Znaczenie Ekwadoru

14 października prezydent Ekwadoru Lenin Moreno został zmuszony anulować pakiet antyspołecznych reform, znany jako dekret nr. 883. Od równikowej republiki, w zamian za 4,2 mld dolarów kredytu, oczekiwał ich Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Pakiet miał obejmować środki rozciągające się od liberalizacji prawa pracy po likwidację dopłat do paliwa, których skutkiem byłby ponad dwukrotny wzrost cen benzyny.

To ostatnie uderzyłoby ostatecznie w ceny wszystkiego innego, ale było szczególnie dotkliwe dla mieszkańców wsi i mniejszych miast. Jak większość Ameryki Południowej, Ekwador posiada jedynie szczątkowy transport kolejowy i ma niewielką gęstość zaludnienia (nie tak wiele mniejszy od Polski, ma jedynie 17 mln mieszkańców). Ekwadorczycy na prowincji są więc uzależnieni od samochodów, żeby dotrzeć do pracy czy na targ w mieście, w którym sprzedają swoje produkty rolne. Anulowanie reform wymusiły trwające 11 dni protesty, opisywane jako największe na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat. Pomimo równie bezprecedensowej reakcji aparatu represji (z wprowadzeniem stanu wyjątkowego włącznie), protestujący nie odpuszczali i sparaliżowali słynącą ze swojej barokowej architektury stolicę kraju Quito do tego stopnia, że rząd uciekł przed protestującymi do oddalonego o ponad 400 km Guayaquil, największego miasta w kraju. Głównym aktorem protestów była federacja amerindiańskich organizacji Ekwadoru, CONAIE.

Pierwsza lekcja, jaką my – lewica – musimy wyciągnąć z ekwadorskich protestów, jest taka, że być może nie mamy innego wyjścia: stawić czoła coraz brutalniejszej przemocy ze strony sił kapitału i sprzymierzonego z nimi państwa możemy czasem już tylko pod warunkiem gotowości do tego, by nań odpowiedzieć naszą kolektywną przemocą. Państwo na własną przemoc w obronie neoliberalnego reżimu akumulacji kapitału gotowe jest nie tylko na egzotycznych rubieżach kapitalistycznego systemu-świata, ale – jak ulice Barcelony pokazują znowu, a Paryża i innych miast Francji niezmiennie co tydzień – także w starej dobrej Europie. Albo będziemy gotowi, kiedy trzeba, wyrywać kostkę brukową i wybijać szyby, albo możemy się już teraz pochować po kątach, podczas gdy kapitał odbiera nam resztki z tego, co jeszcze mamy.

Czego jeszcze uczy nas dzisiaj Ekwador?

Ecuador znaczy Równik

Te same amerindiańskie organizacje zmusiły swoimi protestami do rezygnacji trzech prezydentów (w 1997, 2000 i 2005). Tempo tej rotacji zatrzymało się dopiero, gdy wybory prezydenckie w 2006 roku wygrał Rafael Correa, były minister finansów, który już w tamtej roli zaznaczył się sprzeciwem wobec forsowanej przez USA umowy o wolnym handlu.

Jak wiemy dzięki WikiLeaks, ambasador Stanów Zjednoczonych w Quito Linda Jewell brała udział w podminowywaniu Correi już w czasie kampanii przed tamtymi historycznymi wyborami. Kiedy Correa wybory wygrał i w styczniu 2007 objął urząd prezydenta, stał się dla Waszyngtonu wrogiem numer 3 na kontynencie (po Hugo Chavezie w Wenezueli i Evo Moralesie w Boliwii). Ambasador Jewell, jeszcze zanim Correa wprowadził się do pałacu prezydenckiego, słała do Departamentu Stanu depesze, że w najbliższym czasie nie będzie szans na harmonijną współpracę handlową. Później spotykała się z przedstawicielami ekwadorskiego biznesu, by z nimi spiskować celem wykolejenia administracji Correi, a do Waszyngtonu pisywała o „trwającym okresie politycznego konfliktu i niestabilności”. Tymczasem Correa pozostał u steru państwa na trzy kadencje, przewodząc względnie najbardziej stabilnemu okresowi w najnowszej historii politycznej Ekwadoru. „Polityczna niestabilność” to w slangu amerykańskich dyplomatów po prostu „rząd, którego nie lubimy”.

Nic się nie poprawiło, kiedy do Białego Domu w styczniu 2009, na miejsce George’a Busha Młodszego, wprowadził się najpiękniejszy z amerykańskich prezydentów. Nie minęły dwa miesiące, a Correa wydalił z kraju amerykańskiego dyplomatę – pod zarzutami, że w rzeczywistości jest agentem CIA. Mark Sullivan miał nawet skonfiskować komputery, na których znajdowały się ważne dla bezpieczeństwa Ekwadoru informacje. W tym samym roku Correa wyprosił Amerykanów z bazy wojskowej Manta. W 2011 Correa wydalił także ambasador przysłaną do Quito już przez administrację Obamy, Heather Hodges. A w 2012 w Londynie pewien mężczyzna, który bał się o swoje życie, zadzwonił do drzwi ambasady równikowej republiki, by poprosić o azyl polityczny. Julian Assange, człowiek, który pokazał światu brudne sekrety Imperium Dolara. Correa miał odwagę i wystarczająco mocny kręgosłup moralny, by mu ten azyl przyznać. Nie miał innego wyjścia, jak trzymać Assange’a w eksterytorialnej ambasadzie, gdyż poza jej progiem Australijczykowi groziło natychmiastowe aresztowanie przez Brytyjczyków.

Bilans rządów Correi

Ten poziom napięć między Quito a Waszyngtonem był możliwy, pomimo iż Correa był przywódcą mniej „radykalnym” niż Chávez czy Morales. Wystarczyło, że zadeklarował swój akces do chavezowskiego projektu „socjalizmu XXI wieku”, podkreślał suwerenność swojego kraju i jego prawo do decydowania o własnym losie, własnym terytorium i własnej gospodarce. Odmawiał podpisywania na ślepo każdego traktatu o „wolnym” handlu podsuwanego przez Waszyngton, zamiast tego wybierając zbliżenie w wymianie z krajami własnego kontynentu, zwłaszcza z rządami „różowej fali”.

Correa ani nie przeprowadzał wywłaszczeń (jedynie groził nimi zagranicznym korporacjom naftowym i wydobywczym, jeśli nie będą się stosowały do wytycznych rządu), ani nie wypędzał oligarchów, ani nie wyrzucał z kraju amerykańskich korporacji, ani nie odmawiał im prawa do prowadzenia interesów (jedynie faworyzował inwestycje z Chin), ani nie podważył stosunków własności. Próbował jedynie opanować proces koncentracji bogactwa w rękach nielicznych, np. podnosząc na najwyższych pułapach majątkowych podatki od spadku i sprzedaży nieruchomości. Inwestował w elementarne nadganianie wieloletnich zaniedbań infrastrukturalnych, kierował środki na subsydia i edukację, podnosił płace i zasiłki. Nie zdołał nawet naruszyć peryferyjnego modelu gospodarki opartego głównie na eksploatacji surowców kraju na potrzeby rynków światowych, z czego największe zyski nader często czerpał nadal kapitał ponadnarodowy.

To ostatnie zresztą stanowiło przyczynę, dla której Indianie z CONAIE stawiali się i jemu, choć za sprawą innych aspektów jego polityki nie aż tak, żeby go – jak jego poprzedników – obalić. Udostępnianie surowców do eksploatacji stawało raz po raz w konflikcie z prawami i roszczeniami ekwadorskich Indian. Administracja Correi wielokrotnie nad ich prawami stawiała zyski z eksploatacji surowców, zwłaszcza ropy naftowej. Dlatego zresztą dzisiaj przedstawiciele CONAIE wpadają w furię, gdy słyszą, że ich protesty finansowane są przez rzekomy spisek zwolenników Correi z rządem Nicolasa Maduro w Wenezueli.

Warto tu jednak zauważyć, że kiedy Indianie z CONAIE współprowadzili największe protesty przeciwko Correi (w 2015), to dali się wmanipulować w demonstracje de facto wykreowane przez oligarchów przerażonych podnoszonymi podatkami od spadków i niektórych dochodów kapitałowych. Correi natomiast trzeba przyznać, że choć wielu rzeczy zmienić mu się nie udało, to przecież przejął on państwo pozbawione suwerennej kontroli nad swoją walutą (gospodarkę zdolaryzowały poprzednie, neoliberalne rządy). A mimo to potrafił zagwarantować nie tylko wzrost gospodarczy – na średnim poziomie powyżej 4% rocznie – ale także taką jego dystrybucję, żeby ów wzrost trafiał do dołów społecznych. W ostatnich latach jego prezydentury Ekwador miał najwyższą płacę minimalną w całym regionie Andów. Jeśli chodzi o pułapkę uzależnienia od dochodów z surowców takich jak ropa naftowa, to – jak to ujął jeden z jego ministrów chcąc się poruszać w ramach formalnych liberalnej demokracji i odziedziczywszy peryferyjną strukturę gospodarki, Correa miał do wyboru rozwój przez eksploatację surowców lub (na podobieństwo niektórych krajów azjatyckich) przez intensywną eksploatację taniej siły roboczej, a tego ostatniego właśnie chciał uniknąć. A prawa Indian i przyrody zapisał w nowej konstytucji Ekwadoru.

Lekcje Ekwadoru

Co Ekwador znaczy dla nas dziś?

Może na przykład to, że wszystko się (dziś) ze wszystkim łączy. Nie ma spraw bez znaczenia, na pewno nie dlatego, że są daleko. Linie frontu przekraczają granice państw, morza, oceany. Czasem biegną gdzieś podskórnie, długo się nie ujawniają, by w różnych częściach świata wybijać się nagle na powierzchnię i eksplodować spiętrzeniem napięć. Sprawy łączą się czasem w zaskakujący sposób, ale w spójne wzory. Quito, Curitiba, Santiago, Paryż, Barcelona, Warszawa – wspólna sprawa.

Weźmy tego Assange’a, jak pryzmat, w którym tyle linii się zbiegło; jak symbol, który pojawia się uparcie w tylu kontekstach. Sprzysięgło się przeciwko niemu całe anglosaskie imperium – Stany Zjednoczone i Wielka Brytania przez lata kontynuowały oblężenie, by schwytać jednego małego człowieka, aparaty kilku innych państw wciągając do udziału w tym przedsięwzięciu. Australia im po prostu pozwoliła, jakby zapomniała, że Assange jest jej obywatelem. Na moralnej wysokości zadania stanęła za to mała, egzotyczna, równikowa republika „różowej fali”. Quito stało bohatersko na swojej pryncypialnej pozycji – tak długo, jak długo wyprostowane stały inne „różowe” latynoskie republiki; tak długo, jak ochronny parasol nad nimi rozpościerał potężny sąsiad, regionalny Olbrzym, Brazylia. Kiedy sterowany z USA parlamentarny zamach stanu usunął tam centrolewicową presidentę, a potem wsadził do więzienia Lulę, najpopularniejszego polityka w kraju, wszystko się posypało, nie tylko w Brazylii. Assange poparciem darzył antyneoliberalną rewoltę Katalończyków. Hiszpańska korporacja szpiegowała go więc dla Amerykanów w ambasadzie Ekwadoru w Londynie, kiedy Correę na stanowisku prezydenta zastąpił Lenín Moreno. Kiedy zdrajca Moreno zaczął ścigać swojego byłego szefa, Correę (który w międzyczasie wyniósł się do Belgii), sfingowanymi zarzutami (na początek o korupcję, potem o porwanie!), to postępował śladem wytyczonym już w Brazylii, metodą sprawdzoną na Luli. Zdrajca Moreno natychmiast usadowił się na klarownej pozycji: sprzedał Assange’a, ponownie zaprosił US Army na terytorium Ekwadoru, poparł też „przywódcę demokratycznej opozycji” Juana Guaidó w Wenezueli…

Może znaczyć na przykład to, że dług będzie nam zawsze przedstawiany jak suchy, obiektywny fakt ekonomiczny, techniczna oczywistość, z którą się nie dyskutuje. Że będzie nam także przedstawiany jako fakt z porządku moralności, zobowiązanie etyczne – trzeba go spłacać, za karę za życie wcześniej ponad stan. A jednak zawsze jest on kategorią przede wszystkim polityczną, definiowaną i narzucaną przez porządek władzy i przez aktualny układ sił. Prezydent Moreno powołał się na „kryzys zadłużenia”, który jakoby odziedziczył po administracji Correi, by uzasadnić, że nie ma wyjścia, jak prosić o ten kredyt z MFW. Żeby go dostać, sprzedał Anglosasom Assange’a i złamał ekwadorską konstytucję, nie czyniąc kredytu przedmiotem debaty i głosowania w parlamencie. Główne światowe media powtarzają mantrę o „kryzysie zadłużenia”, jakby był on po prostu faktem, jest on jednak faktem tylko dlatego, że tak powiedzieli ci, którzy mają władzę nad tym, co przedstawione nam zostanie jako fakty. W rzeczywistości zadłużenie przejęte przez Moreno po Correi wynosiło tylko w okolicach 40% PKB, połowa średniej w Unii Europejskiej. Ekwadorskie finanse publiczne, jeśli spoglądać z punktu widzenia zadłużenia, miały się tak, że Londyn, Paryż, Waszyngton czy Rzym jeszcze długo będą mogły o takim stanie tylko marzyć. Administracja Moreno natomiast, odkąd zaczęła „walczyć z zadłużeniem” metodą na zaciskanie pasa, zdążyła je już podwoić (w niecałe dwa i pół roku; Correa był u władzy przez ponad dekadę).

Może znaczyć na przykład to, że nawet umiarkowane działanie z poszanowaniem procedur liberalnej demokracji nie chroni dzisiaj przed gniewem globalnego kapitału i głównego wykonawcy jego woli, Imperium Dolara. Nawet reformizm nie uchroni przed oskarżeniami o „czerwony radykalizm”, nie uchroni przed odwetem, najwyżej odsuniętym trochę w czasie. Wszystko jedno, czy w Białym Domu zasiadał będzie jeden z Bushów, Obama czy Trump. Kapitał jest dzisiaj w stanie takiego szału, że nawet rozsądny reformizm potraktuje jak rzuconą rękawicę i jeśli będzie zmuszony przez jakiś czas go tolerować, to tylko po to, by w międzyczasie skonsolidować siły i zemścić się z nawiązką. Może wykonać prawicowy zamach stanu (nawet przy użyciu lokalnego parlamentu, jak w Brazylii), ale może też przechwycić naszych własnych do niedawna towarzyszy.

Lenín Moreno był wiceprezydentem w administracji Correi, do wyborów startował z jego namaszczeniem i miał kontynuować dziedzictwo jego „obywatelskiej rewolucji”. Natychmiast po przejęciu władzy przeszedł na stronę Waszyngtonu i Międzynarodowego Funduszu Walutowego, w polityce wewnętrznej i międzynarodowej. Jak dokładnie to się stało – czy Moreno od początku był koniem trojańskim, czy został przez Amerykanów przekupiony, a może zastraszony? – na szczegółową wiedzę na ten temat musimy chyba jeszcze poczekać.

Może znaczyć również to, że to właśnie radykałowie są dziś jedynymi realistami, a „rozsądni” czy „umiarkowani” reformiści najbardziej niepoważnymi romantykami. Że umiarkowany, rozsądny reformizm, metoda drobnych zmian na lepsze z poszanowaniem większości burżuazyjnych reguł, daje może w krótkiej perspektywie legitymizację w oczach „wspólnoty międzynarodowej” – ale legitymizacja ta nader często okazuje się krótkotrwała, bo oskarżenia o „autorytaryzm” i tak uderzą przy pierwszej podwyżce podatków dla najbogatszych. Ale przede wszystkim: metoda drobnych zmian z poszanowaniem burżuazyjnych reguł w dłuższej perspektywie wystawia wszystko, co w ciągu kilku czy kilkunastu lat uda się w ten sposób wynegocjować, na pastwę bezlitosnej zemsty Imperium Dolara. Widzimy to w Ekwadorze tak samo, jak w Brazylii czy Argentynie. Może więc jedyną realistyczną dziś szansą na zmianę, która przetrwa dłużej niż dekadę, jest postępowanie najbardziej radykalne: uderzyć w samo sedno (stosunki własności, stosunki produkcji), wywrócić wszystko na raz do góry nogami?

 

Tekst ukazał się 27 października 2019 na portalu Strajk.eu (pt. Znaczenie Ekwadoru, albo dlaczego radykałowie są dziś jedynymi realistami).

Ilustracja: przykrojona od góry i dołu flaga Ekwadoru na podstawie Wikipedii.

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Wybory, znaczenie i jego brak

Obserwując polską kampanię wyborczą i rozwijający się wokół niej ekosystem komentarzy, napotykamy sformułowania nawet tak mocne, że „będą to najważniejsze od dawna wybory polityczne w Polsce”. A co, jeśli najsmutniejszym aspektem nadchodzących wyborów, a zarazem tym, z którego najbardziej – jeśli jesteśmy realistami – musimy sobie zdać sprawę, jest coś wręcz przeciwnego: że w pewnym sensie te wybory nie mają większego znaczenia?

Na najbardziej podstawowym poziomie logiki elektoralnej – zwycięstwo PiS jest już w zasadzie przesądzone. Było zresztą od dawna. Trudno sobie wyobrazić, żeby na przestrzeni kilku tygodni, które nam zostały [tekst ukazał się pierwotnie 18 września 2019], „liberalna” (o polskim liberalizmie nie da się pisać bez cudzysłowów) opozycja otrząsnęła się ze swojego intelektualnego zatwardzenia i zrozumiała nagle, co się dzieje. Trudno sobie wyobrazić, że systematycznie marginalizowana przez „wolne”, „liberalne” media Lewica (jak niedoskonała by ona nie była), nagle dostanie skrzydeł i dyskursywne pole manewru, żeby okazać się czymś więcej niż niewielką trzecią siłą w parlamencie.

Czytaj dalej

Reductio ad Putinum

Na naszych oczach, na całym świecie, w różnym, ale wszędzie niepokojącym tempie, liberalna demokracja degeneruje się do różnych form i stopni autorytaryzmu. Od Orbana na Węgrzech po Bolsonaro w Brazylii, od Erdogana w Turcji po Duterte na Filipinach, od Modiego w Indiach po Trumpa w Białym Domu i Macrona w Pałacu Elizejskim (tak, to nie jest pomyłka, złotego chłopca neoliberalnego „skrajnego centrum” należy umieszczać w tym samym szeregu). Jednak żaden ze współczesnych autokratów, nowych ani starych, miękkich ani twardych, nie jest demonizowany na skalę porównywalną z prezydentem Rosji Władimirem Putinem.

Sprowadzanie każdej krytyki tego czy innego rządu albo polityka do porównań z Putinem, do komunałów, że „Putin tylko na to czeka”, albo że to po prostu „robota Putina” – stało się intelektualnym wytrychem komentatorów różnych szkół, dziennikarzy mediów o różnych ideologicznych profilach i polityków rozmaitych opcji. Reductio ad Putinum pełni funkcje ostatecznego argumentu i gwoździa do trumny adwersarza, wywołuje wrażenie krańcowej politycznej grozy.

Czytaj dalej

Brzydkie słowo: Mulat

O tym brzydkim słowie przypomniała mi rozmowa na Facebooku. Do spisania w końcu sprowokowanych przez nią przemyśleń zmobilizowała mnie w końcu czterechsetna rocznica narodzin niewolnictwa w angielskich koloniach w Ameryce Północnej, które potem stały się Stanami Zjednoczonymi. W sierpniu 1619 do wybrzeży Virginii przybił pierwszy statek z niewolnikami z Afryki.

Z dala od Polski, rzadko tam bywając, czasem zapominam, jak opłakany jest stan współczesnego języka polskiego, w jego wersji powszechnie używanej – wszędzie tam, gdzie zadaniem jest opis dynamicznej rzeczywistości politycznej, społecznej, kulturowej. Rzuciłem bowiem w stronę moich fejsbókowych znajomych pytaniem, kiedy się dowiedzieli, że Puszkin był Czarny. Prawdę mówiąc byłem ciekaw, czy moja ignorancja (dowiedziałem się od pewnego rosyjskiego przyjaciela, najdalej trzy lata temu) była w tej materii wyjątkowa. To samo miałem z Alexandre’em Dumasem – choć jako nastolatek przeczytałem wszystko spod jego pióra, co znalazłem w moich bibliotekach w Dąbrowie Górniczej, tego, że był Czarny, dowiedziałem się dopiero z ust Christopha Waltza w Django Unchained Quentina Tarantino. No więc, wracając do Puszkina, dowiedziałem się, że nie tylko ja. O Puszkinie wiedziało właściwie tylko kilka osób albo bardzo oczytanych, bądź też od dawna lub kiedyś zafascynowanych jego twórczością. Wiele osób dowiedziało się o tym z mojego statusu.

Rozmowa miała kilka wątków, ale przemyślenia do spisania tutaj dotyczą głównie jednego. Usłyszałem (no, przeczytałem) kilka razy, że Puszkin nie był Czarny, bo miał tylko pradziadka z Etiopii (lub Erytrei). On i Dumas byli mulatami (czasem w formie pytania a nie twierdzenia). To, że w Polsce takie słowo przechodzi do dzisiaj przez usta/klawiaturę ludziom i wykształconym, i całkiem rozgarniętym politycznie (nawet o lewicowych poglądach), jakby było neutralnym, nieobciążonym terminem, wzięło mnie z zaskoczenia. Na emigracji od początku 2008 roku, od dawna spotykam się z nim tylko w książkach, i to albo starych, albo historycznych.

AleksanderPuszkin

Aleksander Puszkin

Czytaj dalej

Wenezuela i faszyzm XXI wieku

Niektórzy z jakiegoś powodu wierzą, że neoliberałowie stanowią przynajmniej jakąś zaporę przed rozlewającym się dziś po świecie faszyzmem. Nawet na lewicy nierzadkie są fantazje o tym, że powstrzymamy faszyzm XXI wieku, zawierając taktyczny, tymczasowy sojusz z neoliberałami.

Trudno o lepszy test tej fantazji niż reakcje świata na toczącą się właśnie sponsorowaną przez Waszyngton próbę prawicowego zamachu stanu w Wenezueli. Samozwańczy „prezydent”, Juan Guaidó, polityczny pajac opozycji, którego jeszcze pół roku temu nie kojarzyło w ogóle 80 proc. mieszkańców Wenezueli, został natychmiast poparty przez Biały Dom Donalda Trumpa. Ramię w ramię z Waszyngtonem z uznaniem dla Guaidó pospieszył oczywiście nowy prezydent sąsiedniej Brazylii, faszysta Jair Bolsonaro, oraz prawicowy rząd Kolumbii, a za nimi inne konserwatywne rządy na zachodniej półkuli. Dziś [tekst ukazał się pierwotnie 27 stycznia 2019], na prośbę Trumpa, Guaidó został uznany przez skrajnie prawicowy rząd Izraela.

Czytaj dalej

Polska PiS i Brazylia Bolsonaro, albo o globalizacji antykomunizmu

Inaugurację prezydentury Jaira Bolsonaro w Brasilii, jak podaje telewizja Telesur, zaszczyciły swoją obecnością delegacje 46 państw, a wśród tych delegacji jedynie dziesięć głów państw osobiście (w tym Viktor Orbán i Binjamin Netanjahu). Dla porównania na pierwszej inauguracji Luli da Silvy zameldowało się 120 delegacji, a Dilmy Rousseff – 130. Pokazuje to trochę, jak ciężko jest światu przełknąć nowego prezydenta Brazylii.

Wśród tych 46 delegacji był minister spraw zagranicznych Polski, Jacek Czaputowicz, który fotografował się z Bolsonaro i jego żoną Michelle, rozmawiał z nowym szefem brazylijskiej dyplomacji, a także ciepło się wypowiadał o Brazylii i widokach na współpracę z tak ważnym państwem.

Czytaj dalej

Kolejny rok niespokojnego słońca

Planeta nie może już dłużej dźwigać systemu ekonomicznego, którego bezlitosnej eksploatacji poddali ją (jak i większość z nas) nasi władcy. Kolejne miesiące minionego roku przynosiły z sobą kolejne rekordy temperatur kiedykolwiek o danej porze roku zarejestrowanej, a na rozgrzanej planecie słońce podpaliło lasy od Kalifornii po Grecję. Dowiedzieliśmy się już ponad wszelką wątpliwość, że na przestrzeni zaledwie kilku ostatnich dekad wymordowaliśmy większą część dzikiego życia na Ziemi, i że proces ten postępuje coraz szybciej. Nasza planeta nie daje już rady i mówi nam to na każdym kroku. Nasi władcy – królowie, książęta i kapłani schyłkowego kapitalizmu – dzielą się tymczasem niemal wszyscy na tych, którzy udają, że tego nie wiedzą i nie widzą, oraz tych, którzy udają, że coś robią, tańcząc dla picu walce lunatyków na kolejnych „poświęconych klimatowi” kongresach.

Tak samo zresztą nie wytrzymuje sam ów system ekonomiczny, nie wytrzymują jej formalne ramy polityczne i geopolityczne. System osiągnął granice swojej ekspansji, granice tego, gdzie i ile kosztów może eksternalizować: fizycznie skończył mu się świat. Nie znalazł drogi wyjścia z krachu roku 2008, wówczas przysypanego tylko tymczasowo górą wydrukowanych nagle pieniędzy; ratuje się grabieżą i przykręcaniem śruby tym, których coraz brutalniej wyzyskuje. Rok zamknął największy spadek na Wall Street od 2008 roku, a na pewno nie jest to świętego Rynku ostatnie słowo.

Czytaj dalej