Brzydkie słowa: wiara, wierzący, niewierzący

Z czasów, kiedy rodzice zmuszali mnie do chodzenia do przybytków tej odpychającej instytucji, z czasów, kiedy nie umiałem się jeszcze bronić przed tej instytucji władzą, przed jej pragnieniem niszczenia ludziom życia (w tym mojego młodego życia przestraszonego budzącym się, w „złą” stronę skierowanym pragnieniem) – pamiętam, jak broniło się moje ciało. Jak broniło się somatycznie. Jak mi po plecach przelatywały nieprzyjemne ciarki na dźwięk języka, jakim posługuje się Kościół katolicki; żenująco złego gustu księżego wokabularza i frazeologii wykrywalnego nawet dla chłopca z robotniczej rodziny chłopskiego pochodzenia (pierwsze pokolenie urodzone w mieście). „Ubogaceni”, „dar łaski”, „życie w grzechu”, całe to pieprzenie. Jest to czasem koszmarna karykatura i zniekształcenie języka polskiego. Funkcją tego zniekształcania jest oczywiście osiągnięcie kontroli nad rzeczywistością społeczną, którą język opisuje, władza nad ludźmi, którzy językiem mówią.

Weźmy temat dziś w Polsce najbardziej na czasie, reprodukcyjne prawa kobiet. Jesteśmy tu, gdzie jesteśmy, także dzięki temu, jak Kościołowi katolickiemu udało się podbić społeczną przestrzeń użytkowania języka „dziećmi nienarodzonymi” tam, gdzie medycyna mówi o płodach. Język, ten język, jest częścią problemu. Częścią rozwiązania jest pokonanie języka, tego języka.

Ale to nie jedyne pole, w którym pozwalamy Kościołowi sprawować władzę nad słowami, których używamy, nawet gdy chcemy opisywać świat z zewnątrz tego, co wygadują ponure zbiry w koloratkach, długich kiecach i śmiesznych czapkach, nawet gdy stajemy przeciwko tym zbirom, nawet gdy chcemy o nich, ich klienteli i ofiarach mówić z zewnątrz.

Dlaczego nawet ci, którzy podejmują się krytyki Kościoła katolickiego, walczą z jego reakcyjną polityką i ideologią, nie uznają jego dogmatów i nie praktykują jego praktyk – pozwalają mu nadawać słowa rzeczom, o których mówimy? Dlaczego nawet świecka lewica i ateiści nazywają religię – „wiarą”, ludzi religijnych – „wierzącymi,” a resztę – „niewierzącymi”?

To jakby iść na wojnę, pozwalając wrogowi, by rysował nam mapy, przy pomocy których staramy się poruszać, podejść go lub obejść. A potem zdziwienie – że nas wykiwał.

To, że z wewnątrz pola społecznego kontrolowanego przez Kościół coś się nazywa wiara i wierzący, nie oznacza, że znaczenia, jakie to pole przypisuje owym słowom są obiektywnymi tych słów znaczeniami. Że nazwy, jakie przypisuje fenomenom, to obiektywne tych fenomenów nazwy do równie dobrego użytku także poza tym polem.

Ci, którzy przywiązują się emocjonalnie do dogmatów lub przyzwyczajają do praktyk religii, z wewnątrz pola społecznego wytwarzającego to przywiązanie i to przyzwyczajenie, nazywają to przywiązanie i te praktyki wiarą. Ale religia i wiara to nie są równoznaczne, wymienialne synonimy. Tak jak psychoanalityk albo psychoterapeuta nie może mówić o grzechu. On i ksiądz mogą mówić o tym samym wydarzeniu, ale jeśli psychoanalityk lub psychoterapeuta nazywa traumę, pragnienie lub cierpienie grzechem, to przestaje być psychoanalitykiem/psychoterapeutą. Nawet wina i grzech to nie są synonimy, bo wina ma inne rozwiązania: karę, zadość uczynienie, odszkodowanie.

Dla wyznawcy jego religia jest synonimem wiary, obojętność dla religii jest wiary brakiem, niewiarą, a wyznawanie innej czasem tym samym, co brakiem, czasem zbłądzeniem czy czymś innym. Ale są to wszystko znaczenia obowiązujące subiektywne i intersubiektywnie tylko tych, którzy nazywają te rzeczy z wewnątrz tego pola. Nie powinny obowiązywać tych z nas, które i którzy mówimy o tych rzeczach z zewnątrz tego pola, z oddali, a już najmniej tych i te z nas, którzy idziemy na konfrontację z tym polem i kontrolą, jaką próbuje ono narzucać światu wokół siebie.

Te słowa mają swoje wartościujące i emocjonalne zabarwienie, które rzuca się na barwę komunikatów, w które są angażowane. Wiara to afektywna inwestycja podmiotu w coś, co ten wybiera pomimo braku wystarczających na to coś dowodów. Kiedy prosimy kogoś, kogo kochamy, by nam wierzył; kiedy wierzymy w niewinność kogoś, kogo znamy, pomimo iż nie było nas przy samym wydarzeniu; kiedy wierzymy w powodzenie naszego przedsięwzięcia z przyjaciółmi – doskonale odczuwamy pozytywny ładunek pojęcia wiary i jego pochodnych (czasowników, przymiotników). Rozumiemy też, że pole semantyczne tego słowa i owych pochodnych nie ogranicza się bynajmniej do naszego stosunku do bytów nadprzyrodzonych i odprawiania pod ich adresem obrzędów.

Kiedy akceptujemy wiarę jako synonim religii, wierzącego jako synonim człowieka religijnego, i w taki sposób ich używamy, pozwalamy by nas i ludzi podobnie jak my obojętnych religijnie czy wrogich religijnym instytucjom określał naładowany odwrotnie, a więc siłą rzeczy negatywnie, otwierany przeczącym przedrostkiem niewierzący. Pozwalamy, by definiował nas brak lub przeciwieństwo pozytywnego ładunku zawartego na moc właściwości języka w pojęciu wyjściowym, tym przed dodaniem nie– z przodu.

Oddajemy wtedy pole nie tylko w ten sposób, że opisujemy siebie i przeciwnika słowami o emocjonalnym i wartościującym zabarwieniu, które służy nie nam tylko przeciwnikowi. Także w ten sposób, że te słowa po prostu kłamią o rzeczach, które niby-nazywają.

Nie wiem jak wy, ale ja nie jestem niewierzący.

Jestem ateistą, co znaczy, że nie wierzę w istnienie boga czy bogów (albo raczej jestem przekonany o ich nieistnieniu, co niekoniecznie znaczy to samo). Ale wierzyć można nie tylko w boga, trójcę świętą, wieczne dziewictwo matki jednego z tej trójcy, skuteczność modlitw do nich, itd.

Jestem też marksistą, komunistą – i jako marksista, komunista, wierzę w cały szereg różnych rzeczy. W fundamentalną i nieredukowalną równość wszystkich ludzi. W możliwość świata, w którym ta równość zostanie wreszcie faktycznie, politycznie zrealizowana. W to, że świat nie musi być taki, jaki jest – że horyzont ekonomicznych nierówności, wyzysku i przemocy, w jakim dzisiaj jesteśmy zamknięci, możliwy jest do przekroczenia. Że inny świat jest możliwy. Wierzę w możliwość wspólnego zmieniania świata przy pomocy rozumu. Wierzę, że Historia ma dobrą i złą stronę. I że po dobrej stali Marks, Lenin, Fidel, Ho, Sankara, Morales. Jak pewnie każdy komunista, wierzę w prawdę i miłość (do innych ludzi).  

Nie jestem więc niewierzący – jestem wierzący w co innego. W coś innego niż kardynałowie, biskupi, proboszcze i wikariusze; w coś innego niż ci, którzy im dają na tacę i w kopercie; w coś innego niż katecheci i zakonnice. I dlatego tak mi się nie podoba opisywanie mnie i ludzi podzielających moje wartości wyrażającymi jedynie brak i negatywność. A jeszcze bardziej dlatego, że wraz z tymi, którzy podzielają moje wartości, wierzę zapewne bardziej, poważniej i głębiej niż wielu z tych, którzy mówią o sobie – wierzący. Większością z nich kieruje raczej przyzwyczajenie, komfort, nawyk, czasem nawet odruchy – a niektórymi czysty, instrumentalny cynizm. Nie mam wątpliwości, że w zestawieniu z Jędraszewskim to ja jestem wierzący, nie on.

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Chcesz e-booka z moim (długim) opowiadaniem?