Pomniki na bruk

Nadzwyczajna fala protestów przeciwko rasistowskiej policyjnej przemocy, ale i przeciwko systemowemu rasizmowi w ogóle, rozlewa się ze Stanów Zjednoczonych do innych krajów. Koszmarna śmierć George’a Floyda, na oczach świadków uduszonego na ulicy kolanem przez policjanta, wstrząsnęła Ameryką, by wkrótce wyprowadzić ludzi na ulice także w wielu innych krajach.

W śmierci Floyda – jednego z tysięcy mężczyzn mordowanych rokrocznie przez amerykańską policję za kolor skóry – manifestuje się specyfika bardzo amerykańskich form strukturalnej przemocy. W końcu nigdzie indziej na świecie, nawet w najludniejszych krajach afrykańskich, tylu czarnych mężczyzn i kobiet nie pada ofiarą systemu „sprawiedliwości”. Zabijani bezkarnie przez „stróżów prawa” za przechodzenie przez ulicę w złym miejscu, osadzani w więzieniach lub podporządkowywani innym formom ograniczenia wolności, nierzadko za „przestępstwa”, za jakie ich biali rówieśnicy nie trafiają nawet na przesłuchanie. Badacze problemu – od Loïca Wacquanta po Michelle Alexander – utrzymują, że amerykański system „sprawiedliwości”, z jego niespotykanym nigdzie indziej współczynnikiem inkarceracji (grubo ponad 700 osób na 100 tys. mieszkańców), z niesłychaną wprost nadreprezentacją „kolorowych” wśród skazanych, z jego prowadzonymi dla zysku prywatnymi więzieniami, które potrafią pozywać władze stanów, jeśli te nie dostarczają im dość skazanych, jest po prostu przedłużeniem niewolnictwa i reżimu rasowej segregacji znanego pod kryptonimem Jim Crow, oficjalnie zniesionego w 1965 roku.

Amerykańska specyfika amerykańską specyfiką, jest to jednak wciąż manifestacja fenomenu globalnego, w którym ludzie w różnych częściach postkolonialnego świata dostrzegają odbicie własnej opresji, własnych doświadczeń, a przede wszystkim rasizmu jako globalnej struktury władzy i dominacji, ustanowionej przez zachodnie mocarstwa w epoce kolonialnej ekspansji. Ciemnoskóry chłopak w Rio de Janeiro nie dostanie może kulą w plecy za noszenie kaptura na głowie (klimat sprawia, że odzieży z kapturem raczej nie nosi), ale od dzieciństwa żyje ze świadomością, jak łatwo może się przypadkowo „znaleźć na linii ognia” policji przy okazji jej kolejnej ekspedycji do faweli. To ta struktura sprawia, że każdy czarny chłopak na przedmieściach Marsylii musi się bać policji bardziej niż jego biały rówieśnik; że każda muzułmańska dziewczyna na wschodzie Londynu, starając się o pracę, doskonale wie, że ma na nią odpowiednio mniejsze szanse; że żaden aborygeński chłopak w Alice Springs nie wierzy tak naprawdę, że ma szanse dożyć emerytury. To ta struktura sprawia, że to Afrykańczycy giną w wodach Morza Śródziemnego, próbując uciec z Libii do Europy, a nie na odwrót.

Pomniki na bruk

7 czerwca w brytyjskim Bristolu grupa uczestników protestu Black Lives Matter obaliła pomnik Edwarda Colstona. Bristol to miasto, którego bogactwo wyrosło na transatlantyckim handlu niewolnikami. Colston ten handel finansował i zbił na nim fortunę. Protestujący zatopili obalony pomnik w rzece. Na swoim profilu na Facebooku historyk Marcus Rediker, który zajmował się zarówno handlem niewolnikami, jak i konkretnie rolą w nim Bristolu, zauważył symboliczny, rewindykacyjny wymiar tego ostatniego gestu. Colston znalazł się wreszcie na dnie zbiornika wody, podobnie jak 19 tysięcy ludzi, którzy zmarli, zostali zamordowani lub wyrzuceni żywcem za burtę w trakcie transportu z Afryki do Ameryk na pokładach okrętów Royal African Company, w okresie, gdy Colston mnożył za jej pośrednictwem swój majątek. Burmistrz Bristolu powiedział wręcz o „poezji historii”.

Jonathan Richardson, Portret Edwarda Colstona (1636-1721)

W ciągu kilku dni kolejne statuy budowniczych, architektów i beneficjentów sprzężonych procesów kolonizacji i niewolnictwa pospadały z piedestałów w różnych częściach świata. W amerykańskim stanie Virginia na dno jeziora trafił Krzysztof Kolumb. W Bostonie jego figurze ktoś utrącił głowę. Kolejny Kolumb poleciał z cokołu w St. Paul w Minnesocie. Czerwoną farbą i ogniem pokryły się w Belgii figury Leopolda II, ludobójcy Konga, który cały ten ogromny afrykański kraj zamienił w jedną wielką niewolniczą plantację, swoją osobistą własność; władze miejskie Antwerpii postanowiły wreszcie zdjąć jego (właśnie zdewastowany) pomnik z cokołu. W londyńskim Tower Hamlets usunięto pomnik innego handlarza niewolników, Roberta Milligana. Burmistrz brytyjskiej stolicy Sadiq Khan zapowiedział audyt wszystkich pomników w publicznej przestrzeni Londynu pod kątem ich związków z niewolnictwem. Miasto Hamilton w Nowej Zelandii rozmontowało pomnik kolonizatora Johna Hamiltona, od którego nazwiska wzięło swoją nazwę. Protestujący domagają się demontażu kolejnych pomników – od Kolumba po amerykańskich obrońców Konfederacji.

Opanowani obrońcy rozsądku i dobrego smaku

Takie wyrównywanie rachunków z historią wywołuje dwie szczególnie powszechne i przewidywalne obiekcje ze strony opanowanych obrońców rozsądku i dobrego smaku. Obydwie te obiekcje są tak powtarzalne, że przyzwoity człowiek marzy o dniu, w którym nie będzie trzeba już na nie odpowiadać, ale póki co wymagają one odparcia także w języku polskim. Wymagają go dlatego, że tak szybko w Polsce trafiają na podatny grunt. Polskie „klasy opiniotwórcze”, podobnie jak plankton sieciowego komentariatu, mają tendencję do kompulsywnej obrony „zachodniej cywilizacji” przed krytyką, relatywizowania wszystkich zarzutów stawianych jej przez jej ofiary, wynajdowania tysiąca uzasadnień i drugich stron medalu, we wciąż niespełnionej nadziei, że w nagrodę za takie prymusostwo zostaniemy w końcu awansowani na pełnoprawnych członków Zachodu i białej rasy panów.

Te obiekcje często chodzą zresztą w parze, w tym samych wywodach. Idą mniej więcej tak: 1). Takie gesty to próby przepisywania i wymazywania historii, a przecież musimy pamiętać również o tych jej kartach, z których nie jesteśmy dzisiaj dumni, do których mamy zastrzeżenia. 2). Podobne gesty są przejawem anachronicznej projekcji naszych współczesnych wartości na czasy, w których ludzie nie myśleli jeszcze w ten sposób, nie zdawali sobie sprawy z tego, co my dzisiaj wiemy i rozumiemy (z tego, jakim złem było niewolnictwo).

Pierwsza z tych obiekcji podaje się przewrotnie za troskę o naszą zdolność rozliczania się z historią, także tą kłopotliwą. Jednak górujące nad przestrzenią publiczną, wspólną pomniki nie są neutralnymi, nienacechowanymi wartościami, pasywnymi świadectwami przeszłości. Pomniki mają znacznie większe znaczenie, inaczej nie byłoby ich aż tyle. Pomniki stoją po to, żeby wynosić pewne elementy z tej przeszłości do statusu punktów odniesienia. Nierzadko fizycznie górują nad nami, żeby przypominać wartości, do których dążymy, które mają nam przyświecać, ideały, do których aspirujemy w różnych polach naszego społecznego istnienia. Pomniki stawiane są po to, by konfigurować teraźniejszość i projektować przyszłość.

Każdego, kto ma problem z przyswojeniem tej różnicy, warto zapytać, co by powiedział, gdyby w europejskich miastach wciąż stały pomniki Hitlera. „No ale to przecież, mimo wszystko, nie to samo!” Czyżby? Dla mieszkańców Konga Leopold II to mniej więcej to samo. Jego reżim w Kongu nawet wymordował i zaharował na śmierć bardzo podobną liczbę ludzi (prawdopodobnie 10 milionów), co hitlerowski przemysł zagłady (11 milionów); za ten milion różnicy na swoją korzyść kilka milionów innych ludzkich ciał trwale okaleczył, najczęściej odcinając im dłonie lub/i stopy.

Kolonializm i niewolnictwo

A może to jednak rzeczywiście nie to samo?

Koszmar III Rzeszy trwał tylko dwanaście lat, podczas gdy koszmar nowożytnego atlantyckiego niewolnictwa – lat grubo ponad 400, od drugiej połowy XV wieku, kiedy po niewolnictwo jako wehikuł ekonomicznej ekspansji sięgnęło jako pierwsze Królestwo Portugalii, do zniesienia ostatniego wielkiego systemu niewolniczego na Zachodniej Półkuli (w Brazylii) w 1888 roku i końca Wolnego Państwa Kongo w 1908 (choć różne formy pracy niewolnej imperia kolonialne praktykowały daleko w wiek XX). Większość ludzi, którzy znaleźli się w pewnym momencie w mrocznym cieniu III Rzeszy, spędziła w nim tylko część swojego życia. Albo wyszła z niego później, albo doświadczyła czegoś innego wcześniej. Większość ofiar niewolnictwa nie doświadczyła w życiu niczego innego. Prawie dwadzieścia pokoleń. Większość z tych ludzi urodziła się i umarła w tym piekle. Dwadzieścia pokoleń żyć porwanych, przedwcześnie przerwanych, wyciśniętych z siły i krwi, odzieranych z więzi z bliskimi im ludźmi – sprzedawanymi gdzie indziej, pozbawianymi życia lub wysysanymi z niego w polu i w kopalniach. Dwadzieścia pokoleń żyć złożonych nierzadko niemal wyłącznie z cierpienia. Z koszmaru III Rzeszy większość mogła się kiedyś obudzić. Z koszmaru atlantyckiego niewolnictwa większość jego ofiar uwalniała się dopiero oddając ostatnie tchnienie.

Druga z owych przewidywalnych obiekcji sięga po wytrych kulturowego relatywizmu zastosowanego wobec historii. Ale robi to w złej wierze i zakłamując fakty. Argument, że dopiero z czasem ludzie zrozumieli, jak złe było niewolnictwo, zakłada, że nowożytne atlantyckie niewolnictwo było kontynuacją liczących tysiące lat praktyk zniewolenia, które były dla ówczesnych ludzi przezroczyste i ich skandal wymagał dopiero odkrycia. Te założenia to – oczywiście – kompletne bzdury. O czym można poczytać np. w dwóch wielkich dziełach historyka Robina Blackburna poświęconych budowie i obaleniu nowożytnych systemów niewolniczych.

Niewolnictwa dawne i nowożytne

Nowożytna kolonialna instytucja niewolnictwa używała chwytów i zaklęć prawnych zaczerpniętych z prawa rzymskiego, żeby przypisać sobie odwieczność i forsować dla siebie społeczną legitymizację (bo wczesna nowożytność darzyła wielkim szacunkiem wszystko, czemu przypisywała rzymską lub grecką genealogię), ale była to praktyka czysto ideologiczna.

Rzymskie niewolnictwo szczytowało w okresie między II w. p. n. e. i II w. n. e., potem wygasało i nie ma żadnej naturalnej ciągłości między nim a systemem rasowej opresji i śmiertelnego wyzysku zbudowanym przez Europejczyków w okresie kolonialnej ekspansji. W średniowieczu – tak w Europie, jak i w innych częściach świata – istniały różne formy zniewolenia, obejmowane dziś tym samym terminem niewolnictwa, ale żaden z nich nie był prostą kontynuacją niewolnictwa rzymskiego, a tym samym pomostem między nim a nowożytnym niewolnictwem atlantyckim. Żaden z nich nie był też systemem tak masowym i tak zorganizowanym.

Niemal wszystkie przednowoczesne rodzaje niewolnictwa miały w siebie wbudowane mechanizmy poprawiania położenia kolejnych pokoleń ludzi niewolnych. Żaden nie zakładał, że losem niewolnika jest jedynie i wyłącznie najbardziej wyniszczająca ciało praca fizyczna.

Nawet w Rzymie, najbardziej formalnie przypominającym niewolnictwo nowożytne, niewolnicy bywali nauczycielami czy zarządcami majątków, na nieporównywalną skalę. Nawet w Rzymie niewolnictwo było w pierwszym rzędzie instrumentem władzy politycznej, wtórnie kierowanym do celów ekonomicznych, żeby zrobić z niego jakiś użytek. Władcy i generałowie brali ludzi w niewolę, gdy wygrywali wojny z ich armiami. Kierowali ich potem tam, gdzie widzieli w tym dla siebie interes polityczny. Ekonomiczne użycie ich siły roboczej było dopiero konsekwencją politycznych darowizn z jeńców. To nie jest różnica wyłącznie kosmetyczna. Rzymskie niewolnictwo było, owszem, złe, ale ludzie nie umierali milionami w samym transporcie z miejsca porwania do miejsca ich planowanego wyzysku, ich śmierci nie były były z góry wkalkulowane w koszty i ryzyko (i ubezpieczone w Lloyds of London).

Lloyd’s of London, detal

Nowożytne niewolnictwo kierowało się natomiast wyłącznie rachunkiem zysków i strat, bilansowaniem popytu na wyzutą z praw siłę roboczą na plantacjach i w kopalniach Nowego Świata z jej podażą w postaci ludzi, których można najtaniej porwać lub kupić na drugim brzegu oceanu, z uwzględnieniem kosztów ich przewozu przez Ocean. Nowożytne niewolnictwo było czymś tak złym, że było bez porównania gorsze nawet niż niewolnictwo w starożytnym Rzymie. Było fenomenem stricte nowożytnym, nowoczesnym, kapitalistycznym. To na jego fundamencie kapitalizm postawił swój globalny gmach.

Pomniki i walka idei

Od początków ery nowożytnej (przełom XV i XVI wieku) niewolnictwo nie było nigdy fenomenem dla Europejczyków zupełnie przezroczystym, odwiecznym, quasi-naturalnym, którego zło trzeba było dopiero odkrywać żmudną intelektualną i etyczną pracą pokoleń gdzieś tak do XIX wieku. Było systemem aktywnie i cynicznie budowanym, który – podobnie jak cały projekt kolonialny – miał aktywnych, nawet jeśli przez wieki bezsilnych czy przegrywających, oponentów i krytyków, formułujących swoje krytyki z całego wachlarza pozycji, od religijnych (Bartolome de Las Casas) po takie, które można by nazwać „proto-anarchistycznymi” (niektórzy piraci). Przeciwnicy niewolnictwa mieli mniejszy dostęp do władzy i głosu, ale spór istniał i w XVI, i w XVII, i w XVIII wieku. Sprzężone kwestie niewolnictwa i ekspansji kolonialnej były areną nieustającej walki politycznej i etycznej przez cały ten czas. Wypełniały przestrzeń idei, co więcej, jak w znakomitej nowej książce Insurgent Empire dowodzi Priyamvada Gopal z uniwersytetu w Cambridge, do europejskiej świadomości docierały również krytyki formułowane przez same ofiary tych procesów w europejskich koloniach, do tego stopnia, że krytyki te odgrywały aktywną rolę w formułowaniu się także naszego, euroatlantyckiego, zachodniego rozumienia wolności.

Każdy, kto opowiadał się za niewolnictwem, dokonywał czynnego wyboru między aktywnie rywalizującymi ideami – i najczęściej kierował nim jego najbardziej wulgarny, bezpośredni interes, a nie niewiedza czy jakieś etyczne lub polityczne „dziewictwo”. Częścią tej aktywnej walki idei było stawianie pomników – sobie samym i innym kolonizatorom czy handlarzom i właścicielom niewolników. Wydawanie ułamka fortuny zbitej ta handlu ludzkim cierpieniem i życiem na cele charytatywne, żeby potem inni takie pomniki postawili także nam.

Stawianie pomników nie było więc sposobem neutralnego zapisywania historii – było sposobem na wymazywanie z historii oporu przeciwko kolonializmowi i niewolnictwu, zakłamywanie jej obrazu tak, by wytworzyć w przyszłych pokoleniach wrażenie otaczającego te tematy konsensusu (bo przeciwnikom kolonializmu i niewolnictwa do XIX wieku pomników w ogóle nie stawiano). Było sposobem na wymazywanie ze zbiorowej pamięci świadomości, że ludzie z elementarnym moralnym kompasem zawsze wiedzieli, co jest białe, a co czarne.

Dlatego zrzucenie w końcu tych pomników z cokołów jest dzisiaj tak ważne. Obalanie tych pomników to nie wymazywanie historii. To jej „odmazywanie”.

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się na łamach portalu Strajk.eu 16 czerwca 2020

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Chcesz e-booka z moim (długim) opowiadaniem?

Brzydkie słowo: Rasa

Popularne „definicje” rasizmu idą najczęściej mniej więcej tak: wrogość, niechęć, uprzedzenia lub nietolerancja wobec ludzi innej rasy. Niestety, takie „definicje” same w sobie są już rasistowskie. Rasizm nie zaczyna się bowiem od „nie-lubienia” ludzi „innej rasy”. Rasizm zaczyna się od zgody z tezą, że w ogóle istnieją ludzie „innej rasy”. Że ludzie dzielą się na „rasy”.

Nie, ludzie nie dzielą się na żadne „rasy”.

Rasy nie istnieją

Zawsze rozbraja mnie opór, z jakim spotykają się te nienowe przecież wiadomości. „Chcesz powiedzieć, że ludzie nie mają różnych kolorów skóry?” Oczywiście, że miewają, podobnie jak różne kolory oczu i włosów, różny wzrost, i rozmiary uszu czy nosa. Żadna z tych cech nie dowodzi istnienia „rasy” – po prostu ludzie się różnią różnymi cechami, nawet ludzie blisko z sobą spokrewnieni, i wybór poziomu pigmentacji skóry jako głównego wyznacznika podziału na „rasy”, jest równie arbitralny, co gdyby to czynić na podstawie koloru oczu lub struktury włosów. Arbitralny, choć nieprzypadkowy – istnieją ekonomiczne i polityczne powody, dla których wybór padł na kolor skóry; będzie o tym dalej.

Antropologiczna „teoria ras” i kategorie „ras” ludzkich opierają się na wyobrażeniu, że ludzkość dzieli się na w miarę odseparowane bloki, wielkie populacyjne segmenty – w taki sposób, że w ramach jednego segmentu ludzie mają z sobą więcej cech (genetycznie) wspólnych niż z przedstawicielami innych takich segmentów i że ludzi z jednego takiego bloku dzieli mniej więcej ten sam dystans od przedstawicieli innego z tych bloków. Że ciemna skóra wiąże się genetycznie z czarnymi oczami, szerokim nosem i kręconymi włosami, „żółta” skóra ze „skośnymi” oczami i prostymi włosami, i tak dalej. Polska Wikipedia po dziś dzień (dwie dekady w XXI wiek!) do tych prostych włosów „człowieka odmiany żółtej” dodaje niby opisowy przymiotnik „przetłuszczone”. Polska Wikipedia wstydzi się już samego słowa „rasa”, dla niepoznaki zasłaniając ten sam fikcyjny desygnat ściemą w postaci „odmiany”, ale nie wstydzi się opisywać kilku miliardów ludzi, że ich cechą charakterystyczną, a więc wyróżniającą ich na tle reszty, są „przetłuszczone włosy”.

Dziwna wytrwałość, z jaką ten przecież tylko pozornie „opisowy” przymiotnik wisi przez lata w „encyklopedycznej” „definicji”, ujawnia prawdziwą intencję podziałów na „rasy” (pardon, w Wikipedii: „odmiany”). Opis opisem, ale wartościujące szydło wychodzi z worka niemal zawsze, gdy tylko pozwolić grafomanowi dziergającemu taką „definicję” wyjść poza jedno zdanie.

Melanina

Badania genetyczne ludzkich populacji wykazały tymczasem, że Afrykańczycy są najbardziej zróżnicowani genetycznie ze wszystkich ludzkich populacji. Między Czarnymi pochodzącymi z różnych części Afryki jest więcej różnic genetycznych niż między przedstawicielami wszystkich pozostałych ludzkich populacji – razem wziętych. Afryka jest domem i Pigmejów, i dwumetrowych Masajów. Pomysł, że mają oni z sobą wyjątkowo wiele wspólnego, i tyle samo jednych i drugich różni od Europejczyków, tylko ze względu na wspólnotę podobnego koloru skóry, jest tyleż arbitralny, co czysto ideologiczny. Podobnie jak sama linia podziału na ten „biały”, „czarny” i „żółty” kolor skóry.

Barwy ludzkiej skóry to szerokie i zróżnicowane spektrum, a w kombinacji z innymi cechami morfologicznymi po prostu mozaika, w której pomiędzy „białym”, „żółtym” i „czarnym” jest wiele odcieni pośrednich i kombinacji, a wyznaczanie pomiędzy nimi linii podziału na „rasowe” bloki jest wyborem ideologicznym, a nie obiektywną, naukową taksonomią. Ludzie nigdy nie żyli w odseparowanych na wieki blokach, mieszaliśmy się nie tylko między sobą, ale nawet z neandertalczykami i denisowianami, którzy byli innymi (pod)gatunkami hominidów.

Tak jak przeciętny Portugalczyk ma nieco inny kolor skóry niż przeciętny Norweg czy Fin, w różnych częściach Afryki ludzie mają jeszcze bardziej zróżnicowany poziom pigmentacji skóry, w Afryce Wschodniej wcale nie mają szerokich nosów, i tak dalej.  W Azji, nawet w granicach poszczególnych azjatyckich państw, ludzie mają bardzo zróżnicowane kolory skóry. W Chinach i Japonii od bardzo, bardzo jasnego po – pozwólmy sobie na odrobinę poezji – „brzoskwiniowy”. Dlatego wszystkie artykulacje „teorii ras” zawsze w końcu wysiadają, gdy pytać je o bardziej precyzyjne konkrety. Dlatego teoretycy „rasy” ciągle musieli tę swoją teorię wymyślać na nowo, i dorabiać do niej wykręty, przypisy i uniki.

Co z Arabami, których większość ani nie jest specjalnie ciemniejszej od Europejczyków karnacji, ani nie ma „skośnych” oczu, tylko częściej (ale nie zawsze) mają czarne włosy (ale niekoniecznie proste)? Co z mieszkańcami Indii? Niby Azja, a więc powinna być „rasa żółta”, ale co z tym kształtem oczu, co z faktem, że na południu subkontynentu ludzie miewają kolor skóry ciemniejszy niż w wielu częściach Afryki? A jednocześnie mają proste włosy, szerokich nosów – raczej nie. A australijscy Aborygeni? Jak spójnie powiązać ich kolor skóry z Afrykańczykami, od których przez dziesiątki tysiącleci, jak nie więcej, byli tak doskonale odseparowani? I tak dalej. (Teoretycy „rasy” o najbardziej „aptekarskim” usposobieniu próbowali na to odpowiedzieć doliczaniem się nawet ponad sześćdziesięciu „ras”.)

Pamiętam tę lekcję na biologii w późnej podstawówce (chodziło się do niej wtedy jeszcze do piętnastego roku życia). Próbowałem niezdarnie kilka z tych pytań sformułować. Nauczycielka nie miała odpowiedzi, ściemniała, że niby są niuanse, jakieś niewyjaśnione jeszcze problemy, jak gdyby chodziło o temat, na który wciąż toczy się jakiś nierozstrzygnięty, zagorzały spór naukowy. Już wtedy jednak „teoria ras” była naukowo skompromitowana! Kilka lat później ta sama nauczycielka tę samą skompromitowaną teorię wkładała wciąż wytrwale do głów klasie mojego najmłodszego brata, a ja znowu słyszałem te same farmazony na geografii w liceum.

Do podziału na „rasy” – „białą”, „czarną” i „żółtą” – przyzwyczajeni jesteśmy dlatego, że jesteśmy do niego tresowani przez rasistowską kulturę. Od kilkuset lat – od dawna, ale wcale nie od zawsze.

Święty Augustyn był Czarny

Święty Augustyn był Afrykańczykiem. Hannibal był Afrykańczykiem. Północny pas kontynentu afrykańskiego, z którego pochodzili, już w starożytności był zróżnicowany pod względem ludzkich fenotypów (bo był kłębowiskiem różnych ludów), ale było jeszcze długo przed arabskim podbojem, co znaczy, że ciemne kolory skóry były z całą pewnością znacznie, znacznie bardziej powszechne niż w późniejszych stuleciach. A jednak – believe it or not – nikt nie jest dzisiaj w stanie odpowiedzieć z dowodami w ręku na pytanie, jakiego koloru skóry był Hannibal, jakiego był Augustyn.

Postacie nigdy przez historię nie zapomniane, nawet na chwilę; jeden – człowiek, który zapędził stracha Rzymowi; drugi – jeden z ojców doktryny wielkiej, uniwersalistycznej religii, która nigdy nie zeszła ze sceny dziejów. Wszelkie prawdopodobieństwo wskazuje, że obaj byli „Czarni”, albo co najmniej „brązowi”, a jednak nie ma na to ani jednego dowodu. Podobnie jak na to, że nie byli. Jak to możliwe, że żadne źródło historyczne z ich czasów nie zająkuje się nawet na ten temat?

Ano tak, że dla ówczesnych ludzi to w ogóle nie był temat. Kolor skóry nie odgrywał roli tożsamościowej, nie był parametrem w określaniu i rozumieniu czyjejkolwiek tożsamości, w odpowiedzi na pytanie „kim jesteś?”. Nikt tego nie zanotował, bo w tamtych czasach najdosłowniej nikt nie zwracał na ten parametr uwagi na tyle, by go zanotować, by go uznać za wart zanotowania.

W postrzeganiu tej cechy jako istotnego parametru tożsamościowego nie ma nic naturalnego. Kiedy więc zaczęto zwracać na to uwagę? Kto – i dlaczego?

500

No więc: proces zaczyna się około pięciuset lat temu. To nie jest wcale przypadek, że mniej więcej wtedy, kiedy w Europie rodzi się powoli, lecz zdecydowanie, nowy system społeczny, ekonomiczny i polityczny, od swych narodzin powiązany z kolonialną ekspansją: kapitalizm.

Frantz Fanon: „Nie ma rasizmu bez kapitalizmu, ani kapitalizmu bez rasizmu”. Rasizm jest pierwszą i główną ideologią kapitalizmu, nierozerwalnie z nim splecioną od jego narodzin jako systemu o globalnych ambicjach wyrażających się w ekspansji kolonialnej.

Ale tak samo jak kapitalizm rodził się drobnymi krokami (zalążki racjonalności kapitalistycznej w rodach kupieckich i bankierskich daleko w średniowieczu), zanim wyklarował właściwe sobie struktury dominacji, które pozostały z nami do dzisiaj, tak samo sprzężony z nimi rasizm musiał wykonać kilka eksperymentów, zanim wynalazł swój najważniejszy, najbardziej dominujący wariant.

Trochę wyżej było, że prawdziwe intencje autorów definicji ludzkich „ras” wychodzą, kiedy pozwolimy im rozpisać się na więcej niż jedno zdanie. Zaraz dostaniemy jakieś „przetłuszczone włosy”. Kiedy pozwolimy im na więcej niż dwa zdania, łatwo możemy się przekonać, że chodzi im o wiązanie między sobą więcej niż tylko fizycznych cech, o naturalizację cech i praktyk kulturowych. Że Żydzi są dobrzy w liczeniu (zwłaszcza pieniędzy). Że Czarni są muzykalni. Że Arabowie są fanatykami. Że Włosi są dobrzy w kuchni i w łóżku.

Otóż rasizm rodzi się w Europie (najpierw w Hiszpanii) pod koniec XV wieku, ale nie od razu na linii podziałów w kolorach skóry. Ten wynalazek rasizm też musi dopiero wymyślić, metodą prób i błędów, w odpowiedzi na społeczne wstrząsy, które przynosił podbój Starego i Nowego Świata przez zasadę akumulacji kapitału.

Najpierw wskazuje Żydów i muzułmanów/Maurów (tak naprawdę potomków Żydów i Maurów). Rasizm rodzi się, gdy w sferze wyobrażeń o ludzkich tożsamościach następuje zrośnięcie się cech biologicznych, dziedzicznych, fenotypowych z praktykami kulturowymi. A także z pomysłem, że te praktyki kulturowe są cechami tak samo dziedzicznymi, czyli nie ma różnicy między nimi a cechami przyrodzonymi. Kolor oczu, kształt nosa i praktyki religijne czy żywieniowe stają się nagle fenomenami z tego samego porządku, niezmywalnymi nawet w kolejnych pokoleniach. Jeżeli twój dziadek był Żydem lub Maurem, był obrzezany, praktykował tych kilka obrzędów i nie jadł wieprzowiny, to fakt, że twój ojciec i matka zostali ochrzczeni i nigdy nie przekazali ci niczego z religii twojego dziadka, niczego nie jest w stanie zmienić.

To stricte nowożytny/nowoczesny wynalazek, że możesz być – nawet religijnie – na zawsze tylko tym, czym byli twoi przodkowie, nawet jeśli nic o tym nie wiesz.

Rasizm rodzi się więc najpierw w królestwach iberyjskich, tych, które pierwsze dokonują dzieła podboju nowych rynków, który to podbój i wynikająca z niego grabież złota sfinansuje kolejne etapy rozwoju kapitalizmu. Natomiast słowo „rasa” rodzi się tam, gdzie nadwyżka tego złota zaczyna szybko trafiać i się koncentrować – w Italii. Po włosku jest to „razza”. Z włoskiego słowo trafia do języków innych rodzących się mocarstw kolonialnych – Francji, Anglii (tam ląduje ok. r. 1580).

Przednowoczesność, nowoczesność

W epokach przednowoczesnych – w starożytności, w średniowieczu – ludzie bywali prześladowani za to, kim są. Jakkolwiek okrutne by to nie było, mieli przynajmniej jedną drogę ucieczki: przez konwersję, a więc przyjęcie nowej tożsamości, gest odrzucenia starej. Mogli powiedzieć, że wypierają się chrześcijaństwa, islamu, judaizmu, albo na nie przechodzą (tak, nawet na judaizm, wbrew potocznym wyobrażeniom). Ten wybór oznaczał dla nich często przykrości, ale i dalsze życie i spokój od prześladowań.

Tym się właśnie od przednowoczesnych form ksenofobii różni rasizm, który rodzi się w królestwach iberyjskich pod koniec XV wieku, gdy hiszpańskie i portugalskie podboje otwierają epokę ekspansji kapitalistycznej. Nagle okazuje się, że rodziny od dwóch czy trzech pokoleń katolickie nie mogą z siebie zmyć śladów kultury swoich przodków, odtąd na zawsze wpisanych w ich ciała i lineaże. Padają ofiarą prześladowań, pogromów i wypędzeń.

Pigmentacja skóry staje się decydującym czynnikiem, na długo i dla wielu de facto synonimem „rasy”, później, na kolejnych etapach tego procesu, procesu, w toku którego kapitalizm poszukuje najlepszego wehikułu rozporządzania ludzkimi populacjami na skalę odpowiadającą jego ekspansywnym ambicjom – globalnie.

Kiedy jedynym sposobem spłacenia europejskich wojen okazuje się drenaż bogactw „nowych” lądów, a wyciskanie z tych zagrabionych lądów surplusu wymaga siły roboczej, która z własnej woli wcale nie chce w tym brać udziału i można ją pozyskać wyłącznie przemocą i przymusem, bez pytania o zdanie.

Elizabetth Catlett: In Harriet Tubman I Helped Hundreds to Freedom
Elizabeth Catlett, In Harriet Tubman I Helped Hundreds to Freedom

Robienie rasy

Blackburn w swojej monumentalnej historii kolonialnego niewolnictwa zauważa, że wybór koloru skóry jako tej najważniejszej cechy jest wypadkową znaczenia niewolnictwa jako fundamentu rodzącego się systemu kapitalistycznego. Skali niewolnictwa jako globalnego fenomenu ekonomicznego. Niewolnicza siła robocza staje się tak kluczowym składnikiem ekspansji kapitalizmu, tak szybko rozrasta się w fenomen wyżynający miliony ludzi, że ta masowość wymaga wyjątkowo łatwego, masowego parametru identyfikacji. Żeby jeden rzut oka na człowieka pozwolił ocenić, że to najprawdopodobniej niewolnik (chyba, że potrafi udowodnić coś innego). To wtedy zaczynamy być tresowani do zwracania tak wielkiej uwagi na kolor skóry i traktowania jej jako pierwszego filtra, przez który z ciał, które spotykamy, czytamy ich społeczną tożsamość i pozycję.

To proces, nie moment. W hiszpańskich koloniach w obu Amerykach próbuje się najpierw zniewolić miejscowych – oni się jednak nie dają (na własnym terenie – wiedzą, dokąd uciekać, gdzie się bić, a nawet wymyślają jakieś El Dorado, żeby Europejczycy sami pogubili się po górach i lasach w jego poszukiwaniu) lub umierają od przyniesionych przez Europejczyków, nieznanym ich systemom immunologicznym chorób. Prawdziwi chrześcijanie (bez ironii, jak Las Casas) próbują ich bronić przed europejskimi instancjami władzy. Jak w Hiszpańskim procesie, który wieki temu widziałem w cyklu „Teatr Telewizji na Świecie”, sugeruje Carrière – ich wysiłki prowadzą ostatecznie tylko do przekierowania europejskich poszukiwań taniej, pozbawionej wolności siły roboczej gdzie indziej. Tam, skąd Portugalczycy już zaczęli porywać ludzi.

W angielskich koloniach w Ameryce Północnej występują początkowo formy pracy niewolnej obejmujące osoby różnych kolorów skóry i pochodzenia. Również biali przybysze z Anglii i innych wysp są nierzadko de facto niewolni, choć na innych podstawach prawnych – zobowiązani spłacić dług lub odbyć zasądzoną karę. Jeszcze w XVII wieku angielski dyskurs kolonialny mówi o Irlandczykach jak o podrzędnej „rasie”, Cromwell sprzedaje pokonanych w walce Irlandczyków i ich dzieci do pracy na plantacjach trzciny cukrowej na Karaibach. Ludzie na najsłabszych ekonomicznie pozycjach w angielskich koloniach (niewolni, niewolnicy, robotnicy rolni bez własnej ziemi) łączą się w spontanicznych praktykach solidarności opartych na trafnie rozpoznanej wspólnocie interesu, bez względu na to, czy oni lub ich rodzice przybyli z Europy lub przywiezieni zostali z Afryki.

W pierwszej połowie XVII wieku obydwa rodzaje pozbawionych wolności robotników w koloniach północnoamerykańskich – ci o europejskich i ci o afrykańskich korzeniach – cieszą się jeszcze nieco większymi prawami niż czarni niewolnicy plantacyjni w następnych dwóch stuleciach. Sytuacja prawna jednych i drugich różni się formalnie, choć faktycznie znacznie mniej.

Niewolnicy afrykańskiego pochodzenia nie mają możliwości uzyskania kiedykolwiek wolności, są niewolnikami do śmierci i po śmierci, tzn. przekazują tę kondycję ewentualnym potomkom. Europejscy pracownicy niewolni mają do odpracowania konkretną ilość czasu (7 lat), po którym należało im się uposażenie – zwykle w postaci kawałka ziemi. Potomków, którym mogliby jakikolwiek status przekazać długo większość z nich nie ma, bo w koloniach brakuje kobiet. Ich wyzyskiwacze uciekają się do różnych prawnych sztuczek, żeby okres ich pracy przymusowej wydłużyć lub nie wydać im na koniec należnego im uposażenia. Jak długo jednak większość z nich, w skutek warunków życia w kolonii i stopy wyzysku na uprawach, nie dożywa nawet tego momentu, z punktu widzenia kolonialnych elit żyjących z eksploatacji ich pracy, różnice te nie pociągają za sobą większych konsekwencji praktycznych.

Dopiero, kiedy „nowy” ląd opanowany zostaje na tyle, że jakość życia nieco się poprawia i (niektórzy, europejscy) niewolni zaczynają dożywać kresu niewoli, pojawia się motywacja, by sprowadzać więcej niewolników permanentnych, w tym także bezpośrednio z Afryki, zamiast, jak dotąd, z drugiej ręki, z Karaibów. Jednocześnie pojawia się kategoria byłych niewolnych, dziś formalnie wolnych, ale biednych, często oszukanych, którzy na koniec wyroku nie doczekali się spodziewanego uposażenia czy to w formie ziemi czy pieniądza.  

Przełomowe wydarzenie to tzw. Rebelia Bacona w kolonii Virginia; wybucha w 1676, ciągnie się do następnego roku. To w jej następstwie wstrząśnięte kolonialne klasy panujące całej Ameryki Północnej przed-się-biorą naprawdę aktywnie wielki projekt polityczny, projekt wytworzenia nowego bytu tożsamościowego: „rasy białej”. Jego zadanie: zapobiec rebeliom w przyszłości, uniemożliwić solidarną wspólnotę interesów (siły pod przywództwem Nathaniela Bacona połączyły nędzarzy i wyzyskiwanych pochodzenia europejskiego i afrykańskiego, wolnych i niewolnych). Napuścić jednych na drugich. Wmówić części z nich, że za sprawą niskiego poziomu melaniny dzielą jakąś quasi-mityczną, wspólną, wyższą tożsamość ze swoimi wyzyskiwaczami, ważniejszą niż wspólnotę interesu z ludźmi innych kolorów, a w podobnym ekonomicznie położeniu. Rzucić wyzyskiwanym europejskiego pochodzenia kilka ochłapów (jak prawo do noszenia broni), ażeby rozkosz oferowana przez poczucie przewagi nad Czarnymi zasysała ich frustrację wynikającą z ucisku, którego sami też przecież doświadczają.

„Rasa” jako kategoria w naszym, ludzkim myśleniu o sobie nawzajem i o nas samych nie pojawia się więc, by opisać jakąś istniejącą – naturalną, biologiczną – rzeczywistość, ale po to, by ją stworzyć. By ją stworzyć jako rzeczywistość społeczną i jako narzędzie utrzymywania struktur władzy ekonomicznej. Jako narzędzie wyzysku, tworzenia mas ludzi politycznie bezsilnych, których siłę fizyczną wyciska się w procesach bezlitosnej eksploatacji ekonomicznej lub po prostu grabieży.

Dlatego mimo pozornie wiecznotrwałego podziału według „kolorów skóry”, „rasa” przez minionych pięćset lat jest kategorią niezmiennie i niewyczerpanie dynamiczną, nieustannie poszukującą sposobów dostosowania się zmieniających się stosunków władzy – w skali globalnej, imperialnej, w skali całego kapitalistycznego systemu-świata, jak i w skali poszczególnych społeczeństw w ramach tego systemu. Dlatego pod koniec XIX wieku w Stanach Zjednoczonych o Irlandczykach znów mówi się jako o odrębnej „rasie”, to samo o Włochach i Słowianach. Jakoby mamy różne „wrodzone”, „naturalne” predyspozycje, jeśli chodzi o to, do jakiej pracy się nadajemy. Dlatego w XX wieku do statusu „rasy” w tych dyskursach „awansują” muzułmanie i/lub Arabowie.

Tylko słowo, które nic prawdziwego nie znaczy, może być aż tak plastyczne.

O, a wiesz, że źródła całego nowoczesnego „naukowego zarządzania personelem” tkwią w prasie wydawanej przez amerykańskich plantatorów bawełny i tytoniu, właścicieli niewolników? Nie bez związku.

„Rasa nie istnieje, ale zabija”

„Rasa” nie istnieje w tym sensie, że nie opisuje żadnego realnego bytu biologicznego. W ludzkiej biologii nie ma niczego takiego. A jednak zabija, jak najbardziej realnie, bo polityczny projekt, który ją wytworzył jako społeczną relację władzy o globalnym zasięgu, jest śmiercionośny i to na masową skalę. Nie można o niej nie mówić, bo nie można nie mówić o czymś, co od pięciuset lat zabija, i to miliony ludzi. Nie można jednocześnie mówić tak, żeby dokładać swoje do utrwalania tego z gruntu fałszywego konstruktu, do podtrzymywania jego władzy nad ludzkim życiem – poprzez pomnażanie użytkowania wyjątkowo szkodliwego słowa, tak jakby nazywało jakiś byt prawdziwy.

Najlepiej byłoby ją wymazać z języka, ale w obliczu władzy, jaką wciąż nad nami sprawuje, byłoby to najzwyczajniej unikaniem konfrontacji z wyjątkowo niebezpieczną zmorą. Trzeba więc mówić – ale mając się na baczności. Mówić tak, by zawsze podważać jej – kategorii „rasy” – prawomocność. Nie przepuścić żadnej okazji, by zakwestionować jej podstawność, podważyć, ośmieszyć, zdystansować się od jej pretensji do nazywania bytów w jakikolwiek sposób realnych. Osobiście opowiadam się za sposobem, który sam w niniejszym tekście praktykuję. Zawsze w cudzysłowie – jak cytat z języka innych ludzi, języka, któremu nie wierzę – nigdy nie przepuszczając podkreślenia jej całkowicie sztucznego charakteru.    

Proponowana literatura:

  • Theodore W. Allen, The Invention of the White Race.
  • Étienne Balibar, Immanuel Wallerstein, Râce, nation, classe: identités ambigües.
  • Robin Blackburn, The Making of New World Slavery: From the Baroque to the Modern, 1492-1800.
  • Robin Blackburn, The Overthrow of Colonial Slavery: 1776-1848.
  • Karen E. Fields, Barbara J. Fields, Racecraft: The Soul of Inequality in American Life.
  • David R. Roediger, Class, Race, and Marxism.
  • J. Craig Venter, A Life Decoded: My Genome, My Life.   

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Chcesz e-booka z moim (długim) opowiadaniem?

Wirusy i chińskie smoki

Prasa na całym świecie donosi o brutalnych aktach rasizmu wymierzonych w osoby chińskiego (lub innego azjatyckiego) pochodzenia w histerycznej reakcji na epidemię nowego koronawirusa. W erupcjach irracjonalnej nienawiści manifestuje się nie tylko ta konkretna psychoza – stanowią one także kolejny epizod znacznie dłuższej sekwencji, w której Chiny i ich zniekształcany wizerunek obsługują różne ideologiczne „potrzeby” zachodnich mocarstw i euroatlantyckich populacji skołowanych stanem swoich własnych systemów politycznych.

Kolejne wątki i epizody tej niekończącej się opowieści wciąż wyciągają zużyte rekwizyty starych porządków kolonialnego rasizmu i zimnowojennego antykomunizmu (w którym Pekin przejął rolę Moskwy). Orientalny despotyzm, komunistyczne okrucieństwo, jedzenie nietoperzy.

Czytaj dalej

Znaczenie Ekwadoru

14 października prezydent Ekwadoru Lenin Moreno został zmuszony anulować pakiet antyspołecznych reform, znany jako dekret nr. 883. Od równikowej republiki, w zamian za 4,2 mld dolarów kredytu, oczekiwał ich Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Pakiet miał obejmować środki rozciągające się od liberalizacji prawa pracy po likwidację dopłat do paliwa, których skutkiem byłby ponad dwukrotny wzrost cen benzyny.

To ostatnie uderzyłoby ostatecznie w ceny wszystkiego innego, ale było szczególnie dotkliwe dla mieszkańców wsi i mniejszych miast. Jak większość Ameryki Południowej, Ekwador posiada jedynie szczątkowy transport kolejowy i ma niewielką gęstość zaludnienia (nie tak wiele mniejszy od Polski, ma jedynie 17 mln mieszkańców). Ekwadorczycy na prowincji są więc uzależnieni od samochodów, żeby dotrzeć do pracy czy na targ w mieście, w którym sprzedają swoje produkty rolne. Anulowanie reform wymusiły trwające 11 dni protesty, opisywane jako największe na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat. Pomimo równie bezprecedensowej reakcji aparatu represji (z wprowadzeniem stanu wyjątkowego włącznie), protestujący nie odpuszczali i sparaliżowali słynącą ze swojej barokowej architektury stolicę kraju Quito do tego stopnia, że rząd uciekł przed protestującymi do oddalonego o ponad 400 km Guayaquil, największego miasta w kraju. Głównym aktorem protestów była federacja amerindiańskich organizacji Ekwadoru, CONAIE.

Pierwsza lekcja, jaką my – lewica – musimy wyciągnąć z ekwadorskich protestów, jest taka, że być może nie mamy innego wyjścia: stawić czoła coraz brutalniejszej przemocy ze strony sił kapitału i sprzymierzonego z nimi państwa możemy czasem już tylko pod warunkiem gotowości do tego, by nań odpowiedzieć naszą kolektywną przemocą. Państwo na własną przemoc w obronie neoliberalnego reżimu akumulacji kapitału gotowe jest nie tylko na egzotycznych rubieżach kapitalistycznego systemu-świata, ale – jak ulice Barcelony pokazują znowu, a Paryża i innych miast Francji niezmiennie co tydzień – także w starej dobrej Europie. Albo będziemy gotowi, kiedy trzeba, wyrywać kostkę brukową i wybijać szyby, albo możemy się już teraz pochować po kątach, podczas gdy kapitał odbiera nam resztki z tego, co jeszcze mamy.

Czego jeszcze uczy nas dzisiaj Ekwador?

Ecuador znaczy Równik

Te same amerindiańskie organizacje zmusiły swoimi protestami do rezygnacji trzech prezydentów (w 1997, 2000 i 2005). Tempo tej rotacji zatrzymało się dopiero, gdy wybory prezydenckie w 2006 roku wygrał Rafael Correa, były minister finansów, który już w tamtej roli zaznaczył się sprzeciwem wobec forsowanej przez USA umowy o wolnym handlu.

Jak wiemy dzięki WikiLeaks, ambasador Stanów Zjednoczonych w Quito Linda Jewell brała udział w podminowywaniu Correi już w czasie kampanii przed tamtymi historycznymi wyborami. Kiedy Correa wybory wygrał i w styczniu 2007 objął urząd prezydenta, stał się dla Waszyngtonu wrogiem numer 3 na kontynencie (po Hugo Chavezie w Wenezueli i Evo Moralesie w Boliwii). Ambasador Jewell, jeszcze zanim Correa wprowadził się do pałacu prezydenckiego, słała do Departamentu Stanu depesze, że w najbliższym czasie nie będzie szans na harmonijną współpracę handlową. Później spotykała się z przedstawicielami ekwadorskiego biznesu, by z nimi spiskować celem wykolejenia administracji Correi, a do Waszyngtonu pisywała o „trwającym okresie politycznego konfliktu i niestabilności”. Tymczasem Correa pozostał u steru państwa na trzy kadencje, przewodząc względnie najbardziej stabilnemu okresowi w najnowszej historii politycznej Ekwadoru. „Polityczna niestabilność” to w slangu amerykańskich dyplomatów po prostu „rząd, którego nie lubimy”.

Nic się nie poprawiło, kiedy do Białego Domu w styczniu 2009, na miejsce George’a Busha Młodszego, wprowadził się najpiękniejszy z amerykańskich prezydentów. Nie minęły dwa miesiące, a Correa wydalił z kraju amerykańskiego dyplomatę – pod zarzutami, że w rzeczywistości jest agentem CIA. Mark Sullivan miał nawet skonfiskować komputery, na których znajdowały się ważne dla bezpieczeństwa Ekwadoru informacje. W tym samym roku Correa wyprosił Amerykanów z bazy wojskowej Manta. W 2011 Correa wydalił także ambasador przysłaną do Quito już przez administrację Obamy, Heather Hodges. A w 2012 w Londynie pewien mężczyzna, który bał się o swoje życie, zadzwonił do drzwi ambasady równikowej republiki, by poprosić o azyl polityczny. Julian Assange, człowiek, który pokazał światu brudne sekrety Imperium Dolara. Correa miał odwagę i wystarczająco mocny kręgosłup moralny, by mu ten azyl przyznać. Nie miał innego wyjścia, jak trzymać Assange’a w eksterytorialnej ambasadzie, gdyż poza jej progiem Australijczykowi groziło natychmiastowe aresztowanie przez Brytyjczyków.

Bilans rządów Correi

Ten poziom napięć między Quito a Waszyngtonem był możliwy, pomimo iż Correa był przywódcą mniej „radykalnym” niż Chávez czy Morales. Wystarczyło, że zadeklarował swój akces do chavezowskiego projektu „socjalizmu XXI wieku”, podkreślał suwerenność swojego kraju i jego prawo do decydowania o własnym losie, własnym terytorium i własnej gospodarce. Odmawiał podpisywania na ślepo każdego traktatu o „wolnym” handlu podsuwanego przez Waszyngton, zamiast tego wybierając zbliżenie w wymianie z krajami własnego kontynentu, zwłaszcza z rządami „różowej fali”.

Correa ani nie przeprowadzał wywłaszczeń (jedynie groził nimi zagranicznym korporacjom naftowym i wydobywczym, jeśli nie będą się stosowały do wytycznych rządu), ani nie wypędzał oligarchów, ani nie wyrzucał z kraju amerykańskich korporacji, ani nie odmawiał im prawa do prowadzenia interesów (jedynie faworyzował inwestycje z Chin), ani nie podważył stosunków własności. Próbował jedynie opanować proces koncentracji bogactwa w rękach nielicznych, np. podnosząc na najwyższych pułapach majątkowych podatki od spadku i sprzedaży nieruchomości. Inwestował w elementarne nadganianie wieloletnich zaniedbań infrastrukturalnych, kierował środki na subsydia i edukację, podnosił płace i zasiłki. Nie zdołał nawet naruszyć peryferyjnego modelu gospodarki opartego głównie na eksploatacji surowców kraju na potrzeby rynków światowych, z czego największe zyski nader często czerpał nadal kapitał ponadnarodowy.

To ostatnie zresztą stanowiło przyczynę, dla której Indianie z CONAIE stawiali się i jemu, choć za sprawą innych aspektów jego polityki nie aż tak, żeby go – jak jego poprzedników – obalić. Udostępnianie surowców do eksploatacji stawało raz po raz w konflikcie z prawami i roszczeniami ekwadorskich Indian. Administracja Correi wielokrotnie nad ich prawami stawiała zyski z eksploatacji surowców, zwłaszcza ropy naftowej. Dlatego zresztą dzisiaj przedstawiciele CONAIE wpadają w furię, gdy słyszą, że ich protesty finansowane są przez rzekomy spisek zwolenników Correi z rządem Nicolasa Maduro w Wenezueli.

Warto tu jednak zauważyć, że kiedy Indianie z CONAIE współprowadzili największe protesty przeciwko Correi (w 2015), to dali się wmanipulować w demonstracje de facto wykreowane przez oligarchów przerażonych podnoszonymi podatkami od spadków i niektórych dochodów kapitałowych. Correi natomiast trzeba przyznać, że choć wielu rzeczy zmienić mu się nie udało, to przecież przejął on państwo pozbawione suwerennej kontroli nad swoją walutą (gospodarkę zdolaryzowały poprzednie, neoliberalne rządy). A mimo to potrafił zagwarantować nie tylko wzrost gospodarczy – na średnim poziomie powyżej 4% rocznie – ale także taką jego dystrybucję, żeby ów wzrost trafiał do dołów społecznych. W ostatnich latach jego prezydentury Ekwador miał najwyższą płacę minimalną w całym regionie Andów. Jeśli chodzi o pułapkę uzależnienia od dochodów z surowców takich jak ropa naftowa, to – jak to ujął jeden z jego ministrów chcąc się poruszać w ramach formalnych liberalnej demokracji i odziedziczywszy peryferyjną strukturę gospodarki, Correa miał do wyboru rozwój przez eksploatację surowców lub (na podobieństwo niektórych krajów azjatyckich) przez intensywną eksploatację taniej siły roboczej, a tego ostatniego właśnie chciał uniknąć. A prawa Indian i przyrody zapisał w nowej konstytucji Ekwadoru.

Lekcje Ekwadoru

Co Ekwador znaczy dla nas dziś?

Może na przykład to, że wszystko się (dziś) ze wszystkim łączy. Nie ma spraw bez znaczenia, na pewno nie dlatego, że są daleko. Linie frontu przekraczają granice państw, morza, oceany. Czasem biegną gdzieś podskórnie, długo się nie ujawniają, by w różnych częściach świata wybijać się nagle na powierzchnię i eksplodować spiętrzeniem napięć. Sprawy łączą się czasem w zaskakujący sposób, ale w spójne wzory. Quito, Curitiba, Santiago, Paryż, Barcelona, Warszawa – wspólna sprawa.

Weźmy tego Assange’a, jak pryzmat, w którym tyle linii się zbiegło; jak symbol, który pojawia się uparcie w tylu kontekstach. Sprzysięgło się przeciwko niemu całe anglosaskie imperium – Stany Zjednoczone i Wielka Brytania przez lata kontynuowały oblężenie, by schwytać jednego małego człowieka, aparaty kilku innych państw wciągając do udziału w tym przedsięwzięciu. Australia im po prostu pozwoliła, jakby zapomniała, że Assange jest jej obywatelem. Na moralnej wysokości zadania stanęła za to mała, egzotyczna, równikowa republika „różowej fali”. Quito stało bohatersko na swojej pryncypialnej pozycji – tak długo, jak długo wyprostowane stały inne „różowe” latynoskie republiki; tak długo, jak ochronny parasol nad nimi rozpościerał potężny sąsiad, regionalny Olbrzym, Brazylia. Kiedy sterowany z USA parlamentarny zamach stanu usunął tam centrolewicową presidentę, a potem wsadził do więzienia Lulę, najpopularniejszego polityka w kraju, wszystko się posypało, nie tylko w Brazylii. Assange poparciem darzył antyneoliberalną rewoltę Katalończyków. Hiszpańska korporacja szpiegowała go więc dla Amerykanów w ambasadzie Ekwadoru w Londynie, kiedy Correę na stanowisku prezydenta zastąpił Lenín Moreno. Kiedy zdrajca Moreno zaczął ścigać swojego byłego szefa, Correę (który w międzyczasie wyniósł się do Belgii), sfingowanymi zarzutami (na początek o korupcję, potem o porwanie!), to postępował śladem wytyczonym już w Brazylii, metodą sprawdzoną na Luli. Zdrajca Moreno natychmiast usadowił się na klarownej pozycji: sprzedał Assange’a, ponownie zaprosił US Army na terytorium Ekwadoru, poparł też „przywódcę demokratycznej opozycji” Juana Guaidó w Wenezueli…

Może znaczyć na przykład to, że dług będzie nam zawsze przedstawiany jak suchy, obiektywny fakt ekonomiczny, techniczna oczywistość, z którą się nie dyskutuje. Że będzie nam także przedstawiany jako fakt z porządku moralności, zobowiązanie etyczne – trzeba go spłacać, za karę za życie wcześniej ponad stan. A jednak zawsze jest on kategorią przede wszystkim polityczną, definiowaną i narzucaną przez porządek władzy i przez aktualny układ sił. Prezydent Moreno powołał się na „kryzys zadłużenia”, który jakoby odziedziczył po administracji Correi, by uzasadnić, że nie ma wyjścia, jak prosić o ten kredyt z MFW. Żeby go dostać, sprzedał Anglosasom Assange’a i złamał ekwadorską konstytucję, nie czyniąc kredytu przedmiotem debaty i głosowania w parlamencie. Główne światowe media powtarzają mantrę o „kryzysie zadłużenia”, jakby był on po prostu faktem, jest on jednak faktem tylko dlatego, że tak powiedzieli ci, którzy mają władzę nad tym, co przedstawione nam zostanie jako fakty. W rzeczywistości zadłużenie przejęte przez Moreno po Correi wynosiło tylko w okolicach 40% PKB, połowa średniej w Unii Europejskiej. Ekwadorskie finanse publiczne, jeśli spoglądać z punktu widzenia zadłużenia, miały się tak, że Londyn, Paryż, Waszyngton czy Rzym jeszcze długo będą mogły o takim stanie tylko marzyć. Administracja Moreno natomiast, odkąd zaczęła „walczyć z zadłużeniem” metodą na zaciskanie pasa, zdążyła je już podwoić (w niecałe dwa i pół roku; Correa był u władzy przez ponad dekadę).

Może znaczyć na przykład to, że nawet umiarkowane działanie z poszanowaniem procedur liberalnej demokracji nie chroni dzisiaj przed gniewem globalnego kapitału i głównego wykonawcy jego woli, Imperium Dolara. Nawet reformizm nie uchroni przed oskarżeniami o „czerwony radykalizm”, nie uchroni przed odwetem, najwyżej odsuniętym trochę w czasie. Wszystko jedno, czy w Białym Domu zasiadał będzie jeden z Bushów, Obama czy Trump. Kapitał jest dzisiaj w stanie takiego szału, że nawet rozsądny reformizm potraktuje jak rzuconą rękawicę i jeśli będzie zmuszony przez jakiś czas go tolerować, to tylko po to, by w międzyczasie skonsolidować siły i zemścić się z nawiązką. Może wykonać prawicowy zamach stanu (nawet przy użyciu lokalnego parlamentu, jak w Brazylii), ale może też przechwycić naszych własnych do niedawna towarzyszy.

Lenín Moreno był wiceprezydentem w administracji Correi, do wyborów startował z jego namaszczeniem i miał kontynuować dziedzictwo jego „obywatelskiej rewolucji”. Natychmiast po przejęciu władzy przeszedł na stronę Waszyngtonu i Międzynarodowego Funduszu Walutowego, w polityce wewnętrznej i międzynarodowej. Jak dokładnie to się stało – czy Moreno od początku był koniem trojańskim, czy został przez Amerykanów przekupiony, a może zastraszony? – na szczegółową wiedzę na ten temat musimy chyba jeszcze poczekać.

Może znaczyć również to, że to właśnie radykałowie są dziś jedynymi realistami, a „rozsądni” czy „umiarkowani” reformiści najbardziej niepoważnymi romantykami. Że umiarkowany, rozsądny reformizm, metoda drobnych zmian na lepsze z poszanowaniem większości burżuazyjnych reguł, daje może w krótkiej perspektywie legitymizację w oczach „wspólnoty międzynarodowej” – ale legitymizacja ta nader często okazuje się krótkotrwała, bo oskarżenia o „autorytaryzm” i tak uderzą przy pierwszej podwyżce podatków dla najbogatszych. Ale przede wszystkim: metoda drobnych zmian z poszanowaniem burżuazyjnych reguł w dłuższej perspektywie wystawia wszystko, co w ciągu kilku czy kilkunastu lat uda się w ten sposób wynegocjować, na pastwę bezlitosnej zemsty Imperium Dolara. Widzimy to w Ekwadorze tak samo, jak w Brazylii czy Argentynie. Może więc jedyną realistyczną dziś szansą na zmianę, która przetrwa dłużej niż dekadę, jest postępowanie najbardziej radykalne: uderzyć w samo sedno (stosunki własności, stosunki produkcji), wywrócić wszystko na raz do góry nogami?

 

Tekst ukazał się 27 października 2019 na portalu Strajk.eu (pt. Znaczenie Ekwadoru, albo dlaczego radykałowie są dziś jedynymi realistami).

Ilustracja: przykrojona od góry i dołu flaga Ekwadoru na podstawie Wikipedii.

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Wybory, znaczenie i jego brak

Obserwując polską kampanię wyborczą i rozwijający się wokół niej ekosystem komentarzy, napotykamy sformułowania nawet tak mocne, że „będą to najważniejsze od dawna wybory polityczne w Polsce”. A co, jeśli najsmutniejszym aspektem nadchodzących wyborów, a zarazem tym, z którego najbardziej – jeśli jesteśmy realistami – musimy sobie zdać sprawę, jest coś wręcz przeciwnego: że w pewnym sensie te wybory nie mają większego znaczenia?

Na najbardziej podstawowym poziomie logiki elektoralnej – zwycięstwo PiS jest już w zasadzie przesądzone. Było zresztą od dawna. Trudno sobie wyobrazić, żeby na przestrzeni kilku tygodni, które nam zostały [tekst ukazał się pierwotnie 18 września 2019], „liberalna” (o polskim liberalizmie nie da się pisać bez cudzysłowów) opozycja otrząsnęła się ze swojego intelektualnego zatwardzenia i zrozumiała nagle, co się dzieje. Trudno sobie wyobrazić, że systematycznie marginalizowana przez „wolne”, „liberalne” media Lewica (jak niedoskonała by ona nie była), nagle dostanie skrzydeł i dyskursywne pole manewru, żeby okazać się czymś więcej niż niewielką trzecią siłą w parlamencie.

Czytaj dalej

Reductio ad Putinum

Na naszych oczach, na całym świecie, w różnym, ale wszędzie niepokojącym tempie, liberalna demokracja degeneruje się do różnych form i stopni autorytaryzmu. Od Orbana na Węgrzech po Bolsonaro w Brazylii, od Erdogana w Turcji po Duterte na Filipinach, od Modiego w Indiach po Trumpa w Białym Domu i Macrona w Pałacu Elizejskim (tak, to nie jest pomyłka, złotego chłopca neoliberalnego „skrajnego centrum” należy umieszczać w tym samym szeregu). Jednak żaden ze współczesnych autokratów, nowych ani starych, miękkich ani twardych, nie jest demonizowany na skalę porównywalną z prezydentem Rosji Władimirem Putinem.

Sprowadzanie każdej krytyki tego czy innego rządu albo polityka do porównań z Putinem, do komunałów, że „Putin tylko na to czeka”, albo że to po prostu „robota Putina” – stało się intelektualnym wytrychem komentatorów różnych szkół, dziennikarzy mediów o różnych ideologicznych profilach i polityków rozmaitych opcji. Reductio ad Putinum pełni funkcje ostatecznego argumentu i gwoździa do trumny adwersarza, wywołuje wrażenie krańcowej politycznej grozy.

Czytaj dalej

Brzydkie słowo: Mulat

O tym brzydkim słowie przypomniała mi rozmowa na Facebooku. Do spisania w końcu sprowokowanych przez nią przemyśleń zmobilizowała mnie w końcu czterechsetna rocznica narodzin niewolnictwa w angielskich koloniach w Ameryce Północnej, które potem stały się Stanami Zjednoczonymi. W sierpniu 1619 do wybrzeży Virginii przybił pierwszy statek z niewolnikami z Afryki.

Z dala od Polski, rzadko tam bywając, czasem zapominam, jak opłakany jest stan współczesnego języka polskiego, w jego wersji powszechnie używanej – wszędzie tam, gdzie zadaniem jest opis dynamicznej rzeczywistości politycznej, społecznej, kulturowej. Rzuciłem bowiem w stronę moich fejsbókowych znajomych pytaniem, kiedy się dowiedzieli, że Puszkin był Czarny. Prawdę mówiąc byłem ciekaw, czy moja ignorancja (dowiedziałem się od pewnego rosyjskiego przyjaciela, najdalej trzy lata temu) była w tej materii wyjątkowa. To samo miałem z Alexandre’em Dumasem – choć jako nastolatek przeczytałem wszystko spod jego pióra, co znalazłem w moich bibliotekach w Dąbrowie Górniczej, tego, że był Czarny, dowiedziałem się dopiero z ust Christopha Waltza w Django Unchained Quentina Tarantino. No więc, wracając do Puszkina, dowiedziałem się, że nie tylko ja. O Puszkinie wiedziało właściwie tylko kilka osób albo bardzo oczytanych, bądź też od dawna lub kiedyś zafascynowanych jego twórczością. Wiele osób dowiedziało się o tym z mojego statusu.

Rozmowa miała kilka wątków, ale przemyślenia do spisania tutaj dotyczą głównie jednego. Usłyszałem (no, przeczytałem) kilka razy, że Puszkin nie był Czarny, bo miał tylko pradziadka z Etiopii (lub Erytrei). On i Dumas byli mulatami (czasem w formie pytania a nie twierdzenia). To, że w Polsce takie słowo przechodzi do dzisiaj przez usta/klawiaturę ludziom i wykształconym, i całkiem rozgarniętym politycznie (nawet o lewicowych poglądach), jakby było neutralnym, nieobciążonym terminem, wzięło mnie z zaskoczenia. Na emigracji od początku 2008 roku, od dawna spotykam się z nim tylko w książkach, i to albo starych, albo historycznych.

AleksanderPuszkin

Aleksander Puszkin

Czytaj dalej

Incydent w Cieśninie Ormuz i Biały Dom Wariatów

Po okresie rosnących napięć między Waszyngtonem a Teheranem, niedługo po tym, jak Waszyngton ogłosił, że to Iran odpowiada za niewyjaśniony jak dotąd „atak” na japońskie tankowce 13 czerwca w Zatoce Omańskiej (w którym nie miał żadnego interesu, wręcz przeciwnie, tym bardziej w czasie wizyty premiera Abe w Teheranie), 20 czerwca we wczesnych godzinach rannych irańskie siły zbrojne zestrzeliły bezzałogowego amerykańskiego drona wywiadowczego, jedną z najnowszych, prototypowych zabawek Pentagonu. Wbrew temu, co oznajmiła administracja prezydenta Donalda Trumpa, dron nie znajdował się nad wodami międzynarodowymi – nie mógł, nie ma takich w cieśninie Ormuz, jest za wąska. Kończą się wody Iranu, zaczynają Omanu – nie ma nic pomiędzy. Kilkanaście godzin później, w nocy, Trump odwołał uderzenie odwetowe dosłownie na kilka minut przed jego planowanym czasem.

Jest kilka standardowych liberalnych reakcji na to wydarzenie, które niestety często podzielane są przez komentariat lewicowy.

Czytaj dalej

Kolejny rok niespokojnego słońca

Planeta nie może już dłużej dźwigać systemu ekonomicznego, którego bezlitosnej eksploatacji poddali ją (jak i większość z nas) nasi władcy. Kolejne miesiące minionego roku przynosiły z sobą kolejne rekordy temperatur kiedykolwiek o danej porze roku zarejestrowanej, a na rozgrzanej planecie słońce podpaliło lasy od Kalifornii po Grecję. Dowiedzieliśmy się już ponad wszelką wątpliwość, że na przestrzeni zaledwie kilku ostatnich dekad wymordowaliśmy większą część dzikiego życia na Ziemi, i że proces ten postępuje coraz szybciej. Nasza planeta nie daje już rady i mówi nam to na każdym kroku. Nasi władcy – królowie, książęta i kapłani schyłkowego kapitalizmu – dzielą się tymczasem niemal wszyscy na tych, którzy udają, że tego nie wiedzą i nie widzą, oraz tych, którzy udają, że coś robią, tańcząc dla picu walce lunatyków na kolejnych „poświęconych klimatowi” kongresach.

Tak samo zresztą nie wytrzymuje sam ów system ekonomiczny, nie wytrzymują jej formalne ramy polityczne i geopolityczne. System osiągnął granice swojej ekspansji, granice tego, gdzie i ile kosztów może eksternalizować: fizycznie skończył mu się świat. Nie znalazł drogi wyjścia z krachu roku 2008, wówczas przysypanego tylko tymczasowo górą wydrukowanych nagle pieniędzy; ratuje się grabieżą i przykręcaniem śruby tym, których coraz brutalniej wyzyskuje. Rok zamknął największy spadek na Wall Street od 2008 roku, a na pewno nie jest to świętego Rynku ostatnie słowo.

Czytaj dalej

Jair Bolsonaro i upadek Partii Pracowników

Jair Messias Bolsonaro, jeszcze dwa lata temu element politycznego folkloru, marginalny skrajnie prawicowy pajac pyskujący na wszystkie strony zniewagami, został 28 października, w drugiej turze, z ponad 55% głosów, wybrany prezydentem piątego najludniejszego państwa świata, największego państwa Ameryki Łacińskiej, drugiego najludniejszego państwa Zachodniej Półkuli. Od miesięcy mówiono, że będą to najważniejsze wybory w Brazylii od czasu przywrócenia tam liberalnej demokracji w 1985 roku. Biorąc pod uwagę choćby klimatyczne konsekwencje wyboru Bolsonaro dla całej planety, były na pewno najważniejszymi w tym roku wyborami na świecie. Prezydent-elekt jest nie tylko faszystą, ale jakby tego nie było dość, nie wierzy w globalne ocieplenie i finansowany przez wielką własność ziemską i przemysły ekstraktywne, obiecał im wolną rękę w ich wymarzonej grabieży Amazonii, co niewątpliwie przyspieszy i pogłębi katastrofę klimatyczną. Jego zwycięstwo oznacza też najprawdopodobniej rychły upadek lub kapitulację pozostałych na polu walki lewicowych projektów politycznych w Ameryce Południowej. Bolsonaro reprezentuje tę militarystyczną (był wojskowym) brazylijską tradycję polityczną, która głosiła, że „co jest dobre dla Stanów Zjednoczonych, jest dobre dla Brazylii” i dumnie uczestniczyła w Operacji Kondor mającej na celu brutalne wyniszczenie lewicy w całej Ameryce Łacińskiej.

Niektórzy moi brazylijscy znajomi zareagowali na wynik wyboru publikując na Facebooku statusy w rodzaju „witajcie w roku 1964” (roku wojskowego zamachu stanu). Prawdopodobnie niebawem skończy się w Brazylii demokracja i fakt, że Bolsonaro wygrał w demokratycznych wyborach nic tu nie zmienia.

Brasilia KN czb

Kongres Narodowy w Brasilii

Czytaj dalej