Karim

Tamtego dnia wspiąłem się na Sacré-Coeur na Monmartre. Po schodach, bo nie chciałem wydawać na kolejkę. Była wspaniała, słoneczna pogoda, ale bez żaru. Słońce odbijało się od białych murów bazyliki, wokół której siedziało lub kręciło się sporo ludzi, oczywiście głównie turystów. Ja snułem się powoli, podziwiając miasto. Od czasu do czasu przystanąłem gdzieś, aż w końcu usiadłem na stopniu schodów. Nie wiedziałem, co robić, jeśli nie uda mi się znaleźć żadnej pracy. Potrzebowałem na czesne tyle kasy, ile się po prostu nie dało wtedy na polskiej prowincji zarobić w wieku dwudziestu dwóch lat. Potrzebowałem na czesne, zapożyczyłem się na ten wyjazd u kumpeli ze studiów, Gosi, zaczynałem się naprawdę bać, że wkrótce zbankrutuję. Nawet bilet na autobus, dwadzieścia dwie godziny z Katowic do Paryża, kupiłem tylko w jedną stronę, żeby powrotny zarezerwować, jak już coś na miejscu zarobię. To był mój pierwsz raz we Francji. Wszyscy moi znajomi studenci jeździli latem na saksy, do Niemiec, Holandii, Anglii, niektórzy Norwegii albo Szwecji. Ja pojechałem do Paryża, bo znałem język, to znaczy myślałem, że znałem, zdałem maturę na celujący, sto punktów na sto możliwych, ale od dwóch tygodni miałem wrażenie, że musiałem się widocznie uczyć jakiegoś zupełnie innego języka, albo jakiejś martwej, historycznej wersji tegoż, z takim trudem przychodziło mi wciąż zrozumienie, co ludzie wokół do mnie mówili. Czy oni muszą wszyscy mówić tak szybko, zapierdalać tak niemożliwie, urywać te końcówki?! – chciało mi się czasem płakać z rozpaczy. „Żsepa”? Na litość boską!

Ale samo miasto, choć snułem się po nim na rozrywki nie mając pieniędzy, działało na mnie kojąco. Jakże ja pragnąłem wyrwać się wreszcie na zawsze z tej mojej zapadłej dziury na Dzikim Wschodzie Europy i zacząć w końcu żyć, naprawdę żyć, w prawdziwym mieście, w zasięgu cywilizacji! W Paryżu, w podziemnym pasażu z Gare du Nord do La Chapelle, afrykańskie kobiety w swoich kolorowych sukniach i nakryciach głowy nosiły na plecach swoje piękne afrykańskie dzieci o pięknych wielkich, czarnych oczach. W dzielnicy Marais bary, nad którymi powiewały tęczowe flagi, wylewały się stolikami otwarte na ciepłe słońcem ulice, jak każde inne bistro, i nikt nie wstydził się tam siedzieć, nie potrzebował ukrywać się przed światem. Moje serce biło tam jak szalone, jakbym wchodził do jakiegoś Zakazanego Miasta – a więc można się tak nie bać, też kiedyś w końcu taki będę, nie będę się bał ani wstydził? Wszędzie były kina, a w tych kinach wszystko. Filmy z Rosji, Islandii, Hiszpanii, Indii, Chin, nawet na takiej peryferii jak Aulney-sous-Bois, przedmieście, na którym pomieszkiwałem, mieli niebawem pokazywać film z Nigerii. Z Nigerii! Zastanawiałem się, czy w mojej dziurze na Dzikim Wschodzie Europy pokażą jakiś afrykański film do 2050 roku. Jeśli otworzą tam znowu kino, bo przecież zamknęli, zanim skończyłem liceum.

I kiedy tak siedziałem na schodach przed Sacré-Coeur, naprzeciw mnie po tych schodach wchodził młody czarny mężczyzna w dżinsach z dziurą na kolanie i czerwonym t-shircie z żółtymi brzegami. Miał dwadzieścia kilka lat i był przepiękny. Jego sylwetka poruszała się giętko i zwinnie, był bardzo szczupły w pasie, jego ramiona były szerokie. Czerwony t-shirt przytulał się do jego ciała, podkreślając zachwycający kształt jego giętkiego torsu. A na tym czerwonym t-shircie, ku mojemu więcej niż zdumieniu, malował się żółty sierp i młot, i litery CCCP. Przyglądałem mu się, jak tak wchodził do góry i dostrzegłem, że nie tylko jego sylwetka była piękna – twarz jeszcze bardziej. Miał niedużą głowę, wystrzyżoną prawie do zera, ale prawie, więc pokrywał ją krótki, gęsty meszek. Miał mocno zarysowaną szczękę i wyraźnie zaokrąglony podbródek. Jego oczy były wielkie i błyszczące. Zauważyły, że się na niego gapię jak zaczarowany. Więc te oczy zaczęły spoglądać na mnie. Przerażony spuściłem wzrok. Przecież nie zagadam do niego tutaj tak na oczach tych wszystkich zwiedzających, przecież nie zagadam do niego w tym języku, którym władam znacznie słabiej, niż myślałem jeszcze miesiąc temu. Przecież może on wcale nie odpowiada zainteresowaniem, tylko się zaraz wkurwi, myśli sobie, patrząc na mnie z politowaniem, co ten pedał z nie wiadomo skąd sobie myśli, tak się gapiąc na mnie – że ja jestem taką samą ciotą jak on? I spuści mi bęcki, a nie żadne tam, że będziemy sobie zaraz jak skowronki. Czułem, jak czerwień rozgrzewa mi policzki, kompromitując mnie jeszcze bardziej, więc z braku lepszego pomysłu wpatrywałem się w swoje buty, jakbym pierwszy raz je widział, wyczekując niecierpliwie, aż mnie wyminie i ten niespodziewany koszmar dobiegnie końca. Wyminął mnie. Zdążyłem zwrócić uwagę na jego wysokie trampki, które były tak fajne i tak do wszystkiego w nim pasowały, że czyniły skubanego jeszcze piękniejszym, sprawiały, że prezentował się jeszcze bardziej dynamicznie, jeszcze bardziej sprężyście.

Odetchnąłem z ulgą, zagrożenie zniknęło gdzieś za moimi plecami. Nie oglądałem się, nie chciałem się zachowywać podejrzanie. Choć miałem poczucie, że tak usilnie unikając zachowywania się podejrzanie, zachowywałem się podejrzanie. CCCP. Na tym podkoszulku. Sierp i młot. Czy to nie powinien być obciach? Wiele pytań zacząłem sobie zadawać dopiero od tamtego wyjazdu do Francji. Ktoś, kto nie wyjeżdża z Polski, niczego nigdy nie zrozumie. Podróże zawsze kształcą, ale podróże z Polski – zwłaszcza. Polska to cieplarnia obskurantyzmu, chlew leniwej głupoty szukającej tylko w błocie, wciąż w tym samym, w którym ryje w poszukiwaniu swojej cebuli: potwierdzenia swoich obsesji, w koło Macieju tych samych, coraz bardziej tych samych.

I wtedy zauważyłem, że ktoś obok mnie usiadł, na tym samym stopniu, bardzo niedaleko. Strach sprzed paru minut jeszcze trzymał, więc pragnąc uniknąć zachowywania się w sposób podejrzany, konsekwentnie zachowywałem się podejrzanie, nie podnosząc wzroku, tylko zatrzymując go na kolanie tego, kto tam usiadł. Na pięknym ciemnoskórym kolanie, które łypało na mnie przez dziurę w przetartych dżinsach. Tych samych dżinsach na tych samych szczupłych, zwinnych nogach, które wyminęły mnie kilka minut temu. Ponieważ moje próby unikania podejrzanych zachowań robiły się coraz bardziej podejrzane, podniosłem w końcu wzrok. Serce zaczęło mi się rozbijać o żebra jak obłąkane, bo mój wzork spotkał jego oczy. Przyglądał mi się, a te czarne tęczówki błyszczały przepięknie pod podkręconymi rzęsami. I jak tak siedział już tak blisko mnie, to mogłem tylko powiedzieć, że pierwsze wrażenie było bardziej niż trafne, tak kurewnie był przepiękny. Chyba widział, że jestem w stanie co najmniej zmieszania, bo się uśmiechnął szerokim łukiem, a jego policzek (widziałem w owym momencie tylko jeden) przebił głęboki dołek. Z tym dołkiem zrobił się jeszcze piękniejszy, tak piękny, że aż wszystkie moje trzewia ściągnęły się w jeden ciasny węzeł. Teraz już wiedziałem, że o cokolwiek mu chodziło, na pewno nie był na mnie wściekły i nie chciał mi spuścić wpierdolu, ale co wystarczy, żeby powstrzymać atak paniki, to wciąż bywa za mało, żeby obudzić prawdziwą odwagę.

Je m’appelle Karim, powiedział. Et toi?, zapytał. Głos zagubił mi się gdzieś po drodze do gardła, nie wiedziałem gdzie. Ale on czekał. Przestał się aż tak szeroko uśmiechać, ale ciągle czekał na odpowiedź. Swoje długie, szczupłe, ale jednak muskularne – Boże, jak muskularne! – ramiona wyrzucił do przodu, opierając łokcie na kolanach. W tym o to odsłonięte dziurą w dżinsach, którego obecność tak blisko doprowadzała mnie do obłędu. Sugerowała, jak piękne może być wszystko inne, co Karim ma do odsłonięcia. Jarek, odpowiedziałem. Je m’appele Jarek. Zapytał, skąd to imię, pierwszy raz się z nim spotykał. De Pologne. Je suis polonais.

Jego wyrzucone w przód ramiona ułożyły się tak, że dłonie się spotkały, dotykały się kciukami i kilkoma innymi palcami. Mój wzrok umykał mi ku tym jego dłoniom, choć gorączkował się bardzo, bo w tym celu z goryczą opuszczał jego zachwycającą twarz, ale te dłonie, te palce, tak samo były przepiękne. Były długie, ale tylko na pozór delikatne. To była ich zmyłka, ściema, widziałem, że były silne, mocne, energiczne. I miały na końcach przepiękne paznokcie, jasne na tle jego ciemnej skóry, różowe, każdy najpiękniejszego kształtu, jaki tylko może mieć paznokieć akurat tego palca. Miałem ochotę zabrać te palce i pokazać je Rafaelowi, żeby zobaczył, jak wyglądają piękne ludzkie palce, piękne dłonie, piękne paznokcie, nie to, co te obłe glisty, które on na tych swoich katolickich szmirach malował. Paznokcie Karima były długie, ale nie za bardzo, zaokrągląne łukami tu i ówdzie, ale jednak trochę kanciaste, prawie płaskie, a jednak odrobinę wygięte. Jak malutkie porcelanowe dachóweczki.

T’es là en vacances?, zapytał po uciążliwie długiej chwili mojego milczenia. Zmieszałem się wtedy, poruszałem jakoś dziwnie głową, sam nie wiedziałem, czy to bardziej wyglądało na „tak” czy na „nie”, no i wydałem z siebie coś niebezpiecznie przypominającego jęk raczej niż jakieś słowa. Jakby pożarł mnie nagle wstyd, że jestem tutaj w desperackiej potrzebie znalezienia pracy, jakiejkolwiek pracy, oczywiście pewnie najgorszej z możliwych – kelnera, na zmywaku – byle jakiej, bo i tak zarobię więcej, niżbym mógł w jakikolwiek sposób zarobić w Polsce. Że potrzebowałem pieniędzy na studia. Że jestem tutaj z biedy naszej wschodnioeuropejskiej. Co zrobić, żeby tego teraz nie spierdolić? Żeby te piękne palce dotykały mnie, wbijały się we mnie dzisiaj w nocy? Czy te gładkie, twarde bicepsy, które wybijały się spod rękawków tego podkoszulka z symbolami ZSRR, mogły mnie dzisiaj objąć, ściskać, trzymać blisko i mocno?

Zauważył moje zmieszanie, spuścił więc ze mnie wzrok, a potem podniósł go przed siebie. Słońce grzało milczenie, które między nami znowu zawisło. Karim chyba też zaczął czuć się trochę głupio. Co ja wyrabiałem? Byłem z dala od mojego polskiego zadupia, od mojego piekła, od portretów papieża na scianie, od szkoły, w której korytarzu szleściła złowrogo księża sutanna, od Wojciecha Cejrowskiego na antenie publicznej telewizji. Nikt mnie tu nie znał, nic mi tu nie groziło, nikt nie rozpowie niczego na moim osiedlu. Wydarzyło się właśnie coś, o czym marzyłem i czego możliwości zazdrościłem wszystkim „normalnym”, wszystkim heterykom: siedzę sobie na mieście i przepiękny przybysz z jakiejś egzotycznej baśni – pierwszy raz w życiu rozmawiałem z czarnoskórym mężczyzną! – próbuje poderwać mnie. Na dodatek podrywał mnie przed bazyliką, mógłbym spędzić najbliższą noc z przepięknym mężczyzną – chyba muzułmaninem, zgadując po imieniu – który wyhaczył mnie przed kościołem katolików. Oprócz innych rozkoszy, które by za tym poszły, bo nie mogłyby nie pójść z tak zachwycającym mężczyzną, popełniłbym tak piękne, wymarzone bluźnierstwo. Nic nie ryzykuję, on już przecież wykonał pierwszy krok, potrzebuję tylko tego minimum odwagi, żeby na ten jego krok odpowiedzieć, wykonać własny krok i zatrzymać go przy sobie. To nie powinno być takie trudne. A jednak było. Strach mnie spraliżował. O tyle rzeczy mogłem od niechcenia zapytać, pal licho wymowę – a gdybym nie zrozumiał odpowiedzi, mogłem poprosić o powtórzenie, albo udawać, że zrozumiałem i próbować dalej. Jesteś Francuzem, czy też tu skądś przyjechałeś? Jeśli tak, to skąd? Jeśli nie, to skąd pochodzi twoja rodzina? Co robisz, studiujesz coś? Skąd ten sierp i młot na koszulce?

Ale im dłużej zasychało między nami to milczenie, tym bardziej grzęzłem w moim paraliżu. Błagam, nie poddawaj się, daj mi jeszcze szansę, pytaj dalej, mów coś, aż wreszcie uda mi się przełamać ten impas, tę blokadę, której sam nie rozumiem, i zaczniemy w miarę normalnie rozmawiać, może nawet zejdziemy z tego wzgórza i pójdziemy do któregoś z barów w jednej z tych uliczek na dole, napijemy się piwa lub wina, może nawet pójdziemy na obiad, nawet jeśli miałby mnie kosztować tyle euro, ile planowałem rozłożyć na cały tydzień. Tylko nie poddawaj się i zagadaj jeszcze raz, zapytaj o cokolwiek. Powiedz cokolwiek. Nie chcę cię spławić, wręcz przeciwnie, chcę cię zatrzymać, więcej nawet, niczego dzisiaj nie pragnę bardziej niż poczuć na sobie dotyk i energię tych nieprzyzwoicie pięknych dłoni. Tylko nie wiem, jak to zrobić.

Niestety, już wszystko straciłem. Karim poczuł się chyba niemile widziany, albo pomyślał, że może jednak jestem palantem. Wstał. Miałem wrażenie, że rzuca ku mnie spojrzenie ostatniej szansy, ale nawet tego nie wiedziałem na pewno, bo znowu nie miałem odwagi podnieść wzroku i spojrzeć mu w twarz. Więc odwrócił się i skierował po schodach w dół. Kiedy podniosłem wzrok, mogłem się już tylko przyglądać, jak jego piękna, zwinna sylwetka oddala się ode mnie. Na zawsze? To znaczy, mogłem ciągle jeszcze go zawołać, mogłem nawet wstać i podbiec do niego, ale skoro nie miałem sił ni odwagi odpowiedzieć na jego zaczepki, kiedy siedział tuż obok, dając mi do zrozumienia najjaśniej, jak tylko się dało, że jest mną zainteresowany, to skąd miało mi starczyć sił i odwagi, żeby teraz wykrzyknąć jego imię lub pobiec za nim?

Nie starczyło.

Czułem się, jakbym podpisał na siebie wyrok. Wiedziałem, że popełniłem grzech śmiertelny, za który zasługuję na najgłębszy krąg piekła. Jeśli potrafię zaprzepaścić taką szansę, to nie zasługuję na to, by kiedykolwiek poznać pieszczoty takich pięknych dłoni, uścisk silnych ramion, wilgoć ust tak pięknego mężczyzny. Popełniłem właśnie zbrodnię, zbrodnię przeciwko sobie samemu. Nigdy nie będę jednym z tych mężczyzn, którzy nie boją się siedzieć przy stoliku przed barem na Marais, w towarzystwie takich jak oni, niepomni, kto ich widzi.

W kolejnych dniach przyszedłem tam na Monmartre jeszcze dwa razy, snułem się w smutnej tęsknocie za pięknym, ciemnoskórym mężczyzną, który próbował mnie poderwać, zapragnął mnie uwieść, a ja wszystko zeprzepaściłem. Snułem się tam w nadziei, że może znowu na niego gdzieś wpadnę, jak nie na tych, to na innych schodach, a może w którejś z okolicznych uliczek, przy stoliku przed jakimś bistro albo tabagiste.

Nie wpadłem.

Jonathan Soukali bw

Powyższy tekst to fragment powieści Nirvaan, nad której ukończeniem wciąż pracuję. Inny fragment, jeszcze nieostateczny, umieściłem już kiedyś tutaj. A jeszcze inny ukazał się w art-zinie literackim Papier w Dole, nr 4-5 (2017).

pwd

Jestem na Facebooku i Twitterze.

 

Reklamy