Wenezuela i faszyzm XXI wieku

Niektórzy z jakiegoś powodu wierzą, że neoliberałowie stanowią przynajmniej jakąś zaporę przed rozlewającym się dziś po świecie faszyzmem. Nawet na lewicy nierzadkie są fantazje o tym, że powstrzymamy faszyzm XXI wieku, zawierając taktyczny, tymczasowy sojusz z neoliberałami.

Trudno o lepszy test tej fantazji niż reakcje świata na toczącą się właśnie sponsorowaną przez Waszyngton próbę prawicowego zamachu stanu w Wenezueli. Samozwańczy „prezydent”, Juan Guaidó, polityczny pajac opozycji, którego jeszcze pół roku temu nie kojarzyło w ogóle 80 proc. mieszkańców Wenezueli, został natychmiast poparty przez Biały Dom Donalda Trumpa. Ramię w ramię z Waszyngtonem z uznaniem dla Guaidó pospieszył oczywiście nowy prezydent sąsiedniej Brazylii, faszysta Jair Bolsonaro, oraz prawicowy rząd Kolumbii, a za nimi inne konserwatywne rządy na zachodniej półkuli. Dziś [tekst ukazał się pierwotnie 27 stycznia 2019], na prośbę Trumpa, Guaidó został uznany przez skrajnie prawicowy rząd Izraela.

Bożyszcza (neo)liberalnych mediów, wszystkie prezydenty Macrony, co zdołały „uratować liberalną Europę”, premiery Trudeau, co pozują na światową opozycję wobec Trumpa, Donaldy Tuski na najwyższych eszelonach europejskiej biurokracji – wyraziły więc dezaprobatę, no nie? No właśnie – nie. Kanadyjski rząd Justina Trudeau wyrwał się jak prymus do tablicy – żeby przyłączyć się do administracji Trumpa i uznać samozwańca opozycji. Donald Tusk wyraził natychmiast nadzieję, że cała Europa zjednoczy się teraz w poparciu dla „demokratycznych sił w Wenezueli” – i nie miał na myśli rządu Nicolasa Maduro. Wkrótce nie tylko podlizująca się Trumpowi, torysowska Wielka Brytania, ale też Francja, niemal synchronicznie z Niemcami i Hiszpanią (pod rządami „socjalistycznej” PSOE) dały Wenezueli ośmiodniowe ultimatum: przedterminowe wybory albo rządy te uznają Guaidó. Wniosek? Między neoliberałami a populistyczną i skrajną prawicą istnieją dzisiaj co prawda spięcia, ale rozgrywane głównie na potrzeby politycznego spektaklu. Kiedy przychodzi do spraw naprawdę kluczowych – jak największe na świecie złoża ropy naftowej i rząd jakiegoś kolorowego narodu, któremu się zachciało niezależności od Imperium Dolara – maski spadają i wszyscy odnajdują się w jednym szeregu.

Faszyzm XXI wieku populistyczna i skrajna prawica buduje w globalnej współpracy z neoliberałami, ręka w rękę lub na zmianę, a nie przeciw nim. Takiemu samemu testowi poddana zresztą została fantazja, że Unia Europejska stanowi na arenie międzynarodowej jakąś przeciwwagę dla widzimisię Stanów Zjednoczonych. Nie stanowi.

To prawda, że wenezuelska rewolucja boliwariańska okazała się na dłuższą metę porażką. To prawda, że choć ogromną, to jednak nie całą winę za to ponosi amerykański sabotaż i niszczycielskie sankcje. Zarówno Hugo Chávez, jak i Nicolás Maduro popełnili poważne, trudne do przemilczenia i wybaczenia błędy, w szczególności nie wykonując żadnego wysiłku w stronę zmiany struktury gospodarki zbyt uzależnionej od jednego surowca, ani nie uderzając w wielką oligarchiczną własność. Zamiast tego poszli na łatwiznę redystrybucji przychodów z ropy naftowej, kiedy te były wysokie. Chavismo jako ruch polityczny uległo daleko posuniętej degrengoladzie, w tym wykształcając własną klasę pasożytów, np. wśród elit wojskowych. Łatwo jednak krytykować cudze błędy, gdy się samemu nigdy nie musiało podejmować tak krytycznych decyzji w warunkach podobnego osaczenia przez najpotężniejsze mocarstwo.

To wszystko lewica musi poddać krytycznej analizie, ale nie dzisiaj. Teraz mamy jako lewica obowiązek solidarności z Wenezuelą, opowiadania się za jej legalnym rządem i wybranym przecież niedawno prezydentem, cieszącym się wciąż kilkakrotnie większym poparciem niż mający czelność kwestionować jego legitymizację Emmanuel Macron we Francji.

Skąd możemy wiedzieć z całą pewnością, że siły, które próbują obalić Maduro, są tak bardzo gorsze od upadłego projektu chavismo? Że Maduro nie mógłby w wyniku tego zamieszania zostać zastąpiony przez jakieś siły na lewo od niego? Gdyby te siły były choć o cal na lewo od Maduro, nie cieszyłyby się poparciem Waszyngtonu. To naprawdę jest takie proste. Od końca II wojny światowej nie było w Ameryce Łacińskiej wyjątku od tej reguły – nie ma żadnego powodu sądzić, że tym razem jest inaczej.

„Demokratyczna opozycja” jest częścią wielkiego, prowadzonego przez Waszyngton i lokalne oligarchie, projektu wepchnięcia Ameryki Łacińskiej w nową długą noc prawicowych, nawet faszystowskich dyktatur. Lewica, która jeszcze tego nie widzi, po wydarzeniach ostatnich trzech lat w Brazylii zwieńczonych prezydenturą faszystowskiego szaleńca, po tym, jak Waszyngton zadanie „rozwiązania problemu wenezuelskiego” powierzył Elliottowi Abramsowi, odpowiedzialnemu w przeszłości za szwadrony śmierci w Salwadorze, ma poważnie uszkodzoną busolę.

Gadanie o tym, że upadek Maduro otworzy przynajmniej nowy cykl walk klasowych i da szanse na ugranie czegoś siłom na lewo od niego, to sofistyka, nie dialektyka. Prawdziwą dialektykę uprawiają biedacy na ulicach Caracas i innych miast Wenezueli. Są Maduro rozczarowani, czasem wściekli, że ich rząd przez tyle lat nie potrafi wymyślić polityki gospodarczej, która uodporniłaby kraj na zewnętrzny i oligarchiczny sabotaż ekonomiczny, a jednak potrafią rozpoznać, kiedy obalić ten rząd próbują oligarchowie i Amerykanie, i wychodzą w obronie Maduro na ulice.

Tylko dlatego, że ich przywódcy zawiedli pokładane w nich nadzieje, Wenezuelczycy nie zasługują na karę w postaci wojny domowej lub faszystowskiej dyktatury. A do jednego albo drugiego dojdzie, jeśli taka opozycja obali Maduro.

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Tekst ten ukazał się 27 stycznia 2019 jako Komentarz dnia na łamach portalu Strajk.eu.

 

Reklamy