matka przypominają o sobie i swojej woli, której nie posłuchaliśmy, głosi. Nie ustawajmy w oporze przeciwko złu, które przychodzi z Brukseli pod postacią ateizmu, homoseksualizmu, eutanazji, pedofilii i aborcji. Obrońmy naszą Ojczyznę przed tym wszystkim.

Mateusz ma jakiś wywiad w telewizji. Po wywiadzie dziennikarka, która widzi u niego Nadzorować i karać Michela Foucault, którego akurat czyta, pyta go w korytarzu, co to jest – sensacja, wojenna czy horror? Potem jeszcze jedzą lunch z szefem tego kanału telewizyjnego, który przychodzi nań ze swoim kochankiem. Wspominają o tym, że jutro ma być manifestacja w obronie praw mniejszości seksualnych. Szef telewizji, sam homoseksualista (oczywiście publicznie to ukrywający), mówi, że tylko w wiadomościach o ósmej rano dadzą jakąś króciutką wzmiankę, bo prawie nikt tego nie ogląda; w ważniejszych wydaniach to pominą. Potem Mateusz jedzie na imprezę, razem z Filipem. Na drzwiach jego mieszkania, w którym mieszka z Kamilem, ktoś napisał sprayem „pedały”. Stara sąsiadka, przechodząc obok tych drzwi, żegna się ze zgrozą znakiem krzyża. Mateusz uzgadnia na tej imprezie ze swoją agentką, że następne zdjęcia do kampanii jakiejś z jego udziałem będzie robił Filip.

Żeby to uczcić, Filip zaprasza go na kolację u rodziców jego chłopaka Kamila, tego kulturysty. Filip do dzisiaj ukrywa przed rodzicami swój homoseksualizm, nawet odgrywa komedię w postaci przedstawiania im kolejnych dziewczyn, o których oni myślą, że to jego dziewczyny. Tymczasem rodzice Kamila od szesnastego roku jego życia wiedzą o jego homoseksualizmie. Matka Kamila, wypiwszy trzy kieliszki wina, zaczyna Mateuszowi opowiadać różne historie. Jak to jej mąż a jego ojciec zastał go kiedyś w łóżku z chłopakiem (gdy Kamil miał 17 lat). Jak to ona próbowała go parę razy zeswatać z różnymi facetami, takimi, którzy jej się podobali i którzy albo byli dobrze ustawieni, albo rokowali, że wkrótce będą. „No co? Chciałam mu znaleźć dobrą partię, zależy mi na przyszłości mojego dziecka.” Kamil ma młodszą siostrę, która ma jakieś dziesięć lat. Uczestniczy ona w tej rozmowie. Ojciec Kamila pyta go, czy tak właściwie to on jest w związkach z facetami aktywny czy pasywny. „No a jak myślisz?”. Ojciec patrzy na syna kulturystę i mówi „No tak…”. Siostra Kamila, Agnieszka, pyta, co to w ogóle znaczy. „No, czy to on, ten… no… bierze Filipa, czy na odwrót”, wyjaśnia jej niezgrabnie ojciec. Dziewczynka kiwa głową. Rodzice Kamila są przedsiębiorcami, którym się udało w okresie transformacji załapać do grona jej beneficjentów, bo ojciec znał mnóstwo ludzi w PZPR, co mu pozwalało wygrywać tak zwane „przetargi”.

Następnego dnia jedzie z Filipem i Kamilem odebrać jego siostrę ze szkoły, w której się dowiadują, że miejscowa kuria biskupia w ramach poszerzania kompetencji zawodowych nauczycieli będzie organizować kursy egzorcyzmów i rozpoznawania opętania przez złe duchy.

Odwiózłszy dziewczynkę do domu, jadą do ulubionej knajpy jego kolegów ze studiów. Podchodzi tam do niego dziewczyna, która okazuje się Aliną, koleżanką Iwony, którą z nim kiedyś sfilmowali Przerada, Kajzerek i Pałasz, i którą widać z nim w Internecie. Mateusz mówi, że jest mu bardzo przykro, że chciałby przeprosić jej koleżankę, nie wiedział, że byli podglądani i filmowani. Alina na to, że wali ją, czy mu przykro, czy nie, ona chce, żeby ją też przeleciał przed kamerą, ona też chce mieć taki film. „Nie jestem od niej gorsza!” Kajzerek, Przerada i Pałasz też są w tej knajpie. Podchodzą do Mateusza, zagadują. Zatrzymują go nawet, jak Kamil z Filipem już wychodzą. Skrywają jakąś zawiść, wrogość, udają sympatycznych. Mateusz zbyt zanurzony w narcyzmie, jaki się u niego w toku jego niespodziewanej kariery rozwinął, nie domyśla się ich złych intencji. Chcą go potem odprowadzić kawałek. Jest już noc. Na ulicy zaczynają trochę się z nim szarpać. Mateusz myśli, że to żarty. „Co wam odbiło, chłopaki?” Oni jednak na serio zaczynają go bić i kopać. Dzieje się to przed witryną sklepu, w której wisi reklama perfum, na której jest ogromne zdjęcie przystojnego, dobrze zbudowanego mężczyzny (to nie Mateusz). W trakcie tej bijatyki inserty pokazujące daremne wysiłki Kajzerka na siłowni, do której w ogóle nie miał serca i w której nie potrafił zrzucić sadełka, dziewczyny rzucające Przeradę, szefową Pałasza w sklepie, w którym pracuje (właścicielkę), a także antygejowską demonstrację, w której Pałasz brał kiedyś udział. Biją go, szczególnie koncentrując się na jego twarzy. „Nie będziesz już taki śliczny, skurwysynu! Pedale! Do chuja pana!” Nie przestają kopać i bić. Wreszcie nieprzytomnego rzucają w tę witrynę, rozbijając szybę, która z hukiem rozpada się w drobny mak. Poster z owym mężczyzną osuwa się razem z drobinami szkła na Mateusza. Włącza się alarm. Uciekają. Mateusz jest cały we krwi. Ktoś przechodzi obok, ale omija miejsce szerokim łukiem. Wsiada do samochodu i jedzie do swojego bloku na strzeżonym przez prywatną firmę ochroniarską osiedlu. Pod rozbitą witrynę nadjeżdża policja ściągnięta alarmem. Policjanci wzywają karetkę. Mateusz umiera w karetce, bo jest już za późno. Karetka zabiera go do kostnicy. Kierowca karetki od razu dzwoni do zakładu pogrzebowego, któremu sprzedaje cynk o zwłokach.

Kostnica. Matka Mateusza, w czerni, przychodzi, by rozpoznać zwłoki. Rozpacza nad zwłokami. Poświadcza, że to on. Wychodzi. Okazuje się, że ojciec stał z zapiekłą miną przed kostnicą i nie wszedł.

Gruba Beata umieszcza czarną tasiemkę na sporym zdjęciu Mateusza, które ma na ścianie. I zmienia kolor prowadzonego przez siebie forum internetowego na jego temat na czarny i ciemno szary.

Potem ciąg krótkich ujęć połączonych w dynamicznym montażu, spiętych mocną muzyką. Matka Mateusza zdejmuje w domu z ulgą żałobę. Hańba się skończyła. Ojciec pali kilka gazet, w których były zdjęcia Mateusza, a które były w ich mieszkaniu. Wrzeszczy przy tym o coś na żonę i popycha ją. Brat Mateusza, Paweł, ma już kilkanaście lat, zgoloną na łyso głowę. Na uniwersytecie pani w dziekanacie wykreśla Mateusza z listy studentów i z sadystyczną przyjemnością zamyka papiery. Przerada kopuluje ze swoją kolejną dziewczyną, zerkając na stoper. Potem zasuwa w fabryce dziesiątą godzinę tego dnia. Wychodząc z pracy, podpisuje w ewidencji czasu pracy, że jakoby skończył pracę już dwie godziny wcześniej (żeby mu nie trzeba było płacić za nadgodziny). Matka Mateusza myje schody; obiera ziemniaki. Stoi w kolejce w opiece społecznej. Kajzerek wiesza gołe baby na ścianach w swoim pokoju. Pracuje w barze, w którym robi dwunastogodzinne dniówki. Odbiera wypłatę poniżej tysiąca złotych. Ojciec Mateusza parafuje w urzędzie pracy, że ciągle pracy nie znalazł. Mietek, ów kolega ojca Mateusza, z którym się pobili na początku tej historii, od dawna nie ma pracy ani zasiłku i właśnie wchodzi na okno, żeby z niego wyskoczyć. Jego żona i matka siedzą tym czasem przed telewizorem w drugim pokoju i zalewają się łzami ze wzruszenia, że Benedykt XVI duka coś po polsku. Mietek wyskakuje z okna i przelatuje za oknem mieszkania rodziców Mateusza, którzy mieszkają dwa piętra niżej, a którzy gapią się z kolei w inny kanał w telewizji, w którym lecą igrzyska lustracyjne, kto co podpisał 35 lat temu. Nie zauważają przelatującego za oknem samobójcy, pochłonięci tym widowiskiem. Na czarnym tle napis: Koniec. Muzyka staje się bardzo ostra.

Napisy końcowe na tle dalszego ciągu ujęć. Ujęcia z ekranu telewizora: bliźniaki Kaczyńskie idą i się puszą; ojciec Rydzyk prowadzi jakąś rozmowę w TV Trwam; antygejowska demonstracja wszechpolaków; demonstracja antyfeministyczna; fragment programu „Warto rozmawiać” Pospieszalskiego – najlepiej wypowiedzi Wildsteina o marksizmie i „ja do tego nie potrzebuję Freuda, ja to wiem od Platona”; wykres wzrostu bezrobocia w jakimś programie informacyjnym; wykres rzekomego wzrostu gospodarczego; fragment ujęcia z serialu „Plebania”; ujęcie, w którym wszechpolacy po pijaku salutowali po hitlerowsku; ujęcie z jakichś wiadomości telewizyjnych o tym, że rząd uchwalił becikowe; Cimoszewicz zachwyca się w wywiadzie ogólnym wzrostem dobrobytu w Polsce; ujęcia Heidera i Le Pena; płonące na ulicach Paryża samochody; informacja telewizyjna o ciężko pobitym Marokańczyku w czasie festiwalu teatralnego; itp. Na końcu kilka ujęć wielkich billboardów globalnych marek, powiedzmy Microsoftu, CocaColi i Nike, oraz jakiejś wielkiej marki ciuchów reklamowanej przez Auréliena na plakacie, pomieszane z obrazami z amerykańskiej inwazji na Irak i Afganistan.

 


Kiedy to napisałem, był to początkowy okres istnienia Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, i tekst ten złożyłem w programie operacyjnym „stypendia dla scenarzystów”. To, co się potem z nim działo, było moim zdaniem symptomatyczne dla tego, co się działo w polskiej kinematografii w ogóle.

Projekty były wówczas oceniane przez „losowo” wybierane komisje (ich „losowość” skłaniała do zadawania pytań o samo losowanie, bo Ilona Łepkowska i Juliusz Machulski w każdej kwartalnej sesji byli w dwóch lub trzech komisjach jednocześnie) w procedurach, które otwarcie faworyzowały projekty oparte na istniejących utworach literackich, projekty historyczne i projekty wyrażające konserwatywny światopogląd. A to dlatego, że z każdego z tych tytułów przewidziane w formularzu były punkty (o ile mnie pamięć nie myli, nawet do pięciu punktów w każdej z tych trzech kategorii), których projekty oryginalne (niebędące adaptacjami utworów literackich), rozgrywające się współcześnie i reprezentujące wartości krytyczne zamiast „narodowych” nie miały czym nadrobić – dla nich nie było specjalnie przewidzianych w procedurze punktów, które mogłyby zarobić w zamian za to, że nie są o historii, na podstawie lektur szkolnych, ani o wartościach „narodowych”. Programowe premiowanie lektur szkolnych, tematyki historycznej i wartości „narodowych” powodowało, że tekst mógł mieć entuzjastyczne oceny recenzentów, a i tak balansować w okolicach progu minimum uprawniającego do przyznania dotacji z PISF na dalszą pracę nad projektem. Zwłaszcza jeśli autor był młody, bo były też punkty za dorobek, a ja miałem tylko 27 lat. W tym programie operacyjnym oceny były trzy. Średnia punktów z tych trzech ocen musiała wynosić 28, żeby projekt się kwalifikował. Mój projekt miał dwie oceny entuzjastyczne i jedną druzgocącą. Entuzjastyczne dawały mu po trzydzieści kilka punktów, więcej nie mogły, bo projekt nie był ani adaptacją, ani o historii, ani nie reprezentował wartości „narodowych”. Trzecia, negatywna opinia dawała mu niewiele ponad 20 punktów. Średnia wyszła dokładnie 28 punktów, próg minimum. Ówczesna dyrektor PISF Agnieszka Odorowicz zdecydowała, że mój projekt „z braku środków” zostanie więc przesunięty do następnej sesji. Tymczasem dyrektor zastrzegała sobie wtedy w procedurach PISF możliwość nieuznania jednej oceny, jeśli drastycznie odbiegała od pozostałych. Tak było w moim przypadku i gdyby dyrektor zastosowała korzystną wtedy dla mnie procedurę, nieuwzględnienie jedynej negatywnej oceny dałoby mi trzydzieści kilka punktów, czyli przeniosłoby mnie o kilka punktów w tabeli i nawet gdyby „brak środków” był prawdą (a uważam, że był ściemą), nie uzasadniałby przeniesienia mojego wniosku na później.

Odorowicz zdecydowała się nie zastosować procedury nieuwzględnienia oceny drastycznie odbiegającej od pozostałych, bo stosowała ją wtedy, kiedy to odpowiadało jej – kiedy jedną taką złą ocenę dostawał któryś z projektów historycznych, „patriotycznych”, których chciała kierować do produkcji jak najwięcej (to od początku było założenie programowe PISF), albo kiedy taką złą ocenę dostawał projekt jednej ze świętych krów kliki starców kontrolującej większość środków wychodzących z PISF, których projekty z zasady miały znaleźć dofinansowanie i już. W latach 2007-2008 wielokrotnie pisałem o tych problemach (głównie na łamach „Le Monde diplomatique – edycja polska” i „Nie”), PISF nigdy nie odniósł się do moich tez, np. wskazując, że się mylę czy przesadzam.

W następnej sesji mój projekt został – o ile dobrze pamiętam – przesunięty jeszcze raz do kolejnej sesji, a potem spadł z listy, bez udzielenia mi jakichkolwiek wyjaśnień. Było oczywiste, że projekt został najpierw zamrożony a potem zepchnięty ze względu na mieszankę czynników ideologicznych i personalnych – takie projekty były politycznie niepożądane, a ja jako przybysz „z zewnątrz” (spoza szkół filmowych, itd.) nie miałem protektorów w klice starców.

Miałem od początku świadomość, że takie rzeczy nie są w PISF wyjątkowym spiskiem akurat przeciwko mnie, zdawałem sobie sprawę, że to się dzieje systemowo.

Zanim wyjechałem do Londynu w 2008, złożyłem w PISF (osobiście lub przez zainteresowanego niezależnego producenta) chyba sześć projektów, z których dwa dostały dofinansowanie, jeden w programie na development filmu dokumentalnego (ostatecznie nie powstał, producent nie zdołał zorganizować reszty budżetu), a drugi w programie stypendia dla scenarzystów. Ciekawostka: cechą wspólną obydwu projektów, które otrzymały dofinansowanie, była nieobecność w nich wątków gejowskich – obecnych we wszystkich czterech projektach odrzuconych. Jeden w wielu przykładów na konserwatywne skrzywienie, jakie od początku było wpisane w procesy oceny projektów przez Polski Instytut Sztuki Filmowej.

Kiedy po utracie przez PiS władzy w 2007 zwróciłem się do nowego ministra kultury o interwencję (w sprawie projektu Niszczenie obrazów w szczególności i konserwatywnych prawideł procesu oceny projektów w ogóle), Bogdan Zdrojewski odmówił, dodając jeszcze z jakiejś wewnętrznej potrzeby, że Ministerstwu podoba się historyczna, narodowa linia programowa PISF i ma nadzieję na jej utrzymanie w nadchodzących latach.

Chciałbym dzisiaj zapytać Agnieszkę Odorowicz, czy jest dumna z ideologicznego i politycznego pejzażu wykreowanego między innymi przez politykę kierowanej przez nią przez dziesięć lat instytucji. To, że miliony ludzi w Polsce, w szczególności ludzie młodzi, mają wyobraźnię przeoraną i do gruntu zrytą prawicowymi ideologiami, to jest także zasługa polityki PISF, tego jakie filmy powstawały, a jakie powstawać nie mogły, przez dziesięć lat jej kierowania tą instytucją.

(Agnieszka Odorowicz pomogła wyhodować potwora, który potem utrącił także jej własną karierę, uniemożliwiając jej objęcie stanowiska szefowej TVP, o które się starała w 2015. Ktoś by powiedział: karma.)

 

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze. 

Na zdjęciu: Andrei Lenart

Fragmenty mojej powieści

Kto bywał na mojej stronie w tym roku, pewnie już wie, że od dłuższego czasu pracuję nad moją pierwszą powieścią, zatytułowaną Nirvaan. Pytany, co to będzie bardziej konkretnie, lubię odpowiadać: sentymentalna powieść pornograficzna (na motywach autobiograficznych). Oczywiście gejowska. Brzmi zachęcająco?

W nadziei, że kogoś to podkręci i będzie niecierpliwie czekał na ostateczne ukończenie i publikację całości, cztery fragmenty (w ich nieostatecznym jeszcze kształcie) podrzuciłem wam na przestrzeni kończącego się roku. Podwójnie rozproszone, bo opublikowałem je tu w oddalonych momentach w czasie, na różnych etapach pracy, ale także pochodzą z różnych miejsc w powieści, powyrywane z kontekstu.

Fragment ukazał się w artzinie literackim „Papier w dole”, a ten o Djamelu został przedrukowany przez portal Queer.pl.

Oto one, zebrane razem, z odnośnikami, w kolejności ukazania się, i w kolejności, w jakiej się znajdują w powieści, choć nie jest ona chronologiczna i różne rzeczy znajdują się jeszcze pomiędzy nimi.

1. Twoje oczy Arjuna Rampala

My real name is Nirvaan, powiedziałeś – i już w tym momencie mnie złowiłeś, już byłem cały twój. Imię równie piękne jak jego właściciel.

Aizaac blurry

2. Karim

Je m’appelle Karim, powiedział. Et toi?, zapytał. Głos zagubił mi się gdzieś po drodze do gardła, nie wiedziałem gdzie.

Jonathan Soukali bw

3. Djamel

Ton prénom, Djamel – ça veut dire quelque chose en arabe?Oui, ça veut dire ‘beauté’. C’est con, s’appeler comme ça, tu trouves pas?

Joshua Djamel

4. Stephan

Stephan bez problemu wyczytał to z mojej twarzy, ale żeby pobawić się trochę moim pożądaniem i tak zapytał: Do you like black guys?

Basiru Stephan ilustracja 4

Zabiera mi to wszystko znacznie więcej czasu, niż się spodziewałem (powieść jest też znacznie dłuższa, niż przypuszczałem, kiedy zabierałem się za jej pisanie, po drodze zmieniała się kolejność rozdziałów, z czego potem wynikła konieczność ogromnych prac porządkowych na całym tekście), ale naprawdę jestem już coraz bliżej końca, przysięgam.

Na zdjęciach:

Aizaac Sidhu (u góry, przy fragmencie nr 1 i poniżej), Jonathan Soukali (przy fragmencie nr 2) i Basiru Jallow (przy fragmencie nr 4)

Aizaac Soho BW

Jestem na Facebooku i Twitterze.

 

Stephan

Stałem więc po raz nie wiem już który przed Bootsem na Piccadilly Circus, jako nie wiadomo który już oczekujący tam na pierwsze spotkanie z poznanym w sieci facetem – może nawet dokładnie w tym samym czasie, było kilka minut po wpół do siódmej, stał tam jeszcze ktoś inny, w dokładnie tej samej sprawie, bo na tym chaotycznym, zatłoczonym zbiegu ulic, trudnym do przegapienia, stało kilku mężczyzn w różnym wieku, zerkających co chwilę na telefony. Rzut beretem od pubów i barów Soho, gdzie można się napić i bez skrępowania pomigdalić, jeśli obie strony przypadną sobie do gustu lub będą równie wygłodniałe. Kolejny raz w każdemu w takiej sytuacji znanej obawie, że oczekiwany mężczyzna, choć wszystko zostało przez telefon uzgodnione nie dalej jak wczoraj, nagle jednak, z jakiegoś powodu się nie pojawi, wysłałem esemesa. Jestem już przed Bootsem, mam na sobie cienki czarny płaszcz i czerwone buty. Lubiłem wtedy zakładać na takie okazje czerwone buty (miałem wtedy wciąż trzy pary takich, bardzo różne, ale wszystkie bardzo jaskrawe), bo rzucały się w oczy nawet w tłumie i zwykle robiły wrażenie.

Esemes ledwie zdążył dotrzeć do adresata, gdy spośród tłumu wyrósł przede mną wysoki, postawny mężczyzna, ze śnieżnobiałym uśmiechem przecinającym szeroką, ciemnoskórą twarz. Jego wzrok bez wątpienia mierzył we mnie, na potwierdzenie podążyła za nim dłoń. Duża dłoń imponującego, bardzo silnego mężczyzny. Uśmiechnąłem się, chyba nawet znienacka onieśmielony, aż się przestraszyłem, że serce bije mi za mocno, tak mocno, że aż słychać to na zewnątrz, mimo hałasu ulicy. Stephan miał na sobie dżinsy, czerwoną sportową kurtkę z kapturem. Z rodzaju tych, które wiszą trochę luźno i miękko, pozostawiając odrobinę tajemnicy wokół szczegółów sylwetki, jednak szerokie barki, dostrzegalna w rękawach grubość ramion, szerokość zapiętej w tej kurtce klatki piersiowej – kazały wyobraźni domyślać się pod spodem ciała pięknego, być może nawet imponującego, spektakularnego. How are you?, zapytał. OK, ja na to, and you? Zdałem sobie sprawę, że w mailu, w którym mi się przedstawił, nie powiedział mi, ile ma lat, a ja później przez telefon o to nie pytałem. Patrząc na tę uśmiechniętą, gładką twarz, nie potrafiłem odgadnąć jego wieku. Było w niej coś chłopięcego, z biegnącymi do tyłu głowy, przy jej powierzchni, warkoczykami, w jakie splecione miał włosy, sprawiał wrażenie przerośniętego nastolatka, ale wiedziałem, że jest starszy, kończył doktorat, pracował już w trzech krajach, no i był potężnej postury.

Zapytał, czy pójdziemy prosto do kina. Możemy, odpowiedziałem, jest tam bar, w którym możemy posiedzieć te pół godziny przed seansem. Let’s go then, nie przestawał się uśmiechać, a szeroki, szczery uśmiech wcinał mu głębokie dołki w policzkach. Poszliśmy do Cineworld na Haymarket, ja wybrałem film, w Cineworld miałem już od dawna abonament, membership. W mailu, którym odpowiedział na mojego posta w Guys Seeking Guys na Gumtree, napisał, że chętnie by poznał kogoś, z kim by mógł sobie połazić do kina, bo odkąd rozstał się ze swoim poprzednim facetem, trochę mu tego brakuje.

Usiedliśmy w małym, przesadnie oświetlonym barze o fioletowych ścianach w głębi kina na Haymarket, w kącie tuż pod dużym ekranem, z którego powierzchni spływały zwiastuny właśnie lub wkrótce wyświetlanych filmów, ale jak rzadko kiedy nie budziły one we mnie żadnego zainteresowania. Stephan usiadł naprzeciwko mnie, rozpinając i zdejmując kurtkę, pod którą miał na sobie tylko szary t-shirt, napięty na jego szerokiej klatce piersiowej, z krótkimi rękawami ciasno opinającymi imponujące, wyskakujące z nich bicepsy. Był to bez wątpienia najbardziej muskularny mężczyzna, z jakim byłem dotąd na randce, do tego wysoki wzrost, silne dłonie, chłopięcy luz, z jakim się w tym potężnym ciele poruszał i nie opuszczający jego twarzy uśmiech łobuza stanowiły razem wybuchową mieszankę. Byłem już do obłędu podniecony i gdyby mi z tym uśmiechem nagle powiedział głośno, żeby wszyscy wokół usłyszeli, I’d like to fuck right now, can we go to the toilet?, to nie miałbym siły odmówić, nie obchodziłoby mnie, co sobie postronni obserwatorzy pomyślą. Kieliszek białego wina pomagał mi się rozluźnić, zapobiegać blokadzie z mojej strony, nie ukrywać, że jestem nim zainteresowany, ukrywając jednocześnie, jak bardzo, jak desperacko.

Stephan pił wodę, powiedział, że nie pije alkoholu. Oparł łokcie o stół, pochylając się nieco w moim kierunku. Jestem psychologiem w więzieniu, pracuję z więźniami z uzależnieniami, powiedział, no i mój ojciec pił jak wściekły, z tego wszystkiego mam awersję. Zerkałem na te mocarne bicepsy zadając Wieczności pytania, czy się kiedyś znajdę w ich objęciu, poczuję ich uścisk, czy kiedyś zobaczę, co się kryje pod tym t-shirtem. I jakie są szanse, żeby to się stało już dzisiaj, co zrobić, żeby zaprosił mnie po filmie do siebie i tam zrobił ze mną, co tylko chce, bo inaczej grozi mi, że eksploduję. Rozmowa toczyła nam się gładko, to wysunięcie tułowia i twarzy ku mnie, z łokciami opartymi o stół, musiało być znakiem jakiegoś zainteresowania z jego strony. Pomyślałem, że są szanse, co pomogło mi zapanować nad podnieceniem, przed którym rysowały się być może jakieś całkiem realne perspektywy spełnienia. Dzień wcześniej rozmawialiśmy już trochę przez telefon, zawiązując kilka wspólnych tematów, które teraz mogliśmy wiązać dalej.

No patrz, zapomniałem cię zapytać wczoraj, skąd dokładnie, z którego kraju w Europie Wschodniej jesteś, powiedział, nie napisałeś nic dokładniej. Z Polski, odpowiedziałem. Tak myślałem, nie przestawał się uśmiechać. A mówiłem ci już, że mieszkałem i pracowałem w kilku krajach, zanim się zatrzymałem w Londynie, no nie? No i pierwszym z nich była Polska właśnie, w latach dziewięćdziesiątych, in my early twenties. W Szczecinie, tak konkretnie. To nie jesteś z Londynu?, zapytałem. Nie, jestem Amerykaninem, zaśmiał się, nie słychać, czyżbym złapał w końcu ten cholerny brytyjski akcent? Z mieszanej trochę rodziny jestem, dodał, to znaczy mój ojciec był w połowie Meksykaninem. Spojrzałem na jego twarz, wyraziste kości policzkowe i ostry rysunek oczu. No jest odrobina czegoś takiego, jakby azteckiego, w twojej twarzy, nie umiałem sobie tego zwerbalizować wcześniej, ale teraz już widzę – uśmiechałem się tak bardzo, tak ostentacyjnie, że bałbym się, że to aż sprawia głupie, przerysowane wrażenie, gdyby nie to, że Stephan odpowiadał mi tym samym i wyraźnie przyciągał mnie ku sobie. I have been told so, powiedział.

Ale skoro już o pochodzeniu gadamy, kontynuowałem, pociągnąwszy kolejny duży łyk wina, to zaskoczyłeś mnie, że jesteś Czarny, nie spodziewałem się tego. Przestraszyłem się nagle, że to chyba nie zabrzmiało najlepiej, nie tak, jak powinno było, ale wyglądało na to, że osiągnęliśmy już pewne minimum porozumienia, po którym ten mój lęk nie był uzasadniony. Przecież wysłałem ci zdjęcie, raczej się na nim nie chowałem. Faktycznie przysłał mi zdjęcie, całej swojej sylwetki, prawie nagiej, jedynie w bokserkach, ale zrobione z telefonu, którego flesz odbjał się w lustrze, czyniąc głowę zupełnie niewidoczną, przesłoniętą białą plamą światła. Tak, przysłałeś, odpowiedziałem, ale to światło w łazience i ten ostry flesz jakoś tak rozjaśniły zdjęcie, że w ogóle sobie z tego nie zdałem sprawy. No to przepraszam, mam nadzieję, że to nie problem, spojrzał na mnie uważnie, wciąż z uśmiechem, teraz jeszcze bardziej cwaniackim. Wręcz przeciwnie, odpowiedziałem, z uśmiechem jednoznacznie mówiącym: I fucking love Black guys. Stephan bez problemu wyczytał to z mojej twarzy, ale żeby się trochę pobawić moim pożądaniem i tak zapytał: Do you like Black guys? Yes, I do, odpowiedziałem bez wahania, choć czerwieniąc się trochę, że ktoś tak nonszalancko rzuca światło na ukryte zakamarki mojego pragnienia, i tak łatwo odnajduje tam obraz samego siebie. Zaraz, zaraz, powiedziałeś, że na początku lat dziewięćdziesiątych pracowałeś przez jakiś czas w Polsce? Tak, ale niezbyt długo, nauczyć się polskiego nie zdążyłem. To ile ty masz teraz lat?, patrzyłem na niego badawczo, nie przestając się uśmiechać, ale na szczęście przestając się już czerwienić – czułem się coraz bezpieczniej naprzeciw jego uśmiechu i błysku w głęboko czarnych oczach. A na ile wyglądam? – wyraźnie bawiło go wyciąganie ze mnie komplementów, przecież nawet to moje I do (w sensie: I do like Black guys), brzmiało w tej naszej rozmowie jak komplement, tak zabrzmieć miało i tak zostało, bez śladu nieporozumienia, odebrane. Trudno ci dać więcej niż trzydzieści, ale jeżeli pracowałeś w Polsce na początku lat dziewięćdziesiątych, to… Mam czterdzieści trzy lata, rzucił z uśmiechem, badając wzrokiem moją reakcję. Którą był podziw. Nie wyglądasz, w życiu bym ci tyle nie dał, powiedziałem, przełykając ślinę z wrażenia. Wiem, wyglądam znacznie młodziej, Matka Natura jest dla mnie łaskawa, ty zresztą też nie wyglądasz na dwadzieścia osiem, dałbym ci dwadzieścia trzy, odwdzięczył się komplementem. Dziękuję, ale to nic w porównaniu z tobą, ty wyglądasz na piętnaście lat mniej niż masz, słodziłem mu niestrudzenie.

Ani się spostrzegliśmy, jak nadszedł już czas seansu. Zebraliśmy nasze klamoty, ja torbę i płaszcz, on kurtkę, Stephan kupił sobie jeszcze kubełek popcornu i poszliśmy po schodach na piętro, bo film grali w największej, olbrzymiej sali. Usiedliśmy dość wysoko, film był po hiszpańsku, jeden z trzech języków, którymi Stephan władał biegle, więc nawet nie musiał zwracać uwagi na napisy. Kino nie było pełne, w naszym rzędzie, w jego części w sektorze po lewej, nie było nikogo oprócz nas. Zapadła ciemność, a Stephan, po mojej prawej stronie, rozsiadł się wygodnie, co przy rozmiarach jego klatki piersiowej, barków i ramion pozwalało nam dyskretnie, jak gdyby nigdy nic, dotykać się i się o siebie ocierać. Wreszcie czułem przez skórę ten wspaniały biceps i triceps, który wcześniej mogłem tylko pochłaniać wzrokiem. Im dalej w film, tym wygodniej moje prawe ramię opierało się o jego lewe, co Stephan odbierał bez słowa, ale z zadowoleniem. Po pewnym czasie poczuł się zapchany popcornem, w którego spożywaniu mu nie pomagałem, bo odkąd w dzieciństwie obżarliśmy się nim z bratem tak, że rzygałem po tym do rana, na zawsze pozostała mi do tego badziewia odruchowa, silniejsza ode mnie niechęć. Odłożył kartonowy kubełek na podłogę i położył lewą dłoń na moim prawym kolanie, sondując, jak zareaguję. Bardziej niż przychylnie: przysunąłem moje udo bliżej jego nogi, tak, by się nawzajem o siebie opierały. Może pamiętasz moje nogi, nie są to nogi ułomka, ale przy jego udzie prawdziwego kulturysty moje i tak wyglądało jak chucherko. Uśmiechnął się pod nosem, zadowolony, że jego gest został przyjęty z aprobatą, i że tym samym wykonaliśmy kolejny krok przybliżający nas do wspólnej wyprawy do łóżka.

Bezpośrednio za nami siedziało kilka osób. Kolejne rzędy pną się tam do góry stromo, każdy znacznie wyżej niż poprzedni, ktokolwiek za nami siedział, mógł te nasze poczynania podglądać, ale żaden z nas się tym nie przejmował. Byliśmy rzut beretem od Soho, epicentrum gejowskiej kultury, Stephan był zbyt postawnym mężczyzną, żeby się kogokolwiek obawiać, zbyt z tym pewny siebie, żeby się przejmować, a mnie wręcz radowało, że ktoś widzi, że to ja będę dzisiaj w nocy miał tego wspaniałego mężczyznę, za którym niejedna głowa już się w tym budynku tego wieczoru obróciła. Miałem tylko nadzieję, że nie widać po mnie zbyt wyraźnie, jak bardzo już mnie roznosi. Z podniecenia Stephanem z trudem nawiązywałem jakikolwiek kontakt z rozgrywającą się na ekranie historią. Stephan natomiast leniwie dręczył mnię słodką torturą, od czasu do czasu przesuwając swą dłoń, kilka centrymentrów w jedną, potem w drugą stronę. Przez jakiś czas trzymał ją zsuniętą ku wewnętrznej stronie mego uda, dość wysoko, zacząłem się obawiać, że gdyby przesunął ją jeszcze trochę wyżej, guziki mojego rozporka wystrzelą na wszystkie strony i ponabijają ludziom wokół nas guzy. Jego dłoń była ciepła, duża, ciężka i silna, ale wydawała się wewnątrz miękka i łagodna, bardziej niż przyjazna, obiecywała opiekę.

Film dobiegł do końca, a ja nie wiedziałem w ogóle, co o nim myśleć, zupełnie mi się nie kleił, bo nie bardzo byłem w stanie się na nim skupić przez minione dwie godziny. Obaj potrzebowaliśmy do ubikacji, zrobiło się tam tłoczno, bo dwa równoległe seanse skończyły się niemal w tym samym momencie. Tylko dzięki tej kolejce udało mi się zapanować nad sobą na tyle, by stracić wzwód zanim dotrę do pisuaru. Na szczęście uwolnił się dla mnie pisuar w rogu, dzięki któremu mogłem się trochę osłonić od spojrzenia innego oddającego mocz samca, bo sąsiada miałem w tej sytacji tylko z jednej strony. Na szczęście, bo bałem się, że po dwóch godzinach ocierania się o biceps i udo Stephana, po seansie kontaktu z ciepłem jego silnej dłoni, dotyk palców konieczny tam na dole do oddania moczu wywoła ponowny napływ krwi i ożywi wzwód, bałem się też, że po ponad dwóch godzinach w stanie takiego podniecenia, może tam skapywać trochę śluzu, a czułbym się bardzo zażenowany, gdyby ktoś to widział, gdyby na przykład zwisał w postaci trudnego do strząśnięcia gluta. Stephan nie chciał się tłoczyć w kolejce do pisuaru, wolał poczekać, aż będzie się można dostać do jedynej w tej toalecie kabiny, albo aż izba urynałów się trochę wyludni.

Zeszliśmy potem razem po schodach, ja dwa dyskretne kroki za Stephanem, by ponapawać się przez chwilę bardziej bezczelnie, bez obawy o sprawiane wrażenie, widokiem całej jego postury kroczącej przede mną. Chciałbyś coś zjeść? – zapytał, gdy byliśmy już w fiołkowym hallu na dole. Jasne, że tak. Wyszliśmy na ulicę. Tam, gdzie mieszkam, na Caledonian Road, jest kilka restauracji, chciałoby ci się tam ze mną podskoczyć?, i znów ten uśmiech. Najwyraźniej badał, czy jestem skłonny wybrać się na noc do niego, nie proponując tego od razu otwarcie. Jasne, że by mi się chciało, odpowiedziałem. Jaką kuchnię lubisz, co byś powiedział na coś azjatyckiego? Wszystkiego mogę spróbować, byle to nie były krewetki, śmiałem się. Nie lubisz krewetek? Nie chodzi o ich smak, one po prostu wyglądają dla mnie jak robaki. Stephan, okazało się, był wegetarianinem. Byłem pod wrażeniem, że taką masę mięśni zbudował na sobie, nie jedząc mięsa, ale tego już nie powiedziałem, przynajmniej na razie, w obawie, że przefajnuję z częstotliwością komplementów.

Poszliśmy w górę ulicy i zeszliśmy do metra na Piccadilly Circus, tam wzięliśmy Piccadilly Line, northbound service, która jedzie stamtąd prosto na Caledonian Road. Znalazły się dwa miejsca siedzące, jedno obok drugiego, które szybko zajęliśmy. Podobnie jak w kinie, rozmiary Stephana pozwalały mu opierać swoje udo o moje w zupełnie naturalny i nie budzący podejrzeń sposób. Nie martwiłem się jednak podejrzeniami, miałem nawet w głębi duszy nadzieję, że ten czy ów współpasażer-obserwator domyśli się, co się między mną a Stephanem kroi, że to ja, nikt inny, będę miał tego budzącego podziw mężczyznę jeszcze tej nocy; fantazjowałem, że ktoś mi, patrząc na niego siedzącego tak ze mną, raz za razem dotykającego dłonią to mojego ramienia, to kolana, zazdrościł, i rozglądając się po wagonie próbowałem zgadnąć kto. Stephan opowiedział mi, że kupił mieszkanie tam na Caledonian Road, kiedy budowali tam nowe budynki, bo chciał mieszkać blisko pracy. Więzienie, w którym pracuję, jest dosłownie parę kroków stamtąd, oszczędzam mnóstwo czasu na dojazdach, przed pracą zdążę jeszcze pójść potrenować na siłce, wieczorem popracować trochę nad doktoratem. Doktorat pisał o pracy z ludźmi podwójnie uzależnionymi, zwykle alkoholikami i narkomanami jednocześnie. Praca z nimi, tam w więzieniu, to jest naprawdę stresująca sprawa, dlatego ja to wolę raczej na jakiś obciachowy amerykański film pójść, żeby się odprężyć, odmóżdzyć, a nie dołować się jeszcze dodatkowo po tym wszystkim w kinie, śmiał się, tak więc następnym razem pójdziemy na film, który ja wybiorę. To będzie Twilight, albo coś co najmniej równie głupiego, nie przestawał się śmiać. Nie miałem nic przeciwko temu, żeby wybierał kolejny film, i kolejne filmy, bo to oznaczało, że mogło być dla mnie w tych potężnych ramionach miejsce na więcej niż jedną tylko, dzisiejszą noc.

Na Caledonian Road wysiedliśmy z pociągu i wypełzliśmy spod ziemi. Przypomnij mi, na czym polega twoja praca, co wy tam przez ten internet sprzedajecie, bo nie jestem pewien, czy zrozumiałem, zapytał. Złoto, jako inwestycję, przez stronę internetową. A, to ty jesteś jednym z tych bad guys z City of London?, zaśmiał się. Nie, jakby nawet wręcz przeciwnie, śmiałem się również, bo to jest fizyczne złoto, nie żaden indeks czy inny produkt finansowy, do tego stopnia mój szef nie chciał mieć nic wspólnego z banksterami z City, że nawet biuro jest po drugiej stronie miasta, w Zachodnim Londynie. Rozglądaliśmy się za restauracją, bo azjatycka, o której przede wszystkim myślał, okazała się z nieznanego powodu zamknięta. Niedaleko majaczyła inna, ale Stephan powiedział, że jest niedobra. Słuchaj, są dwie możliwości, spojrzał na mnie badawczo. Możemy iść dalej tą ulicą i szukać jakiejś restauracji w tamtą stronę, ale jest też taka opcja, że pójdziemy po prostu do mnie i odgrzejemy spaghetti, ugotowałem wczoraj, i zjemy u mnie, jeśli nie masz nic przeciwko kolacji wegetariańskiej, a potem mógłbyś zostać na noc, jeśli tylko masz ochotę. Nie mam nic przeciwko twojemu spaghetti, że jadam mięso nie znaczy, że nie jadam nic innego. Stephan znów uśmiechnął się jak osiedlowy łobuz i powtórzył drugą część swojej opcji z odgrzewaniem spaghetti, do której się nie ustosunkowałem: chciałbyś zostać u mnie na noc? Tak, chcę zostać u ciebie na noc, kiwnąłem dwa razy głową, a na mojej twarzy musiała się wtedy malować cała radość tego świata. To świetnie, ucieszył się, chodźmy do mnie, możemy kupić wino albo piwo w sklepie na dole, jak chcesz, bo ja nic nie mam, jak mówiłem, nie piję alkoholu. A nie przeszkadza ci, jeżeli ja się napiję wina?, zawahałem się. Nie, nie ma najmniejszego problemu.

Na parterze budynku, w którym mieszkał, mieścił się otwarty do późna sklep, Pakistańczyk sprzedał mi tam butelkę pinot grigio, po czym weszliśmy do zadbanego, kilkupiętrowego budynku odgrodzonego od ulicy domofonem. Wjechaliśmy windą na trzecie piętro, gdzie Stephan otworzył przede mną drzwi do swojego mieszkania, wpuścił mnie do środka i zamknął za nami.

Było to piękne, przestronne mieszkanie, z ogromnym salonem pomieszczonym na rogu budynku, dzięki czemu mógł być przeszklony na dwóch ścianach. Z dwiema sypialniami, całe pomalowane było na biało. Mniejsza sypialnia była zamknięta. Tam nie wchodź, uśmiechnął się wskazując na jej drzwi. Wynajmuję pokój takiemu jednemu Włochowi, czyni to spłatę kredytu, który wziąłem na to mieszkanie, mniej dotkliwą. Piękne mieszkanie, powiedziałem, gdy zajrzałem do salonu, sam niemal wielkości całego mieszkania moich rodziców w Dąbrowie Górniczej. Niestety, kiedy je kupowałem, kosztowało znacznie więcej niż jest warte dzisiaj, westchnął odrobinę teatralnie. Rozglądając się po tym wnętrzu, myślałem o tym nieszczęsnym, zimnym pokoju, który wynajmowałem u Mateusza i Magdy, w czteropokojowym mieszkaniu dzielonym jeszcze z ich siostrą. W nowej pracy zarabiałem dwa razy więcej niż w hotelu, ale najlepsze na co mnie było stać w tym przedrogim mieście, to wynajmować większy pokój w większym mieszkaniu, jednak wciąż nie „u siebie”. Zastanawiałem się, czy kiedykolwiek stanę na tyle na własnych nogach, by mieć własne, niekoniecznie nawet kupione, ale choćby samodzielnie wynajmowane mieszkanie, niechby nawet było małe.

Stephan zaprosił mnie gestem dłoni do salonu, rozgość się, czuj się jak u siebie, a sam zanurzył się w wielkiej, sięgającej niemal sufitu lodówce, w poszukiwaniu wczorajszego spaghetti do podgrzania. Ja podszedłem więc do okna. Stephan, wrzuciwszy spaghetti do mikrofali, dołączył do mnie w salonie. Stanął tuż za moimi plecami, miałem wrażenie, że czuję na nich ciepło jego ciała; lewą dłoń położył na moim ramieniu, a prawą pokazał mi widoczne stamtąd więzienie, w którym pracował. Rzeczywiście, miał bardzo blisko do pracy. Swoją drogą, mamy mnóstwo więźniów z Europy Wschodniej powiedział. Polaków też? O, Polaków w szczególności, Polaków najwięcej, nawet sobie nie wyobrażasz. Zza ściany zapiszczała kuchenka mikrofalowa, Stephan poszedł więc znowu do kuchni i wrócił z dwoma talerzami z długim makaronem oblepionym domowej roboty sosem pomidorowym, z cebulą, czosnkiem, oliwkami i bazylią. Przyniósł mi kieliszek na wino, a sobie szklankę wody.

Gdy już zjedliśmy, a ja wypiłem dwa kieliszki pinot grigio, znaleźliśmy się razem na jednej z dwóch kanap stojących naprzeciw telewizora. Rozmawialiśmy, a nasze uda wymieniały elektrony. Stephan gestykulując żywo wykorzystywał co chwilę kolejne preteksty, by dotykać mnie tu i ówdzie także dłonią. Krew w moich żyłach musiała już od dawna mieć bąbelki od wrzenia, a wino zniosło wszystkie moje blokady. Bliskość tego wspaniałego ciała wprawiała mnie w stan niemal ,euforyczny. Uśmiechając się, zapytałem więc, czy mogę go pocałować. You are very sexy, dodałem. Podobam ci się?, z rozbrajającym uśmiechem zapytał zamiast odpowiedzieć. A to masz jeszcze jakieś wątpliwości?, śmiałem się. Myślałem, że to już było dość jasne co najmniej, odkąd w kinie położyłeś dłoń na mojej nodze, a ja nie tylko nie zaprotestwałem, ale starałem się okazać ogromne zadowolenie. Pozwoliłbym ci trzymać rękę na mojej nodze przez ponad godzinę, gdybyś mi się nie podobał? To prawda, nie przestawał się uśmiechać łobuzersko, a ja po chwili znalazłem się w rozkroku nad jego udami, z kolanami po obydwu stronach jego bioder. Ująłem w dłonie jego piękną, dużą, ale wspaniale proporcjonalną pomiędzy tymi niesłychanie szerokimi barkami, głowę, i zacząłem smakować jego usta. Sponad jego głowy mimowolnie uniosłem wzrok w stronę otwartych drzwi salonu, przez które widać było zamknięte drzwi sypialni włoskiego współlokatora. On nas nie zobaczy czasem?, zaniepokoiłem się nagle. Nie przejmuj się, jak jest w domu, to prawie nie wychodzi ze swojego pokoju; jestem przecież u siebie, no nie? Rozsiadłem się więc wygodnie na jego udach i zaczęliśmy całować się coraz wścieklej. Moje dłonie próbowały zapuszczać się na zwiady, trzeba im było odkryć te muskuły, te bicepsy, ten brzuch i pektorale wciąż jeszcze osłonięte tą bawełnianą koszulką. Stephan obejmował mnie swoimi potężnymi ramionami, jego ciepłe, silne dłonie wsunęły się pod mój sweter i podkoszulek, pieściły moje plecy, jedna wsunęła się pod spodnie i bieliznę i zacisnęła na pośladku.

Nie chciałem już dłużej czekać, chciałem się wreszcie dostać do całego tego ciała, i żeby ono do mnie całkiem i wszędzie się już dostało, żeby mnie wreszcie wziął dokumentnie. Możemy pójść do łóżka?, zapytałem cicho, może nawet zabrzmiało to jak błaganie, i istotnie nim było. Sure, uśmiechnął się, wypuszczając mnie z objęć, żebyśmy obaj mogli wstać.

Wziął mnie za rękę i zaprowadził do sypialni, która była przez ścianę z salonem, po czym zamknął za nami drzwi. Podeszliśmy do pościelonego na biało, szerokiego łóżka, z którego Stephan wziął maskotkę, jakieś zwierzę z długimi kończynami, rzucił ją na podłogę. Zauważył moje rozbawienie maskotką na łóżku tak męskiego mężczyzny, tak potężnego, pomnikowo wielkiego mężczyzny i też się roześmiał. Miałem ich więcej, różne zwierzęta, ale mój były chłopak, jak tu jeszcze mieszkał ze mną, obraził się kiedyś na mnie, wściekł się i je wszystkie powyrzucał, żeby mi dogryźć. Wyrzucił wszystkie? Tak, wyrzucił do śmieci, on miał różne takie napady. Ale nie z powodu tych maskotek się rozstaliście?, śmiałem się. Nie, no nie tak konkretnie, ale to był, powiedzmy, taki przejaw, jeden z wielu, że nam się już nie układało. Zdjął ze mnie sweter i podkoszulek, ja w odpowiedzi odsłoniłem wreszcie ten potężny tors, w uszach dudniły mi uderzenia mojego serca. Też był Polakiem, by the way, dorzucił jeszcze; miał na myśli swojego byłego chłopaka. Każdy z nas zdjął spodnie, ja zrzuciłem też szybko bieliznę i skarpety. Stephan stał przede mną wciąż w bokserkach, dłonią delikatnie popchnął mnie trochę do tyłu i pokierował tak, żebym usiadł na brzegu łóżka, które było tuż za moimi plecami. Stał przede mną w oczekiwaniu, aż zsunę te jego bokserki i ujrzę jego męskość w całej jej okazałości.

I kiedy ją ujrzałem, przed oczyma przesunęło mi się natychmiast kilka obrazów. Jak kiedyś, na zupełnie najpierwszej londyńskiej randce, poznany też via Gumtree Malezyjczyk Annuar, student którejś londyńskiej szkoły filmowej, zabrał mnie do jakiegoś pełnego mężczyzn w wieku ponadśrednim gejowskiego pubu, nazywał się Quebec czy coś w ten deseń, nie pamiętam już nawet, gdzie to jest, i w ubikacji, jakiś mały, chudy, niemłody i niepiękny mężczyzna stanął przy pisuarze tuż obok wysokiego, dobrze zbudowanego czarnoskórego faceta, oprócz mnie i Annuara jedynego tam człowieka przed trzydziestką, który właśnie oddawał mocz, i ten stary zaczął się na tego karaibskiego mężczyznę gapić, to na jego oddające mocz przyrodzenie, to na jego twarz, i zaczął mu tak do niego trzepać sobie konia przy tym pisuarze, nie bacząc na świadków. Pogarda w oczach tego czarnego młodzieńca, gdy chował swój skarb i zapinał sobie rozporek, wydawała się go podniecać jeszcze bardziej. Nie wiem, czy to wydarzenie miało jakiś wpływ na to, że z randki z Annuarem nigdy nic nie wyszło i nigdy więcej się nie widzieliśmy. Od razu jakby zrozumiałem, dlaczego w kinie na Haymarket Stephan czekał, aż się albo zrobi pusto przy pisuarach, albo przesunie kolejka do kabiny: wyobraziłem sobie, że obok sikającego Stephana staje jakiś bardziej przeciętny biały mężczyzna i w poczuciu zniewagi wymierza mu śledzia w twarz. To chyba z jakiegoś filmu. I przypomniały mi się ostatnie cierpienia Azji Tuhajbejowicza, to taka drugoplanowa postać głupiej, ale powszechnie w Polsce znanej powieści, mniejsza o to, nevermind, chodzi o to, że ten Azja został nabity na pal, czym zadano mu śmierć. Bo Stephan był dopiero na drodze do pełnego wzwodu, jeszcze nie do końca mu się podniósł, a już rzucał poważne wyzwanie tym domorosłym psychologom, którzy budowanie takiej muskulatury tłumaczą potrzebą kompensowania niedostatków po stronie pierwszorzędnych cech płciowych. Stephan niczego nie musiał kompensować, wręcz przeciwnie, jeśli już, to nadganiać rozbudową ogółu swoich proporcji, ale nawet przy jego wzroście, przy szerokości jego klatki piersiowej, przy bułach jego bicepsów i ud, jego męskość i tak wciąż wyglądała imponująco i oczekiwała, aż moje usta podniosą ją do reszty i uczynią twardą i gotową do działania.

Z wysokości swojego wzrostu Stephan spoglądał na mnie znów z niespecjalnie skrywanym zadowoleniem, zadowoleniem z wrażenia, jakie na mnie zrobił. Czy na mojej twarzy widać też było grubą dozę lęku, który musiał się chyba pojawić w moich oczach? Bo choć byłem podniecony do białej gorączki, miałem przed sobą trzysta procent mężczyzny jakąś szamańską sztuką pomieszczone w jednym ciele, w jednej osobie, to pewności, czy zdołam przyjąć go w siebie, wyraźnie mi brakowało. Przypomniał mi się Patrick i opór, z jakim musiał sobie dać radę, zanim się we mnie dostał, a to, co miałem przed oczami, biło nawet Patricka na łeb na szyję. Czy on mnie zwyczajnie nie rozerwie na strzępy? Stephan może dostrzegł i ten lęk, uśmiechnął się nieznacznie, kątem ust z pewnością siebie samca świadomego wrażenia, jakie wywiera, z pewnością siebie samca świadomego, że zaoferuje ciału, które właśnie zdobywa, doświadczenia dotąd mu nieznane. Położył dłonie na mojej głowie i przysunął ją do swojego przyrodzenia, prosząc, by moje usta się o nie zatroszczyły. Żeby go tam dobrze wypełnić krwią, moje usta potrzebowały pomocy dłoni. Lekko słonawy smak jego ogromnej żołędzi drażnił mój język, gdy wyobraźnia starała się odpowiedzieć na pytanie, co to będzie, co ze mnie zostanie, gdy właściciel tej maczugi wepchnie ją we mnie.

Let’s put a condom on, powiedział, gdy był tam już całkiem twardy. Delikatnym, ale zdecydowanym gestem swoich wielkich dłoni odsunął moją głowę wydostając swoją zadowoloną żołądź na powietrze. Schylił się do nocnej szafki, która stała obok łóżka po mojej prawej stronie, otworzył szufladę wypełnioną wrzuconymi tam luzem prezerwatywami, wysypanymi z pudełka, abo raczej pudełek, bo było ich tam kilkadziesiąt, może nawet ze sto – no tak, taki mężczyzna nie może narzekać na brak seksu, nawet po zerwaniu ze swoim polskim (znowu, jak Mitesh! o co tu chodzi?) chłopakiem, który mu wyrzucał maskotki, na pewno ustawiają się do niego kolejki chętnych pasywów, nie kupuje kondomów inaczej niż po kilka paczek na raz. Wyciągnął jedną prezerwatywę, otworzył i podał mi, żebym mu założył. Zaciągnąłem ją powoli, pieszcząc go jeszcze palcami, wpatrując się w jego prącie jak zahipnotyzowany – jego rozmiarami i perspektywą tego, co mnie za chwilę czekało.

Stephan odrzucił kołdrę i pociągnął mnie z sobą do łóżka. Położył mnie na plecach, sam ułożył się tuż przy mnie, na boku, uniósł się następnie na łokciu i z tej samej, pełnej kondomów szuflady wydobył tubę lubrykantu, który rozprowadził na całej powierzchni swojego sztywnego, wyczekującego członka. Wziął na palce dłoni jeszcze trochę żelu i wypieścił nimi mój anus. Uniósł się nade mną, podciągnął moje kolana, przełożył moje nogi przez swoje barki i przystąpił do ataku. Napierał powoli i ostrożnie, usiłując stopniowo rozluźnić mój zwieracz, oszukać opór mojego ciała wilgocią żelu, którym wysmarował nasze miejsca styku. Szeroka, opancerzona majestatycznymi pektoralami klatka piersiowa unosiła się nade mną, oparta na tych dwóch potężnych niczym jakieś antyczne kolumny ramionach, które wznosiły się po obydwu stronach moich barków: niczego nie pragnąłem w tamtym momencie bardziej, niż być zerżniętym przez ten cud natury, zerżniętym natychmiast, zerżniętym za wszystkie czasy, za te wszystkie rozkosze, których nie zaznałem, jak miałem lat osiemnaście, dwadzieścia czy dwadzieścia parę. Mój zwieracz nie dawał jednak za wygraną, nie chciał się poddać, Stephan nie zdołał we mnie wprowadzić nawet głowicy swojej rakiety. Próby trwały już chyba kwadrans, sytuacja robiła się niepokojąco krępująca, z tendencją do beznadziejnej. Pomyślałem znowu o Patricku, kiedy ten skurczybyk nie mógł się we mnie dostać od przodu, udało mu się we mnie wedrzeć od tyłu, gdy ustawił mnie na czworaka. Zaproponowałem więc to rozwiązanie. Zadanie okazało się równie, jeśli nie jeszcze bardziej, niewykonalne.

Zrezygnowany, Stephan położył się na plecach, jego głowa zapadła się z westchnieniem w poduszkę. Zdjął prezerwatywę, zawiedzioną i suchą w środku wyrzucił do kosza, który stał niedaleko łóżka – po mojej stronie, skąd krzyczała do mnie, Wstyd! Mogłem sobie doskonale wyobrazić zakwasy, jakie tępo zacisnęły mu się na tych ogromnych jądrach, które utraciły okazję zrzucenia ładunku. Sam nie tylko nie zostałem zerżnięty za wszystkie czasy, ale nie zostałem zerżnięty w ogóle, po tylu godzinach pobudzenia i obietnicy składanej przez cały wieczór przez jego gesty, spojrzenia i dotyk. Na domiar złego z mojej własnej winy, z winy mojego własnego, nieprzygotowanego ciała, które poniosło tak sromotną klęskę na froncie pogoni za rozkoszą, a miało przed sobą – i nad, i już prawie w sobie – zmaterializowany fantazmat tak wielu homoseksualnych mężczyzn. Sromotną klęskę w pogoni za rozkoszą własną, ale i za rozkoszą sprawianą innemu, bo ostatecznie, długofalowo, tylko zdolność do sprawiania rozkoszy, a w każdym razie składania jej wiarygodnej obietnicy, daje ciału prawo do rozkoszy zaznawania od innych ciał poszukujących ofert na seksualnym rynku Soho, Vauxhallu i okolic. Czułem się głęboko i szczerze rozczarowany moim własnym ciałem, które nie sprostało, uległo własnym ograniczeniom i nie zaznało mężczyzny przecież dokładnie takiego, o jakim nie raz śniło, jak jeden z tych, za którymi włóczyło oczyma po hali czy szatni siłowni Virgin Active na Hammersmith.

Nie wiedziałem, jak przeprosić za swoje niesprostanie, za swoje niepodołanie, za swoją niezdolność przyjęcia takiego daru – daru, o który tylu innych by z zapamiętaniem i determinacją zabiegało. Chciałem się zapaść pod ziemię, jak wtedy, kiedy na schodach przed Sacré-Coeur pozwoliłem odejść Karimowi. Pod ziemię, i prosto do piekła. Coś probowałem powiedzieć, skończyło się chyba tylko na nieśmiało wymamrotanym I’m sorry, I’m really sorry. Zastanawiałem się, czy zaproponować coś innego, na przykład, że zrobię mu fellatio, ale czułem się zbyt tą klęską onieśmielony, żeby się odezwać z taką ofertą. Bo czy tak spektakularny mężczyzna dochodzi samym tylko fellatio, czy nie jest to jedynie rozgrzewka przed kopulacją, czy godzi się w ogóle sugerować, że na takiego smoka samo fellatio mogłoby poradzić, że mogłoby mu wystarczyć? Wydawało mi się, że byłaby to prawie zniewaga.

Zdarza się, zdaję sobie sprawę, że nie jestem przeciętny, powiedział Stephan tonem niezwykle wyrozumiałym, ciepłym, łagodnym, i poklepał mnie jeszcze dłonią po mojej dłoni. Are you upset?, zapytałem przerażony, naprawdę przerażony, że być może właśnie traciłem takiego mężczyznę. Nie, odpowiedział spokojnie, pod warunkiem, że tak nie będzie za każdym razem, i uśmiechnął się, patrząc na mnie, patrząc mi prosto w oczy. Ale przyzwyczaisz się do moich rozmiarów, to kwestia praktyki. Zgasił lampkę po swojej stronie łóżka. Wiem, że to taki stereotyp jest, że czarni mężczyźni mają wielkie penisy, dodał jeszcze, to tylko stereotyp, wcale nie wszyscy, ale tak się składa, że ja akurat mam. Miałeś już jakiegoś czarnego mężczyznę?, zapytał. Miałem, uśmiechnąłem się, trzech. I jak u nich wyglądała sytuacja z rozmiarami? – popatrzył na mnie. Patrick miał wielkiego, ale oczywiście nie aż tak jak ty. Ale największego, jakiego dotykałem, dopiero dzisiaj spadł na drugie miejsce, śmiałem się. Potem jeszcze był Stan i Chris – przydarzyli mi się gdzieś po drodze między Patrickiem a Miteshem – oni byli w granicach średniej. Tak więc, podsumowałem, stereotypem jest, że wszyscy macie olbrzymie przyrodzenia, bo nie wszyscy, ale największe przyrodzenia chyba najczęściej macie właśnie wy, śmiałem się, tak do końca fałszywy to ten stereotyp nie jest.

Dzięki tej krótkiej wymianie zdań przestałem się wreszcie czuć tak źle, jak ostatnia łajza, która zepsuła całą zabawę. Wyrozumiały i przyjacielski, jak przez cały wieczór, ton głosu Stephana był ostatecznym dowodem, że nie ma mi niczego za złe. Leżeliśmy chwilę w ciszy, on zamknął oczy, ja nie, patrzyłem to w sufit, to w stronę tego mocarnego ciała, zanim dotarł do mnie sens tego, co on przed chwilą, kilka zdań temu, powiedział: nadzieja, że tak nie będzie za każdym razem, przyzwyczaisz się, kwestia praktyki, i ten mimo wszystko uśmiech, szczery uśmiech, a nie wyraz bolesnego zawodu czy irytacji. Czyli jednak było dla mnie miejsce w tym jego obszernym łóżku na więcej niż tylko tę jedną noc, przypadłem takiemu mężczyźnie do gustu na tyle, że chciał, żebym tu wrócił, nawet po naszym właśnie przeżytym katastrofalnym niepowodzeniu, klęsce prawdziwie sromotnej. Moje oczy ostatecznie porzuciły sufit i zatrzymały się na nim, na jego pięknej, nieprawdopodobnie młodej jak na jego wiek twarzy silnego mężczyzny, na tej szerokiej piersi opancerzonej wielkimi płatami muskułów, opiętej głądką, nieowłosioną z natury lub bardzo starannie wygoloną, brązową skórą. Na miłość boską, byłem w łóżku z najprawdziwszym przybyszem z najbardziej utęsknionej prowincji Krainy Fantazji każdego pasywa w mojej części Europy: pięknym, muskularnym czarnoskórym mężczyzną o monumentalnym prąciu, i mogłem go mieć na więcej niż tylko tę jedną noc. Mogłem mieć mężczyznę, którego zazdrościłby mi, którego będzie mi zazdrościł co druga sfrustrowana ciota tam w tej dupie świata na Dzikim Wschodzie kontynentu. I poddałem się słabości, nieprzygotowaniu tej nieszczęsnej części ciała, która najbardziej przecież tęskniła, by przyjąć go w siebie. Ta nieszczęsna, sucha w środku, rozczarowana prezerwatywa rozmiaru extra large, czy jeszcze większego, jeżeli większy istnieje, leżała w koszu po mojej stronie łóżka, niczym dowód winy, i piekła stamtąd jak wyrzut sumienia.

W przeciągu kilku sekund moja krew znowu zaczęła szaleć, pożądanie zapomniało o rozczarowaniu i cudownie zmartwychwstało z nową siłą i nową nadzieją, że tę noc w końcu zwieńczy spełnienie. Być może nawet spełnienie najzupełniej wstrząsające. Przysunąłem się do Stephana i przylgnąłem do jego ciała, pocałowałem go w szyję i w ucho, a moja prawa dłoń zsunęła się z jego gładkiej, spiżowej klaty, po brzuchu, ku jego orężu, które leżało płasko na brzuchu, ale nie zdążyło jeszcze do końca ochłonąć z nadziei na penetrację mojego ciała. Pod dotykiem moich palców zaczęło na powrót zasysać w krew w swoje jamy i twardnieć. Spróbujmy jeszcze raz, poprosiłem szeptem, cichym, bardzo nieśmiałym, jednak błagalnym. Stephan spojrzał na mnie, żeby sprawdzić, czy wiem, co mówię, czy jestem pewien, że tego chcę, po czym położył swoją silną, opiekuńczą dłoń na mojej głowie i pokierował ją tam, gdzie była już dłoń, bym ustami i językiem dobudził olbrzyma, który zaczął już był zasypiać.

Kiedy podniósł mu się do reszty, znowu sztywny i herkulejsko majestatyczny, Stephan uniósł swój tors, odsunął przykrywającą nas kołdrę, uniósł się nade mną i sięgnął po kolejną prezerwatywę i lubrykant. Rozłożył moje nogi i usiadł między nimi, pośladkami na swoich stopach. Szybko i zręcznie założył prezerwatywę i naniósł na nią szczodrą ilość żelu. Wziął potem jeszcze trochę żelu na palce prawej dłoni i wsunął je w mój odbyt. Najpierw dwa palce, potem trzy, pieścił mnie tam przez cierpliwie długą chwilę, smarując moje wnętrze żelem i przygotowując mój zwieracz do kolejnej ofensywy, rozluźniając go krok po kroku. Jego fallus stał wyprężony i w pełnej gotowości oczekiwał, kiedy będzie mu wolno się tam wreszcie zapuścić. Był tak sztywny i rozpalony, jakby patrzył na mnie i mówił, że tym razem nie ma zmiłuj, nie da już za wygraną, choćbym wył, kwiczał i skwierczał z bólu. Stephan wziął jeszcze trochę żelu na dłoń i wsunął we mnie cztery palce, kciukiem pieszcząc skórę w moim kroczu. Wytarł dłoń w papierową chusteczkę – ich pudełko stało na nocnej szafce koło mojej głowy. Chwycił dłońmi moje nogi pod kolanami, podciągnął je i przełożył sobie przez barki. Powoli opuszczał na mnie swój tors, rozciągając mięśnie z tyłu moich ud, od góry napierając na mnie swoją Herkulesową piersią. Dłonią pomógł sobie ulokować głowicę swojego pocisku u wejścia do mojego bezbronnego przed nim ciała. Powoli, bardzo ostrożnie, cierpliwie i uważnie, przepychał żołądź przez opór mojego anusa – tym razem żel pomógł i ten opór przełamać się udało. W pierwszej chwili moje serce struchlało, najzupełniej struchlało. Jego gigant zaglądał już głową w ciemności mojego wnętrza. Bolało. Ale wkrótce przestało boleć tak bardzo, zwieracz trochę ustąpił, trochę się rozluźnił. Wtedy Stephan osunął swój tułów całkowicie ku mnie, oparł się po obu stronach na łokciach, przyciskając moje kolana ku mojej klatce piersiowej. Skubany, wiedział już doskonale z doświadczenia z Bóg wie ilu pasywami, którzy przez te wszystkie lata mieli szczęście się pod nim znaleźć jak ja teraz, że ta pozycja rozciąga zwieracz, otwiera go i daje większe szanse na wejście w kogoś nieprzywykłego do takich rozmiarów penetrującego. Stephan pochylił głowę jeszcze bardziej ku mnie i zaczął mnie całować, na mokro, z językiem poważnie w działaniu, tak, żebyśmy wymieniali się śliną, żeby temperatura mojej chuci nie opadała, żeby była silniejsza niż ewentualny nawrót bólu, gdy będzie we mnie wchodził głębiej. Ostrożnie, ale pewny siebie, trzymając wszystko doskonale pod spokojną kontrolą, zagłębiał się we mnie drobnymi etapami, za każdym razem po calu. Czułem, jak napiera na mnie tam w środku, przez chwilę miałem wrażenie, jakby mnie miał zaraz rozerwać, ale tym razem ani myślałem dać za wygraną, w końcu był już w środku, najtrudniejsze za nami i tym razem obaj się wyżyjemy, choćby nie wiem, ile mnie to miało kosztować. Stephan, opierając się wciąż na łokciach, dłonie położył na kopule mojej głowy, najpierw delikatnie przejechał po centymetrowym meszku moich włosów, a potem ujął moją głowę, żeby trzymać ją w jednej pozycji i zwiększyć swoje panowanie nad moim ciałem tam pod nim, jakby w trosce, bym nie odwinął się czasem nagle w bok, a on nie zrobił mi tam w środku krzywdy, nie zerwał czegoś, nie rozszarpał, nie przetrącił. Wtedy ból przestał jakby być bólem, mój zwieracz ustąpił trochę, dostosował swoją średnicę do nowej konieczności i zacisnął się, niczym pocałunkiem, na wielkim prąciu Stephana, który teraz wykonał definitywne pchnięcie i zanurzył się we mnie do końca. Przez chwilę myślałem, że stracę oddech, do tego stopnia jego napór tam w środku był w pierwszej minucie paraliżujący. Stephan, żeby nie zrobić mi krzywdy, na chwilę zatrzymał się w bezruchu – dawał mojemu ciału czas, żeby się odnalazło w nowej dla siebie sytuacji. Przyglądał się uważnie mojej twarzy.

Are you OK?, zapytał po chwili, z uśmiechem czegoś na kształt cichego triumfu, i były to pierwsze słowa, jakie w tym łóżku padły, odkąd wyszeptałem prośbę, byśmy spróbowali jeszcze raz. I’m OK, odpowiedziałem dziwnie cicho, jakby w obawie, że próba wydobycia z siebie bardziej zdecydowanego dźwięku coś we mnie nadszarpnie, albo nawet cały się pod nią rozsypię. Dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, jak mocno wpiłem palce w jego bicepsy. Spuściłem więc trochę z ich uścisku, a Stephan zaczął powoli i delikatnie poruszać biodrami. Miałem nadzieję, że będziesz się czuł trochę lepiej niż tylko OK, patrzył na mnie wciąż z tym uśmiechem zadowolenia, nie tylko z tego, że przełamał opór mojego ciała i był w środku, ale i z tego, że serwował mi wrażenia dotąd mi nieznane, które bez problemu czytał z mojej twarzy. It is more… than just OK – wydobyło się ze mnie, głosem, który prawie się zawiesił. Fucking Hell!, to naprawdę było znacznie więcej, niż OK: zaczęło do mnie docierać, że początkowy ból przekształcił się nagle, niespodziewanie, we wrażenie przedziwnej przyjemności wywołane całym tym uciskiem poruszającego się we mnie olbrzyma Stephana, który sięgnął miejsc przez nikogo wcześniej nie dotkniętych, uciskał od wewnątrz prostatę i ocierał się o nią, jak nikt inny wcześniej, bo nikt inny nie wypełnił mnie wcześniej swoim prąciem na taką skalę. Stephan pogłębił trochę zasięg ruchów swoich bioder, przyspieszył nieco, ale tylko trochę, żeby nie sprawić mi znowu bólu. Ta piękna, pokrywająca mnie góra mięśni, falowała teraz na mnie, prowadząc nas obydwu tam, dokąd od kilku godzin obydwu nas tak świerzbiło dotrzeć. Nie musiał się wcale poruszać szybko, bo nieobyty z takim porządkiem skali mój anus obejmował go i ściskał wystarczająco mocno, wystarczająco, by generować tyle tarcia, ile Stephanowi było trzeba. Cały czas unosił swój tors nade mną, opierając się na łokciach i dłońmi trzymając z obydwu stron moją głowę. Co chwilę pochylał się, by mnie całować, potem unosił trochę, by wykonać kolejnych kilka spokojnych pchnięć biodrami; spokojnych, ale przeszywających mnie jak na wylot, zdolnych rozkołysać serce, które obijało się, rozhulane, o wewnętrzne ściany moich żeber, miotało się tam jak spłoszony kurczak.

Moje myśli rozsypały się na wszystkie strony, w każdą z nich się rozpędziły. Pomyślałem o tobie. Penetrował mnie ten niesamowity Mężczyzna nad Mężczyznami, przybysz z najgłębszych pokładów fantazji, ale i tak pojawiłeś się w bałaganie moich skołowanych myśli ty. Przypomniało mi się, jak tam w kawiarni przy Shaftesbury Avenue powiedziałeś mi, że żaden czarnoskóry facet nigdy nie chciał się z tobą spotkać, mówiłeś jak bardzo ci się podobali, ale oni, jeden po drugim cię odrzucali. Może dlatego, że nie mam w spodniach tyle, co oni, powiedziałeś wtedy, z uśmiechem, że to niby żart, ale i z westchnieniem bolesnego zawodu, rozczarowania. Kiedy leżałem tam pod Stephanem, pod ciężarem tej wspaniałej góry mięśni, pod naporem pchnięć jego bioder, z wrażeniem, że za każdym z tych pchnięć jakimś cudem dostaje się jeszcze głębiej we mnie, choć żaden postęp na tym froncie nie wydawał mi się już od dawna możliwy, zastanawiałem się – nic nie mogłem na to poradzić, że się nad tym zastanawiałem – czy udało ci się kiedyś spełnić tę twoją fantazję o czarnym mężczyźnie, który byłby tak obdarzony, jak to sobie wyobrażałeś. Miałem nadzieję, że tak, pomyślałem, że chciałbym nawet, żeby Stephan, jeśli nie ktoś inny mu podobny, przespał się choć raz z tobą, przespał był w przeszłości lub miał przespać w przyszłości, kiedyś po mnie, żebyś doświadczył tego, czego tak pragnąłeś, żeby cię zerżnął tak wspaniale, jak teraz posuwał mnie, żeby zadał ci tyle samo rozkoszy. W wyobraźni zobaczyłem twoją twarz, jak jesteś na moim miejscu, w całkowitej władzy tego niesamowitego ciała, i całkowicie w tej władzy bezpiecznego, tak jak ja czułem się bezpiecznie; widziałem, jak masz otwarte oczy, żeby nic nie stracić z tych wrażeń, którymi ciało Stephana awansuje na ciebie z każdej strony, i w tych twoich otwartych oczach Arjuna Rampala zobaczyłem, jak Stephan, penetrując cię tak niebiańsko, zdejmuje z nich wreszcie tę zasłonę smutku, która prawie nigdy nie chciała z nich spaść, i smutek ten znika gdzieś wreszcie, przynajmniej na chwilę, wyparty przez lśnienie prawdziwej, wstrz rozkoszy, błyskające po ich szklącej się powierzchni, kiedy ty nie możesz powstrzymać się od westchnień i cichych jęków. Już na pewno nie powiedziałbyś I am neither.

Kiedy leżałem tam pod majestatycznym ciałem Stephana, który tak doskonale wiedział, jak wziąć całkowitą kontrolę nad ciałem moim, przejąć nad nim absolutną władzę, i z pewnością siebie mężczyzny, który doskonale i od dawna wie, jak fantastyczny jest fizycznie, wepchnąć w to moje ciało tyle rozkoszy, ile tylko pragnęło, więcej, niż kiedykolwiek myślało, że mogłoby pragnąć, tyle, ile się jej nigdy wcześniej nie spodziewało, tak głęboko i szeroko, że nigdy nie przypuszczało, że ktoś aż tam się kiedyś może dostać – kiedy tak leżałem pod naporem nowych dla mnie, granicznych rozkoszy otwieranych przede mną przez mojego dziś odnalezionego Mężczyznę nad Mężczyznami, jednocześnie pomyślałem o tym, jak rozpaczliwie nieudany był ten nasz jedyny raz, ty byłeś jak z drewna, ja byłem tak przestraszony, jak się za to drewno zabrać, żeby zmiękło i nabrało życia, pozwoliło krwi zaszaleć i rozruszać włókna tkanek. Myślałem, jak bardzo nędzniutki i wstydliwy był ten nasz jedyny raz, w zderzeniu ze spektakularnym ciałem Stephana i z jego władzą rozporządzania rozkoszą swoich kochanków, tej nocy szczęśliwie byłem to ja.

A jednak nawet pod naporem rozkoszy wdzierającej się we mnie mocą tego wspaniałego ciała, myślałem tam również w tym jego łóżku, że gdyby wszystko i tak nie było już przekreślone przez ciebie, to twoje oczy Arjuna Rampala wciąż wygrywały z gładkim, skandalicznie męskim ciałem kasztanowego Herkulesa. Myślałem, co by było, gdybyśmy spróbowali nawzajem nauczyć się swoich ciał na tyle, by zdołać dać sobie nawzajem tyle samo rozkoszy, nawet jeśli nie dokładnie tej samej rozkoszy, bo żadne z naszych ciał, ani moje, ani twoje, nie mieściło się w atletycznym i seksualnym porządku dumnie zamieszkiwanym przez Stephana. Wraz z kolejnym ostrożnym, lecz paraliżującym pchnięciem mojego wyśnionego amerykańskiego kulturysty, przeszyło mnie pytanie, czy moglibyśmy my, ty i ja, kiedyś dać sobie tyle rozkoszy, czy ty mógłbyś mi tyle zaoferować, czy chciałbyś być moim topem, i czy rozkosz odczuwana przez ciebie, równałaby się mojej, czy zdołałbym dokonać uczciwej wymiany – bo wiedziałem, że ja nie zdołałbym przyjąć roli Stephana. Pomyślałem o tym, jak by to było, gdybyś to ty unosił się tak nade mną, gdyby to twoje biodra wykonywały te pchnięcia, gdyby to twoje oczy Arjuna Rampala patrzyły tak na mnie z góry, rejestrując symptomy rozkoszy galopujące po mojej twarzy – na jaki poziom rozkoszy każdy z nas mógłby się wtedy wybić? Jednak pomyślałem też, i myśl ta na krótką chwilę zmroziła mi serce, iż tamtej naszej jedynej wspólnej nocy, kiedy wszystko się między nami skończyło, straciłem cię dokładnie dlatego, że nie byłem takim mężczyzną jak Stephan, nie byłem takim kochankiem jak Stephan, tak bardzo taki nie byłem – i nigdy nie będę. I nabrałem nagle niezwykłej pewności, że Stephana byś zatrzymał, że Stephan, że mężczyzna taki jak on, otrzymałby od ciebie esemesa z podziękowaniami za waszą pierwszą noc, zanim by zdążył rano dotrzeć do pracy, i zobaczyłby cię wkrótce znowu. Tak bardzo nie byłem tak wspaniałym mężczyzną.

Ale cały czas myślałem też – nie mogłem nie myśleć – o tym ciele, które brało mnie właśnie w posiadanie, w sposób, którego, wiedziałem to już, nigdy nie zapomnę, czy to będzie nasza jedyna noc, czy Stephan wyróżni mnie swoim uznaniem i zatrzyma w tym łóżku na dłużej, zaprosi tu znowu, czego rozpaczliwie w tamtych chwilach pragnąłem. W tamtym dokładnie momencie nie potrafiłem sobie wyobrazić większego szczęścia, niż myśl, że takich nocy będzie więcej, że Stephan weźmie mnie więcej razy niż ten jeden, który właśnie się ku mojemu oszołomieniu rozgrywał. Całym ciałem odczuwałem to ciało, którego moc trzymała mnie teraz w swojej władzy, na zewnątrz i wewnątrz mnie; czułem te spiżowe mięśnie ud opierające się i ocierające się o moje pośladki, za każdym razem, gdy Stephanowi udawało się wepchnąć we mnie swoją męskość całkowicie; mięśnie brzucha i piersi napierające na uda moich przerzuconych przez jego ramiona nóg. Moje dłonie nie wiedziały, gdzie się podziać, chciały się rozmnożyć, na podobieństwo bogini Kali, by zdołać jednocześnie zacisnąć się na bułach jego bicepsów, dotykać brzucha i piersi, zaciskać się na barkach, obejmować plecy, wpijać się palcami w te twarde, wypukłe pośladki, w te potężne uda; pragnęły rejestrować czujnikami opuszków wszelkie drgnienia, skurcze i ruchy każdej grupy mięśni pracującej nade mną pod tą piękną, odmawiającą starzenia się skórą barwy kasztanu.

Miałem wrażenie, nie, to nie było wrażenie, to była pewność, że nigdy jeszcze ciało żadnego mężczyzny nie miało nade mną tak całkowitej władzy. Było większe, potężniejsze, silniejsze, przygniatało mnie, otaczało mnie, sklepiało się nade mną, opierając się wokół mnie na filarach potężnych ramion, wreszcie wypełniało mnie i zdobywało w środku tak daleko i głęboko, że serce biło chwilami z obawy, że zrobi mi krzywdę. Tak łatwo mogło mi zrobić krzywdę, tak zupełną miało nad mną przewagę, że mogło mi wyrządzić krzywdę, złamać coś, przetrącić, zadać ból, zaangażowało jednak całą tę swoją fizyczną przewagę, całą swoją pomnikową moc w spokojne, troskliwe sprawianie mi rozkoszy. Rozpierało mnie szczęście, byłem z siebie dumny, że miałem odwagę tak całkowicie mu zaufać, oddać się tak zupełnie na jego łaskę, choć jeszcze kilka godzin temu w ogóle go nie znałem, tylko raz słyszałem jego głos w telefonie. Oddanie się obcemu jeszcze dopiero co mężczyźnie, przez mężczyznę, zrozumiałem to właśnie wtedy ze Stephanem, jest jednym z najpiękniejszych aktów zaufania, jakiego może dokonać człowiek, jedną z najpiękniejszych rzeczy, jakie może zrobić człowiek, to jest człowieczeństwo par excellence. Rozpierało mnie szczęście, że porwałem się i zachęciłem go do tego jeszcze jednego podejścia, że się nie przestraszyłem, nie zniechęciłem, nie wycofałem we wstyd.

W głębi, wewnątrz mnie, monumentalne ciało Stephana obudziło chłopca, którym byłem daleko, dawno temu, w Dąbrowie Górniczej, i od którego zawsze chciałem uciec, chudego, przestraszonego chłopca, który zawsze chciał uciec od siebie, który zawsze chciał uciec stamtąd. Do lepszego życia, od większych, groźnych, silniejszych chłopców, w silne ramiona i pierś, która by im stawiła czoła, szerszą od ich piersi. Pierś nade mną była szersza od wszystkich tamtych piersi. Ramiona wokół mnie – silniejsze od ramion każdego z nich z osobna, od wszystkich razem. Ta pierś i te ramiona osłaniały mnie wreszcie od świata, zamykając mnie w kapsule bezpieczeństwa i rosnącej, rozpierającej, rozsadzającej mnie od wewnątrz przyjemności. To ciało, które podbijało, plądrowało wręcz moje wnętrze, obudziło we mnie zapomnianego, porzuconego nastolatka, który spoglądał na tych rzadkich kilku pięknych chłopców w swoim wieku, na tych nielicznych pięknych młodych mężczyzn, których los zbłąkał tam na ów ponury koniec świata przysłonięty szarym dymem z kominów upadającej na raty, nigdy do końca, Huty. Nastolatka, który spoglądał na tych chłopców i mężczyzn o silnych, prężnych ciałach z zatruwającą mu życie mieszaniną zazdrości, podziwu, pożądania i zupełnej rezygnacji. Zazdrości, że jego własne cherlawe ciało im nie dorównuje; pożądania pieczołowicie i panicznie skrywanego, by nikt nigdy nie poznał jego sekretu, by nikt nigdy nie poznał jego skandalu. Rezygnacji, że to cherlawe nastoletnie ciało, gnębione zewsząd katolicką opowieścią o własnym przyrodzonym grzechu, nawet gdy ucienie kiedyś od tej opowieści o grzechu w jakąś siną dal, nigdy tym ciałom nie dorówna, a przez to z kolei nigdy nie zasłuży na rokosz takich ciał uścisku, że nie zasłuży na żadną w ogóle rozkosz, nigdy, i żadnej innej, oprócz samotnej, upokarzającej ulgi samogwałtu, nie pozna; że będzie się musiało zadowolić samą za nią, przed światem skrywaną, wstydliwą, haniebną tęsknotą. Smutne i szare było życie tego chłopca, pogardzanego i wykpiwanego zawsze przez ojca – za to, jaki był słaby, że bał się konfrontacji z innymi chłopcami, bo czuł, że wszyscy są od niego silniejsi, ukrywał się przed nimi w książkach, filmach, gryzmolił coś ołówkiem, nawet ładnie, ale to też dobrze nie wróżyło – mężczyzny nigdy z tego nie będzie. Tego chłopca wspomnienia budziły się teraz, gdy pierś szersza niż wszystkie piersi, za którymi oczy chłopca podążyły kiedykolwiek tęsknie, unosiła się nade mną, gdy ciało silniejsze i piękniejsze niż ciała, które widział był chłopiec na ponurym, szarym, zadymionym końcu świata, czyniło zadość wszystkiemu, co chłopca tego ominęło, wszystkiemu, co go od środka przez zbyt długie lata bezlitośnie trawiło. Ów chłopiec tam w moim wnętrzu obudzony chciał z radości drzeć się w niebogłosy, by każdy się dowiedział, by nikomu nie umknęło, jak wspaniałe ciało go teraz brało, bardziej imponujące niż ciała wszystkich tych silniejszych chłopców, których kiedykolwiek się bał, niż ciała wszystkich tych pięknych chłopców i mężczyzn, za którymi skrycie powłóczył wzrokiem, do których bał się zagadać w obawie, że się skompromituje, że głos mu będzie drżał i że od razu zobaczy jeden z drugim, że pedałkowi się podoba, że jakaś żałosna ciota na niego leci. Więc teraz wreszcie – ciało tak imponujące, że oni wszyscy – ci, których chłopiec się bał, i ci za którymi powłóczył oczyma, by szybko je potem spuszczać – patrzyliby na nie z zawiścią i zazdrością. Więc teraz w końcu mężczyzna tak widowiskowy, trzysta procent mężczyzny w mężczyźnie – nawet ten ojciec podły, wyrodny, ze swoim zawsze pełnym pogardy spojrzeniem, który tak bardzo nie znosił swoich synów i tak niestrudzenie upewniał się, żeby zatruć im choć trochę każdy dzień – poczułby się twarzą w twarz z takim mężczyźną jak nędzna sierota, jak bezbronny chłopiec, jak jego dziecko przed nim.

Moje ciało nie mogło już dłużej tego wytrzymać i tą nieprzywoitą rozkoszą eksplodowałem, spłynęła mi po brzuchu, a kilka jej ciepłych kropel chlapnęło na gładką, brązową, napiętą na mięśniach skórę brzucha sprawcy moich wrażeń. Stephan poczuł oczywiście nie tylko to – orgazm szarpnął wszystkimi moimi mięśniami, nie wyłączając zwieracza, który szczelnym pocałunkiem obejmował jego męskość, i teraz, na moment, zacisnął się na niej w gwałtownym porywie mocniej. Stephan zatrzymał się na chwilę w bezruchu i przyglądał mi się z uśmiechem zadowolenia, ale i niepewności: zadowolenia z siebie i niepewności o horyzont jego własnego, nachodzącego, lecz jeszcze nie osiągniętego, spełnienia. Ja jeszcze nie doszedłem, wyszeptał, can I continue?, zapytał. Oczywiście, że tak, odpowiedziałem, tak długo, jak tylko potrzebujesz. Jesteś pewien? Ja tylko pokiwałem twierdzącą głową, za to z wielkim przekonaniem. Jak mogłem mu odmówić, po tym, co mi ofiarował. Jego ciało zaczęło na powrót falować nade mną i na mnie, spokojnie i stanowczo poruszać się we mnie, wydłużając moją rozkosz, utrzymując jej wspomnienie na powierzchni rzeczywistości, rozciągając jej echo fenomenalnie w czasie, wciąż niemal dotykalną. Ten samotny, przestraszony chłopiec z zadupia pod kurzącymi lufami wielkiej huty, jeszcze nigdy nie czuł się tak bezpiecznie w swoim ciele, jeszcze nigdy nie czuł się tak bezpiecznie, oddając to ciało do całkowitej dyspozycji innego ciała, we władzy innego ciała. Po kilku kolejnych cudownie długich minutach ciało Stephana wykonało kilka szybszych pchnięć, napięło się, jego serce zabiło szybciej, a ja czułem, jak fala skurczy ociera się tam w środku o ściany mojego jelita, wystrzeliwując ku mojemu wnętrzu materię zaspokojenia. Patrzyłem na tę szeroką, piękną i zadowoloną twarz przerośniętego młodzieńca w ciele Herkulesa wyrzeźbionego w brązie, i czułem się tak nieprzyzwoicie szczęśliwy, że ten mężczyzna, który na zawołanie mógłby mieć co drugiego pasywa błąkającego się w poszukiwaniu seksu po zaułkach Soho, chciał po rozkosz wedrzeć się do wnętrza mojego ciała, mojego właśnie, nie innego. Kiedy w moim wnętrzu przestały nim szarpać skurcze ejakulacji, uniósł się na swoich potężnych ramionach i ostrożnie wynurzył ze mnie swoją powoli mięknącą supermęskość.

Usiadł, pozwalając moim nogom wreszcie się rozluźnić. Zdjął prezerwatywę i ją też wrzucił do kosza obok łóżka, do towarzystwa i na pocieszenie tamtej zawiedzionej; ta zawiedzioną być już nie miała powodu, w jej czubku spoczywała gęsty, biały dowód spełnienia. Położył się obok mnie na plecach. Rozprostowując nogi, czułem, jak dociera do mnie teraz nieznaczny, ale pulsujący ból nadwerężonego ofensywą Stephana wejścia do mojego ciała. Chcesz pierwszy wziąć prysznic?, rzucił, przyglądając mi się z boku. Odpowiedziałem pytaniem, czy na pewno nie woli przede mną, ale uśmiechnął się i wysłał mnie do łazienki. You’re my guest, powiedział, you deserved it. Uśmiechał się szeroko. Jego obłędnie muskularna pierś unosiła się i opadała wciąż jeszcze pogłębionym oddechem. Miałem ochotę krzyknąć z całych sił, że jest wspaniały, cały świat powinien o tym wiedzieć, ale uśmiechnąłem się tylko, chyba wciąż czerwony na twarzy, aż trochę onieśmielony – tym, jak bezbronny jeszcze przed chwilą byłem wobec niego, i jak wspaniała była ta bezbronność, i że on moją bezbronność doskonale widział, i jak cudownie było wiedzieć, że ją widział.

Gdy pod prysznicem woda spływała po mnie ciepłymi strumieniami, z twarzy, z szyi, po plecach i brzuchu ku pośladkom i udom, czułem jak mięśnie tych ostatnich, po wewnętrznej ich stronie, drżą jeszcze po wyzwaniu, jakiemu moje ciało sprostało. Nie mogłem tego drżenia opanować, aż zachciało mi się od tego śmiać. Anus wciąż mnie bolał, ale ten ból był jakiś nie do końca obecny, przesłonięty szybą niemal metafizycznego spokoju, jakby oddalony od mojej świadomości. Czułem się zerżnięty za wszystkie czasy. Pomyślałem o Patricku, jaka szkoda, że zarzucił bróby dostania się we mnie w tej pozycji, że zdecydował się wziąć mnie doggy style. Gdyby mnie zrobił w ten sposób, na pewno nie dopuściłbym tak łatwo, żeby nasza znajomość skończyła się na tamtej jednej nocy. Spłukiwalem z siebie pianę żelu do kąpieli, miałem wrażenie, że poruszam się w zwolnionym tempie, nie do końca na jawie, zawieszony z nadmiaru wrażeń w półśnie, transie lub alkoholowym oszołomieniu.

Jeszcze kiedy wyszedłem spod prysznica i wycierałem się białym ręcznikiem – zwinięte w przytulone do siebie rulony układały się równiutko i porządnie całym regałem w kącie łazienki – niektóre moje mięśnie wciąż drżały. Pytałem sam siebie, w myślach, czy jestem w stanie wytrzymać coś takiego on a regular basis, częściej, jak często, kiedy następny raz? Miałem wrażenie, że potrzebuję ileś, nie wiadomo ile, dni rekonwalescencji, może nawet coś się tam musi w środku pozrastać. Gdyby Stephan chciał się spotkać kolejny raz, gdyby chciał spotykać się kolejnych więcej razy, regularnie może nawet. Chciał mieć kogoś, żeby się w kinie trzymać za ręcę, napisał tak przecież w tym swoim pierwszym mailu, naprawdę nie miałbym nic przeciwko takim wieczorom w kinie, wieńczonym takimi wrażeniami, nieco częściej. On a regular basis. Ta perspektywa aż mnie ogłuszała, zastanawiałem się, czy bym temu fizycznie podołał, gdyby chciał mnie tak wziąć dwie noce z rzędu, albo trzy razy w ciągu tygodnia. Musi być jurny jak diabli, skoro kupuje prezerwatywy w ilościach, jakie trzyma w szufladzie. Chyba że kupuje takie ilości prawie hurtowo, bo mało kto sprzedaje taki rozmiar, dopiero teraz mi to przyszło do głowy, nie było to niemożliwe. Ten jego chłopak, ten Polak, z którym niedawno zerwał – ciekawe, jak długo byli razem, czy po dajmy na to dwóch latach związku z takim facetem, człowiek nie zaczyna się, no nie wiem, rozlatywać w środku, pękać w szwach, albo przeciekać?

Wróciłem do sypialni, zawinięty w ręcznik, który odrzuciłem na krzesło, po czym wsunąłem się pod kołdrę. Stephan cmoknął mnie jeszcze w usta, wstał i sam poszedł do łazienki. Było już późno, Stephan wstawał rano bardzo wcześnie, więc uwinął się szybko, żeby nie marnować czasu i położyć się do snu. Zgasił światło i ułożył się plecami do mnie, kołdrę podciągnął pod pachę. Z niegasnącym podziwem patrzyłem na te potężne, szerokie plecy i silne, muskularne ramię ułożone na kołdrze. Na opinającą je, piękną i gładką skórę, która w zderzeniu z bielą pościeli jawiła się jakoś tak – jeszcze gładsza i piękniejsza. Po chwili przyglądania się jego szyi i barkowi, po chwili wahania, czy mogę sobie na to pozwolić, przysunąłem się do niego i przylgnąłem do jego pleców. Can I stay like this?, zapytałem. Sure you can, odpowiedział, tonem tak bardzo różnym od Patricka kiedyś. Patrick był zaskoczony, przez chwilę czuł się nieswojo, głupio było powiedzieć nie komuś, kto mu się właśnie oddał, ale czułości był to dla niego raczej zbytek. Ty zareagowałeś tak, że przytuliłem się do ciebie ostrożnie, nieśmiało, nie całkiem, nie tak, jak naprawdę chciałem. Stephan odpowiedział tonem zaskoczenia, że w ogóle zadaję takie pytanie, tonem zachęty, gestem – uniósł ramię, żebym tam wsunął własne – zapraszając mnie, bym się przytulił wygodnie, objął go wokół torsu. W końcu po tym, co przed paroma chwilami osiągnęliśmy, zasługiwaliśmy na to, na wszystką czułość tego świata i na najspokojniejszy sen. Jego Sure you can znaczyło: bolało cię, twoje ciało stawiało opór, ale nie poddałeś się, oddałeś mi się, pozwoliłeś mi w siebie wejść, ofiarowałeś mi swoje całkowite zaufanie – zasłużyłeś na całe przytulanie tego świata, cały jestem twoją nagrodą.

Leżałem więc tak przytulony do imponujących, szerokich pleców mojego amerykańskiego kulturysty, mężczyzny, który dosłownie splądrował moje ciało, przeszył je na wylot, odkrywając przed nim nowe przestrzenie rozkoszy. Leżałem tak obejmując go prawym ramieniem, z dłonią spoczywającą gdzieś na jego klatce piersiowej. Dotykałem nagiego ciała, bo spał bez piżamy, bez bielizny, ja zresztą też. Z głową leżącą bokiem na poduszce, z klatką piersiową przytuloną do zbroi mięśni rozpiętych na jego plecach, słyszałem bicie własnego serca – zmęczenie wiodło mnie do snu, miałem wrażenie, że słyszę to swoje serce w poduszce i zarazem w jego plecach, jakby biło gdzieś na zewnątrz mnie, z dwóch stron. Ten chłopiec, którym kiedyś byłem, znów się gdzieś tam w głębi wiercił. Chciał wtulić się w tego wielkiego, silnego mężczyznę, w tę górę mięśni, która nie tylko nie była groźna, jak inni więksi chłopcy, a wydawała się od wszystkiego, co groźne, od zła tego świata osłaniać, swoją siłę i przewagę – swoją władzę, nade mną i nad tyloma innymi mężczyznami przed i po mnie (szuflada pełna prezerwatyw czekała) – wykorzystując tylko, by dawać rozkosz, szastać jej ekscesem w jakimś seksualnym potlaczu. Resztki myśli w półśnie kołysały się o tym, że Stephan zasługiwał na jakiś pomnik, pomnik Mężczyzny nad Mężczyznami, dedykowany mu jako the Hottest Gay Guy in London in the Early 21st Century. Gasnący, oddalający się od świadomości, tępawy ból pulsował gdzieś u dołu mojego tułowia. Osunąłem się w sen, niesłychanie spokojny sen.

 

Powyższy tekst to fragment powieści Nirvaan, nad której ukończeniem wciąż pracuję. Inny fragment, jeszcze nieostateczny, umieściłem już kiedyś tutaj, inny tutaj, inny tutaj, a jeszcze inny ukazał się w art-zinie literackim Papier w Dole, nr 4-5 (2017).

pwd

Jestem na Facebooku i Twitterze.

 

 

Djamel

Kiedy spotkałem Djamela, który tak szeroko i szczerze się na mój widok uśmiechał, pomyślałem, że może właśnie dostałem swoją szansę na odkupienie tamtego grzechu. Tego, że pozwoliłem Karimowi odejść.

Djamela poznałem na zamku w Châtillon, malutkiej miejscowości w Burgundii. Siedziałem w samochodzie, który prowadził Daniel, spasiony, sapiący z każdym krokiem strażnik moich nowych pracodawców, wysłali go po mnie na dworzec kolejowy. Bramę do otaczającego zamek ogrodu Daniel otworzył małym elektronicznym pilotem, który oni nazywali bipem. Wjechaliśmy w głąb ogrodu w stylu angielskim, spomiędzy drzew wyłonił się przede mną jeden budynek, potem ogromny libański cedr, a potem następny budynek, tym razem ten najważniejszy, średniowieczny donżon przebudowany potem w dziewiętnastym wieku. Daniel podjechał samochodem przed wejście donżonu. Drzwi były otwarte, przed nimi stały dwa zsunięte kwadratowe stoliki ogrodowe, z drewna, ciężkie ale przenośne, i siedział przy nich młody, wysoki, szczupły mężczyzna. Był bosy, musiał zdjąć buty, gdy tam siedział, bo jakieś leżały pod stolikiem. Czytał książkę, wiatr trochę podwiewał mu jej strony. Miał długie, kasztanowe włosy, spontanicznie falujące, prawie kręcone, miękkie, spięte z tyłu w ogon. Podniósł znad tej książki wzrok, próbując wypatrzyć nowoprzybyłego: mnie.

To Djamel, wysapał Daniel. On tu jest przewodnikiem, jest ich dwóch. Latem zamek jest otwarty dla zwiedzających, przez kilka tygodni.

*

Skąd się w ogóle wziąłem na tym zamku?

Po czterech tygodniach poszukiwania pracy, zrezygnowany i załamany, pogodziłem się już z tym, że misja „saksy we Francji” zakończyła się porażką. Zamiast zarobić więcej niż mogłem w Polsce, straciłem tylko pieniądze, w tym część pożyczoną na ten wyjazd od Gosi, kumpeli ze studiów. Prawie wszystkie pieniądze mi się skończyły, mimo iż odżywiałem się makaronem z oliwą i czosnkiem, tylko czasem z dodatkiem najtańszych warzyw, najczęściej cukinii i pomidora. Dzień wcześniej, żeby oszczędzić każdy grosz, wróciłem z centrum miasta na gapę, przeskakując przez bramki metra – czułem się tą koniecznością niesłychanie upokorzony, byłem czerwony ze wstydu, na szczęście prawie nikogo nie było wtedy na stacji. Nigdy wcześniej nie podróżowałem stopem, ale już postanowiłem tak właśnie wracać do Polski. Ciągle nie wiedziałem za bardzo, gdzie w Paryżu najlepiej stanąć, żeby zacząć taką podróż. Ewa, dziewczyna, u której się zatrzymałem, wróciła już z Polski i była zła jak chmura gradowa, bo miałem przez lato płacić jej połowę czynszu, a skończyło się na jednym miesiącu mojego pobytu, jednym miesiącu, za który nie bardzo miałem jak zapłacić tyle, ile się umówiliśmy – nie pamiętam już, ile dokładnie to było – bo nie znalazłem pracy i nie zarobiłem ani grosza. I wtedy zapukała do nas sąsiadka Ewy z innej kawalerki w tym samym budynku. Halina, też z Polski, dzieliła tę swoją kawalerkę z jeszcze jedną dziewczyną, Agnieszką, z którą przyjechały do Francji razem, ileś tam lat temu, z tej samej wsi w lubelskiem. Znalazłam ci pracę, powiedziała w tych drzwiach. Uratowała mi życie.

To właśnie była praca na zamku w Châtillon w Burgundii, na dwa miesiące. Halina początkowo sama na nią przystała, bo w sierpniu i tak nie miała klientów. Sprzątała ludziom mieszkania, a wszyscy, którzy w Paryżu zatrudniają sobie kogoś do sprzątania, w sierpniu wyjeżdżają na wakacje na cały miesiąc. Ale w ostatniej chwili wszystko sobie przemyślała i zmieniła zdanie. Na tym zamku potrzebowali kogoś na bite dwa miesiące, a ta dziura w pracy w Paryżu trwała dla niej tylko miesiąc. Kiedy wszyscy jej klienci wrócą już z wakacji pod koniec sierpnia, i staną przed faktem, że jej przez cały kolejny miesiąc nie będzie w mieście, to poznajdują sobie inne osoby do sprzątania, Halina straci większość dotychczasowych klientów i będzie musiała sobie znaleźć cały kajecik nowych, a to nigdy nie wiadomo, ile potrwa. Więc nagle zadzwoniła do pośredniczki, która jej to znalazła, i powiedziała, że rezygnuje. Ludzie z tego zamku wpadli w panikę, bo chcieli, żeby ktoś zaczął już w tym tygodniu. Zna pani kogoś, kto szuka pracy i jest dostępny, no, jakoś tak od zaraz?, pytali zdesperowani. Ona na to, że właściwie to tak, sąsiad szuka pracy, bardzo potrzebuje. Co prawda to facet, ale da radę.

No więc, masz pracę, tylko musisz ze mną jutro pojechać do tej babki, która mi ją znalazła, pani Ania się nazywa, też z Polski, tylko już od dawna mieszka w Paryżu, chyba ze trzydzieści lat, jest konsierżką w takiej jednej kamienicy, to droga dzielnica. Mam do niej oddzwonić i powiedzieć, czy przyjedziesz. Pojawi się też szef, właściciel tego zamku, czy kim o tam jest. Jak się dogadacie, to on ci da bilet na pociąg na pojutrze i za trzy dni będziesz już w pracy. Będziesz miał pokój gdzieś na tym zamku, wyżywienie, nie będziesz musiał w ogóle na nic wydawać pieniędzy przez dwa miesiące, wszystko, co zarobisz, możesz zabrać do Polski. To co mam jej powiedzieć? No ba!

*

No więc dwa dni później byłem już w pociągu, z dworca w Nevers odebrał mnie Daniel, a potem byłem już przed tym donżonem i gramoliłem się z samochodu, z moim ogromnym plecakiem.

Djamel patrzył w moją stronę znad książki. Dzieliła nas trochę zbyt duża odległość, żebyśmy zagadali, ale nawet z daleka widziałem w jego wielkich oczach jakieś zainteresowanie. Na jego twarzy zatańczył uśmiech, piękny uśmiech, Boże, jaki piękny uśmiech. Daniel potwierdził kiwnięciem głowy, gestem dłoni i jakimś mruknięciem, że tak, tam jest wejście, tam powinienem się skierować. W drzwiach tymczasem stanęła Chantal, właścicielka zamku, żona Michela, którego poznałem u konsjerżki pani Ani w Paryżu. Wyszła mi naprzeciwko, żeby się przywitać. Niska, trochę przy kości, pięćdziesiąt kilka lat, piękne, bujne, czarne włosy, proste, opadające luźno na ramiona. Wyciągnęła ku mnie swoją drobniutką dłoń, ozdobioną wielkim złotym pierścieniem z brylantami, drżącą nieco, później miałem się przekonać, że drżała jej zawsze. Przedstawiła się, podziękowała Danielowi, i powiedziała, że oprowadzi mnie po zamku, a potem zaprowadzi mnie do mojego pokoju. Ale to będzie w tamtym budynku, tym który samochód musiał wyminąć, zanim dotarł do donżonu, więc na razie najlepiej, żebym zostawił plecak tutaj w korytarzu. Chyba, że jestem zmęczony i chcę najpierw pójść do swojego pokoju, zdrzemnąć się czy coś. Nie, nie byłem zmęczony, byłem autentycznie podekscytowany tym miejscem. Moi przyjaciele, koleżanki i koledzy ze studiów zbierali na saksach pomidory, szparagi, truskawki, albo ścinali tulipany, a ja miałem pracować na zamku, dużym pięknym średniowiecznym zamku, i miałem tu gdzieś mieć swój pokój. Filmowcy jeszcze nie przyjechali, powiedziała Chantal, ale pierwsza trójka będzie tu już za dwa dni. Poznajcie się z Djamelem. Djamel!, zawołała go.

Zamknął książkę, zostawił ją na stole i nie zakładając butów podszedł w naszą stronę, wyciągając do mnie dłoń. Szczery uśmiech rozjaśnił jego pociągłą, śniadą twarz, odsłaniając długie, równo i ciasno ułożone zęby. Jego wielkie, inteligentne oczy błyszczały kolorem bursztynu. Strąk kasztanowych włosów wymknął się gumce, która spinała ich resztę z tyłu głowy, i opadał mu na czoło. Wiedziałem, że Djamel to arabskie imię, ale do tamtej pory myślałem, nie znając wcześniej żadnych Arabów, że mają wszyscy włosy kruczoczarne. Byłem zaskoczony, zaintrygowany. I onieśmielony jego badawczym, zainteresowanym, jednocześnie przyjacielskim spojrzeniem. Głównie dlatego, że wydał mi się przepiękny – przepiękny w jakiś nietypowy, trudny do nazwania sposób.

Djamel, Jarek, poznajcie się. Djamel jest naszym przewodnikiem, oprowadza turystów, wyjaśniła Chantal. Razem z Alexandre’em, który gdzieś się podział, może go spotkamy na pierwszym piętrze, w salonie. Obaj studiują filozofię w Paryżu, na Sorbonie.

Chantal zabrała mnie jednak szybko od właściciela tych wielkich bursztynowych oczu, żeby mi wszystko pokazać i wprowadzić mnie do mojej misji na najbliższe dwa miesiące. Na parterze minęliśmy kuchnię, z której wybiegł jak burza młody kucharz, Bretończyk Pierrick, który zatrzymał się, bo Chantal chciała nas sobie przedstawić, po czym poleciał dalej, do chambre froide, mieszczącej się w piwnicy chłodni, gdzie trzymano świeże warzywa i owoce. Kuchnie były tak naprawdę dwie. Jedna w starym stylu, umeblowana w dziewiętnastym wieku, z wielkim, masywnym drewnianym stołem stojącym tam być może nawet od wieku piętnastego, z miedzianymi garnkami rozwieszonymi na ścianach i innymi pięknymi przyrządami porozstawianymi w różnych miejscach. Tutaj jednak częściej się jadło niż gotowało, chyba że gotować trzeba było tyle, że nie mieściło się w drugiej kuchni, tej bardziej roboczej, która mieściła się za tej ładnej kuchni „plecami”, ale bywało też, że pieczono jakieś ptactwo na siedemnastowiecznym, ale wciąż doskonale sprawnym ruszcie pod ścianą. Dalej była wielka, reprezentacyjna jadalnia, przez nią z kolei można było dotrzeć do mniejszej, bardziej kameralnej, ale za to ze stołem z blatem z różowego włoskiego chyba marmuru, osiemnastowiecznymi krzesłami, żyrandolem z Murano i wielkim genueńskim lustrem w ciężkiej pozłacanej ramie. Na końcu korytarz na parterze prowadził do pralni i suszarni. Można je było jednak wyminąć, by wejść na kręcone kamienne schody; była to oryginalna klatka schodowa z pierwotnego, średniowiecznego założenia tego budynku. Dlatego, od tylu stuleci noszenia obutych ludzkich stóp, stopnie były tak wyślizgane i na wszelki wypadek, wzdłuż schodów, po ścianie, biegł gruby sznur, zawieszony na wbitych w mur metalowych hakach, elastyczna poręcz, której można było się trzymać lub w razie potrzeby uczepić.

Na pierwszym piętrze były dwa salony umeblowane antykami, oraz biblioteka, w której oprócz starych książek na regałach stał też stół do bilarda, stolik do gry w karty lub kości, i specjalne kabiny na cygara. To tam spotkaliśmy Alexandre’a. Był to bardzo zamknięty w sobie, wycofany i nieśmiały blondyn w okularach. To piętro było bardzo wysokie, mieściło sypialnię Chantal i Michela, była tam też jeszcze jedna, mniejsza sypialnia oraz sypialnia matki Chantal, Madame Zivi. Tam miałem się nie zapuszczać, pokojem Madame Zivi zajmowała się Martine, której jeszcze nie poznałem, ale na pewno na nią gdzieś wpadniemy. Możliwe, że była w pralni. Lepiej, żebym do pokoju Madame Zivi nie wchodził, ponieważ ona tu przyjeżdża zawsze ze swoją szurniętą, otyłą kotką, która się panicznie boi mężczyzn, których nie zna, i albo zacznie szaleć i biegać po pokoju, rozwalając wszystko po drodze, albo się przestraszy i ucieknie z pokoju, a wtedy możemy jej przez dwa dni szukać po całym zamku – wyjaśniała mi Chantal. Piętro wyżej były już tylko sypialnie, i mały salonik indyjski, który był tak naprawdę tylko głęboką wnęką wtuloną pomiędzy dwa pokoje, niezmiernie jednak uroczą, bo wejście do niej okalał rzeźbiony misternie w drewnie łuk przywieziony z Indii. Trzecie piętro było już ostatnie, nad nim tylko strych. Miało najniżej zawieszony sufit i najmniejsze pokoje, niemniej jednak wszystkie bardzo wygodne i przytulne, każdy z własną łazienką. Dwa z nich były zajęte przez Djamela i Alexandre’a.

Kiedy tak chodziliśmy, nie mogłem przestać myśleć o tym pięknym Arabie, który został tam na dole ze swoją książką. Czemuż tak mi się przyglądał, dlaczego wydawał się tak mną zainteresowany? Czyżbym właśnie dostawał tutaj niespodziewanie szansę na odkupienie śmiertelnego grzechu sprzed Sacré-Coeur, kiedy to pozwoliłem Karimowi odejść, zamiast zatrzymać go przy sobie i pozwolić mu się uwieść? Czy Djamel był gejem? Skoro teraz Chantal o nim wspomniała, informując, że to on przebywa w pokoju numer dwanaście, zareagowałem szybko pytaniem, czy Djamel jest Arabem; byłem głodny jakiejkolwiek dodatkowej wiedzy na jego temat, chciałem, żeby mi cokolwiek więcej na jego temat powiedziała.

Il est d’origine algérienne. Ses parents sont venus d’Algérie. Ben, il n’est pas tout-à-fait Arabe, il est Kabyle, si vous voulez être exact. Les Kabyles sont les Berbères d’Algérie. Pochodzenia algierskiego, ale tak naprawdę kabilskiego a nie arabskiego, gdybyśmy mieli być dokładni. Nigdy wcześniej nie słyszałem o Kabilach. Miałem wrażenie, że na tym zamku, który mi się przytrafił tylko dlatego, że uparcie snułem się po Paryżu w poszukiwaniu pracy właściwie do ostatniego euro w portfelu, otwiera się przede mną jakiś zupełnie nowy świat, którego nigdy wcześniej nie znałem, tak daleko od tego wszystkiego mieściło się upadle, postindustrialne miasto na polskiej prowincji, w którym spędziłem dotąd całe moje tak zwane życie.

Chantal zaprowadziła mnie potem do drugiego budynku, czyli tego, który samochód Daniela wyminął, zanim dotarł do donżonu. Nazywali go Petit Château. Poprosiła mnie, żebym wziął plecak, bo tam będzie mój pokój, to od razu go tam zaniosę. Prowadziła tam wysypana drobnymi kamyczkami nieregularna droga, którą miałem ochotę nazwać polną, ale wokół zamku jakoś mi to słowo nie pasowało.

Zapytałem, o co dokładnie chodzi z tymi filmowcami, co to mają niebawem przyjechać, bo wszystko, w sensie ten przyjazd tutaj do pracy, wydarzyło się tak szybko i niespodziewanie, że nie do końca tak naprawdę zdołałem to ogarnąć. Otóż Chantal z mężem postanowili spróbować wynajmować czasem zamek na różne wydarzenia, żeby posiadłość mogła się trochę sama finansować, na wypadek, gdyby ich dzieciom szło kiedyś w przyszłości gorzej finansowo niż jej mężowi. Żeby nie musieli od raz sprzedawać zamku, gdyby im się powinęła noga. Więc gdyby udało się obrócić zamek, który dotąd był tylko ich „domem na wsi” – spędzali tu lato, weekendy i Boże Narodzenie – w coś, co się finansuje przez wynajmowanie od czasu do czasu, to by trochę zabezpieczyło pozostanie zamku w rodzinie. To był pierwszy raz, kiedy postanowili to zrobić, trochę na próbę, żeby zobaczyć, ile pracy to wymaga, jakie są koszty, jak to w ogóle organizować. Tak się złożyło, że na innym zamku, w innej miejscowości niedaleko, będą kręcić film na podstawie powieści, która jest we Francji dość popularna, taki trochę stylowy kryminał z poczuciem humoru, Tajemnica żółtego pokoju. No i producenci szukali jakiegoś przyjemnego miejsca, żeby zakwaterować na czas zdjęć reżysera i aktorów. Znaleźli nas przez znajomych i tak to wyszło. Niebawem pozna pan nie byle kogo, uśmiechnęła się, bo niezłą obsadę mają. Zna pan Sabine Azémę?, zapytała. Oczywiście, ja na to, kto jeszcze? Claude Rich, Pierre Arditi, ten Belg, co to dostał w tym roku nagrodę w Cannes, jakżesz on się nazywa, Olivier Gourmet. Jest jeszcze Denis Podalydès, i jego brat Bruno, który jest reżyserem. Nie wiem, czy pan widział tam w Polsce, oni też razem zrobili na przykład Versaille Rive-Gauche.

Do Petit Château można było wejść przez duży salon wystylizowany tak, żeby się kojarzył jednocześnie z klimatem rustique i z amerykańskim barem z lat pięćdziesiątych. Był tam ceglany kominek na pół ściany, bilard, staroświecka szafa grająca, jednooki bandyta, stół zrobiony z wielkiego, grubego plastra jakiegoś bardzo starego drzewa, obite w skórę fotele, barowe krzesła, no i bar, nawet jakaś kilkudziesięcioletnia, nie działająca już kasa, stała na barze dla dekoracji. Za barem alkohole, z których wiele pierwszy raz widziałem na oczy. Za tym salonem była kuchnia, przez którą można było przejść na klatkę schodową. Schodami tymi docierało się na pierwsze piętro, potem na drugie, i tam właśnie był między innymi pokój przewidziany dla mnie, dochodziło się do niego mijając pokój Pierricka, bretońskiego kucharza. Chantal zaprowadziła mnie do mojego pokoju i powiedziała, że zostawi mnie teraz na chwilę, żebym się rozpakował, rozgościł, wziął prysznic, jeśli chcę, a potem się odnajdziemy tam w donżonie, ona będzie pewnie gdzieś w salonie.

Rozpakowałem się, odświeżyłem pod prysznicem, rzuciłem się na łóżko, żeby wypróbować, jak się na nim będzie spało. Moje okno wychodziło na tę część ogrodu, w której znajdował się basen. Tamtego dnia był przykryty czymś niebieskim, unoszącym się na powierzchni wody.

Ubrałem się ponownie i zbiegłem na dół, wyszedłem przez bar, by pójść z powrotem ku donżonowi. Nie zdążyłem jednak zamknąć za sobą drzwi, gdy zaczął padać deszcz, który w mgnieniu oka zrobił się niesamowicie gęsty i ciężki. Djamel, który wciąż siedział przy tym drewnianym stoliku przed wejściem, zwinął książkę, założył buty i poszedł schować się w otwartych drzwiach budynku. Stanął tam i czekał na mnie, z książką w dłoni. Wbiegłem pod dach i stanąłem naprzeciwko niego. Twarz Djamela rozjaśniał jego skandalicznie piękny uśmiech.

Korytarzem przechodziła kobieta w fartuchu, przy kości, z krótkimi siwymi włosami. Martine!, zawołał ją Djamel. To Jarek, przyjechał dzisiaj, będzie tutaj pracował przez lato. Jarek, to jest Martine. Martine uśmiechnęła się w dziwny, udawany sposób, trochę jak dziwaczka, trochę tak, jak niektórzy ludzie uśmiechają się do cudzych dzieci. Wymamrotała coś, że ona tu pracuje od dwudziestu lat, i coś jeszcze, ale nie zrozumiałem. Odwróciła się i odeszła, kierując się do kuchni.

Martine est un peu drôle, powiedział Djamel, prawie szeptem. Tu vas voir. Przysunął się bliżej mnie i oparł ramieniem o kamienny mur. Stał tak blisko mnie, że poczułbym się zakłopotany, gdyby nie to, jak bardzo było mi z tym przyjemnie i że mogłem widzieć te jego bursztynowe oczy z tak bliska. Jego skóra była nieksazitelnie gładka, doskonała. Miał na sobie błękitną koszulę, dwa jej górne guziki, te pod szyją, były rozpięte, kołnierz rozchylał się na boki, a spod niego wyglądała odrobina jego klatki piersiowej. Jego skóra wzbudzała we mnie pulsujący zachwyt.

Skąd konkretnie w Polsce jesteś, z jakiego miasta?, zapytał. Nie masz prawa go znać, zaśmiałem się. Dlaczego? Nie mów mi, że z Dąbrowy Górniczej?, rzucił jakoś tak od niechcenia, na dodatek wymawiając tę nazwę zdumiewająco poprawnie. Serce zabiło mi mocniej. Skąd wiesz? Nikt mnie tutaj nie pytał, nikomu nie mówiłem. A to naprawdę jesteś z Dąbrowy Górniczej? – jego wielkie bursztynowe oczy zrobiły się ze zdziwienia jeszcze większe. Potwierdziłem. Djamel zaniósł się cichym, szeleszczącym śmiechem. Kiedy się śmiał, jego ciało spinało się trochę i wychylało się do przodu, przez co jego twarz przysunęła się jeszcze bliżej mnie, a do mnie zaczęło docierać, jak bardzo jego towarzystwo, jego obecność, cała jego istota czyniły mnie podekscytowanym. Za nami deszcz szumiał coraz głośniej. Jakim cudem on wiedział, skąd jestem? Jakim cudem znał w ogóle Dąbrowę Górniczą? Jakim cudem potrafił tę nazwę powiedzieć, żaden Francuz nie potrafi przecież jej powtórzyć? Wśród moich przyjaciół na Sorbonie jest dziewczyna z Polski, jej rodzina pochodzi z Dąbrowy Górniczej właśnie, wyjaśnił, wciąż się zanosząc śmiechem. Quelle coïncidence!

Rzeczywiście, dość niecodzienny zbieg okoliczności. Przez otwarte drzwi za moimi plecami docierał nie tylko szum, ale i zapach deszczu, który przez nozdrza podbijał moje podniecenie. Patrzyłem tak na Djamela i zrozumiałem, że najchetniej rozpiąłbym tę koszulę jeszcze bardziej i dotknął tej cudownej, delikatnie śniadej skóry. Ponieważ był wyższy ode mnie, ten odsłonięty kawałek jego klatki piesiowej tym bardziej prosił mi się do oczu. Jego natomiast oczy błyszczały szczerą ciekawością. Z każdą chwilą wszystko w nim podobało mi się coraz bardziej. Był szczupły, ale jego barki były naturalnie, jakby od niechcenia, szerokie. Miał matowy głos, z cudowną chrypką. Ponieważ chciałem go słuchać więcej, zapytałem, o co chodzi z tymi turystami. Nie rozumiałem, jak to może być jednocześnie dom tej rodziny i być otwarty dla zwiedzających. Djamel zaczął mi tłumaczyć, że we Francji to całkiem normalne. W całym kraju jest mnóstwo zamków i pałacyków, wiele z nich jest w rękach prywatnych. Ale ponieważ są zabytkowe, to władze zachęcają właścicieli – chyba jakimiś ulgami podatkowymi, ale nie wszystko, co mówił, rozumiałem – żeby otwierali je przynajmniej latem dla zwiedzających. A dla niego i Alexandre’a to jest rodzaj stażu i jednocześnie fajnych wakacji. Dzisiaj na przykład była tylko jedna rodzina turystów, Alexandre ich oprowadził, a ja sobie czytałem książkę cały dzień, zaśmiał się znowu. Oczywiście, ci turyści nie łażą po całym zamku, wyjaśnił od razu, bo dopiero próbowałem to sobie wyobrazić. Nie wchodzą do sypialni, pokazujemy im salony, jadalnie, tę zabytkową kuchnię, no i oprowadzamy po ogrodzie wokół, pokazujemy też widok z góry na ten ogród na dole.

Z windy wyszła tymczasem ku nam Chantal i powiedziała, że skoro już tu jestem, to możemy razem nakryć do stołu, dzisiaj przyjadą jej znajomi na kolację, to od razu mi pokaże, jak tu będą wyglądać kolacje. Częścią mojej pracy miało być nakrywanie i podawanie do stołu.

Tamtego wieczoru podawałem więc pierwszy raz do stołu. Gospodarze i goście siedzieli przy masywnym, średniowiecznym stole w reprezentacyjnej kuchni. Była Chantal. Była jej matka, Madame Zivi, kobieta koło osiemdziesiątki. Dwie pary gości, wszyscy w przedziale pięćdziesiąt-sześćdziesiąt lat. Djamel i Alexandre też siedzieli z nimi przy stole. Mnie Pierrick, który w kuchni w godzinie posiłku stawał się niesłychanie nerwowy, a jego język tak przyspieszał, że z trudem za nim nadążałem, wysyłał z tej drugiej, roboczej kuchni z kolejnymi potrawami, a Chantal uśmiechała się i zwracała mi uwagę, z której strony podawać, i co tam jeszcze powinienem robić trochę inaczej.

Kiedy kończyli deser, Martine zawołała mnie, żebym poszedł z nią na górę, do salonu, tam pokazała mi, gdzie przyrządza werwenę i herbatę, którą piją po kolacji. Jak skończą deser, przeniosą się do salonu. Martine znała gości, wiedziała kto co pije, więc zrobiła jeszcze dla kogoś małą filiżankę kawy bezkofeinowej. Ułożyliśmy to wszystko na tacy i zanieśliśmy do dużego salonu. Kiedy schodziliśmy jednymi schodami z powrotem na dół, oni właśnie drugimi wchodzili na pierwsze piętro, do salonu, a my zabraliśmy się do sprzątania stołu po kolacji. Kiedy wszystko trafiło do dwóch zmywarek, Martine zarządziła przygotowanie śniadania. Rozłożyliśmy ceratę zdobną w obrazy kolorowych warzyw, a na niej filiżanki, talerzyki, czarę z owocami, metalowe pudełka z herbatą, dwie okrągłe złote maselniczki i delikatne konfiturierki z węgierskiej porcelany. Salon, po werwenie, herbacie i pewnie koniaku, posprzątamy jutro rano, powiedziała w taki sposób, jakby zdradzała mi jakiś sekret. Pierrick posprzątał swoją działkę w kuchni, powkładał garnki, patelnie, rondle do ogromnej zmywarki, takiej jak w restauracjach, wyczyścił wszystkie blaty i noże.

Wyszliśmy w trójkę, pożegnaliśmy Martine, która, wciąż obuta w swoje miękkie pantofle, wsiadła na swój skuter i odjechała, a Pierrick i ja poszliśmy w stronę Petit Château. Pierrick, jak nie był w godzinie serwowania posiłku, był kompletnie na luzie i całkiem zabawny, tyle że nie zawsze rozumiałem, co mówi. Weszliśmy do Petit Château przez salon zwany barem i zamknęliśmy drzwi od środka na klucz. Weszliśmy razem po schodach, po drodze gasząc za sobą światło, i rozeszliśmy się do swoich pokojów.

Wziąłem jeszcze jeden szybki prysznic i poszedłem do łóżka. Było ciepło, więc zamknąłem wewnętrzne okiennice, nie wiem, czy one mają jakąś specjalną nazwę, i wsunąłem się pomiędzy prześcieradła całkiem nagi. Patrzyłem w sufit, próbując uporządkować wrażenia tego pełnego zdumień dnia. Myślałem o tym, jakiego miałem fuksa, że w ostatniej chwili znalazła mnie ta praca, w zasadzie w momencie, kiedy już pogodziłem się z faktem, że zakład z losem w postaci wyjazdu w ciemno na poszukiwanie pracy nad Sekwaną przegrałem i wrócę jako bankrut i pośmiewisko. Ale nie mogłem też nie myśleć o Djamelu. Z miejsca mnie zaczarował. Czyżby on też miał tutaj przede mną otworzyć nieznane mi wcześniej światy? Czy to, że tak był mną zainteresowany, tak się garnął do rozmów ze mną, przysuwał się tak blisko, oznaczało, że mu się podobałem, w ten sposób? Że go pociągałem? Czy to, że znał Dąbrowę Górniczą, nie było jakimś znakiem? Może ten wyjazd do Francji będzie dla mnie nie tylko rozwiązaniem najbardziej naglących problemów finansowych, bo pozwoli mi przeżyć kolejny rok na studiach – może pod osłoną nocy spotka mnie tu niespodziewanie znacznie więcej: poznam dotyk Djamela, jego uścisk, zapach i smak jego skóry, jego miłość?

*

Następnego dnia przy śniadaniu Chantal dała mi listę informującą, kto gdzie ma być w nadchodzących dniach zakwaterowany. Mieliśmy dzisiaj obejść wszystkie pokoje i sprawdzić czego gdzie jeszcze brakuje. Obsługa wszystkich pokojów – ścielenie łóżek, wymiana pościeli co trzy dni, uzupełnianie wody w karafkach, sprzątanie łazienek, wymiana ręczników – to wszystko miały być moje zadania od jutra, czyli od przyjazdu pierwszych zakwaterowanych tu filmowców.

Po śniadaniu zrobiliśmy więc ten obchód, a ja na tej liście zapisywałem sobie przy każdym pokoju, co trzeba tam jeszcze donieść. Kiedy już wszystko obeszliśmy, zapytałem Chantal, czy jest tu gdzieś niedaleko jakiś sklep, gdzie mógłbym kupić sobie żyletki i piankę do golenia, bo już mi się praktycznie skończyły. Wyjaśniła mi, jak tam trafić, jak już wyjdę za bramę zamkowego ogrodu – droga w dół prowadziła do tego malusieńkiego miasteczka, a w nim jest supermarket. Żeby wyjść przez bramę, niech pan poprosi Djamela albo Alexandre’a, bo oni mają te bipy, które otwierają bramę. Dałabym panu jakiś, ale nie wiem, gdzie mój mąż trzyma zapasowe, a on tu przyjedzie dopiero w sobotę.

Staliśmy wtedy na korytarzu pierwszego piętra, nieopodal otwarte były drzwi na balkon wychodzący na tę stronę, gdzie wczoraj Djamel siedział przy tym drewnianym stole, czytając książkę. Chantal musiała pomyśleć o tym samym, bo natychmiast się tam skierowała i wyjrzała przez balkon. Djamel rzeczywiście i tym razem tam siedział, znowu z książką. Zawołała go i zapytała, czy by mnie nie wypuścił z posiadłości, bo potrzebuję zrobić sobie jakieś zakupy. Bien sûr, pas de problème, odpowiedział, spoglądając ku nam. Allez-y, rzuciła mi krótko Chantal.

Chwilę później szedłem więc z Djamelem tą wysypaną drobnymi kamyczkami drogą, która prowadziła do wielkiej bramy, na zewnątrz zamkowego muru. Było ciepło i bardzo słonecznie. Djamel szedł boso. Zachwyciły mnie jego stopy: były piękne, większe niż moje, ale szczupłe, ich kształt wydawał mi się jakiś taki szlachetny, każdy ich palec – były długie – był piękny, wręcz elegancki. Ja szedłem w butach, trochę nie mogłem się nadziwić, że można tak iść po tym żwirze na bosaka, jak gdyby nigdy nic, ale zamiast tego zapytałem, czy Djamel to coś znaczy po arabsku. Djamel spojrzał na mnie, śmiejąc się, a słońce rozjaśniło jeszcze te jego bursztynowe oczy. To znaczy „piękno”, odpowiedział. Nie uważasz, że to kretyńsko tak się nazywać? Jak masz na imię, chłopczyku? Piękno! Kiedy się tam śmiał, a przedzierające się przez liście słońce muskało krótkimi, złocistymi dotykami jego twarz i włosy, wydawał mi się coraz piękniejszy. I nic w tym nie widziałem kretyńskiego, wręcz przeciwnie, zauroczyło mnie, że ten zachwycający młody mężczyzna ma na imię Piękno. Chyba wtedy właśnie wszystko zostało przesądzone: ostatecznie oszalałem na jego punkcie.

*

Tego dnia nie było gości na kolacji, tylko Chantal, jej matka, Djamel, Alexandre – i Dominique, która przyjechała po południu, na wypadek, gdyby operacja filmowcy miała czasem wymagać dodatkowej pomocnej ręki. Poza tym Dominique była zapaloną kinomanką, więc pewnie też miała po prostu ochotę ich wszystkich poznać. Była siostrzenicą Michela, męża Chantal, już go poznałem u konsjerżki w Paryżu, gdy mi zaoferował tę pracę. Kolacja skończyła się szybko. Chantal i Dominique chciały iść wcześnie spać, żeby wypocząć przed ciężkim tygodniem. Dlatego Djamel i Alexandre postanowili pójść ze mną do Petit Château i zatrzymać mnie w barze przy czymś do picia.

Siedzieliśmy więc przy barze i gadaliśmy sobie. Pamiętam, że Alexandre zapytał, czy rozumiem Martine. Przyznałem się, że nie zawsze. Wyjaśnił mi, dlaczego: ona mówi z bardzo silnym lokalnym akcentem, używa regionalizmów, nawet jemu zdarzało się jej nie rozumieć. Jednak Alexandre poza tym mówił niewiele, zawsze cichy i wycofany, nawet kiedy nie miał powodu nie czuć się komfortowo. To Djamel mówił więcej, i usiadł na wprost mnie, przez bar, ja stałem dla hecy za barem, jakbym w nim pracował. Alexandre nagle wstał i powiedział, że spać mu się chce i będzie już się zbierał.

Ale Djamel został jeszcze ze mną, wziął nawet następną szklankę whisky, więc chciał zostać jeszcze całkiem długą chwilę. Przyglądałem się jego palcom obejmującym tę szklankę. Były delikatne, szczupłe, dłuższe od moich, nagle rozpaliła mnie myśl, że mogłyby mnie dotykać. Pytał mnie o różne rzeczy, o Polskę, co studiuję, o moich ulubionych filmowców. Zaczął mi mówić o swojej fascynacji Zwierciadłem Tarkowskiego, pamiętał nawet rosyjski tytuł tego filmu. Co chwilę żartował albo coś go bawiło. Co chwilę się śmiał i cały czas mi się przyglądał. Cierpliwie mnie słuchał i pomagał mi znaleźć słowa, gdy mi ich brakowało. Potrafił do mnie mówić tak, że wreszcie wszystko w tym języku rozumiałem. Nawet nieznane mi wcześniej słowa i zwroty w jego ustach stawały się jasne – przez kontekst, przez gest, który do nich dołączył, przez opisowe wyjaśnienie, które dorzucał, kiedy tylko dostrzegał, że czegoś nie zrozumiałem, a dostrzegał od razu. W końcu wstał i powiedział, żebym lepiej poszedł spać, bo nie chce być odpowiedzialny za moje zmęczenie jutro. Wyszedł, a ja poszedłem po schodach do siebie, zamknąwszy najpierw za nim na klucz drzwi Petit Château.

Czy zdołam odkupić śmiertelny grzech sprzed Sacré-Coeur?, zadawałem nocy pytanie, powtarzając sobie następnie w myślach to cudowne imię, Djamel, długo i wkoło, i układając po francusku frazy, które mogły mi pomóc mu to wyrazić. Tu te rends compte que je raffole de toi?… Ukołysany marzeniem, że się jednak na tę odwagę zbieram, i że Djamel odpowiada na to uśmiechem, błyskiem w oku i je le savais, a zaraz potem uściskiem ramion, dotykiem ust, aż wreszcie dotykiem wszystkiego – zasnąłem.

*

Odkąd na zamku pojawili się filmowcy, mój czas upływał w nieregularny sposób. Każdego dnia na zamku była inna liczba osób, inna liczba zajętych pokojów, które trzeba była sprawdzić, posprzątać, zmienić pościel, ręczniki. Jedne kolacje były dla siedmiu, inne dla kilkunastu osób. Jedne dni dosłownie znikały sprzed moich oczu, gdy biegałem z góry na dół po tej posiadłości, inne ciągły się powoli, gdy trzeba było nadrobić zaległe żmudniejsze zadania, jak mycie okien. Azéma, Arditi, Rich, Gourmet, Podalydès – do jakiegoś stopnia mnie interesowali, zjadłem kiedyś śniadanie z Azémą, porozmawialiśmy o Znamy tę piosenkę i o czymś tam jeszcze, ale tak naprawdę żyłem dla chwil, które udawało mi się spędzić z Djamelem, wykraść je niepostrzeżenie czasowi pracy. Jednego dnia udało mi się z nim zjeść śniadanie. Innym razem przysiąść z nim na chwilę, żeby zapytać, co czyta. Przypadkowe spotkania na schodach, kiedy uśmiechał się do mnie tym swoim zachwycającym uśmiechem, schodząc na dół, kiedy ja wchodziłem do góry, lub odwrotnie. Wreszcie kolacje, kiedy on, podobnie jak Alexandre, siedział przy stole z Chantal i Dominique, w weekendy też z Michelem, z Madame Zivi, z aktorami, gdy było ich mało – bo gdy było ich więcej, organizowaliśmy im nieraz osobną kolację, w tej małej jadalani ze zwierciadłem z Genui i stołem z różowego marmuru. A najbardziej wyczekiwaną sekundą każdej kolacji była ta, kiedy podchodziłem do Djamela i zgodnie z przykazaniami service russe pochylałem się nad nim od lewej strony podsuwając mu jedno z dań. Wtedy na krótką chwilę mogłem poczuć zapach jego włosów (nieraz były mokre, bo często brał prysznic przed kolacją) i zobaczyć skórę jego szyi z tak bliska, z odległości kilku centymetrów. Żeby potem marzyć, że może niebawem coś się wydarzy i będzie mi dane znaleźć się z nim sam na sam, z dala od oczu innych ludzi, usunąć wreszcie spomiędzy nas tych kilka centymetrów odległości i wtulić twarz w tę ciepłą szyję, pocałować tę piękną skórę ciemniejszą od mojej, poczuć ją na policzku, poznać jej smak i teksturę. Nałożywszy sobie swoją porcję, Djamel odkładał couverts de service i mówił zawsze Merci, Jarek, i to Merci, Jarek było już samo pieszczotą tak mnie w skrytości rozpalającą, że nie potrafiłem sobie wyobrazić, co to może być za rozkosz znaleźć się w tych dłoni dotyku, w tych ust pocałunku.

Djamel, przypomnij mi, jak ty masz na nazwisko?, zapytał nagle Michel swoim donośnym głosem. Djamel odpowiedział, było to długie kabilskie nazwisko. Bouba- co? Nie mógłbyś się nazywać po prostu Moreau, jak wszyscy? Nad stołem rozległ się jego gromki śmiech.

*

W jeden gorący, słoneczny dzień wyszedłem na tę dróżkę wysypaną drobnymi kamyczkami i zdjąłem buty, chciałem przejść się tak jak Djamel po nich chodził – na bosaka. Ale wrzynały mi się w stopy boleśnie, zdołałem zrobić tylko kilka kroków. Jak on to robił? Któregoś z tych dni, gdy Michel był na zamku, szliśmy razem we trzech, z donżonu do Petit Château, i Djamel znowu stąpał po tych kamyczkach boso, i wtedy już nie mogłem się powstrzymać przed wyrażeniem podziwu. Tak, podziw to rzeczywiście właściwe słowo. Djamel odpowiedział, że od dziecka często chodził boso, zwłaszcza latem w Algierii, dokąd jeździli całą rodziną na wakacje, więc się przyzwyczaił. Michel spojrzał na mnie przyjmując niespodziewanie filozoficzny wyraz twarzy, oczywiście dla zgrywy. Ils sont durs, les Arabes, c’est pour ça, powiedział z udawaną śmiertelną powagą, po czym wybuchnął swoim donośnym śmiechem.

Algierskie pochodzenie Djamela było dla mnie jak odkrywanie nowego lądu. Lądu, który wabił ciepłem, zapachami, barwami – i tajemnicami. Dotychczasowe kilka tygodni pobytu we Francji już potrząsnęło wieloma moimi polskimi przyzwyczajeniami, wieloma pewnikami. Żeby cokolwiek zrozumieć ze świata, trzeba z Polski wyjechać, trzeba z niej wyjeżdżać. Co ja wiedziałem wtedy o Algierii? Typowe polskie pierdololo, z ust mojego ojca, nauczyciela historii i jakiegoś programu w telewizji: że dla Francuzów Algieria była jak jedno z ich własnych „województw”, dlatego taki straszny ból im sprawiła jej utrata w tej całej wojnie. A Algierczycy co o tym sądzili, może by ktoś tym się trochę zainteresował? Dlaczego nikt w Polsce nie zadawał takich pytań? Dlaczego naród, który sam był podbijany i kolonizowany przez silniejszych sąsiadów, nie odczuwa minimum solidarności z Algierczykami, tylko się wzrusza „bólem” ich kolonizatorów i podziela ich rojenia o Algierii jako regionie samej Francji? To wszystko było dla mnie bardzo nowe, całkiem jak niezwykła uroda Djamela, i wchodziło razem w drżący rezonans z przejmującym mnie pragnieniem wyjścia w nieznane. Pragnieniem, które wciąż szukało sposobu wyrwania się ze swojego lochu, na intymne spotkanie z tym pięknym, o rok ode mnie starszym mężczyzną.

*

Wśród aktorów na zamku pojawił się niejaki George Aguilar, Amerykanin od lat żyjący we Francji. Nie tylko Amerykanin, najprawdziwszy Apacz! Silny, mocno zbudowany mężczyzna, o trudnym do odgadnięcia wieku – trudnym za sprawą długich, pięknych kruczoczarnych włosów. Był ów Aguilar mężem Josiane Balasko, bardzo popularnej we Francji aktorki komediowej. I cierpiał na bezsenność.

Ze względu na tę przypadłość nie próbował nawet kłaść się spać przed trzecią w nocy, każdego wieczoru szukając kogoś, kto dotrzymałby mu towarzystwa, najlepiej sącząc jakiś trunek i grając w kości. Aguilar miał swoją ulubioną grę w kości, która polegała na tym, że wygrywał ten, kto pierwszy zdobył dziesięć tysięcy punktów. Aguilar stopniowo, wieczór po wieczorze, wciągnął do tej gry mnie, Djamela, Alexandre’a, Chantal, Michela, Dominique, kucharza Pierricka i niektórych z aktorów. Nawet sędziwej Madame Zivi zdarzyło się zagrać. Z Pierrickiem często przesiadywał do bardzo późna w noc, ponieważ Pierrick też bardzo mało sypiał, czasem zaledwie trzy godziny. Może dlatego robił się czasem strasznie nerwowy i agresywny w okolicach pór posiłków, zastraszając w ten sposób biedną Martine, która czasami unikała jakiegokolwiek kontaktu z nim, nawet uciekała przed nim z kuchni. Kiedy przesiadywał tylko z Pierrickiem, bo jednak wszyscy inni potrzebowali więcej snu, częściej niż w kości, grali w bilarda w barze w Petit Château.

Po dwóch tygodniach pobytu Aguilara na zamku bakcyl gry w dziesięć tysięcy panował tam już szeroko.

Była to pewnie sobota, spokojny weekend, kiedy aktorzy pojechali do domu na dwa dni, a do gospodarzy nie wpadli żadni ich znajomi, i w taką sobotę Djamel zawołał mnie po kolacji, żebym dołączył do nich w bibliotece pograć w kości. Przy stoliku siedzieli Chantal z Michelem, Dominique i Alexandre. Chantal zachęciła mnie, żebym sobie przytargał któreś krzesło, jedno stało niedaleko kabiny z cygarami, i się przysiadł. Gra była prosta, do nauczenia w kilka minut i od pewnego momentu toczyła się niemal samoczynnie, bez konieczności myślenia, dlatego dawała tyle zabawy, nawet pomimo zmęczenia, które mi jednak odrobinę dokuczało.

Michel zaoferował mi kieliszek oszałamiająco aromatycznego armaniaku, którym sam się już raczył. Graliśmy na okrągłej drewnianej piste, jak to nazywali, wyłożonej zielonym zamszem. Na leżącej na stoliku kartce zapisywaliśmy punkty. Djamel i Alexandre również częstowali się tym armaniakiem, Chantal piła swoją zwyczajową werwenę, a Dominique herbatę. Przegrywałem z kretesem. Co chwilę się z czegoś śmialiśmy. Sacré Jarek! – powtarzała Dominique z nieprawdopodobną uciechą za każdym razem, kiedy lądowałem znowu na samym dole tabeli.

Znacie w Polsce taką postać z programów dla dzieci, Casimir miał na imię?, zapytał nagle Djamel, z błyskiem w oczach niczym u dziecka, które przypomniało sobie o czymś niesamowitym. Nie wydawało mi się, ja nic takiego nie kojarzyłem. O, to taki świetny program był, chyba z dziesięć lat to leciało, jeden bohater ma na imię Casimir, to był taki pomarańczowy dinozaur czy jaszczur, czy coś, i od dzieciństwa tak mam, że jak mowa o polskich imionach, to pierwszy przychodzi mi na myśl Casimir. To polskie imię, no nie? No, tak jakby, zaadaptowane trochę, po polsku to tak naprawdę byłby Kazimierz. O, szkoda, że tego nie znasz, to było naprawdę zabawne, Djamel nie przestawał się uśmiechać.

*

Następnego dnia rano znalazłem się w kuchni na śniadaniu sam na sam z Djamelem. Ponieważ była niedziela, wszyscy pozostali – a w ten weekend na zamku było niewiele osób – pozwolili sobie spać dłużej. Nawet Martine jeszcze nie przyszła do pracy, a kucharz Pierrick upiekł croissanty i małe pains au chocolat i wrócił do swojego pokoju. Tak więc siedzieliśmy przy stole tylko my, Djamel i ja, twarzą w twarz, popijając gorącą kawę i jedząc te pyszne croissanty. Piliśmy też sok z grejpfrutów, który ja sam wycisnąłem poprzedniego wieczora, po kolacji. Na stole stał też, w drugim dzbanku, sok z pomarańczy, którego było więcej, bo w grejpfrutowym gustowało znacznie mniej osób.

Od dzisiaj będę się do ciebie zwracał per Casimir, zaczepiał mnie, zanosząc się śmiechem jak dziecko. No to ja będę cię nazywał Szwajcar, odpowiedziałem, również się śmiejąc. Słowo Szwajcar wypowiedziałem po polsku, stąd jego znaczenie było dla Djamela zagadką. Ça veut dire quoi, „Szwajcar”?, zapytał z zainteresowaniem. Co to znaczy? Ça veut dire Suisse, odpowiedziałem, ale to ma też inne znaczenie, to taki szyfr wśród polskich imigrantów w Paryżu. Polacy, których poznałem przez ów miesiąc spędzony w Paryżu i Aulney-sous-Bois, mówili tak między sobą o Arabach, zwłaszcza, gdy byli nie tylko we własnym gronie, na mieście, w metrze, w jakimś miejscu publicznym. Chodziło o to, żeby Arabowie, którzy akurat byli w okolicy, albo o których była mowa, nie słyszeli, że o nich mowa. Po polsku Arab brzmi dokładnie tak samo, jak po francusku, chodziło o słowo zastępcze, zupełnie niepodobne, żeby można było mówić o nich przy nich bez ich wiedzy. Tym bardziej, że Polacy często zamieszkiwali te same tańsze dzielnice, w których żyje także mnóstwo Arabów.

Djamela to bardzo rozbawiło. Powtórzył słowo ‘Szwajcar’ kilka razy, jakby jego język i usta się nim bawiły. Podniecało mnie to do bólu, chciałem, żeby pobawiły się tak mną. Zdumiewająco dobrze je wypowiadał, byłem pod wrażeniem. Wyjaśnił mi, że wymowa w obcych językach przychodzi mu bardzo łatwo, bo wychował się w trzech jednocześnie, francuskim, arabskim i kabilskim. Mają one różne systemy fonetyczne, w arabskim i kabilskim są głoski, których nie ma we francuskim, i na odwrót. Od dzieciństwa umiał więc wypowiadać dużo więcej głosek niż jest w jednym języku, to było jak pula, z której można było czerpać, wybierać, wyszukiwać, podchodząc do nauki kolejnych.

Kiedy wyglądało na to, że obaj skończyliśmy już śniadanie, podniosłem się i powiedziałem: OK, Szwajcar, muszę już iść, bo mam sporo pokojów do przygotowania na jutro. Zebrałem mój talerz, szklankę, filiżankę i sztućce, i chciałem sięgnąć po jego. Djamel jednak mnie powstrzymał i delikatnym ruchem odebrał mi wszystko z ręki. Pozwól mi dzisiaj posprzątać po tobie, powiedział z uśmiechem. Nie no, nie wygłupiaj się. Nie wygłupiam się, całymi dniami sprzątasz po wszystkich, ja mogę raz posprzątać po tobie. Zebrał wszystko. Chodziło tylko o włożenie tego do zmywarki do naczyń, ale spontaniczna szczerość tego gestu mnie rozbroiła. Podziękowałem mu i poszedłem na schody, żeby się zabrać za pokoje dla aktorów, którzy mieli przyjechać następnego dnia. Jednym z nich miał być sam Michael Lonsdale, który od jutra dołączał do ekipy zdjęciowej. Kiedy odchodziłem na te schody, czułem się, jakby połowa mojej krwi pulsowała w moim podbrzuszu, rwąc się pasją rozbudzoną tym niespodziewanie zachwycającym początkiem dnia, kilkoma chwilami, w których Djamel był cały tylko dla mnie i zachował się tak uroczo.

W ciągu dnia, kursując między donżonem a Petit Château z wymianą ręczników i prześcieradeł, zobaczyłem Djamela siedzącego przy stoliku w ogrodzie z Madame Zivi, rozmawiali o czymś. Już kilka razy widziałem ich w rozmowie, wyglądało na to, że Djamel zaprzyjaźnił się ze staruszką, którą jej własna rodzina uważała za bardzo trudną osobę. Chantal często się o coś na swoją matkę irytowała, Michel absolutnie jej nie znosił; przy obiadach i kolacjach ciągle jej czynił jakieś docinki i złośliwostki. W dni, kiedy był na zamku, poza dwiema porami dnia, gdy wszyscy musieli razem zasiąść do stołu, unikał jak ognia jej towarzystwa, po niejednej przyobiedniej wymianie zdań odchodził od stołu, przeklinając na nią pod nosem. Wnuczka i wnuczek, ona w moim wieku, on dwa lata starszy (jak dotąd widziałem ich tylko przez dwa weekendy), odnosili się do niej z uprzejmością i szacunkiem, możliwe, że cokolwiek wystudiowanym, ale widać było, że rozumieją powody nastawienia, jakie ma do niej Michel. Widać było, że towarzystwo Djamela sprawiało Mme Zivi ogromną radość, coś ją w nim niesłychanie intrygowało, coś ją do niego przyciągało – dało się to wyczytać z jej oczu za każdym razem, gdy Djamel był z nią przy stole, gdy się odezwał w jakiejkolwiek sprawie. Dla mnie z kolei ta jego zdolność do zaprzyjaźnienia się z tak trudną staruszką była kolejną rzadką perłą, którą odkrywałem w tym zachwycającym mężczyźnie.

Wieczorem tamtej niedzieli Chantal i Michel poszli po kolacji do salonu obejrzeć coś w telewizji. Gdy z Pierrickiem i Martine posprzątaliśmy po kolacji i przygotowaliśmy śniadanie na nazajutrz, zabrałem wielki worek z kuchennymi śmieciami i wyniosłem go na zewnątrz. Trzeba go było dotaszczyć aż na tyły Petit Château, skąd raz w tygodniu zabierane były ponownie przez Daniela i wystawiane za bramą, żeby zabrali je smieciarze. Zmierzając tam, musiałem obejść Petit Château, i idąc wzdłuż jego murów zobaczyłem światło w salonie zwanym barem, a w środku Djamela i Alexandre’a. Rozmawiali o czymś: Djamel żywo i energicznie, Alexandre, jak zawsze, trochę zgaszony. Kierowali się ku łaźni tureckiej, do której wchodziło się wąskim korytarzykiem, wejście do którego znajdowało się obok wielkiego na pół ściany kamiennego kominka. Zaniosłem śmieci tam, gdzie trzeba, odstraszając jakieś zwierzę, może lisa, może jakąś łasicę, która przez krzaki próbowała przesnuć się ku workom już tam wczoraj i przedwczoraj odstawionym. Szybkim krokiem wróciłem do donżonu, żeby sprawdzić, czy coś jeszcze zostało do zrobienia i powiedzieć dobranoc Martine, Chantal i Michelowi. Chciałem się uwinąć jak najszybciej, biegłem prawie, żeby zastać jeszcze Djamela w Petit Château. Byłem podekscytowany, bardziej niż się spodziewałem, bardziej niż byłem na to przygotowany – nie będzie to sam na sam, bo był tam z nim Alexandre, ale zawsze to jego towarzystwo, i wszystko będzie wyglądać najzupełniej naturalnie, bo przez salon zwany barem wiodła w końcu droga do mojego pokoju.

Kiedy tam dotarłem, Djamel i Alexandre byli w hammamie. Dobiegało stamtąd światło, nawet trochę pary wymykało się przez prowadzący tam korytarzyk, słyszałem ich głosy. Postanowiłem nalać sobie coś do picia i czekać, aż wyjdą. Zrobiłem sobie campari z tonikiem, moje odkrycie tamtego lata, zawdzięczałem je Michelowi. Nie czekałem na nich długo, Alexandre wyszedł z hammamu kilka minut później, w kąpielówkach. Na mój widok zapytał, czy pójdę z nimi na basen, chcą się wykąpać w świetle księżyca, powietrze na zewnątrz wciąż było przyjemnie ciepłe. To dlatego okno-drzwi jakieś półtora metra ode mnie było już otwarte: stanowiło najbliższą drogę prowadzącą na basen w ogrodzie; basen tego wieczora pozostał niezakryty. Nie chce mi się za bardzo, odpowiedziałem, późno już, nie będę siedział długo, muszę jutro wstać wcześnie rano. Tak naprawdę zdjął mnie lęk przed odsłonięciem mojego chudego, niewydarzonego ciała przed Djamelem, przed tym, że nie opanuję w jego obecności wzwodu, i że Alexandre będzie temu świadkiem, a ja najdosłowniej spalę się ze wstydu, nawet zanurzony w wodzie.

Alexandre wyszedł więc na zawnątrz i wskoczył do wody. Wtedy z hammamu wybiegł Djamel – był całkiem nagi. Moje gardło, serce i żołądek zdobyła gwałtowna, gorąca fala pożądania. Casimir! Viens avec nous!, krzyknął, śmiejąc się, przebiegł obok mnie i wybiegł na zewnątrz, wskakując z krzykiem do basenu. Jego nagie ciało było przepiękne – dyskretnie śniady kolor jego skóry, tak jednak ciemniejszy od smutnej bladości mojego, gładki brzuch, szeroka pierś, zaskakująco muskularne pośladki i uda. Widziałem nawet jego przyrodzenie, większe i piękniejsze od mojego. Jak to zrobić, co mogę zrobić, skąd wziąć odwagę, żeby poznać dotyk, uścisk tego ciała będącego nagim, et la façon de laquelle il fait l’amour? Zdjął mnie zachwyt i ścisnął mnie ból. Poczułem się przy nim zupełnie nieadekwatny, nieudany, jakby on miał wszystko, czego mi brakowało. Ja byłem blady i chudy, moje mizerne ciało ważyło pięćdziesiąt siedem kilogramów – nie lubiłem go odsłaniać, bo czułem się, jakbym wystawiał na pokaz wszystkie swoje słabości. Kolor skóry Djamela miał w sobie nutę cynamonu, był wysoki i pięknie smukły, a jego ramiona szerokie: był bez porównania silniejszy, bardziej wysportowany ode mnie i bez wstydu czy obaw rozebrał się przy nas do naga i kąpał się tak w odkrytym basenie. Pomyślałem o tym, jak chodzi nieraz boso po tych kamyczkach, którymi wysypane są drogi w ogrodzie, między donżonem a Petit Château, które mnie tak boleśnie wżynały się w stopy. Wydawał mi się bliższy naturze, w zgodzie z własnym ciałem, nad którym panował i które było znacznie bardziej męskie, tyleż piękniejsze niż moje. Jakżeż ja pragnąłem czuć się wreszcie tak dobrze i u siebie we własnym ciele – czy do tego można kiedyś dorosnąć, nauczyć się tego? Pomyślałem, że to właśnie ciało Djamela, jak nic innego, mogło mnie tego nauczyć, to w jego uścisku, w jego pieszczotach, w nieskończonej rozkoszy, jakiej wiedziałem, że doświadczyłbym za jego sprawą, gdyby tylko ten przepiękny francuski Kabil odwzajemnił moje pragnienie, mogło mnie tego nauczyć, sprawić, że stanąłbym wreszcie mocno na dwóch nogach i prosto przed siebie, wszystkim w oczy, jak mężczyzna, a nie jak jakaś łajza przepraszająca, że żyje.

Tej zgodzie z własnym ciałem, wygodzie we własnym ciele, które w nim widziałem, nie stał na przeszkodzie jego intelektualizm, jego oczytanie, jego studiowanie filozofii, wieczne towarzystwo książek. Podobnie jak nie stanowiły one przeszkody w błyskawicznym nawiązywaniu kontaktu z bardzo różnymi ludźmi, wszyscy od razu go lubili, Chantal, Michel, Madame Zivi, aktorzy, Martine. Z dystansu mojej własnej nieśmiałości, prześladującego mnie wrażenia, że jestem notorycznie przez otoczenie niezrozumiany, że nikomu specjalnie nie zależy na moim towarzystwie – zazdrościłem mu tego ogromnie. Kiedy byłem młodszy, miałem lat naście, zaszywałem się w kącie z książką lub filmem w mojej samotności, myślałem, że tak to już jest, kiedy się tak bardzo lubi książki i dziwne filmy, że to jest cena za przyjemności przez książki i dziwne filmy oferowane, że kto ma intelektualne tęsknoty zawsze jest trochę samotny, trochę nie przystaje. W Djamelu, jak nigdy wcześniej, widziałem, że to nieprawda, i płonąłem pożądaniem.

Wyszedłem za nimi z moim campari z tonikiem w ręce, żeby porozmawiać, ale tak naprawdę, żeby wykraść trochę więcej widoku nagości tego tak przeze mnie upragnionego ciała. Było ciemno, ale do basenu docierały smugi światła z kilku lamp wokół – łamiąc się na wzburzonej powierzchni wody, odsłaniały nagłymi błyskami fragmenty nagości Djamela, tu jego pośladki, tam udo, nagle łydkę, czasami nawet przyrodzenie. Jego ciało pokrywało niewiele włosów: trochę na przedramionach i łydkach, trójkąt nad przyrodzeniem i smużka biegnąca od podbrzusza ku pępkowi, ale wygasająca, zanim zdążyła dosięgnąć celu. Zapytałem, czy woda nie zrobiła się już zimna. Trochę się zrobiła, zaraz wychodzimy, zaśmiał się Djamel. Alexandre potwierdził i wyszedł z wody, kierując się z powrotem do baru.

Djamel podpłynął do brzegu basenu i oparł się łokciami o jego krawędź, wynurzając pierś. Musiał gdzieś zdjąć z włosów gumkę, albo zgubił ją w wodzie, bo jego mokre włosy były już rozpuszczone i lepiły się do jego szyi i pleców. Nie chcesz się wykąpać, Casimir?, śmiał się. Nie, Szwajcar, nie chcę, śmiałem się również. Pożądałem go w tamtym momencie bardziej niż kiedykolwiek przedtem. Miałem wrażenie, że z tego niewyrażanego pożądania rozpadnę się zaraz w drżącą maź, która spłynie chaotycznie do tego basenu. Kiedy będę mógł mu powiedzieć, jak bardzo go pragnę? Djamel wynurzył się nagle całkiem z wody i wyskoczył na brzeg. Tym razem zasłonił obiema dłońmi swoje obrzezane przyrodzenie, gdy już stanął wyprostowany. Chodźmy do baru, Casimir, napijemy się jeszcze czegoś. I pobiegł do środka, ja poszedłem za nim, nie mogąc wzroku oderwać od jego jędrnych, gładkich, przepięknych pośladków.

Czego się napijesz, Szwajcar?, zapytałem, podczas gdy on pobiegł do hammamu, żeby wziąć stamtąd jakiś ręcznik. Jakiejś whisky, odpowiedział, bourbona. Alexandre tymczasem pił już piwo. Nalałem Djamelowi Four Roses i postawiłem szklankę na blacie baru. Djamel wrócił z hammamu z ręcznikiem zawiniętym wokół pasa. Z włosów kapała mu woda, której krople spływały po jego ramionach i klatce piersiowej. Jedna z nich zawisła na chwilę na jego sutku, wzbudzając we mnie kolejną falę pożądania. Jak ja chciałem ją stamtąd zetrzeć! Nogi wyrzucił do przodu, krzyżując łydki. Jakże piękne były to łydki! Można by pomyśleć, że był tancerzem, tak były piękne. Łydki należały do tych nielicznych części jego ciała, które były trochę owłosione. Były to włosy miękkie, niezbyt gęste, a gdy był mokry, woda sklejała je w małe strzałki podążające w dół, w stronę stóp, których przeguby były zachwycająco wąskie.

tors czarno białe

Powyższy tekst to fragment powieści Nirvaan, nad której ukończeniem wciąż pracuję. Inny fragment, jeszcze nieostateczny, umieściłem już kiedyś tutaj, inny tutaj, a jeszcze inny ukazał się w art-zinie literackim Papier w Dole, nr 4-5 (2017).

pwd

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Karim

Tamtego dnia wspiąłem się na Sacré-Coeur na Monmartre. Po schodach, bo nie chciałem wydawać na kolejkę. Była wspaniała, słoneczna pogoda, ale bez żaru. Słońce odbijało się od białych murów bazyliki, wokół której siedziało lub kręciło się sporo ludzi, oczywiście głównie turystów. Ja snułem się powoli, podziwiając miasto. Od czasu do czasu przystanąłem gdzieś, aż w końcu usiadłem na stopniu schodów. Nie wiedziałem, co robić, jeśli nie uda mi się znaleźć żadnej pracy. Potrzebowałem na czesne tyle kasy, ile się po prostu nie dało wtedy na polskiej prowincji zarobić w wieku dwudziestu dwóch lat. Potrzebowałem na czesne, zapożyczyłem się na ten wyjazd u kumpeli ze studiów, Gosi, zaczynałem się naprawdę bać, że wkrótce zbankrutuję. Nawet bilet na autobus, dwadzieścia dwie godziny z Katowic do Paryża, kupiłem tylko w jedną stronę, żeby powrotny zarezerwować, jak już coś na miejscu zarobię. To był mój pierwsz raz we Francji. Wszyscy moi znajomi studenci jeździli latem na saksy, do Niemiec, Holandii, Anglii, niektórzy Norwegii albo Szwecji. Ja pojechałem do Paryża, bo znałem język, to znaczy myślałem, że znałem, zdałem maturę na celujący, sto punktów na sto możliwych, ale od dwóch tygodni miałem wrażenie, że musiałem się widocznie uczyć jakiegoś zupełnie innego języka, albo jakiejś martwej, historycznej wersji tegoż, z takim trudem przychodziło mi wciąż zrozumienie, co ludzie wokół do mnie mówili. Czy oni muszą wszyscy mówić tak szybko, zapierdalać tak niemożliwie, urywać te końcówki?! – chciało mi się czasem płakać z rozpaczy. „Żsepa”? Na litość boską!

Ale samo miasto, choć snułem się po nim na rozrywki nie mając pieniędzy, działało na mnie kojąco. Jakże ja pragnąłem wyrwać się wreszcie na zawsze z tej mojej zapadłej dziury na Dzikim Wschodzie Europy i zacząć w końcu żyć, naprawdę żyć, w prawdziwym mieście, w zasięgu cywilizacji! W Paryżu, w podziemnym pasażu z Gare du Nord do La Chapelle, afrykańskie kobiety w swoich kolorowych sukniach i nakryciach głowy nosiły na plecach swoje piękne afrykańskie dzieci o pięknych wielkich, czarnych oczach. W dzielnicy Marais bary, nad którymi powiewały tęczowe flagi, wylewały się stolikami otwarte na ciepłe słońcem ulice, jak każde inne bistro, i nikt nie wstydził się tam siedzieć, nie potrzebował ukrywać się przed światem. Moje serce biło tam jak szalone, jakbym wchodził do jakiegoś Zakazanego Miasta – a więc można się tak nie bać, też kiedyś w końcu taki będę, nie będę się bał ani wstydził? Wszędzie były kina, a w tych kinach wszystko. Filmy z Rosji, Islandii, Hiszpanii, Indii, Chin, nawet na takiej peryferii jak Aulney-sous-Bois, przedmieście, na którym pomieszkiwałem, mieli niebawem pokazywać film z Nigerii. Z Nigerii! Zastanawiałem się, czy w mojej dziurze na Dzikim Wschodzie Europy pokażą jakiś afrykański film do 2050 roku. Jeśli otworzą tam znowu kino, bo przecież zamknęli, zanim skończyłem liceum.

I kiedy tak siedziałem na schodach przed Sacré-Coeur, naprzeciw mnie po tych schodach wchodził młody czarny mężczyzna w dżinsach z dziurą na kolanie i czerwonym t-shircie z żółtymi brzegami. Miał dwadzieścia kilka lat i był przepiękny. Jego sylwetka poruszała się giętko i zwinnie, był bardzo szczupły w pasie, jego ramiona były szerokie. Czerwony t-shirt przytulał się do jego ciała, podkreślając zachwycający kształt jego giętkiego torsu. A na tym czerwonym t-shircie, ku mojemu więcej niż zdumieniu, malował się żółty sierp i młot, i litery CCCP. Przyglądałem mu się, jak tak wchodził do góry i dostrzegłem, że nie tylko jego sylwetka była piękna – twarz jeszcze bardziej. Miał niedużą głowę, wystrzyżoną prawie do zera, ale prawie, więc pokrywał ją krótki, gęsty meszek. Miał mocno zarysowaną szczękę i wyraźnie zaokrąglony podbródek. Jego oczy były wielkie i błyszczące. Zauważyły, że się na niego gapię jak zaczarowany. Więc te oczy zaczęły spoglądać na mnie. Przerażony spuściłem wzrok. Przecież nie zagadam do niego tutaj tak na oczach tych wszystkich zwiedzających, przecież nie zagadam do niego w tym języku, którym władam znacznie słabiej, niż myślałem jeszcze miesiąc temu. Przecież może on wcale nie odpowiada zainteresowaniem, tylko się zaraz wkurwi, myśli sobie, patrząc na mnie z politowaniem, co ten pedał z nie wiadomo skąd sobie myśli, tak się gapiąc na mnie – że ja jestem taką samą ciotą jak on? I spuści mi bęcki, a nie żadne tam, że będziemy sobie zaraz jak skowronki. Czułem, jak czerwień rozgrzewa mi policzki, kompromitując mnie jeszcze bardziej, więc z braku lepszego pomysłu wpatrywałem się w swoje buty, jakbym pierwszy raz je widział, wyczekując niecierpliwie, aż mnie wyminie i ten niespodziewany koszmar dobiegnie końca. Wyminął mnie. Zdążyłem zwrócić uwagę na jego wysokie trampki, które były tak fajne i tak do wszystkiego w nim pasowały, że czyniły skubanego jeszcze piękniejszym, sprawiały, że prezentował się jeszcze bardziej dynamicznie, jeszcze bardziej sprężyście.

Odetchnąłem z ulgą, zagrożenie zniknęło gdzieś za moimi plecami. Nie oglądałem się, nie chciałem się zachowywać podejrzanie. Choć miałem poczucie, że tak usilnie unikając zachowywania się podejrzanie, zachowywałem się podejrzanie. CCCP. Na tym podkoszulku. Sierp i młot. Czy to nie powinien być obciach? Wiele pytań zacząłem sobie zadawać dopiero od tamtego wyjazdu do Francji. Ktoś, kto nie wyjeżdża z Polski, niczego nigdy nie zrozumie. Podróże zawsze kształcą, ale podróże z Polski – zwłaszcza. Polska to cieplarnia obskurantyzmu, chlew leniwej głupoty szukającej tylko w błocie, wciąż w tym samym, w którym ryje w poszukiwaniu swojej cebuli: potwierdzenia swoich obsesji, w koło Macieju tych samych, coraz bardziej tych samych.

I wtedy zauważyłem, że ktoś obok mnie usiadł, na tym samym stopniu, bardzo niedaleko. Strach sprzed paru minut jeszcze trzymał, więc pragnąc uniknąć zachowywania się w sposób podejrzany, konsekwentnie zachowywałem się podejrzanie, nie podnosząc wzroku, tylko zatrzymując go na kolanie tego, kto tam usiadł. Na pięknym ciemnoskórym kolanie, które łypało na mnie przez dziurę w przetartych dżinsach. Tych samych dżinsach na tych samych szczupłych, zwinnych nogach, które wyminęły mnie kilka minut temu. Ponieważ moje próby unikania podejrzanych zachowań robiły się coraz bardziej podejrzane, podniosłem w końcu wzrok. Serce zaczęło mi się rozbijać o żebra jak obłąkane, bo mój wzork spotkał jego oczy. Przyglądał mi się, a te czarne tęczówki błyszczały przepięknie pod podkręconymi rzęsami. I jak tak siedział już tak blisko mnie, to mogłem tylko powiedzieć, że pierwsze wrażenie było bardziej niż trafne, tak kurewnie był przepiękny. Chyba widział, że jestem w stanie co najmniej zmieszania, bo się uśmiechnął szerokim łukiem, a jego policzek (widziałem w owym momencie tylko jeden) przebił głęboki dołek. Z tym dołkiem zrobił się jeszcze piękniejszy, tak piękny, że aż wszystkie moje trzewia ściągnęły się w jeden ciasny węzeł. Teraz już wiedziałem, że o cokolwiek mu chodziło, na pewno nie był na mnie wściekły i nie chciał mi spuścić wpierdolu, ale co wystarczy, żeby powstrzymać atak paniki, to wciąż bywa za mało, żeby obudzić prawdziwą odwagę.

Je m’appelle Karim, powiedział. Et toi?, zapytał. Głos zagubił mi się gdzieś po drodze do gardła, nie wiedziałem gdzie. Ale on czekał. Przestał się aż tak szeroko uśmiechać, ale ciągle czekał na odpowiedź. Swoje długie, szczupłe, ale jednak muskularne – Boże, jak muskularne! – ramiona wyrzucił do przodu, opierając łokcie na kolanach. W tym o to odsłonięte dziurą w dżinsach, którego obecność tak blisko doprowadzała mnie do obłędu. Sugerowała, jak piękne może być wszystko inne, co Karim ma do odsłonięcia. Jarek, odpowiedziałem. Je m’appele Jarek. Zapytał, skąd to imię, pierwszy raz się z nim spotykał. De Pologne. Je suis polonais.

Jego wyrzucone w przód ramiona ułożyły się tak, że dłonie się spotkały, dotykały się kciukami i kilkoma innymi palcami. Mój wzrok umykał mi ku tym jego dłoniom, choć gorączkował się bardzo, bo w tym celu z goryczą opuszczał jego zachwycającą twarz, ale te dłonie, te palce, tak samo były przepiękne. Były długie, ale tylko na pozór delikatne. To była ich zmyłka, ściema, widziałem, że były silne, mocne, energiczne. I miały na końcach przepiękne paznokcie, jasne na tle jego ciemnej skóry, różowe, każdy najpiękniejszego kształtu, jaki tylko może mieć paznokieć akurat tego palca. Miałem ochotę zabrać te palce i pokazać je Rafaelowi, żeby zobaczył, jak wyglądają piękne ludzkie palce, piękne dłonie, piękne paznokcie, nie to, co te obłe glisty, które on na tych swoich katolickich szmirach malował. Paznokcie Karima były długie, ale nie za bardzo, zaokrągląne łukami tu i ówdzie, ale jednak trochę kanciaste, prawie płaskie, a jednak odrobinę wygięte. Jak malutkie porcelanowe dachóweczki.

T’es là en vacances?, zapytał po uciążliwie długiej chwili mojego milczenia. Zmieszałem się wtedy, poruszałem jakoś dziwnie głową, sam nie wiedziałem, czy to bardziej wyglądało na „tak” czy na „nie”, no i wydałem z siebie coś niebezpiecznie przypominającego jęk raczej niż jakieś słowa. Jakby pożarł mnie nagle wstyd, że jestem tutaj w desperackiej potrzebie znalezienia pracy, jakiejkolwiek pracy, oczywiście pewnie najgorszej z możliwych – kelnera, na zmywaku – byle jakiej, bo i tak zarobię więcej, niżbym mógł w jakikolwiek sposób zarobić w Polsce. Że potrzebowałem pieniędzy na studia. Że jestem tutaj z biedy naszej wschodnioeuropejskiej. Co zrobić, żeby tego teraz nie spierdolić? Żeby te piękne palce dotykały mnie, wbijały się we mnie dzisiaj w nocy? Czy te gładkie, twarde bicepsy, które wybijały się spod rękawków tego podkoszulka z symbolami ZSRR, mogły mnie dzisiaj objąć, ściskać, trzymać blisko i mocno?

Zauważył moje zmieszanie, spuścił więc ze mnie wzrok, a potem podniósł go przed siebie. Słońce grzało milczenie, które między nami znowu zawisło. Karim chyba też zaczął czuć się trochę głupio. Co ja wyrabiałem? Byłem z dala od mojego polskiego zadupia, od mojego piekła, od portretów papieża na scianie, od szkoły, w której korytarzu szleściła złowrogo księża sutanna, od Wojciecha Cejrowskiego na antenie publicznej telewizji. Nikt mnie tu nie znał, nic mi tu nie groziło, nikt nie rozpowie niczego na moim osiedlu. Wydarzyło się właśnie coś, o czym marzyłem i czego możliwości zazdrościłem wszystkim „normalnym”, wszystkim heterykom: siedzę sobie na mieście i przepiękny przybysz z jakiejś egzotycznej baśni – pierwszy raz w życiu rozmawiałem z czarnoskórym mężczyzną! – próbuje poderwać mnie. Na dodatek podrywał mnie przed bazyliką, mógłbym spędzić najbliższą noc z przepięknym mężczyzną – chyba muzułmaninem, zgadując po imieniu – który wyhaczył mnie przed kościołem katolików. Oprócz innych rozkoszy, które by za tym poszły, bo nie mogłyby nie pójść z tak zachwycającym mężczyzną, popełniłbym tak piękne, wymarzone bluźnierstwo. Nic nie ryzykuję, on już przecież wykonał pierwszy krok, potrzebuję tylko tego minimum odwagi, żeby na ten jego krok odpowiedzieć, wykonać własny krok i zatrzymać go przy sobie. To nie powinno być takie trudne. A jednak było. Strach mnie spraliżował. O tyle rzeczy mogłem od niechcenia zapytać, pal licho wymowę – a gdybym nie zrozumiał odpowiedzi, mogłem poprosić o powtórzenie, albo udawać, że zrozumiałem i próbować dalej. Jesteś Francuzem, czy też tu skądś przyjechałeś? Jeśli tak, to skąd? Jeśli nie, to skąd pochodzi twoja rodzina? Co robisz, studiujesz coś? Skąd ten sierp i młot na koszulce?

Ale im dłużej zasychało między nami to milczenie, tym bardziej grzęzłem w moim paraliżu. Błagam, nie poddawaj się, daj mi jeszcze szansę, pytaj dalej, mów coś, aż wreszcie uda mi się przełamać ten impas, tę blokadę, której sam nie rozumiem, i zaczniemy w miarę normalnie rozmawiać, może nawet zejdziemy z tego wzgórza i pójdziemy do któregoś z barów w jednej z tych uliczek na dole, napijemy się piwa lub wina, może nawet pójdziemy na obiad, nawet jeśli miałby mnie kosztować tyle euro, ile planowałem rozłożyć na cały tydzień. Tylko nie poddawaj się i zagadaj jeszcze raz, zapytaj o cokolwiek. Powiedz cokolwiek. Nie chcę cię spławić, wręcz przeciwnie, chcę cię zatrzymać, więcej nawet, niczego dzisiaj nie pragnę bardziej niż poczuć na sobie dotyk i energię tych nieprzyzwoicie pięknych dłoni. Tylko nie wiem, jak to zrobić.

Niestety, już wszystko straciłem. Karim poczuł się chyba niemile widziany, albo pomyślał, że może jednak jestem palantem. Wstał. Miałem wrażenie, że rzuca ku mnie spojrzenie ostatniej szansy, ale nawet tego nie wiedziałem na pewno, bo znowu nie miałem odwagi podnieść wzroku i spojrzeć mu w twarz. Więc odwrócił się i skierował po schodach w dół. Kiedy podniosłem wzrok, mogłem się już tylko przyglądać, jak jego piękna, zwinna sylwetka oddala się ode mnie. Na zawsze? To znaczy, mogłem ciągle jeszcze go zawołać, mogłem nawet wstać i podbiec do niego, ale skoro nie miałem sił ni odwagi odpowiedzieć na jego zaczepki, kiedy siedział tuż obok, dając mi do zrozumienia najjaśniej, jak tylko się dało, że jest mną zainteresowany, to skąd miało mi starczyć sił i odwagi, żeby teraz wykrzyknąć jego imię lub pobiec za nim?

Nie starczyło.

Czułem się, jakbym podpisał na siebie wyrok. Wiedziałem, że popełniłem grzech śmiertelny, za który zasługuję na najgłębszy krąg piekła. Jeśli potrafię zaprzepaścić taką szansę, to nie zasługuję na to, by kiedykolwiek poznać pieszczoty takich pięknych dłoni, uścisk silnych ramion, wilgoć ust tak pięknego mężczyzny. Popełniłem właśnie zbrodnię, zbrodnię przeciwko sobie samemu. Nigdy nie będę jednym z tych mężczyzn, którzy nie boją się siedzieć przy stoliku przed barem na Marais, w towarzystwie takich jak oni, niepomni, kto ich widzi.

W kolejnych dniach przyszedłem tam na Monmartre jeszcze dwa razy, snułem się w smutnej tęsknocie za pięknym, ciemnoskórym mężczyzną, który próbował mnie poderwać, zapragnął mnie uwieść, a ja wszystko zeprzepaściłem. Snułem się tam w nadziei, że może znowu na niego gdzieś wpadnę, jak nie na tych, to na innych schodach, a może w którejś z okolicznych uliczek, przy stoliku przed jakimś bistro albo tabagiste.

Nie wpadłem.

Jonathan Soukali bw

Powyższy tekst to fragment powieści Nirvaan, nad której ukończeniem wciąż pracuję. Inny fragment, jeszcze nieostateczny, umieściłem już kiedyś tutaj. A jeszcze inny ukazał się w art-zinie literackim Papier w Dole, nr 4-5 (2017).

pwd

Jestem na Facebooku i Twitterze.

 

Twoje oczy Arjuna Rampala

Pierwszy rozdział mojej właśnie kończonej powieści Nirvaan. Na wzbudzenie zainteresowania. Trzymajcie kciuki za rozmowy z wydawcami!

*****

My real name is Nirvaan, powiedziałeś tamtego wieczoru, kiedy po raz pierwszy się spotkaliśmy, w tej małej kiepskiej kawiarni na ostatnim piętrze tego kompleksu rozrywkowego, z którego wchodziło się wtedy do Cineworld na Shaftesbury Avenue. Chciałeś usiąść gdzieś, gdzie nie jest głośno, gdzie można porozmawiać. Tej dziwnej, kiepskiej, kawiarni już od dawna nie ma, zasłużenie, podobnie zresztą jak tego kina. My real name is Nirvaan, powiedziałeś – i już w tym momencie mnie złowiłeś, już byłem cały twój. Imię równie piękne jak jego właściciel. Patrzyłem na ciebie zachwycony, na twoje miękkie ale zaczesane do góry, czarne jak smoła włosy, na twoją przecudownie śniadą cerę, na twoje wielkie czarne oczy, które wydawały mi się przymglone jakimś smutkiem, a ta kępka włosów pomiędzy twoją dolną wargą a podbródkiem podniecała mnie na myśl, jak będzie łaskotała, jeśli uda mi się ciebie pocałować. Jak nirvana? – zapytałem. Tak, ty na to, just with the last two characters swapped. Przy swapped wykonałeś ten gest palcami, w którym zastąpiły się nawzajem miejscami.

Zawsze miałem słabość do mężczyzn o pięknych imionach, ale Nirvaan! – to imię przebiło wszystko, malownicze (śląskie? góralskie? – nigdy nie wiedziałem) nazwisko Maćka, przebiło nawet Djamela. Pamiętam jak dzisiaj piękny ciepły dzień tamtego lata, kiedy po raz pierwszy pojechałem szukać jeśli nie szczęścia, to materialnego ratunku, na Zachód, w moje pierwsze zagraniczne poszukiwanie pracy „w Unii”, kiedy Polski jeszcze „w Unii” nie było. W powietrzu unosiła się wilgoć z poprzedniego dnia ulewnego deszczu. Djamel szedł w swoich ciemnoszarych spodniach na kant, ale bez butów, boso po żwirze, którym usypana była droga z zamku do bramy. Na zamku w Châtillon Djamel był przewodnikiem, a ja przyjechałem właśnie, żeby przez całe lato być skrzyżowaniem pokojówki, kelnera, sprzątaczki, pomocnika od wszystkiego. Djamel pociągał mnie od pierwszej chwili, kiedy spojrzał na mnie, spod tych swoich gęstych, brązowych brwi, tymi swoimi wielkimi, bardzo jasnymi jak na Araba oczyma, tak mi się wtedy wydawało, że były bardzo jasne, jak na Araba, spojrzał na mnie sponad książki, którą czytał przy drewnianym stole w ogrodzie, gdy gruby, trochę gburowaty strażnik Daniel przywiózł mnie z dworca. Chciałem jakoś zagadać, podtrzymać kontakt, który, wydawało mi się, zaiskrzył już owego pierwszego dnia, na linii naszych skrzyżowanych spojrzeń. Ton prénom, Djamel – ça veut dire quelque chose en arabe? – zapytałem o znaczenie jego imienia, w nadziei, że rozmowa na tematy mniej lub bardziej językowe nie grozi z mojej strony żadną kompromitacją, że zrobię dobre wrażenie i jakoś się to dalej potoczy. Arabskie imiona zwykle mają dosłowne znaczenie. Ponieważ byłem wtedy jeszcze bardziej nieśmiały, jeszcze wtedy po prostu śmiesznie nieśmiały, spuszczałem co chwilę wzrok, który siłą rzeczy spadał jakoś na jego stopy. Piękne stopy. Ludzkie stopy, ta najbardziej niedorzeczna część ludzkiego ciała, tak rzadko są piękne, ale jego naprawdę były. Długie, dłuższe od moich, ale naprawdę piękne, z długimi, kształtnymi, zwartymi palcami; do dzisiaj pamiętam ten duży palec z pięknym, szerokim paznokciem i kilkoma włoskami, pamiętam, że nawet ten najmniejszy palec miał zdecydowany kształt, z każdym stawem wyraźnie zarysowanym. Djamel się zaśmiał i odpowiedział tą swoją przyjemną, miedzianą chrypką: Oui, ça veut dire ‘beauté’. C’est con, s’appeller comme ça, tu trouves pas? – zapytał. Petit garçon, comment t’apelles-tu? Beauté, madame – wygłupiał się, imitując dialog dziecka z zadającą mu pytania „panią”. Nie, ja wcale nie uważałem, żeby to było con, s’appeller comme ça, oczarowało mnie, że można mieć na imię Piękno, i że to akurat on, ten przedziwnie – nietypowo, nie dla każdego oka, ale jednak przecholernie – piękny student filozofii tak pięknie miał na imię. Od tamtej pory nie mogłem zasnąć po nocach, pragnąc tego piękna dotknąć, pragnąc tego piękna posmakować, poczuć je przez skórę, poczuć je językiem, poczuć je innymi członkami mojego ciała. Wyczekując każdego z tych spotkań – na kamiennych kręconych schodach zamku, w ogrodzie przed zamkiem, popijając coś wieczorem w barze czy w którymś z salonów. Albo przy stole. Ja tamtego lata podawałem do stołu, service russe: pochylasz się z tyłu każdej osoby, podsuwając tacę z mięsem czy rybą od lewej strony. Djamel siedział z gospodarzami przy stole. Wyczekiwałem każdego z tych posiłków. Jego włosy, kręcone, brązowe, niespecjalnie arabskie, może takie właśnie są kabilskie włosy, cholera wie, nigdy wcześniej nie znałem żadnego Kabila, nie słyszałem nawet o ich istnieniu; jego śniady kark, jego szczupłe ramię – dzieliły ode mnie tylko wątłe centymetry lipcowego, potem sierpniowego powietrza. Dzięki temu jego Merci, Jarek brzmiało za każdym razem jak szept do ucha.

Ale Nirvaan – to imię przebiło nawet Djamela. Jeszcze z tym fascynującym, podwójnym a. Znaczy to samo, co nirvana, dodałeś. Pomysł twojej babci, to ona chciała, żebyś miał tak na imię, żeby ci to wróżyło stan wiecznego szczęścia.

My real name is Nirvaan

Dlaczego w ogóle musiałeś mi „wyjawiać” swoje prawdziwe imię? Bo w mailu, odpowiadając na mojego posta na Gumtree (Gumtree miało wtedy jeszcze sekcję Dating, a w niej podsekcję Guys Seeking Guys), podpisałeś się Theo. Adres email, którego użyłeś, nie składał się z prawdziwego nazwiska, ani nie zawierał prawdziwego imienia, mówił tylko coś, że jesteś „Saffa”, czyli pochodzisz z Republiki Południowej Afryki. Pamiętam, że zapytałem, jeszcze zanim się spotkaliśmy, może w pierwszym mailu, czy może jesteś greckiego pochodzenia. Tak z głupia, bez podtekstów, żeby cokolwiek zagaić, Theo wydawało mi się bardzo greckim imieniem, miałeś czarne włosy i śniadą cerę, w pierwszej chwili pasowało mi to do Śródziemnomorza, no i jako nowoprzybyłego, ekscytował mnie ten londyński tygiel ludzi przybyłych ze wszystkich stron świata. A jednak nie nazywałeś się Theo tylko Nirvaan, a nie podpisałeś się prawdziwym imieniem, bo nie chciałeś ujawniać swoich indyjskich korzeni. W obawie przed kolejnym odrzuceniem. Ktoś powiedział ci parę tygodni wcześniej, że nie chciał kontynuować znajomości i wiedziałeś, dał ci to jakoś wyczuć, że to dlatego, że jesteś Hindusem. Ktoś bił po oczach na Gumtree, Gaydarze i na Gay Romeo, że co prawda nie jest rasistą i nie ma uprzedzeń, ale jednak absolutnie „no Indians”. Ktoś inny opowiedział ci historię swojej minionej już miłości. Opowiedział ci ją, żeby ci wytłumaczyć, dlaczego tak wielu gejów ucieka tu przed Hindusami. Spotkał pięknego Hindusa, oszalał na jego punkcie, byli razem przez jakiś czas. Ten Hindus też był do niego przywiązany, ale jednak rozstał się z nim, gdy rodzina zażądała, by się w końcu ożenił. Powszechna na londyńskiej „scenie” opinia o Hindusach jest, jak mi powiedziałeś, taka, żeby nie wiązać się z nimi na poważnie i nie liczyć na nic poważnego z ich strony; żeby omijać szerokim łukiem, jeśli się czegoś poważnego szuka, bo Hindus może być homo, ale jak rodzina zażąda, to on się zwinie w sobie i spełni pragnienia swoich rodziców. Hindus nigdy nie postąpi wbrew ich woli, podobno, tak mówią.

Pamiętam, że wzrok mi uciekał w stronę twoich dłoni. Twoje dłonie były przepiękne. Z tymi twoimi długimi palcami, jednak tak harmonijnie długimi, harmonijnie w proporcjach do twojego wysokiego wzrostu. Ty się jednak spłoszyłeś tą wędrówką moich oczu i jak mały chłopiec – przy twoim wzroście to było rozczulające – schowałeś obie dłonie pod pachy. Powiedziałeś, że strasznie ci wysychają, bo tu jest tak zimno. Próbowałeś już różnych kremów, ale nic nie pomaga, matka miała ci coś kupić w Durbanie i przywieźć z sobą, jak przyjedzie w odwiedziny. Był kwiecień, jak na mój gust nie było wcale aż tak zimno, ale ja pochodzę z krainy prawdziwych mrozów, a ty, bądź co bądź, z Afryki.

Dopiero, kiedy mi powiedziałeś, że tak naprawdę masz na imię Nirvaan, zdałem sobie sprawę, że od razu mogłem był zidentyfikować twoją „indyjską tożsamość”, gdybym tylko nie zafiksował się na tym, że Theo to greckie imię. Po twoich oczach Arjuna Rampala. Twoich oczach pięknych jak u Arjuna Rampala, takich jak jego oczy. Pamiętam, o czym jeszcze rozmawialiśmy tamtego wieczora. O indyjskim kinie, bo opowiedziałem ci o projekcie filmu dokumentalnego o kinie w Indiach, który napisałem, i nawet dostaliśmy jakiś grant z tego nieszczęsnego Instytutu Filmowego w Polsce, wtedy nawet mieliśmy już zdeklarowanych francuskich koproducentów, ale polska strona budżetu wciąż była niedopięta i ciągnęło się to już tak wiele miesięcy, że nie wiedziałem, czy kiedykolwiek coś z tego wyjdzie. Jakiś czas potem okazało się, że dopiąć się tej polskiej części budżetu nigdy nie udało, projekt się rozleciał, podobnie jak inny tuż przed moim wyjazdem. Ty powiedziałeś mi, że twój ojciec wynajmuje często w Durbanie dom bollywoodzkim filmowcom, gdy kręcą jakieś zdjęcia w RPA, co im się często zdarza. Znał na przykład Saifa Alego Khana. Jakby co, to mógły z kimś skontaktować, może mógłby w czymś pomóc.

Pytałeś, dlaczego wyjechałem z Polski. Właśnie dlatego. Dlatego, że miałem już dosyć życia w kraju, w którym nic się nie da, w którym nic nie zależy od mojej pracy, od moich zdolności, od mojej wiedzy, od mojego wysiłku, od mojej woli, po prostu nic nie jest możliwe, nic się nie da, jeśli twój ojciec kogoś nie zna, jeśli jakaś pizdunia na carskim tronie w Instytucie nie ma kaprysu, żeby obdarzyć cię łaską grantu czy stypendium, jeżeli nie jesteś wiecznie pochylonym paziem na dworze któregoś z ojców chrzestnych w tej czy innej Republice Kolesi. Projekty filmowe składały się jak domki z kart, gazety nie płaciły, albo płaciły z wielomiesięcznymi opóźnieniami, z tłumaczeniami to samo, zresztą wszystko to były śmieszne pieniądze, z których na dłuższą metę wyżyć się w Warszawie nie dało. Kiedyś pracowałem – pisałem, tłumaczyłem – prawie codziennie, siedem dni w tygodniu, a przez ponad dwa miesiące nikt mi za nic nie zapłacił, nie przyszedł ani jeden malutki nawet przelew. Musiałem pożyczyć pieniądze od mojego młodszego brata, żeby zapłacić czynsz. Dla ciebie to było dziwne, w świecie anglosaskim jeśli pisujesz dla ogólnokrajowych tygodników czy miesięczników, to brzmi dumnie, i co jak co, ale wyżyć to się z tego chyba raczej dało, przynajmniej jeszcze wtedy, no ale niestety w Polsce z freelansowania często się nie da. Bałem się, że niedługo albo zabiję siebie, albo przypadkowych ludzi na ulicy, więc spakowałem walizki i wyniosłem się gdzieś, gdzie mnie jeszcze nigdy nie było. Pragnąłem całkowicie zmienić otoczenie, potrzebowałem, żeby wszystko wokół mnie się zmieniło, żebym mógł zresetować sobie mózg, żeby otoczył mnie nowy świat, którego będę się musiał nauczyć od początku, żeby to uczenie się go zajęło całą moją uwagę i pozwoliło zapomnieć o frustracji i rozgoryczeniu. Dlatego przeniosłem się nagle do Londynu, miasta, w którym nigdy wcześniej nie byłem nawet na weekend.

Ty powiedziałeś mi, że nie znosisz Bollywood, prawie nic nie oglądałeś. Twoi rodzice robili ci wyrzuty, że przecież jesteś Hindusem, jak możesz tak się odcinać od własnej kultury. Ale ty z tego wszystkiego lubiłeś tylko Madhuri Dixit. O tak, ona jest wspaniała – oczy mi się zaświeciły, gdy zacząłeś o niej mówić, bo Devdasa widziałem kilka razy; ten taniec na siedząco przy piosence Mar Dala, to jest naprawdę coś niebywałego. Zapytałeś, czy widzałem Aaja Nachle. Nie, nie widziałem. Twoja twarz rozpromieniła się wyrazem szczerego uznania – Dixit jest tam wspaniała, powiedziałeś. To jedyna indyjska gwiazda filmowa, którą naprawdę lubiłeś, reszta cię w ogóle nie obchodziła. Ale byłeś pod wrażeniem mojej wymowy ich nazwisk, to pamiętam, choś nie pamiętam, o kim jeszcze rozmawialiśmy. Pewnie o Rani Mukherji, nie mogłem jej nie wspomnieć. Powiedziałeś mi, że zawsze chciałeś być nie-Hindusem, być „białym”. Nigdy nie lubiłeś kultury swojej rodziny, nie odczuwałeś jej jak własnej, czułeś się w niej uwięziony. Nawet curry nigdy nie gotowałeś. Sam to powiedziałeś, to nie był jakiś mój głupi, rasistowski komentarz.

Z wyjątkiem prawn curry. To akurat bardzo lubiłeś gotować i bardzo lubiłeś jeść, jedno z twoich ulubionych dań. Mój angielski pełen był wtedy dziur. Skanowałem zasoby swojej pamięci, ale nic nie wskazywało na to, że kiedykolwiek wiedziałem, co to jest prawn, że kiedykolwiek znałem takie słowo. Próbowałeś mi wytłumaczyć, że to taka jakby ryba, tylko w muszli (tak sobie w myślach przetłumaczyłem shell, ale w istocie chodziło ci o skorupę). Myślałem, że może chodzi o jakieś małże, ale ty dalej, że nie, że jak shrimp raczej, ale co to jest ten shrimp, też nie wiedziałem, albo nie potrafiłem sobie przypomnieć – nie dało się ukryć, nie byłem dobry w owoce morza. Zaśmiałem się zażenowany, przepraszając za słabości mojego angielskiego, obiecałem sprawdzić w słowniku, jak tylko wrócę do siebie.

Tłumaczyłem się, że angielski to mój trzeci język, uczyłem się go później i mniej niż francuskiego, trochę mi czasem brakuje słów i nie wszystko, zwłaszcza, gdy przychodzi do języka mówionego, rozumiem. Ty powiedziałeś, że wyglądam właściwie bardziej na Francuza niż na Polaka. Jakoś nie przypominałem ci innych Polaków, których spotkałeś. Powiedziałeś coś o przyjacielu, którego miałeś, chyba nawet z Katowic, gdzie studiowałem, powiedziałem ci, że pochodzę z miasta tuż obok. Miał na imię Rafał. Twoim zdaniem ubierałem się trochę jak Francuz i mój akcent nie przypomina tego, jaki najczęściej mają w Londynie Polacy, jakiś taki odrobinę francuski. Bawiło mnie to, bo we Francji nieraz mnie brano za Anglika.

I powiedziałeś wtedy rzeczy, od których moje serce w środku skakało z radości, tłukąc się o żebra. Że zrobisz dla mnie to curry z tych prawns, cokolwiek to jest, zaprosisz mnie kiedyś, ugotujesz dla mnie, i zjemy razem. Że pokażesz mi Aaja Nachle. Jeśli tylko chciałem się jeszcze kiedyś spotkać, jeśli tylko chciałem cię jeszcze widzieć i kontynuować znajomość. Że jeżeli zostaniemy przyjaciółmi, to mnie kiedyś chętnie zaprosisz do Durbanu, do domu twojego ojca. Jeden z najpiękniejszych mężczyzn, jakich w życiu spotkałem, powiedziałeś mi w istocie, że tylko ode mnie zależy, jeśli tylko chcę, to się spotkamy, jeszcze wiele razy. Dałeś mi do zrozumienia, że to zależy tylko ode mnie, bo ty byłeś zainteresowany. Jeszcze nigdy tak piękny mężczyzna, mężczyzna, który tak kompletnie i w całości mi się podobał, nie powiedział mi tak otwarcie i tak szybko, że mu na mnie zależy, że mu zależy tak bardzo, że piłka leży teraz tylko i wyłącznie po mojej stronie. Chcesz, to bierz. Tak, bardzo cię chciałem – żebyś wiedział jak bardzo!

Rozmawialiśmy jeszcze o paru sprawach. Opowiadałeś mi, jak bardzo chciałeś się wydostać z Durbanu. Że tam nikt, nawet twoi najbliżsi przyjaciele, nie wie, że jesteś gejem. Swoje jedyne homoseksualne doświadczenia przed przyjazdem do Londynu miałeś w Australii, byłeś tam na zagranicznym stypendium. To było Sydney, Melbourne? Nie pamiętam. W Durbanie nikt nie wiedział, bo tak bardzo obawiałeś się, że wszystko, co powiedziane szeptem, zostanie powtórzone na głos. Ja zadałem jakieś pytania, o to, jak to w końcu jest, być gejem w RPA, w końcu pierwszy kraj, który zakaz dyskryminacji ze względu na orientację homoseksualną wpisał sobie do konstytucji, tak mi się kojarzyło. There is only one gay bar in Durban, powiedziałeś mi, and I can’t go there because in Durban everybody knows my father, and he would know the next day. “Scena” jest w Kapsztadzie. Durban to duże, ale nudne, drobnomieszczańskie miasto. There is only one gay bar, and it’s empty – dodałeś. Jest tylko jeden gejowski bar w Durbanie, i stoi pusty; mało kto tam chodzi, bo się wszyscy boją, że ktoś ich tam zobaczy i powie ich rodzinom. Tak jak ty się bałeś.

Opowiedziałeś mi, jak przez całe studia udawałeś przed światem i rodziną, że jesteś hetero. Nie było łatwo wyrwać się z tej pułapki, bo jesteś wszystkim tym, czego porządka hinduska rodzina chce dla swojej córki: twój ojciec ma pieniądze, pochodzi z najwyższej kasty, jesteś wysoki, byłeś na uniwerku, twoja skóra jest, na hinduskie standardy, jasna; to ostatnie ma znaczenie, bo jasny kolor skóry jest w indyjskiej kulturze synonimem piękna i wysokiej pozycji społecznej – przypomniałeś mi o tym, choć ja doskonale o tym wiedziałem. Powiedziałem ci, że studiowałem kulturoznawstwo. Tak więc na potrzeby tego przedstawienia spotykałeś się z odpowiednimi z matrymonialnego punktu widzenia dziewczynami. Z „porządnymi dziewczynami z porządnych hinduskich rodzin” udawało się stosunkowo łatwo unikać nadmiaru zbyt intymnych okazji, ale zachowywałeś się czasem jak dupek, jak palant, żeby cię jednak za bardzo nie polubiły, żeby sobie za dużo jednak nie zaczęły wyobrażać. Potem zerwałeś jedną taką znajomość, i drugą; zerwałeś je bez sensu, po chamsku, żeby nic z tego nie rozumiały, żeby im przeszło, cokolwiek tam sobie roiły. Byłeś okrutny, ale dlatego, że nie umiałeś wydostać się z tego potrzasku, w którym byłeś nieszczęśliwy.

Dlatego właśnie tak bardzo chciałeś wyrwać się z Durbanu, niczym z przedstawienia, w którym odgrywałeś główną rolę, o którą nigdy nie zabiegałeś; wyrwać się z tego oblężenia, na drugi koniec świata, do Londynu, by wreszcie złapać oddech. Tu można złapać oddech, i nikt nie zna twojego ojca, nikt mu nie powie, że cię widział w Soho. Twojej rodzinie nie podobał się cały ten twój pomysł z wyjazdem do Londynu; ojciec chciał użyć swoich kontaktów, by załatwić ci jakąś porządną posadę tam, w Durbanie. Ale wcisnąłeś im w końcu, że Londyn to możliwości rozwoju, dobry początek kariery, można się wiele nauczyć, zdobyć doświadczenie, które potem zawsze pomaga i robi wrażenie. To do nich przemówiło, ale teraz nie mogłeś się przyznawać, jeśli cokolwiek szło nie tak. Nie mogłeś się przyznać, że tamten pierwszy, dobrze płatny kontrakt się skończył i ponieważ drugiej równie dobrej pracy nie znalazłeś, wziąłeś znacznie gorzej płatną, szeregowego księgowego w wielkiej firmie. Przędłeś tak sobie. W Londynie z kiepsko płatnej pracy ciężko o coś więcej niż elementarne wiązanie końca z końcem, wynajmując u kogoś pokój. Ale rodzinie nie mogłeś o tym powiedzieć. My family needs to think I’m doing well in London. Powiedziałeś, że nie zależy ci na pieniądzach, ale żeby rodzina ci dała spokój, nie molestowała cię o powrót do Durbanu, lepsza praca by nie zaszkodziła. Jeśli o mnie chodzi, powiedziałeś, zupełnie mi nie przeszkadza ubieranie się w H&M, nie muszę nosić swetra za sto funtów, mogę nosić ten za dwadzieścia parę. Wskazałeś na sweter, który miałeś na sobie; był w szerokie, czarne i beżowe pasy, i naprawdę pięknie ci w nim było. Miałem ochotę ci powiedzieć, że jak ktoś jest tak piękny jak ty, z twoim wzrostem, szerokimi ramionami i karnacją, to we wszystkim wygląda tak, że nie sposób się za nim nie obejrzeć. Bałem się jednak przeszarżować, więc nic nie powiedziałem.

Rozumiałem twoją potrzebę wydostania się do Londynu, by zacząć oddychać. Sam przyjechałem tu również po to. By uciec od przenikającego całe polskie powietrze trupiego smrodu tego najgorszego szczepu katolicyzmu; ten trupi smród polskich gejów dusi i tłamsi, aż większość z nich, najdalej do trzydziestki, stanie się albo sfrustrowanymi, cynicznymi pizdami, albo bojącymi się własnego cienia łajzami, uważającymi cały czas, jak tu nikogo swoim istnieniem nie urazić, przerażonymi perspektywą spotkania twarzą w twarz z drugim człowiekiem, które dopuszczają dopiero po przejściu przez zasieki kilkudziesięciu wymienionych maili i wiadomości. Tak, doskonale cię rozumiałem, ja też chciałem w Londynie zacząć oddychać, przyjechałem tu także po to. W mieście, w którym dwóch całujących się na ulicy mężczyzn nie budzi już nawet większej ciekawości, musi być ktoś więcej, niż tylko pizdy i łajzy, ewentualnie przyszłe, jeszcze nieurobione pizdy i przyszłe, jeszcze nie całkiem udupione łajzy.

Powiedziałeś mi jeszcze o kilku czarnych facetach, do których próbowałeś zagadać w sieci, na Gumtree i Gaydarze, może gdzieś jeszcze. Powiedziałeś mi, że lubisz czarnoskórych mężczyzn, bardzo ci się podobają, ale oni wszyscy cię kompletnie zlekceważyli i za każdym razem bardzo cię to zabolało. Nawet nie chcieli z tobą pogadać?, niedowierzałem. Może dlatego, że nie mam w gaciach tyle samo, co oni? – wzruszyłeś z rezygnacją ramionami. A może to był ciągle ten problem z Hindusami?

Robiło się późno, musieliśmy łapać metro, była środa, ty następnego dnia musiałeś iść do pracy. Ja jeszcze (albo znowu) nie miałem pracy. Obaj wzięliśmy Northern Line, tylko z przeciwnych platform, w przeciwnych kierunkach, ja na Finchley, ty do Tooting.

Gdy tylko dotarłem do domu, przywitałem się z Agatą, współlokatorką, która właśnie wróciła z pracy. Trochę ją już intrygowała intensywność mojego życia towarzyskiego w mieście, do którego dopiero co się przeprowadziłem i do niedawna prawie nikogo w nim nie znałem. Pobiegłem do słownika, sprawdzić, co to są te prawns. Napisałem szybko esemesa, że już wiem, i że nie potrafiłem zajarzyć, bo nazwa jest tak niepodobna do francuskiej. I że bardzo chciałbym się jeszcze spotkać, nie tylko na te krewetki. I enjoyed your company and really want to see you again. Skoro piłka była po mojej stronie. Chcesz, to bierz? Biorę więc. Odpowiedź dostałem w mniej niż minutę, co podekscytowało mnie jeszcze bardziej. Odpisałeś, że właśnie do mnie pisałeś, gdy dostałeś mojego esemesa; że polubiłeś mnie – lub podobam ci się, cholera wie z tym I like you – i że musimy się spotkać, że się spotkamy, czym prędzej. Definitely, to nie był koniec naszej znajomości. Zamknąłem się w moim malutkim pokoiku, moim pierwszym lokum, jakie miałem w Londynie, pokoiku, w którym nie mieściło się wiele więcej niż moje wąskie, jednoosobowe łóżko, nawet walizka, w której wciąż, z braku większej szafy, leżała większość rzeczy, jakie miałem z sobą w Londynie, musiała spoczywać wepchnięta pod nie. Leżąc na tym wąskim łóżku ściśniętym między ścianami wąskiego jak kiszka pokoiku, byłem pijany szczęściem, choć tamtej nocy nie wypiłem kropli alkoholu, tylko kawę i jakiś kiepski sok pomarańczowy.

Byłem pijany szczęściem, bo dopiero się uczyłem chodzić po tym mieście, ciągle nie umiałem w nim znaleźć pracy, musiałem w międzyczasie wyskoczyć do Lyonu, a stamtąd do Annecy, żeby pomóc mojemu poprzedniemu polskiemu pracodawcy w formalnościach i kontaktach z prawnikiem, i w ten sposób nadgonić trochę z gotówką (pozostałości ze stypendium scenariuszowego z Instytutu Filmowego ubywało w oczach), mieszkałem w tym ciasnym pokoiku, patrząc na jego okno z pojedynczą szybą z przerażeniem myślałem o tym, co będzie zimą – a jednak czułem, że oddycham. Po tym powrocie z tygodniowej zarobkowej podróży do Annecy przez kilka dni każdego wieczora spotykałem mężczyznę, i każdy wydawał się fajniejszy od poprzedniego, ty wydawałeś się kulminacją tej tendencji, byłeś z nich najpiękniejszy i jakoś tak najlepiej się czułem, najzwyczajniej z tobą rozmawiając. Dwóch rzuciło mnie już było na głębokie wody rozkoszy zupełnie niespodziewanej. A jednak euforia wywołana samym spotkaniem z tobą, samym twoim towarzystwem, widokiem twoich oczu Arjuna Rampala, rywalizowała z orgazmami, które tamci podarowali mi pod osłoną dwóch minionych nocy. Do kolejnego spotkania z tobą tęskniłem bardziej niż do ich ciał, a do tych ciał tak memu ciału zasłużonych tęskniłem, owszem, bardzo. Uda mi się zostać tym, który w tych twoich smutnych oczach Arjuna Rampala rozpali trochę radości? – to było pytanie, z którym zasypiałem.

And you know what? Nigdy nie zrobiłeś dla mnie tego curry z krewetek.

Nirvaan ilustracja (7)

Jestem na Facebooku i Twitterze.