Ogłoszenie o opóźnieniu

Drodzy Supporterzy, drodzy Czytelnicy!

Pewnie się niecierpliwicie, przynajmniej niektórzy. Ja też. Jeszcze nie tak dawno byłem przekonany, że połowa października to naprawdę najpóźniejszy termin premiery. Że na pewno już będę miał wszystkie egzemplarze wydrukowane, a może i wysłane do tych, którzy je byli zamówili, wspierając projekt na Kickstarterze, albo w przedsprzedaży za pośrednictwem mojej strony internetowej i platformy Gumroad.

Niestety, sprawy się nam trochę obsunęły.

Na przełomie sierpnia i września rozłożyła mnie niespodziewanie nieznana mi wcześniej, rzadka i w sumie słabo rozumiana choroba: neuralgia nerwu trójdzielnego. Ból był tak paraliżujący, że aby go przetrwać, musiałem uderzyć w organizm opioidami i antykonwulsantami, za sprawą których przez kilka tygodni byłem półprzytomny. Do dzisiaj nie jestem do końca sobą (takim, jakiego siebie znałem dotychczas).

Spowolniło to postępy prac nad składem, opracowaniem graficznym, okładką i skierowaniem wszystkiego do druku, bo powoli reagowałem. A kiedy wróciłem (jako-tako) do życia, drukarnia zaskoczyła nas kolejnymi okolicznościami, które jeszcze bardziej wszystko nam wydłużyły.

Proszę o wyrozumiałość i jeszcze trochę cierpliwości. Nirvaan ukaże się trochę później niż wszyscy myśleliśmy, ale już naprawdę niedługo. Będę Was informował.

Na ilustracji powyżej: zdjęcie egzemplarza sygnalnego, na stole u mojej mamy, na dowód, że sprawy posuwają się jednak do przodu. Projekt okładki: Krzysztof Ignasiak; rysunek na niej wykorzystany: Łukasz Zaręba.

Chciałem jednocześnie przypomnieć, że na razie przedsprzedaż jest jedyną pewną formą nabycia mojej powieści. Nie mam ani środków na drukowanie znaczącego zapasu egzemplarzy, ani dostępu do kanałów dystrybucji. Te ostatnie są poza zasięgiem kogoś wydającego książkę własnym sumptem – jedynie zainteresowanie wyrażone przez paru zaprzyjaźnionych księgarzy i gotowość ze strony mojego partnera wydawniczego – Instytutu Wydawniczego Książka i Prasa, wydawcy mojej poprzedniej książki – że dostarczy egzemplarze kolejnym, gdyby zgłosiło się ich więcej.

Przedsprzedaż odbywa się pod tym linkiem.

Do usłyszenia wkrótce!

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Rzuć okiem na moje opowiadania i/lub mikropowieści pod roboczym wspólnym tytułem Soho Stories.

Nirvaan

Pamiętam, że wzrok mi uciekał w stronę twoich dłoni, były przepiękne. O niezwykle długich palcach, ale jak harmonijnie długich, bo w tak doskonałą całość układały się z twoim wzrostem — byłeś ode mnie kilkanaście centymetrów wyższy. Paznokcie były duże, płaskie, zdecydowanie zaokrąglone na końcach i doskonale gładkie. Nie potrzebowałem więcej czasu, już wiedziałem, że chcę, by te dłonie, te palce mnie dotykały. Ty jednak spłoszyłeś się wędrówką moich oczu jak mały chłopiec, przy twoim wzroście było to rozczulające — schowałeś obie dłonie pod pachy. Strasznie mi wysychają, powiedziałeś, bo tu jest tak zimno.

[…]


Przysunąłem się jeszcze bliżej. Raz kozie śmierć, przecież zaprosiłeś mnie na noc, byłem już w twoim łóżku. Jeśli będę czekał na twoją inicjatywę, mogę czekać do końca świata. Pocałowałem cię nieśmiało, bałem się, że serce bije mi za głośno, że to aż śmieszne, jak bardzo jestem podniecony. Czekałeś na to, a jednocześnie byłeś zaskoczony, że to się w końcu stało. Byłeś zaskoczony, ale nie stawiałeś oporu. Nie stawiałeś oporu, ale trwałeś jak sparaliżowany w oczekiwaniu co dalej. Po chwili zamknąłeś jednak laptopa i odłożyłeś go na szafkę nocną obok łóżka. Wykonałeś więc wreszcie jakiś gest na potwierdzenie, że tak, chcesz tego, Fuck the photos from Durban, powiedziałeś.

Nie wykonałeś jednak żadnego innego gestu. Wszystko zależało teraz całkowicie ode mnie i czułem się z tym nieswojo. […]

Czułem się z tym nieswojo, bo wyglądało na to, że najlepiej by było, gdybym to ja wziął ciebie z odwagą i energią, z jaką brał mnie Bala — a ja tej odwagi nie miałem. Cały w lęku, że to nie rola dla mnie, że się nie sprawdzę, że się nie nadaję, że będę do niczego. Czułem się z tym nieswojo, bo leżałeś jak kłoda, bezwładnie wyczekując, co się teraz stanie. Jakbym mógł ci zrobić coś złego. Pragnąłem cię, pragnąłem znaleźć szparę w tym kokonie, w którym byłeś zamknięty, szparę, przez którą mógłbym dostać się do środka, do ciebie, uwolnić cię, ale miałem wrażenie, że nie potrafię do takiej szpary dotrzeć. Zacząłem cię całować — ostrożnie. Zdjąłem okulary, nie chciałem się podnosić, żeby je odłożyć na nocną szafkę, jakbym się bał, że jak się ruszę, to cię stracę. Wziąłeś je ode mnie i odłożyłeś na szafce po swojej stronie. Tak, dostałem się wreszcie tak blisko twoich oczu Arjuna Rampala. Były otwarte. Chciałem w nich zatonąć. Ich głęboka czerń spoglądała na mnie wyczekująco i z lękiem. What were you afraid of? Me? To ja się bałem, nie wiedziałem, jak się z tobą obchodzić po tym, co mi dzisiaj powiedziałeś. Poczułem suchą niepewność twoich ust. Udzieliłem im wilgoci moich własnych, głodnych ciebie. Odnalazłem twój język, który nieśmiało zaczął odpowiadać na działania mojego. Na dolnej wardze czułem ciche łaskotanie twojej bródki, tej cudownej czarnej kępki. Moje palce dotknęły najpierw skóry na twoim policzku, ostrożnie, jakbym się bał, że coś uszkodzę, tak była gładka i piękna — Djamel miał podobną, ale jego nie mogłem nigdy tak dotknąć. Kiedy przestałem się aż tak obawiać, przejechałem kciukiem tuż pod twoim okiem, potem dotknąłem nim twojej brwi. Jakbym potrzebował się upewnić, przez kontakt z różnymi fakturami, że to się dzieje naprawdę, naprawdę dotykam cię w taki sposób, naprawdę jesteś wreszcie mój, tak blisko. Wtedy moje palce podążyły do góry, zanurzyły się w twoich kruczoczarnych włosach, gęstych i naturalnie miękkich, tylko sztucznie czymś utwardzonych. Były matowe, delikatne. Pieszczota palców przywracała im miękkość.

[…]


To są dwa króciutkie fragmenty. Trochę dłuższe można znaleźć tutaj. Całość – w postaci książki! – w październiku. Można ją zamówić w przedsprzedaży tutaj.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Rzuć okiem na moje opowiadania i/lub mikropowieści pod roboczym wspólnym tytułem Soho Stories.

Nirvaan w przedsprzedaży

Moją pierwszą powieść – zatytułowaną Nirvaan – można już zamawiać w przedsprzedaży.

Zachęcam do wybrania tego sposobu, ponieważ ułatwi mi on zaplanowanie nakładu.


My real name is Nirvaan, powiedziałeś – i już w tym momencie mnie złowiłeś, byłem cały twój, imię równie piękne jak jego właściciel. Jak nirwana?


Cena w przedsprzedaży zawiera już w sobie koszty wysyłki w Europie. Osobom, które zamówią egzemplarz w przedsprzedaży, wyślę w tym samym czasie, co wszystkim tym, którzy swoje zamówienie złożyli za pośrednictwem zbiórki na Kickstarterze – niezwłocznie po odbiorze książki od drukarza, co ma mieć miejsce w październiku.

Zamówienia złożone później, kiedy będę już z powrotem w Holandii, mogą mieć nieco wyższe koszty przesyłki do Polski. Tym bardziej zachęcam.

Nie wiem jeszcze, czy książka będzie dostępna w księgarniach. Jeżeli znasz księgarza, którego mogłoby to zainteresować, lub sam nim jesteś – skontaktuj się (lub jego/ją) ze mną.

Zamów egzemplarz Nirvaana

Hipnotyzujące spojrzenie, które widzicie u góry strony, to fragment rysunku mojego przyjaciela Łukasza Zaręby zatytułowanego Nirvaan, który znajdzie się na okładce zaprojektowanej przez Krzysztofa Ignasiaka, który kiedyś zaprojektował już okładkę mojej pierwszej książki (Smutki tropików, 2016).

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Rzuć okiem na moje opowiadania i/lub mikropowieści pod roboczym wspólnym tytułem Soho Stories.

Stephan

Kilka minut po wpół do siódmej, stałem znowu przed Bootsem na Piccadilly Circus, czekając na pierwsze spotkanie z poznanym w sieci facetem – kto wie, ilu nas tam było w tym samym czasie i tej samej sprawie, bo na tym trudnym do przegapienia, chaotycznym, zatłoczonym zbiegu ulic, stało kilku mężczyzn w różnym wieku, zerkających co chwilę na telefony. Rzut beretem od pubów i barów Soho. W każdemu w takiej sytuacji znanej obawie, że wyczekiwany mężczyzna, choć wszystko zostało uzgodnione nie dalej jak wczoraj, jednak z jakiegoś powodu się nie pojawi, wysłałem esemesa: Jestem już przed Bootsem, mam na sobie cienki czarny płaszcz i czerwone buty. Lubiłem wtedy zakładać na takie okazje czerwone buty (miałem trzy pary, bardzo różne, ale wszystkie bardzo jaskrawe), bo rzucały się w oczy nawet w tłumie i zwykle robiły wrażenie.

Esemes ledwie zdążył dotrzeć do adresata, gdy z tłumu przede mną wyłonił się wysoki, postawny mężczyzna, śnieżnobiały uśmiech przecinał szeroką, ciemnoskórą twarz. Jego wzrok bez wątpienia mierzył we mnie, na potwierdzenie za wzrokiem podążyła dłoń. Duża dłoń imponującego, bardzo silnego mężczyzny. Uśmiechnąłem się, chyba znienacka onieśmielony, aż się przestraszyłem, że serce bije mi za mocno, tak mocno, że aż słychać to na zewnątrz, mimo hałasu ulicy. Stephan miał na sobie dżinsy, czerwoną sportową kurtkę z kapturem, z rodzaju tych, które wiszą trochę luźno i miękko, pozostawiając odrobinę tajemnicy wokół szczegółów sylwetki, jednak szerokie barki, dostrzegalna w rękawach grubość ramion, szerokość zapiętej w tej kurtce klatki piersiowej – kazały wyobraźni domyślać się pod spodem ciała imponującego, może nawet spektakularnego. How are you, zapytał, OK, and you? Zdałem sobie sprawę, że w mailu, w którym mi się przedstawił, nie napisał, ile ma lat, a ja później przez telefon o to nie pytałem. Patrząc na tę uśmiechniętą, gładką twarz, nie potrafiłem odgadnąć jego wieku. Było w nim coś chłopięcego: z biegnącymi do tyłu, splecionymi ciasno przy skórze warkoczykami sprawiał wrażenie przerośniętego nastolatka, ale wiedziałem, że jest starszy, kończył doktorat, pracował już w trzech krajach, no i był potężnej postury, zbudowanie takiej masy zajmuje zwkle trochę lat.

W mailu, którym odpowiedział na mojego posta w Guys Seeking Guys na Gumtree, pisał, że chętnie pozna kogoś, z kim by mógł połazić do kina, bo odkąd rozstał się ze swoim poprzednim facetem, trochę mu tego brakuje. Teraz zapytał, czy pójdziemy prosto do kina. Możemy, odpowiedziałem, jest tam bar, w którym możemy posiedzieć te pół godziny przed seansem. Let’s go then, nie przestawał się uśmiechać, a szeroki, szczery uśmiech wycinał mu głębokie dołki w policzkach. Poszliśmy do Cineworld na Haymarket, ja wybrałem film, w Cineworld miałem już od dawna abonament, membership.

Usiedliśmy w małym, przesadnie oświetlonym barze o fioletowych ścianach w głębi kina, w kącie tuż pod dużym ekranem, z którego powierzchni spływały zwiastuny, ale jak rzadko kiedy nie budziły we mnie żadnego zainteresowania. Stephan usiadł naprzeciwko mnie, rozpinając i zdejmując kurtkę, pod spodem miał tylko szary t-shirt, jego krótkie rękawy ciasno opinały imponujące, wyskakujące z nich bicepsy. Był to bez wątpienia najbardziej muskularny mężczyzna, z jakim byłem dotąd na randce; te muskuły plus wysoki wzrost, silne dłonie, chłopięcy luz, z jakim się w tym potężnym ciele poruszał i nie opuszczający jego twarzy uśmiech łobuza stanowiły wybuchową mieszankę. Byłem już do obłędu podniecony i gdyby mi z tym uśmiechem nagle powiedział głośno, żeby wszyscy wokół usłyszeli, I’d like to fuck you right now, can we go to the toilet, to nie miałbym siły odmówić, nie obchodziłoby mnie, co sobie postronni obserwatorzy pomyślą. Kieliszek wina miał mi pomóc się rozluźnić, zapobiec blokadzie, nie ukrywać, że jestem nim zainteresowany, ukrywając jednocześnie, jak bardzo, jak szalenie. Dlaczego zamówiłem białe, przecież wolę czerwone? – chyba po prostu w obecności Stephana zrobiło mi się gorąco.

Stephan pił wodę, powiedział, że nie pije alkoholu. Oparł łokcie o stół, pochylając się nieco w moim kierunku. Jestem psychologiem w więzieniu, pracuję z więźniami z uzależnieniami, powiedział, no i mój ojciec pił jak wściekły, z tego wszystkiego mam awersję. Zerkałem na te mocarne bicepsy, zadając Wieczności pytania, czy kiedyś poczuję ich uścisk, czy zobaczę, co się kryje pod tym t-shirtem. I jakie są szanse, żeby to się stało już dzisiaj, co zrobić, żeby zaprosił mnie po filmie do siebie i tam zrobił ze mną, co tylko chce. Rozmowa toczyła się gładko, to wysunięcie ku mnie musiało być znakiem zainteresowania z jego strony. Pomyślałem, że są szanse, co pomogło mi zapanować nad podnieceniem, w końcu rysowały się przed nim być może całkiem realne perspektywy spełnienia. Dzień wcześniej rozmawialiśmy już trochę przez telefon, znajdując kilka wspólnych tematów, które teraz mogliśmy wiązać dalej.

Chyba zapomniałem cię zapytać wczoraj przez telefon, skąd dokładnie, z którego kraju w Europie Wschodniej jesteś, powiedział, nie napisałeś nic dokładniej. Z Polski, odpowiedziałem. Tak myślałem, nie przestawał się uśmiechać. Mówiłem ci już, że przed Londynem mieszkałem i pracowałem w kilku krajach? No i pierwszym z nich była Polska, w latach dziewięćdziesiątych, in my early twenties. Konkretnie Szczecin. To nie jesteś z Londynu?, zapytałem. Nie, jestem Amerykaninem, śmiał się, nie słychać, czyżbym złapał w końcu ten cholerny brytyjski akcent? Z trochę mieszanej rodziny jestem, dodał, mój ojciec był w połowie Meksykaninem. Spojrzałem na jego twarz, wyraziste kości policzkowe i ostry rysunek oczu. No jest odrobina czegoś jakby azteckiego w twojej twarzy, nie umiałem sobie tego nazwać wcześniej – uśmiechnąłem się tak ostentacyjnie, że mogło to sprawić głupie, przerysowane wrażenie, gdyby nie to, że Stephan odpowiadał mi tym samym i wyraźnie przyciągał mnie ku sobie. I have been told so, powiedział.

Ale skoro już o pochodzeniu gadamy, kontynuowałem, pociągnąwszy duży łyk wina, to zaskoczyło mnie, że jesteś Czarny, nie spodziewałem się tego. Przestraszyłem się nagle, to chyba nie zabrzmiało najlepiej, ale wyglądało na to, że osiągnęliśmy już pewne minimum porozumienia i mój lęk nie był potrzebny. Przecież wysłałem ci zdjęcie, raczej się na nim nie chowałem. Faktycznie przysłał mi zdjęcie, całej sylwetki, prawie nagiej, jedynie w bokserkach, ale zrobione z telefonu, flesz odbijał się w lustrze, przesłaniając głowę białą plamą światła, a skórę maskując na żółto. Tak, odpowiedziałem, ale ten ostry flesz… Przepraszam, mam nadzieję, że to nie problem, spojrzał na mnie uważnie, wciąż z uśmiechem, teraz jeszcze bardziej cwaniackim. Wręcz przeciwnie, odpowiedziałem, z uśmiechem mówiącym: I fucking love Black guys. Stephan bez problemu wyczytał to z mojej twarzy, ale żeby się trochę pobawić moim pożądaniem i tak zapytał: Do you like Black guys? Yes, I do, odpowiedziałem bez wahania, choć czerwieniąc się trochę, że ktoś tak nonszalancko rzuca światło na ukryte zakamarki mojego pragnienia, i tak łatwo odnajduje tam obraz samego siebie. Więc na początku lat dziewięćdziesiątych pracowałeś w Polsce? Tak, ale niezbyt długo, nauczyć się polskiego nie zdążyłem. To ile masz teraz lat? – patrzyłem na niego badawczo, nie przestając się uśmiechać, ale na szczęście przestając się już czerwienić – czułem się coraz bezpieczniej naprzeciw jego uśmiechu i błysku w głęboko czarnych oczach. A na ile wyglądam? – wyraźnie bawiło go wyciąganie ze mnie komplementów, przecież nawet to moje I do (w sensie: I do like Black guys), brzmiało w tej naszej rozmowie jak komplement, tak zabrzmieć miało i tak zostało, bez śladu nieporozumienia, odebrane. Trudno ci dać więcej niż trzydzieści, ale jeżeli pracowałeś w Polsce na początku lat dziewięćdziesiątych, to… Mam czterdzieści trzy lata, rzucił z uśmiechem, badając wzrokiem moją reakcję. Mój podziw. Nie wyglądasz, w życiu bym ci tyle nie dał, powiedziałem, przełykając ślinę z wrażenia. Wiem, wyglądam znacznie młodziej, Matka Natura i Czas są dla mnie łaskawi, ty zresztą też nie wyglądasz na dwadzieścia dziewięć, dałbym ci dwadzieścia trzy, odwdzięczył się. Dziękuję, ale to nic w porównaniu z tobą, ty wyglądasz na piętnaście lat mniej niż masz, słodziłem mu niestrudzenie.

Ani się spostrzegliśmy, jak nadeszła pora seansu. Zebraliśmy nasze klamoty, ja torbę i płaszcz, on kurtkę, Stephan kupił jeszcze kubełek popcornu i poszliśmy po schodach na piętro, bo film grali w największej, olbrzymiej sali. Usiedliśmy dość wysoko, film był po hiszpańsku, jeden z trzech języków, którymi Stephan władał biegle, więc nie musiał zwracać uwagi na napisy. Kino nie było pełne, w naszym rzędzie po lewej nie było nikogo oprócz nas. Zapadła ciemność. Stephan rozsiadł się wygodnie po mojej prawej stronie, sam rozmiar jego klatki piersiowej, barków i ramion pozwalał nam dyskretnie, jak gdyby nigdy nic, dotykać się i o siebie ocierać. Wreszcie czułem przez skórę ten jego wspaniały biceps i triceps. Moje prawe ramię coraz wygodniej opierało się o jego lewe, co Stephan odbierał bez słowa, ale z zadowoleniem. Po pewnym czasie poczuł się zapchany popcornem, w którego spożywaniu mu nie pomogłem, bo odkąd w dzieciństwie obżarliśmy się nim z bratem tak, że rzygałem do rana, na zawsze pozostała mi do tego badziewia odruchowa niechęć. Odłożył kubełek na podłogę i położył lewą dłoń na moim prawym kolanie, sondując, jak zareaguję. Bardziej niż przychylnie: przysunąłem moje udo bliżej jego nogi, tak, by się o siebie opierały. Może pamiętasz moje nogi, nie są to nogi ułomka, ale przy jego udzie prawdziwego kulturysty takich rozmiarów moje i tak wyglądało jak chłopięce. Stephan uśmiechnął się pod nosem, zadowolony, że wykonaliśmy kolejny krok.

Bezpośrednio za nami siedziało kilka osób. Mogli te nasze poczynania podglądać, bo w tamtej sali rzędy pną się stromo, ale żaden z nas się tym nie przejmował. Byliśmy rzut beretem od Soho, a Stephan był zbyt postawny, żeby się kogokolwiek obawiać, zbyt z tym pewny siebie, żeby się przejmować, a mnie wręcz radowało, że ktoś widzi, że to ja będę dzisiaj w nocy miał tego wspaniałego mężczyznę, za którym niejedna głowa już się tego wieczoru obróciła. Miałem tylko nadzieję, że nie widać po mnie zbyt wyraźnie, jak bardzo mnie roznosi. Stephan natomiast leniwie dręczył mnie słodką torturą, od czasu do czasu przesuwając dłoń kilka centymetrów w jedną, potem w drugą stronę. Przez jakiś czas trzymał ją zsuniętą ku wewnętrznej stronie mojego uda, dość wysoko, zacząłem się obawiać, że gdyby przesunął ją jeszcze trochę wyżej, guziki mojego rozporka wystrzelą na wszystkie strony i nabijają komuś guza. Jego dłoń była ciepła, duża, ciężka i silna, ale wydawała się wewnątrz miękka i łagodna, bardziej niż przyjazna, obiecywała bezpieczeństwo.

Film dobiegł końca, a ja nie wiedziałem w ogóle, co o nim myśleć, nie byłem w stanie się na nim skupić. Obaj potrzebowaliśmy do ubikacji, zrobiło się tam tłoczno, bo dwa seanse skończyły się niemal w tym samym momencie. Tylko dzięki tej kolejce udało mi się zapanować nad sobą na tyle, by stracić wzwód przed dotarciem do pisuaru. Na szczęście zwolnił się akurat pisuar w rogu, dzięki czemu mogłem się trochę osłonić przed spojrzeniem innego oddającego mocz samca. Na szczęście, bo bałem się, że po dwóch godzinach ocierania się o biceps i udo Stephana, po seansie kontaktu z ciepłem jego silnej dłoni, dotyk palców konieczny do oddania moczu wywoła ponowny napływ krwi i ożywi wzwód; że po dwóch godzinach w stanie takiego podniecenia, może mi skapywać trochę śluzu, a czułbym się bardzo zażenowany, gdyby ktoś widział, że zwisa mi z członka trudny do strząśnięcia glut. Stephan nie chciał się tłoczyć w kolejce do pisuaru, wolał poczekać, aż będzie się można dostać do jedynej w tej toalecie kabiny.

Zeszliśmy potem razem po schodach, ja dwa dyskretne kroki za Stephanem, by napawać się przez chwilę bardziej bezczelnie, bez obawy o sprawiane wrażenie, widokiem całej jego postury kroczącej majestatycznie przede mną. Chciałbyś coś zjeść? – zapytał, gdy byliśmy już w fiołkowym hallu na dole. Wyszliśmy na ulicę. Tam, gdzie mieszkam, na Caledonian Road, jest kilka restauracji, chciałoby ci się tam ze mną podskoczyć? – i znów ten uśmiech. Najwyraźniej badał, czy jestem skłonny wybrać się do niego na noc, nie proponując tego od razu otwarcie. Jasne, że by mi się chciało, odpowiedziałem. Jaką kuchnię lubisz, co byś powiedział na coś azjatyckiego? Wszystkiego mogę spróbować, byle to nie były krewetki, śmiałem się. Nie lubisz krewetek? Wyglądają dla mnie jak robaki. Stephan był wegetarianinem, byłem pod wrażeniem, że taką masę mięśni zbudował, nie jedząc mięsa, ale tego już nie powiedziałem, w obawie, że przefajnuję z częstotliwością komplementów.

Poszliśmy w górę ulicy i zeszliśmy do metra na Piccadilly Circus, tam wzięliśmy Piccadilly Line, northbound service, która jedzie prosto na Caledonian Road. Znalazły się dwa miejsca siedzące obok siebie, które szybko zajęliśmy. I znów rozmiary Stephana pozwalały mu opierać udo o moje w zupełnie niebudzący podejrzeń sposób. Nie martwiłem się podejrzeniami, miałem nawet w głębi duszy nadzieję, że ten czy ów współpasażer-obserwator domyśli się, co się między mną a Stephanem kroi, że to ja, nikt inny, będę miał tego budzącego podziw mężczyznę jeszcze tej nocy. Stephan opowiedział mi, że kupił mieszkanie na Caledonian Road, kiedy budowali tam nowe budynki, bo chciał mieć blisko do pracy. Więzienie, w którym pracuję, jest dosłownie parę kroków stamtąd, oszczędzam mnóstwo czasu na dojazdach, rano zdążę jeszcze potrenować na siłce, wieczorem popracować trochę nad doktoratem. Doktorat pisał o pracy z ludźmi podwójnie uzależnionymi, zwykle alkoholikami i narkomanami jednocześnie. Praca z nimi, tam w więzieniu, jest naprawdę stresująca, dlatego wolę raczej pójść na jakiś obciachowy amerykański film, żeby się odprężyć, odmóżdżyć, a nie dołować się jeszcze dodatkowo w kinie, śmiał się, więc następnym razem pójdziemy na film, który ja wybiorę. To będzie Twilight albo coś co najmniej równie głupiego, nie przestawał się śmiać. Nie miałem nic przeciwko temu, żeby wybierał kolejny film, i kolejne filmy, bo to oznaczało, że mogło być dla mnie w tych potężnych ramionach miejsce na więcej niż jedną tylko, dzisiejszą noc.

Na Caledonian Road wysiedliśmy z pociągu i wypełzliśmy spod ziemi. Rozglądaliśmy się za restauracją, bo azjatycka, o której myślał, okazała się z nieznanego powodu zamknięta. Niedaleko majaczyła inna, ale Stephan uważał, że jest niedobra. Słuchaj, są dwie możliwości, spojrzał na mnie badawczo. Możemy iść dalej tą ulicą i szukać jakiejś restauracji, ale jest też taka opcja, że pójdziemy po prostu do mnie i odgrzejemy spaghetti, ugotowałem wczoraj, jeśli nie masz nic przeciwko kolacji wegetariańskiej, a potem mógłbyś zostać na noc, jeśli tylko masz ochotę. Nie mam nic przeciwko twojemu spaghetti; że jadam mięso nie znaczy, że nie jadam nic innego. Stephan znów uśmiechnął się jak osiedlowy łobuz i powtórzył drugą część swojej opcji z odgrzewaniem spaghetti, do której się nie ustosunkowałem: Chciałbyś zostać u mnie na noc? Tak, chcę zostać u ciebie na noc, kiwnąłem trzy razy głową, na mojej twarzy musiała się wtedy malować cała radość tego świata. To świetnie, ucieszył się, chodźmy, możemy kupić wino albo piwo w sklepie na dole, jak chcesz, bo ja nic nie mam. A nie przeszkadza ci, jeżeli ja się napiję wina?, zawahałem się. Nie, nie ma najmniejszego problemu.

Na parterze budynku, w którym mieszkał, mieścił się otwarty do późna sklep, Pakistańczyk sprzedał mi tam butelkę pinot grigio (wolałem już zostać przy białym), po czym weszliśmy do zadbanego, kilkupiętrowego budynku odgrodzonego od ulicy domofonem. Wjechaliśmy windą na trzecie piętro, Stephan otworzył przede mną drzwi do swojego mieszkania, wpuścił mnie do środka i zamknął za nami.

Było to piękne, przestronne mieszkanie, całe pomalowane na biało, z ogromnym narożnym salonem, przeszklonym na całą szerokość dwóch ścian, z dwiema sypialniami. Mniejsza sypialnia była zamknięta. Tam nie wchodź, uśmiechnął się wskazując na drzwi. Wynajmuję pokój jednemu Włochowi, czyni to spłatę kredytu mniej dotkliwą. Piękne mieszkanie, powiedziałem, sam salon był niemal wielkości całego mieszkania moich rodziców w Dąbrowie Górniczej. Niestety, kiedy je kupowałem, kosztowało znacznie więcej niż jest warte dzisiaj, westchnął odrobinę teatralnie. Rozglądając się po tym wnętrzu, myślałem o nieszczęsnym, zimnym pokoju, który wynajmowałem u Mateusza i Magdy, w czteropokojowym mieszkaniu dzielonym jeszcze z ich siostrą. W nowej pracy zarabiałem dwa razy więcej niż w hotelu, ale najlepsze, na co mnie było stać w tym przedrogim mieście, to większy niż na Finchley pokój w większym mieszkaniu, jednak wciąż nie „u siebie”.

Stephan zaprosił mnie gestem dłoni, rozgość się, a sam zanurzył się w wielkiej, sięgającej niemal sufitu lodówce, w poszukiwaniu spaghetti do podgrzania. Podszedłem do okna. Stephan, wrzuciwszy makaron do mikrofali, dołączył do mnie w salonie. Stanął tuż za moimi plecami, miałem wrażenie, że czuję na nich ciepło jego silnego ciała; lewą dłoń położył na moim ramieniu, a prawą pokazał mi widoczne stamtąd więzienie. Swoją drogą, mamy mnóstwo więźniów z Europy Wschodniej, powiedział. Polaków też? O, Polaków w szczególności, Polaków najwięcej, nawet sobie nie wyobrażasz. Zza ściany zapiszczała kuchenka mikrofalowa, Stephan zniknął więc znowu w kuchni i wrócił z dwoma talerzami z długim makaronem oblepionym domowej roboty sosem pomidorowym, z cebulą, czosnkiem, oliwkami i bazylią. Przyniósł mi kieliszek na wino, a sobie szklankę wody.

Gdy już zjedliśmy, a ja wypiłem dwa kieliszki pinot grigio, znaleźliśmy się razem na jednej z dwóch kanap stojących naprzeciw telewizora. Rozmawialiśmy, a nasze uda wymieniały elektrony. Stephan, gestykulując żywo, wykorzystywał jeden za drugim kolejne preteksty, by dotykać mnie tu i ówdzie także dłonią. Krew w moich żyłach musiała już od dawna bąbelkować od wrzenia, a wino zniosło wszystkie moje blokady. Mogę cię pocałować, zapytałem, uśmiechając się, you are very, very sexy, dodałem. Podobam ci się? – z rozbrajającym uśmiechem zapytał zamiast odpowiedzieć. Masz jeszcze jakieś wątpliwości? Myślałem, że to już było jasne co najmniej, odkąd w kinie położyłeś dłoń na mojej nodze. Pozwoliłbym ci ją tam trzymać ponad godzinę, gdybyś mi się nie podobał? Nie przestawał się uśmiechać łobuzersko, a ja po chwili znalazłem się w rozkroku nad jego udami, z kolanami po obydwu stronach jego bioder. Ująłem w dłonie jego piękną, dużą, ale wspaniale proporcjonalną pomiędzy tymi szerokimi barkami głowę i zacząłem smakować jego usta. Mimowolnie uniosłem wzrok w stronę otwartych drzwi salonu, przez które widać było zamknięte drzwi sypialni włoskiego współlokatora. On nas nie zobaczy czasem? – zaniepokoiłem się nagle. Nie przejmuj się, jak jest w domu, to prawie nie wychodzi ze swojego pokoju, jestem przecież u siebie, no nie? Rozsiadłem się więc wygodnie na jego udach i zaczęliśmy całować się coraz wścieklej. Moje dłonie próbowały zapuszczać się na zwiady, trzeba im było odkryć te muskuły, te bicepsy, ten brzuch i pektorale wciąż jeszcze osłonięte bawełnianą koszulką. Stephan obejmował mnie swoimi potężnymi ramionami, jego ciepłe, silne dłonie wsunęły mi się pod sweter i podkoszulek, pieściły moje plecy, potem jedna wsunęła się pod spodnie i bieliznę i zacisnęła na pośladku.

Nie chciałem już dłużej czekać, chciałem się wreszcie dostać do całego tego ciała, i żeby ono do mnie całkiem i wszędzie się już dostało. Możemy pójść do łóżka?, zapytałem cicho, może zabrzmiało to jak błaganie, i istotnie nim było. Sure, uśmiechnął się, wypuszczając mnie z objęć, żebyśmy obaj mogli wstać.

Chwycił mnie za rękę i zaprowadził do sypialni, zamknął za nami drzwi. Podeszliśmy do pościelonego na biało, szerokiego łóżka, z którego Stephan zdjął maskotkę, jakieś zwierzę z długimi kończynami, rzucił ją na podłogę. Zauważył moje rozbawienie – maskotka na łóżku tak męskiego mężczyzny, tak potężnego, pomnikowo wielkiego mężczyzny? – i też się roześmiał. Miałem ich więcej, różne zwierzęta, ale mój były chłopak obraził się na mnie, wściekł się i je wszystkie powyrzucał. Wyrzucił wszystkie? Tak, wyrzucił do śmieci, on miał różne takie napady. Ale chyba nie z powodu tych maskotek się rozstaliście, śmiałem się. Nie, no nie tak konkretnie, ale to był, przejaw, jeden z wielu, tego, że nam się już nie układało. Zdjął ze mnie sweter i podkoszulek, ja wreszcie odsłoniłem jego potężny tors, w uszach dudniły mi uderzenia mojego serca. Też był Polakiem, by the way, dorzucił jeszcze, miał na myśli swojego byłego chłopaka. Obaj zdjęliśmy spodnie, ja zrzuciłem szybko bieliznę i skarpety. Stephan stał przede mną wciąż w bokserkach, dłonią delikatnie popchnął mnie trochę do tyłu i pokierował tak, żebym usiadł na brzegu łóżka. Stał przede mną w oczekiwaniu, aż zsunę mu jego bokserki i ujrzę jego męskość w całej jej okazałości.

Od razu jakby zrozumiałem, dlaczego w kinie na Haymarket Stephan czekał na kabinę: wyobraziłem sobie, że obok sikającego Stephana staje jakiś bardziej przeciętny biały mężczyzna i w poczuciu zniewagi wymierza mu śledzia w twarz. To chyba z jakiegoś filmu. Bo Stephan był dopiero na drodze do pełnego wzwodu, jeszcze nie do końca mu się podniósł, a już rzucał poważne wyzwanie domorosłym psychologom, którzy budowanie takiej muskulatury tłumaczą potrzebą kompensowania niedostatków po stronie „ważniejszych” cech płciowych. Stephan niczego nie musiał kompensować, wręcz przeciwnie, jeśli już, to nadganiać rozbudową ogółu swoich proporcji, ale nawet przy jego wzroście, przy szerokości jego klatki piersiowej, rozmiarach bicepsów i ud, jego męskość i tak wciąż wyglądała imponująco i oczekiwała, aż moje usta podniosą ją do reszty i uczynią twardą i gotową do działania.

Czy na mojej twarzy widać też było lęk? Bo choć byłem podniecony do białej gorączki, miałem przed sobą trzysta procent mężczyzny jakąś szatańską sztuką pomieszczone w jednym ciele, to pewności, czy zdołam przyjąć go w siebie, wyraźnie mi brakowało. Przypomniał mi się Patrick i opór, z jakim musiał sobie dać radę, zanim się we mnie dostał, a to, co miałem przed oczami, biło nawet Patricka na łeb na szyję. Czy on mnie zwyczajnie nie rozerwie na strzępy? Stephan może dostrzegł i ten lęk, uśmiechnął się nieznacznie, kątem ust, z pewnością siebie samca świadomego wrażenia, jakie wywiera. Położył mi dłonie na głowie i przysunął ją do swojego przyrodzenia. Żeby go tam dobrze wypełnić krwią, moje usta potrzebowały pomocy dłoni. Lekko słonawy smak jego ogromnej żołędzi drażnił mi język, gdy wyobraźnia starała się odpowiedzieć na pytanie, co to będzie, co ze mnie zostanie, gdy właściciel tej maczugi wepchnie ją we mnie.

Let’s put a condom on, powiedział, gdy był tam już całkiem twardy. Delikatnym, ale zdecydowanym gestem swoich silnych dłoni odsunął moją głowę, wydostając swoją zadowoloną żołądź na powietrze. Schylił się do nocnej szafki i otworzył szufladę wypełnioną prezerwatywami wysypanymi z pudełka, albo raczej pudełek, bo było ich tam kilkadziesiąt, może nawet ze sto – no tak, taki mężczyzna nie może narzekać na brak seksu, chociaż zerwał z swoim polskim (znowu, jak Mitesh! o co tu chodzi?) chłopakiem, na pewno ustawiają się do niego kolejki chętnych pasywów, nie kupuje kondomów inaczej niż po kilka paczek na raz. Wyciągnął jedną prezerwatywę, otworzył i podał mi, żebym mu założył. Zaciągnąłem ją powoli, pieszcząc go jeszcze palcami, wpatrując się w jego prącie jak zahipnotyzowany.

Stephan odrzucił kołdrę i pociągnął mnie z sobą do łóżka. Położył mnie na plecach, sam ułożył się tuż przy mnie, na boku, uniósł się na łokciu i z tej samej pełnej kondomów szuflady wydobył tubę lubrykantu, wycisnął trochę i rozprowadził na całej powierzchni swojego sztywnego, wyczekującego członka. Wziął na palce dłoni jeszcze trochę żelu i wypieścił nimi mój anus. Uniósł się nade mną, podciągnął mi kolana, przełożył moje nogi przez swoje barki i przystąpił do ataku. Napierał powoli i ostrożnie, usiłując stopniowo rozluźnić mój zwieracz, oszukać opór mojego ciała wilgocią żelu, którym wysmarował nasze miejsca styku. Szeroka, opancerzona majestatycznymi pektoralami klatka piersiowa unosiła się nade mną, oparta na dwóch potężnych niczym jakieś antyczne kolumny ramionach, które wznosiły się po obydwu stronach moich barków: niczego nie pragnąłem w tamtym momencie bardziej, niż być zerżniętym przez ten cud natury, zerżniętym natychmiast, zerżniętym za wszystkie czasy, za te wszystkie rozkosze, których nie zaznałem, kiedy miałem lat osiemnaście, dwadzieścia czy dwadzieścia parę. Mój zwieracz jednak nie chciał się poddać, Stephan nie zdołał we mnie wprowadzić nawet głowicy swojej rakiety. Próby trwały już chyba kwadrans, sytuacja robiła się niepokojąco krępująca, z tendencją do beznadziejnej.

Zrezygnowany, Stephan położył się na plecach, jego głowa zapadła się z westchnieniem w poduszkę. Zdjął prezerwatywę, zawiedzioną i suchą w środku wyrzucił do kosza, który stał niedaleko łóżka – po mojej stronie, skąd krzyczała do mnie: wstyd! Mogłem sobie doskonale wyobrazić zakwasy zaciśnięte na tych ogromnych jądrach, które utraciły okazję zrzucenia ładunku. Sam nie tylko nie zostałem zerżnięty za wszystkie czasy, ale nie zostałem zerżnięty w ogóle, po tylu godzinach pobudzenia i obietnic składanych przez cały wieczór przez jego gesty, spojrzenia i dotyk. Z mojej własnej winy, z winy mojego własnego, nieprzygotowanego ciała, które poniosło tak sromotną klęskę na froncie pogoni za rozkoszą, a miało przed sobą – i nad, i już prawie w sobie – zmaterializowany fantazmat tak wielu homoseksualnych mężczyzn. Czułem się rozczarowany moim ciałem, które nie sprostało, uległo własnym ograniczeniom i nie zaznało mężczyzny przecież dokładnie takiego, o jakim nie raz śniło, jak jeden z tych, za którymi włóczyło oczyma po hali czy szatni klubu Virgin Active na Hammersmith.

Nie wiedziałem, jak przeprosić za swoje niesprostanie, za swoje niepodołanie, za swoją niezdolność przyjęcia takiego daru – daru, o który tylu innych by z zapamiętaniem i determinacją zabiegało. Chciałem się zapaść pod ziemię, jak wtedy, kiedy na schodach przed Sacré-Coeur pozwoliłem odejść Karimowi. Pod ziemię, i prosto do piekła, na które znowu zasłużyłem. Coś próbowałem powiedzieć, skończyło się tylko na nieśmiałym, z trudem wyszeptanym I’m sorry, I’m really sorry. Zastanawiałem się, czy zaproponować coś innego, na przykład, że zrobię mu fellatio, ale czułem się zbyt tą klęską onieśmielony, żeby się odezwać z taką ofertą. Bo czy tak spektakularny mężczyzna dochodzi samym tylko fellatio, czy nie jest to jedynie rozgrzewka przed kopulacją, czy godzi się w ogóle sugerować, że takiemu smokowi mogłoby wystarczyć samo fellatio? Wydawało mi się, że byłaby to prawie zniewaga.

Zdarza się, zdaję sobie sprawę, że nie jestem przeciętny, powiedział Stephan tonem niezwykle wyrozumiałym, ciepłym, i poklepał mnie jeszcze po dłoni. Are you upset?, zapytałem przerażony, naprawdę przerażony, że być może właśnie tracę takiego mężczyznę. Nie, odpowiedział spokojnie, pod warunkiem, że tak nie będzie za każdym razem, i uśmiechnął się, patrząc na mnie, patrząc mi prosto w oczy. Ale przyzwyczaisz się do moich rozmiarów, to kwestia czasu i praktyki. Zgasił lampkę po swojej stronie łóżka. Wiem, to taki stereotyp jest, że czarni mężczyźni mają wielkie penisy, dodał jeszcze, tylko stereotyp, wcale nie wszyscy, ale tak się składa, że ja akurat mam. Miałeś już jakiegoś czarnego mężczyznę? Miałem, uśmiechnąłem się, trzech. I jak u nich wyglądała sytuacja z rozmiarami? – popatrzył na mnie. Patrick miał wielkiego, ale oczywiście nie aż tak jak ty. Ale największego, jakiego dotykałem, dopiero dzisiaj spadł na drugie miejsce, śmiałem się. Potem jeszcze był Stan i Chris – przydarzyli mi się tuż przed Miteshem – oni byli w granicach średniej. Tak więc, podsumowałem, stereotyp stereotypem, nie wszyscy macie olbrzymie przyrodzenia, ale największe przyrodzenia chyba najczęściej macie właśnie wy, śmiałem się, tak do końca fałszywy ten stereotyp nie jest.

Przestałem się czuć jak ostatnia łajza, która zepsuła całą zabawę. Ton głosu Stephana był ostatecznym dowodem, że nie ma mi niczego za złe. Leżeliśmy chwilę w ciszy, on zamknął oczy, ja nie, patrzyłem to w sufit, to w stronę tego mocarnego ciała, zanim dotarł do mnie sens tego, co on przed chwilą, kilka zdań temu, powiedział: pod warunkiem, że tak nie będzie za każdym razem, przyzwyczaisz się, kwestia praktyki, i ten mimo wszystko uśmiech, szczery uśmiech, a nie wyraz zawodu czy irytacji. Czyli jednak było dla mnie miejsce w jego obszernym łóżku na więcej niż tylko tę jedną noc, przypadłem takiemu mężczyźnie do gustu na tyle, że chce, żebym tu wrócił, nawet po tym katastrofalnym niepowodzeniu, sromotnej klęsce. Moje oczy ostatecznie porzuciły sufit i zatrzymały się na nim, na jego pięknej, nieprawdopodobnie młodej twarzy silnego mężczyzny, na szerokiej piersi opancerzonej płatami muskułów, opiętej gładką, nieowłosioną z natury lub bardzo starannie wygoloną, brązową skórą. Na miłość boską, byłem w łóżku z najprawdziwszym przybyszem z najbardziej utęsknionej prowincji Krainy Fantazji każdego pasywa w mojej części Europy: pięknym, muskularnym czarnoskórym mężczyzną o monumentalnym prąciu, i mogłem go mieć na więcej niż jedną noc. Mogłem mieć mężczyznę, którego zazdrościłaby mi co druga sfrustrowana ciota w tej dupie świata na Dzikim Wschodzie kontynentu. I nie dałem rady, ta nieszczęsna część ciała, która najbardziej przecież tęskniła, poddała się, niezdolna przyjąć go w siebie. Nieszczęsna, sucha w środku, rozczarowana prezerwatywa rozmiaru extra large, czy jeszcze większego, jeżeli większy istnieje, leżała w koszu po mojej stronie łóżka niczym dowód winy, i piekła stamtąd jak wyrzut sumienia.

Powyższy tekst to fragment powieści Nirvaan, nad której ukończeniem wciąż pracuję. Inny fragment, jeszcze nieostateczny, umieściłem już kiedyś tutaj, inny tutaj, inny tutaj, a jeszcze inny ukazał się w art-zinie literackim Papier w Dole, nr 4-5 (2017).

pwd

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Djamel

Kiedy spotkałem Djamela, a on tak szeroko i szczerze się na mój widok uśmiechał, pomyślałem, że może dostałem szansę na odkupienie tamtego grzechu. Tego, że pozwoliłem Karimowi odejść.

Djamela poznałem na zamku w Châtillon, malutkiej miejscowości w Burgundii. Daniel, spasiony, sapiący strażnik moich nowych pracodawców, otworzył bramę małym elektronicznym pilotem, który wszyscy nazywali tu bipem. Wjechaliśmy samochodem w głąb angielskiego ogrodu, spomiędzy drzew wyłonił się jeden budynek, potem ogromny libański cedr, a potem następny budynek, tym razem ten najważniejszy, średniowieczny donżon przebudowany w dziewiętnastym wieku. Daniel podjechał samochodem przed wejście donżonu. Drzwi były otwarte, przed nimi stały dwa zsunięte kwadratowe stoliki ogrodowe, z ciężkiego drewna, siedział przy nich młody, wysoki, szczupły mężczyzna. Był bosy, buty leżały pod stolikiem. Czytał książkę, wiatr trochę podwiewał mu jej strony. Miał długie, kasztanowe włosy, spontanicznie falujące, prawie kręcone, miękkie, spięte z tyłu w ogon. Podniósł wzrok znad książki i spojrzał na nowo przybyłego: mnie.

To Djamel, wysapał Daniel. Jest tu przewodnikiem.

Skąd się w ogóle wziąłem w tym zamku?

Po czterech tygodniach poszukiwania pracy, zrezygnowany i załamany, pogodziłem się już z myślą, że misja „saksy we Francji” zakończyła się porażką. Zamiast zarobić, straciłem tylko pieniądze, w tym część pożyczoną na wyjazd od Gosi, kumpeli ze studiów. Prawie nic mi nie zostało, chociaż odżywiałem się makaronem z oliwą i czosnkiem, tylko czasem z dodatkiem cukinii i pomidora. Dzień wcześniej wróciłem z centrum miasta na gapę, przeskakując przez bramki metra – czułem się tą koniecznością niesłychanie upokorzony, na szczęście prawie nikogo nie było wtedy na stacji. Nigdy wcześniej nie podróżowałem stopem, ale już postanowiłem tak właśnie wracać do Polski. Ewa, u której się zatrzymałem, wróciła już z wakacji i była zła jak chmura gradowa, bo miałem przez lato płacić jej połowę czynszu, a skończyło się na jednym miesiącu za który nie bardzo mogłem zapłacić tyle, na ile się umówiliśmy. I wtedy zapukała do nas sąsiadka Ewy – Halina, też z Polski. Znalazłam ci pracę, powiedziała w drzwiach. Uratowała mi życie.

To właśnie była praca w Châtillon. Halina początkowo sama na nią przystała, bo w sierpniu i tak nie miała klientów. Sprzątała ludziom mieszkania, a wszyscy, którzy w Paryżu zatrudniają sobie kogoś do sprzątania, w sierpniu wyjeżdżają na wakacje na cały miesiąc. Ale w ostatniej chwili zmieniła zdanie. W zamku potrzebowali kogoś na całe dwa miesiące, a ona miała tylko miesiąc przerwy i nie chciała stracić klientów, u których stale sprzątała. Zadzwoniła do pośredniczki  i powiedziała, że rezygnuje, ludzie z zamku wpadli w panikę: Zna pani kogoś, kto jest dostępny, od zaraz? Halina pomyślała o mnie, tak, sąsiad szuka pracy, bardzo potrzebuje. Co prawda to facet, ale da radę.

No więc, masz pracę. Będziesz miał pokój w zamku, wyżywienie, nie będziesz musiał w ogóle wydawać pieniędzy, wszystko, co zarobisz, możesz zabrać do Polski. To co mam powiedzieć pośredniczce? No ba!

Dwa dni później byłem w pociągu, z dworca w Nevers odebrał mnie Daniel, a potem gramoliłem się już z samochodu, z ogromnym plecakiem, który musiałem wydobyć z bagażnika.

Djamel patrzył w moją stronę znad książki. Dzieliła nas trochę zbyt duża odległość, żebyśmy zagadali, ale widziałem w jego wielkich oczach jakieś zainteresowanie. Na twarzy zatańczył mu uśmiech, piękny uśmiech, Boże, jaki piękny uśmiech. Daniel potwierdził kiwnięciem głowy, gestem i mruknięciem, że tak, tam jest wejście, tam powinienem się skierować. W drzwiach tymczasem stanęła Chantal, właścicielka zamku, żona Michela, którego poznałem w Paryżu. Wyszła mi naprzeciw, żeby się przywitać. Niska, trochę przy kości, pięćdziesiąt kilka lat, piękne, bujne, czarne włosy, proste, opadające luźno na ramiona. Wyciągnęła ku mnie drobniutką dłoń, ozdobioną wielkim złotym pierścieniem z brylantami, nieco drżącą, później miałem się przekonać, że drżała jej zawsze. Przedstawiła się, podziękowała Danielowi, i powiedziała, że oprowadzi mnie po zamku. Zamieszkam w tamtym budynku, tym który samochód musiał wyminąć, nim dotarł do donżonu. A może jestem zmęczony i chcę najpierw pójść do swojego pokoju i odpocząć? Nie, nie byłem zmęczony, byłem podekscytowany tym miejscem. Moi koledzy ze studiów zbierali na saksach pomidory, szparagi, truskawki albo ścinali tulipany, a ja miałem pracować w pięknym średniowiecznym zamku, i miałem tu gdzieś mieć swój pokój. Filmowcy jeszcze nie przyjechali, powiedziała Chantal i zaproponowała: Poznajcie się z Djamelem. Djamel!, zawołała.

Zamknął książkę, zostawił ją na stole i nie zakładając butów podszedł w naszą stronę, wyciągając do mnie dłoń. Szczery uśmiech rozjaśniał jego pociągłą, śniadą twarz, odsłaniając długie, równo i ciasno ułożone zęby. Jego wielkie, inteligentne oczy błyszczały kolorem bursztynu. Kosmyk kasztanowych włosów wymknął się gumce i opadł mu na czoło. Wiedziałem, że Djamel to arabskie imię, ale dotąd myślałem, że Arabowie mają wszyscy włosy kruczoczarne. Byłem zaskoczony, zaintrygowany. I onieśmielony jego badawczym, a jednocześnie przyjacielskim spojrzeniem. Głównie dlatego, że wydał mi się przepiękny – przepiękny w jakiś niezwykły, trudny do nazwania sposób.

Djamel, Jarek, poznajcie się. Djamel jest naszym przewodnikiem, oprowadza turystów po zamku, wyjaśniła Chantal. Razem z Alexandre’em, który gdzieś się podział, może go spotkamy w salonie. Obaj studiują filozofię na Sorbonie.

Chantal zabrała mnie jednak szybko od właściciela tych wielkich bursztynowych oczu, żeby mi wszystko pokazać i wprowadzić mnie w tajniki mojej misji na najbliższe dwa miesiące. Na parterze minęliśmy kuchnię, z której wybiegł jak burza młody kucharz, Bretończyk Pierrick, zatrzymał się, bo Chantal chciała nas sobie przedstawić, po czym poleciał dalej, do chambre froide, w piwnicy, gdzie trzymano świeże warzywa i owoce. Kuchnie, pokazywała mi Chantal, były dwie. Jedna w starym stylu, umeblowana w dziewiętnastym wieku, z wielkim, masywnym drewnianym stołem stojącym tam być może nawet od wieku piętnastego, z miedzianymi garnkami na ścianach i pięknymi przyborami kuchennymi. Tutaj jednak częściej się jadło niż gotowało, gotowało się raczej w drugiej kuchni, roboczej, mieszczącej się za tej ładnej kuchni „plecami”, choć bywało, że tutaj, w tej zabytkowej, pieczono ptactwo na siedemnastowiecznym, ale wciąż doskonale sprawnym ruszcie. Dalej była wielka, reprezentacyjna jadalnia, przez nią z kolei można było dotrzeć do mniejszej, za to ze stołem o blacie z różowego, włoskiego chyba marmuru, osiemnastowiecznymi krzesłami, żyrandolem z Murano i wielkim genueńskim lustrem w ciężkiej pozłacanej ramie. Na końcu korytarz na parterze prowadził do pralni i suszarni. Można je było jednak wyminąć, by wejść na kręcone kamienne schody; była to oryginalna średniowieczna klatka schodowa. Po tylu stuleciach noszenia obutych ludzkich stóp stopnie były mocno wyślizgane, więc wzdłuż schodów, po ścianie, biegł gruby sznur zawieszony na wbitych w mur metalowych hakach, elastyczna poręcz, której można było się trzymać lub w razie potrzeby uczepić.

Na pierwszym piętrze Chantal pokazała mi dwa salony umeblowane antykami, oraz bibliotekę, w której oprócz regałów ze starymi książkami stał stół do bilarda, stolik do gry w karty lub kości, i specjalne kabiny na cygara. Spotkaliśmy tam drugiego przewodnika, Alexandre’a, bardzo zamkniętego w sobie i nieśmiałego blondyna w okularach. To piętro było bardzo wysokie, mieściło sypialnię właścicieli oraz sypialnię matki Chantal, Madame Zivi. Tam miałem się nie zapuszczać, Madame Zivi przyjeżdża ze swoją szurniętą, otyłą kotką, która się panicznie boi obcych mężczyzn. Piętro wyżej były już tylko sypialnie, i mały salonik indyjski, który właściwie był tylko głęboką wnęką wtuloną pomiędzy dwa pokoje, niezmiernie jednak uroczą, bo wejście do niej okalał rzeźbiony misternie w drewnie łuk przywieziony z Indii. Trzecie piętro, ostatnie miało najniżej zawieszony sufit i najmniejsze pokoje. Dwa z nich  zajmowali Djamel i Alexandre.

Kiedy tak chodziliśmy, nie mogłem przestać myśleć o pięknym Arabie, który został na dole ze swoją książką. Czemu tak mi się przyglądał, dlaczego wydawał się tak mną zainteresowany? Czyżbym właśnie dostawał niespodziewanie szansę na odkupienie śmiertelnego grzechu sprzed Sacré-Coeur? Czy Djamel był gejem? Skoro teraz Chantal o nim wspomniała, zareagowałem szybko pytaniem, czy Djamel jest Arabem;  chciałem usłyszeć o nim coś więcej, cokolwiek.

Il est d’origine algérienne. Ses parents sont venus d’Algérie. Ben, il n’est pas tout-à-fait Arabe, il est Kabyle, si vous voulez être exact. Les Kabyles sont les Berbères d’Algérie. Pochodzenia algierskiego, ale tak naprawdę kabylskiego a nie arabskiego. Nigdy wcześniej nie słyszałem o Kabylach. Miałem wrażenie, że w tym zamku, który cudem mi się przytrafił, otwiera się przede mną jakiś zupełnie nowy świat.

Chantal zaprowadziła mnie potem do drugiego budynku, nazywali go Petit Château, gdzie miałem mieszkać. Prowadziła do niego wysypana drobnymi kamyczkami nieregularna droga, którą miałem ochotę nazwać polną, gdyby nie biegła obok zamku.

Po drodze zapytałem Chantal, o co dokładnie chodzi z tymi filmowcami, o których wcześniej wspominała. Okazało się, że będą niedaleko kręcić film i na czas zdjęć zamieszkają w zamku. Chantal z mężem postanowili wynajmować czasem zamek na różne wydarzenia, żeby posiadłość mogła się trochę sama finansować i w razie kłopotów nie trzeba jej było sprzedawać. To miał być pierwszy raz, chcieli sprawdzić, ile pracy to wymaga, jakie są koszty, jak w ogóle takie coś organizować. Film będzie ekranizacją powieści, która jest we Francji dość popularna, taki stylowy kryminał z poczuciem humoru, Tajemnica żółtego pokoju. Producenci szukali jakiegoś przyjemnego miejsca, żeby zakwaterować na czas zdjęć reżysera i aktorów. Niebawem pozna pan nie byle kogo, uśmiechnęła się, bo niezłą obsadę mają. Zna pan Sabine Azémę? Oczywiście, kto jeszcze? Claude Rich, Pierre Arditi, ten Belg, co to dostał w tym roku nagrodę w Cannes, jakżeż on się nazywa, Olivier Gourmet. Jest jeszcze Denis Podalydès, i jego brat Bruno, reżyser. Nie wiem, czy pan widział w Polsce, oni razem zrobili Versaille Rive-Gauche.

Weszliśmy do Petit Château przez duży salon wystylizowany tak, żeby się kojarzył jednocześnie z klimatem rustique i z amerykańskim barem z lat pięćdziesiątych. Był tam ceglany kominek na pół ściany, bilard, staroświecka szafa grająca, jednooki bandyta, stół zrobiony z wielkiego, grubego plastra bardzo starego drzewa, obite skórą fotele, barowe krzesła, no i bar, a na nim kilkudziesięcioletnia, nie działająca już kasa. Za barem alkohole, z których wiele pierwszy raz widziałem na oczy. Dalej była kuchnia, przez którą można było przejść na klatkę schodową. Schodami docierało się na pierwsze piętro, potem na drugie, i tam właśnie był „mój” pokój, dochodziło się do niego mijając pokój Pierricka. Chantal powiedziała, że zostawi mnie teraz na chwilę, żebym się rozgościł, a potem odnajdziemy się w donżonie.

Rozpakowałem się, odświeżyłem pod prysznicem, rzuciłem się na łóżko, żeby wypróbować, jak się na nim będzie spało. Moje okno wychodziło na tę część ogrodu, w której znajdował się basen. Tamtego dnia był przykryty czymś niebieskim, unoszącym się na powierzchni wody.

Ubrałem się ponownie i zbiegłem na dół, wyszedłem przez bar, by pójść z powrotem ku donżonowi. Nie zdążyłem jednak zamknąć za sobą drzwi, gdy zaczął padać deszcz, który w mgnieniu oka zrobił się niesamowicie gęsty i ciężki. Djamel, który wciąż jeszcze siedział przy stoliku przed wejściem, zamknął książkę, założył buty i poszedł schować się w otwartych drzwiach budynku. Stanął tam i czekał na mnie, z książką w dłoni. Wbiegłem za nim i stanąłem naprzeciwko. Twarz Djamela rozświetlał skandalicznie piękny uśmiech.

Korytarzem przechodziła kobieta w fartuchu, przy kości, z krótkimi siwymi włosami. Martine!, zawołał Djamel. To Jarek, przyjechał dzisiaj, będzie tutaj pracował przez lato. Martine uśmiechnęła się w dziwny, udawany sposób, trochę tak, jak niektórzy ludzie uśmiechają się do cudzych dzieci. Wymamrotała coś, że ona tu pracuje od dwudziestu lat, i coś jeszcze, ale nie bardzo zrozumiałem co, odwróciła się i odeszła do kuchni.

Martine est un peu drôle, powiedział Djamel, prawie szeptem. Tu vas voir. Przysunął się bliżej mnie i oparł ramieniem o kamienny mur. Stał tak blisko, że poczułbym się zakłopotany, gdyby nie było mi z tym tak przyjemnie, bo mogłem widzieć jego bursztynowe oczy z tak bliska. Jego brwi nie były zrośnięte, choć kilka włosków pomiędzy nimi, nad wąskim, doskonale symetrycznym nosem, sprawiało wrażenie, jakby kiedyś, przez chwilę chciały się zrosnąć, ale zaraz się rozmyśliły. Skórę miał nieskazitelnie gładką, doskonałą. Miał na sobie błękitną koszulę, dwa górne guziki były rozpięte, kołnierz rozchylał się na boki, wyglądał spod niego skrawek klatki piersiowej. Jego skóra wzbudzała we mnie pulsujący zachwyt.

Skąd konkretnie w Polsce jesteś, z jakiego miasta? – zapytał. Nie masz prawa go znać, zaśmiałem się. Dlaczego? Nie mów mi, że z Dąbrowy Górniczej, rzucił jakoś tak od niechcenia, na dodatek wymawiając tę nazwę zdumiewająco poprawnie. Serce zabiło mi mocniej. Skąd wiesz? Nikt mnie tutaj nie pytał, nikomu nie mówiłem. Ty naprawdę jesteś z Dąbrowy Górniczej? – jego wielkie bursztynowe oczy zrobiły się ze zdziwienia jeszcze większe. Potwierdziłem. Djamel zaniósł się cichym, szeleszczącym śmiechem. Kiedy się śmiał, spinał się trochę i wychylał się przodu, jego twarz przysunęła się jeszcze bliżej, a do mnie zaczęło docierać, jak ekscytująco jego towarzystwo, jego obecność, cała jego istota na mnie działają. Za nami deszcz szumiał coraz głośniej. Jakim cudem on wiedział, skąd jestem? Skąd w ogóle znał Dąbrowę Górniczą? Jakim cudem potrafił tę nazwę powiedzieć, żaden Francuz nie potrafi przecież jej powtórzyć? Wśród moich przyjaciół na Sorbonie jest dziewczyna z Polski, jej rodzina pochodzi z Dąbrowy Górniczej, wyjaśnił, wciąż się zanosząc śmiechem. Quelle coïncidence!

Rzeczywiście, dość niecodzienny zbieg okoliczności. Przez otwarte drzwi za moimi plecami docierał nie tylko szum, ale i zapach deszczu, który przez nozdrza podbijał moje podniecenie. Patrzyłem tak na Djamela i zrozumiałem, że najchętniej rozpiąłbym tę koszulę jeszcze bardziej i dotknął jego cudownej, delikatnie śniadej skóry. Ponieważ był wyższy ode mnie i ten odsłonięty kawałek jego klatki piersiowej tym bardziej prosił mi się do oczu – pomyślałem nagle o na wpół odsłoniętej piersi La Môle’a. Z każdą chwilą wszystko w nim podobało mi się coraz bardziej. Był szczupły, ale barki miał naturalnie, jakby od niechcenia, szerokie. Oczy błyszczące ciekawością, matowy głos, z cudowną chrypką. Chciałem dalej go słuchać, poprosiłem, żeby wytłumaczył mi, skąd w zamku turyści, przecież to prywatny dom. We Francji to całkiem normalne, powiedział, mnóstwo tu zamków i pałacyków, wiele z nich jest w rękach prywatnych. Są zabytkowe, władze zachęcają więc właścicieli – chyba ulgami podatkowymi, ale nie wszystko, co mówił, rozumiałem – żeby otwierali je przynajmniej latem dla zwiedzających. A dla niego i Alexandre’a to rodzaj stażu i jednocześnie fajne wakacje. Dzisiaj na przykład była tylko jedna rodzina turystów, Alexandre ich oprowadził, a ja sobie czytałem cały dzień, zaśmiał się znowu. Oczywiście, turyści nie łażą po całym zamku, wyjaśnił. Nie wchodzą do sypialni, pokazujemy im salony, jadalnie, zabytkową kuchnię, no i oprowadzamy po ogrodzie, pokazujemy widok z góry.

Tamtego wieczoru podawałem pierwszy raz do stołu – miała to być część mojej pracy. Gospodarze i goście siedzieli przy masywnym, średniowiecznym stole w reprezentacyjnej kuchni. Była Chantal. Była jej matka, Madame Zivi, koło osiemdziesiątki. Dwie pary gości, wszyscy w przedziale pięćdziesiąt-sześćdziesiąt lat. Djamel i Alexandre też siedzieli z nimi przy stole. Pierrick, który w godzinie posiłku stawał się niesłychanie nerwowy, a jego język tak przyspieszał, że z trudem za nim nadążałem, wysyłał mnie do stołu z kolejnymi potrawami, a Chantal uśmiechała się i instruowała, jak mam podawać.

Martine pokazała mi, gdzie przyrządza werwenę i herbatę, którą piją po kolacji. Po deserze wszyscy przeniosą się do salonu, wyjaśniła. Ułożyliśmy wszystko na tacy i zanieśliśmy do dużego salonu. Potem zeszliśmy posprzątać po kolacji. Kiedy wszystko trafiło do dwóch zmywarek, Martine zarządziła przygotowanie śniadania. Rozłożyliśmy ceratę zdobną w obrazy kolorowych warzyw, a na niej filiżanki, talerzyki, czarę z owocami, metalowe pudełka z herbatą, dwie okrągłe złote maselniczki i delikatne konfiturierki z węgierskiej porcelany. Salon, po werwenie, herbacie i pewnie koniaku, posprzątamy jutro rano, powiedziała Martine, jakby zdradzała mi jakiś sekret. Tymczasem Pierrick uporządkował kuchnię, powkładał garnki, patelnie, rondle do ogromnej zmywarki, wyczyścił blaty i noże.

Potem Martine, wciąż obuta w swoje miękkie pantofle, wsiadła na skuter i odjechała, a my z Pierrickiem poszliśmy w stronę Petit Château. Pierrick, poza godzinami serwowania posiłku, był kompletnie na luzie i całkiem zabawny, ale nie zawsze rozumiałem, co mówi. Weszliśmy razem po schodach, po drodze gasząc światło, i rozeszliśmy się do swoich pokojów.

Wziąłem jeszcze jeden szybki prysznic i poszedłem do łóżka. Było ciepło, więc zamknąłem wewnętrzne okiennice i nagi wsunąłem się pomiędzy prześcieradła. Patrzyłem w sufit, próbując uporządkować wrażenia tego pełnego zdumień dnia. Myślałem o tym, jakiego miałem fuksa, że w ostatniej chwili znalazła mnie ta praca, że nie wrócę znad Sekwany jako bankrut i pośmiewisko. Ale nie mogłem też nie myśleć o Djamelu. Z miejsca mnie zaczarował. Czyżby on też miał przede mną otworzyć nieznane mi wcześniej światy? Czy to, że tak był mną zainteresowany, tak się garnął do rozmów ze mną, przysuwał się tak blisko, oznaczało, że mu się podobam, w ten sposób? Że go pociągam? Czy to, że zna Dąbrowę Górniczą, jest jakimś znakiem? Może ten wyjazd do Francji nie tylko pozwoli mi przeżyć kolejny rok na studiach – może pod osłoną nocy spotka mnie tu znacznie więcej: poznam dotyk Djamela, jego uścisk, zapach i smak jego skóry, jego miłość?

Następnego dnia Chantal dała mi listę gości, którzy mieli w nadchodzących dniach zamieszkać w zamku. Obeszliśmy wszystkie pokoje sprawdzając, czego jeszcze brakuje. Ścielenie łóżek, wymiana pościeli, uzupełnianie wody w karafkach, sprzątanie łazienek, wymiana ręczników – to miały być moje zadania od jutra, czyli od przyjazdu pierwszych filmowców.

Zapytałem Chantal o sklep, potrzebowałem żyletek i pianki do golenia. Za bramą droga w dół prowadzi do miasteczka, jest tam supermarket. Niech pan poprosi Djamela albo Alexandre’a, żeby panu otworzyli bramę. Staliśmy wtedy na korytarzu pierwszego piętra, nieopodal otwartych drzwi na balkon wychodzący na tę stronę, gdzie wczoraj Djamel przy drewnianym stole czytał książkę. Chantal musiała pomyśleć o tym samym, bo natychmiast się tam skierowała i wyjrzała na zewnątrz. Djamel i tym razem tam siedział, znowu z książką. Zawołała go i zapytała, czy by mnie nie wypuścił z posiadłości. Bien sûr, pas de problème, odpowiedział, spoglądając ku nam. Allez-y, rzuciła mi krótko Chantal.

Chwilę później szedłem więc z Djamelem wysypaną drobnymi kamyczkami drogą do wielkiej bramy. Było ciepło i bardzo słonecznie. Djamel szedł boso. Zachwyciły mnie jego stopy: były piękne, większe niż moje, ale szczupłe, ich kształt wydawał mi się jakiś taki szlachetny, każdy palec – były długie – był piękny, wręcz elegancki. Ludzkie stopy tak często mnie odpychały, zwłaszcza męskie, wydawało mi się, że prawie zawsze są brzydkie, ale nagle przyszło mi do głowy, że może był to jeden ze sposobów, w jakie manifestowała się we mnie niechęć do mojego ojca. Ojciec z wiekiem stawał się dla mnie i dla mojego młodszego o rok brata coraz gorszy; gdy byliśmy nastolatkami, gnębił i upokarzał nas bezinteresownie, kiedy tylko wypatrzył taką możliwość, Krzyśka jeszcze bardziej niż mnie. W tym samym okresie zauważyłem, jak brzydkie są jego stopy, szerokie i obłe, jak z kluchy ciasta, z wyrastającymi z tych kluch parówkami ściśniętych palców – jakby obronna niechęć do niego, jaką reagowałem, żeby wydrzeć sobie trochę własnej przestrzeni wolnej od jego przemocy, zapisywała się w moim ciele w postaci takich dziwnych fizycznych repulsji. Czasem, samotnie zanurzony w wannie, w zamkniętej na blokadę łazience, zadawałem sobie z przestrachem pytanie, czy moje stopy też są tak brzydkie i niezgrabne, może są, tylko są moje, jestem do nich przyzwyczajony, więc tego nie dostrzegam? Czy ktoś kiedyś zapragnie mnie dotknąć, jeśli z zewnątrz moje stopy są równie odpychające, jak stopy mojego ojca dla mnie? Kiedy mieliśmy płyn do kąpieli, taki, który robi porządną pianę – nie zawsze mieliśmy, długo było ciężko i matka kupowała tylko rzeczy absolutnie niezbędne – oddychałem z ulgą, piana przykrywała wszystko, mogłem nie myśleć o stopach. Później, przestraszony siłą fizycznej tęsknoty, jaka porywała mnie czasem ku nielicznym pięknym mężczyznom lub chłopcom, którym udało się jakimś cudem pod kominami Huty Katowice nie zamienić w spopielałe maszkarony, na dystans od nich, w skorupie, która przeszkadzała mi w wyjawieniu komukolwiek, co naprawdę czuję, trzymał mnie czasem ten irracjonalny strach: może ma ładny uśmiech, ładne oczy, a nawet coś pięknego w sylwetce, ale co, jak zdejmie buty i zobaczę tam coś tak szpetnego jak grube, płaskie stopy mojego ojca? Adam był pierwszym chłopakiem, o którym pomyślałem, że nawet stopy ma piękne. Jego opalenizna, zupełnie jakby nie był z Polski, czyniła je jeszcze piękniejszymi. A teraz Djamel. Był tak piękny, w całości, bez wyjątku, że nawet jego stopy były przepiękne. Nic nie utrzyma mnie w skorupie, nic nie pomoże mi zabić w sobie tego pożądania, które zaczęło we mnie wierzgać na jego widok, wyrywać się z mego ciała ku niemu.

Byłem w butach, trochę nie mogłem się nadziwić, że można tak iść po tym żwirze na bosaka, jak gdyby nigdy nic, ale zamiast tego zapytałem, czy imię Djamel coś znaczy po arabsku. Djamel spojrzał na mnie, śmiejąc się, a słońce rozjaśniło jeszcze cudowniej jego bursztynowe oczy. To znaczy „piękno”, odpowiedział. Nie uważasz, że to kretyńskie tak się nazywać? Jak masz na imię, chłopczyku? Piękno! Kiedy się tak śmiał, prowadząc mnie do bramy, a przedzierające się przez liście drzew słońce muskało nagłymi, złocistymi błyskami jego twarz i włosy, wydawał mi się coraz piękniejszy. I nic w tym nie widziałem kretyńskiego, wręcz przeciwnie, zauroczyło mnie, że ten zachwycający młody mężczyzna ma na imię Piękno. Chyba wtedy właśnie wszystko zostało przesądzone: ostatecznie oszalałem na jego punkcie.

Tego dnia nie było gości na kolacji, tylko Chantal, jej matka, Djamel, Alexandre – i Dominique, która przyjechała po południu, na wypadek, gdyby operacja filmowcy miała czasem wymagać dodatkowej pomocnej ręki. Dominique była zapaloną kinomanką, siostrzenicą Michela, męża Chantal. Kolacja skończyła się szybko. Chantal i Dominique chciały iść wcześnie spać, dlatego Djamel i Alexandre postanowili pójść ze mną do Petit Château i zatrzymać mnie w barze przy czymś do picia.

Siedzieliśmy więc przy barze i gadaliśmy sobie. Pamiętam, że Alexandre zapytał, czy rozumiem Martine. Przyznałem, że nie zawsze. Wyjaśnił mi, dlaczego: ona mówi z bardzo silnym lokalnym akcentem, używa regionalizmów, nawet jemu zdarzało się jej nie rozumieć. Jednak Alexandre poza tym mówił niewiele, zawsze cichy i wycofany. To Djamel mówił więcej, usiadł na wprost mnie, ja stałem dla hecy za barem, jakbym w nim pracował. Alexandre nagle wstał i powiedział, że będzie już się zbierał.

Djamel został jeszcze ze mną, wziął nawet następną whisky. Przyglądałem się jego palcom obejmującym szklankę. Były delikatne, szczupłe, dłuższe od moich, nagle rozpaliła mnie myśl, że mogłyby mnie dotykać. Pytał mnie o różne rzeczy, o Polskę, co studiuję, o moich ulubionych filmowców. Zaczął mówić o swojej fascynacji Zwierciadłem Tarkowskiego, pamiętał nawet rosyjski tytuł tego filmu, mówił o tej scenie, w której ta piękna kobieta biegnie korytarzem wydawnictwa i nagle podskakuje do góry. Piękna kobieta – lubi kobiety, czy chce mnie wybadać, zastanawiałem się. Co chwilę żartował albo coś go bawiło. Co chwilę się śmiał – i cały czas mi się przyglądał. Cierpliwie mnie słuchał i pomagał znaleźć słowa, gdy mi ich brakowało. Potrafił do mnie mówić tak, że wreszcie wszystko rozumiałem. Nawet nieznane mi wcześniej francuskie słowa i zwroty w jego ustach stawały się jasne – przez kontekst, przez gest, który do nich dołączał, przez opisowe wyjaśnienie, które dorzucał, kiedy tylko dostrzegał, że czegoś nie zrozumiałem, a dostrzegał od razu. W końcu wstał i powiedział, żebym lepiej poszedł spać, bo nie chce być odpowiedzialny za moje zmęczenie jutro. Wyszedł, a ja wróciłem po schodach do siebie.

Czy zdołam odkupić śmiertelny grzech sprzed Sacré-Coeur? – zadawałem nocy pytanie, powtarzając w myślach to cudowne imię, Djamel, długo i raz za razem, i układając po francusku frazy, które mogły mi pomóc wyjawić mu, co czuję. Tu te rends compte que je raffole de toi?… Ukołysany marzeniem, że się jednak na tę odwagę zbieram, i że Djamel odpowiada uśmiechem, błyskiem w oku, je le savais, a zaraz potem uściskiem ramion, dotykiem ust, aż wreszcie całym sobą – zasnąłem.

Odkąd w zamku pojawili się filmowcy, mój czas upływał w nieregularny sposób. Każdego dnia liczba gości była inna, przybywało lub ubywało pokojów, którymi musiałem się zajmować. Czasem kolacja była dla siedmiu, innym razem dla kilkunastu osób. Jedne dni mijały mi w mgnieniu oka, gdy biegałem z góry na dół, inne ciągnęły się powoli, gdy trzeba było nadrobić zaległe żmudniejsze zadania, jak mycie okien. Azéma, Arditi, Rich, Gourmet, Podalydès – do jakiegoś stopnia mnie interesowali, zjadłem kiedyś śniadanie z Azémą, porozmawialiśmy o Znamy tę piosenkę i o czymś jeszcze, ale tak naprawdę żyłem dla wykradzionych pracy chwil, które udawało mi się spędzić z Djamelem. Jednego dnia udało mi się z nim zjeść śniadanie. Innym razem przysiąść na chwilę, żeby zapytać, co czyta. Przypadkowe spotkania na schodach, kiedy uśmiechał się do mnie swoim zachwycającym uśmiechem. Wreszcie kolacje, które jadał przy stole z Chantal, Dominique, Madame Zivi, z aktorami, w weekendy też z Michelem. Najbardziej wyczekiwaną sekundą każdej kolacji była ta, kiedy podchodziłem do Djamela i zgodnie z wskazaniami service russe pochylałem się nad nim od lewej strony, podsuwając mu jedno z dań. Wtedy przez chwilę mogłem poczuć zapach jego włosów (nieraz były mokre, bo często brał prysznic przed kolacją), patrzeć na jego szyję z bliska, z odległości kilku centymetrów. Żeby potem marzyć, że może niebawem coś się wydarzy i będzie mi dane znaleźć się z nim sam na sam, z dala od cudzych oczu, pokonać wreszcie dzielące nas kilka centymetrów i wtulić twarz w tę ciepłą szyję, pocałować piękną, ciemniejszą od mojej skórę, poczuć ją na policzku, poznać jej smak i teksturę. Nałożywszy sobie porcję, Djamel odkładał couverts de service i mówił zawsze Merci, Jarek, i to Merci, Jarek było jak pieszczota – tak mnie w skrytości rozpalało, że nie potrafiłem sobie wyobrazić, jak wielką rozkosz mógłbym znaleźć w tych dłoni dotyku, w tych ust pocałunku. Czasem pachniał jeszcze papierosem, którego wypalił tuż przed kolacją, na zewnątrz. Ale gdy to Djamel pachniał tytoniem, nawet ten zapach był piękny.

Djamel, przypomnij mi, jak masz na nazwisko, poprosił nagle Michel swoim donośnym głosem. Djamel odpowiedział, było to długie kabylskie nazwisko. Bouba- co? Nie mógłbyś się nazywać po prostu Moreau, jak wszyscy? Nad stołem rozległ się gromki śmiech Michela.

W jeden gorący, słoneczny dzień wyszedłem na wysypaną kamyczkami dróżkę i zdjąłem buty, chciałem przejść się po nich tak jak Djamel – na bosaka. Nie dałem rady, wrzynały mi się boleśnie w stopy, zdołałem zrobić tylko kilka kroków. Jak on to robił? Któregoś z tych dni, gdy Michel był w zamku, szliśmy razem we trzech, z donżonu do Petit Château, Djamel znowu stąpał boso, i wtedy już nie mogłem powstrzymać słów podziwu. Tak, podziw to właściwe słowo. Djamel odpowiedział, że od dziecka często chodził boso, zwłaszcza latem w Algierii, dokąd jeździli całą rodziną na wakacje, więc się przyzwyczaił. Michel spojrzał na mnie przyjmując niespodziewanie filozoficzny wyraz twarzy, oczywiście dla zgrywy. Ils sont durs, les Arabes, c’est pour ça, powiedział z udawaną śmiertelną powagą, po czym wybuchnął donośnym śmiechem.

Algierskie pochodzenie Djamela było dla mnie jak odkrywanie nowego lądu. Lądu, który wabił ciepłem, zapachami, barwami – i tajemnicami. Dotychczasowe kilka tygodni pobytu we Francji już potrząsnęło wieloma moimi polskimi przyzwyczajeniami, wieloma pewnikami. Żeby cokolwiek zrozumieć ze świata, trzeba z Polski wyjechać, trzeba z niej wyjeżdżać. Co ja wiedziałem wtedy o Algierii? Typowe polskie pierdololo, zbitka mądrości mojego ojca, nauczyciela historii i jakiegoś programu w telewizji: że dla Francuzów Algieria była jak jedno z ich własnych „województw”, dlatego taki straszny ból im sprawiła jej utrata w tej całej wojnie. A Algierczycy co o tym sądzili, może by ktoś tym się trochę zainteresował? Dlaczego nikt w Polsce nie zadawał takich pytań? Dlaczego naród, który sam był podbijany i kolonizowany przez silniejszych sąsiadów, nie odczuwa minimum solidarności z Algierczykami, tylko się wzrusza „bólem” kolonizatorów i podziela ich rojenia o Algierii jako regionie Francji? To wszystko było dla mnie bardzo nowe, całkiem jak niezwykła uroda Djamela, i wchodziło w drżący rezonans z przejmującym mnie pragnieniem wyjścia w nieznane. Pragnieniem, które wciąż szukało sposobu wyrwania się ze swojego lochu, na intymne spotkanie z tym pięknym, o rok ode mnie starszym mężczyzną.

Wśród aktorów na zamku pojawił się niejaki George Aguilar, Amerykanin od lat żyjący we Francji. Nie tylko Amerykanin, najprawdziwszy Apacz! Niewysoki, ale silny, mocno zbudowany, prawdziwie byczy mężczyzna, o trudnym do odgadnięcia wieku – za sprawą długich, pięknych, gęstych kruczoczarnych włosów. Wcześniej widziałem takie tylko na zdjęciach mojej mamy z młodości i u Ewy, przyjaciółki z liceum. No i w filmach o Apaczach. Był ów Aguilar mężem Josiane Balasko, bardzo popularnej we Francji aktorki komediowej. I cierpiał na bezsenność.

Ze względu na tę przypadłość nie próbował nawet kłaść się spać przed trzecią w nocy, każdego wieczoru szukał kogoś, kto dotrzymałby mu towarzystwa, najlepiej sącząc jakiś trunek i grając w kości. Miał swoją ulubioną grę, wygrywał ją ten, kto pierwszy zdobył dziesięć tysięcy punktów. Aguilar stopniowo, wieczór po wieczorze, wciągnął do tej gry Djamela, Alexandre’a, Chantal, Michela, Dominique, kucharza Pierricka i niektórych z aktorów. Nawet sędziwej Madame Zivi zdarzyło się zagrać. Z Pierrickiem często przesiadywał do bardzo późna, ponieważ Pierrick też bardzo mało sypiał.

Po dwóch tygodniach pobytu Aguilara bakcyl gry w dziesięć tysięcy opanował cały zamek.

Była to pewnie sobota, spokojny weekend, aktorzy pojechali do domu, a do gospodarzy nie wpadli żadni znajomi, i w taką sobotę Djamel zawołał mnie po kolacji, żebym dołączył do nich w bibliotece pograć w kości. Przy stoliku siedzieli Chantal z Michelem, Dominique i Alexandre. Przytargałem sobie krzesło i się przysiadłem. Gra była prosta, do nauczenia w kilka minut i od pewnego momentu toczyła się niemal samoczynnie, bez konieczności myślenia, dlatego dawała tyle zabawy, nawet mimo zmęczenia, które mi jednak odrobinę dokuczało.

Graliśmy na okrągłej drewnianej piste, jak to nazywali, wyłożonej zielonym zamszem. Na leżącej na stoliku kartce zapisywaliśmy punkty. Michel zaoferował mi kieliszek oszałamiająco aromatycznego armaniaku, którym sam się już raczył. Djamel i Alexandre również częstowali się tym armaniakiem, Chantal piła swoją zwyczajową werwenę, a Dominique herbatę. Przegrywałem z kretesem. Co chwilę się z czegoś śmialiśmy. Sacré Jarek! – powtarzała Dominique z nieprawdopodobną uciechą za każdym razem, kiedy lądowałem znowu na samym dole tabeli.

Znacie w Polsce taką postać z programów dla dzieci, Casimir miał na imię, zapytał nagle Djamel, z błyskiem w oczach niczym dziecko, które przypomniało sobie o czymś fantastycznym. Nie kojarzyłem. Świetny program, chyba z dziesięć lat leciał, Casimir był pomarańczowym dinozaurem czy jaszczurem, i od dzieciństwa tak mam, że kiedy mowa o polskich imionach, to pierwszy przychodzi mi na myśl Casimir. To polskie imię, no nie? No, tak jakby, zaadaptowane trochę, po polsku brzmiałoby Kazimierz. O, szkoda, że tego nie znasz, było naprawdę zabawne, Djamel nie przestawał się uśmiechać.

Następnego dnia rano znalazłem się z nim w kuchni na śniadaniu sam na sam. Była niedziela, wszyscy inni jeszcze spali. Nawet Martine jeszcze nie przyszła do pracy, a Pierrick upiekł croissanty i małe pains au chocolat i wrócił do swojego pokoju. Tak więc siedzieliśmy przy stole tylko my, Djamel i ja, twarzą w twarz, popijając gorącą kawę i jedząc te pyszne croissanty. Piliśmy też sok z grejpfrutów, który wycisnąłem poprzedniego wieczora.

Od dzisiaj będę się do ciebie zwracał per Casimir, oznajmił Djamel, zanosząc się śmiechem. A ja będę cię nazywał Szwajcar, odpowiedziałem, również się śmiejąc. Ça veut dire quoi, „Szwajcar”? – co to znaczy? Ça veut dire un Suisse, odpowiedziałem, ale ma też inne znaczenie, to taki szyfr polskich imigrantów. Polacy, których poznałem w Paryżu i Aulney-sous-Bois, mówią tak między sobą o Arabach, zwłaszcza, gdy nie są sami, w publicznym miejscu. Po polsku Arab brzmi dokładnie tak samo, jak po francusku, Szwajcar to słowo zastępcze, zupełnie niepodobne, żeby można było swobodnie mówić o Arabach przy nich, bez ich wiedzy. A Polacy często mieszkają w tych samych tańszych dzielnicach, w których żyje także mnóstwo Arabów.

Djamela to bardzo rozbawiło. Powtórzył słowo “Szwajcar” kilka razy, jakby jego język i usta się nim bawiły. Podniecało mnie to do bólu, chciałem, żeby pobawiły się tak mną. Zdumiewająco dobrze je wypowiadał, byłem pod wrażeniem. Wyjaśnił mi, że wymowa w obcych językach przychodzi mu bardzo łatwo, bo wychował się w trzech jednocześnie, francuskim, arabskim i kabylskim. Mają one różne systemy fonetyczne, w arabskim i kabylskim są głoski, których nie ma we francuskim, i na odwrót. Od dzieciństwa umiał więc wypowiadać dużo więcej głosek niż jest w jednym języku, to było jak pula, z której można czerpać, wybierać, wyszukiwać, podchodząc do nauki kolejnych języków.

Kiedy obaj skończyliśmy jeść, podniosłem się i powiedziałem: OK, Szwajcar, muszę już iść, bo mam sporo pokojów do przygotowania na jutro. Zebrałem mój talerz, szklankę, filiżankę i sztućce, i chciałem sięgnąć po jego. Djamel jednak mnie powstrzymał i delikatnym ruchem wyjął mi wszystko z rąk. Pozwól mi dzisiaj posprzątać po tobie, powiedział z uśmiechem. Nie no, nie wygłupiaj się. Nie wygłupiam się, całymi dniami sprzątasz po wszystkich, ja mogę raz posprzątać po tobie. Zebrał wszystko. Chodziło tylko o włożenie tego do zmywarki, ale spontaniczna szczerość tego gestu mnie rozbroiła. Podziękowałem mu i poszedłem wziąć się za pokoje dla aktorów, nazajutrz do ekipy zdjęciowej miał dołączyć sam Michael Lonsdale. Kiedy odchodziłem, czułem się, jakby połowa krwi spłynęła mi do podbrzusza i pulsowała pasją rozbudzoną tym niespodziewanie zachwycającym początkiem dnia, kilkoma chwilami, w których Djamel był cały tylko dla mnie.

W ciągu dnia, kursując między donżonem a Petit Château z wymianą ręczników i prześcieradeł, widziałem Djamela siedzącego przy stoliku w ogrodzie i rozmawiającego z Madame Zivi. Już kilka razy widziałem ich pogrążonych w rozmowie, wyglądało na to, że Djamel zaprzyjaźnił się ze staruszką, którą jej własna rodzina uważała za bardzo trudną osobę. Widać było, że towarzystwo Djamela sprawia Madame Zivi ogromną radość, coś ją w nim intrygowało, coś ją do niego przyciągało – dało się to wyczytać z jej oczu za każdym razem, gdy Djamel był z nią przy stole. Ta jego zdolność do zaprzyjaźnienia się z trudną staruszką była dla mnie kolejnym powodem do zachwytu.

Wieczorem po pracy zabrałem wielki worek z kuchennymi śmieciami i wyniosłem go na zewnątrz. Trzeba go było dotaszczyć aż na tyły Petit Château. Idąc wzdłuż jego murów zobaczyłem światło w salonie zwanym barem, a w środku Djamela i Alexandre’a. Rozmawiali o czymś, zmierzając ku łaźni tureckiej: Djamel żywo i energicznie, Alexandre, jak zawsze, trochę zgaszony. Zaniosłem śmieci na miejsce, odstraszając jakieś zwierzę, może lisa, może łasicę. Szybkim krokiem wróciłem do donżonu, żeby sprawdzić, czy coś jeszcze zostało do zrobienia i powiedzieć dobranoc Martine, Chantal i Michelowi. Chciałem się uwinąć jak najszybciej, biegłem prawie, żeby zastać jeszcze Djamela w Petit Château. Byłem podekscytowany, bardziej niż się spodziewałem, bardziej niż byłem na to przygotowany – nie będzie to spotkanie sam na sam, ale jednak spotkanie, i wszystko będzie wyglądać najzupełniej naturalnie, bo przez salon zwany barem wiodła droga do mojego pokoju.

Kiedy tam dotarłem, Djamel i Alexandre byli w hammamie. Dobiegało stamtąd światło, z wąskiego korytarzyka korytarza wymykało się trochę pary, słyszałem ich głosy. Zrobiłem sobie campari z tonikiem, moje odkrycie tamtego lata. Nie czekałem długo, Alexandre wyszedł z hammamu kilka minut później, w kąpielówkach. Zapytał, czy pójdę z nimi na basen, chcą się wykąpać w świetle księżyca, powietrze na zewnątrz wciąż jest przyjemnie ciepłe. To dlatego porte-fenêtre do ogrodu były już otwarte. Odmówiłem, późno już, muszę jutro wcześnie wstać. Tak naprawdę zdjął mnie lęk przed odsłonięciem mojego chudego, niewydarzonego ciała przed Djamelem, obawiałem się, że nie opanuję wzwodu, i że Alexandre będzie temu świadkiem, a ja najdosłowniej spalę się ze wstydu, nawet zanurzony w wodzie.

Alexandre wyszedł na zewnątrz i wskoczył do wody. Wtedy z hammamu wybiegł Djamel – był całkiem nagi. Moje gardło, serce i żołądek zalała gwałtowna, gorąca fala pożądania. Casimir! Viens avec nous!, krzyknął, śmiejąc się, przebiegł obok mnie, wybiegł na zewnątrz i z krzykiem wskoczył do basenu. Jego nagie ciało było przepiękne – skóra jakby z nutą cynamonu, czarująco, dyskretnie ciemniejsza od mojej smutnej bladości, gładki brzuch, szeroka pierś, zaskakująco muskularne pośladki i uda. Widziałem nawet jego przyrodzenie, większe i piękniejsze od mojego. Jak to zrobić, co mogę zrobić, skąd wziąć odwagę, żeby poznać dotyk, uścisk, nagość tego ciała, et la façon de laquelle il fait l’amour? Zdjął mnie zachwyt i ścisnął ból. Poczułem się przy nim zupełnie nieadekwatny, nieudany, jakby on miał wszystko, czego mi brakowało. Ja byłem blady i chudy, moje mizerne ciało ważyło pięćdziesiąt sześć kilogramów – nie lubiłem go odsłaniać, bo czułem się, jakbym wystawiał na pokaz wszystkie swoje słabości. Djamel był piękny, silniejszy, bardziej wysportowany, i bez wstydu czy obaw rozbierał się do naga i kąpał się w odkrytym basenie. Pomyślałem o jego chodzeniu boso po kamyczkach, które mnie tak boleśnie wrzynały się w stopy. Wydawał mi się bliższy naturze, w zgodzie z własnym ciałem, znacznie piękniejszym i bardziej męskim niż moje, ciałem, nad którym panował. Jakżeż ja pragnąłem czuć się tak dobrze i u siebie we własnym ciele – czy do tego można dorosnąć, nauczyć się tego? Pomyślałem, że właśnie ciało Djamela mogło mnie tego nauczyć. Jego uścisk, jego pieszczoty, nieskończona rozkosz, jakiej – wiedziałem to – doświadczyłbym za jego sprawą, gdyby tylko ten przepiękny francuski Kabyl odwzajemnił moje pragnienie, mogły sprawić, że stanąłbym wreszcie mocno na dwóch nogach i patrzył prosto przed siebie, wszystkim w oczy, jak mężczyzna, a nie jak przepraszająca, że żyje łajza.

Tej zgodzie z własnym ciałem, wygodzie we własnym ciele, które w nim widziałem, nie stał na przeszkodzie jego intelektualizm, oczytanie, studia filozoficzne, wieczne towarzystwo książek. Nie przeszkadzały mu one w błyskawicznym nawiązywaniu kontaktu z bardzo różnymi ludźmi, wszyscy od razu go lubili, Chantal, Michel, Madame Zivi, aktorzy, Martine. Z dystansu mojej własnej nieśmiałości, prześladującego mnie wrażenia, że jestem notorycznie przez otoczenie niezrozumiany, że nikomu specjalnie nie zależy na moim towarzystwie – zazdrościłem mu tego ogromnie. Kiedy byłem młodszy, miałem lat naście, zaszywałem się sam w kącie z książką lub filmem i myślałem, że tak to jest, kiedy się tak bardzo lubi książki i dziwne filmy, że to jest cena za przyjemności przez książki i dziwne filmy oferowane, że kto ma takie tęsknoty, zawsze jest trochę samotny, trochę nie przystaje. Djamel, jak nikt wcześniej w moim życiu, dowodził, że to nieprawda, a ja płonąłem pożądaniem.

Wyszedłem za nimi z moim campari z tonikiem, żeby porozmawiać, a naprawdę żeby wykraść trochę więcej widoku nagości tego tak przeze mnie upragnionego ciała. Było ciemno, ale do basenu docierały smugi światła, łamiąc się na wzburzonej powierzchni wody, odsłaniały nagłymi błyskami fragmenty nagości Djamela, jego pośladki, udo, łydkę, czasami nawet przyrodzenie. Jego ciało pokrywało niewiele włosów: trochę na przedramionach i łydkach, trójkąt nad przyrodzeniem i smużka biegnąca od podbrzusza ku pępkowi, ale wygasająca, zanim zdążyła dosięgnąć celu. Zapytałem, czy nie jest im za zimno. Zaraz wychodzimy, zaśmiał się Djamel. Alexandre potwierdził i wyszedł z wody, kierując się z powrotem do baru.

Djamel podpłynął do brzegu basenu i oparł się łokciami o jego krawędź, wynurzając pierś. Musiał zdjąć gumkę albo zgubił ją w wodzie, bo włosy miał rozpuszczone, lepiły mu się, mokre, do szyi i pleców. Nie chcesz się wykąpać, Casimir? – śmiał się. Nie, Szwajcar, nie chcę, śmiałem się również. Pożądałem go w tamtym momencie bardziej niż kiedykolwiek przedtem. Długie, mokre włosy przypomniały mi Adama, kiedy wracał na brzeg z Adriatyku. Djamel nie był do niego podobny, tylko te mokre włosy – kiedy były suche, miały nawet inny kolor, Djamela były jaśniejsze. Ale myśl o Adamie uświadomiła mi, że to co czułem do Djamela było zupełnie innym porządkiem pożądania, innym niż cokolwiek, czego dotąd w życiu doświadczyłem. Adam wydawał mi się zachwycający, czekałem na każdą chwilę, kiedy mogłem cieszyć się jego widokiem i towarzystwem, czasem, gdy znalazłem się zbyt blisko i robiło się zbyt intymnie, serce biło mi szybciej i krew spływała mi do podbrzusza. Pożądanie, które czułem do Djamela, było bardziej jak pożar lasu, przeszywało mnie nagłym wstrząsem, jakby wnętrzami wszystkich moich żył ktoś okrutnie przeciągał druty kolczaste. Miałem wrażenie, że z tego niewyrażonego pożądania rozpadnę się zaraz w drżącą maź, która spłynie chaotycznie do tego basenu. Kiedy będę mógł mu powiedzieć, jak bardzo go pragnę? Djamel wynurzył się z wody i wyskoczył na brzeg. Stanął wyprostowany i zasłonił obiema dłońmi swoje nieobrzezane przyrodzenie. Chodźmy do baru, Casimir, napijemy się jeszcze. I pobiegł do środka, ja poszedłem za nim, nie mogąc wzroku oderwać od jego jędrnych, gładkich, przepięknych pośladków. Dlaczego nie był obrzezany, czyżby Kabylowie różnili się pod tym względem o reszty muzułmanów? – intrygowało mnie, ale oczywiście nie odważyłbym się zapytać go ot tak o jego członka.

Czego się napijesz, Szwajcar, zapytałem, Jakiejś whisky, bourbona. Alexandre pił już piwo. Nalałem Djamelowi Four Roses i postawiłem szklankę na blacie. Djamel wrócił z hammamu z ręcznikiem zawiniętym wokół pasa. Z włosów kapała mu woda, krople spływały po jego ramionach i klatce piersiowej. Jedna zawisła na chwilę na jego sutku, wzbudzając we mnie kolejną falę pożądania. Jak ja chciałem ją stamtąd zetrzeć! Usiadł, nogi wyciągnął do przodu, krzyżując łydki. Jakże piękne były to łydki! Można by pomyśleć, że był tancerzem, tak były piękne. W przeciwieństwie do reszty ciała były trochę owłosione. Były to włosy miękkie, niezbyt gęste, woda sklejała je w małe strzałki podążające w dół, w stronę stóp o zachwycająco wąskich przegubach. Spojrzałem na jego dłonie, w jednej trzymał whisky, palce miał długie, delikatne – i wtedy mi powiedział, że podobnie jak ja, nie poszedł na studia prosto po liceum, ale inaczej niż ja, wyniósł się od razu od rodziców, z Tuluzy do Paryża, byle dalej od swojego ojca. Też inaczej niż ja, chwycił się od razu bardzo „męskiej” pracy, takiej, do jakiej najczęściej trafia młody chłopak z algierskiej rodziny – na budowie. Gdzie zresztą poznał wielu Polaków, Boże, jak oni pili, śmiał się, ale ta praca jest tak ciężka, że trudno to przetrwać bez alkoholu. Patrzyłem na te jego delikatne, smukłe dłonie, marzyłem, żeby moja szyja była na miejscu tej szklanki, i nie mogłem tego pojąć – skazanie takich dłoni na udrękę pracy z pustakami, betonem i zbrojeniami wydawało mi się zbrodnią, zamachem na, nomen omen, Piękno. Na szczęście Djamel wtedy zrozumiał, że chce czegoś innego od życia i zapisał się na studia. We Francji są za darmo, powiedział mi, wnosi się tylko niewielkie wpisowe.

Alexandre się do nas przysiadł, musiałem się pilnować, żeby nie robić zbyt maślanych oczu, nie ośmieszyć się.

tors czarno białe

Powyższy tekst to fragment powieści Nirvaan, nad której ukończeniem wciąż pracuję. Inny fragment, jeszcze nieostateczny, umieściłem już kiedyś tutaj, inny tutaj, a jeszcze inny ukazał się w art-zinie literackim Papier w Dole, nr 4-5 (2017).

pwd

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Karim

Już od dwóch tygodni błąkałem się po Paryżu. Był rok 2002, miałem dwadzieścia trzy lata. Usiłowałem znaleźć jakąkolwiek pracę na lato. Mieszkałem u znajomej siostry kumpla, która zostawiła swoją kawalerkę w Aulnay-sous-Bois – to jedno z banlieues na północy miasta – pustą i wyjechała na wakacje do Polski. Codziennie wsiadałem w RER, podmiejski pociąg skomunikowany z metrem, wysiadałem lub przesiadałem się na Gare du Nord, i snułem się po ulicach w poszukiwaniu ogłoszeń w witrynach, w szybach drzwi restauracji, sklepów. “Zatrudnimy kelnera”, “Szukamy kogoś do pomocy”, czegokolwiek. W kilku miejscach zagadałem i zostawiłem numer telefonu, ale nic z tego nie wychodziło. Brak rezultatów podminowywał coraz bardziej moją już i tak wątłą pewność siebie. Zacząłem sobie wkrótce zadawać pytanie, jak mogłem zrobić coś tak głupiego, żeby tu tak w ciemno przyjechać. W międzyczasie korzystałem z tego, żeby po prostu oglądać miasto. Wchodziłem tylko tam, gdzie wstęp był za darmo lub kosztował nie więcej niż kilka euro.

Tamtego dnia wspiąłem się na Sacré-Coeur na Montmartre. Po schodach, bo nie chciałem wydawać na kolejkę. Była wspaniała, słoneczna pogoda, ale bez żaru. Słońce odbijało się od białych murów bazyliki, wokół której siedziało lub kręciło się sporo ludzi, głównie turystów. Snułem się powoli, podziwiając z wysokości miasto. Od czasu do czasu przystawałem gdzieś przy balustradzie, w końcu usiadłem na stopniu schodów. Nie wiedziałem, co zrobię, jeśli nie uda mi się znaleźć żadnej pracy. Potrzebowałem zarobić jakieś konkretne pieniądze na drugi rok studiów. Studiowałem zaocznie, co znaczy, że musiałem płacić. W Polsce w moim wieku można było wtedy zarobić na rękę równowartość stu funtów szterlingów po ówczesnym kursie. Ale nawet o taką pracę było ciężko jak skurwysyn. Ponieważ studiowałem w weekendy, w tygodniu czasem pracowałem, ale czasem nie. Kiedy pracowałem, to tylko tymczasowo, na czarno i za grosze. Nie sposób było odłożyć na czesne. Nawet bilet na autobus, dwadzieścia dwie godziny z Katowic do Paryża, kupiłem tylko w jedną stronę. Powrotny chciałem kupić, gdy już coś na miejscu zarobię. To był mój pierwszy raz we Francji. Wszyscy moi znajomi studenci jeździli latem na saksy, do Niemiec, Holandii, Anglii, niektórzy do Norwegii lub Szwecji. Ja pojechałem do Paryża, bo znałem język. To znaczy myślałem, że znam. Zdałem maturę na celujący, sto punktów na sto możliwych. Od dwóch tygodni miałem jednak wrażenie, że musiałem się uczyć jakiegoś zupełnie innego języka, albo jakiejś jego martwej, historycznej wersji. Z trudem przychodziło mi wciąż zrozumienie, co ludzie wokół do mnie mówią. Czy oni muszą wszyscy mówić tak szybko, zapierdalać tak strasznie, urywać te końcówki?! Chciało mi się czasem płakać z rozpaczy. „Żsepa”? „Żpa”? Na litość boską!

Samo miasto, choć snułem się po nim bez pieniędzy na rozrywki, działało na mnie kojąco. Jakże pragnąłem wyrwać się wreszcie na zawsze z tej mojej zapadłej dziury na Dzikim Wschodzie Europy i zacząć w końcu żyć, naprawdę żyć! W prawdziwym mieście, w zasięgu cywilizacji! W Paryżu, w podziemnym pasażu z Gare du Nord do La Chapelle, afrykańskie kobiety w kolorowych sukniach i nakryciach głowy nosiły na plecach swoje piękne afrykańskie dzieci o pięknych wielkich, czarnych oczach. W dzielnicy Marais bary, nad którymi powiewały tęczowe flagi, wylewały się stolikami na ciepłe słońcem ulice i nikt nie wstydził się tam siedzieć, nie potrzebował ukrywać się przed światem. Moje serce biło tam jak szalone, jakbym wstępował do jakiegoś Zakazanego Miasta: a więc można się aż tak nie bać? Czy ja też kiedyś w końcu taki będę, nie będę się bał ani wstydził? Wszędzie były kina, a w tych kinach – wszystko. Filmy z Rosji, Islandii, Hiszpanii, Indii, Chin, filmy z całego świata, nawet na takich peryferiach jak Aulnay-sous-Bois, mieli tam niebawem pokazywać film z Nigerii. Z Nigerii! Zastanawiałem się, czy w mojej dziurze na Dzikim Wschodzie Europy do 2050 roku pokażą jakikolwiek afrykański film. Jeśli otworzą tam znowu kino, bo przecież zamknęli, zanim skończyłem liceum.

I kiedy tak siedziałem dumając na schodach przed Sacré-Coeur, zobaczyłem naprzeciw mnie wspinającego się po tych schodach młodego czarnego mężczyznę w dżinsach z dziurą na kolanie i czerwonym t-shircie z żółtymi lamówkami wokół szyi i na rękawkach. Miał dwadzieścia kilka lat i był przepiękny. Jego sylwetka poruszała się giętko i zwinnie, był bardzo szczupły w pasie, jego pierś i ramiona rozszerzały się ku górze. Czerwony t-shirt przytulał się do jego ciała, podkreślając zachwycający kształt torsu. A na tym czerwonym t-shircie, ku mojemu więcej niż zdumieniu, widniał żółty sierp i młot, i litery CCCP. Przyglądałem mu się, jak tak wchodził do góry i dostrzegłem, że nie tylko jego sylwetka jest piękna – twarz również. Miał niedużą głowę, wystrzyżoną prawie do zera, mocno zarysowaną szczękę i wyraźnie zaokrąglony podbródek. Jego oczy były wielkie i błyszczące. Zauważył, że się na niego gapię jak zaczarowany i spojrzał na mnie. Przerażony spuściłem wzrok. Przecież nie zagadam do niego tutaj, na oczach tych wszystkich. Nie zagadam do niego w tym języku, którym władam znacznie słabiej, niż myślałem jeszcze miesiąc temu. Przecież może on wcale nie odpowiada zainteresowaniem, tylko się zaraz wkurwi: co ten pedał nie wiadomo skąd sobie myśli, tak się gapiąc – że co, że ja jestem taką samą ciotą jak on? I spuści mi bęcki, a nie żadne tam, że będziemy sobie zaraz jak skowronki. Czułem, jak czerwień rozgrzewa mi policzki, kompromitując mnie jeszcze bardziej. Wpatrywałem się więc w swoje buty, jakbym pierwszy raz je widział, wyczekując niecierpliwie, aż chłopak mnie minie i ten niespodziewany koszmar dobiegnie końca. Przeszedł obok. Zdążyłem zwrócić uwagę na jego wysokie trampki, były tak fajne i tak do wszystkiego w nim pasowały, że czyniły skubanego jeszcze piękniejszym. Sprawiały, że prezentował się jeszcze bardziej dynamicznie, jeszcze bardziej sprężyście.

Odetchnąłem z ulgą. Zagrożenie zniknęło gdzieś za moimi plecami. Nie oglądałem się, nie chciałem się zachowywać podejrzanie. Choć miałem poczucie, że tak usilnie unikając zachowywania się podejrzanie, zachowuję się podejrzanie. CCCP. Na podkoszulku. Sierp i młot! Czy to nie powinien być obciach? Wiele pytań zacząłem sobie zadawać dopiero wtedy, we Francji. Ktoś, kto nie wyjeżdża z Polski, niczego nigdy nie zrozumie. Podróże zawsze kształcą, ale podróże z Polski – zwłaszcza. Polska to cieplarnia obskurantyzmu, chlew leniwej głupoty szukającej tylko w błocie, wciąż tym samym, w którym ryje w poszukiwaniu swojej cebuli, potwierdzenia swoich obsesji, w koło Macieju tych samych, coraz bardziej tych samych.

Wtedy zauważyłem, że ktoś obok mnie usiadł, na tym samym stopniu, bardzo niedaleko. Strach sprzed paru minut jeszcze trzymał. Pragnąc uniknąć zachowywania się w sposób podejrzany, konsekwentnie zachowywałem się podejrzanie, nie podniosłem wzroku, tylko zatrzymałem go na kolanie tego, kto tam usiadł. Na pięknym ciemnoskórym kolanie, które łypało na mnie przez dziurę w przetartych dżinsach. Tych samych dżinsach na tych samych szczupłych, zwinnych nogach, które wyminęły mnie chwilę temu. Ponieważ moje próby unikania podejrzanych zachowań robiły się coraz bardziej podejrzane, podniosłem w końcu wzrok. Serce zaczęło mi się rozbijać o żebra jak obłąkane. Mój wzrok spotkał jego. Przyglądał mi się, a jego czarne oczy błyszczały przepięknie pod podkręconymi rzęsami. Siedział już tak blisko mnie, że mogłem tylko stwierdzić, iż pierwsze wrażenie było bardziej niż trafne. Był kurewsko przepiękny. Chyba widział, że jestem w stanie co najmniej zmieszania, bo uśmiechnął się szeroko, a jego policzek (widziałem w owym momencie tylko jeden) przebił głęboki dołek. Z tym dołkiem zrobił się jeszcze piękniejszy, tak piękny, że wszystkie moje trzewia ściągnęły się w ciasny węzeł. Teraz już wiedziałem, że na pewno nie jest na mnie wściekły i nie chce mi spuścić wpierdolu, ale czego wystarczy, żeby powstrzymać atak paniki, tego jednak bywa za mało, żeby obudzić prawdziwą odwagę.

Je m’appelle Karim. Et toi? – zapytał. Głos zagubił mi się gdzieś po drodze do gardła. On czekał. Przestał się aż tak uśmiechać, ale ciągle czekał na odpowiedź. Długie, szczupłe, muskularne – Boże, jak muskularne! – ramiona wyrzucił do przodu, opierając łokcie na kolanach. Prawe, odsłonięte dziurą w dżinsach, było bliżej mnie i jego obecność tuż obok doprowadzała mnie do obłędu. Sugerowała, jak piękne może być wszystko inne, co Karim ma do odsłonięcia. Jarek, odpowiedziałem. Je m’appelle Jarek. Zapytał, skąd to imię, pierwszy raz się z nim spotykał. De Pologne. Je suis polonais.

Jego dłonie się spotkały, dotykały się kciukami i kilkoma innymi palcami. Mój wzrok umykał ku tym dłoniom, choć musiał w tym celu z oporami opuścić jego zachwycającą twarz. Te dłonie, te palce, tak samo były przepiękne. Długie, ale tylko na pozór delikatne. To była zmyłka, ściema, widziałem, że są silne, mocne, energiczne. I miał przepiękne paznokcie, jasne na tle jego ciemnej skóry, każdy najpiękniejszego kształtu, jaki tylko może mieć paznokieć akurat tego palca. Były długie, ale nie za bardzo. Zaokrąglone w łuk, ale jednak trochę kanciaste, prawie płaskie, jednak odrobinę wygięte. Jak malutkie porcelanowe dachóweczki. Miałem ochotę zabrać te palce i pokazać Rafaelowi, żeby zobaczył, jak wyglądają piękne ludzkie palce, piękne dłonie, piękne paznokcie. Nie te obłe glisty, które malował na tych swoich katolickich szmirach.

T’es à Paris en vacances? – zapytał po uciążliwie długiej chwili mojego milczenia. Zmieszałem się wtedy, poruszyłem jakoś dziwnie głową, sam nie wiedząc, czy to wygląda bardziej na „tak”, czy na „nie”. Wydałem z siebie coś niebezpiecznie przypominającego jęk raczej niż słowa. Jakby pożarł mnie nagle wstyd, że jestem tutaj w desperackiej potrzebie jakiejkolwiek pracy, pewnie najgorszej z możliwych. Że jestem tutaj z biedy naszej wschodnioeuropejskiej. Co zrobić, żeby tego teraz nie spierdolić? Czy te piękne palce dotkną mnie, wbiją się we mnie dzisiejszej nocy? Czy te gładkie, twarde bicepsy, które wybijały się spod rękawów czerwonego podkoszulka z symbolami ZSRR, mogłyby mnie dzisiaj objąć, ściskać, trzymać blisko i mocno?

Zauważył moje zmieszanie, odwrócił wzrok, a potem podniósł go przed siebie. Słońce rozgrzewało milczenie, które między nami znowu zawisło. Karim chyba też zaczął czuć się trochę głupio. Moje myśli galopowały. Co ja wyrabiam? Jestem z dala od mojego polskiego zadupia, od mojego piekła, od portretów papieża na ścianie, od szkoły, w której korytarzu szeleści złowrogo księża sutanna. Od docinków wuefistów, od Cejrowskiego w publicznej telewizji, od wiecznie pogardliwego spojrzenia ojca. Nikt mnie tu nie zna, nic mi tu nie grozi, nikt nie rozpowie niczego na moim osiedlu. Wydarzyło się właśnie coś, o czym marzyłem, możliwość, której zazdrościłem wszystkim „normalnym”, wszystkim heterykom: siedzę sobie na mieście i przepiękny przybysz z egzotycznej baśni – pierwszy raz w życiu rozmawiałem z czarnoskórym mężczyzną! – próbuje mnie poderwać. Na dodatek podrywa mnie przed bazyliką, mógłbym spędzić najbliższą noc z przepięknym mężczyzną – chyba muzułmaninem, sądząc z imienia – który wyhaczył mnie przed kościołem katolików. Oprócz innych rozkoszy, które by za tym poszły, bo nie mogłyby nie pójść z mężczyzną tak zachwycającym, popełniłbym piękne, wymarzone bluźnierstwo. Nic nie ryzykuję, on już przecież wykonał pierwszy krok, potrzebuję tylko minimum odwagi, żeby na ten jego krok odpowiedzieć, wykonać własny krok i zatrzymać go przy sobie. To nie powinno być takie trudne. A jednak było. Strach mnie sparaliżował. O tyle rzeczy mogłem od niechcenia zapytać, pal licho wymowę. Gdybym nie zrozumiał odpowiedzi, mogłem poprosić o powtórzenie, albo udawać, że zrozumiałem i próbować dalej. Jesteś Francuzem – czy też tu skądś przyjechałeś? Jeśli tak, to skąd? Jeśli nie, to skąd pochodzi twoja rodzina? Co robisz, studiujesz coś? Skąd ten sierp i młot na koszulce?

Im dłużej zasychało między nami to milczenie, tym bardziej zastygałem w moim paraliżu. Błagam, nie poddawaj się, daj mi jeszcze szansę! Pytaj dalej, mów coś! Może wreszcie uda mi się przełamać ten impas, blokadę, której sam nie rozumiem, i zaczniemy w miarę normalnie rozmawiać. Może nawet zejdziemy z tego wzgórza i pójdziemy do któregoś z barów w jednej z tych uliczek na dole, napijemy się piwa lub wina, może nawet pójdziemy na obiad, nawet gdybym miał wydać tyle, ile miało mi starczyć na tydzień. Tylko nie poddawaj się i zagadaj jeszcze raz, zapytaj o cokolwiek. Powiedz cokolwiek. Nie chcę cię spławić, wręcz przeciwnie, chcę cię zatrzymać, więcej nawet, niczego dzisiaj nie pragnę bardziej niż poczuć na sobie dotyk i energię twoich nieprzyzwoicie pięknych dłoni. Tylko nie wiem, jak to zrobić. Nie wiem, jak to się robi – odpowiada mężczyźnie na zainteresowanie.

Niestety, już wszystko straciłem. Karim poczuł się chyba niemile widziany albo pomyślał, że może jednak jestem palantem. Wstał. Miałem wrażenie, że rzuca ku mnie spojrzenie ostatniej szansy, ale nawet tego nie wiedziałem na pewno, bo znowu nie miałem odwagi podnieść wzroku i spojrzeć mu w twarz. Odwrócił się i skierował po schodach w dół. Kiedy podniosłem wzrok, mogłem się już tylko przyglądać, jak jego piękna, zwinna sylwetka oddala się ode mnie. Na zawsze? To znaczy, mogłem ciągle jeszcze go zawołać, mogłem nawet wstać i podbiec do niego, skoro jednak nie miałem sił ani odwagi odpowiedzieć na jego zaczepki, kiedy siedział tuż obok, dając mi do zrozumienia najjaśniej, jak tylko się da, że jest mną zainteresowany, to jak miało mi ich starczyć, żeby teraz wykrzyknąć jego imię lub pobiec za nim?

Nie starczyło.

Czułem się, jakbym podpisał na siebie wyrok. Wiedziałem, że popełniłem grzech śmiertelny, że zasługuję na najgłębszy krąg piekła. Jeśli potrafię zaprzepaścić taką szansę, to nie jestem wart, by kiedykolwiek poznać pieszczoty takich pięknych dłoni, uścisk silnych ramion, wilgoć ust tak pięknego mężczyzny. Popełniłem właśnie zbrodnię. Zbrodnię przeciwko sobie samemu. Nigdy nie będę jednym z tych mężczyzn, którzy nie boją się siedzieć przy stoliku przed barem na Marais, w towarzystwie takich jak oni, obojętni na to, kto ich widzi.

Przychodziłem na Montmartre jeszcze dwa razy. Snułem się w smutnej tęsknocie za pięknym, ciemnoskórym mężczyzną, który próbował mnie uwieść, a ja wszystko zaprzepaściłem. Snułem się w nadziei, że może znowu na niego gdzieś wpadnę. Jak nie na tych, to na innych schodach. A może w którejś z okolicznych uliczek, przy stoliku przed jakimś bistro albo tabagiste.

Nie wpadłem.

Jonathan Soukali bw

Powyższy tekst to fragment powieści Nirvaan, nad której ukończeniem wciąż pracuję. Inny fragment, jeszcze nieostateczny, umieściłem już kiedyś tutaj. A jeszcze inny ukazał się w art-zinie literackim Papier w Dole, nr 4-5 (2017).

pwd

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Twoje oczy Arjuna Rampala

Pierwszy rozdział mojej właśnie kończonej powieści Nirvaan. Na wzbudzenie zainteresowania.

*****

My real name is Nirvaan ― powiedziałeś. Spotkaliśmy się wtedy po raz pierwszy. Był wieczór, zaprowadziłeś mnie do małej, kiepskiej kawiarni gdzieś chyba na ostatnim piętrze kompleksu rozrywkowego, w którym mieściło się wtedy kino Cineworld na Shaftesbury Avenue. Chciałeś usiąść gdzieś, gdzie nie jest głośno, nie jest tłoczno, gdzie można porozmawiać. Tej dziwnej, kiepskiej kawiarni już od dawna nie ma. Zasłużenie, podobnie zresztą jak tego kina – zrobią z niego później Picturehouse.

My real name is Nirvaan, powiedziałeś ― i już w tym momencie mnie złowiłeś, byłem cały twój, imię równie piękne jak jego właściciel. Patrzyłem na ciebie zachwycony: na twoje miękkie, ale zaczesane do góry, czarne jak smoła włosy, na twoją gładką cerę – pomyślałem, że ma kolor miąższu mango – na twoje wielkie czarne oczy, które wydawały mi się przymglone jakimś smutkiem. Kępka włosów pomiędzy dolną wargą a podbródkiem podniecała mnie na samą myśl, jak będzie łaskotała, jeśli uda mi się ciebie pocałować. Jak nirwana? ― zapytałem. Tak, just with the last two characters swapped. Przy swapped wykonałeś palcami gest wymiany. Zawsze miałem słabość do mężczyzn o pięknych imionach, ale Nirvaan! – to imię przebiło wszystko, malownicze (śląskie? góralskie? – nigdy tego nie wiedziałem) nazwisko Maćka, nawet Djamela, choć jego imię znaczyło Piękno.

Pamiętam jak dzisiaj, piękny ciepły dzień tamtego lata, kiedy po raz pierwszy pojechałem na ten mityczny Zachód, moje pierwsze zagraniczne poszukiwanie pracy w Unii, kiedy Polski jeszcze w Unii nie było. W powietrzu unosiła się wilgoć z poprzedniego dnia ciężkiego deszczu. Djamel szedł w ciemnoszarych spodniach na kant, ale bez butów, boso po żwirze, którym usypana była droga z zamku do bramy. Pociągał mnie od pierwszej chwili, od momentu, gdy spojrzał na mnie, spod swoich gęstych, brązowych brwi, wielkimi, jasnymi jak na Araba oczyma (nie, żebym jakiegoś wcześniej znał). Ton prénom, Djamelça veut dire quelque chose en arabe? ― zapytałem. Ponieważ wtedy byłem jeszcze bardzo nieśmiały, śmiesznie nieśmiały, spuszczałem co chwilę wzrok, który spadał jakoś samorzutnie na jego stopy, piękne stopy. Stopy, ta najbardziej niedorzeczna część ludzkiego ciała, tak rzadko są piękne – ale jego naprawdę były. Długie, dłuższe od moich, z długimi, kształtnymi, zwartymi palcami, z płasko ułożonymi na nich paznokciami, długi palec był faktycznie najdłuższy. Do dzisiaj pamiętam jego duży palec z pięknym, szerokim, gładkim paznokciem i kilkoma włoskami. Nawet najmniejszy, piąty palec miał zdecydowany kształt, z każdym stawem wyraźnie zarysowanym. Djamel się zaśmiał i odpowiedział przyjemną, miedzianą chrypką: Oui, ça veut dire ‘beauté’. C’est con, s’appeller comme ça, tu trouves pas? — zapytał. Petit garçon, comment t’apelles-tu? Beauté, madame — wygłupiał się, imitując dialog dziecka z zadającą mu pytania „panią”. Nie, ja wcale nie uważałem, żeby to było con, s’appeller comme ça. Oczarowało mnie, że można mieć na imię Piękno, i że to akurat on, piękny student filozofii, tak pięknie miał na imię. Od tamtej pory nie mogłem zasnąć po nocach, pragnąc tego piękna dotknąć, pragnąc tego piękna posmakować, poczuć je przez skórę, językiem, innymi członkami mojego ciała. Wyczekując każdego z tych spotkań na kamiennych kręconych schodach zamku, w ogrodzie przed zamkiem, przy drinku wieczorem przy barze czy w którymś z salonów. Tamtego lata podawałem do stołu, jedna z rzeczy, które tam robiłem, service russe: pochylasz się z tyłu każdej osoby, podsuwając tacę z mięsem czy rybą, w drugim podejściu z warzywami, od lewej strony. Djamel siedział z gospodarzami przy stole, dlatego wyczekiwałem każdego z tych posiłków. Jego włosy, trochę kręcone, rozfalowane, kasztanowe, niespecjalnie arabskie – może takie właśnie są kabylskie włosy, cholera wie, nigdy wcześniej nie znałem żadnego Kabyla, nie słyszałem dotąd nawet o ich istnieniu. Dzieliły mnie tylko wątłe centymetry lipcowego powietrza od jego śniadego karku, od jego szczupłego ramienia, dzięki temu jego Merci, Jarek brzmiało za każdym razem jak szept do ucha —

Ale Nirvaan — to imię przebiło nawet Djamela. Jeszcze z tym fascynującym, podwójnym a. Znaczy to samo, co nirvana, dodałeś, to był pomysł twojej babci, chciała, żebyś miał tak na imię, żeby ci to przyniosło stan wiecznego szczęścia.

My real name is Nirvaan

Dlaczego w ogóle musiałeś mi „wyjawiać” swoje prawdziwe imię, dopiero tam? W mailu, odpowiadając na mojego posta na Gumtree, podpisałeś się Theo. Adres email, z którego pisałeś, nie składał się z prawdziwego nazwiska i imienia, można się z niego było tylko dowiedzieć, że jesteś „Saffa”, co znaczy South African, jak się mniej więcej wtedy dowiedziałem. Jeszcze zanim się spotkaliśmy, zapytałem, czy może jesteś greckiego pochodzenia, bo Theo brzmiało mi bardzo z grecka, pomyślałem o Angelopoulosie. Ponieważ na zdjęciu miałeś czarne włosy i śniadą cerę, pasowało mi to do Śródziemnomorza. A jednak nie nazywałeś się Theo tylko Nirvaan, nie podpisałeś się prawdziwym imieniem, bo nie chciałeś od razu ujawniać swoich indyjskich korzeni – w obawie przed kolejnym odrzuceniem. Ktoś ci powiedział, parę tygodni wcześniej, że nie chciał kontynuować znajomości — dlatego właśnie: bo jesteś Hindusem. Ktoś bił po oczach na Gumtree, Gaydarze i na Gay Romeo, że co prawda nie jest rasistą i nie ma uprzedzeń, ale jednak absolutnie „no Indians”. Ktoś inny opowiedział ci historię swojej minionej już miłości. Opowiedział ci ją, żeby wytłumaczyć, dlaczego tak wielu gejów ucieka tu przed Hindusami. Spotkał przystojnego Hindusa, oszalał na jego punkcie, byli razem przez jakiś czas, jego rodzina zażądała, by się w końcu ożenił. Powszechna na londyńskiej „scenie” opinia o Hindusach jest, jak mi powiedziałeś, taka, żeby nie wiązać się z nimi na poważnie i nie liczyć na nic poważnego z ich strony, omijać szerokim łukiem, jeśli się czegoś poważnego szuka, bo Hindus może być homo, ale jak rodzina zażąda, to on się skuli w sobie i spełni pragnienia swoich rodziców.

Pamiętam, że wzrok mi uciekał w stronę twoich dłoni, były przepiękne. O niezwykle długich palcach, ale jak harmonijnie długich, bo w tak doskonałą całość układały się z twoim wzrostem – byłeś ode mnie kilkanaście centymetrów wyższy. Paznokcie były duże, płaskie, zdecydowanie zaokrąglone na końcach i doskonale gładkie. Nie potrzebowałem więcej czasu, już wiedziałem, że chcę, by mnie dotykały. Ty jednak spłoszyłeś się wędrówką moich oczu jak mały chłopiec, przy twoim wzroście było to rozczulające — schowałeś obie dłonie pod pachy. Strasznie mi wysychają, powiedziałeś, bo tu jest tak zimno. Matka miała ci przywieźć z Durbanu jakiś krem, jak przyjedzie w odwiedziny. Był początek kwietnia, jak na mój gust nie było wcale zimno, ale ja przybyłem z krainy prawdziwych mrozów, a ty, bądź co bądź, z Afryki. Dopiero wtedy, kiedy już mi powiedziałeś, że naprawdę na imię masz Nirvaan, zdałem sobie sprawę, że od razu mogłem był zidentyfikować twoją „indyjską tożsamość”. Po twoich oczach Arjuna Rampala!

Pamiętam, o czym jeszcze rozmawialiśmy tamtego wieczora, o indyjskim kinie. Powiedziałeś mi, że twój ojciec wynajmuje często w Durbanie dom bollywoodzkim filmowcom, gdy kręcą w RPA, He knows Saif Ali Khan, rzuciłeś dla przykładu. Opowiedziałem ci o projekcie filmu dokumentalnego o kinie w Indiach, który napisałem, znałem reżyserkę, która chciała to nakręcić, ona wpadła na producenta, który chciał z tym coś zrobić. Dostaliśmy jakiś grant z Instytutu Filmowego w Polsce, mieliśmy nawet już zadeklarowanych francuskich koproducentów, ale polska strona budżetu wciąż była niedopięta i ciągnęło się to tak nieskończenie wiele miesięcy, że nie wierzyłem już, że kiedykolwiek coś z tego wyjdzie. Jakiś czas potem miało się okazać, że nie wyjdzie, nigdy nie udało się dopiąć tej polskiej części budżetu, promesa z Instytutu w końcu wygasła i projekt się rozleciał. Dlaczego wyjechałeś z Polski? – pytałeś. Właśnie dlatego, między innymi. Miałem już dosyć wszystkich drzwi zamkniętych, jeśli pochodzisz z robotniczej rodziny w małym mieście. Że nic nie jest możliwe, nic się nie da, jeśli twój ojciec kogoś nie zna albo nie może ci przez pierwsze pięć lat opłacać mieszkania, zanim się jakoś ustawisz. Jeśli jakaś pizdunia na carskim tronie w Instytucie nie ma kaprysu, żeby obdarzyć cię łaską grantu czy stypendium. Jeżeli nie jesteś wiecznie wpół-złamanym-w-ukłonie paziem na dworze któregoś z ojców chrzestnych w tej czy innej Republice Kolesi. Projekty filmowe składały się jak domki z kart, gazety nie płaciły, albo płaciły z wielomiesięcznymi opóźnieniami, z tłumaczeniami to samo. To wszystko zresztą były śmieszne pieniądze, z których na dłuższą metę nie dało się w Warszawie samodzielnie wyżyć.

Kiedyś pracowałem, pisałem (po nocach jakiś scenariusz, jakiś projekt, za dnia jakieś recenzje, jakiś esej), tłumaczyłem coś – prawie codziennie, siedem dni w tygodniu, a przez ponad dwa miesiące nikt mi za nic nie zapłacił, nie przyszedł ani jeden malutki nawet przelew. Musiałem pożyczyć pieniądze od mojego młodszego brata, żeby zapłacić czynsz. Obiecałem się pojawić na ślubie moich przyjaciół ze studiów — przyjąłem zaproszenie. Miałem dostać jakieś pieniądze za kilka tłumaczeń, ale do dnia ich ślubu przelew nie przyszedł. Czułem się tym tak upokorzony, że nie umiałem do nich choćby zadzwonić czy napisać, że jednak nie przyjadę, bo nie mam nawet na pociąg. Miałem już dosyć szamotania się od jednej fuchy za trzysta złotych do drugiej, i w poszukiwaniu kolejnych. Miałem dosyć konieczności rzucania nagle wszystkiego, by znowu pojechać na trzy miesiące na kontrakt jako tłumacz na jakieś inwestycji budowlanej gdzieś na francuskiej prowincji, bo choć w ogóle mnie to nie interesowało, długi i zero na koncie nie pozwalały mi odrzucić takiej propozycji.

Miałem też do spłacenia kredyt studencki. Podobno tutaj, w Wielkiej Brytanii, kredyt studencki spłaca się tylko, jeśli ma się pracę, i to dopiero od pewnego poziomu zarobków. W Polsce musisz płacić, nawet gdy nie masz pracy, żadnych zarobków czy nawet zasiłku dla bezrobotnych, a jak nie masz pracy tuż po studiach, to nie masz też zasiłku, zresztą, prawie żaden bezrobotny nie ma w Polsce zasiłku.

Znam jednego Australijczyka, przerwałeś mi, który uciekł do Londynu przed spłatą swojego kredytu studenckiego. Podobno jak znikniesz za granicą, schowasz się przed systemem, nie będziesz zarabiał, ani nawet miał konta w banku u siebie w kraju, na pewno nie więcej niż przez dziesięć lat, to cała twoja historia z kredytem studenckim zostanie anulowana. On, ten twój znajomy, siedzi tu już pięć lat, nie pojechał do Australii nawet w odwiedziny do rodziny, podróżuje czasem po Europie, ale nigdy do domu. I nie spłacił z tego ani dolara. Westchnąłem. W Polsce, żebym dostał ten kredyt, musieli mi go podżyrować rodzice i przyjaciółka mojej matki, kiedy ja przestanę spłacać, to bank z nich zedrze te pieniądze. That sucks! — zdumiałeś się. Tak, a moi rodzice nie mają pieniędzy, mój ojciec nie może już nawet pracować, od lat jest ciężko chory, jest na rencie, to są bardzo małe pieniądze.

Kiedy odliczałem już dni do dwudziestych dziewiątych urodzin, a moje życie ciągle tak wyglądało i bałem się, że niedługo zabiję albo siebie, albo przypadkowych ludzi na ulicy, spakowałem walizki i wyniosłem się tam, gdzie mnie jeszcze nigdy nie było. Żeby wszystko wokół mnie się zmieniło, żeby zresetować sobie mózg, żeby otoczył mnie nowy świat, którego będę się musiał nauczyć od początku, i aby to uczenie się pochłonęło całą moją uwagę i pozwoliło zapomnieć o frustracji i rozgoryczeniu. Dlatego przeniosłem się nagle, decyzją podjętą ni stąd, ni zowąd, do Londynu, miasta, w którym nigdy wcześniej nie byłem, nawet na weekend.

Nie znoszę Bollywood, wróciłeś nagle do poprzedniego tematu, prawie nic nie oglądam. Rodzice się obruszają, przecież jesteś Hindusem, jak możesz tak się niczym nie interesować, a babcia to już w ogóle. Ale ty z tego wszystkiego lubiłeś tylko Madhuri Dixit, O tak, ona jest wspaniała, zgodziłem się, bo Devdasa widziałem kilka razy, ten taniec na podłodze, na siedząco, do Mar Dala, to jest naprawdę coś niebywałego. Widzałeś Aaja Nachle?, zapytałeś, Nie, nie widziałem. Oczy ci rozbłysły, zatoczyłeś nimi koło — Madhuri jest tam wspaniała. To jedyna indyjska gwiazda filmowa, którą naprawdę lubiłeś, reszta cię w ogóle nie obchodziła.

Powiedziałeś mi, że zawsze chciałeś być nie-Hindusem, być „białym”, nawet curry nigdy nie gotowałeś. Z wyjątkiem prawn curry. To akurat bardzo lubiłeś, gotować i jeść. Mój angielski był wtedy pełen dziur, skanowałem zasoby swojej pamięci, ale nic nie wskazywało na to, że kiedykolwiek wiedziałem, co to jest prawn. Próbowałeś mi wytłumaczyć, pokazywałeś coś palcami, tymi pięknymi palcami, taka jakby ryba, no seafood, tylko w muszli – w istocie szło ci o skorupę, ale ja w myślach przetłumaczyłem sobie shell na muszlę. Myślałem, że może chodzi o jakieś małże, ale nie, że jak shrimp raczej, ale co to ten shrimp, tego też nie wiedziałem. Nie dało się ukryć, nie byłem dobry w owoce morza, a w telefonach jeszcze nie było Internetu.

Zaśmiałem się, zażenowany, przepraszając za słabości mojego angielskiego, obiecałem sprawdzić w słowniku, jak tylko wrócę do siebie. Angielski to mój trzeci język, uczyłem się go później i krócej niż francuskiego, tłumaczyłem się. Wyglądasz bardziej na Francuza, przerwałeś mi – nie przypominałem ci innych Polaków, których spotkałeś, i to pomimo włosów ostrzyżonych na pięć milimetrów, jak u połowy Polaków wtedy na Wyspach. Twoim zdaniem ubierałem się trochę jak Francuz i mój akcent nie przypominał tego, jaki najczęściej mają żyjący w Londynie Polacy, oni mówią w taki kanciasty sposób. Powiedziałeś coś o przyjacielu z Katowic, miał na imię Rafał, rzuciłem od razu, że pochodzę z miasta tuż obok.

Powiedziałeś wtedy, że zrobisz dla mnie curry z tych prawns, cokolwiek to jest, zaprosisz mnie kiedyś, ugotujesz dla mnie, i zjemy razem, i pokażesz mi Aaja Nachle. Jeśli tylko chciałem się jeszcze kiedyś spotkać, jeśli tylko chciałem cię jeszcze widzieć. Jeżeli zostaniemy przyjaciółmi. Powiedziałeś mi w istocie, że to tylko ode mnie zależy! Nigdy dotąd tak piękny mężczyzna, mężczyzna, który tak kompletnie i w całości, od stóp do głów mi się podobał, nie powiedział mi tak szybko i wprost, że mu na mnie zależy, że jest zainteresowany, że piłka leży teraz tylko i wyłącznie po mojej stronie, chcesz, to bierz.

Zaproponowałeś mi Durban, wizytę kiedyś w przyszłości w waszym domu blisko morza, ale sam zawsze chciałeś się stamtąd wydostać, jak ja z Dąbrowy Górniczej. Nikt tam zupełnie, nawet twoi najbliżsi przyjaciele, nie wiedział tego o tobie. Swoje jedyne homoseksualne doświadczenia – przed przyjazdem do Londynu – miałeś w Australii, na wymianie studentów. Sydney, Melbourne? – powiedziałeś mi, ale już nie pamiętam. W Durbanie nikt się nigdy nie dowiedział, bo tak bardzo obawiałeś się, że wszystko, co powiedziane szeptem, zostanie kiedyś powtórzone na głos. There is only one gay bar in Durban, powiedziałeś, and I can’t go there because in Durban everybody knows my father, and he would know the next day. “Scena” jest w Kapsztadzie. Durban to duże, ale nudne, drobnomieszczańskie miasto. There is only one gay bar, and it’s empty, dodałeś. Jest tylko jeden gejowski bar w Durbanie, i stoi pusty, mało kto tam chodzi, bo wszyscy się boją, że ktoś ich tam zobaczy i powie ich rodzinom – tak jak ty.

Opowiedziałeś mi, jak przez całe studia udawałeś przed światem i rodziną, że jesteś hetero. Nie było łatwo, bo jesteś wszystkim tym, czego porządna hinduska rodzina chce dla swojej córki: twój ojciec ma pieniądze, jest szanowanym biznesmenem, z wysokiej kasty. Ty jesteś wysoki, byłeś na uniwerku, twoja skóra jest, jak na hinduskie standardy, jasna, a jasny kolor skóry to w indyjskiej kulturze synonim piękna i znak wysokiej pozycji społecznej. Brzmiałeś tak, jakbyś zupełnie sobie nie zdawał sprawy, że jesteś też tym, czego pragnie niejedna dziewczyna, hinduska czy nie, jesteś pięknym skurczybykiem. Na potrzeby tego uciążliwie przedłużającego się przedstawienia spotykałeś się czasem z „odpowiednimi” dziewczynami. Z „porządnymi dziewczynami z porządnych hinduskich rodzin” udawało ci się stosunkowo łatwo unikać nadmiaru zbyt intymnych sytuacji, które mogłyby prowadzić do łóżka, a w pewnym momencie zaczynałeś się zachowywać jak palant, żeby cię jednak za bardzo nie polubiły. Zerwałeś jedną taką znajomość, potem drugą. Zerwałeś je tak, żeby te dziewczyny nic z tego nie rozumiały, żeby im przeszło, cokolwiek sobie roiły. To było okrutne, nie byłeś z siebie dumny, ale nie wiedziałeś, jak się wydostać z potrzasku.

Nikt nie wiedział, jak bardzo pragnąłeś się wyrwać z Durbanu, z nieudanej, męczącej komedii, w której tobie, wbrew woli, przypadła główna rola. Na drugi koniec świata, do Londynu, złapać oddech, tu nikt nie zna twojego ojca, nikt mu nie powie, że cię widział w Soho z jakimś facetem albo w gejowskim barze. Pomysł z wyjazdem nie podobał się twojej rodzinie. Ojciec chciał użyć swoich kontaktów, by ci załatwić jakąś porządną, rokującą posadę w Durbanie. Wcisnąłeś im kit, że Londyn to możliwości rozwoju, dobry początek kariery, można się wiele nauczyć, zdobyć doświadczenie. Przemówiło, ale teraz nie mogłeś się przyznać, gdyby cokolwiek poszło nie tak. Nie mogłeś się przyznać, że pierwszy dobrze płatny kontrakt się skończył, a drugiej równie dobrej pracy nie znalazłeś. Wziąłeś znacznie gorszą, szeregowego księgowego w wielkiej firmie, kilkaset funtów mniej miesięcznie. W Londynie z kiepsko płatnej pracy ciężko o coś więcej niż elementarne wiązanie końca z końcem w wynajmowanym pokoju albo wspólnym mieszkaniu. Rodzinie nie mogłeś o tym pisnąć ani słowa, My family needs to think I’m doing well in London. Nie zależało ci na pieniądzach, bardziej na tym, żeby rodzina dała ci spokój, nie molestowała cię o powrót do Durbanu. Nie przeszkadzało ci ubieranie się w H&M, nie musiałeś nosić swetra za sto funtów, ten, który miałeś na sobie, w szerokie czarne i beżowe pasy, kosztował dwadzieścia parę. Miałem ochotę powiedzieć, że jak ktoś jest tak piękny jak ty, we wszystkim wygląda tak, że nie sposób się za nim nie obejrzeć, ale się nie odważyłem.

Rozumiałem to wszystko doskonale, sam przyjechałem tu również po to – żeby zacząć oddychać, by uciec od przenikającego całe polskie powietrze smrodu najgorszego szczepu katolicyzmu. Ten wszechogarniający trupi odór każde budzące się do życia pedalskie istnienie dusi i tłamsi. Większość polskich gejów, najdalej do trzydziestki, stanie się albo sfrustrowanymi, cynicznymi francami, albo „normalnymi”, co „szukają normalnego”, albo bojącymi się własnego cienia łajzami, usiłującymi nikogo swoim istnieniem nie urazić, które na spotkanie twarzą w twarz z drugim człowiekiem odważą się dopiero po przejściu przez zasieki dziesiątek wymienionych maili i wiadomości. W Londynie – liczyłem na to – musi być ktoś więcej niż tylko france, „normalni szukający normalnego” i bojące się życia łajzy. Jedź do Londynu, mówię ci, wszystko się zmieni, powtarzała mi Magda, przyjaciółka z liceum, która sama studiowała tu przez rok czy dwa. Wszystko się zmieni, w Londynie jest zupełnie inaczej.

Powiedziałeś mi jeszcze o kilku czarnych facetach, do których próbowałeś zagadać w sieci, na Gumtree i Gaydarze. Powiedziałeś, że lubisz czarnoskórych mężczyzn, często ci się podobają, ale oni wszyscy cię kompletnie lekceważyli i za każdym razem bardzo cię to bolało. Nawet nie chcieli z tobą pogadać? Może dlatego, że nie mam w gaciach tyle samo, co oni, wzruszyłeś ramionami, niby żartem, ale wyglądałeś smutno, a może to był cały czas ten sam problem z Hindusami?

Robiło się późno, musieliśmy łapać metro, była środa, ty następnego dnia musiałeś iść do pracy. Obaj poszliśmy na Northern Line, tylko w przeciwnych kierunkach: ja na Finchley, ty do Tooting, północ, południe.

W domu przywitałem się z Agatą, współlokatorką, właśnie wróciła z pracy. Była studentką, ale niektóre wieczory przepracowywała w restauracji, mieszkała w największym pokoju ze swoim chłopakiem, który pracował w banku. Intrygowała ją intensywność mojego życia towarzyskiego w mieście, do którego dopiero co się przeprowadziłem i nikogo w nim nie znałem. Ciągle gdzieś balujesz wieczorami, jak będę miała trochę wolnego, to musisz mnie z sobą zabrać, ja tu mieszkam od pięciu lat i nie miałabym gdzie pójść tyle razy w tygodniu! Ale ja pobiegłem czym prędzej do słownika sprawdzić, co to są te prawns. Napisałem szybko esemesa, że już wiem, że nie przyszło mi to nawet do głowy, bo nazwa jest tak niepodobna do francuskich crevettes. I enjoyed your company and really want to see you again, dorzuciłem na koniec. Chcesz, to bierz? Biorę.

Odpowiedź dostałem w mniej niż minutę, podekscytowała mnie jeszcze bardziej. Właśnie do mnie pisałeś, że mnie polubiłeś — lub że ci się podobam, cholera wie z tym I like you — i że musimy się jeszcze spotkać. Definitely. To nie był koniec naszej znajomości. Leżąc na wąskim łóżku ściśniętym między ścianami wąskiego jak kiszka pokoiku, byłem pijany szczęściem, choć bez kropli alkoholu. Dopiero się uczyłem chodzić po tym mieście, ciągle nie umiałem w nim znaleźć pracy, mieszkałem w tym ciasnym pokoju, patrząc na jego okno z pojedynczą szybą, z przerażeniem myślałem, co będzie zimą — a jednak czułem, że oddycham. W ciągu zaledwie kilku dni naspotykałem się nowych mężczyzn, jeden fajniejszy od drugiego, a ty wydałeś mi się kulminacją tej tendencji, byłeś z nich najpiękniejszy i najlepiej się z tobą czułem. Dwóch rzuciło mnie już na głębokie wody rozkoszy zupełnie niespodziewanej, a jednak euforia wywołana samym spotkaniem z tobą, samym twoim towarzystwem, twoimi oczyma Arjuna Rampala, rywalizowała z orgazmami, które tamci podarowali mi w ciągu minionych nocy. Do kolejnego spotkania z tobą tęskniłem bardziej niż do ich ciał, a do tych ciał tak dla mojego zasłużonych tęskniłem przecież dopiero co, owszem, bardzo. Czy uda mi się zostać tym, który w tych twoich smutnych oczach rozpali trochę radości? — z tym pytaniem zasypiałem.

And you know what? Nigdy nie zrobiłeś dla mnie tego curry z krewetek.

Nirvaan ilustracja (7)

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Eça i Portugalczycy

Os Maias, w angielskim przekładzie, jako The Maias (po polsku wyszło to kiedyś przetłumaczone jako Ród Maia), czekało u mnie na półce kilka lat. Powieść (z 1888) jest długa, więc musiałem być w odpowiednim nastroju i okolicznościach – długie powieści lubię czytać, kiedy mam do dyspozycji dużo wielogodzinnych bloków czasu.

Mój ulubiony José Saramago powiedział o Os Maias, że to „najwybitniejsza powieść najwybitniejszego powieściopisarza Portugalii”. W Polsce, poza gronem wyspecjalizowanych w tej literaturze filologów, pisarz José Maria Eça de Queiroz (1845-1900) niezbyt jest znany: polski przekład Os Maias wyszedł dopiero równo sto lat po oryginale. Poza Lusofonią (czyli obszarem kulturowym języka portugalskiego) obecnie chyba najbardziej jest Eça kojarzony ze Zbrodnią księdza Amaro (O crime do Padre Amaro, 1875) – w uwspółcześnionej i przeniesionej do Meksyku ekranizacji Carlosa Carrery (2002), nominowanej do Oscara za najlepszy film obcojęzyczny, tytułowego księdza grał Gael García Bernal. Wczesna powieść o cielesnych namiętnościach młodego księdza i ich dramatycznych konsekwencjach ujawniła już jeden z trwałych rysów jego twórczości: fascynację obyczajowymi tabu mieszczańskiej kultury. Powraca u niego np. motyw kazirodztwa, na kartach Rodu Maia, a także w A Tragédia da Rua das Flores. Kazirodztwo często wiąże się u niego z rozdzielonymi, rozbitymi rodzinami, co jest motywem bardzo osobistym. Eça był przez swoją matkę zostawiony z dziadkami tuż po urodzeniu. Jego rodzice pobrali się dopiero, gdy miał cztery lata, ale utrzymywali go na odległość aż do czasu, gdy skończył 21 lat. To zapewne osobisty charakter takich motywów stał za tym, że nie zdecydował się za życia opublikować A Tragédia da Rua das Flores, jakby w obawie, że pewne motywy zostaną odczytane jako zaczerpnięte z historii jego rodziny. A że dochodzi tam do incestu między matką a synem, bał się prowokowania takich podejrzeń.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Os Maias jest rzeczywiście wspaniałą i wspaniale napisaną powieścią. Dzieje ostatnich przedstawicieli jednej z najznakomitszych i nazamożniejszych rodzin Lizbony opisuje Eça pewną siebie, piękną, nierzadko poetycką frazą, połączoną z dyskretnym, ale cały czas obecnym poczuciem humoru. Uczucia i fiksacje swoich bohaterów opisuje z wielkim zrozumieniem, miłością nawet – chcąc się upewnić, że cała ich złożoność będzie odebrana przez czytelnika, potrafi czytelnika przeprowadzić przez pięćdziesiąt stron bez żadnego wydarzenia godnego tego słowa, jednocześnie nie tracąc jego zainteresowania. I choć z takim zrozumieniem i miłością opisuje ich emocjonalne uwikłania, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że świat mieszczańskich konwencji, wszystkie jego gry i gierki, stawki większe i mniejsze, wydają mu się swego rodzaju cyrkiem, z którego po cichu i dyskretnie, ale jednak cały czas się śmieje.

Przedmiotem jego krytycznej, zdystansowanej obserwacji jest kultura mieszczańska w ogóle, ale też jej formacja specyficznie portugalska.

Rentierzy, nudziarze i dyletanci

Jego peryferyjni, portugalscy burżua bardziej niż liberalnych self-made-manów, o których niektórzy z nich czytują, zafascynowani angielską kulturą, przypominają feudalnych ziemian żyjących z renty, z odcinania kuponów od odziedziczonego majątku. W materialistycznych ujęciach globalnej historii społeczno-ekonomicznej uważa się zwykle, że Portugalii i Hiszpanii pozycja hegemona kształtującego swoje zręby we wczesnej nowoczesności kapitalistycznego systemu-świata, pomimo budowy wielkich imperiów kolonialnych, umknęła szybko najpierw do Genui, potem Amsterdamu i Londynu, za sprawą zbyt żywotnych na Półwyspie Iberyjskim struktur feudalnych, z ich preferencją dla demonstrującej władzę widowiskowej konsumpcji nadwyżek przed ich reinwestowaniem w spirali akumulacji kapitału. Eça wydaje się potwierdzać. Główny bohater, Carlos Eduardo da Maia, zostaje lekarzem, otwiera nawet gabinet, ale ponieważ z majątkiem swojego dziadka pracować nie musi, to prawie nikogo nie leczy. Gabinet przydaje mu się bardziej jako platforma dla flirtu i podrywu. Trudno oprzeć się wrażeniu, że zajmował na uniwersytecie miejsce, które zamiast marnować się dla niego mogło było wykształcić jakiegoś lekarza z prawdziwego zdarzenia.

Portugalscy burżua Eçy de Queiroza uwielbiają narzekać na dziadowskość swojego kraju, ale nie wyciągają żadnych wniosków z faktu, że trzymając – jako klasa – w garści większość kraju tego zasobów, to nikt inny jak oni właśnie dysponują środkami i możliwościami, by go ewentualnie ulepszyć. Nie chce im się jednak robić nic, co by wybiegało poza uciechy korzystania z własnych przywilejów; niczym nie potrafią się zająć na poważnie – od czasu do czasu coś ich kręci, ale mamy wrażenie, że z nudów lub dla fanaberii raczej niż z prawdziwej pasji czy powołania. Nic konkretnego z tego nigdy nie wynika. Carlos nie potrafi skupić się na swoich badaniach na tyle, żeby doprowadziły do jakiegokolwiek odkrycia, tak jak jego przyjaciel Ega nigdy nie ukończy swoich pretensjonalnych, bombastycznych projektów literackich. Wszyscy tu ciągle patrzą z podziwem na Londyn i Paryż, punkty odniesienia w każdej sprawie, choć jednocześnie tylko nieliczni z tych burżua wydają się rozumieć lub wiedzieć coś głębszego o francuskiej czy angielskiej kulturze (zabawne i na swój sposób fascynujące są demaskujące to sceny długich konwersacji o byle czym prowadzonych przy kolacjach i innych okazjach).

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Nie wiem, czy słusznie to interpretuję, ale właśnie igraniem z prowincjonalną, peryferyjną mieszanką głupiego podziwu dla wszystkiego, co obce i kojarzy się z jakimś odległym ośrodkiem władzy i splendoru, z elementarnym brakiem pojęcia o świecie, tłumaczę sobie dziwną postać jednego z przyjaciół starego Afonso da Maia, niejakiego Steinbrokena. Eça nie raz i nie dwa pisze o nim, że to dyplomata, przedstawiciel ambasady Królestwa Finlandii w Lizbonie. Nie było nigdy żadnego Królestwa Finlandii. Po wielu stuleciach podporządkowania Królestwu Szwecji, w 1809 Finlandia stała się częścią Cesarstwa Rosyjskiego, w ramach którego była Wielkim Księstwem Finlandii. Eça sam o tym na pewno doskonale wiedział. Rodzice nie dali mu może w życiu miłości, ale posłali go do szkół – najpierw takiej z bursą w Porto, potem na studia do Coimbry – i Eça zrobił w życiu niczego sobie karierę. W dyplomacji. Był portugalskim konsulem w Hawanie, Newcastle-upon-Tyne i Bristolu. Jako dyplomata na pewno wiedział, że Finlandia nie jest żadnym królestwem tylko niesuwerenną prowincją Rosji i myślę, że wprowadził ten motyw na zasadzie zgrywy ze swoich czytelników. Wiedział, że częścią z nich będą tacy sami ludzie, jak mieszkańcy jego powieściowej Lizbony (jeden pyta, czy tam w Anglii to piszą np. romantyczne powieści) i śmiał się pod nosem, zastanawiając się, czy i kiedy się skapną.

Odniesienie i powtórzenie

Angielska tłumaczka Eçy, Margaret Jull Costa, zwraca uwagę, że różne rzeczy „chodzą” w tej powieści parami, wydarzenia się dublują, odbijają w sobie nawzajem:

[…] pierwsze Carlosa zachwycone spojrzenie na Marię Eduardę jest bardziej romantyczną wersją pierwszego spojrzenia jego ojca Pedro na Marię Monforte; podczas gdy romans Egi z żoną żydowskiego bankiera stacza się w farsę, Carlos pakuje się w groteskowy romans z księżną de Gouvarinho; Carlos bije Eusèbiozinho dwa razy, raz w dzieciństwie, potem jeszcze raz jako dorosły; Carlos nigdy nie kończy swojej książki o medycynie dawnej i współczesnej, tak jak Egi Pamiętnik Atomu pozostaje jedynie pomysłem, o którym głównie tylko mówi […].[1]

W tych parach i powtórzeniach kryje się głębsza sprawa – intelektualnie, filozoficznie głębsza. Brazylijski krytyk kultury Silviano Santiago napisał kiedyś esej zatytułowany Eça, autor „Madame Bovary”. Igrał w nim z ideą stojącą za opowiadaniem Borgesa, w którym niejaki Pierre Menard pisze jeszcze raz Don Kichota Cervantesa, kilkaset lat po oryginale. Tam gdzie inni – miejmy śmiałość nazwać ich nawet Eçy literackimi „wrogami” – zrzynanie pomysłów fabularnych z Zoli (La faute de l’Abbé Mouret jako źródło dla Zbrodni księdza Amaro) a zwłaszcza Flauberta (Kuzyn Basilio a Madame Bovary), którego Eça uważał za swojego wielkiego mistrza, Santiago proponuje intrygującą i inspirującą interpretację. Fabularne „powtórzenia” uprawiane przez Eçę są świadomą operacją intelektualną ustawiającą wcześniejszą, słynną powieść pochodzącą z Francji, a więc z dominującej na skalę europejską, „centralnej” kultury (najwięcej fabularnej prozy będącej w obiegu w Europie w XIX wieku pochodziło z Francji i Anglii), na pozycji „metajęzyka” wobec jego własnej, portugalskiej powieści. U Eçy

powtórzenie skutkuje głębią. Innymi słowy, każdy komentarz dotyczący postaw Luisy [bohaterka Kuzyna Basilio – przyp. J.P.] czy także jej męża, nie może być lokowany na konwencjonalnej, wąskiej płaszczyźnie moralnej, gwałtownej reakcji na przyczynę, która jest dla czytelnika oczywista, ale będzie musiał się zorganizować po linii reakcji na wcześniejszy tekst literacki […].[2]

Te „powtórzenia” są u Eçy formą konceptualizacji peryferyjnego położenia jego własnej kultury, szukającej na zewnątrz, w mocarstwowych ośrodkach władzy wzorów do naśladowania, punktów odniesienia, sposobów wartościowania – i czego tam jeszcze, nawet sposobów rozumienia samej siebie. Eça powtarza pochodzący z imperialnego centrum wzór i usiłuje go przerobić, przechwycić, zrobić z niego użytek i pożytek dla kultury położonej na peryferiach, na marginesie.

Piszę o tym wszystkim tak naprawdę dlatego, że lektura Os Maias Eçy de Queiroza skłoniła mnie do wyrażenia mojego ogólnego wrażenia o współczesnych Portugalczykach (choć powieść to XIX-wieczna). Portugalczycy to społeczeństwo, które nauczyło się ze swoich pełnych paradoksów dziejów, że łaska Historii na pstrym koniu jeździ i nauka ta uczyniła ich odpornymi na megalomanię, trzeźwymi, krytycznymi, a także po prostu przyzwoitymi ludźmi z kompasem uniwersalizmu zwykle gdzieś pod ręką.

Pstry koń Historii

Portugalia ma wyjątkowe w Europie położenie geograficzne – na samym końcu kontynentu, graniczy lądowo (od wschodu i północy) tylko z jednym sąsiadem, znacznie większym, wyraźnie dominującym. Bywało, że z tym sąsiadem znajdowała się w unii personalnej, co przy takiej różnicy wielkości oznaczało, że stawała się Hiszpanii jakby prowincją. Kiedy obydwa królestwa wyruszyły na podbój świata, Portugalczycy stali się na czas jakiś potęgą niewiele ustępującą Hiszpanii, rozległością zamorskich posiadłości wzbudzając zazdrość społeczeństw, które w szybkim czasie osiągnęły znacznie, znacznie wyższy poziom ekonomicznego i politycznego rozwoju – jak Niderlandy. Jednocześnie to, co pod postacią konturów na mapie świata wyglądało na jeden z największych triumfów wstępu do nowoczesności, w istocie było objawem słabości, toczącej kraj choroby. Historyk Robin Blackburn sugeruje nawet, że zwycięstwo Portugalczyków z Holendrami w rywalizacji o ziemie w Ameryce Południowej wzięło się m. in. z tego jak bardzo biedniejszym i zacofanym krajem była Portugalia[3]. To bieda Portugalczyków (albo ryzyko niebawem się w nią osunięcia, strach przed deklasacją) powodowała, że nigdy nie brakowało chętnych na ryzykowne zamorskie eskapady. Tak wielu tak niewiele miało do stracenia na miejscu. To reparacje do spłacenia po przegranej wojnie z Anglią mobilizowały portugalską koronę do wypychania za morze kolejnych ławic karaweli, z misją grabieży, wydzierania bogactw odkrytym lądom. To zacofane struktury społeczne kiszącego się we własnym sosie feudalizmu pozwalały na uciekanie tych wszystkich bogactw do ośrodków robiących z nich inny jakiś użytek niż np. wystawianie kościołów o wnętrzach całych ociekających złotem, które stoją do dzisiaj od Porto na północy Portugalii po brazylijski Salvador, wszystkie jak na ironię pod wezwaniem świętego Franciszka. Portugalska grabież zamorskich kolonii, przede wszystkim największej i najzasobniejszej z nich, Brazylii, sfinansowała rozwój nie tylko nie Brazylii i innych kolonii, ale nawet nie Portugalii – sfinansowała za to wczesne stadium rozwoju kapitalizmu w Anglii. Na wiele stuleci umieściła Portugalię w tym dziwnym, żenującym w gruncie rzeczy położeniu: niby-mocarstwa kolonialnego, które wyzyskuje podbite zamorskie lądy, ale tylko po to, by wydojonym z tego wszystkiego być natychmiast przez Wielką Brytanię. Tę relację zależności od Wielkiej Brytanii widać na kartach Eçy, widać ją na ulicach niejednego portugalskiego miasta, na których od czasu do czasu zaskakuje czerwona budka telefoniczna w angielskim stylu, widać ją w tym, że winnice w Dolinie Douro należą do dziś do angielskich rodzin i sprzedają swoje porto pod angielskimi nazwami.

Jakby tego wszystkiego było mało, wyemancypowana największa portugalska kolonia, Brazylia, najpierw ogłosiła się cesarstwem, a potem prześcignęła swoją byłą metropolię na różnych płaszczyznach. Z dwudziestokrotnie większą populacją, to ona jest dziś dominującą kulturą języka portugalskiego, jego największą literaturą, jego największą kinematografią, jego największą kulturą muzyczną, jego największą telewizją. Więcej ludzi na świecie widziało samo tylko Miasto Boga niż jakikolwiek film portugalski. To Brazylia jest globalnym graczem politycznym. Portugalia nie tylko niewiele znaczy w skali świata, ale rozpaczliwie słaba jest już w ramach zaledwie Unii Europejskiej, która o mały włos nie zawiesiła tam pod osłoną nocy demokracji, gdy tamtejsza lewicowa koalicja ośmieliła się wyrazić sceptycyzm w stosunku do podporządkowanej niemieckim obsesjom i interesom „wspólnej waluty”.

Ta nasycona kolejnymi, sobie właściwymi paradoksami relacja z Brazylią też się odbija w Os Maias. Brazylia w swoim położeniu w stosunku do Portugalii dubluje położenie Portugalii wobec Londynu, ale sama jest równolegle w takim samym położeniu także i wobec Wielkiej Brytanii, bo Londyn jest wtedy stolicą Rynku Światowego – bycie dostawcą surowców na potrzeby tego ostatniego (złoto, diamenty, cukier, kawa, dzisiaj także ropa naftowa) to gospodarcza rola Brazylii w międzynarodowym podziale pracy, a londyńscy bankierzy sprawują w tamtym okresie kontrolę nad podażą kredytu w Brazylii. Jednocześnie, gdy spojrzeć z daleka, Portugalia wygląda przy Brazylii jak zapomniana sierota, chuchro jakieś, co niechcący kopnąć można albo rozdeptać. Pełna, co prawda, nędzarzy, Brazylia wydała jednocześnie fortuny, przy których Portugalia nie ma się nawet czym zamachnąć. Ten paradoks reprezentuje u Eçy „mąż” Marii Eduardy, Brazylijczyk, którego niby nikt pozytywnie nie szanuje, ale ma skubany nie wiadomo ile pieniędzy, i też nie bardzo wiadomo skąd, więc na otwarcie negatywny, nieskrywany brak szacunku też sobie nikt na wszelki wypadek nie pozwala. No bo cholera wie. Z Brazylią związek ma też sposób, w jaki erotyzowana jest przejmująco smutna postać niebywale pięknej Marii Eduardy. Nie jest ona wcale Brazylijką, ale bardzo długo wszyscy myślą, że jest. Wszyscy, a przede wszystkim zakochany w niej główny bohater, Carlos Eduardo da Maia. Jej brat. Wróć! To był spoiler.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Co ja właściwie chciałem powiedzieć? No właśnie, to: być może to właśnie inteligentne, krytyczne przyswojenie własnej – paradoksalnej, zmuszającej do pokory, bo złożonej z wzlotów i upadków – historii uczyniło Portugalczyków takimi ludźmi, jakimi dzisiaj są.

Historii, na przestrzeni której doświadczyli zarówno roli kontrolującego posiadłości na kilku kontynentach mocarstwa, jak i sklerotycznego arcypierdoły Europy, a przez długi czas jednego i drugiego jednocześnie. Zrozumieli, że historia jest serią złożonych zbiegów okoliczności i nieoczywistych paradoksów, nawet kaprysów losu, a nie zwierciadłem narodowego narcyzmu, który zazwyczaj po prostu nie ma podstaw.

Takimi ludźmi, jakimi dzisiaj są? Tak, takimi ludźmi, których intelektualiści gwiżdżą sobie na obwoźne oferty Francisów Fukuyamów czy Samuelów Huntingtonów tego świata i, jak José Saramago, zostają do śmierci w Portugalskiej Partii Komunistycznej. Takimi, którzy nawet nie zdają sobie sprawy, że chyba najpiękniejszy gejowski klub w Europie znajduje się u nich w Porto i takie samo miejsce w Londynie byłoby jednym z najdroższych i snobistycznych w tym mieście (i w weekendy nie wpuszczałoby kobiet). Takimi, którzy zrozumieli, czym jest narzucona światu przez Amerykanów „wojna z narkotykami”, więc zdekryminalizowali wszystko, co narkotyków dotyczy. Takimi, że ich kraj jest jednym z bastionów lewicy we współczesnej Europie. Takimi, którzy wobec skandalicznej postawy większości Europy uchodźcom z Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej mówią: przyjeżdżajcie do nas.

Przypisy:

[1] Margaret Jull Costa, Introduction, [w:] Eça de Queiroz, The Maias. Episodes from Romantic Life, tłum. Margaret Jull Costa, Sawtry: Dedalus 2007, s. 9.

[2] Silviano Santiago, Eça, Author of “Madame Bovary”, tłum. Tom Burns,  Ana Lúcia Gazzola [w:] Silvano Santiago, The Space In-Between: Essays on Latin American Culture, red. Ana Lúcia Gazzola, Durham – London: Duke University Press, 2001, s. 47.

[3] Robin Blackburn, The Making of New World Slavery: From the Baroque to the Modern, 1492-1800, London – New York: Verso, 2010, s. 202.

Jarosław Pietrzak

Jeżeli interesuje cię kultura i społeczeństwa języka portugalskiego, to rzuć okiem na moją książkę Smutki tropików i na mojego ebooka Notes brazylijski.

Jestem na Facebooku i Twitterze.