Errata po latach

W 2016 roku, wkrótce po tym, jak ukazały się moja pierwsza samodzielna książka, Smutki tropików: Współczesne kino Ameryki Łacińśkiej jako kino polityczne, odkryłem w niej kolosalny błąd, który przetrwał w niej wielokrotne przeglądanie tekstu i proces redakcji. I nie mam tu na myśli zaledwie literówki (presidencie Dilmie Rousseff zgubiłem jedno f z nazwiska). W tekście przetrwał błąd merytoryczny tak karygodny, że zaczerwieniłem się ze wstydu, a potem zbladłem ze strachu przed recenzentami, już widząc oczyma wyobraźni, jak się będą nade mną pastwić.

Napisałem książkę bardzo nie w stylu polskiego pisania o filmie, traktując film jako fenomen na różne sposoby polityczny; opisując formy polityczności właściwe latynoamerykańskim filmowcom, nie ukrywałem własnego stanowiska (zbieżnego zreszta z większością omawianych filmowców: lewicowego, marksistowskiego). Tekst zakończyłem czymś w rodzaju komunistycznego wyznania wiary (zinterpretowałem jako coś takiego wlaśnie Labirynt fauna Guillermo Del Toro).

Labirynt fauna (El laberinto del fauno, 2006)

W Polsce o kinie (o sztuce w ogóle) nie myśli się, a zwłaszcza nie pisze specjalnie w taki sposób, nie tak „otwartym tekstem” – choć dzisiaj jest to już znacznie bardziej akceptowane i częściej spotykane niż tych kilka lat temu. Myślę, że bardziej niż kilka książek Krytyki Politycznej (w niektórych maczałem palce) to teatr i dyskurs wokół niego zrobił największą robotę, żeby to rozepchać i przewietrzyć. Wyobrażałem sobie więc, że taki błąd to jest to, czego krytycy się uczepią, żeby używać jako przykładu na słabość całej książki – ten obuch, którym będę obrywał. Czerwieniłem się w duchu długo, w cichym oczekiwaniu na pierwsze ciosy. Przyjmując swoją metodę i styl, poniekąd prosiłem się o bęcki i takim błędem po prostu dostarczyłem amunicji do rozstrzelania całej mojej pracy, nawet jeśli to jedyny (mam nadzieję!) tak poważny błąd w książce.

O błędzie tym przypominają mi teraz doniesienia napływające z Kuby o pracach i debatach nad nowelizacją tamtejszego kodeksu rodzinnego. Nowelizacja otworzyłaby m. in. drogę do małżeństw jednopłciowych. Otóż mój błąd w Smutkach tropików polegał na tym, że w eseju o kilku filmach gejowskich (Przestrzeń i pragnienie), we fragmencie na temat hiszpańsko-kubańskiego filmu Antonio Hensa Ostatni mecz, napisałem tak, jakby w momencie pisania pary homoseksualne mogły już formalnie legalizować swoje związki: jakby uwaga jednej z postaci, że „w Hiszpanii to jest legalne”, umiejscawiała fabułę filmu przed legalizacją związków homoseksualnych na Kubie. A ta przecież nie miała jeszcze miejsca.

Ostatni mecz (La Partida, 2013)

Do dzisiaj skręcam się na myśl o tym ze wstydu i nie wiem, jak to wytłumaczyć.

No cóż, pisałem książkę nie po kolei, różne eseje rozgrzebane, w notatkach i draftach, jednocześnie, odkładane, otwierane na nowo, dopisywane po wielu miesiącach. Niepowiązany z Akademią, formalnie z żadną redakcją, pisałem „dla siebie” i we własnym czasie, po nocach, w weekendy. Dzień ma tylko 24 godziny, a tydzień – 7 dni, a pisanie to dużo pracy pochłaniającej sporo czasu. Sczytywanie tego samego po raz kolejny również. W pewnym momencie cała książka się rozrosła do punktu, w którym miałem wrażenie, że zaraz postradam kontrolę nad całością. No i to był ten moment tekstu, nad którym straciłem. Z całą pewnością w pierwszej połowie drugiej dekady XXI wieku miał miejsce moment, w którym media pisały o równości małeżeńskiej lub związkach partnerskich na Kubie, o debacie i pracach nad tematem. Pamięć tego miałem w głowie, gdy pisałem tamten fragment. Ale czasem piszę, żeby nie pogubić myśli, a sprawdzanie szczegółów odkładam na później. Dopracowując później tekst, sprawdzałem wiele rzeczy, żeby nie polegać na samej tylko własnej pamięci, robiłem przypisy, itd., ale ten moment tekstu za każdym razem przeleciał przez sito mojej uwagi, uwagi redaktora, uwagi wydawcy.

Gdybyśmy wciąż wydawali książki w wydawnictwach z dawnych czasów, którym nie brakowało sił i środków, by każda książka przechodziła przez kilka lektur sprawdzających ją pod różnym kątem – pewnie by się to nie wydarzyło. W każdym razie miałbym większe szanse, żeby się nie wydarzyło. Małe, niszowe wydawnictwa w Polsce od dawna mają coraz mniej sił i środków. Ale nie winię za to mojego wydawcy (Instytutowi Wydawniczemu Książka i Prasa, któremu wiele zawdzięczam i który był wobec mnie zawsze fair – każdy, kto miał do czynienia z polskim przemysłem wydawniczym, wie jaka to rzadkość). Odpowiedzialność za błędy – za taki błąd! – spoczywa oczywiście w całości na mnie. Kara za hybris zbytniego zaufania własnej pamięci, niesprawdzenia każdej strony tekstu o jeden raz więcej.

A skoro już jesteśmy przy hybris, to najgorszą karą okazało się coś zupełnie innego, niż to, czego się bałem. Do dzisiaj błędu nikt nigdzie oficjalnie nie zauważył… między innymi dlatego, że ukazało się bardzo niewiele recenzji (trzy?). Książka została niemal całkowicie przemilczana przez polską prasę stricte filmową, pomimo iż była to pierwsza polska książka o współczesnym kinie latynoamerykańskim. Jedynym wyjątkiem były „Studia Filmoznawcze”, na lamach których o książce z uznaniem wyraził się Piotr Czerkawski. We Francji czy Wielkiej Brytanii pierwsza książka na tak wielki temat byłaby obowiązkowo odnotowana przez poważną prasę filmową, mieści się to po prostu w elementarnych profesjonalnych standardach. Pierwsza książka na ważny temat jest ważna z zasady. W Polsce o większości książek po prostu nigdy się nie napisze, a w mediach branżowych pisze się o książkach znajomych, o książkach spodziewanych. Nie o książkach outsiderów piszących z ekonomicznej emigracji.

Upiekło mi się, owszem. Słabe pocieszenie. Dlaczego? – bo książka przeszła prawie niezauważona…

Trochę dlatego, zamiast pisania kolejnej książki o kinie, następną napisałem powieść (Nirvaan), a teraz piszę serię opowiadań i mikropowieści (Soho Stories).

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze.