Na: Społeczeństwo bez mężów i ojców

Na himalajskim pograniczu prowincji Syczuan i Junnan, z dala od wielkich ośrodków miejskich, na dalekich peryferiach chińskiej cywilizacji, żyje niewielkie plemię Na. Mówią jednym z dialektów chińsko-tybetańskich. Ich populację szacuje się na około 40 tysięcy osób. Opisu ich struktury społecznej i obyczajów seksualnych dostarczył nam Cai Hua, antropolog z Uniwestytetu Pekińskiego. W Europie jego książka o ludzie Na ukazała się w przekładzie na francuski w 1997. W 2008 wydawnictwo amerykańskiego Massachusetts Institute of Technology opublikowało przekład angielski.

Na są społeczeństwem matrylinearnym. W antropologii oznacza to, że pokrewieństwo, genealogię i przynależność do rodziny, rodu czy klanu określa się po matce, matce matki i tak dalej – mówiąc po naszemu, „po kądzieli”. Antropologów nic takiego nie dziwi, społeczeństw matrylinearnych opisano wiele. Na różnią się od pozostałych tym, że w ogóle nie uznają pokrewieństwa „po mieczu”, a słowa mąż i ojciec najzwyczajniej nie istnieją w ich języku, bo nie występują w ich życiu odpowiadające im role społeczne. Podobnie zresztą jak instytucja małżeństwa, za wyjątkiem rodzin o statusie lokalnej „arystokracji”, które pośredniczyły w kontaktach między lokalną społecznością a kiedyś Chinami cesarskimi, teraz z Chińską Republiką Ludową; pod presją tych kontaktów przyjęły one pochodzące z zewnątrz zwyczaje małżeńskie. Podobno władze w Pekinie usiłują w ostatnich dekadach wypromować wśród Na zwyczaje małżeńskie przyjęte ogólnie w Chinach, widząc w nich przejaw cywilizacji i postępu, pojęć, do których nominalnie wciąż socjalistyczne państwo jest mocno przywiązane.

Tradycyjnie jednak Na żyją w gospodarstwach domowych, na czele których stoi kobieta, zwykle najstarsza. Władzę dzieli ze swoim najstarszym bratem, który reprezentuje domostwo wyłącznie w kontaktach z innymi klanami i w ogóle światem zewnętrznym. Wewnątrz głową domu, jego „matką”, jest wyłącznie ta kobieta. Pozostali mieszkańcy gospodarstwa to w normalnej sytuacji jej córki i synowie, oraz dzieci jej córek. W całym domu żadna z kobiet nie ma męża, żadna z osób, dzieci i dorosłych, nie ma też formalnie uznanego ojca. Synowie „matki domu”, bracia jej córek, pozostają niemal na zawsze w tym domostwie, żyjąc z matką, siostrami i dziećmi swoich sióstr. Pochodzący od wspólnej matki czy babki Na mówią o sobie, że są „z tej samej kości”.

Cai Hua Na

Kilkaset lat temu Na przyjęli buddyzm – ale w eklektyczny sposób, to jest nie rozstając się ze swoimi starszymi wierzeniami w duchy przodków i lokalne bóstwa. Do dzisiaj wierzą, że kobieta rodzi się nosząc już w sobie zalążki płodów, które w przyszłości się w niej rozwiną i staną się jej dziećmi. Te zalążki znalazły się w jej ciele za sprawą bogini Abaogdu. Na nie uznają żadnego substancjalnego wkładu mężczyzny w poczęcie dziecka, w jego biologiczną materię, która jest dziełem wyłącznie matki i Abaogdu. Mężczyzna jest tylko „katalizatorem”, który przyspiesza jego wzrost, niczym deszcz, który pomaga roślinie wzrastać, ale jej nie tworzy. Dlatego spermę Na nazywają słowem, które można by przetłumaczyć jako „wodę z penisa”. Żeby kobieta miała dzieci, musi mieć kontakty seksualne z mężczyznami, ale tylko po to, żeby oni niejako „podlewali” płód, który już w niej czeka. Są więc Na pod tym względem przeciwieństwem Baruya, o których pisałem tydzień temu, bo Baruya uważali, że kobieta jest tylko „naczyniem”, czymś w rodzaju inkubatora, w którym rozwija się dziecko stworzone całkowicie ze spermy mężczyzny.

W domostwach Na obowiązuje bezwzględny zakaz stosunków seksualnych między domownikami, będący jednocześnie zakazem kazirodztwa, bo tylko w wyjątkowych sytuacjach, kiedy do domu wprowadził się ktoś z zewnątrz, taki stosunek nie byłby kazirodztwem. Zakazane jest jednak nawet poruszanie w świetle dnia tematów dotyczących stosunków seksualnych. Naruszenie tego zakazu może być ukarane kilkudniowym wykluczeniem z domostwa. W przypadku naruszenia zakazu kazirodztwa sprawcy zostaliby zaryglowani w jamie i skazani w niej na śmierć z głodu.

W innych aspektach kulturę seksualną Na charakteryzuje natomiast daleko posunięty permisywizm. Wszystko dlatego, że Na potrzebują, by poszczególne domostwa i lineaże wymieniały się spermą, żeby podtrzymywana była jej cyrkulacja pomiędzy rodzinami.

Pod osłoną nocy siostry przyjmują kochanków wymykających się do nich z innych domów. Bracia wymykają się z własnego domu i przesmykują do innych. Spotkania zwykle są umówione i uzgodnione za dnia. Stają się oni kochankami, açia. Zarówno kobiety jak i mężczyźni mogą być jednocześnie w kilku relacjach açia – mężczyzna odwiedza wtedy różnych nocy różne kobiety, a kobieta przyjmuje różnych mężczyzn. Kierunek jest zawsze taki – mężczyźni odwiedzają kobiety, nigdy na odwrót. Mężczyźni cyrkulują więc pomiędzy grupami kobiet. Ta cyrkulacja podtrzymuje u Na istnienie społeczeństwa, umożliwia jego biologiczną reprodukcję.

Ludzie jednak czasem przypadają sobie do gustu i przywiązują się do siebie znacznie bardziej. W takich sytuacjach ich związek może przekształcić się w jawny i długotrwały. Mężczyzna i kobieta wymieniają się symbolicznie pasami, dając otoczeniu do zrozumienia, że pragną, aby ich związek stał się widoczny dla wszystkich. Kobieta rozmawia z „matką domu”, informując ją, że jest mężczyzna, z którym chce nawiązać długotrwały związek. Mężczyzna ów jest wówczas zapraszany na ceremonialny posiłek organizowany w domu jego kochanki. Z posiłku wykluczeni zostaną wszyscy żyjący pod tym dachem mężczyźni, będą na nim same kobiety i wspomniany wybranek jednej z nich wraz ze swoim „posłańcem”. Kochanek w trakcie tego posiłku wyraża oficjalnie swoją prośbę i ofiarowuje swojej kochance prezenty. Jeśli prośba zostanie przyjęta, zostaje na noc do rana i od tamtej pory otoczenie uznaje, że między tymi dwojgiem istnieje relacja seksualnego przywileju, który powinien być uszanowany także przez innych.

Niemniej jednak nie jest to małżeństwo. Związek może zostać zerwany w każdej chwili przez każdą ze stron, kochanek wciąż odwiedza swoją kochankę, tylko na noc, nie wprowadza się do niej, ani ona do niego, nikt nie postrzega ich dzieci jako jego dzieci (pozostają one wyłącznie jej dziećmi, dziećmi jej rodziny). Nie powstaje też żadna, wynikająca normalnie z instytucji małżeństwa, więź między obydwiema grupami krewniaczymi, tą, z której pochodzi mężczyzna, i tą, do której należy kobieta – nikt nie staje się dla nikogo szwagrem, zięciem, teściową ani synową.

Tylko w wyjątkowych sytuacjach ktoś się do kogoś przeprowadza i spędzają odtąd razem nie tylko noce, ale po prostu cały czas. Wtedy ich związek przekształca się po raz kolejny, tym razem w relację stałego wspólnego zamieszkiwania. Zwykle nie jest to jednak motywowane samymi tylko pragnieniami i uczuciami obydwu stron, ale obiektywnymi okolicznościami. Kobieta przeprowadzi się do mężczyzny, z którym jest w stałym związku, tylko wówczas, jeśli w jego domostwie nie została już żadna kobieta – matka, siostra, ciotka – ostali się tam już sami mężczyźni. Wówczas to ta dołączająca do nich kobieta zostanie głową domu. Mężczyzna może się wprowadzić do domu swojej kochanki, jeśli obydwie rodziny wyrażą zgodę, ale będzie tam zawsze wykluczony z dostępu do pewnych rytualnych funkcji czy prawa do reprezentowania domostwa w kontaktach ze światem zewnętrznym. Dla wszystkich dzieci w domu będzie wujkiem – jakby był jednym z braci jej matki. Nie będzie mógł traktować własnych z nią dzieci w jakikolwiek wyróżniający je spośród innych dzieci w domu sposób.

Przykład Na, odizolowanego górskiego społeczeństwa, pozwala nam podstawnie domniemywać, że funkcja ojca nie istniała w ludzkich społeczeństwach od zawsze. Że odkrycie związku między stosunkiem seksualnym a zapłodnieniem, a więc także roli mężczyzny i kobiety w zapłodnieniu i zapoczątkowaniu nowego ludzkiego życia, mogło naszym przodkom zająć dziesiątki, nawet setki tysięcy lat (najnowsze odkrycia dokonane w Maroku wskazują, że istniejemy jako gatunek jakieś 300 tysięcy lat). Biorąc pod uwagę, jak długi okres czasu dzieli u człowieka poczęcie od narodzin, a nawet od samych pierwszych widocznych objawów ciąży, społeczne zrozumienie dokładnych związków przyczynowo-skutkowych w warunkach pozbawionych wiedzy naukowej było dla naszych praprzodków wielkim i wcale nieoczywistym zadaniem. Samce naszych najbliższych krewnych w świecie zwierząt, szympansów (98% genów identycznych z nami), nie mają świadomości, że któreś z młodych w stadzie są „ich”, nie rozpoznają ich jako własne. Bawią się z młodymi bez względu na to, którego z nich są potomstwem, bardziej dlatego, że zyskuje im to względy ich matek. Rodzina rozumiana jako ojciec, matka i ich dzieci, sprzedawana dziś przez konserwatystów jako „naturalna”, nie jest wcale wytworem natury, wytworzyła ją dopiero kultura, w toku bardzo długiego procesu.

Jarosław Pietrzak

Tekst w wersji nieco skróconej ukazał się w Tygodniku Faktycznie (nr 26/2017). Redakcja postanowiła użyć innej nazwy opisywanego ludu, Mosuo, ja jednak wolę trzymać się tej stosowanej przez Cai Hua.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Ilustracja nad tekstem: Wang Hui, Kwitnące brzoskwinie i łódka rybacka (fragment).

 

Reklamy