Gniew, wahadło, ściana

Wypierdalać! – jasne, że wypierdalać. Bezwarunkowa solidarność, żadnych „ale”. A prawdopośrodkiści i esteci, których taki język, albo zaburzanie katolickich nabożeństw, zniechęca, tudzież zachęca do trzymania dystansu – niech wypierdalają razem z nimi. Jak się komuś nie podobają takie środki wyrazu, to pewnie kiedyś przyłożył rękę do zła, w którym dzisiaj tkwimy. Tylko ten, kto ma coś poważnego na sumieniu, szuka teraz takich dziur w całym.

Kilka myśli na gorąco.

Jestem zaskoczony skalą oporu, jego eksplozją. Nie tylko ilością demonstracji; nie tylko liczbą uczestniczek i uczestników (które i którzy zebrały się na odwagę pomimo obostrzeń epidemicznych). Także tym, że odbywają się nawet w zmęczonych, osowiałych mieścinach zwykle oddalonych (brakiem PKS-u i połączeń kolejowych) od „wielkiej” polityki. Także tym, jak radykalne przyjmują formy symboliczne i że wreszcie przestały się patyczkować ze świętymi krowami drugiej strony. Na Wersal dawno już za późno, a „szacunek dla uczuć” nie może obowiązywać tylko jedną stronę sporu. To wszystko cieszy.

A jednak mam obawy.

Nie jestem przekonany, że to wszystko wystarczy. Żeby mieć pewność, że oto wahadło dotarło już do ściany, i teraz to może już tylko odbić w naszą stronę. Że PiS się przeliczył, nie doszacował potencjału społecznego gniewu, że to teraz początek jego upadku. Że to początek zmierzchu władzy Kościoła katolickiego w Polsce.

PiS pewnie nie spodziewał się aż takiego oporu, aż takiego gniewu, aż takiego wybuchu – ale przecież o rozpalenie emocji im chodziło, więc może nie jest to wcale aż tak bardzo wbrew ich planom, może jedynie stracili trochę kontrolę nad proporcjami?

To wciąż odwraca uwagę od bajzlu w bezradnej w konfrontacji z koronawirusem służbie zdrowia, od bezsilności wobec galopującego kryzysu gospodarczego wywołanego przez COVID-19. Jedną z metod sprawowania władzy przez PiS jest przecież nie od wczoraj rozpalanie takich emocji na tylu frontach naraz, żebyśmy wszyscy ulegli zmęczeniu i dezorientacji – koniec końców, w zależności od dynamiki społecznych reakcji, PiS wycofa się tu z czegoś, tam z czegoś, ale nigdy ze wszystkiego. My odetchniemy z ulgą, że jednak nie wszystko im się udało, a oni i tak przeciągną na swoją stronę coś, czego jeszcze nie mieli.    

Czy to już ściana? Tylko, jeżeli PiS teraz upadnie. A nadzwyczajne okoliczności i środki prawne, które zawdzięcza epidemii, dostarczą bardzo wielu instrumentów, żeby powstrzymać upadek. Zakazy zgromadzeń, prześladowanie wielotysięcznymi mandatami za byle co, nadzwyczajne uprawnienia dla sił porządkowych różnego rodzaju. PiS może grać – i moim zdaniem gra, i się specjalnie w tym względzie nie myli – na to, że europejski porządek liberalno-demokratyczny i tak rozpada się nieuchronnie, i bardzo szybko, i przetrwają ten upadek ci, którzy dziś zagrabią pod siebie jak najwięcej różnego rodzaju zasobów, wszystko jedno, jakimi metodami.      

Ściana może się jeszcze przesuwać, możliwości wcale się nie wyczerpały. Są jeszcze ciąże wynikające z gwałtu, badania prenatalne, rozwody, stosunki homoseksualne, stosunki pozamałżeńskie. Do kresu możliwości jeszcze daleko.

Jeżeli PiS teraz nie upadnie, to już bardzo długo nie upadnie. Jeżeli te, które wyszły wczoraj i dziś na ulice, zmęczą się i zniechęcą, albo nie wciągną z sobą następnym razem dość sojuszników, sióstr, braci – to PiS nie upadnie.

Jeżeli upadnie, to kto przejmie władzę, w kraju ze zdziesiątkowaną lewicą? Czego możemy się spodziewać po jedynych możliwych syndykach pozostawionej wtedy po PiS masy upadłościowej, „polskich liberałach” (nigdy bez cudzysłowu)? W końcu – znamy się z nimi już przez ponad pokolenie? Że obiecają, że już bardziej prawa nie zaostrzą, albo zatrzymają się gdzieś w połowie między ostatnim wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego a stanem sprzed tego wyroku (czyli dopuszczą przerywanie ciąży w przypadkach, w których płód po narodzeniu nie będzie miał szans na przeżycie, ale utrzymają zakaz, jeśli płód będzie chory nieodwracalnie i nieuleczalnie, ale nie tak, żeby od razu po narodzinach umarł)? Wtedy to właśnie zaczną nazywać „kompromisem”.

Chyba, że damy im do zrozumienia, że ta presja wymierzona jest także w nich, że nie mają u nas żadnego kredytu zaufania, że muszą na nie zarobić. Z doświadczenia wiemy, z jakim trudem taka nie-zerojedynkowość się w Polsce stosuje w praktyce. Dawno się nie udała.

Jeżeli teraz nie wykolei się wszystko naraz, to nic się nie wykolei. Nic tu nie będzie łatwe, nic tu nie jest przesądzone.

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze.