Adrien Brody w filmie Brutalista (reż. Brady Corbet)

„Brutalista”, syjoniści i Palestyńczycy (notatki o Oscarach 2025)

Tekst stanowi rozwinięcie kilku tez postawionych przeze mnie w rozmowie z Pawłem Mościckim w poświęconym tegorocznej edycji nagród Amerykańskiej Akademii Filmowej odcinku podkastu INNY ŚWIAT (premiera 10 marca 2025) 

Rok temu, niespodziewanie, centralne miejsce Oskarowego rozdania zajęło izraelskie ludobójstwo Palestyńczyków w Gazie. Stało się tak, gdyż zwycięzca nagrody dla najlepszego filmu, reżyser wybitnego i niezbyt dla Oscarów typowego filmu Strefa interesów, Jonathan Glazer, powiedział, że myśli też o Gazie. „Stoimy tutaj jako ludzie, którzy nie zgadzają się, by ich żydowska tożsamość i Holokaust zostały przechwycone przez okupację, która doprowadziła do konfliktu dla tak wielu niewinnych ludzi. Zarówno ofiary 7 października w Izraelu, jak i ofiary obecnego ataku na Gazę, wszystkie ofiary tej dehumanizacji – jak możemy postawić temu opór?”.

Strefa interesów tak naprawdę jest o Gazie (pisałem o tym obszernie tutaj). Ale skoro alegoria Gazy rzuca się tam w oczy tak wyraźnie, to dlaczego deklaracja Glazera stanowiła rok temu taki wstrząs? Bo mimo iż się rzuca w oczy, nikt się jej po twórcy akurat tego filmu nie spodziewał.

Nie tylko dlatego, że od światowej premiery filmu na festiwalu w Cannes w maju 2023, czyli na pięć miesięcy przed rozpętaniem przez Netanjahu w Gazie ludobójstwa Palestyńczyków, Glazer publicznie unikał tematu. Najbliżej zdobył się podejść tuż przed Oscarami, w wywiadzie po przyznawanych nieco wcześniej nagrodach Brytyjskiej Akademii Filmowej i Telewizyjnej BAFTA. Można całkiem bezpiecznie zakładać, że wobec milczenia Glazera na temat Gazy przez pięć miesięcy od października 2023 r. nominacje do Oscara zebrane przez Strefę interesów (nominacje ogłasza się w styczniu, przed „Baftami”) były efektem zakulisowej kampanii promującej kolejny wielki Holocaust movie. Glazer jest londyńskim Żydem, przez trzy miesiące milczał o Gazie – z całą pewnością szeroko zakładano więc, że jest syjonistą, czyli sympatykiem Izraela. Możemy tak zakładać, bo gdy z Oscarem w dłoniach wspomniał jednak o palestyńskich ofiarach Izraela w Gazie, zewsząd spadły na niego gromy, między innymi z ust twórców innych Holocaust movies (jak László Nemes, węgierski reżyser również nagrodzonego Oscarem Syna Szawła).

Także dlatego, że Holocaust movies, jako gatunek, historycznie po prostu są propagandą – mającą za zadanie osłaniać zbrodnie Izraela przed zachodnią opinią publiczną.

Holocaust movies i propaganda

Żadna inna zbrodnia przeciwko ludzkości nie doczekała się podobnie długiej i niestrudzenie rok w rok wydłużanej listy poświęconych jej filmów – i produkcja tego rodzaju nie zwalnia tempa.

Mechanizmy, które rządzą propagandą filmową w warunkach pozornie „wolnego rynku” i systemu formalnych demokracji liberalnych są zawikłane i wymagają znacznie bardziej uważnego rozplątywania niż w czasach i państwach, w których rząd wprost zamawia filmy, zadaje tematy, przedstawia wytyczne i sprawdza rezultaty. Norman Finkelstein przekonuje jednak w swojej książce The Holocaust Industry (w Polsce: Przedsiębiorstwo Holokaust), że produkcja kulturalna – najpierw  głównie wydawnicza, a po jakimś czasie także hollywoodzka – o historycznym żydowskim cierpieniu, a w szczególności o hitlerowskim ludobójstwie europejskich Żydów (tutaj tłumaczę, dla czego wolę ukute przez historyka Arno Mayera słowo „Judeocyd”), powstaje w takich ilościach w ścisłym i organicznym związku z propagandowymi potrzebami Izraela oraz strategicznego sojuszu Stanów Zjednoczonych z Izraelem. Kolejne fazy, fale i stopnie eskalacji epatowania żydowskim cierpieniem przez amerykańskie – a także inne zachodnie przemysły kultury – następują w powiązaniu z falami militarnej, kolonialnej, okupacyjnej przemocy Państwa Izrael wobec znajdujących się pod jego kontrolą Palestyńczyków i innych arabskich społeczeństw w jego otoczeniu. (O mały włos nie napisałem „wokół jego granic”, ale Izrael nigdy nie ogłosił swoich granic, niespecjalnie ukrywając, że zamierza je poszerzać).

W 1967 r. błyskawiczne zwycięstwo Izraela w wojnie sześciodniowej niespodziewanie rozkochało Waszyngton w Izraelu. Stany Zjednoczone odkryły wtedy w Izraelu możliwość stworzenia sobie stałej platformy, kulturowo bliższej i bardziej zrozumiałej niż np. Arabia Saudyjska, do projektowania swoich interesów i siły w roponośnym regionie.

1982: Izrael dokonuje inwazji na Liban i rozpoczyna trwającą – jak się później okaże – prawie dwie dekady niezwykle brutalną okupację południa tego kraju. Również w 1982 powstaje Wybór Zofii Alana Pakuli z Meryl Streep w roli tytułowej, prestiżowy hollywoodzki Holocaust movie w gwiazdorskiej obsadzie (wcześniej, w 1978, powstał miniserial pt. Holokaust, produkcja sieci NBC). Początek nowego etapu. Produkcja filmów i seriali dokumentalnych o żydowskim cierpieniu przyjmuje nowe prędkości.

Ambitni europejscy filmowcy przecierali skomercjalizowanemu gatunkowi Holocaust movie szlaki, nawet jeśli mieli najlepsze intencje. A nie wszyscy mieli. Serial Shoah Claudea Lanzmanna, rok 1985. Filozof Jean Baudrillard postawił tezę, że przez swoje przegadanie (jego łączny metraż to prawie 9,5 godziny, i nie znalazło się tam miejsce dla archiwaliów, składa się wyłącznie z rozmów) i brak „dowodów” w płaszczyźnie obrazu, w sumie to raczej podstępnie wymazywał prawdę o zbrodniach III Rzeszy. Izraelski historyk Shlomo Sand, pracujący od dawna w Paryżu, jest bardziej surowy w swojej ocenie. Pisze, że jego współcześni francuscy studenci, zapytani o liczbę ofiar hitlerowskich eksterminacji, znają dziś tylko liczbę ofiar żydowskich. Resztę, jego zdaniem, wymazał ze zbiorowej pamięci właśnie serial Shoah Lanzmanna i o to w powstaniu tego filmu od początku chodziło, dlatego sfinansował go potajemnie rząd Izraela.

Gdyby ktoś chciał bronić Lanzmanna przed tak poważnymi zarzutami, to ma problem pod postacią jego późniejszego filmu pt. Tsahal. ‘Cahal’ to hebrajska nazwa IDF, izraelskiej armii. Lanzmann zrobił go w 1994 r., kiedy Izrael już od ponad dekady brutalnie okupował południe Libanu – i nie ma w nim żadnych odniesień do tych wydarzeń, Lanzmann na poważnie pokazuje Cahal jako „najbardziej moralną armię świata”.

W 1993 r. Steven Spielberg robi z Holocaust Movie kolejny regularny gatunek hollywoodzki. Lista Schindlera odnosi sukces komercyjny i zgarnia serię Oscarów, które „konsekrują” ją artystycznie i przełamują opory innych filmowców i publiczności przed komercyjnym kinem o obozach zagłady.

Moment nie jest przypadkowy. To wtedy Izraelowi udaje się do końca zdusić Pierwszą Intifadę, palestyńskie powstanie, które wybuchło w 1987 r. i nie dało się opanować przez kilka lat. Po okresie nazwanym przez izraelskiego politologa Neve’a Gordona (Israel’s Occupation) „okupacją oświeconą” (dwie dekady od 1967 r.), kiedy to Izrael starał się zachowywać w swoim stosunku do Palestyńczyków pozory okupanta „cywilizowanego”, wraz z pacyfikacją Pierwszej Intifady rozpoczął się okres nagiej siły i bezwstydnej, spektakularnej przemocy, a także redukcji Palestyńczyków do roli populacji, na której testuje się technologie terroryzowania, nadzorowania i systematycznego zabijania niepokornych czy niechcianych społeczności pozbawionych praw – zanim technologie te zostaną skomercjalizowane na rynku światowym (tu można polecić książkę Antony’ego Loewensteina The Palestine Laboratory i film dokumentalny Al Dżaziry na jej podstawie). Taka intensyfikacja przemocy okupacyjnej potrzebowała wzmożonej propagandy. Moralny szantaż mnożonymi obrazami hitlerowskiego ludobójstwa Żydów miał robić tę robotę.

Edycja 2025: obóz antysyjonistyczny

Głosowania Akademii toczą się stopniami – w niektórych kategoriach, zanim ogłoszone zostaną nominacje (zwykle po pięć), anonsowana jest najpierw „szortlista”, peleton zwykle piętnastu tytułów, które przeszły wstępne sito. W tym roku pierwszy raz w historii na owych szortlistach znalazły się aż trzy filmy palestyńskie.

O nominację za film zagraniczny – teraz się to nazywa „międzynarodowy” – ubiegał się film Strefa zero (tytuł międzynarodowy From Ground Zero), zgłoszony przez Ministerstwo Kultury Autonomii Palestyńskiej. Film jest mozaiką 22 miniatur filmowych zrealizowanych każda przez innego reżysera lub reżyserkę, w różnych gatunkach i estetykach (dokumentu, fabuły, animacji, eksperymentu). Powstały w bombardowanej przez Izrael Gazie. Nad projektem jako całością czuwał reżyser Rashid Masharawi mieszkający w Ramalli na Zachodnim Brzegu. W maju 2023 filmu nie przyjęto na festiwal w Cannes, chodzą słuchy, i sam Masharawi tak mówi, że z obawy przed konsekwencjami politycznymi.

Drugi palestyński film znalazł się na szortliście filmów krótkometrażowych i jest koprodukcją polską. Reżyser Pomarańczy z Jaffy Mohammed Almughanni studiował w Łodzi i mieszka w Warszawie, a pochodzi z Gazy. Ostatecznie ani Strefa zero, ani Pomarańcza z Jaffy nie otrzymały nominacji – ten pierwszy, dzięki takiemu rozgłosowi, trafił jednak na ekrany stu niezależnych kin w USA. To dużo dla filmu mówionego po arabsku bez oparcia w żadnym wielkim studiu. A Mohammed Almughanni (rocznik 1994) jeszcze zdobędzie swoje laury.

Nominację otrzymał jednak trzeci palestyński film na szortlistach, najważniejszy film dokumentalny minionego roku: Nie chcemy innej ziemi (No Other Land). Prawdę mówiąc, „Żadnej innej ziemi” byłoby chyba lepszym tłumaczeniem, bo wyrażałoby zarówno to, że bohaterowie nie chcą innej ziemi, jak i to, że żadnej innej po prostu nie mają (fraza, która akurat pada w filmie). O filmie pisałem na VivaPalestyna.pl. Krytyczny wobec izraelskiej okupacji film nie może sobie znaleźć oficjalnego dystrybutora w USA – ale po ogłoszeniu nominacji i tak trafił na ekrany stu kin w USA, jeszcze zanim Oscara otrzymał.

Ten film również został wyreżyserowany kolektywnie, przez dwóch Palestyńczyków, Basela Adrę i Hamdana Ballala, oraz dwoje Izraelczyków, Yuvala Abrahama i Rachel Szor. Dla całej czwórki jest to filmowy debiut. Rzecz opowiada o mieszkańcach kompleksu wiosek Masafer Jatta na Zachodnim Brzegu, których izraelskie siły okupacyjne od dziesięcioleci próbują wypędzić z ich ziemi, rozjeżdżają im domy i szkołę buldożerami, pozwalają na ataki nielegalnych osadników, którzy do nich strzelają. Film kończy się w październiku 2023 r. i umieszcza tym samym 7 października we właściwym kontekście. Nic się wtedy nie zaczęło i nigdy prawdziwym powodem niczego nie był Hamas.

Basel Adra i Yuval Abraham w Nie chcemy innej ziemi

Oczywiście, należy zadawać pytania, czy film ten dostałby Oscara, gdyby Palestyńczycy zrobili go sami; czy udział izraelskich twórców nie ułatwił niektórym członkom Akademii głosowania na niego. To zasadne wątpliwości. Zasadne jest również zwracanie uwagi na dość desperackie próby neutralizowania znaczenia tego genialnego filmu – np. poprzez mówienie o nim przez media głównego nurtu jako o filmie izraelsko-palestyńskim. Abraham i Szor są obywatelami Izraela, ale film powstał w koprodukcji palestyńsko-norweskiej, bez żadnego izraelskiego wsparcia. Gorzej. Kiedy film otrzymał już Oscara, izraelskie Ministerstwo Kultury potępiło ten honor i wstąpiło na ścieżkę zwalczania jego seansów w kinach w Izraelu.

Na szortlistach był jeszcze jeden film krytyczny wobec Izraela i jego politycznego przywództwa: zrealizowane przez południowoafrykańską reżyserkę Alexis Bloom The Bibi Files, w kategorii filmu dokumentalnego. Tytułowy Bibi to oczywiście Netanjahu. Film miał znakomite recenzje w największych mediach anglosfery, od „Guardiana” po „Financial Times”. Również nie został nominowany.

Na etapie nominacji wyglądało więc, że syjoniści w Hollywood wygrali prawie wszystko, nie udało im się tylko wyeliminować Nie chcemy innej ziemi, który ostatecznie zdobył Oscara. Chociaż nie wszyscy goście na widowni wstali, widać było już zupełnie inną atmosferę niż gdy rok temu na festiwalu w Berlinie Adra i Abraham przyjmowali pierwsze laury dla tego filmu (elity polityczne Berlina wpadły w panikę i twierdziły, że biją brawo wyłącznie twórcy izraelskiemu). Samuel L. Jackson wydawał się pękać z radości i dumy, że to jemu przypadło wręczenie Oscara temu filmowi.

Edycja 2025: obóz syjonistyczny

W 2025 r. syjoniści w Hollywood nie tylko wyeliminowali dwa z trzech filmów palestyńskich w oficjalnej rywalizacji – i trzy z czterech filmów antysyjonistycznych.

W kategorii filmu zagranicznego, pardon, „międzynarodowego”, nominację otrzymał zgłoszony jako niemiecki film Nasienie świętej figi Irańczyka Mohammada Rassoulofa. Nie widziałem go jeszcze, bo w Amsterdamie będzie w kinach dopiero za parę tygodni, wierzę, że jest bardzo dobrym filmem, bo mówią tak ludzie, o których opinii mam jak najlepsze zdanie. Ale nawet bardzo dobre filmy bywają wciągane w kampanię straszenia Iranem i na pewno w tym celu „zachodnie filmy o tym jak źle jest w Iranie” są przez Zachód finansowane.

Zachodniego straszenia Iranem nie można dzisiaj odrywać od izraelskich zbrodni w Gazie i działań zbrojnych w Libanie, na Zachodnim Brzegu i w Syrii, gdyż właściwie już od 7 października 2023 r. premier Izraela Binjamnin Netanjahu próbował wykorzystać wybuch palestyńskiego powstania w Gazie, by rozpętać wielką wojnę całego Zachodu z Iranem. Iran wspiera zarówno Hezbollah w Libanie, jak i Hamas w Gazie i Netanjahu próbował sprzedać Zachodowi bajkę, że Teheran wprost „stał za 7 października” (w rzeczywistości Teheran był tak samo zaskoczony, jak reszta świata).

Syjoniści próbowali też z Prawdziwym bólem Jessego Eisenberga, bo to o rozpamiętywaniu żydowskiego cierpienia, ale dostał tylko dwie nominacje, za scenariusz i drugoplanową rolę Kierana Kulkina, który akurat dostał Oscara.

Brutalista i syjonizm

Za to wytoczyli prawdziwą armatę w postaci Brutalisty Brady’ego Corbeta, który zgarnął 10 nominacji, w tegorocznym rozdaniu drugie miejsce po Emilii Pérez. Świetnie sfilmowany, naprawdę imponujący wizualnie, bardzo długi, jakby chciał nas najdosłowniej ogłuszyć. Monumentalny spektakl epatowania kolejną historią żydowskiego cierpienia, bo jeszcze mało ich widzieliśmy.

Niektórzy zabawiają się próbami ustalenia, jaki prawdziwy architekt mógł być pierwowzorem Lászlo Tótha (Adrien Brody). Sedno sprawy tkwi jednak w tym, że to mogła być wyłącznie postać fikcyjna, bo wszystkiego tu jest za dużo. Za dużo geniuszu, za dużo cierpienia naraz, żeby mógł się za tym kryć jakiś prawdziwy człowiek. Bohater ma za sobą obóz koncentracyjny w Buchenwaldzie – jak tłumaczy Isa Segalovich na Instagramie, żaden męski absolwent Bauhausu nie trafił do hitlerowskich obozów koncentracyjnych (trafiały za to kobiety). Jest alkoholikiem i narkomanem – uzależnił się od opium, którym leczył chroniczny ból, a ten go dręczy od czasu wypadku z przeszłości. Przechodzi serię upokorzeń znanych wielu imigrantom – ale nieznanym raczej architektom po Bauhausie, rozchwytywanym i szybko znajdującym dobre posady, jak nie w biurach projektowych, to na prestiżowych uczelniach. Doświadcza antysemityzmu także w Ameryce, i to nawet całkiem blisko, bo ze strony żony przyjaciela (or so he says). Po długiej wywołanej wojną rozłące powracająca żona Lászlo, Erzsébet, okazuje się kaleką na wózku. On stał się w międzyczasie impotentem, a w końcu zostanie nawet zgwałcony przez swojego cynicznego „patrona”, czyli zleceniodawcę swojego najważniejszego projektu. Jego kaleka żona zostanie przy użyciu siły przeczołgana po podłodze przez rodzinę tegoż patrona. Jej siostrzenica chyba też zostaje zgwałcona, a co najmniej molestowana (przez syna patrona), ale wątek ten zostaje jakby porzucony, może dlatego, że już się tego zrobiło za dużo, albo został dodany dość mechanicznie, na zasadzie odhaczenia jeszcze jednego ciosu wymierzonego w tę żydowską rodzinę. I tak dalej.

Twórcy zarzucili wędki na rozmaite szlachetne impulsy naszych czasów: krytykę roli „big money” w kulturze, podejście do przemocy seksualnej, religijnej bigoterii, itd. No i oczywiście postępową tendencję dążącą do rehabilitacji architektury brutalistycznej, która wraz z upadkiem „bloku wschodniego” trafiła do estetycznego czyśćca. Warto tu odnotować, że pomysł zbudowania chrześcijańskiego ośrodka kulturalnego na bazie rozmiarów cel w obozie koncentracyjnym (dzieło życia bohatera) w gronie architektów brutalizmu przyjęty by został co najmniej ze zdziwieniem.

Film jest tak monumentalny, że aż ma piętnastominutową przerwę w połowie, żebyśmy mogli wyjść do kibla nie naruszając jednocześnie powagi tej bombastycznej mszy ku czci żydowskiego cierpienia i żydowskiego geniuszu. Ażeby nie było złej prasy, że ludzie z filmy wychodzą po połowie, wszystkie otwarte odwołania do Izraela zostawiono dopiero na drugą część.

Zsófia, siostrzenica Erzsébet, wrzuca temat emigracji do Izraela. Początkowo pomysł niespecjalnie się przyjmuje po drugiej stronie stołu, ale jedyny argument, jaki pada przeciwko, to: „życie tam jest trudne”. Ukraść komuś cały kraj łatwo nigdy pewnie nie jest.

Film kończy za to kuriozalna w gruncie rzeczy sekwencja na Biennale w Wenecji, gdzie stary już i schorowany Tóth odbiera wielką nagrodę za całokształt osiągnięć i słyszymy w zasadzie mniej lub bardziej jawną pochwałę Izraela. Na uroczystości widzimy rozmnożenie twarzy Zsófii w kolejnym pokoleniu obecnym na widowni. W czasach biedowania w Ameryce wyglądało na to, że cała ta gałąź rodziny skazana jest chyba na wyschnięcie. Dziewczyna jest co najmniej „trudna” w interakcjach z innymi ludźmi, w tym mężczyznami; Tóth jest impotentem; Erzsébet jest inwalidką; reszta rodziny zginęła w Europie. Jednak decyzja Zsófii o wyjeździe do Izraela odrodziła ród i go rozmnożyła. Żydzi teraz górą, i mamy mieć nieodparte wrażenie, że to ma mieć jakiś związek z „powrotem” do Izraela. Goebbels by pogratulował takiej puenty, gdyby była o aryjczykach.

Odnosimy niejasne wrażenie, że w ogromnym skoku czasowym, jaki ma miejsce przed weneckim epilogiem, Tóth z żoną jednak wyemigrowali do Izraela, albo dużo tam pracowali (jak wielu absolwentów Bauhausu w Tel Awiwie). Zsófia w swoim odczycie podkreśla, że liczy się cel (czyżby Izrael?), a nie droga do niego (czyżby izraelski kolonializm, czystki etniczne, apartheid, ludobójstwo?). Cel uświęca środki.

Ludobójstwo jest, owszem, złe, ale kiedy Żydzi są ofiarami. Kiedy są sprawcami, to przecież nie to samo.

Bauhaus?

No właśnie, Bauhaus. Tóth jakoby wyszedł z Bauhausu, najważniejszej artystycznej uczelni przedwojennego europejskiego modernizmu. Nie bez znaczenia dla roli, jaką odegrał Bauhaus, było to, że było to skupisko lewaków. Te ich genialne pomysły rodziły się z lewicowego charakteru miejsca. To dlatego naziści ich rozpędzili (oskarżając uczelnię o bycie rozsadnikiem „kulturalnego bolszewizmu”).

Tóth jest postacią fikcyjną być może także dlatego, żeby nie musiał na ekranie być marksistą – jakim byłby prawdziwy weteran Bauhausu, mniej lub bardziej. Tymczasem chyba jedyna niesprawiedliwość, jakiej Tóth w powojennej Ameryce nie doświadcza, to podejrzenia o komunizm. Ani razu nikt nie zadaje mu nawet politycznych pytań. Poglądy ma tylko na architekturę i na doświadczany antysemityzm, nic politycznego na ekranie przez te trzy i pół godziny nie czyta ani nie ma w ręce. A przyjaźni się z Czarnym robotnikiem i wychowywanym przez niego samotnie dzieckiem – nie byłoby w takim gronie rozmów o radykalnej polityce? W latach 50. XX w.? Filmowy László Tóth to prawdopodobnie jedyny absolwent Bauhausu, który nie interesował się polityką.

Żeby film spełniał swoje propagandowe zadania, z dziedzictwa Bauhausu u Tótha trzeba było wymazać socjalistyczne idee i ideały. Jeżeli mamy być ogłuszeni historią kolejnego malowniczo cierpiącego Żyda z odpowiednio dużym nosem, celem zapomnienia o tym, co sojusz amerykańsko-izraelski wyrabia w Palestynie i okolicach dzisiaj, to bohater takiego przedsięwzięcia nie mógł być jakiś komuchem. To była przecież ruska sprawa, antyamerykańska, no nie? A Izrael i jego kolonialny projekt to sprawa jak najbardziej amerykańska i krytyka jego poczynań dzisiaj jest w Stanach Zjednoczonych równie ryzykowna jak kontakty z komunistami w czasach McCarthy’ego.

Sukces Brutalisty mierzony ilością oscarowych nominacji stanowił rewanż hollywoodzkich syjonistów za „błąd w systemie”, jakim były nierozważne laury dla Jonathana Glazera i Strefy interesów rok temu. Zaledwie trzy, koniec końców, przyznane nagrody (Adrien Brody za rolę główną, Daniel Blumberg za muzykę i Lol Crawley za zdjęcia) przy jednoczesnym zwycięstwie palestyńskiego Nie chcemy innej ziemi w innej kategorii pełnometrażowego filmu dokumentalnego, pokazują jednak, jak krucha jest już ideologia bezwarunkowego wsparcia USA/Zachodu dla Izraela.

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze (pardon, X).