Gaza po arabsku

Donald Trump i zawieszenie broni w Gazie

Dziś (niedziela 19 stycznia 2025), opóźnione co prawda o parę godzin, ale jednak weszło w życie: zawieszenie broni w Strefie Gazy. Na jeden dzień przed oficjalnym przejęciem władzy w USA przez nową administrację – drugą administrację Donalda Trumpa. Informację tę ogłosił najpierw, kilka nocy temu, premier Kataru, Szejk Mohamed Ibn Abdulrahman as-Sani. To tam, połączonymi siłami dyplomacji katarskiej i egipskiej, toczyły się od dawna zwieńczone wreszcie tą umową negocjacje.

W desperackim geście ratowania w ostatniej chwili resztek swoich skompromitowanych wizerunków amoralna kabała otaczająca odchodzącego w niesławie Joe Bidena i jego wspólniczkę w zbrodni Kamalę Harris, wypchnęła truchło ustępującego prezydenta przed kamery, by zasługę spróbował jeszcze przypisać sobie.

Jak niemal wszystko, co administracja Biden-Harris mówiła przez ostatnie 15 miesięcy, było to jednak obsceniczne kłamstwo. Co się wydarzyło naprawdę? Mniej więcej coś takiego.

We wczesnych dniach stycznia do stolicy Kataru ad-Dauhy na negocjacje przybył emisariusz prezydenta-elekta Donalda Trumpa, Steve Witkoff. Wysłany tam z zadaniem dopilnowania, by zrealizowana została złożona przez Trumpa powyborcza obietnica, że na dzień jego inauguracji wojna w Gazie będzie zakończona. W ten czy inny sposób.

Zdumiewające przyspieszenie tempa wydarzeń, z jakim mieliśmy do czynienia od września (nowe fronty Izraela w Libanie i Syrii, a nawet de facto w Jemenie, no i błyskawiczne obalenie reżimu Baszszara al-Asada w Damaszku), wynikało z całą pewnością z nowego kontekstu nadchodzącej zmiany władzy w Białym Domu (poważni ludzie, pozwolę sobie przypomnieć, że Paweł Mościcki i ja w podkaście INNY ŚWIAT również, spodziewali się przegranej Kamali już jakiś czas przed wyborami). Przez ostatnie cztery miesiące premier Izraela Binjamin Netanjahu cisnął, by zakończyć tę wojnę przez całkowite zwycięstwo i zmiażdżenie w tym krótkim czasie całego pakietu swoich regionalnych wrogów. Hamasu, Hezbollahu, Ansar Allah, Asada. Liczył też na wciągnięcie bezpośrednio do wojny także Iranu, co zabezpieczyłoby (na to liczył) jego pozycję w regionalnym układzie sił na wiele lat.

Całkowite zwycięstwo przez bezprecedensową akcelerację okazało się niemożliwe. Zbyt wiele frontów na raz dla rzeczywiście świetnie uzbrojonej, ale jednak małej armii, jaką dysponuje Izrael, państwo przecież mniejsze od Czech. Małej i kompletnie zdemoralizowanej.

Witkoff przyleciał do Kataru, żeby w tej sytuacji zmusić Izrael do zawieszenia broni i dostarczyć nowemu-staremu imperatorowi to fenomenalne wizerunkowe zwycięstwo. Netanjahu i jego ludzie z początku chyba nie pojmowali, jak poważna zaszła zmiana kontekstu i próbowali uskuteczniać swoje zwyczajowe numery. Żądali przerwy na szabat, na kupę. Próbowali zrywać rozmowy pod jakimiś szemranymi pretekstami, zawsze „z winy Hamasu”. Usiłowali znienacka wywracać stolik, stawiając nagle zupełnie nowe żądania, których nigdy wcześniej nie było na agendzie, byle wszystko zresetować do punktu wyjścia. Do całkiem niedawna to wszystko działało bez zarzutu, bo Biden, Kamala i ten alfons na czele ich dyplomacji, Antony Blinken, tak samo rozumieli reguły gry. Ale oto wszystko to działać przestało. Ku zdumieniu Netanjahu i jego gangu, Witkoff, ewidentnie uprawniony do tego przez Trumpa, od samego początku ich, excuse my French, opierdalał, z góry na dół – za każdym razem, gdy tych sztuczek próbowali. Wracać do stołu, za kogo wy się uważacie, w dupie mam wasz szabat. Coś w tym stylu.

Taki obraz sytuacji wyłania się z relacji Al Dżaziry, z codziennymi komentarzami nieocenionego Marwana Bishary na czele. Mało kto może być lepiej poinformowany niż Al Dżazira, w końcu nadaje ona z Kataru, miejsca zdarzeń. Tak to przedstawiają również media w Izraelu, które nie mają powodu powtarzać czegokolwiek po Al Dżazirze. Izrael zakazał jej działania na swoim i Zachodniego Brzegu terytorium, abstrahując od tego, że izraelscy dziennikarze nie śledzą już nawet mediów krytycznych wobec Izraela. Tak to rysują kolejne relacje z Kataru, nawet agencji Reutera, nieznane tylko uśmiechniętej publiczności mediów tworzących nieprzenikalny ochronny parasol wokół Bidena i Kamali.

Tekst porozumienia jest właściwie ten sam (zmiany są kosmetyczne), co negocjowany za pośrednictwem dyplomacji katarskiej i egipskiej już w maju 2024 r. – osiem miesięcy temu. Osiem miesięcy temu mogło już być po wszystkim. Że zostało zawarte dopiero teraz, obciąża konto Bidena i Kamali. Nikt już nie może poważnie utrzymywać, że „oni przynajmniej próbowali Netanjahu powstrzymać, a Trump mu wszystko poda na tacy”.

Okazuje się, że jest wręcz przeciwnie. To Trump postawił Netanjahu warunki i potrafił mu powiedzieć „basta”. Co było zresztą do przewidzenia dla każdego, kto się orientował w historii amerykańskich relacji z Izraelem – ja to przewidywałem. Jeżeli ktoś czasem stawiał jakiekolwiek granice rozpasaniu Izraela, były to wyłącznie administracje republikańskie: Eisenhower, Reagan i Bush. Demokraci zawsze gubili gdzieś jaja, gdy trzeba było zadzwonić do Tel Awiwu.

Ale tak całkiem naprawdę to było nawet jeszcze gorzej. Nie można nawet utrzymywać, że Biden i Kamala „nie umieli tego dokonać”. Żeby to można było ubierać w takie wciąż przychylne słowa, musieliby chociaż próbować. Nie tylko tego nie próbowali, ale wszystkie pozory negocjacji (pozory, bo tekst porozumienia istnieje od maja) stanowiły zwodniczy spektakl, który służył maskowaniu tego co się działo naprawdę: ich administracja cały czas wspierała Izrael i prowadziła zagładę Gazy ramię w ramię z Netanjahu. Ludobójstwo w Gazie jest dziełem Bidena i Kamali w dokładnie takim stopniu, jak Binjamina Netanjahu. W pewnym sensie ich odpowiedzialność może nawet być większa, gdyż gdyby nie ich nieprzerwane dostawy uzbrojenia i przelewy środków finansowych, Izrael wystrzelałby się z pocisków w kilka miesięcy. Nie waham się też wysuwać hipotezy, że Netanjahu nie tylko nie działał wbrew „bezradnej” wobec jego ekscesów administracji Biden-Harris, a realizował jej zlecenie na ostateczną przebudowę stosunków władzy na Bliskim Wschodzie i likwidację ostatnich sił w regionie stawiających opór życzeniom i interesom Stanów Zjednoczonych.

Ale sieroty po Bidenie i Kamali, w przerwach między wycieraniem łez, potrafią dalej iść w zaparte, wysuwając kolejne niedorzeczne hipotezy, byle nie przyjąć do wiadomości faktów (że Trump, przy wszystkich swoich wadach, jest i tak obiektywnie mniejszym złem niż Biden i Kamala).

Że porozumienie stanowiło „efekt wspólnej pracy obydwu administracji”, odchodzącej i wstępującej. Jasne, tak by to nam chcieli sprzedać skompromitowani Biden i Kamala. Ciekawe, że Kamala, której zawsze z taką łatwością przychodził oślepiający kamery śnieżnobiały uśmiech od ucha do ucha, lepszy nawet niż ten Obamy, wyglądała na konferencji prasowej anonsującej porozumienie w Białym Domu (stała za plecami Bidena), jakby próbowała przełknąć żabę.

Że może to Netanjahu trzymał to zawieszenie broni do inauguracji Trumpa, żeby mu je „podarować w prezencie”. Ciekawe w takim razie, że przez ponad cztery dni od ogłoszenia, że będzie zawieszenie broni, Netanjahu chował się przed kamerami i nie wystąpił publicznie. To nie jest prezent, który ofiarowuje swojemu nowemu patronowi; to jest upokorzenie, do zaakceptowania którego został zmuszony.

Kiedy nic innego już nie daje rady, sieroty po Bidenie i Kamali zaczynają wymyślać i wmawiać poglądy i tezy tym, którzy w przeciwieństwie do nich demonstrowali jednak trzeźwiejszą ocenę sytuacji. Pisałem o Trumpie dobrych kilka razy i wszystkie te teksty są dostępne online, więc każdy może sprawdzić, co kiedyś naprawdę twierdziłem. Tuż po amerykańskich wyborach przekonywałem, że jeżeli istnieje jakaś szansa na kres ludobójstwa w Gazie, to zawdzięczamy ją porażce Kamali, którą z radością i ulgą żegnałem. Zwycięstwo Kamali byłoby gwarancją kontynuacji zagłady Gazy, gdyż była ona (zagłada Gazy) wspólnym przedsięwzięciem administracji Biden-Harris i rządu Netanjahu. Dowiadywałem się w odpowiedzi różnych rzeczy, które rzekomo myślę. Że wierzę, że Trump jest gołąbkiem pokoju; że wydaje mi się, że jest propalestyński; że jakoby nie wiem, że Trump jest syjonistą; że niby nie pamiętam, że przeniósł ambasadę do Jerozolimy; że nie wiem, że jego zięć ciśnie na rozbudowę kolonialnych osiedli – i tym podobne farmazony.

Tylko, że ja nigdy nic podobnego nie mówiłem. I wszystko to wiem. Fakty pozostają faktami. To Trump, a nie Biden i Kamala, przerwał, póki co, to ludobójstwo.

Dla Trumpa to w znacznym stopniu kwestia ego. Odmalowuje go to teraz jako męża stanu historycznego formatu, który się czymś naprawdę znaczącym odróżnia in plus od Bidena i Kamali; potrafi do kąta wysłać nawet Bibiego Netanjahu. Dzięki temu Trump może pokazać Netanjahu, gdzie jego miejsce i że nie może sobie wyobrażać, że ma jego wsparcie za friko. To nieprawda, że Trump czuje miętę do Netanjahu. Trump go nie znosi. Obaj mają zbyt wielkie ego, dla Trumpa to za dużo. Szkoda, że motywacje nie pochodzą z bardziej szlachetnych porządków, ale jeżeli przerwały ludobójstwo, to nie czas żałować róż.

Oczywiście, że Izrael będzie próbował wywijać jakieś numery. Bo to Izrael – a Izrael zawsze kłamie. Oczywiście, że Izrael kiedyś zerwie to zawieszenie broni. Bo Izrael to – mówiąc Finkelsteinem – ćpun wojny i nie wytrzyma zbyt długo bez kolejnego strzału swojego narkotyku. Ale w międzyczasie ludzie przestali umierać tak masowo i tak strasznie, opatrzą swoje rany, wyleczą rannych wokół, odnajdą zaginione dzieci i przytulą osierocone. Pozbierają się, zagoją i wyprostują. Ciężarówki z pomocą humanitarną już wjeżdżają do Gazy. Jeżeli to zawieszenie broni potrwa dłużej niż pięć dni – to już będzie więcej, niż Palestyńczycy w Gazie dostali od kogokolwiek od października 2023 r.

Oczywiście, że Trump nie ma dobrej wizji dla Bliskiego Wschodu. Trump wywodzi się ze świata biznesu, takimi też ludźmi się otacza – również w swojej nadchodzącej administracji, dotyczy to nawet tegoż Witkoffa, który jest przecież biznesmenem od nieruchomości – dlatego wyobraża sobie (Trump) jedynie biznesowe transakcyjne rozwiązania; myśli, że tak się rozwiązuje wszystkie problemy. Zaproponuje każdemu jakiś deal, tu jakieś aktywo, tam dywidendę, a gdzie indziej jakąś rekompensatę – i wszystko już będzie dobrze. Kogoś trochę wykiwa, bo to część zabawy biznesmena, wiadomo. Ale na koniec wszyscy się pogodzą z nowym rozdaniem i odjadą nowym samochodem. Takie podejście, oczywiście, nie może rozwiązać kwestii palestyńskiej, gdyż jest to kwestia przemocy kolonialnej i prawomocnego oporu przeciwko niej, a nie biznesowa. Ale próby forsowania przez niego takich złych rozwiązań przez kilka nadchodzących lat to i tak bez porównania mniejsze zło, niż zielone światło dla zagłady kolejnych setek tysięcy ludzi, które Netanjahu miał od Bidena i Kamali. W takim porównaniu to będzie zaledwie niedogodność.

Trump z całą pewnością zastosował wobec Netanjahu i kij, i marchewkę. Szczegóły są tajemnicą, tak jak są szczegóły zawieszenia broni w Libanie. Chciał go upokorzyć, żeby mu pokazać, że nawet Izrael, któremu tak sprzyja, nie może go brać „for granted”; że to Jerozolima (bo dla niego stolicą Izraela jest Jerozolima, nie Tel Awiw, jak dla reszty świata i prawa międzynarodowego) ma słuchać Waszyngtonu, a nie na odwrót. Trump czymś Netanjahu pogroził, a coś innego mu obiecał, żeby mu ułatwić przełknięcie faktycznej zgody na to, że wojnę w Gazie faktycznie przegrał (nie osiągnął żadnego ze strategicznych celów tej kampanii, oprócz jednego: zrzucenia na Palestyńczyków maksimum cierpienia). Czym pogroził? Pewnie wstrzymaniem jakiegokolwiek wsparcia (np. na zasadzie, że nie zrobi nic nawet jeśli Iran zacząłby bombardować Izrael). Co obiecał? Może w końcu tę Abrahamową umowę z Arabią Saudyjską, a pewnie i zielone światło dla aneksji Zachodniego Brzegu, na czym zięć Trumpa, Jared Kushner też dobrze zarobi, bo robi w real estate i chce tam dużo budować.

Oznacza to tyle, że Palestyńczyków i ich sojuszników czekają kolejne wyzwania i kolejne etapy walki w niedalekiej przyszłości. Ale Palestyńczycy w Gazie przestaną masowo umierać teraz, as we speak, wyleczą rannych, zaopiekują się dziećmi. I zyskają – my na świecie też – trochę czasu, żeby zebrać siły na później, skonsolidować je na potrzeby nowych mobilizacji. To będzie również czas, w którym Palestyńczycy nie będą już tak osamotnieni. Po stronie Izraela stoją już tylko coraz bardziej skompromitowane mocarstwa zachodnie. Miażdżąca część świata – w tym nawet wiele zachodnich społeczeństw, inaczej niż ich klasy panujące – jest już po stronie Palestyńczyków i poszukuje sposobów aktywnej pomocy ich sprawie. Od procesów wytaczanych Izraelowi przed Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości przez RPA, po propozycje Malezji, by wykluczyć Izrael z ONZ – trochę się tego będzie działo w najbliższych latach.

Natomiast sam scenariusz aneksji Zachodniego Brzegu nie jest wcale najgorszym z możliwych. Już to kiedyś pisałem, cytując jednego z najlepszych komentatorów rzeczywistości bliskowschodniej, dziennikarza Jonathana Cooka: aneksja Zachodniego Brzegu przyspieszy upadek izraelskiego apartheidu. Może być wstępem do wielkiego przełomu.

Jarosław Pietrzak

Moja powieść pt. Nirvaan.

Rzuć też okiem na Soho Stories.

Pietrzak z Mościckim w podkaście INNY ŚWIAT czyli cykl Musimy porozmawiać o…

Jestem na Facebooku i Twitterze (pardon, X).