Wybory, znaczenie i jego brak

Obserwując polską kampanię wyborczą i rozwijający się wokół niej ekosystem komentarzy, napotykamy sformułowania nawet tak mocne, że „będą to najważniejsze od dawna wybory polityczne w Polsce”. A co, jeśli najsmutniejszym aspektem nadchodzących wyborów, a zarazem tym, z którego najbardziej – jeśli jesteśmy realistami – musimy sobie zdać sprawę, jest coś wręcz przeciwnego: że w pewnym sensie te wybory nie mają większego znaczenia?

Na najbardziej podstawowym poziomie logiki elektoralnej – zwycięstwo PiS jest już w zasadzie przesądzone. Było zresztą od dawna. Trudno sobie wyobrazić, żeby na przestrzeni kilku tygodni, które nam zostały [tekst ukazał się pierwotnie 18 września 2019], „liberalna” (o polskim liberalizmie nie da się pisać bez cudzysłowów) opozycja otrząsnęła się ze swojego intelektualnego zatwardzenia i zrozumiała nagle, co się dzieje. Trudno sobie wyobrazić, że systematycznie marginalizowana przez „wolne”, „liberalne” media Lewica (jak niedoskonała by ona nie była), nagle dostanie skrzydeł i dyskursywne pole manewru, żeby okazać się czymś więcej niż niewielką trzecią siłą w parlamencie.

Czytaj dalej

Reklamy

Reductio ad Putinum

Na naszych oczach, na całym świecie, w różnym, ale wszędzie niepokojącym tempie, liberalna demokracja degeneruje się do różnych form i stopni autorytaryzmu. Od Orbana na Węgrzech po Bolsonaro w Brazylii, od Erdogana w Turcji po Duterte na Filipinach, od Modiego w Indiach po Trumpa w Białym Domu i Macrona w Pałacu Elizejskim (tak, to nie jest pomyłka, złotego chłopca neoliberalnego „skrajnego centrum” należy umieszczać w tym samym szeregu). Jednak żaden ze współczesnych autokratów, nowych ani starych, miękkich ani twardych, nie jest demonizowany na skalę porównywalną z prezydentem Rosji Władimirem Putinem.

Sprowadzanie każdej krytyki tego czy innego rządu albo polityka do porównań z Putinem, do komunałów, że „Putin tylko na to czeka”, albo że to po prostu „robota Putina” – stało się intelektualnym wytrychem komentatorów różnych szkół, dziennikarzy mediów o różnych ideologicznych profilach i polityków rozmaitych opcji. Reductio ad Putinum pełni funkcje ostatecznego argumentu i gwoździa do trumny adwersarza, wywołuje wrażenie krańcowej politycznej grozy.

Czytaj dalej

II wojna światowa, kapitalizm i zniszczenie

80 lat temu wybuchła II wojna światowa. Wczoraj była rocznica jednej z umownych dat tego początku – umownych, bo w Azji wojna już dawno się toczyła.

Kiedy rozmawiamy o dynamice procesów, które doprowadziły do największej katastrofy XX wieku, zbyt często ograniczamy się wyłącznie do refleksji o eksplozji autorytaryzmów i agresywnych ideologii, nacjonalistycznych i rasistowskich, które swoje zwieńczenie znalazły w faszyzmach europejskich i japońskim, by te następnie podążały zgodnie z własną wewnętrzną logiką aż do podpalenia świata. Piszę „ograniczamy”, bo zawężamy w ten sposób przedmiot refleksji do samych dyskursów politycznych, tak jakby „wydarzały się” one w jakiejś wolnej, autonomicznej sferze idei i tylko odbijały się na zewnątrz, w postaci konsekwencji w realnym świecie społecznym, kiedy już podbiją dostatecznie wyobraźnię społeczeństw.

Najbardziej trywialny trakt takich refleksji – jak piekło, wybrukowany oczywiście najlepszymi chęciami („ostrzegania przed powtórką z historii”) – to liberalne pojękiwania o tolerancji i nietolerancji, o „zamykaniu się” i „otwieraniu”, o nacjonalizmie ale w oderwaniu od funkcji ekonomicznych, jakie pełni (jako wyłącznie irracjonalnej niechęci do nie-swoich), o autorytaryzmie jako problemie raczej psychologicznym (nawet jeśli zbiorowym), oderwanym od materialnych sił rządzącym kapitalizmem jako systemem ekonomicznym. W Polsce jednak „analizy” na poziomie naiwnego liberalizmu powtarzane są także na lewicy, zdarzają się nawet komentatorom określającym się czasem w celach polemicznych jako marksiści.

Czytaj dalej

Theresa May: Kronika zasłużonej śmierci

Dziś, 24 lipca [tekst ukazał się tamtego dnia na łamach Strajk.eu], Theresa May, konserwatywna szefowa brytyjskiego rządu w latach 2016-2019, złożyła urząd na ręce królowej Elżbiety II. Miejmy nadzieję, że odchodzi już na zawsze w polityczny niebyt. Choć szanse, że jej następca będzie jeszcze gorszy, są więcej niż ogromne, nikt w Wielkiej Brytanii nie będzie za nią płakał. I nie powinien.

To prawda, że jeśli Brexit okaże się katastrofą, torysi uczynią May kozłem ofiarnym. Zrzucą na nią całą odpowiedzialność za nadchodzące nieszczęścia, choć sama tego bajzlu nie narobiła, przejęła go po Davidzie Cameronie. To prawda, że być może całe zadanie przeprowadzenia Wielkiej Brytanii przez wertepy Brexitu było skazane na porażkę, ktokolwiek by się go nie podjął. Nie szastajmy jednak współczuciem – May na nie nie zasługuje. Na wszystko, co w ciągu trzech lat premierowania eksplodowało jej prosto w twarz, pracowała ciężko przez całe życie.

Czytaj dalej

Lewica w Europejskiej Krainie Czarów

“Ksenofobiczna, antyeuropejska prawica”, “rasistowski, nacjonalistyczny, antyunijny, prawicowy” – tego rodzaju automatyczne ciągi skojarzeń, łańcuchy odruchowo łączonych znaczeń, zbitki pojęć zadrukowały wyobraźnię większości współczesnej polskiej lewicy. Do tego stopnia, że ich naturalnym i jedynym możliwym przeciwstawieniem są zbitki w prosty sposób odwrotne, ale równie automatyczne, podług których lewicowość idzie „w naturalny sposób” w parze z postawą „proeuropejską” czyli „prounijną”. Unia Europejska w tym wyobrażonym krajobrazie jest synonimem Europy jako kontynentu, jako jednostki „cywilizacyjnej” czy „kulturowej”, jest też w jakiś sposób, z założenia i z natury, antytezą rasizmu i ksenofobii, być może nawet nic nie robi, tylko walczy z ich demonami.

Ten automatyczny, prosty podział nie jest nawet przedmiotem debaty, jest dzisiaj reprodukowany odruchowo i bezrefleksyjnie, bardziej niż w argumentach przejawia się w przewracaniu oczami, zbywaniu kogoś machnięciem ręką, głupim uśmiechem. Nawet najstaranniej wykładana krytyka Unii Europejskiej w jej realnej a nie wydumanej, wyśnionej postaci sprowadza na jej autora nieuchronne oskarżenia, że jest koniem trojańskim Polexitu na lewicy, wielu i tak automatycznie i natychmiast zbędzie ją jako to samo, co mówi katolicko-narodowa prawica. „Granie do jednej bramki z Putinem” pewnie też nie zostanie mu oszczędzone.

Czytaj dalej

Wenezuela i faszyzm XXI wieku

Niektórzy z jakiegoś powodu wierzą, że neoliberałowie stanowią przynajmniej jakąś zaporę przed rozlewającym się dziś po świecie faszyzmem. Nawet na lewicy nierzadkie są fantazje o tym, że powstrzymamy faszyzm XXI wieku, zawierając taktyczny, tymczasowy sojusz z neoliberałami.

Trudno o lepszy test tej fantazji niż reakcje świata na toczącą się właśnie sponsorowaną przez Waszyngton próbę prawicowego zamachu stanu w Wenezueli. Samozwańczy „prezydent”, Juan Guaidó, polityczny pajac opozycji, którego jeszcze pół roku temu nie kojarzyło w ogóle 80 proc. mieszkańców Wenezueli, został natychmiast poparty przez Biały Dom Donalda Trumpa. Ramię w ramię z Waszyngtonem z uznaniem dla Guaidó pospieszył oczywiście nowy prezydent sąsiedniej Brazylii, faszysta Jair Bolsonaro, oraz prawicowy rząd Kolumbii, a za nimi inne konserwatywne rządy na zachodniej półkuli. Dziś [tekst ukazał się pierwotnie 27 stycznia 2019], na prośbę Trumpa, Guaidó został uznany przez skrajnie prawicowy rząd Izraela.

Czytaj dalej

Paradoksy Brexitu

Brexit to bajzel. Brexit to katastrofa. Ministerstwo Dziwnych Kroków, ale z elementami poważnej grozy. To nie ulega wątpliwości. Jednak jego anulowanie teraz nie cofnie w żaden sposób czasu, nie sprawi, że wszystko się odstanie i wrócimy do stanu poprzedniego. Co, jeśli okaże się jeszcze większą katastrofą niż sam Brexit?

Głosowanie parlamentarne nad umową rozwodową z Unią Europejską zostało przez premier Theresę May – przerażoną, że nie ma dla jej wynegocjowanej (albo raczej: narzuconej przez UE) postaci wystarczającego poparcia w ławach poselskich – odłożone do 14 stycznia. Czy się wówczas wydarzy, jeszcze nie wiemy, bo May od dłuższego czasu bawi się po prostu w pożyczanie czasu, to tu, to tam, byle na tym pożyczonym czasie utrzymać się premierskiego stołka na kolejny miesiąc, kolejny tydzień, kolejny dzień dłużej. Jest nie tylko groteskowo niekompetentna – jest też po prostu wyjątkowo złym człowiekiem, choć w szeregach współczesnych torysów ma całe mnóstwo rywali. Doskonale o tym wszystkim pamiętając, nie należy jednak May obciążać całą odpowiedzialnością za katastrofalny przebieg i owoce „negocjacji”.

Jak kretyńska nie byłaby geneza referendum brexitowego; jak fatalny by nie był przebieg kampanii, z jej kłamstwami, z tym jak bardzo narracja została zdominowana przez najgorszą prawicę i sprowadzona do „problemu imigracji”; jak nieczyste nie byłyby intencje propagandystów Brexitu – nic nie zwalnia lewicy z obowiązku przyglądania się sposobowi, w jaki Unia Europejska traktuje przez ostatnie dwa lata swojego niesfornego członka. „Rozmowy” z pozycji siły, groźby, zastraszanie, pogarda i rytualne upokarzanie państwa, które podjęło kontrowersyjny i oparty na nienajlepszych przesłankach, ale jednak demokratyczny wybór, że istnieje życie poza Unią.

underground

Czytaj dalej