Brazylijska przemoc

Najbardziej zdumiewającym wymiarem brazylijskiej przemocy – skali przemocy w Brazylii – wcale nie jest to, jak tej przemocy jest dużo. Najbardziej zdumiewa, że jest jej tak mało. Tak, wszyscy znamy Miasto Boga – powieść Paulo Linsa i film Fernando Meirellesa i Katii Lund, wszyscy znamy Elitarnych Jose Padilhi, wszyscy widzieliśmy w telewizji relację z jakiejś krwawej jatki na ulicach Rio de Janeiro czy São Paulo, strzelaniny w szkole, napadu z bronią, czy wojny między druglordami wciąż sprawującymi władzę w niejednej faweli a jednostkami Policia Pacificadora.

A jednak, mimo wszystko, podtrzymuję: najbardziej zdumiewającym rysem przemocy w Brazylii jest to, jak jej jest niewiele.

miasto boga

Miasto Boga (2002)

Jak zostałem obrabowany

Byłem w Brazylii dwa razy – drugi raz prawie trzy miesiące. Faktycznie, zostałem raz okradziony. Rzecz się miała tak.

Moi znajomi z São Paulo, Péricles i Fabio, zabrali mnie od swojego rodzinnego domu na plaży, w znajdującej się półtorej godziny samochodem od finansowego centrum kraju miejscowości Bertioga. Fabio został w domu, bo nie lubi być długo na słońcu. Ja po sześciu latach życia w Londynie i po zimie poprzedniego roku, która stanowiła w stolicy Albionu, ni mniej, ni więcej, tylko siedem miesięcy mokrych ciemności, byłem wygłodniały słońca, więc razem z Périclesem snuliśmy się po plaży, na której było trochę ludzi, ale rozstrzelonych na jej długości bardzo nierównomiernie. Po jakimś czasie takiego łażenia wzdłóż brzegu, ze stopami podmywanymi wodą, stwierdziliśmy, że wejdziemy na chwilę głębiej do wody. Byliśmy akurat na pustej części plaży, w dość dalekim promieniu nie widać było żywej duszy.

Rozłożyliśmy moją cangę z Salvadoru (canga to to coś, co Brazylijczycy rozkładają na piasku zamiast ręcznika, turystom często sprzedawane są z flagą Brazylii, mozaiką z Copacabany, albo Chrystusem z Corcovado). Na niej położyliśmy torbę, do której Péricles włożył nasze klapki, gdy już byliśmy stopami w wodzie, swoje stare okulary słoneczne i może z sześć czy siedem reais, gdybyśmy chcieli na plaży kupić wodę czy coś. Jest to mniej więcej równowartość dwóch funtów szterlingów. Zostawiliśmy te nasze szpargały kilka metrów od linii brzegu i poszliśmy do wody.

Trzeba było zejść dość daleko od brzegu, bo woda długo była płytka. Cały czas rozmawialiśmy, ale w pewnym momencie obaj obejrzeliśmy się za siebie, za grupą trzech nastoletnich chłopców, przemierzających plażę na rowerach. Przejechali obok naszych rzeczy, jakby otaczając je, z dwóch stron. Obaj pomyśleliśmy „Oh, fuck!”, ale nic nie powiedzieliśmy, bo nie chcieliśmy być za bardzo paranoiczni. Chłopcy odjechali, nie ruszając naszych rzeczy. Nad plażą, niemal nad naszymi głowami, unosił się śmigłowiec policji wojskowej. Odwróciliśmy się ponownie od brzegu wyczekując nadchodzącej fali. Coś nas jednak tchnęło i obaj obejrzeliśmy się znowu za siebie. Jeden z tych trzech chłopców zawrócił. Dwaj stali może kilkadziesiąt metrów dalej. Ten, który zawrócił, zasuwał w stronę naszych szpargałów. Zaczęliśmy krzyczeć i biec do brzegu, ale biegnąc w wodzie nie mogliśmy być ani trochę tak szybcy, jak chłopak na rowerze. Wciąż jadąc, przechylił się, wyciagnął rękę i już zawracał z naszą torbą w garści. Byliśmy już na brzegu, może dziesięć metrów od złodzieja, ale on się szybko oddalał, a Périclesa złapał skurcz w łydce. Chłopak na rowerze zrównał ze swoimi dwoma kolegami i odjechali szybko w trójkę. Widać było, że nie zaglądają, co jest w skradzionej torbie, dopóki nie będą bezpiecznie daleko.

„Co myśmy w ogóle myśleli, biegnąc za nim?” – westchnął Péricles. – „Że go złapiemy i co, będziemy się z nim bić o torbę z klapkami i kilkoma monetami w środku?”

Faktycznie. Cała trójka naszych “złoczyńców” musiała kilka minut później przeżyć pewne rozczarowanie. Na pewno liczyli na coś więcej, jakiś porfel, telefon, ale my nic takiego z rozmysłem nie zabraliśmy na plażę. Frustrujące trochę jednak dla nas było, że to się wydarzyło pod okiem patrolującego plażę helikoptera policyjnego.

To jedyna rzecz, jaka została mi kiedykolwiek w Brazylii skradziona. Klapki były na dodatek stare, kupione jeszcze za czasów poprzedniego pobytu w Brazylii, w 2011 roku. Dni swojej świetności miały już za sobą, bo zabierałem je w międzyczasie na każdy urlop w ciepłe strony. Nosiłem się już z zamiarem ich wyrzucenia i zastąpienia nowymi.

Nie znaczy to, że cała ta historia nie wyrządziła nam krzywdy. Péricles miał tam też swoje okulary przeciwsłoneczne, stare, ale jedyne, jakie zabrał na ów weekend na plaży. No i musieliśmy wracać do domu na bosaka.

Już piasek na plaży, tam gdzie zaczynał się suchy, bo fale już dalej nie docierały, był potwornie gorący, rozpalony lejącym się z nieba żarem. Ale prawdziwy koszmar zaczął się, gdy wyszliśmy z plaży na wyłożoną kostką, a potem betonowymi płytami drogę. Péricles obolały po skurczu w nodze, żaden z nas nieprzyzwyczajony do chodzenia na bosaka po betonie. Francisco w Itaparice nie miał z tym problemu, ale jak powiedział, “na to trzeba lat praktyki”. Desperacko wyszukiwaliśmy wyłaniających się czasem koło krawężnika lub spomiędzy betonowych płytek kępek trawy, staraliśmy się skakać szybciej, gdy w promieniu kilku czy kilkunastu metrów majaczył jakiś nieśmiały, blady trawnik. Ulga była jednak niewielka. O ile trawa miała zwykle temperaturę niższą niż beton, była już do szczętu spalona słońcem, sucha, połamana i twarda, kaleczyła jeszcze dodatkowo nasze poparzone już, czerwone stopy.

Był to chyba najdłuższy kilometr w moim życiu. Kiedy dotarliśmy do domu, wrzuciłem zwłoki moich stóp do basenu i nie wyciągnąłem ich stamtąd przez chyba dwie godziny. Jestem trudny do zdarcia – kiedyś przez trzy tygodnie chodziłem ze złamaną stopą, nie wiedząc, że jest złamana (myślałem, że to tylko lekka opuchlizna spowodowana zwichnięciem) – nocą jeszcze wtarłem w swoje stopy mnóstwo jakiegoś kremu i nazajutrz byłem cały i zdrów. Péricles jednak nie mógł normalnie chodzić przez kilka kolejnych dni, wszystko to bowiem obudziło jakiś starszy, niedoleczony problem w jego stopach.

Oprócz tego byliśmy oczywiście wściekli, że nas taka kretyńska sytuacja spotkała, że się wystawiliśmy na tak głupi łup jakimś młokosom.

Jak na doświadczenie legendarnej “brazylijskiej przemocy” było to jednak niewiele. Nikt do nas nie strzelał, nie groził nożem, nasze straty materialne w skradzionych dobrach były śmiesznej wartości, a obrażenia Périclesa były raczej skutkiem głupiego łańcucha koincydencji, które się w tak przykry złożyły koniec, niż samego aktu dokonanego przez tych przypadkowych chłopców.

Jak już powiedziałem, był to jedyny przypadek, kiedy padłem w Brazylii ofiarą przemocy. Każdy się chyba ze mną zgodzi, że był to przypadek bezprzykładnie niespektakularny; na moim osiedlu w Dąbrowie Górniczej działy się nieraz bardziej sensacyjne wydarzenia. Nie byłem też nigdy świadkiem aktów przemocy skierowanej w stosunku do innych osób, a wybrałem się kiedyś na całą noc do nocnego klubu w faweli w Rio de Janeiro, w innej faweli, słynnej Rocinhi, rządzonej wtedy wciąż przez gangi narkotykowe, nawet się kiedyś zgubiłem.

Przemoc jako rzeczywistość

Ale nie, nie znaczy to wszystko, że w Brazylii nie istnieje problem przemocy i że nic nikomu nigdzie nie grozi. Kto szuka kłopotów, w Brazylii bez większego problemu je znajdzie. Ja nie kusiłem losu i nie zostawiłbym nigdy swojego ukochanego aparatu fotograficznego na plaży, na “kandze”, tak jak z Périclesem zostawiliśmy torbę ze starymi klapkami i sześcioma reais wrzuconymi tam luzem. Nosiłem przy sobie umiarkowane ilości gotówki i najwyżej jedną kartę kredytową. Kiedy po północy robiło się wokół mnie zbyt gęsto, rozglądałem się wokół i rozważałem, czy nie schować jednak mojego canona w plecaku. Ufałem też swojemu instynktowi. Jeśli jakaś ponura ulica w Salvadorze odbijała się dreszczami na moich plecach (a są tam takie ulice – po zmroku tak na mnie działała rua Chile), nigdy więcej nie zapuszczałem się tam po zmierzchu, a już na pewno nie w pojedynkę.

Raz w czasie całego mojego pobytu przestraszyłem się idących w moim kierunku dwóch wysokich młodych mężczyzn, których spojrzenie wywołało u mnie to, co Anglicy nazywają trafnym – jak tak wiele w języku angielskim – słowem unease. Był to ostatni dzień mojego pobytu w Rio, w rękach miałem tego mojego canona, z kartą pamięci pełną zdjęć. Głupio byłoby to stracić tuż przed wyjazdem na lotnisko Galeão. Tym razem nie miałem nawet z sobą plecaka, żeby go gdzieś schować. Miałem wrażenie, że ci dwaj młodzi ludzie wstali na mój widok ze stopni, na których wcześniej siedzieli i zmierzali w moim kierunku. Ponieważ zazwyczaj młodzi brazylijscy mężczyźni wywołują we mnie raczej fascynację – nigdzie nie widziałem tylu tak zabójczo pięknych mężczyzn, jak w Brazylii – niż jakąkolwiek formę lęku, postanowiłem dać wiarę swojemu instynktowi i przyspieszyłem kroku, schodząc im z drogi i znikając z ich radaru.

Ale mimo wszystko, przez cały okres swojej podróży chodziłem z moim canonem wszędzie, gdzie tylko chciałem, nierzadko sam, wielokrotnie włócząc się z nim do późna w noc, w miastach małych i dużych, przytulnych jak Lençóis czy Ouro Preto i słynących – jak Salvador, Rio i São Paulo – z przemocy i ulicznego złodziejstwa, czasem bardzo bezczelnego (w São Paulo opowiadano mi o młodych mężczyznach podjeżdżających na motorach do chodników przy ulicach i wyrywających swoim ofiarom torby czy aparaty fotograficzne, nierzadko odcinając w przelocie nożem paski trzymające je na szyi czy ramieniu pechowego piechura; w filmie Linha de passe Waltera Sallesa i Danieli Thomas możemy zobaczyć, jak wyrywają je z samochodów, w których wybijają szyby). Nic realnie złego nigdy mnie nie spotkało.

police (8)

Policia militar na jednej z ulic Wyższego Miasta w Salvadorze w stanie Bahia

A stranger is a friend you haven’t met yet. To moja ulubiona definicja obcego i lubię trzymać się jej w podroży. Obcy, w każdym razie przez czas mojej podróży przez Brazylię, zwracali mi tę samą monetę. I odwrotnie. Jeśli przestraszysz się chłopaka, bo ma czarną skórę, on nie będzie tak całkiem bez racji, jeśli zapragnie dać ci za to po mordzie i zachować się w sposób, do jakiego go swoją na niego reakcją wezwałeś.

Przyszłym podróżnikom do Brazylii, jeśli potrzebują mniej poetyckiej porady, zalecam zachowywanie się w sposób, który nie kieruje zbyt wiele uwagi na posiadane przez nich wartościowe przedmioty. Jeśli twoja troska o aparat, czy cokolwiek tam nosisz przy sobie, przybiera postać zbyt nerwową, podrywami paniki reagujesz na każdego zbliżającego się człowieka, nerwowo zasłaniasz swój drogocenny obiekt przed widokiem innych, wysyłasz dość jasny komunikat, że cokolwiek tam masz, musi być cholernie drogie: może warto zaryzykować i spróbować ci to zakosić. Ja w nocy zmieniałem mojemu canonowi obiektyw na jasny, fizycznie krótki, bez zmiennej ogniskowej, przeznaczony do zdjęć przy niskiej ilości światła (nie używam flesza), który sprawia, że cały aparat zaczyna wyglądać znacznie bardziej niepozornie; dzięki temu mogłem się zachowywać, jakby był znacznie skromniejszy niż jest w istocie. W miejscach bardzo zatłoczonych, albo po zmroku, gdy mamy przy sobie coś wartościowego, np. aparat fotograficzny, bezpieczniej jest nie pozostawać cały czas w jednym miejscu; lepiej przemieszczać się w tłumie, nie dając potencjalnym złodziejom czasu na oszacowanie dystansu, ryzyka, możliwych podejść i na zorganizowanie samego podejścia do obiektów, które mamy przy sobie.

Przestępczość i przemoc nie są wytworem fantazji radykalnych brazylijskich filmowców, pragnących wstrząsnąć sumieniami swojego społeczeństwa i przekonać je do swoich tez; pewne miejsca są w Brazylii niezbyt bezpieczne. Jak by nie było, Miasto Boga powstało z kompilacji osobistych doświadczeń Paulo Linsa i socjologiczno-antropologicznego materiału testymoniów zgromadzonego przez niego i jego współpracowników w ramach akademickiego projektu badawczego, z którego potem zrodziła się powieść. Innymi słowy, Miasto Boga, powieść i film, zasadniczo ulepione są z faktów i relacji niemal bezpośrednich[1].

W tym samym hostelu w Santa Teresa, w którym i ja przebywałem będąc w Rio – przepiękny hostel Alma de Santa przy rua Andres Belo – zatrzymały się też dwie Angielki, które na dzień przed wylotem z powrotem do Londynu wybrały się na Corcovado, każda ze swoim aparatem, by sfotografować Rio spod stóp betonowej figury Cristo Redentor. Zachowywały sie bardzo rozważnie, bo spod Corcovado wróciły taksówką, tak daleko, jak tylko się dało. Niestety nie dało się pod same drzwi Alma de Santa, bo ulica Andresa Belo nie jest tak naprawdę ulicą, a pnącymi się stromo długimi schodami, z domami po obydwu stronach. Dziewczyny zajechały tą taksówką do samego szczytu tych schodów. Taksówkarz odjechał w swoją stronę, dziewczyny zaczęły schodzić po stopniach w stronę hostelu.

Na stopniach siedziało dwóch młodych mężczyzn, którzy na ich widok wstali. Podeszli do nich, zagrodzili im drogę, postraszyli je bronią – choć najprawdopodobniej była to jakaś atrapa: trwał wtedy Karnawał. Zabrali obydwa aparaty, kartę kredytową i niewielką ilość gotówki, które jedna z dziewczyn miała przy sobie. I błyskawicznie się ulotnili. Najprawdopodobniej do jednej z faweli, które wspinają się na wzgórze niedaleko stamtąd. Roztrzęsione dziewczyny nie mogły pojąć, że to się stało zaledwie kilkanaście kroków od celu, od hostelu, w którym mogły się zamknąć i schronić, ostatniego dnia ich trwającej dwa miesiące z hakiem podróży po kontynencie. Ale uderzyło mnie, jak opisując tę sytuację, podkreślały, że obaj sprawcy byli “czarnymi facetami”, “black guys”… Nie było mnie tam, nie widziałem, ale całkiem możliwe dwaj młodzi negros zobaczyli w oczach turystek strach przed “czarnymi z faweli” i pod wpływem impulsu postanowili je za tę zniewagę ukarać…

Tanya, moja koleżanka z pracy, w czasach kiedy jeszcze pracowałem w firmie internetowej w Londynie, została napadnięta i obrabowana pierwszego dnia w Rio de Janeiro, jeszcze w drodze z lotniska do hostelu. Jest faktem, że ze swymi bardzo jasnymi włosami i germańskim typem urody Tanya wygląda tak bardzo gringo, że bardziej już nie można. Innym faktem jest, że turystki są w Brazylii znacznie bardziej narażone na napady rabunkowe niż ich koledzy płci męskiej. Napastnicy niemal nigdy nie szukają zaczepki, okazji do bitki ani uszkodzeń ciała. Jeśli ryzykują kradzież czy napaść na turystę – a jest to jednak spore ryzyko, bo policja w Brazylii jest uzbrojona po zęby, lubi czasem pokazowo zademonstrować, że turyści są w tym kraju bezpieczni i do chłopców z faweli strzela bez wahania – jest to zwykle motywowane pragnieniem odniesienia szybkiej, jednorazowej korzyści materialnej. Zawsze istnieje prawdopodobieństwo, że zdrowo wyglądający mężczyzna, tym bardziej ich grupa, będzie się trochę skuteczniej bronił (tak, w każdym razie, rozumują).

Dobry aparat fotograficzny wart jest w Brazylii pół lub nawet półtora roku pracy, jeśli zarabia się minimalne wynagrodzenie, a że w Brazylii nie wszyscy są włączeni w obieg gospodarki formalnej, wielu ma do dyspozycji nawet mniej niż oficjalne wynagrodzenie minimalne. Na dodatek sprzęt elektroniczny, smartfony Apple’a czy laptopy wszystkich marek są w Brazylii nawet kilka razy droższe niż w USA czy Europie Zachodniej. Odpowiada za to fenomen, który w biznesie nazywają podobno Brazilian opportunity, ‘brazylijską okazją’ – te same firmy, które sprzedają te dobra znacznie taniej w Europie czy w Ameryce Północnej, w Brazylii naliczają wielokrotnie większe marże, bo wąska grupa najbogatszych Brazylijczyków gotowa jest zapłacić tyle, w zamian za prestiż, w zamian za możliwość demonstrowania, że ich na to stać; wielkim biznesom mechanizm ten pozwala osiągać ten sam zysk przy sprzedaży znacznie mniejszej ilości sztuk, czyli mniejszym wysiłkiem. Wielu brazylijskich nastolatków wie, że ich rodzice nigdy nie odłożą tyle pieniędzy, że sami, sprzedając piwo i wodę na plaży też nigdy nie zarobią tyle, żeby te przedmioty znalazły się w zasięgu ich ręki. Tanya została zaatakowana z użyciem bezpośredniej fizycznej przemocy. Marcos Vinicios, piękny dwudziestopięciolatek z Niterói, pracujący w Rio (Niterói to miasto po drugiej stronie zatoki, nad którą leży Rio de Janeiro i drugiej stronie mostu, który tam prowadzi z Rio), zorientował się tylko, podziwiając jedno z karnawałowych blocos, że złoty naszyjnik w kształcie serca zniknął z jego szyi, ktoś go zerwał.

Przemoc jako fantazja

Czasami można odnieść wrażenie, że to sami Brazylijczycy najbardziej panikują i najbardziej straszą przyjezdnych brazylijską przemocą i przestępczością, malując obraz kraju, w którym na każdym kroku na przybysza z zewnątrz czyha jakieś zagrożenie. Nikt tak często jak Brazylijczycy nie będzie ci odradzał zabrania gdziekolwiek aparatu fotograficznego czy laptopa; Brazylijczycy będą o krok od doradzenia ci, żebyś najlepiej w ogóle nie wyciągał aparatu, bo z aparatem to nigdzie nie jest tak naprawdę bezpiecznie.

Brazylijczycy są ludźmi bardzo serdecznymi i wielu z nich motywuje realna troska o twój dobrostan, nawet jeśli dopiero co cię poznali.

Wielu Brazyliczykom doskwiera też coś w rodzaju nerwicy na tym punkcie. Péricles powiedział mi, że kiedyś przestał w ogóle oglądać w telewizji i czytać w prasie bieżące wiadomości, bo już nie mógł spać od tego, że cały czas relacjonują mu jakieś akty przemocy. Problem z tymi relacjami polega na tym, że kreują one wyolbrzymione i skrzywione wrażenie kraju, w którym dzień powszedni każdego mieszkańca to poszukiwanie przesmyków pomiędzy strzelaniną, napadem z bronią w ręku, agresywną awanturą a, powiedzmy, wypadkiem samochodowym.

“To jest wielki kraj, pół kontynentu, prawie dwieście milionów ludzi. A ogólnokrajowa telewizja i gazety relacjonują każdy napad, każdy strzał z pistoletu, każdego szaleńca czy frustrata, któremu coś odbiło gdzieś na drugim końcu kontynentu, w Amazonii czy w Pernambuco. Wyobraź sobie, że w angielskiej telewizji relacjonują ci każde morderstwo, każdy śmieszny napad na prowincjonalny bank dokonany w całej Europie, gdzieś na obrzeżach Norwegii, w jakimś mieście na Węgrzech, w Estonii i Bóg wie gdzie jeszcze. Można by było zwariować, no nie?”

Większość Brazylijczyków, ile by nie narzekali na korupcję polityków i bezczelność, z jaką kraj eksploatują jego oligarchiczne elity, kocha Brazylię i jest z niej dumna, zwłaszcza z jej dorobku kulturalnego, z globalnej rozpoznawalności jego kultury, oraz z jego naturalnego, tak różnorodnego piękna (jak to sformułowali autorzy jednego z przewodników Lonely Planet: „każdy Brazylijczyk jako swój obraz raju na Ziemi wskaże inne miejsce, niemal na pewno będzie to jednak gdzieś w granicach Brazylii”). Oni by po prostu bardzo chcieli, żeby każdy odwiedzający Brazylię wywiózł stamtąd tylko dobre wspomnienia i spędził resztę życia, opowiadając krewnym i znajomym, jak tam było wspaniale.

Brazylijczycy z klasy średniej z kolei często mają znacznie bardziej ambiwalentne podejście. Trawi ich poważny kompleks, że Brazylia nie spełnia standardów świata cywilizowanego wyznaczanych przez rozwinięte kraje Zachodu i kulturę ich klas średnich; to niespełnianie standardów wywołuje u nich dziwny miks emocji, od irytacji i gniewu po zażenowanie i wstyd. Oni ostrzegają przybysza przed zagrożeniami czyhającymi na każdym kroku w dzikim, wciąż tak mało ucywilizowanym kraju. Jednocześnie robią to w tym celu, żeby przybyszowi, wdrożonemu tymi opowieściami do wzmożonej czujności i szczególnej ostrożności, ostatecznie nic się nie stało, a wizerunek kraju w jego oczach został jako tako ocalony, ostatecznie bardziej pozytywny niż ten, który wyłaniał się z dozowanych mu opowieści grozy; bardziej pozytywny niż ten, na który go przygotowywano.

Przy całej niewątpliwej skali przemocy w Brazylii, pozostaje wciąż zdumiewającym faktem, że przemocy jest w Brazylii, w regularnych międzyludzkich interakcjach, mimo wszystko tak niewiele. W czasie Karnawału w Rio de Janeiro największe zdumienie gringos wywołuje to, że przy tylu milionach pijanych i pijących jeszcze więcej ludzi, którzy wędrują w blocos, tańczą i bawią się na ulicach całego wielkiego miasta, większość uczestników i obserwatorów tego zbiorowego szaleństwa nie spotyka się z żadnymi zachowaniami agresywnymi, wszyscy są niezwykle serdeczni i po prostu bawią się razem. Teraz wyobraźmy sobie million pijanych Polaków czy Anglików na ulicach jednego miasta…

Brazylijczycy mają wszelkie obiektywne powody do agresji i do wybuchów przemocy.

Przemoc i nierówności

Pod względem ekonomicznym Brazylia pozostaje “najbardziej niesprawiedliwym krajem na najbardziej niesprawiedliwym kontynencie”. Według danych z 2011 roku w ręce górnego kwintyla społeczeństwa (20% uzyskujących najwyższe dochody Brazylijczyków) trafia wciąż 57% całości dochodów brazylijskiej gospodarki, zaledwie 3% mniej niż dziesięć lat wcześniej. Dolny kwintyl społecznej drabiny dochodów, 20% najmniej zarabiających Brazylijczyków, uzyskuje zaledwie 3% całości dochodów generowanych przez swoją narodową gospodarkę. Na kontynencie, który cały rozdarty jest drastycznymi ekonomicznymi nierównościami, Brazylię charakteryzują nierówności gorsze jeszcze niż w większości państw regionu. Współczynnik społecznych nierówności (Gini index) wynosi w Brazylii 0.529 (dane wciąż za rok 2011)[2]. Jest to jeden z najbardziej dramatycznych wyników na świecie.

Brazylia, z tak ogromnymi bogactwami naturalnymi, jest jedniocześnie trzecim po Chinach i Indiach państwem z największą populacją zamieszkującą slumsy, zwane tam fawelami. Mają one lokalną specyfikę, lokalne cechy charakterystyczne – przede wszystkim są bez porównania lepiej zbudowane niż shanty towns w innych częściach świata, bo wiele z nich założyli „na dziko” wykwalifikowani robotnicy budowlani. Slumsy pozostają jednak slumsami, nawet kiedy są trochę lepiej zbudowane. Wedle danych podawanych – na podstawie ONZ-HABITAT i innych źródeł – przez Mike’a Davisa, mieszkańców faweli było jeszcze niedawno 51,7 mln, co stanowiło 36,6% ludności kraju[3]. W Chinach slumsy zamieszkuje według tych samych zestawień 37,8% ludności, w Indiach 55,5%.

Chociaż rządząca Partido dos Trabalhadores chwali się, że prowadzona przez nią polityka podniosła w ciągu dekady status materialny ponad 70 milionów ludzi, część wyprowadzając ze skrajnej biedy, część z biedy przenosząc w domenę tego, co w Brazylii uchodzi za klasę średnią (z reguły awans ma miejsce do tamtejszej “niższej klasy średniej”), to pewną rolę w entuzjastycznym tonie tych statystyk odgrywa jednak fakt, jakich w nich użyto miar biedy i skrajnej biedy. Brazylijskie statystyki wyjątkowo nisko ustawiają ich oficjalne progi. Lena Lavinas z Instytutu Ekonomii Universidade Federal de Rio de Janeiro zauważyła, że gdyby brazylijscy ekonomiści (i politycy) stosowali tę samą metodologię, której używa się teraz w Unii Europejskiej (próg biedy wyznaczając na poziomie 50% mediany dochodów), jako żyjących w biedzie trzeba by policzyć aż 40% populacji Brazylii, 70 milionów Brazylijczyków. Na dodatek sama ta mediana dochodu na głowę wynosi w Brazylii zaledwie śmieszne 466 reais miesięcznie, przybliżona równowartość zaledwie 240$[4]. Koszty życia w Brazylii nie należą przy tym do najniższych na świecie, w miastach mogą być porównywalne do Europy, a miasta, które – jak São Paulo czy Brasília – koncentrują w sobie największą władzę polityczną i ekonomiczną, są po prostu bardzo drogie, drogie nawet na zachodnią kieszeń. Ogólnie rzecz ujmując, Brazylia jest najdroższym pod względem kosztów utrzymania państwem w Ameryce Południowej.

pelourinho (42)

Bezdomny śpiący pod dawnym pręgierzem, przy którym biczowano niewolników, na placu przed kościołem św. Franciszka w Salvadorze

Między przemocą a nierównościami społecznymi związek istnieje najzupełniej bezpośredni, jest on też jak najbardziej przyczynowo-skutkowy[5]. Najwyższe miejsca w niesławnych rankingach przestępczości zajmują zawsze i niezmiennie państwa z najwyższym współczynnikiem Giniego. Nierówności kreują frustracje i gniew, które eksplodują nieraz w zupełnie przypadkowych “krótkich spięciach”. Nierówności generują agresywną rywalizację o ograniczone zasoby pomiędzy tymi, którym na drabinie dochodów przypadły  najniższe pozycje. Mechanizmy narastania przemocy i produkcji przestępczości w takich warunkach fenomenalnie pokazują najwybitniejsze brazylijskie favela movies, takie jak Miasto Boga, Linha de passé, Elitarni, Ostatni przystanek 174, oraz filmy dokumentalne, jak Autobus 174. Nierówności popychają w stronę organizacji przestępczych, które nierzadko oferują biednym młodym mężczyznom odciętym od dróg społecznie uznawanego awansu społecznego jedyną drogę do awansu przynajmniej ekonomicznego, nierzadko też najlepszą dostępną im formę kapitału społecznego, bo proponują struktury wzajemnej lojalności, ochrony (przed przemocą innych), i tak dalej.

David Harvey trafnie kiedyś określił też przestępczność jako “prywatyzację redystrybucji”. Nierówności na taką skalę są manifestacją nieistnienia lub porażki realnej polityki ekonomicznej redystrybucji. Pozwalają nielicznym przejmować kontrolę nad coraz szerszymi zasobami bogactwa społecznego, kosztem wyzyskiwanej i wykluczonej z dostępu do tych zasobów większości. Wówczas nierzadko najbardziej dynamiczne jednostki, najbardziej zdeterminowane, by zmienić swój los, nieskłonne tak po prostu zaakceptować swoje liche położenie i jego ideologiczne alibi wciskane im przez uprzywilejowanych (za pośrednictwem mediów, szkoły, Kościoła), biorą sprawy w swoje ręce i przemocą redystrybuują część bogactwa zawłaszczonego przez dominującą ekonomicznie mniejszość. Wielu z nich, gdyby żyło w lepszym („mniej nikczemnym”) świecie, byłoby całkiem prawdopodobnie najbardziej wartościowymi członkami swoich społeczności, wnoszącymi w ich życie nawięcej energii oraz społecznej i ekonomicznej aktywności, asertywność i dynamiczne poszukiwanie rozwiązań.

Brazylijczycy mają wszelkie powody, by być znacznie bardziej agresywnymi, niż są w rzeczywistości. Mają wszelkie powody, by wybuchać użyciem przemocy znacznie częściej i na szerszą skalę, niż im sie to rzeczywiście zdarza. Chłopiec z faweli ma wszelkie powody (i swego rodzaju prawo) rzucać kamieniami w okna luksusowego apartamentowca, którego mieszkańcy odgradzają się od niego i jemu podobnych, a także od odpowiedzialności za nich i za całość społeczeństwa, murem i drutem kolczastym (lub nawet drutem z żyletkami, które po prostu porozcinałyby ciało potencjalnego intruza!); którego mieszkańcy plują mu w twarz swoimi ekonomicznymi przywilejami i swoim pragnieniem fizycznego i symbolicznego odseparowania się od reszty swojego społeczeństwa.

W swojej masowej większości, Brazylijczycy są ciepłymi, przyjaznymi ludźmi, ciekawymi każdego przybysza z daleka, z miejsca zaprzyjaźniającymi się z dopiero co spotkanymi ludźmi. Ich stosunek do otaczającego ich świata społecznego zdefiniowany jest zasadą serdeczności (cordialidade) i przesiąknięty rodzajem ciepłego, zapraszającego do fizycznej i emocjonalnej bliskości, zuniwersalizowanego, adresowanego jakby do całego świata, polimorficznego erotyzmu. Poszczególne lokalne i klasowe wspólnoty nasycone są także pokładami pewnej spontanicznie reprodukującej się, nieprawdopodobnie cierpliwej solidarności, które zapobiegają rozwiązaniom agresywnym oraz chronią te społeczności i ich przedstawicieli przed rozwiązaniami przemocowymi i wybuchami agresji.

capoeira (218)

capoeirista z Salvadoru znany jako Negro Drama

Dlatego, kiedy porzucone przez klasę panującą, coraz bardziej zatłoczone fawele, stoczyły się po równi pochyłej przemocy gangów handlujących narkotykami, Brazylijczycy nie przyjęli tego jak zmian pór roku – że tak to już jest, że ludzie się od czasu do czasu zabijają na ulicy. Pomimo dekad ignorowania całego tego zestawu problemów przez rządzących i elity ekonomiczne, które odpowiedziały jedynie wymianą zamków w drzwiach i symbolicznym obsikaniem swojego terytorium przez zwiększenie liczby pracowników ochrony, większość społeczeństwa była wstrząśnięta rozwojem wypadków tak znakomicie sportretowanych przez Linsa a potem Meirellesa w obydwu (powieściowej i filmowej) tekstualnych odsłonach Miasta Boga. Popularność zwłaszcza filmu, a także udział tej popularności w doprowadzeniu do pierwszego wyborczego zwycięstwa Luli i Partii Pracowników, dowodzą, do jakiego stopnia problem był dla większości Brazylijczyków – zwłaszcza tych, którzy nie mogli się pozamykać w miejskich twierdzach z prywatną ochroną – palący.

Za mało przemocy…

Tak więc – najbardziej zdumiewającym wymiarem przemocy w Brazylii jest wbrew pozorom to, jak jej jest niewiele.

Ale na tym nie koniec. Największym związanym z brazylijską przemocą problemem jest to… że jest jej za mało. Że Brazylijczycy tak rzadko się do niej uciekają: wtedy, kiedy absolutnie należałoby się do niej uciec, pod adresem tych, którzy byliby odbiorcami słusznego gniewu. Że tak łatwo oddają całą przemoc w ręce elit ekonomcznych, wykonawców ich politycznej woli i stojącej na flankach ich stanu posiadania policji. Że za mało jest takiej pięknej, demokratycznej, niemal rewolucyjnej przemocy, jaka ogólnospołeczną energią wylała się na ulice 350 brazylijskich miast w czerwcu, i w lipcu 2013 roku, zanim została zdominowana przez „antykorupcyjne” centrum.

Pięknej demokratycznej, zbiorowej przemocy, skierowanej przeciwko symbolom przywilejów klas panujących.

Reżyser i scenarzysta Karim Aïnouz powiedział kiedyś[6], że jeden z głównych powodów, dla których zainteresowała go postać João Francisco dos Santosa, głównego bohatera jego wspaniałego filmu Madame Satã, leżał w tej właśnie przestrzeni semantycznej. João (we wspaniałej kreacji fascynującego Lazaro Ramosa), wraz ze swą estradowo-karnawałową personą, był dla Aïnouza atrakcyjną i pociągającą odpowiedzią na ten właśnie, charakteryzujący unikających konfrontacji Brazylijczyków, tak przywiązanych do tradycyjnej cordialidade (serdeczności), deficyt agresywnej asertywności. João, kiedy mu się coś nie podobało, kiedy ktoś uzurpował sobie prawa do dominowania nad nim, kiedy ktoś z pozycji władzy – przewagi ekonomicznej (jak w przypadku zatrudniających go miernych artystów kabaretowych), czy monopolu na usankcjonowaną przemoc (jak w przypadku policji), przewagi symbolicznej (jak w przypadku patrzących nań krzywo heteroseksualnych mężczyzn) – to robił sceny, wrzeszczał, dawał w pysk, a nawet strzelał. Konsekwentnie rujnował sobie w ten sposób życie, ale własna godność i własna podmiotowość były dla niego ważniejszymi stawkami.

Do takiej właśnie przemocy odwołuje się Czarny Blok, którego aktywiści działają w przestrzeni publicznej, włączając się w akcje protestacyjne zalewające kraj od czerwca 2013 roku, przy użyciu widowiskowych, zamierzonych aktów wandalizmu. Uważają oni (dość podstawnie), że żadne inne formy protestu nie robią najmniejszego wrażenia na władzy, nie przyciągają też zainteresowania dziennikarzy mainstreamowych mediów, o których mają jak najgorsze zdanie[7]. Nazywają swoje działanie „przemocą performatywną”. Ubrani na czarno młodzieńcy z twarzami pozasłanianymi chustami, trzymający się za ręce, by sprawniej stawiać opór próbującej ich rozbić policji, pojawili się w czerwcu 2013 roku na ulicach dwóch najważniejszych, jeśli idzie o stopień oddziaływania ogólnonarodowego, miastach Brazylii: São Paulo i Rio de Janeiro. Szukali konfrontacji z policją, wybijali okna w oddziałach banków, niszczyli inne symbole globalnego kapitalizmu. W październiku 2013 roku osłaniali swoimi kordonami demonstracje studentów przed przemocą policji. Pozostają ruchem nielicznym (jednorazowo taki „Czarny Blok” liczy na demonstracji w dużym mieście około 50 do 100 osób), raczej marginalnym na tle całości zorganizowanych ruchów protestu, jednak zdołali zająć poczesne miejsce w dyskursie dominujących środków masowego przekazu, zdeterminowanych, by zwalczać ten radykalnie antyautorytarny, antyburżuazyjny i antyelitarystyczny ruch.

Układ sił pomiędzy poszczególnymi klasami społecznymi Brazylii oraz koniunktura ekonomiczna znajdują się obecnie w realnym impasie. Rządząca wciąż PT tkwi w potrzasku właściwych peryferiom kapitazmu ograniczeń burżuazyjnej formalnej demokracji liberalnej oraz wyraźnego wyczerpania się możliwości wzrostu ekonomicznego i poprawy sytuacji mas ludowych bez uderzenia w wielką własność brazylijskiej oligarchii. Wielką własność, na straży nienaruszalności której stoi niekwestionowany przez PT porządek prawny liberalnej demokracji. Jedyne sytuacje, w których PT odważyła się, przy użyciu upolitycznionej siły, uderzyć we własność wielkiej brazylijskiej burżuazji, miały miejsce, kiedy federalne siły zbrojne uderzyły na wykorzystujące pracę niewolniczą plantacje na najbiedniejszym północnym wschodzie kraju (Nordeste). Były to więc sytuacje, w których wielcy właściciele ziemscy w jaskrawy sposób gwałcili podstawy samego porządku burżuazyjnego: zasadę formalnej wolności stron kontraktu (w tym umowy o zatrudnienie) czy minimum uczciwej konkurencji (ich koszty produkcji były niższe niż plantatorów, którzy zatrudniali pracownikom i płacili im regularne wynagrodzenie).

Wielka brazylijska burżuazja nie śpi i odczuwa na swoich bankowych saldach napięcia wynikające ze spowolnienia tempa brazylijskiego wzrostu, a tym samym i procesów akumulacji kapitału. Wielokrotnie w swojej i swojego kraju historii dała jasno do zrozumienia, że nie brzydzi się militarnej i policyjnej przemocy, kiedy potrzebuje odzyskać pełnię kontroli nad procesami ekonomicznego podziału bogactwa i przenieść koszty stagnacji na tych, którzy i tak mają najmniej, wracając na drogę pogłębiania rozdzierających kraj ekonomicznych nierówności. To, co wielka brazylijska burżuazja przedstawiała jako “konserwatywną modernizację” lat 60. i 70., większość świata bez wahania klasyfikowała jako faszystowską dyktaturę.

Jeżeli Brazylijczycy – cała ich większość nie zamieszkująca penthouse’ów Ipanemy ani otoczonych drutem kolczastym pałaców – nie potraktują wydarzeń z czerwca 2013 jako jedynie próby kostiumowej dla większej i bardziej zdecydowanej mobilizacji; jeżeli nie przypomną sobie na czas o możliwości (i konieczności) zastosowania politycznie wyartykułowanej kolektywnej przemocy skierowanej w tych, którzy najbardziej ich wyzyskują, to ci, którzy ich wyzyskują, mogą przypomnieć sobie pierwsi i znów kolektywnie, przy użyciu militarno-policyjnego aparatu represji, uderzyć w tych, których wyzyskują.

Banco de SP

Wieżowiec Banco de São Paulo

Przypisy

[1] Roberto Schwarz, Paulo Lins’ Novel ‘Cidade de Deus’, przeł. (z port. na ang.) John Gledson [w:] City of God in Several Voices. Brazilian Social Cinema as Action, red. Else R.P. Vieira, Nottingham: CCCP 2005, s. 5-12; przedrukowane w: Roberto Schwarz, Two Girls and Other Essays, red. Francis Mulhern, London-New York: Verso 2012, s. 223-234.

[2] Lena Lavinas, 21st Century Welfare, “New Left Review” nr 84, listopad-grudzień 2013, s. 31-32.

[3] Mike Davis, Planeta slumsów, tłum. Katarzyna Bielińska, Warszawa: Książka i Prasa, 2009, s. 39.

[4] L. Lavinas, dz. cyt., s. 31.

[5] Zob. np. Richard Wilkinson, Kate Pickett, Duch równości. Tam, gdzie panuje równość, wszystkim żyje się lepiej, Warszawa: Czarna Owca, 2011.

[6] Demetrios Matheou, The Faber Book of New South American Cinema, London: Faber and Faber 2010, s. 191-201.

[7] Esther Solano Gallego i Paulo Rogério Lugoboni, The story of the unsung heroes: Black Bloc Brazil, ROAR Magazine, http://roarmag.org/2014/06/brazil-black-bloc-protests/

Jarosław Pietrzak

Tekst pochodzi z ebooka Notes brazylijski (2015), dostępnego do pobrania na platformie Gumroad.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

 

Reklamy

Salvador: Kultura jako gospodarka – na peryferii peryferii

Miejsce na liście ‘Światowego Dziedzictwa Ludzkości’ UNESCO to pocałunek śmierci. Kiedy etykietka zostanie już przyklejona, miasto zaczyna oddawać ducha; jest gotowe na wypchanie. Takie miastobójstwo – straszne słowo – nie jest dokonywane rozmyślnie. Wręcz przeciwnie, popełniane jest w najlepszej wierze i przy najszlachetniejszych intencjach: by zachować – w nienaruszonym stanie – ‘dziedzictwo’ ludzkości. Samo słowo już coś wskazuje, ‘zachować’ znaczy zabalsamować, zamrozić, uchronić przed rozkładem wynikającym z upływu czasu; ale tutaj oznacza także zatrzymywanie czasu, unieruchomianie obiektu niczym w fotografii, chronienie go przed wzrostem i zmianą.

Marco D’Eramo[1]

Pierwsza stolica Brazylii

Brazylijski ekonomista Ladislau Dowbor podkreśla na kartach Demokracji ekonomicznej, że Brazylia jest krajem, w którym współistnieją z sobą środowiska ekonomiczne z różnych epok i stadiów rozwojowych kapitalizmu[2]. Ultrawspółczesna gospodarka oparta na wiedzy, komunikacji, środkach przekazu i operacjach finansowych z centrum w São Paulo współistnieje z wciąż żywymi pozostałościami starszych cyklów gospodarczych, starszych formacji kapitalistycznych, czy też może peryferyjno-kapitalistycznych, które wciąż trwają w innych częściach kraju, zwłaszcza na od dawna w znacznym stopniu ekonomicznie porzuconym, wciąż i ponownie „zapominanym” obszarze brazylijskiego Północnego Wschodu (Nordeste)[3]. Ludzie wciąż pracują tam na wielkich, należących do najbogatszych brazylijskich rodzin, plantacjach wytwarzających podstawowe produkty rolne z przeznaczeniem na rynki światowe. Na niektórych z tych plantacji wysłane przez prezydenta Lulę wojsko jeszcze w XXI wieku wyzwalało ludzi pracujących tam w warunkach faktycznego niewolnictwa.

Salvador, stolica stanu Bahia, pierwsza, historyczna stolica kraju z czasów, kiedy powstał on jako kolonia portugalska, jest takim miastem, które zastygło w swojej przeszłości. Miasto zbudowane kiedyś na eksploatacji niewolników na okolicznych plantacjach, wraz z całym stanem Bahia ekonomicznie potem porzucone, gdy zmieniły się relacje między surowcami na rynkach światowych. Baianos (mieszkańcy stanu Bahia) i soteropolitanos (mieszkańcy Salvadoru) byli od tamtej pory konsekwetnie omijani przez kolejne fale modernizacyjnych ambicji, gdy te zabierały się od czasu do czasu za ekonomiczne struktury największego kraju Ameryki Południowej celem „nadgonienia zacofania”.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Ale odkąd, niosąc cierpienie i przemoc, Europejczycy przekuli cały świat w nowoczesny system-świat kapitalizmu[4], pozostawanie jakiegoś miejsca zastygłego w ekonomicznej przeszłości odbywa się zawsze w integracji z procesami ekonomicznym jak najbardziej współczesnymi, z jakimiś interesami jak najbardziej aktualnymi. Dziś, w przypadku Salvadoru, te procesy, te współczesne interesy, to chociażby potrzeby przemysłu turystycznego.

W 1985 roku, w toku 9 sesji World Heritage Committee UNESCO przy placu Fontenoy w Paryżu, historyczne centrum miasta, znane pod nazwą Pelourinho, w Górnym Mieście (Cidade Alta), zostało dopisane do słynnej listy. Wyrok śmierci, którego mianem D’Eramo określa to wydarzenie w swoim eseju, to jeszcze nie był – miasto jest na tyle duże, że inwazja turystów nie zarżnęła go tak i nie obróciła w scenografię dla przesuwających się szybko wycieczek, jak powiedzmy słynną portugalską Sintrę. Ale i w Salvadorze widać, nad czym D’Eramo ubolewa. Moment ten, wydaje się, utrwalił i zintensyfikował pewne procesy i tendencje miasta: schwytał w pułapkę, unierouchomił, zafiksował intencje i ambicje jego włodarzy i elit.

Jest w mieście Salvador coś, co sprawia, że odruchowo odczuwamy je jako swego rodzaju diametralne przeciwieństwo São Paulo. Z jednej strony tego zestawienia potęga finansowa instytucji i korporacji wokół Avenida Paulista, z drugiej miasto niezwykle rozległych obszarów biedy. Z jednej metropolia doskonale zintegrowana ze zglobalizowanymi obiegami kapitału, symboli, współczesnych przemysłów kultury, towarów i usług, z drugiej miasto od stuleci tkwiące w ekonomicznym nie-rozwoju, bez niemal żadnego prawdziwego, godnego tego słowa przemysłu, który by je wyrwał z tego uporczywego, uciążliwego złego snu. O ile São Paulo zachowuje się tak, jakby chciało ukryć swój wiek (początkową niewielką osadę założono w 1554 roku), sprzedać się jako miasto całkiem młode, nowe i supernowoczesne, istniejące tylko w czasie teraźniejszym i przyszłym, wymazujące wieżowcami prawie wszystkie ślady swojej kilkusetletniej historii, o tyle Salvador (założony zaledwie pięć lat wcześniej, w 1549) jest przywiązany do swojej historii – trochę jakby dlatego, że to być może najlepsze, co ma. W każdym razie to mu się wydaje najlepsze ze wszystkiego, czym dysponuje, do wystawienia na globalnym rynku.

Salvador obraca historię, wciąż materialnie obecną w murach XVII-, XVIII- i XIX-wiecznych budowli Pelourinho, Carmo czy San Antonio, w swoją wizytówkę, podstawę swojej tożsamości, w swoją „markę”, w swój najważniejszy produkt w wielkim pasażu handlowym zglobalizowanej płynnej nowoczesności – celem zwabienia międzynarodowych przepływów pieniędzy i turystów jako agentów tego przepływu.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Odkąd przyznane przez UNESCO miejsce na liście światowego dziedzictwa ludzkości zadekretowało nienaruszalność architektonicznego kompleksu w historycznym centrum miasta i podniosło jego pozycję w notowaniach branży turystycznej, tendencje dążące do uczynienia turystyki podstawą gospodarki Salvadoru i jego najważniejszym „przemysłem” jedynie się nasiliły. Dzielnice historycznego centrum miasta zostały w znacznym stopniu opustoszone z wcześniej zamieszkujących je społeczności i obrócone w hostele, pensjonaty, hoteliki, restauracje, bary i adresowane do turystów sklepy.

Jednocześnie projekt budowania przyszłości miasta na jego zakumulowanej przeszłości, materialnych świadectwach historii i bogactwie kulturowych praktyk stworzonych i rozwijanych przez etniczną, „rasową” i religijną mieszankę, która stworzyła to miasto i cały stan Bahia, stanowi swego rodzaju „wymówkę” dla braku jakiegokolwiek innego pomysłu na rozwój miasta. Braku przede wszystkim po stronie politycznych i ekonomicznych elit miasta, które byłyby w stanie podjąć decyzje o implementacji innych pomysłów na rozwój.

Salvador jest miastem boleśnie niedoinwestowanym – poza infrastrukturą turystyczną w wyznaczonych na turystyczne atrakcje częściach miasta i kilkoma dzielnicami dla zamożnych soteropolitanos. Co ważne, takie zamożniejsze dzielnice stanowią też w Salvadorze wyraźnie – widoczne jest to gołym okiem – mniejszą proporcję całego miasta, niż ich odpowiedniki w São Paulo, Rio de Janeiro czy Brasílii. Za to fawele Salvadoru ciągną się kilometrami we wszystkich kierunkach.

„Fawele w Salvadorze są rozmiarów całego Rio”, powiedział mi czarnoskóry carioca Marcelo. Marcelo, którego poznałem w Rio, jest trochę filmowcem, trochę badaczem kultury wizualnej, trochę sam wizualnie eksperymentuje. Marcelo autentycznie nienawidzi Salvadoru za stopień, w jakim władze tego miasta spokojnie i na wieki wieków czekają, aż problemy kulturowo najbardziej „afrykańskiego” miasta Brazylii rozwiążą się same. Nieliczne inwestycje infrastrukturalne, jakie rzuciły mi się w Salvadorze w oczy i nie były związane z nadchodzącymi Mistrzostwami Świata w piłce nożnej, a adresowane były faktycznie do mieszkańców miasta i odpowiadały na ich potrzeby (np. mieszkaniowe), nie były nawet zainicjowane przez lokalne władze czy lokalnych inwestorów, tylko ze środków rządu federalnego w Brasílii. W Salvadorze, mieście, w którym w latach 40. XX wieku narodziła się jedna z największych brazylijskich korporacji i jedna z największych korporacji budowlanych na świecie – Odebrecht!

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Miasto i jego elity czekają, aż ekonomiczne wybawienie przyniesie bóg podróżników i obiecane przez niego bogactwo niesione w kieszeniach jego podopiecznych. Wybawienie i bogactwo jednak nie nadchodzą, pomimo iż mija już trzecia dekada, odkąd Pelourinho uzyskało od UNESCO „certyfikat aury”. Populacja miasta, w ogromnej większości afrykańskiego pochodzenia, pozostaje w rzędzie najbiedniejszych w Brazylii.

Teoretycy tacy jak Krzysztof Nawratek od dawna polemizują z teoriami przypisującymi kulturze moc stania się motorem rozwoju ekonomicznego miast – nawet w przypadku miast, w których dynamicznie rozwijają się nowoczesne, silnie dokapitalizowane przemysły kulturowe (przemysł filmowy, telewizyjny, muzyczny, rozwój usług internetowych), tylko w nielicznych i wyjątkowych przypadkach późnonowoczesne „przemysły kreatywne” są w stanie przekroczyć próg 10% realnej gospodarki danego miasta i realnego w niej zatrudnienia. Tym bardziej złudne i na wyrost są nadzieje miast, które liczą na nisko-kapitałową lokalną kulturę jako dźwignię swojej gospodarki. Jak bardzo nie byłaby ona atrakcyjna, piękna i fascynująca – a w przypadku Salvadoru jest niewątpliwie bardzo atrakcyjna, piękna i fascynująca (capoeira, afrykańskie i afrykańsko-chrześcijańskie obrzędy i tradycje, muzyka dosłownie eksplodująca w różnych punktach miasta i zalewająca całe jego dzielnice) – jej wartość ekonomiczna polegać może tylko na przyciąganiu pasjonatów turystyki kulturalnej.

Turystyka jednak, pozostawiona samej sobie, w środowisku, w którym niewiele poza nią się ekonomicznie dzieje, wywiera presję na płace, dążąc do utrzymania ich na poziomie tak niskim, jaki tylko jest możliwy. To one – niskie płace – są głównym gwarantem rentowności przedsiębiorstw nastawionych na świadczenie usług turystom. Inne mechanizmy maksymalizacji zysku oferują bowiem w turystyce bardzo wąskie pole manewru. Niewiele w tej branży da się zrobić, by zwiększyć wydajność, nie tak wiele da się zmechanizować, i tak dalej. Stąd miasta i kraje, których głównym produktem są usługi turystyczne, z reguły nie są nigdy w stanie wydostać się z biedy. Jednocześnie napływ odwiedzających, których kieszenie są pełniejsze, a konta w bankach bez porównania większe niż kieszenie i konta miejscowych, pociąga za sobą wzrost cen – nieruchomości, usług, towarów. Czyni życie miejscowych coraz trudniejszym, coraz droższym, wypycha ich z jednej dzielnicy po drugiej, coraz większym wyzwaniem czyniąc znalezienie w miarę stabilnego dachu nad głową.

Rozmawialiśmy o tym z Benem, gdy dołem miasta maszerowała licząca chyba z pół miliona ludzi kolumna soteropolitanos celebrujących Lavagem do Bonfim oraz miejscowych i turystów podziwiających to intrygujące święto, jeden z największych dorocznych festiwali odbywających się w stanie Bahia. Spoglądaliśmy na Cidade Baixa, „Dolne Miasto”, mnie już od dawna na swój sposób znane z genialnego filmu Sérgio Machado pod tym właśnie tytułem, przez palisadę ciągnącą się na lewo od Elevador Lacerda. Elevador Lacerda to budynek windy, którą można zjechać do Dolnego Miasta lub wjechać do Górnego, omijając długą pętlę, jaką w przeciwnym razie trzeba zrobić na piechotę lub samochodem. Ben pochodzi z Maroka, rozmawialiśmy po francusku. Jest informatykiem. Z Salvadoru wybierał się do Amazonii.

„Trzeba coś wytwarzać, nie można tylko czekać, aż turyści przywiozą worki z pieniędzmi, bo to się nigdy nie zmaterializuje. W Maroku jest tak samo. Najbiedniejsze są te miasta, które są najbardziej nastawione na turystykę – Casablanca, Marakesz. To tam jest najwięcej ludzi żyjących naprawdę w nędzy, pracujących za grosze, mieszkających w strasznych warunkach w slumsach, albo w ogóle bezdomnych. W mniejszych miejscowościach, z dala od Casablanki i Marakeszu, ludzie mogą być biedni – w sensie, że mają bardzo niedużo pieniędzy. Ale nie żyją w nędzy. Każdy gdzieś mieszka, w przyzwoitym domu. Każdy ma co do garnka włożyć, choćby z pola czy ogrodu, które należą do jego rodziny.”

Miasto uzależnione od turystyki – a tym bardziej biedne, peryferyjne miasto uzależnione od turystyki – czekając, aż mityczni zagraniczni turyści przywiozą mu w końcu któregoś dnia, w swoich plecakach i walizkach jego przyszłą prosperity, może czekać ad calendas graecas.

„A oprócz tego uzależnienie od turystów” – ciągnął Ben, wpatrując się to w tłum zmierzający wśród muzyki, tańca i wozów ku słynnemu kościołowi Senhor de Bonfim, to na ponurą, wylizaną ciemnymi plamami szarość betonu zapuszczonych wielopiętrowych budynków mieszkalnych Cidade Baixa – „prowadzi do wytworzenia całej takiej mentalności i kultury usłużności i podlizywania się w oczekiwaniu na łaskę napiwku”.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

„Machada”

Jednocześnie jednak pierwsze spotkanie z Salvadorem wcale nie musi być dla gringo przyjemnym i łatwym doświadczeniem. „Trudy pierwszego spotkania” potrafią się rozciągnąć na kilka dni. Żyjący z turystów soteropolitanos rzucają się na każdą dostrzeżoną w historycznym centrum miasta nową twarz i wciskają mu tandetne wisiorki, za które chcą 20 reais, pęczki wstążek z kościoła Senhor de Bonfim za 10 reais, swoje usługi jako przewodników. Oferujący swoje usługi przewodnicy opowiadają przy tym zawsze, jak straszne niebezpieczeństwa czekają każdego, kto by chciał na własną rękę, bez lokalnego przewodnika wybrać się do Cidade Baixa. Jeżeli wyglądasz jak gringo, będą ci próbowali sprzedać to samo piwo, które miejscowy chłopak właśnie kupił za 3 reais, za 6 reais, to samo acarajé, które na stoisku obok ktoś kupuje za 5 reais, za 7 czy 8 reais, i tak dalej.

Pamiętam dwie Baianas w tradycyjnych strojach, które w czarujący sposób oskubały mnie kilka kroków od mojego hostelu (świetny hostel Laranjeiras w samym sercu Pelourinho). Nie zapytałem ich o imiona, w duchu, na własne potrzeby dałem jednej z nich – tej bardziej cwanej i rozbrajająco przy tym czarującej – ksywkę Machada. Machada zapytała, czy chcę sobie zrobić z nimi zdjęcie. Odpowiedziałem, że tak, przede wszystkim chciałem im zrobić zdjęcia, bo wyglądały w tych swoich tradycyjnych strojach Baianas bardzo malowniczo. A Brazylijczycy są przepięknym tematem dla fotografa[5]. Poprosiły o dziesięć reais, ja miałem tylko banknot 50 reais. Machada odpowiedziała, że wyda mi resztę. Zanim wzięła pieniądze zdążyła mnie już jakimś sposobem, nie tracąc z twarzy rozbrajającego uśmiechu, przekonać, że te 10 reais to, ma się rozumieć, na głowę, czyli po dyszce dla każdej z nich dwóch. A potem „okazało się”, że ma wydać tylko 20 reais – ale w zamian zaoferowały, żebym po prostu zrobił więcej zdjęć. Cena dziesięciu reais w ciągu tych kilku minut spuchła o dwieście procent. Nieopodal, na stopniu jednego z domów, siedział mieszkający od jakiegoś czasu w Pelourinho Francuz tureckiego pochodzenia, który widział całe to zdarzenie i śmiał się ze mnie, że dałem się wykiwać. Gdybym poszedł na plac Terreiro de Jesus, który znajduje się o kilka kroków stamtąd, Baianas, które tam się snują, nie kasują za to pieniędzy, bo są zatrudnione przez jeden z tych sklepów z koszulkami i akcesoriami w rodzaju torebek i szali, Lembrança da Bahia (‘Wspomnienie Bahii’).

Nazwałem ją sobie Machada, bo jej ironiczny dystans do różnych dyskursów – w wypadku, który mnie dotyczy, do dyskursu uprzejmości wobec cudzoziemca, do dyskursu rynku, do dyskursu kupieckiej uczciwości, i tak dalej – skojarzył mi się z największym brazylijskim pisarzem XIX wieku, Machado de Assisem. Brazylijski krytyk kultury, Roberto Schwarz, wskazuje, że literacka i intelektualna wielkość Machado de Assisa tkwi w jego zdolności literackiego, ironicznego ukazania Brazylii jako nierówno i niekompletnie poprzykrywanej nieprzystającymi do niej, importowanymi, przyniesionymi głównie siłą snobizmu na fali zagranicznych mód intelektualnych, ideologii[6]. Baiana z Pelourinho wydawała mi się jego daleką intelektualną krewną, mniej wykształconą, która pewnie nigdy nie napisze książki, jednak nasyconą tym samym pierwiastkiem dystansu do oficjalnych ideologii, do dyskursów, o których doskonale wie, że i tak wyraźnie nie pasują do rzeczywistości.

Kilka dni zajęło mi, żeby nauczyć się nawigowania między takimi skubaczami gringos, rozpoznawać, które „oferty” są jawnymi nadużyciami, i kogo z „oferentów” ewidentnie należy omijać. Ponieważ zostałem w Salvadorze na prawie trzy tygodnie, poznałem też wielu z tych ludzi i oni mnie już po kilku dniach rozpoznawali, oferując nawet zniżki i specjalne (tym razem już naprawdę specjalne) oferty dla regularnego klienta. Okazało się, że bardzo niewielu Polaków odwiedza Salvador, rozpoznawano mnie też z daleka, bo cały czas nosiłem z sobą aparat. Kiedy zdarzyło mi się go z sobą nie zabrać, gdy snułem się po historycznym centrum po nocy, pytali, co się stało, martwili się, że może ktoś mi ukradł.

Cudzoziemiec nie ma jednak moralnego prawa skarżyć się ani obrażać na soteropolitanos. Wystarczy się rozejrzeć.

Selektywna wszechobencość policji

Jedną z rzeczy, które najbardziej w Salvadorze rzucają się w oczy, jest wszechobecność sił policyjnych różnych formacji. Z wyjątkiem Straży Miejskiej w Brazylii są one wszystkie formacjami militarnymi. Można wręcz odnieść wrażenie, że miasto znajduje się pod militarną okupacją. Większość tych policjantów  jest uzbrojona po zęby, stąpają ciężkimi, wojskowymi buciorami. Jeśli jednak rozglądasz się uważnie i oddalisz się czasem od ścieżek ubijanych dzień w dzień przez turystów, zobaczysz, że to, co na pierwszy rzut oka wydawało się być zupełną wszechobecnością policji, jest wszechobecnością wysoce selektywną.

Dzielnice, które nie są na codziennym celowniku aparatów fotograficznych turystów, są nierzadko zupełnie pozbawione jakiejkolwiek policyjnej ochrony przed przemocą. Mieszkańcy nie ufają też policji i często mają na jej temat bardzo złe zdanie. Nie tylko jej funkcjonariuszom niespecjalnie spędza sen z powiek kwiestia dostarczania minimum bezpieczeństwa mieszkańcom ubogich części miasta – to policja często postrzegana jest i faktycznie stanowi dla najbiedniejszych soteropolitanos realne zagrożenie, wielu z nich nie spodziewałoby się po policji niczego dobrego. W całym kraju policja nie ma opinii siły szczególnie sympatycznej, ale policja w Salvadorze nawet na takim tle słynie na skalę ogólnobrazylijską ze swojej brutalności. W ostatnich latach organizacje pozarządowe utrzymywały, że z szeregami policji w Salvadorze powiązany jest szwadron śmierci eliminujący młodych czarnoskórych mężczyzn, na których uciążliwość skarżyli się właściciele niektórych biznesów. Ciała tych młodych mężczyzn znajdowano potem na śmietnikach[7].

Soteropolitanos, których poznałem, opowiadali mi, jak policjanci zatrzymywali chłopców z faweli pod byle pretekstem, a nawet podrzucali im do plecaka narkotyki, prawdopodobnie, żeby wyrobić jakieś „targety” ilości zatrzymań. Jednocześnie na własne oczy widziałem, jak narkotyki podawano sobie – pod osłoną nocy i tłumu słuchającego baterii bębniarzy – w odległości dwóch metrów od policjanta, tyle że ten dostawał pewnie swoją dolę za uprzejme niedostrzeganie realizowanych w zasięgu jego wzroku transakcji.

Wystarczy pobyć w Salvadorze dłużej niż kilka dni, by stało się jasne, że policja jest tam po to, żeby chronić nie mieszkańców a turystów. Posterunek przy Largo Terreiro de Jesus mówi to nawet wprost swoją nazwą: „Jednostka Ochrony Turystów”.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Soteropolitanos mają wszelkie podstawy i racje, by odczuwać wielopoziomowy resentyment, niezależnie od tego, czy go racjonalizują, czy pozostaje on na poziomie przedrefleksyjnego reprodukowania pewnych praktyk zbiorowo wypracowanych w kulturze, w której taki resentyment jest częścią – mówiąc Pierre’em Bourdieu – ich klasowego habitusu.

Najpierw ich przodków przywieziono tu przemocą, by wyciskać z nich pot i krew na plantacjach trzciny cukrowej. W mieście wciąż stoją materialne świadectwa tamtej fundującej je przemocy. Nawet sama nazwa Pelourinho wzięła się od stojącego przed kościołem świętego Franciszka wolno stojącego na środku placu słupa, do którego przywiązywano niepokornych niewolników i pokazowo ich biczowano. Po zniesieniu niewolnictwa w miejscu tego pręgierza postawiono krzyż, który stoi tam do dzisiaj. Taki słup stał w każdym kolonialnym portugalskim mieście w Brazylii, zawsze przed jego centralnym kościołem. Kościół katolicki w ten sposób dostarczał symbolicznej legitymizacji niewolnictwu i przemocy stojącej na jego straży. Słowo pelourinho oznacza po portugalsku właśnie ten słup, ten pręgierz.

Gdy kolejne rozdziały historii kapitalizmu pozbawiły brazylijski cukier jego wcześniejszej pozycji eksportowej, wyciśniętych jak cytryny Baianos porzucono i zostawiono w stanie permanentnego ekonomicznego nie-rozwoju, skazanych na wieki na niedowartościowaną pracę. Dziś, w ich własnym mieście, którego wąskie elity czerpią ogromne korzyści z jego zacofania, bo gwarantuje ono ogromne zasoby gotowej pracować za grosze siły roboczej, z ich podatków i z wartości dodatkowej wyciskanej z ich systematycznie niedowartościowanej pracy finansowane są siły policyjne, które wydają się mieć za swe główne zadanie chronić przybyszów, turystów, zwiedzających – przed nimi właśnie, przed mieszkańcami miasta. Przed mieszkańcami miasta, których na potrzeby przybyszów obrócono w dostarczycieli malowniczego tła, odgrywających role w wielkim spektaklu kulturalnych i kulturowych atrakcji na potrzeby widzów z zewnątrz, uśmiechających się i podlizujących w nadziei na napiwek. Ich wspaniałe dziedzictwo kulturalne stało się towarem na sprzedaż dla zwiedzających; towarem, z którego sprzedaży zysk jakoś ich zwykle omija, lądując nie wiadomo gdzie. Omija ich, bo to oni de facto, jako depozytariusze i aktywne podmioty tego dziedzictwa kulturalnego, są tu jak gdyby samym towarem – przedmiotem transakcji bardziej niż jej stroną.

Soteropolitanos wyczuwają więc – w mniej lub bardziej zracjonalizowany sposób – nieuczciwy, eksploatatywny charakter takiego urządzenia ich codziennej rzeczywistości. Oskubanie od czasu do czasu jakiegoś turysty to akt mikrooporu, mikrorebelii, drobnej ekonomicznej i symbolicznej dywersji wobec takiego stanu rzeczy.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Przypisy:

[1] Marco D’Eramo, UNESCOcide, tłum. Nicholas Dines „New Left Review”, nr 88 lipiec/sierpień 2014, s. 47.

[2] Ladislau Dowbor, Demokracja ekonomiczna: Alternatywne rozwiązania w sferze zarządzania społecznego, Warszawa: Książka i Prasa, 2009, s. 113.

[3] Dla zainteresowanych tym regionem ważną pozycją do dziś pozostaje kanoniczne dzieło brazylijskiej literatury przełomu XIX i XX w., Os sertões Euclidesa da Cunhi.

[4] Immanuel Wallerstein, The Modern World-System, t. 1: Capitalist Agriculture and the Origins of the European World-Economy in the Sixteenth Century, New York-London: Academic Press 1974; tegoż, The Modern World-System, t. 2: Mercantilism and the Consolidation of the European World-Economy, 1600-1750, New York: Academic Press, 1980; tegoż, The Modern World-System, vol. III: The Second Great Expansion of the Capitalist World-Economy, 1730-1840’s, San Diego: Academic Press, 1989; tegoż, The Capitalist World-Economy, Cambridge: Cambridge University Press 1979.

[5] Jeżeli Czytelnika interesują fotografie z mojej brazylijskiej podróży, wiele z nich jest dostępnych na moim fotoblogu Surface and Matter, http://surfaceandmatter.blogspot.co.uk/.

[6] Roberto Schwarz, A Master on the Periphery of Capitalism: Machado de Assis, tłum. (z port. na ang.) John Gledson, Durham – London: Duke University Press, 2001; Roberto Schwarz, Misplaced Ideas. Essays on Brazilian Culture, red. i tłum. (na ang.) John Gledson, London-New York 1991.

[7] Lena Azevedo, Jovens negros na mira de grupos de extermínio na Bahia, „Publica”, 11 lipca 2013, http://apublica.org/2013/07/jovens-negros-na-mira-de-grupos-de-exterminio-na-bahia/

Jarosław Pietrzak

Niniejszy tekst stanowi fragment ebooka Notes brazylijski.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Lekcje Brasílii

„Co ty tam będziesz robił przez trzy dni?”

„Na trzy dni? Co ty tam będziesz robił przez trzy dni?” – Vitor, który z zawodu koordynuje z Salvadoru wakacje głównie dla zachodnich turystów, zrobił wielkie oczy, kiedy odpowiedziałem na jego pytanie, na jak długo jadę do Brasílii. No nie tak całkiem trzy dni. Trzy noce, owszem, ale ponieważ przylecę wieczorem a z kolei trzy dni później samolot do São Paulo mam bardzo wcześnie rano, to dni tak naprawdę spędzę tam tylko dwa. No i jak to, co ja będę tam robił? Zwiedzał miasto, a poza tym w stolicy na pewno można coś znaleźć, coś się musi dziać ciekawego – broniłem swoich planów. Przecież dwa, a nawet trzy dni, to krótko, miałbym się fatygować tak daleko w głąb kontynentu tylko na jeden dzień? Jako człowiek, który uwielbia odkrywać nowe miasta, ale samą podróż jako taką traktuje raczej jako characz, który trzeba za te rozkosze płacić, niż przyjemność samą w sobie, nie znoszę podróżowania dzień po dniu. Te godziny marnowane w drodze na lotniska i na samych lotniskach, ten ból pleców i karku w autokarach, te męczące godziny w samolotach, które prawie zawsze przesadzają z klimatyzacją i w których powietrze suche jak papier ścierny zawsze w ten okropny sposób rozpala skórę na twarzy.

„W Brasílii zupełnie nie wiadomo, co z sobą zrobić wieczorem; bardzo trudno jest znaleźć jakieś miejsca z muzyką, rozrywką” – ciągnął z przekonaniem Vitor. Wszystkie hotele są w jednym miejscu i są tam tylko hotele, nic innego tam nie ma, żadnych barów, dosłownie niczego. Zawiało grozą, brzmiało prawie jak Nicość w Niekończącej się opowieści. Wszystko inne jest daleko, jest drogie, i naprawdę ciężko to znaleźć. A zjeść w Brasílii, to już w ogóle graniczy z cudem. Będziesz jeść w hotelu lub w food courts w centrach handlowych; na szczęście są dwa takie centra obok dzielnicy hoteli, po jednym z każdej strony.

Pozostałem jednak niezmiennie podekscytowany na myśl, że wreszcie na własne oczy ujrzę to miasto. Pragnąłem je zobaczyć, odkąd jako chłopiec dorwałem jego zdjęcia i opis w jednej z tych książek w rodzaju “sto cudów świata”, czy „cuda architektury”.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Właściwie wszystko, co powiedział Vitor, okazało się prawdą. A jednak Brasília bynajmniej nie była na trasie mojej podróży rozczarowaniem. Cieszę się, że byłem wystarczająco asertywny wobec wszystkich tych, którzy próbowali mnie zniechęcić, podkreślając negatywy tego dziwnego miasta. Nie tylko mnie Brasília nie rozczarowała, ale gdybym kiedyś jakimś cudem był nieco poważniej przy kasie, chętnie bym tam wrócił na dłużej i odkrył więcej niż tylko zapierającą dech w piersiach centralną Oś Monumentalną.

Brasília, jako realizacja urbanistyczna i architektoniczna, jest jednym z najbardziej niezwykłych miast na świecie. Jest w Brasílii coś, co nie pozwala ani na chwilę przestać odczuwać tego fascynującego wrażenia, że nie ma na świecie nic podobnego do Brasílii. Jest urbanistycznym i architektonicznym arcydziełem, jej retrofuturystycznemu pięknu trudno się oprzeć, kiedy się tam już postawi fizycznie nogę. Te rozpięte z rozmachem pomiędzy budynkami ogromne połacie niemal kobaltowego niekiedy nieba, ta olśniewająca w słońcu bielą kopuła Muzeum Narodowego, wyglądająca, jakby jakiś statek kosmiczny z filmu z lat 50-tych wylądował na środku ogromnego placu, to uczucie uniesienia, kiedy zaczynasz wreszcie zbliżać się do budynków Kongresu Narodowego Federacyjnej Republiki Brazylii znajdujących się w miejscu kokpitu.

W miejscu kokpitu, bo plan Brasílii jej twórcy – urbanista Lucio Costa, architekt krajobrazu Roberto Burle Marx i wielki modernistyczny architekt, wyznawca Le Corbusiera, Oscar Niemeyer – rozpięli na rysunku samolotu. Oś Monumentalna to jego kadłub. Samolot, maszyna umożliwiająca człowiekowi latanie, wcielenie techniki jako zdolnej otworzyć przed człowiekiem zupełnie nowe możliwości, wykraczające daleko poza to, co oferują naturalne możliwości ciała homo sapiens sapiens – to symbol nowoczesności już od czasu awangard pierwszych dekad XX wieku (Kazimierz Malewicz postulował w pewnym momencie ich kadłuby i skrzydła jako najwłaściwsze miejsce dla swoich suprematystycznych kompozycji). To także wyraz jej – nowoczesności – ówczesnego optymizmu i wiary we własną zdolność przeobrażania świata i pokonywania ograniczeń, jakie stawia człowiekowi.

Jednocześnie jest jednak Brasília arcydziełem, którego twórcy, sprawcy jedynej tego rodzaju hybris w XX wieku, popłenili wiele błędów. Nawet jednak ich błędy niosą nam pewne nauki. Brasília, tam gdzie odniosła sukces i tam, gdzie poniosła porażki, udziela nam bowiem lekcji, które nie tylko nie straciły na aktualności, a wręcz być może dziś są nam potrzebne jeszcze bardziej i bardziej dziś domagają się wysłuchania, bardziej też na to wysłuchanie zasługują, niż kiedykolwiek dotąd, licząc od czasu, kiedy prezydent-wizjoner Juscelino Kubitschek wpadł na szalony pomysł wybudowania zupełnie nowej stolicy w odludnym centrum kraju zajmującego niemal równo pół kontynentu. Wpadł, albo może raczej w szalony sposób podjął pomysł, który już w jakiś sposób istniał, wisiał w powietrzu od dawna – założenie nowej stolicy bliżej geograficznego środka Brazylii, tym samym bardziej dostępnej także dla mieszkańców północnych połaci pokrywającego pół kontynentu kraju, było już obiecane przez konstytucję kraju.

Brasília powstała w szalonym tempie, jej kluczowe części zbudowano w zaledwie trzy lata. Budowa nowego miasta rozpoczęła się w roku 1960. Różne prace trwały jeszcze tu i ówdzie, ale oficjalną inaugurację miasta Kubitschek przeprowadził już w roku 1963.

Brasília jest spektakularną realizacją wyobrażeń, jakie lata pięćdziesiąte i sześćdziesiąte miały o cywilizacyjnej przyszłości. Dlatego zwłaszcza centralna oś miasta, wraz ze wszystkim, co zgromadzone wokół niej, wygląda jak coś w przedziwny sposób zarazem retro i futurystycznego, jak gigantyczna scenografia po jakimś starym filmie science fiction, może nawet radzieckim filmie science fiction. Niemeyer był przecież marksistą, został nawet (w latach 1992 roku, po rozpadzie ZSRR) przewodniczącym Brazylijskiej Partii Komunistycznej. Jest to jednocześnie kawał znakomitej architektury tego typu, architektury modernistycznej.

Jedną z zalet założenia, że wszystkie hotele znajdują się w tej samej dzielnicy (“sektorach”, mówiąc nomenklaturą zaplanowaną dla miasta: Setor Hoteleiro Norte i Setor Hoteleiro Sul), jest, że z każdego hotelu trzeba najwyżej kilka minut na piechotę, by dotrzeć do centralnej osi miasta, mniej więcej w okolice wieży telewizyjnej, od której można rozpocząć długi spacer w dół miasta, w stronę kokpitu samolotu, na schemacie którego rozrysowano miasto – w stronę budynków mieszczących polityczne stery kraju. Jest to wyprawa na kilka godzin, trzy do pięciu, w zależności od tempa naszych kroków i tego, czy robimy zdjęcia, a robić je warto, bo naszym oczom odsłaniać się będzie jeden architektoniczny dziw za drugim: Biblioteka Narodowa, wyglądające jak uziemiony latający spodek Muzeum Narodowe Republiki (po portugalsku Museu Nacional da República lub Museu Nacional Honestino Guimarães, miejsce urzekające wspaniałą, demokratyczną, egalitarną atmosferą także w swym wnętrzu), wreszcie – pałace rządowe, budynek Kongresu Narodowego i plac z pomnikiem prezydenta Juscelina Kubitschka. To wszystko na tle nieba, które za sprawą bardzo suchego zwykle powietrza przyjmuje szalenie intensywny kolor, nierozrzedzony obecnością zbyt wielu cząsteczek wody w powietrzu. To samo suche powietrze sprawia, że po kilkugodzinnym spacerze, nawet jeśli ani razu na niczym nie usiądziesz, pokrywać cię będą smugi rdzawoczerwonego pyłu.

Mój znajomy, młody architekt z São Paulo, Fabio, wierny ideom sustainable architecture, architektury oszczędnej ekologicznie, mawia, że Brasília stanowi niestety spektakularny przykład, jak nie należy budować miasta. Jest to w pewnym sensie prawda.

To jest pierwsza lekcja, jakiej udziela nam Brasília: jak nie budować w przyszłości miast.

brasilia_4

Muzeum Narodowe w Brasilii

Jak nie budować miast

Brasília jest szalenie nieprzyjazna człowiekowi, który chciałby dostać się gdziekolwiek na piechotę. Przepastnie szerokim, często wielopasmowym ulicom nie towarzyszą żadne chodniki. Za tę decyzję odpowiedzialność ponosić ma urbanista Lucio Costa. W jego wyobraźni po supernowoczesnym mieście materilizującej się już przyszłości wszyscy poruszać się mieli samochodami. Wielopasmowe ulice, niewiele skrzyżowań – wszystko to sprawia, że poruszanie się po mieście (jeśli tylko znasz drogę[1]) jest łatwe, bez porównania łatwiejsze niż w wielu wielkich miastach Europy, w których setki tysięcy ludzi codziennie grzęzną na całe godziny w korkach, potem krążą w poszukiwaniu miejsca do zaparkowania, i ciągle dają sobie wciskać ten kit, że posiadanie samochodu daje im „wolność”. W Brasílii coś takiego jak uliczne korki wydaje się po prostu nie występować. Szerokie drogi wydają się swobodnie obsługiwać każdą ilość samochodów, która się na nie wyleje. Wyzwaniem w centrum jest za to najzwyczajniej przejść na drugą stronę ulicy: niemal nigdzie nie ma przejść dla pieszych – na całym odcinku od wieży telewizyjnej u góry Osi Monumentalnej do Kongresu Narodowego dopatrzyłem się, o ile mnie pamięć nie myli, tylko jednego.

Poruszając się pieszo, człowiek czuje się jak byt zupełnie niepożądany, jakby trafił tam przez jakąś dziwną pomyłkę. Jakby wzywany do odpowiedzi na stanowczo stawiane pytanie, co on tu w ogóle bez samochodu robi. Na drugą stronę ulicy można jedynie przebiec, wychwytując momenty, w których na wszystkich pasmach szerokiej ulicy pojawi się wystarczająca przerwa pomiędzy samochodami. Tyle dobrze, że sami kierowcy w Brasílii zdają sobie doskonale sprawę, że pieszy może przekraczać ulice niemal wyłącznie w niewłaściwych miejscach, bo właściwych do tego miejsc prawie nie przewidziano. W przeciwieństwie do Rio de Janeiro, gdzie samochody i autobusy są jedynymi formami istnienia, które się zawsze dokądś szalenie spieszą, w Brasílii zwolnią, gdy zobaczą, że biegniesz na drugą stronę ulicy.

W zależności od pory dnia, idąc Osią Monumentalną można przez nawet ponad godzinę spaceru nie minąć w bezpośredniej bliskości żadnego innego pieszego. Wywiera to na zwiedzającym przedziwne, surrealistyczne wręcz wrażenie: znajdujemy się w samym sercu jednego z największych miast dwustumilionowego kraju, tysiące ludzi mijają nas w samochodach zaledwie kilka czy kilkanaście metrów w prawo lub w lewo od nas, po obydwu stronach Osi Monumentalnej widzimy wielopiętrowe budowle, a jednak idziemy jak przez pustkowie. Budynki po obydwu stronach Osi Monumentalnej widzimy jednak przez większą część tego spaceru naprawdę daleko od nas – to kolejna cecha charakterystyczna miasta zaprojektowanego dla samochodów bardziej niż dla ludzi. Szastanie przestrzenią, bo w zamierzeniu w szczęśliwej i dostatniej – wydawało się, że tak niedalekiej – przyszości każdy miał się z jednego miejsca w drugie przemieszczać samochodem.

Ciągłe poruszanie się po mieście przede wszystkim samochodem jest w jego strukturę wpisane jako warunek codziennego funkcjonowania. Weźmy na przykład ten podział na wyspecjalizowane w poszczególnych dziedzinach sektory i rozmieszczenie wszelkiej aktywności ekonomicznej czy kulturalnej podług tej mapy sektorów. Sprawia to, że w Brasílii trudno załatwić kilka spraw w jednej części miasta: do banku trzeba pojechać do Setor Bancario, na zakupy gdzieś indziej, a do restaucji albo na kilka piw ze znajomymi najlepiej gdzieś na północny wschód miasta, a potem wrócić na noc do któregoś z sektorów mieszkalnych. Ekologiczny i energetyczny koszt funkcjonowania takiego miasta musi być kolosalny.

Tak wymyślone i zbudowane miasto jest szalenie „nieergonomiczne”. W tym sensie, że odczuwa się je jako niedopasowane do naturalnych ludzkich potrzeb w naturalnej ludzkiej skali[2]. To niedopasowanie do potrzeb realnych ludzi w niespodziewany sposób wypłynęło na powierzchnię zanim jeszcze ukończono budowę.

Candangos – tak brazylijska historiografia nazywa zastępy robotników budowlanych, którzy postawili Brazylii nową stolicę – przez kilka lat trwania budowy żyli w prowizorycznych obozach na i wokół kolosalnego placu budowy. Przedłużająca się prowizoryczność tego położenia, a także swego rodzaju porzucenie, jakiego ofiarą padali po ukończeniu pracy nad największym przedsięwzięciem budowlanym w historii Brazylii, popchnęła ich do spontanicznej budowy domów dla samych siebie – na obrzeżach, tuż na zewnątrz budowanego miasta. Co jak co, ale budować przecież potrafili. Takie domy wkrótce złożyły się na osiedla i szybko rozrosły się na miejscowości. Cały wianuszek takich chaotycznych, niezaplanowanych, nigdy nawet nie zatwierdzonych przez nikogo, satelickich miejscowości wyrósł ironicznie wokół doskonale zaplanowanego modernistycznego miasta, niczym złośliwy żart historii z ludzkich ambicji przejmowania kontroli nad przyszłością. Stanowi ten wianuszek żywy dowód na to, że plany budowy miasta zupełnie nie uwzględniały elementarnych ludzkich potrzeb ludzi, którzy je budowali. Nie zakładały nawet, że za swój prawdziwie heroiczny wysiłek zasługiwali oni na to, by dostać w tym planie jakieś dzielnice na własne przyszłe potrzeby. Budowniczy tak spektakularnych przedsięwzięć też chcą gdzieś mieszkać, też mają – lub  chcą mieć – rodziny.

Brazylijczycy powiadają, że sposób, w jaki zbudowana jest Brasília, okazał się „jak znalazł” na potrzeby prawicowej, wojskowej junty, która objęła władzę wkrótce po wybudowaniu nowej stolicy (zamach stanu miał miejsce w 1964). Szerokie, wielopasmowe ulice wręcz czekały na mające się przez nie przetoczyć defilady czołgów. Podzielone na sektory miasto bez chodników, bez kawiarenek i barów na rogu okazało się wymarzonym domem dla militarnej dyktatury: ludzie nie mieli gdzie na siebie przypadkowo wpadać, spotykać się z sąsiadami i znajomymi w spontaniczny czy nie rzucający się w oczy sposób, by powymieniać się opiniami o najnowszych wydarzeniach, zorientować nawzajem w swoich poglądach, wykonać rekonesans, z kim i jak można by potencjalnie, na jakimś etapie uformować takie czy inne formy działania opozycyjnego, subwersywnego, krytycznego…

Mówiąc krótko: lekcja numer jeden, jaką nam daje Brasília, to jak nie budować już nigdy miast.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Mimo wszystko – budować miasta

Przywołajmy teraz jednak wspaniały esej Mike’a Davisa Who Will Build the Ark?[3] Autor Planety slumsów i Late Victorian Holocausts podkreśla w nim, że choć miasta są wielkim ekologicznym problemem i ich ekspansja, połączona z zasysaniem przez nie coraz więcej ludności z zewnątrz (od 2005 roku, po raz pierwszy w dziejach, ponad połowa ludzkości mieszka w miastach[4]) stanowi jeden z kluczowych czynników ekologicznej dewastacji naszej planety. Dewastacji posuniętej już tak daleko, że pod znakiem zapytania stawiającej biologiczne przetrwanie ludzkości do kolejnego stulecia. Wpływ człowieka na klimat i na środowisko jest dziś tak głęboki, że naukowcy zgadzają się, że żyjemy już w nowej epoce geologicznej, ze względu na ten wpływ nazwanej antropocenem.

„Szukając rozwiązania dla tego narastającego wciąż problemu, warto zwrócić uwagę na pewien paradoks. Otóż może się okazać, że główny powód globalnego ocieplenia, czyli urbanizacja ludzkości, jest jednocześnie potencjalnie najlepszym rozwiązaniem kwestii przetrwania ludzkości w drugiej połowie XXI wieku. Co prawda przy obecnej polityce pogrążone w ubóstwie miasta niemal z pewnością staną się trumnami nadziei. Potrzebujemy zmiany – musimy zacząć myśleć jak biblijny Noe i zbudować Nową Arkę nadziei. Ponieważ większość starych drzew została już wycięta, Nowa Arka będzie musiała być stworzona z materiałów, które ludzkość znajdzie wśród zbuntowanych społeczności, pirackich technologii, nielegalnych mediów, rebeliantów i utopii”.[5]

Miasta mogą się okazać „swoim własnym rozwiązaniem”, rozwiązaniem problemu, który w znacznej mierze stworzyły. Warunkiem jest jednak, że zmienimy nasze myślenie o miastach i społeczną praktykę życia w miastach. Zmienimy zgodnie z tym, co jest tak naprawdę intencją miasta jako takiego, intencją samej idei miasta. Że zamiast każdy harować bez sensu na spłacenie własnego samochodu, przesiądziemy się na transport publiczny. Że zamiast każdy mieszkać we własnym domku (przekleństwo chociażby Londynu – przekleństwo, bo ta obsesja czyni miasto po prostu fizycznie za dużym), będziemy mieszkać w znacznie efektywniej zagospodarowujących przestrzeń i wydajniejszych energetycznie mieszkaniach. Że zamiast marnować przestrzeń i zasoby na prywatne baseny, prywatne ogrody, prywatne sale do ćwiczeń, w pełni wykorzystamy oferowane przez miasto możliwości tworzenia dostępnych przestrzeni rozrywki, rekreacji, spędzania czasu, socjalizacji, kontaktu z kulturą, które będę wspólne, publiczne.

O ile Brasília, ze swoim szastaniem przestrzenią, z przymusem korzystania z samochodu, jaki narzuca, ze swoją nieergonomicznością i wszystkimi sposobami, na które utrudnia codzienne wspólne spotykanie się ludzi, rzeczywiście uczy nas, jak nie budować już miast, to uczy nas ona także, że możemy budować nowe miasta od podstaw, również w miejscach dotychczas odludnych, a jedyne, co jest faktycznie konieczne w tym celu, to wola i determinacja polityczna. Musimy odzyskać tę odwagę, tę bezczelność nawet, którą miał Kubitschek, i zacząć budować nowe miasta. Dokonując określających takie projekty wyborów politycznych.

Miasta, które od dawna istnieją, zwłaszcza te największe, stanowią już zagrożenie dla samych siebie. Pozostawione niemal wyłącznie mechanizmom rynkowym, rozrastają się w chaotyczny zupełnie sposób, do rozmiarów, które życie w wielu z nich czynią już koszmarem. W Londynie prawie nikt nie spędza w drodze do i z pracy mniej niż dwie godziny dziennie. Trzy godziny też nikogo nie dziwią. Trzy i pół – smucą i wywołują współczucie, ale dziwić – też raczej nie dziwią. Jak dla mnie, mieści się to w definicji koszmaru. Szastamy w ten sposób skandalicznie energią, jaką pochłania codniowe przerzucanie milionów ludzi pomiędzy odległymi dzielnicami miejskich molochów. Jest to też ogromne marnotrawstwo naszego „najcenniejszego zasobu nieodnawialnego”[6]: czasu. Nawet w wielkich europejskich stolicach rozwiniętych krajów, coraz więcej dzielnic, w oczekiwaniu, aż niewidzialna ręka rynku rozwiąże ich problemy, zaczyna też obracać się powoli w slumsy.

Brasília uczy nas więc także – i to jest lekcja numer dwa, ważniejsza dziś niż ta pierwsza – że możemy budować nowe miasta. Od zera, gdzie tylko chcemy, także w miejscach zupełnie dziś odludnych, choćby po to, żeby zmodyfikować – uczynić bardziej przyjazną człowiekowi – strukturę gęstości zaludnienia. Musimy tego tylko wystarczająco mocno – kolektywnie, politycznie – chcieć. Musimy mieć wolę dokonania tego.

brasilia-sunset

Zachód słońca nad obrzeżami Brasilii

Od Brasílii do Amazonii i z powrotem

Brasília może nam dać jeszcze jedną lekcję, na nieco wyższym poziomie abstrakcji, jeśli umieścić ją na jednym końcu spektrum, na którego końcu przeciwnym znalazłaby się Amazonia. Z jednej strony: fenomen natury, kolosalny i na skalę globu unikalny – płuca planety, ekosystem, którego pozytywny wpływ sięga nawet bardzo odległych ekosystemów. Z drugiej dzieło wielkiej politycznej mobilizacji kolektywnych sił społeczeństwa, wielka fizyczna i społeczna transformacja przestrzeni dokonana w zaledwie kilka lat na bezludnym wcześniej terenie. Od dzikiej, spontanicznie, żywiołowo, przez tysiąclecia rozwijającej się natury do kolosalnych możliwości techniki, kultury człowieka. Tak można by odmalować skalę dziedzictwa Brazylii, skalę tego, co Brazylia oferuje ludzkości.

Ale teraz okazuje się, że być może wcale niezupełnie. Okazuje się bowiem, że być może cała ta skala – a nie tylko odcinek zmierzający ku Brasílii – to skala potencjalnych możliwości człowieka. Dzisiaj amazońska dżungla jest przedmiotem potężnej ofensywy obojętnych na koszty ekologiczne aspiracji brazylijskiej burżuazji przemysłowej, która dąży do zmonetyzowania jej bogactw naturalnych i przeobrażenia jej sieci wodnej tak, by jeszcze mocniej połączyć Brazylię z krwiobiegiem „gospodarki światowej” (głównie na prawach dostawcy surowców)[7].

Ale choć dzisiaj człowiek (oczywiście nie „człowiek w ogóle” a konkretna klasa ludzi: brazylijska burżuazja) poszedł na wojnę z Amazonią, to jednocześnie wiemy już z coraz większą pewnością – coraz więcej badaczy przyjmuje tę tezę – że amazoński las tropikalny jest w znacznej mierze, w co najmniej kilkunastu procentach (według ostrożnych szacunków) tworem człowieka[8]. Był sadzony przez ludzkie społeczności, które nie dysponowały ani współczesną wiedzą naukową, ani niczym na miarę współczesnej technologii, która dziś porywa się na przebudowę całej sieci wodnej Ameryki Południowej. Wiedziały za to, że niewielki wysiłek konieczny na posadzenie drzew będzie w tym klimacie wynagrodzony owocami bez wysiłku czekającymi na nich i ich potomków przez dziesiątki, setki nawet lat.

Brasília i Amazonia stanowią więc w pewnym sensie nie tyle opozycję – natura versus kultura, czy natura versus cywilizacja – co być może raczej dwa bieguny spektrum kolektywnych możliwości człowieka. Możemy budować miasta, w trzy lata postawić na puszczy metropolię, wymyślać nowe sposoby tych miast budowania, by czynić coraz lepszym nasze wspólne życie jako społeczeństwa. Możemy odtworzyć lasy – skoro mogliśmy całe połacie Amazonii stworzyć, dysponując bez porównania mniejszą naukową wiedzą o przyrodzie i świecie. Musimy – tylko i aż – wyzwolić się kolektywnie spod totalitarnej władzy rynku, którego niewidzialna ręka miasta pogrąża w chaosie, a naturę obraca w coraz szybciej zużywane surowce. Musimy zamiast pozwalać mu sprawować nad nami władzę, odzyskać władzę nad rynkiem. Musimy odnaleźć zagubioną, nieodzownie dziś potrzebną, hybris ludzi takich jak Kubitschek. To kolejna, może ciągle jeszcze nie ostatnia lekcja Brasílii.

brasilia-walkpath

Trzech pieszych na chodniku wzdłuż Osi Monumentalnej. Oddalają się od gmachu Kongresu.

Przypisy

[1] W Brasílii nie można – przynajmniej nie można było, kiedy ja tam byłem – polegać na Google Maps. Adresy w tym mieście złożone są ze skrótów i numerów, które wprowadzają Google Maps w kompletną konfuzję.

[2] Por. James Holston, The Modernist City: An Anthropological Critique of Brasília, Chicago: The Chicago University Press, 1989.

[3] Mike Davis, Who Will Build The Ark?, „New Left Review” 2010, nr 61. Po polsku opublikowany został jedynie w skróconej wersji: Mike Davis, Kto zbuduje Arkę?, tłum. Justyna Gąsiorek, Alicja Michalak, Aleksandra Paprot, Iwona Piaskowska, Joanna Przybylska i Anna Przytomska, „Res Publica Nowa”, jesień 2012. Dostępny online: http://publica.pl/teksty/kto-zbuduje-arke-33261.html.

[4] Mike Davis, Planeta slumsów, tłum. Katarzyna Bielińska, Warszawa: Książka i Prasa, 2009, s. 11.

[5] M. Davis, Kto zbuduje Arkę?

[6] Ladislau Dowbor, Demokracja ekonomiczna, przeł. Zbigniew Marcin Kowalewski, Warszawa; Książka i Prasa 2009, s. 121.

[7] Porównaj esej Między postępem społecznym a regionalnym imperializmem.

[8] Zob. Charles C. Mann, 1491, “The Atlantic”, 1 marca 2002; dostępny online pod adresem: http://www.theatlantic.com/magazine/archive/2002/03/1491/302445/

Jarosław Pietrzak

Notes brazylijski

Tekst stanowi fragment ebooka Notes brazylijski opublikowanego w 2015 r., dostępnego do pobrania tutaj.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Syria, al-Asad i doktryna “wymiany reżimów”

A co, jeśli w opowieści pod tytułem “Wojna w Syrii” “demokratyczna opozycja” od dawna była postacią w decydującej mierze fikcyjną? Co, jeśli postrzeganie konfliktu w Syrii jako bezwzględnej i barbarzyńskiej operacji reżimu przeciwko ludowej “rewolucji” jest zwycięstwem propagandy sprzymierzonych przeciwko Asadowi mocarstw (USA, Francji, Wielkiej Brytanii, ale też Turcji, Izraela i monarchii półwyspu arabskiego)? Co jeśli Baszszar al-Asad, przy wszystkich zbrodniach, które ma na sumieniu, bardziej niż żądnym krwi i władzy ludożercą z mrożącej krew w żyłach opowieści grozy, jest raczej postacią z Sofoklesa?

Piotr Balcerowicz, jeden z najwybitniejszych polskich znawców świata arabskiego, tak pisze w obszernym tekście stanowiącym wstęp do polskiego wydania Przeprawy Samar Yazbek:

Ojciec Baszszara, prezydent Hafiz al-Asad, namaścił na swojego następcę najstarszego syna Basila. Ten jednak zginął w wypadku samochodowym w 1994 roku. Wybór padł więc na Baszszara, który jest z wykształcenia lekarzem okulistą, praktykował w Londynie i nie miał żadnych ambicji politycznych. Gdy po śmierci ojca w czerwcu 2000 roku przejął władzę niejako w sposób niezamierzony, musiał działać w zastanym otoczeniu polityczno-wojskowym, które kontynuowało politykę Hafiza i dbało o zabezpieczenie własnych interesów. Baszszar – z zasady spokojny, bezkonfliktowy, zrównoważony i wycofany, wcześniej zupełnie nieangażujący się w sprawy polityczne, niezainteresowany armią i władzą – podejmował próby reform przez mniej więcej pierwszy rok sprawowania władzy podczas tak zwanej damasceńskiej wiosny. […]

Pierwotne zapędy reformatorskie Baszszara zostały szybko ukrócone przez jego polityczne i wojskowe otoczenie, którego zakładnikiem pozostał w jakiejś mierze do dziś. Za brutalnością, z jaką reżim rozprawiał się z demonstrantami, stał młodszy brat Baszszara, Mahir, dowódca Gwardii Republikańskiej i elitarnej Czwartej Dywizji Pancernej, sprawujący kontrolę nad tajną policją. To on miał pierwotnie zostać następcą Hafiza al-Asada, gdy zginął jego starszy brat, Basil. Decyzję ojca, który ostatecznie wskazał Baszszara, uzasadniano wybuchowym, niekontrolowanym i agresywnym charakterem Mahira. W pewnym sensie Baszszar jest postacią tragiczną: stanął na czele autorytarnego państwa nie do końca w zgodzie z własną wolą i zupełnie nie w zgodzie z zainteresowaniami. Słabość i pasywność jego charakteru spowodowały, że od początku był pionkiem w grze politycznej, sterowanym przez policyjno-wojskowe otoczenie. Eskalacja konfliktu sprawiła, że właśnie ta świta, w tym jego młodszy brat, nadawała ton i kierunek zdarzeniom. To oddziały dowodzone przez Mahira prowadziły brutalną pacyfikację protestów i działania zbrojne w pierwszej fazie wojny domowej. Prasa saudyjska donosiła nawet w 2012 roku, że Baszszar nosił się przez jakiś czas z zamiarem ustąpienia z urzędu. Sprawy zaszły za daleko i okazało się, że z krwią na rękach, jako zbrodniarz wojenny Baszszar nie ma drogi odwrotu. Należy przy tym również pamiętać, że niemal całe otoczenie polityczne Baszszara al-Asada stanowią alawici, przez swe związki z władzą i zawłaszczanie państwa znienawidzeni w społeczeństwie. Odejście Baszszara doprowadzi więc zapewne do czystek etnicznych i ludobójstwa, organizacje islamistyczne nawet nie kryją takich planów. Baszszar dobrowolnie nie ustąpi, jak to uczynił Hosni Mubarak w Egipcie czy Zajn al-Abidin Ibn Ali w Tunezji, gdyż chroniąc swoją władzę, chroni nie tylko siebie, ale także swoją społeczność, a przy okazji druzów, szyitów, chrześcijan i inne niesunnickie mniejszości.

Piszę te słowa po lekturze najnowszej książki Vijaya Prashada, The Death of a Nation and the Future of the Arab Revolution, poświęconej „arabskiej wiośnie”, w której sporo jest o Syrii. Lekturze zbiegła się w czasie z końcówką ofensywy sił Asada na bastiony tzw. rebeliantów na wschodzie drugiego największego miasta Syrii, Aleppo. Prashad jest wybitnym historykiem Trzeciego Świata / Globalnego Południa, autorem dwóch wybitnych książek, lektur obowiązkowych w temacie najnowszej historii biedniejszej części ludzkości: The Darker Nations i The Poorer Nations.

Podobnie jak Balcerowicz w innych partiach cytowanego wyżej tekstu, Prashad nie ma najmniejszych wątpliwości, że organizacje w jakikolwiek sposób demokratyczne od dawna stanowią marginalną siłę w szeregach syryjskiej rebelii.

Strach wypełnia strefy pod kontrolą rebeliantów, czy to znikającej powoli Wolnej Armii Syryjskiej, czy różnych grup islamistów, takich jak związana z al-Kaidą an-Nusra, ramię Saudów Dżajsh al-Islam, czy ISIS. Strach przed porwaniami dla okupu i widowiskowymi zabójstwami. Nie ma już żadnej liczącej się siły, która by jeszcze niosła dla Zachodu sztandar ‘umiarkowanych’. We wrześniu 2015 generał Lloyd Austin z amerykańskiego Centralnego Dowództwa powiedział komisji amerykańskiego Kongresu, że w terenie jest może ‘czterech albo pięciu’ przeszkolonych przez Amerykanów, wciąż całych wojowników. Miliony dolarów rozpuszczono na darmo. Szkoleni przez USA wojownicy wydają się odpływać do oddziałów ekstremistów, które jawią im się jako bardziej skuteczne.

Wbrew kliszom, przez które konflikt w Syrii przedstawiały najważniejsze media na Zachodzie, znaczenie tzw. demokratycznej opozycji przeciwko brutalnej dyktaturze od samego początku mogło być takie sobie. Zachód, podobnie jak sama tzw. demokratyczna opozycja, liczył na powtórkę scenariusza libijskiego, w którym same oddziały rządowego wojska dezerterowały na szeroką skalę i stawały po drugiej stronie frontu. Tak miała, w teorii, rosnąć Wolna Armia Syryjska, ale syryjskie wojsko okazało się w miażdżącej większości lojalne wobec rządu al-Asada. Al-Asad nigdy nie był prezydentem tak powszechnie znienawidzonym jak Mubarak w Egipcie czy Ibn Ali/Ben Ali w Tunezji. W przeciwieństwie do wcześniejszych odsłon „arabskiej wiosny”, zanim napięcia przerodziły się w wojnę domową, cieszył się poparciem mniej więcej połowy społeczeństwa. Na protesty jego przeciwników z odpowiedzią wyszły na ulice manifestacje jego zwolenników, rzecz bez precedensu w Tunezji czy Egipcie.

Prashad odrzuca jako nieuzasadnione spiskowe teorie, jakoby to sam al-Asad promował ekspansję Państwa Islamskiego w szeregach rebeliantów, żeby móc przebrać swoje działania w dobrze znaną z Zachodu retorykę „wojny z terroryzmem”. Za powstanie ISIS Prashad winą obciąża jednoznacznie katastrofę amerykańskiej wojny w Iraku i późniejszej bezmyślnie prowadzonej okupacji tego kraju przez Stany Zjednoczone i ich sojuszników.

Na polskiej lewicy jest obecne między innymi takie stanowisko, że przyjmowanie narracji syryjskiego rządu – iż siły, z którymi walczy, to terroryści i fanatycy religijni – nawet kiedy dokonuje ofensyw na pełne cywili miasta, stanowi przyzwolenie na narrację bliźniaczo podobną do tego, co uprawia Izrael w swoich cyklicznych bombardowaniach Gazy. Ale co, jeśli ideologiczna sytuacja w Syrii jest znacznie bardziej „piętrowa”?

Milionom ludzi na świecie łzy zalewały oczy na widok „ostatnich tweetów” i „ostatnich wiadomości wideo” wysyłanych do świata z oblężonych części Aleppo przez rzekomych cywili czekających jakoby na śmierć z rąk armii rządowej. Jedna z najpopularniejszych wiadomości pochodziła tymczasem od zawodowego propagandysty al-Kaidy. Kilka dni później Bilal Abdul Kareem, cały i zdrów, filmował się, podniecony, z wojownikami w kominiarkach, z ładunkami wybuchowymi na brzuchach, gotowymi do zamachów samobójczych. Wolna Armia Syryjska walczy takimi metodami?

To prawda, że siły rządowe stosują bezwzględne metody nie oglądające się na międzynarodowe regulacje humanitarne – stanowiło to wielokrotnie źródło przerażenia i obiekcji ze strony najskuteczniejszego z sojuszników al-Asada w terenie, libańskiego Hezbollahu, znanego z tego, że zamiast ciężkich bombardowań na odległość walczy w bliskiej, fizycznej konfrontacji z siłami wroga i za wszelką cenę unika ofiar cywilnych. Ale dlaczego ci cywile nie mogą się wydostać z miast czy dzielnic pod kontrolą tzw. rebeliantów? Wbrew temu, co chciałaby nam powiedzieć CNN czy amerykański Departament Stanu, bynajmniej nie tylko finansowana przez Kreml telewizja RT utrzymuje, że to islamistyczne ugrupowania rebeliantów nie pozwalają im się stamtąd wydostać, takie świadectwa pochodzą już z różnych źródeł. Po zajęciu przez siły al-Asada wschodniej części Aleppo agencja Reutera podała, że w tamtej części miasta były zapasy żywności – pod kontrolą rebeliantów, którzy trzymali ją dla siebie, niedostępną dla głodujących cywili.

Jaki właściwie wybór inny niż zdobycie przemocą tych części miasta, które były pod kontrolą al-Kaidy i Dżajsz al-Islam, miał al-Asad? Zostawienie tych ludzi pod władzą islamistów, uwięzionych bez wyjścia i bez wystarczających ilości żywności, na pastwę ich „systemu sprawiedliwości” polegającego na obcinaniu głów i zrzucaniu „przestępców” z dachów wysokich budynków? Zostawienie oddziałom al-Kaidy wschodniego Aleppo jako bazy, z której będą mogli terroryzować resztę miasta i dokonywać kolejnych ekskursji w głąb kraju, żeby wojna mogła się toczyć przez kolejne pięć lat?

Mamy obowiązek domagać się wrażliwości na los cywilów, ale czy w przypadku Aleppo nie zaczęliśmy się osuwać w niebezpieczną postać moralizatorskiego narcyzmu, w którym zamiast dyskutować o realnych rozwiązaniach, ścigamy się w „humanitarnych” deklaracjach niczym w sikaniu na odległość?

As’ad Abukhalil w swojej napisanej dla portalu Jadaliyya krytyce podejścia zachodniej lewicy do sytuacji w Syrii wskazuje, do jakiego stopnia lewica dała sobie narzucić jednostronną narrację, doskonale zgodną z narracją i interesami mocarstw dążących do obalenia syryjskiego rządu. Abukhalil zwraca uwagę, że Stany Zjednoczone i ich sojusznicy nigdy nie interweniują po stronie sił postępowych. Wojna w Syrii toczy się między różnymi siłami prawicowymi (rząd i rebelianci). Sam fakt, że Stany Zjednoczone opowiadają się tak mocno po jednej ze stron, powinien być dla lewicy wskazówką, że to właśnie jest strona bardziej reakcyjna.

Ogromna część tego, co jeszcze istnieje na polskiej lewicy, w odniesieniu do Syrii reprodukuje bezkrytycznie liberalną matrycę, w której każde państwo ze swoim systemem politycznym jest traktowane jak byt całkowicie autonomiczny, wyabstrahowany z kontekstu historycznego i geopolitycznego, do którego przykładamy tę samą miarę i skalę od „brutalnego reżimu” do „wolności i demokracji”, tak jakby każdy kraj, w każdym momencie i każdym otoczeniu, mógł tak po prostu stać się Finlandią. Tymczasem każde państwo istnieje w jakimś kontekście nie tylko kulturowym, ale też w kontekście regionalnych i globalnych stosunków władzy i dominacji, które jednym dają możliwość stania się Finlandią, a innym już nie tak bardzo. Syria pod rządami Asadów (Hafiza i Baszszara) była państwem z przerostem aparatu represji, ale nigdy aż tak policyjnym jak niedaleki Egipt. Nie spełniała większości standardów demokratycznych, niemniej jednak była jakąś formą republiki o fundamentalnie świeckim charakterze, w której różne grupy religijne i etniczne żyły z sobą w pokoju i w poczuciu bezpieczeństwa. Nic z tych rzeczy nie można powiedzieć o niedalekich fundamentalistycznych monarchiach absolutnych, Arabii Saudyjskiej i emiratach w Zatoce Perskiej (które pociągają za sznurki w szeregach syryjskich rebeliantów).

Czytając Prashada, widzimy jak bardzo cały plan obalenia al-Asada i towarzysząca temu propagandowa strategia Zachodu i jego regionalnych sojuszników opierały się na próbach kopiowania scenariusza obalenia Kaddafiego w Libii. Jest to bardzo zasmucające, jak niewiele lewica (zachodnia i polska) nauczyły się ze scenariusza libijskiego (przypominam, że pewna organizacja na radykalnej, pozaparlamentarnej polskiej lewicy, już rozwiązana, ale jej członkowie działają dzisiaj gdzie indziej, domagała się kiedyś od polskiego rządu poparcia zachodniej inwazji na Libię).

Podobnie jak w przypadku Libii, we wczesnym stadium konfliktu istniała szansa na rozwiązanie przy stole negocjacyjnym – w przypadku Libii próby takie podejmowała przede wszystkim dyplomacja brazylijska, z poparciem większości krajów Południa i wielu krajów arabskich, w przypadku Syrii poważnie zaangażowana była też dyplomacja południowoafrykańska. Próby te zostały jednak utrącone przez Zachód, który za wszelką cenę dążył do eskalacji wojny i „wymiany reżimu”.

Podobnie jak w przypadku Libii, największe światowe media nie ustają w informowaniu nas o krwiożerczości al-Asada – a my bierzemy to wszystko za dobrą monetę, jakbyśmy nie wiedzieli, że ponad połowa takich samych doniesień na temat Kaddafiego była pomówieniami fabrykowanymi na potrzeby wytworzenia społecznego przyzwolenia na wojnę z nim. Dopiero po definitywnym zakończeniu wojny poznamy całą prawdę na temat tego, ile zbrodni siły Asada naprawdę popełniły, a ile im wmówiono, ale nawet teraz wiemy już o przynajmniej niektórych, że były propagandowymi nadużyciami ze strony przeciwników reżimu. Dotyczy to najcięższych oskarżeń: przynajmniej niektórych incydentów rzekomego użycia broni chemicznej przeciwko cywilom. Wybitny amerykański dziennikarz śledczy Seymour Hersh jest przekonany, że tę broń chemiczną szmuglował z Libii, przez Turcję, do sił antyasadowskich, Departament Stanu USA pod kierownictwem ulubienicy części polskiej lewicy, Hillary Clinton. Miała ta broń być użyta w sposób, który kierowałby następnie podejrzenie na siły Asada.

Podobnie jak w przypadku Libii, mocarstwa zachodnie nawołują do ustanowienia nad Syrią strefy zakazu lotów (no-fly zone). Podobnie jak w przypadku Libii, ogromna część lewicy łyka bezkrytycznie narrację prezentującą ten środek jako immanentnie „pacyfistyczny” i prowadzący do rozwiązania konfliktu, tak jakby Libia się nie wydarzyła. W Libii no-fly zone pociągnęła za sobą eskalację działań zbrojnych i całkowitą implozję struktur państwa, próżnię po których wypełniło nieobecne tam wcześniej Państwo Islamskie. Libia jest dziś piekłem na ziemi. Impozycja no-fly zone nie polega na tym, że „społeczność międzynarodowa” ją sobie ogłasza i nagle wszystkie strony jakoś tak same z siebie jej przestrzegają. No-fly zone daje komuś – i najczęściej są to Stany Zjednoczone i ich sojusznicy – prawo do umieszczenia na objętym nią terytorium instalacji, które utrzymają ten zakaz w praktyce, czyli np. zestrzelą samoloty łamiące zakaz lotów. Taki scenariusz w Syrii otwierałby możliwość eskalacji amerykańskiego zaangażowania w kraju i w regionie, a prawo do (i fizyczna możliwość) zestrzeliwania samolotów innych sił zbrojnych groziłoby przekształceniem wojny w Syrii w otwartą wojnę NATO z Rosją. To, że dotąd nie udało się na szczęście objąć nieba nad Syrią zakazem lotów, zawdzięczamy temu, że w przeciwieństwie do ogromnej części zachodniej i polskiej lewicy, przynajmniej niektóre liczące się na arenie międzynarodowej rządy nie-zachodnie zrozumiały lekcję Libii i dały administracji Obamy do zrozumienia, że tym razem rezolucja o strefie zakazu lotów już w Radzie Bezpieczeństwa ONZ nie przejdzie.

Baszszar al-Asad nie jest źródłem wszelkiego zła. Z narracji Prashada wyłania się klarowny obraz, w którym tym źródłem jest ostatecznie skompromitowana i domagająca się natychmiastowego pogrzebania „liberalna religia” Zachodu: „doktryna wymiany reżimów”. Według tej doktryny upatrzone reżimy muszą zostać obalone, pod pretekstem ich szczególnie brutalnego, dyktatorskiego charakteru, a w rzeczywistości wyselekcjonowane wyłącznie dlatego, że stoją na drodze interesom Zachodu i jego posłusznych regionalnych klientów, nierzadko znacznie bardziej brutalnych, ale za sprawą życia w symbiozie z interesami zachodnich mocarstw nigdy nie zagrożonych podobną wymianą reżimu (w rodzaju Arabii Saudyjskiej i emiratów). Każda taka wymiana odbywa się bez śladu poszanowania dla lokalnej kultury politycznej, uwarunkowań struktury społecznej i tak dalej. Jej jedynym możliwym skutkiem jest osuwanie się jednego państwa za drugim w stan chaosu bez porównania gorszy dla mieszkańców od obalonych dyktatur.

Baszszar al-Asad jest uwikłanym nosicielem i przekaźnikiem zła rozpętanego przez innych. Nie można wykluczyć, że kierowały nim nienajgorsze intencje. Że przyjął przekazaną mu władzę, by uchronić kraj przed pięścią swojego brutalnego młodszego brata. Próbował zliberalizować ustrój polityczny Syrii. Niestety próby te szły w parze z neoliberalnymi reformami ekonomicznymi, sprzedawanymi od ćwierć wieku każdemu systemowi w transformacji jako część „nierozerwalnego” pakietu przez światowych promotorów „wolności i demokracji”. Kombinacja społeczno-ekonomicznych skutków tych neoliberalnych zmian (ubożenie prowincji, wsi i masowe bezrobocie młodych) z poczuciem rosnącego zagrożenia finansowaną przez mocarstwa zewnętrzne (USA, Francja, Arabia Saudyjska, Turcja, Izrael, Katar) opozycją o profilu salafickiego ekstremizmu, spowodowały brutalny odwrót od procesów politycznej liberalizacji i powrót reżimu do metod bezwzględnej represji.

Syria pod rządami al-Asadów była reżimem reakcyjnym, świadczy o tym już choćby to, że dyskusja o tym, kto zastąpi Hafiza po jego śmierci, ograniczała się do pytania: „który z jego synów?”. Przy całym swoim reakcjonizmie, był on jednak mimo wszystko umieszczony wciąż w horyzoncie Oświecenia, przywiązany do pewnych oświeceniowych wartości i oświeceniowych form własnej legitymizacji. W sąsiedztwie monarchii absolutnych, Iraku, który pod wpływem zachodnich awantur zapadł się w postać czystego chaosu. Otoczony siłami zdeterminowanymi, by zniszczyć to, co tam zdołało przetrwać z projektu oświeceniowego. Irak był przykładem piekła, jakie nastaje, gdy takie siły odnoszą zwycięstwo.

Reżim al-Asada był często oskarżany o paranoję, węszącą wszędzie spiski wymierzone w siebie i w istnienie Syrii w ogóle. Ale dzisiaj, m. in. dzięki WikiLeaks, wiemy, że nie było w tym ani trochę paranoi, była to trafna ocena sytuacji. Dla tych wszystkich domów Saudów, al-Maktumów, al-Chalifów, as-Sanich istnienie w sąsiedztwie laickich reżimów formalnie republikańskich, jakkolwiek niedoskonałe by one nie były, stanowi spędzającą sen z powiek groźbę, że ich własne feudalne domeny nie są im dane na wieki wieków. Dla Izraela Syria jest jedynym arabskim sąsiadem, którego nie udało mu się skorumpować, a w którego terytorium bardzo chciałby się werżnąć jeszcze głębiej i w końcu „znormalizować” swoją północno-wschodnią granicę na tyle, by Wzgórza Golan stały się oficjalnie częścią „Wielkiego Izraela”. Dla Stanów Zjednoczonych, których klasa polityczna siedzi po uszy w kieszeni izraelskiego lobby, życzenia Tel Awiwu są rozkazem. Prezydentowi Erdoganowi w Ankarze marzy się umrzeć w roli neosułtana, odnowiciela osmańskiej potęgi Turcji, której Syria mogłaby być „zewnętrzną prowincją”. Stanom Zjednoczonym, Izraelowi i Arabii Saudyjskiej doskwiera przyjaźń rządu w Damaszku z rządem w Teheranie, bo woleliby widzieć Iran słabszym i osamotnionym. Wreszcie Turcji, USA, Francji, Wielkiej Brytanii i Katarowi „w bankach nie sztymuje”, że Syria chciała wykorzystać swoje zasoby, położenie i terytorium w zgodzie z własną wizją ekonomicznego rozwoju i we współpracy z tymi, których sama uważa za swoich przyjaciół. Mówiąc bardziej wprost, projekt gazociągu budowanego przez Syryjczyków w regionalnej współpracy z Iranem i Rosjanami, stał w poprzek marzeniom wymienionych o przebiegającym zamiast tego przez terytorium Syrii gazociągu amerykańsko-turecko-katarskim.

Baszszar al-Asad znalazł się w tragicznej roli przywódcy niedemokratycznego reżimu, który niemniej jednak pozostawał jednym z ostatnich bastionów resztek Oświecenia w swojej części świata. Dlatego musiał go bronić za wszelką cenę, bo jedyne widoczne na horyzoncie siły, które byłyby zdolne go zastąpić, były o wiele gorsze i wieściły Syrii całkowitą dezintegrację.

Lewicę powinien obowiązywać zakaz oceny reżimów metodą liczenia trupów. Została ona wymyślona przez najnędzniejszych liberałów, żeby „wykazywać”, o ile komunizm jest gorszy od nazizmu, i z liberałami, na ich przyszłe potępienie, powinna na zawsze pozostać. Siły al-Asada mają na sumieniu więcej zabitych niż siły tzw. rebeliantów, ale czy nie dlatego, że te drugie po prostu nie zgromadziły jeszcze tyle władzy, żeby naprawdę się wykazać? Czy chcielibyśmy zaryzykować i dać im szansę je prześcignąć? Bo Syria, ze swoją złożoną kompozycją religijno-etniczną, ma dość niesunnickich mniejszości, by „rebelianci” pobili szybko poprzednie rekordy, gdyby tylko ustabilizowali swoją kontrolę nad terytorium na tyle, żeby przystąpić do upragnionej eksterminacji „kafirów”.

Całkowite przechwycenie syryjskiej „rewolucji” przez wspieranych z zewnątrz salafickich ekstremistów (już w 2012) oraz pogrzebanie (m. in. przez Departament Stanu Madame Clinton) szans na rozwiązanie konfliktu przy stole negocjacyjnym, powodują, że istnieje dziś tylko jeden realny scenariusz na zakończenie wojny w Syrii i na to, że kraj ten będzie się kiedyś znowu nadawał do życia: zwycięstwo sił rządowych Baszszara al-Asada i rekonsolidacja przez nie syryjskiego państwa.

Różnica między reżimem Baszszara al-Asada a „rebeliantami” (jedynymi, którzy się liczą militarnie i politycznie) to różnica między reżimem, który jest owszem reakcyjny, ale pozostaje wciąż w granicach horyzontu Oświecenia, a siłami, które dążą do wyzerowania wszystkich Oświecenia zdobyczy, jakkolwiek niedoskonała byłaby ich historyczna realizacja na terenie Syrii. W Syrii Baszszara al-Asada przyszła walka polityczna będzie się toczyć o poszerzanie praw. W Syrii salafitów walkę trzeba będzie zacząć od samej tych praw idei, od samego początku. To różnica między walką o wydawanie opozycyjnej prasy, a walką z prawem oficera zwycięskiej formacji zbrojnej, by gwałcić wedle upodobania dowolnego chłopca, a potem jego ukarać za homoseksualizm śmiercią przez zrzucenie z dachu wysokiego budynku na oczach tłumu.

Znawcy polityki Władimira Putina, którzy zajmują się czymś poważniejszym, niż kreowaniem go na nowego Hitlera, zwracają uwagę, jak traumatycznym przeżyciem była dla niego katastrofa zachodniej interwencji w Libii i obalenie Kaddafiego. To, że nie stanął na wysokości zadania, że będąc jednym z nielicznych władców tego świata, który dysponował jakimiś realnymi środkami, by zapobiec katastrofie, całkowicie zawiódł, Putin postrzega jako swoją wielką klęskę polityczną o historycznym znaczeniu. Putin postanowił nie dopuścić do tego, by w Syrii powtórzył się ten sam scenariusz. Nie powinno być zgody na znak równości między interwencją Rosji po stronie al-Asada, a interwencjami, które wywołały wojnę w Syrii próbami obalenia rządu i oddały prawie całą opozycję w ręce ekstremistów. Interwencja Rosji ma na celu zakończenie wojny – w jedyny możliwy dziś sposób, czyli przez zwycięstwo rządu. Interwencja Rosji odbywa się na tego rządu prośbę, wystosowaną do Rosji jako sojusznika. Na prośbę rządu, który w rozumieniu prawa międzynarodowego pozostaje jedynym legalnym rządem Syrii. Nawet jeśli to się odbywa – a odbywa się – w ramach rosyjskiego projektu imperialnego, nie ma tu żadnej symetrii imperializmów. Nawet jeśli Rosja broni swoich geopolitycznych interesów, nie można nie docenić zimnej krwi i racjonalizmu, z jakimi Kreml reaguje na podejmowane z różnych stron próby wytrącenia Rosjan z równowagi. W każdej z tych sytuacji, od zestrzelenia przez Turków rosyjskiego samolotu nad Syrią, po zabójstwo ambasadora Rosji w Ankarze przez obłąkanego 22-letniego policjanta, Putin wybrał drogę deeskalacji napięć.

Choć wiem, że zostanie mi to gdzieniegdzie zarzucone, to wszystko nie znaczy wcale, żebym uważał, iż Putinem kieruje jakiś znaczący impuls uniwersalistyczny. Nigdy dość powtarzania, że Putin nie jest człowiekiem z naszej (tj. lewicy) bajki. Putin nie jest człowiekiem projektu w jakikolwiek sposób uniwersalistycznego, czy postępowego. Jest cynicznym człowiekiem władzy, jego wizja polityczna jest na wskroś konserwatywna, reakcyjna. Bardziej niż o cokolwiek innego chodzi w niej o zachowanie pewnych stabilnych ram dla istniejących stosunków władzy i miejsce w nich Rosji odzwierciedlające to, na co ona jego zdaniem zasługuje. To, że taki polityk, rodzaj postmodernistycznego cara, stał się de facto obrońcą resztek, które się jeszcze nie zawaliły po arabskich realizacjach projektu oświeceniowego, nie jest miarą jego wielkości (uniwersalizmu, „oświeceniowości”, postępowości, czy jak to nazwiemy) – jest to miarą politycznej i etycznej nędzy i degrengolady ostatnich dziesięcioleci polityki Zachodu w stosunku do Bliskiego Wschodu. Może się wkrótce okazać, że interwencja Putina w obronie reżimu Baszszara al-Asada położyła przynajmniej wreszcie kres największemu źródłu zła w tamtej części świata: zachodniej doktrynie „wymiany reżimów”.

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się pierwotnie (5 stycznia) na łamach portalu Strajk.eu.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

 

Trump i Clinton. Burżuazyjna demokracja umiera brzydką śmiercią

Gdyby Eurypides upił się był kiedyś z Sofoklesem, i na wspólnym pijackim widzie postanowili się ścigać, kto postawi swojego nowego bohatera w najbardziej tragicznym położeniu, przed najbardziej beznadziejnym wyborem, nie dotarliby chyba do sytuacji, w jakiej amerykańskie społeczeństwo postawiła tamtejsza klasa polityczna.

Między gwałcicielem a pseudofeministką, która w obronie władzy i przywilejów swojej zdemoralizowanej rodziny pomogła uchronić przed odpowiedzialnością poprzedniego gwałciciela w Białym Domu. Między rasistą wulgarnym, wyrzygującym bezmyślnie frazy, że Meksykanie to mordercy i gwałciciele, a rasistką elegancką, z kieliszkiem najdroższego szampana nazywającą afroamerykańską młodzież „superdrapieżnikami”. Między szaleńcem, o którym nie wiadomo, czy nie wywoła kilku wojen, a zakochaną w swoich wojskowych doradcach cyniczką, o której wiadomo, że wywoła kilka wojen – wiadomo, bo parę już wywołała (w Libii wespół z Sarkozym, w Syrii z niejawnym sojuszem izraelsko-saudyjskim), a swoje marzenie o doprowadzeniu do kolejnych wyrażała otwarcie (z Iranem) lub za zamkniętymi drzwiami (z Rosją i Chinami), wiedzę o czym zawdzięczamy WikiLeaks. Między obleśnym pajacem w kolorze dojrzałych owoców cytrusowych, o którym mówi się, że jego kampanię wspierał Kreml, a pozbawioną skrupułów karierowiczką, której kampania zassała dziesiątki milionów dolarów od saudyjskiej rodziny królewskiej. Między oszustem podatkowym i biznesowym a głową wielkiej pralni brudnych pieniędzy i „załatwialni” szemranych politycznych przysług, znanej jako Clinton Foundation.

Każ komuś wybierać między dżumą a cholerą i dziw się, że umarł.

Hillary Clinton nie była mniejszym złem

Kiedy stało się już to, co jeszcze pół roku temu było nie do pomyślenia, przerażeni tym, jak będzie wyglądał świat z szalonym, narcystycznym clownem na czele największego mocarstwa, nie powinniśmy jednak zapominać, że Clinton nie była złem ani trochę mniejszym.

Trump jest rasistą – mówią płaczki po Madame Clinton. A Madame Clinton nie? Na miłość Marksa! W kampaniach wyborczych swojego męża Billa, a potem w okresie jego prezydentury, odgrywała główną rolę w przekierowywaniu gniewu białej klasy robotniczej, ubożejącej wskutek polityki ekonomicznej jej męża (NAFTA, deregulacja Wall Street, itd.), której też była aktywną orędowniczką, w stronę ludności afroamerykańskiej. To w tym kontekście młodych czarnych mężczyzn nazywała „miejskimi superdrapieżnikami”. Tą kampanią rasowej stygmatyzacji Madame Clinton pomogła administracji swojego męża powsadzać do więzień miliony czarnych mężczyzn. To w czasie administracji Clintona polityka masowej inkarceracji czarnych mężczyzn rozpędziła się na niespotykaną wcześniej skalę (i do dzisiaj się nie zatrzymała). Miliony mężczyzn w więzieniach to także złamane serca milionów matek i partnerek skazanych na samotne wychowywanie dzieci w kraju, w którym Bill Clinton prawie zlikwidował pomoc społeczną. To miliony dzieci skrzywdzone brakiem ojca i dzieciństwem w biedzie. Miliony ludzkich istnień nieodwracalnie przetrąconych, wielokrotnie na zawsze złamanych. Za kolor skóry. Drodzy rycerze antyrasizmu, wybraliście złą damę waszych serc.

Trump traktuje kobiety jak śmieci. A Madame Clinton? O Różo Luksemburg! Likwidacja ponad 80% faktycznie przyznawanej pomocy społecznej przez Billa Clintona, „reforma” aktywnie wspierana przez Madame Clinton, uderzyła przede wszystkim w kobiety, zrzucając na nie zwielokrotnione obciążenia w zakresie opieki nad dziećmi, nad starszymi i chorymi członkami rodziny, i wpychając miliony z nich w skrajną biedę. W warunkach, kiedy gospodarka oddana przez Billa (przy aktywnym poparciu Hillary) na łup bankierow i spekulantów, osuwała coraz więcej ludzi i całych społeczności w biedę. Kobiety są szczególnie poszkodowane przez system ochrony zdrowia oparty o prywatne korporacje ubezpieczeniowe, bo na ich niekorzyść działają koszty związane z rozrodczością i fakt, że rodzicielstwo pozostaje niemal zupełnie niechronione przez amerykańskie stosunki pracy. Kiedy Clinton została już oficjalnie nominowana jako kandydatka Partii Demokratycznej, Bernie Sanders próbował przepchnąć do jej programu uniwersalną opiekę zdrowotną (nie, Obamacare to wciąż tylko jej ersatz, wydrążony kadłubek), Madame Clinton stanęła na rzęsach, żeby temu zapobiec.

Można tak odpowiadać na większość zarzutów pod adresem Donalda Trumpa. To prawda, Hillary Clinton nikogo nie zgwałciła ani nie molestowała. Za to wywołała dwie wojny, w których zginęło już kilkaset tysięcy ludzi. Oczywiście, można uważać, że gwałt jest zbrodnią cięższą od wywołania wojny z setkami tysięcy ofiar śmiertlnych, ale jest to sąd tyleż arbitralny, co dyskusyjny.

Nikt nie zasługiwał na zwycięstwo i Biały Dom mniej niż Donald Trump. Ale nikt nigdy nie zasłużył na porażkę bardziej niż Hillary Clinton. To drugie przeważyło.

Wymarzone wojny Hillary Clinton

Od kilku miesięcy na wschodzie i północy Europy gromadziły się bezprecedensowe ilości wojsk Stanów Zjednoczonych i ich sojuszników, głównie Wielkiej Brytanii. Największa koncentracja sił NATO w Europie od czasu drugiej wojny światowej. Tym, którzy mają trudność z dodaniem jeden do jeden, spieszę z pomocą.

Wojska te gromadziły się tam w oczekiwaniu na koniec kadencji Baracka Obamy, prezydenta niechętnego rozpętywaniu kolejnych wojen, bo wstydzi się tych, które już ma na sumieniu (za jego rządów USA bombardowały siedem krajów). W oczekiwaniu na intronizację oblubienicy Wall Street i amerykańskiego przemysłu wojny, namaszczonej przez amerykańską plutokrację do roli jego następczyni. Wszystko było gotowe na jej gwizdek. Jeżeli w pogłoskach o wsparciu Kremla dla Trumpa jest ziarno prawdy, to dlatego, że z Trumpem w Białym Domu Rosji uda się zażegnać lub przynajmniej odroczyć wojnę z NATO, której Rosja nie chce. Ulga i radość Kremla i Dumy na wieść o wynikach wyborów świadczą o tym właśnie, a nie o tym, że Putin jest jakimś planetarnym władcą marionetek, który rozdaje trony nawet w państwach potężniejszych od własnego. Z Clinton ta wojna wybuchłaby najpewniej już w 2017 roku, w każdym razie wszystko było już na ten scenariusz przygotowane.

Prezydentura Trumpa będzie strasznym okresem dla Amerykanów, zwłaszcza dla przedstawicieli mniejszości etnicznych i imigrantów, populacji afroamerykańskiej, Latynosów, społeczności muzułmańskich, mniejszości seksualnych, a także większości kobiet. Ale też dla białej klasy robotniczej, której część Trump uwiódł zgrywając antyestabliszmentowca i grając na rasistowskich sentymentach (które odziedziczył po kampanii Clintonów w latach 90.); już u władzy porzuci ich jak nieprzytomną, wykorzystaną dziewczynę na cocaine party w megalofcie na szczycie jednego ze swoich hoteli.

Prezydentura Clinton byłaby bez wątpienia lepsza dla samych Amerykanów. Ale kto miał za to zapłacić? Reszta świata.

Clinton miała bez porównania bardziej postępowy program wyborczy. Ale wiarygodność Clinton jako polityczki, która zrealizuje socjaldemokratyczne obietnice, jest mniej więcej taka, jakby sobie w tej roli wyobrazić Leszka Balcerowicza. A jako doświadczoną polityczkę, podkreślającą na każdym kroku, jaka to jest – w przeciwieństwie do Trumpa – doświadczona, Amerykanie ocenili ją po dorobku, a nie po deklaracjach. Socjaldemokratyczny program Clinton był głównie propagandowym „spinem” obliczonym na utrzymanie głosu zwolenników Berniego Sandersa i porzucenie po dojściu do władzy.

Kilka postulatów udałoby się lewicy z jej administracją zrealizować, zapewne np. podniesienie na poziomie federalnym płacy minimalnej i w konsekwencji materialnego poziomu życia milionów Amerykanów. Może jakieś inwestycje. Ale jak byłoby to możliwe bez naruszania stopnia władzy ekonomicznej skumulowanej po dekadach neoliberalizmu przez wąskie grono plutokratów? A nie po to misie z Goldman Sachs i Citibank płaciły Madame Clinton przez kilka ostatnich lat po ćwierć miliona dolarów za 45-minutowe pogadanki za zamkniętymi drzwiami, żeby ona cokolwiek z ich władzy, pieniędzy i przywileju im uszczknęła.

Kapitalizm jest w strukturalnym kryzysie akumulacji. Wyjście amerykańskiej gospodarki z kryzysu 2008 jest najsłabszą ekonomiczną recovery odnotowaną od lat 30. XX wieku. Z czegoś takiego nikt nigdy w kapitalizmie nie wyszedł samym impulsem popytowym. Istnieją powody, dla których keynesizm nagle przestał działać po upływie trente glorieuses (trzy dekady nieprzerwanej prosperity po II wojnie światowej) i stanął przed zagadkową konfiguracją problemów, które według teorii Keynesa nie miały prawa się wydarzyć jednocześnie. W klasyce literatury przedmiotu jest takie coś, co się nazywa fale Kondratiewa. Keynesowkie środki kontrcykliczne rozwiązują problem krótkich cykli koniunkturalnych, ale nie fal Kondratiewa. Obama przez bite dwie kadencje pompował w amerykańską gospodarkę inspirowane Keynesem pakiety stymulacyjne, ale ich skuteczność już się wyczerpała: prawie wszystkie pieniądze z tych pakietów ostatecznie znajdują drogę do baniek spekulacyjnych, omijając realną gospodarkę, stopa zysku dla całości gospodarki albo stoi w miejscu, albo spada, a wzrost PKB nie potrafi przebić poziomu jeden procent z czymś po przecinku. Pakiety spekulacyjne kupiły tylko elitom trochę czasu.

Bez redystrybucji już istniejącego bogactwa, nacjonalizacji banków a potem innych strategicznych przemysłów oraz uspołecznienia kontroli nad nimi, zachowując w nienaruszonej postaci obecną strukturę własności i władzy ekonomicznej (patologicznie skoncentrowanej), amerykański kapitalizm byłby w stanie sfinansować poprawę poziomu życia swojej klasy robotniczej i klasy średniej tylko w jeden sposób: poprzez eskalację grabieży i wojny poza swoimi granicami. Wojna bowiem napędza jeden z najbardziej zyskownych przemysłów (zbrojeniowy), umożliwa grabież zasobów („akumulacja przez wywłaszczenie” zasobów zaatakowanych społeczeństw kompensuje niewydolność „akumulacji przez produkcję”), a zmasowana destrukcja już zakumulowanego kapitału (martwej pracy zastygłej w już wzniesionych nieruchomościach, infrastrukturze, instytucjach, itd.) w toku działań wojennych otwiera przestrzeń dla nowego cyklu akumulacji kapitału. Tak to działa w realnym kapitalizmie, tym, w którym naprawdę żyjemy, który opisał Karol Marks i jego uczniowie, a nie tym z fantazji liberalnych bajkopisarzy, albo z Keynesa, któremu się wydawało, że możliwy jest kapitalizm, który nie składa się w końcu jak domek z kart.

I wiemy, że wojna to był plan obozu Clinton, ponieważ od dawna otacza się ludźmi, którzy ślinią się razem z nią na myśl o zbombardowaniu Iranu i o wojnie z Rosją. Jej kampanię wyborczą finansowało dziewięć z dziesięciu największych korporacji zbrojeniowych. Wojska już się w Europie zgromadziły. Można odnieść wrażenie, że jej przyjaciele w Pentagonie, CIA i Departamencie Stanu przeciągali wojnę w Syrii w nieskończoność, wspierając na zmianę różne strony konfliktu, tak żeby nikt tej wojny nie mógł wygrać, żeby ciągle się toczyła, kiedy Hillary zostanie zwierzchnikiem sił zbrojnych i Syria będzie wygodnym punktem wyjścia dla rozlania działań zbrojnych na Rosję i Iran. Na Pacyfiku, odpowiednio blisko Chin, ma miejsce druga wielka koncentracja amerykańskich sił zbrojnych. Dokumentowaniem tych procesów zajmuje się od dłuższego czasu wybitny australijski dziennikarz John Pilger.

Te umysły na polskiej lewicy, które piszą o Clinton bezmyślne limeryki, że nie tylko nie była mniejszym złem, ale była wprost większym dobrem, i jej stanowisko w sprawach międzynarodowych jest drugorzędne, mam ochotę zapytać: czy byliście gotowi życiem przyjaciół, urwaną nogą bliskiego krewnego, lejem po bombie w miejscu waszego domu, itd., zapłacić za wzrost płac w USA i kilka progresywnych reform pani rzuconych przez Madame Clinton jej amerykańskim wyborcom w zamian za tron cesarzowej świata?

Geografia nie daje innej możliwości, jedna z pierwszych wojen Hillary Clinton przetoczyłaby się przez Polskę i okolice. NATO by nas obroniło? Nie po to nas wkręciło w członkostwo, żeby nas bronić, tylko żeby mieć bufor, w razie problemów z góry spisany na straty, jeden czy dwa dni więcej na przygotowanie do obrony swoich „członków właściwych”.

Donald Trump jest autorytarnym prawicowym populistą, protofaszystą. Ale Jasbir Puar napisała kiedyś takie zaprawdę godne zapamiętania zdanie, że „liberalna demokracja sankcjonyje swoje własne reżimy totalitarne”. Tym właśnie byłyby Stany Zjednoczone Hillary Clinton, reżimem totalitarnym liberalnej demokracji: pozory szacunku dla liberalnych wolności i kilka progresywnych grepsów wewnątrz granic za cenę bezprecedensowej eskalacji militarnej przemocy na zewnątrz.

Trump nigdy nie chciał być prezydentem

Po ogłoszeniu oficjalnych wyników amerykańskich wyborów drugim życiem zaczął się cieszyć tekst reżysera Michaela Moore’a, napisany przezeń w czerwcu, w którym, wyciągając wnioski z brytyjskiego referendum na temat Brexitu, podawał 5 powodów, dla których Trump wygra te wybory. Wiele miesięcy wcześniej Moore przewidział też, że to właśnie Trump zostanie nominowany na kandydata Partii Republikańskiej na prezydenta. Ponieważ tamte diagnozy okazały się trafne, warto sobie przypomnieć jeszcze inny tekst ekscentrycznego amerykańskiego laureata Złotej Palmy.

Moore postawił intrygującą tezę, że Donald Trump nigdy nie chciał wygrać tych wyborów. Nigdy nie chciał zostać prezydentem USA. Będzie się musiał przeprowadzić do znacznie mniejszego i skromniejszego domu (Białego Domu). Będzie miał obowiązki, a nie tylko kaprysy. Jak mu się coś znudzi albo nie wyjdzie, nie będzie mógł ogłosić bankructwa i zająć się czymś innym. Trzeba będzie spuścić z tonu z imprezami i kokainą. Same uciążliwości. Jedyne, o co mu naprawdę z początku chodziło, to zagrać na nosie telewizyjnej korporacji NBC, która w pewnym momencie nie chciała już z nim nic produkować. Na zasadzie: „Ja wam jeszcze pokażę, kto będzie królem wskaźników oglądalności! Będę na ekranach cały czas!”. Uważam, że Moore miał rację.

Kiedy kampania już ruszyła, to oczywiście uwaga, jaką na niego skierowała, stała się sama w sobie pastwiskiem dla jego nienasyconego ego, którego apetyt rósł w miarę jedzenia, ale Trump przez cały czas niestrudzenie sabotował swoją kampanię, robiąc wszystko, by być gwiazdą wiadomości, ale pozostać absolutnie niewybieralnym. Był obleśny i wulgarny; obrażał kogo popadło, w tym większość ważnych ludzi we własnej partii; wygadywał, co mu ślina na język przyniosła; w odstępie kilku dni, tak, żeby nikt nie zdążył zapomnieć, mówił rzeczy wzajemnie z sobą sprzeczne (np. o swoim stosunku do Obamacare); wdawał się w awantury na Twitterze o trzeciej w nocy; robił wszystko na przekór wskazaniom swoich doradców; itd. Mówimy o Stanach Zjednoczonych – tylko ktoś, kto nie chce wygrać, obrażałby tam weteranów wojennych i rodziny poległych żołnierzy! Kiedy kłamał, to nie po to, żeby coś ukrywać, żeby do czegoś przekonywać – jego kłamstwa bywały śmieszne lub absurdalne, możliwe do natychmiastowego zdemaskowania. Robił wszystko, żeby wybory upasły jego ego, ale żeby ostatecznie przegrać, najlepiej niewielką ilością głosów, żeby zajść Hillary za skórę, a potem być może założyć na zbitym w ten sposób kapitale nowe, „bezkompromisowe” imperium medialne.

A jednak został wybrany. Wystarczy spojrzeć na zdjęcia czy materiały filmowe z jego pierwszej wizyty w Białym Domu, by zobaczyć twarz człowieka w ciężkim szoku, prawdopodobnie dosyć przestraszonego. Przełknie to, bo na tym ego też się dobrze upasie, ale nie o to mu tak naprawdę chodziło.

Jak człowiek, który zrobił wszystko, by być absolutnie niewybieralnym, wygrał z „najbardziej doświadczoną kandydatką” w historii amerykańskich wyborów, która na swoją kampanię wydała najwięcej pieniędzy w historii wszystkich kampanii wyborczych w nowożytnej historii ludzkości?

Ukarana hybris plutokratów późnego kapitalizmu

Podobnie jak Moore, Robert Reich czy Glenn Greenwald, uważam, że przegrana Clinton musi być postrzegana w tej samej perspektywie, co wcześniejsze o cztery i pół miesiąca referendum w sprawie Brexitu w Wielkiej Brytanii. I podobnie jak komentując tamto wydarzenie, jako kontekst przypomnę fenomenalny esej Wolfganga Streecka How Will Capitalism End? (Jak skończy się kapitalizm?), obecnie rozwinięty także do postaci książki. Kapitalizm znajduje się w stanie totalnego kryzysu na wszystkich poziomach. Jest niewydolny ekonomicznie, nie potrafi powrócić do odczuwalnego wzrostu, porusza się właściwie między krachem a recesją. Przy pozorach życia trzyma go tylko siła inercji, nasze przyzwyczajenie, to, że porzuciliśmy utopię stworzenia dlań alternatywy, a także to, że – pozwolę sobie zacytować inną pracę Streecka – elity finansowe i polityczne „kupują czas”, jaki nam został do całkowitego zawalenia się tej konstrukcji. Kryzys przeżywa polityczna nadbudowa kapitalizmu: instytucje burżuazyjnej demokracji liberalnej przerodziły się w farsę, miejscami w cyrk. Po kilkudziesięciu latach neoliberalizmu głęboki kryzys przeżywają też wszystkie formy legitymizacji systemu – jego legitymizacja symboliczna, kulturalna, moralna.

Prawie nikt nie wierzy już w „słuszność” systemu, w to, że ludzie, których kapitalizm nagradza wysokim statusem ekonomicznym, zasłużyli na to czymkolwiek wartym szacunku. Przeciętni mieszkańcy rozwiniętego świata widzą własne dzieci, wykształcone znacznie lepiej niż oni byli w ich wieku, zadłużone na poczet tego wykształcenia, pracujące ciężej niż oni pracowali w ich wieku, a jednak stojące najczęściej przed perspektywą dramatycznej nierzadko deklasacji, podczas gdy przekształcona w globalne kasyno gospodarka schyłkowego kapitalizmu nielicznych, często osoby, które tylko znalazły się we właściwym miejscu o właściwym czasie, nagradza zasobami dla innych niedostępnymi nawet gdyby do dyspozycji mieli kilka żyć.

Ale nie tylko przegrani późnego kapitalizmu, czy rodzice tych skazanych dzisiaj na rolę takich przegranych, nie wierzą już w usprawiedliwienia i uzasadnienia tego systemu. Nawet władcy tego świata nie wierzą już w system, w którym nagromadzili tyle przywileju. Nie wierzą już oni w to, że ten system jest sprawiedliwy, że jest słuszny, że czymkolwiek sobie na wszystko, co mają, zasłużyli, że system jest do utrzymania, że to wszystko ma prawo się nie zawalić. Nie wierzą też, że ktokolwiek w to wierzy. To dlatego, przekonuje Streeck, tak bezczelnie i otwarcie kradną, robią te swoje przekręty, bailouty banków, które służą tylko nabijaniu kieszeni bankierów, itd. Nie boją się o swój wizerunek, bo i tak nie wierzą, że ktokolwiek ma co do tego wizerunku jakieś złudzenia. A ponieważ nie wierzą w to, że taki system długo jeszcze pociągnie, nie mają żadnej długoterminowej wizji, kradną, póki się da, reagują na wydarzenia w perspektywie krótkoterminowej, nierzadko nie wiedzą już co robić i robią byle co.

Jednak w toku trwającej cztery dekady neoliberalnej bonanzy zgromadzili władzę i przywileje, za sprawą których przyzwyczaili się do osiągania zawsze tego, co chcą – przez wpływ na powstawanie prawa, przez wpływ na ustawodawców, przez dogadywanie różnych rzeczy na imprezach z właściwymi ludźmi, przez zaprzyjaźnionych dziennikarzy, opiniotwórcze media, które przejęli na własność, sondaże opinii, itd. W rezultacie charakteryzuje ich toksyczne połączenie aroganckiej pewności, że wszystko mają pod całkowitą kontrolą z brakiem troski o to, żeby przynajmniej dobrze ukrywać swoje machinacje i nie wyglądać na zewnątrz na oszustów i złodziei na kolosalną skalę.

Pierwszy raz to się rypło, kiedy brytyjski premier David Cameron wyobrażał sobie, że wszystko ma pod kontrolą. Że rozpisze referendum, że z góry wie, jaki będzie wynik. Cała klasa polityczna, elity mediów, kultury i biznesu zjednoczyły się w jednogłośnym przekazie, że jest tylko jedna sensowna decyzja. No więc społeczeństwo wyczuło pierwszą od dawna możliwość zemsty na elitach, uderzenia w nie w sposób, który je zaboli.

Clinton wyczekiwała końca drugiej kadencji Obamy w przekonaniu, że teraz to już naprawdę jej kolej, i że prezydentura jej się należy jak psu buda. Otaczała ją rozbudowana, ale głęboko nawzajem z sobą powiazana klika niezwykle wpływowych osób, od dziesięcioleci umoszczonych w i wokół instytucji najwyższej władzy w Waszyngtonie. Klika ta dzieliła to przekonanie Clinton, bo każdy i każda z jej członków awansowałby dzięki temu w tej strukturze o jedno oczko. Z ujawnionych maili szarej eminencji Partii Demokratów, Johna Podesty, Thomas Frank wyczytał, jak to strukturalnie działa. Od samego początku, za fasadą wewnątrzpartyjnych prawyborów, szczyty władzy Partii Demokratycznej, Wall Street i military-industrial complex zakładały, że następna będzie Clinton. Że to się jej i im wszystkim należy. Miała to w rzeczywistości być bardziej monarchiczna sukcesja, intronizacja; wybory miały tylko „zatwierdzić” wybór plutokratów, uszlachetniając go pieczęcią „demokracji”.

Zupełnie nie obchodziło ich to, jak bardzo niepopularną polityczką jest Clinton, jak kompromitujący jest jej dorobek, ani ile nowych obciążających ją informacji – na temat Libii, Syrii, Hondurasu, Izraela, saudyjskich pieniędzy w Clinton Foundation – każdego tygodnia na jej temat wypływało.

Prawybory, tradycyjnie sposób, w jaki obydwie główne partie w USA wyłaniają swojego kandydata do wyborów prezydenckich, odbywały się od początku w warunkach spisku szczytów władzy w partii (Democratic National Committee), w którym to spisku chodziło o to, by zmarginalizować jakąkolwiek konkurencję dla Hillary Clinton, a przede wszystkim – jak się szybko okazało – bez porównania od niej popularniejszego senatora Berniego Sandersa. Przyjaciele Clinton w największych mediach, od CNN po „New York Times” i „The Washington Post”, dbali o to, żeby Sanders nie jawił się nigdy jako poważny kandydat, by cieszył się tylko ułamkiem miejsca bądź czasu antenowego, był krytykowany za byle co, podczas gdy żaden skandal nie groził Madame Clinton trudnymi pytaniami, nie mówiąc już o krytyce. Wszystkie chwyty przeciwko Sandersowi były dozwolone. Nie tylko minimalizowanie jego obecności w serwisach informacyjnych wielkich mediów, ale nawet rzucane na wszystkie strony insynuacje, że jego zwolennicy są mizoginami, którzy nie znoszą Clinton, bo jest kobietą. Warto odnotować, że Sanders mógłby grać w ten sam sposób, oskarżając Clinton lub jej zwolenników o antysemityzm (choć ateista, pochodzi z rodziny żydowskiej). Sanders nigdy się do tego poziomu jednak nie zniżył. Spisek ten doprowadził ostatecznie do wyeliminowania Sandersa i nominacji Clinton. Wyszedł na jaw dzięki WikiLeaks.

Ale to właściwie jest i tak mniej szokująca część tego skandalu. Ponieważ to kampania Clinton w międzyczasie wymyśliła z jej przyjaciółmi w największych stacjach telewizyjnych i tytułach prasowych, żeby pomóc wykreować na kandydatów do nominacji Partii Republikańskiej jej największych oszołomów – Donalda Trumpa, Teda Cruza, Bena Carsona (nie ma się co oszukiwać, konkurentów Trumpa do tej nominacji dzieliła od niego różnica stopnia, nie rodzaju). Grano na to, że są oni tak obłąkani w swoim reakcjonizmie, że gdy uda się któregoś z nich wykreować, kampanii przeciwko nim nie będzie się dało przegrać. Kampania Clinton szalała z radości, gdy na czoło zaczął się wysuwać Trump. Przecież tak komiksowy przeciwnik nigdy nie wygra z tak doświadczoną wyjadaczką, tak „racjonalną” polityczką jak Clinton, prawda? To był przedmiot drwin w Simpsonach już kilkanaście lat temu, no nie? To się przecież nie wydarzy w rzeczywistości? Wymarzony przeciwnik! To kampania Clinton w znacznym stopniu stworzyła Trumpa, bo wydawał się niewybieralny.

Gdy okazało się, że szanse Trumpa nie przestają rosnąć, cały establishment połączył się w jednogłośnym poparciu dla jedynej słusznej kandydatki, do tego stopnia, że nawet większość republikańskich członków Kongresu poparła Clinton. Nawet rodzina Bushów, republikańscy reakcjoniści par excellence. Chyba tylko trzy tytuły prasowe poparły Trumpa. Nawet radykalnie prawicowe, zawsze prorepublikańskie pisma poparły Clinton. Krytykowanie Clinton czy zadawanie jej trudnych pytań stało się niemal bluźnierstwem dla wszystkich dużych telewizji z wyjątkiem chyba tylko najbardziej prawicowego kanału Fox News. Clinton tymczasem uwikłana była w tyle skandali i zbrodni (śledztwo FBI w sprawie używania prywatnego serwera do służbowej komunikacji na wymagającym najwyższych standardów bezpieczeństwa stanowisku państwowym; rola odegrana w Libii i Syrii; obalenie prezydenta Zelayi w Hondurasie; darowizny od Saudów, o których reżimie od dawna wiedziała, że sponsoruje Państwo Islamskie, itd), że kreowanie jej na polityczną świętą zaczęło wyglądać jak kpina w żywe oczy.

Miliony Amerykanów zdały sobie w pewnym momencie sprawę, że tu nie chodzi już o demokrację, a o koronację – koronację oblubienicy elit, które chcą tylko przyklepania swojej decyzji. Podobnie jak Brytyjczyków w przypadku referendum o Brexicie, Amerykanów ostatecznie zalała krew, która im się podnosiła z różnych powodów już od dłuższego czasu. Postanowili powiedzieć Fuck you, enough is enough! Wszystko, byle nie kolejna żmija z tego samego gniazda. Lepsza agonia gwałtownych spazmów pod rządami nieprzewidywalnego szarlatana, niż kolejna dekada nieznośnego status quo pod rządami tej niezatapialnej familii. Zrozumieli, że skoro elity zjednoczyły się wokół Clinton niemal jednogłośnie, i gotowe są ukrzyżować każdego, kto kwestionuje niepokalane poczęcie Madame Clinton, tzn. że Trump jest tym pierwszym od dziesięcioleci kamieniem, który mogą cisnąć w to kłębowisko żmij i je naprawdę rozpędzić, pokrzyżować im plany, sprawić, że zwrócą uwagę na istnienie kogoś innego niż one same. Albo przynajmniej to uderzenie je naprawdę zaboli.

Wielu próbuje zdyskredytować interpretacje o antyestablishmentowym charakterze głosu na Trumpa tym, że on sam jest przedstawicielem tego establishmentu. Jest milionerem-dziedzicem, jest permanentnym telewizyjnym celebrytą. Ale to jest słaby argument. Prawie cały establishment, włącznie z jego własną partią, aż po rodzinę Bushów, zjednoczył się przeciwko niemu, prawie wszystkie media zjednoczyły się przeciwko niemu. Pochodzi z elity ekonomicznej, ale nie politycznej – nie ma za sobą historii pełnienia urzędów, nie przeszedł przez żadne rites de passage właściwe karierom polityków profesjonalnych. On sam zrobił wszystko, żeby przegrać te wybory! W warunkach amerykańskiego systemu wyborczego, który wymaga tak wielkich środków na kampanię wyborczą i stuprocentowy outsider nigdy nie przekroczyłby progów dostępu, to było as close as you can get. A ponieważ sam Trump wcale nigdy nie chciał być prezydentem, to nawet on został w ten sposób poniekąd, tym samym kamieniem, uderzony. Bo Trump nie znajdzie się tam w swoim żywiole. I prezydentura może się okazać jego „momentem Escobara”, tym punktem, w którym wielka burżuazja jego kraju przestanie go tolerować i zjednoczy się w nieustannych spiskach mających na celu jego usunięcie, na które oczywiście zasługuje.

Tak, poparł go Ku Klux Klan, głosował na niego najgorszy rasistowski element amerykańskiego społeczeństwa, ale oni stanowią tylko część jego zwycięstwa. Był najbardziej nielubianym kandydatem, jakiego kiedykolwiek wystawiła Partia Republikańska. Podobnie jak Clinton w przypadku Partii Demokratycznej. Tak jak Clinton bardziej niż jakichś swoich szczerych wielbicieli, dostała w większości głosy ludzi nienawidzących Trumpa bądź nim przerażonych, tak Trump dostał miliony głosów ludzi, którzy nie mogli zdzierżyć wizji niekończącej się dynastii Clintonów w Białym Domu. Trump nie porwał za sobą milionów. Wygrał siłą niechęci do Madame Clinton i wszystkiego, co ona sobą reprezentuje – traktatu NAFTA, Wall Street, wieczorków z Goldman Sachs, list mailingowych wierchuszki Citigroup, pieszczot ze strony przemysłu zbrojeniowego. Trump zdobył mniej głosów niż kandydat Republikanów w poprzednich wyborach, Mitt Romney (który wtedy przegrał, z Obamą). Wygrał bowiem nie tylko głosami głosujących, ale też odmową oddania głosu przez kilka milionów ludzi, którzy wcześniej głosowali na kandydatów Demokratów. Clinton straciła bowiem kilka milionów głosów w stosunku do Obamy cztery lata temu. Frekwencja była najniższa od lat. Odmowa głosowania to też jest głos odrzucający oboje kandydatów. Nigdy wcześniej nie oddano tak wielu głosów przed czasem, pocztą – dziennikarka Barbara Ehrenreich zauważyła, że świadczy to o tym, jak bardzo Amerykanom chciało się rzygać od tego wszystkiego, jak bardzo chcieli mieć już za sobą całą tę haniebną kampanię i wybór między dżumą a cholerą.

Tak, rasizm i mizoginia ekspolodowały, ale nie wyjaśniają, dlaczego miliony ludzi wolały oddać pole rasistom i upić się albo oglądać telewizję, niż głosować na Madame Clinton. Przez wiele lat będziemy słyszeć, że fantastyczna liberalna feministka Madame Clinton przegrała, bo Amerykanie nienawidzą kobiet, ale może ludzie nienawidzą też skorumpowanych zbrodniarzy wojennych opłacanych przez przemysł zbrojeniowy?

Większość białych kobiet, które głosowały, głosowała na Trumpa. Niektóre z nich są rasistkami, nierzadko nieświadomie, niektóre zinternalizowały mizoginię patriarchalnego społeczeństwa i traktują ją jak pogodę, ale aż tyle? Wśród kobiet bez wyższego wykształcenia, z czego mniemać można, że reprezentują klasę robotniczą, miażdżąca większość głosowała na Trumpa. A może część z nich ma nastoletnich synów, a ponieważ rodzina nie ma pieniędzy, a w mieście upadł wszelki przemysł, jedyną ekonomiczną perspektywą dla tych synów jest zaciąg do wojska? I takie kobiety miały do wyboru Hillary Clinton, która na pewno wyśle ich na wojnę, i Donalda Trumpa, który mówi mówi trzy po trzy, i nie wiadomo, co zrobi, czyli przynajmniej jest jakaś szansa, że nie wyśle ich na wojnę. I takie kobiety budziły się w środku nocy zlane potem, bo śniły im się ciała ich synów przysłane w trumnach z któregoś z frontów otworzonych przez burżuazyjną feministkę Madame Clinton. Gdybym był taką kobietą, to bym zagłosował na Trumpa. On przynajmniej, jak dotąd, nikogo nie zabił.

Clinton straciła głosy latynoskie, które wcześniej padały na Obamę. Prawie jedna trzecia Latynosów, którzy poszli do głosowania, zagłosowała na Trumpa. Pomimo iż byli przedmiotem jego rasistowskiego szczucia, pomimo iż zapowiedział mur na granicy z Meksykiem i masowe deportacje „nielegalnych”! To jest jedna z najbardziej szokujących miar skandalu, jaką było wystawienie przez plutokratów jako ich faworyty Madame Clinton. Miliony amerykańskich Latynosów wolały same cierpieć dyskryminację i prześladowania w Stanach Zjednoczonych pod rządami Donalda Trumpa, niż skazać kraje swojego pochodzenia na reinscenizacje Hondurasu. Hillary Clinton, jako sekretarz stanu w administracji Obamy, pomogła tam obalić prezydenta Zelayę (bo chciał podnieść płacę minimalną) i zamieniła ten kraj w piekło na Ziemi.

Nastąpiła po tych wyborach erupcja bezwstydnego rasizmu. Ale kto wie, czy historycy, pisząc o paradoksach roku 2016, roku, po którym nic już nie było takie jak przedtem, nie będą mówić i o tym, że był to moment, w którym miliony amerykańskich rasistów dziwnym zbiegiem okoliczności pomogły uchronić świat przed III wojną światową, a przynajmniej przed jej wybuchem już w 2017 roku, na osi NATO-Rosja?

Król jest nagi

Oczywiście, naiwną jest wiara w to, że po takim szoku następne może być już tylko zwycięstwo prawdziwej, socjalistycznej lewicy, niemal automatycznie. Niektórzy żywili takie przekonanie w Niemczech, gdy Hitler doszedł do władzy w 1933. Zwycięstwo populistycznej prawicy może otworzyć okres jej dłuższego panowania i przekształcania aparatu państwa w stronę coraz mocniejszego autorytaryzmu lub faszyzmu.

Jak na protofaszystę, Trump będzie jednak słabym prezydentem. Nie ma prawdziwego programu, tylko zestaw haseł. Jest nieprzygotowany do sprawowania jakiegokolwiek urzędu, a otoczy go wkrótce mgławica ludzi o wiele bardziej doświadczonych i utalentowanych politycznie od niego. Będzie mnóstwo przeciągania liny, kuluarowych konfliktów, spisków, wszystko to będzie poważnie spowalniało realne działania tej administracji. Trump niby ma republikańską większość w Kongresie, ale ta większość to głównie jego wrogowie: ludzie, których obraził, albo którzy obrazili jego. Osobiste urazy to poważna przeszkoda dla jakiejkolwiek współpracy w przypadku człowieka, któremu wszystko sprowadza się do jego własnego ego. Jako człowiek, którego personę wykreowała telewizja, Trump wyobraża sobie świat jako konstelację ekranów, po których przesuwają się złożone z migoczących pikseli wizerunki-awatary, a w nowym sezonie można wstać z martwych w zupełnie nowym show. Zderzy się z realiami twardej władzy. Jestem pewien, że pierwsze dyskretne spotkania tych, którzy już zaczynają szukać na niego haków i sposobu na impeachment, odbędą się jeszcze przed styczniową inauguracją jego prezydentury.

Nie jestem wielbicielem amerykańskiego społeczeństwa, ale u większości Amerykanów, których w życiu poznałem, zwracał moją uwagę wpisany głęboko w ich habitus impuls antyautorytarny. To nie zawsze jest najmądrzejsza ich właściwość, bo to przez nią zawsze tak łatwo łykają propagandowe opowieści o dyktatorach, z którymi ich rząd wybiera się na wojnę albo chce dokonać „wymiany reżimu” innymi metodami. Ale wreszcie będą mogli zrobić z tego impulsu dobry użytek. Przewiduję lata niezwykle intensywnej mobilizacji różnych formacji lewicujących, a w przypadku Afroamerykanów to pewnie na skalę nieznaną od czasu Czarnych Panter. Wielu Amerykanów dopiero teraz zrozumie prawdziwą naturę amerykańskiego państwa, amerykańskiego imperium i amerykańskiego kapitalizmu. Wielu prostodusznych liberałów będzie zmuszonych wyjść z cieplutkiej bańki swojego wiecznego centrum i opowiedzieć się za pewnymi sprawami konkretnie.

Donald Trump w Białym Domu oznacza, że król jest nagi.

Że nie da się już dłużej ukrywać, do jakiego stopnia amerykańskie państwo i amerykański kapitalizm ufundowane są na rasizmie i rasitowskiej przemocy. Że Imperium Dolara jest państwem zbójeckim utrzymującym się z plądrowania reszty świata. Najpiękniejsze uśmiechy najpiękniejszego prezydenta Obamy nie będą nas już w stanie wieść na pokuszenie. Wszystko leży przed nami, wyłożone jak kawa na ławę.

Trump powiedział, że deportuje od dwóch do trzech milionów nielegalnych imigrantów. To dokładnie tyle, ile deportował Obama. Trump jest jawnym, bezwstydnym rasistą. Obama jest czarny; a jednak tempo inkarceracji młodych czarnych mężczyzn nie spadło w USA pod jego rządami ani o promil, bezkarna przemoc policji strzelającej do czarnoskórych Amerykanów za noszenie kaptura czy drobne wykroczenia drogowe eksplodowała, bez żadnego przeciwdziałania ze strony Białego Domu, do tego afroamerykańskie społeczności nawet jeszcze bardziej zubożały. Trump powiedział, że będzie rejestrował żyjących w USA muzułmanów, ale amerykańki rząd od dawna ich już śledzi na wiele różnych sposobów, zadłużając się zresztą w zakresie ekspertyzy u rządu zaprzyjaźnionego Państwa Izrael, i tylko dzięki temu, że Obama jest sam przez rasistowską prawicę oskarżany o bycie agentem „islamizmu”, nikt na to nie zwracał uwagi. Trump powiedział, że nie wierzy w globalne ocieplenie (chociaż już zaczął zmieniać zdanie). Clinton powiedziała, że wierzy, ale protestujących w rezerwacie Standing Rock olała z góry na dół, i gdyby została prezydentką, to czekałaby cierpliwie, aż policja rozpędzi ich lub wystrzela, i „hard working people” z przemysłu wydobywczego będą w końcu mogli zacząć kopać i wiercić bez przeszkód. Jeśli Trump będzie miał do dyspozycji autorytarne środki sprawowania władzy, to tylko dlatego, że odziedziczy je po administracji Obamy, w tym rozwiązania wprowadzone przez niego autorytarną metodą prezydenckich dekretów (executive orders). Bo choć Obama swoją pierwszą kampanię wygrał m. in. na hasłach obiecujących odwrócenie polityki autorytarnej koncentracji instrumentów arbitralnej władzy w rękach prezydenta, praktykowanej przez George’a W. Busha, to nie tylko nic z tych obietnic nie spełnił, ale posuwał się coraz dalej w tym samym kierunku. Teraz, kiedy wiemy już, że następnym prezydentem zostanie Donald Trump, Obama explicite odmówił cofnięcia executive orders, na podstawie których eskalował proceder wojny przy użyciu dronów. I tak dalej.

Z prezydentem Donaldem Trumpem trudniej będzie się reszcie świata oszukiwać, że Stany Zjednoczone są „liderem wolnego świata”, oparciem porządku światowego, gwarantem jego bezpieczeństwa i ostoją jego stabilności. Nigdy nie były, ale elity, przyssani do wiecznego środka mainstreamowi intelektualiści, czasem całe społeczeństwa, lubiły sobie wmawiać takie pierdoły. Z prezydentem Trumpem w Białym Domu skończyły się wymówki, skończyły się usprawiedliwienia. Król jest nagi. Kraje globalnego Południa być może zdążą teraz zdać sobie sprawę z powagi sytuacji i zmobilizują się w dziele intensyfikacji sojuszy ekonomicznych i militarnych obliczonych na obejście Stanów Zjednoczonych lub wręcz otwarcie przeciwstawionych patologicznej potędze Waszyngtonu, nastawionych na wspólną obronę przed tą patologiczną potęgą. Skupią się w sojuszach z Chinami, Brazylią, Rosją. Europa może w końcu obudzi się ze swojego przyssania do kaprysów i interesów Waszyngtonu i zada sobie poważne pytania o swoje międzynarodowe lojalności i o swoją doktrynę bezpieczeństwa, póki co bezwstydnie zaciągniętą na służbę łupieżczych wojen Waszyngtonu, ukrywanych pod rzekomo obronnym charakterem Paktu Północnoatlantyckiego. Od wielu lat Brazylia, Indie, Japonia i Niemcy dążyły do reformy Rady Bezpieczeństwa ONZ. Te cztery kraje, najlepiej pospołu z Republiką Południowej Afryki, powinny niezwłocznie zostać stałymi członkami Rady i cały świat powinien się zjednoczyć w przyznaniu im tam miejsca, by zmniejszyć zagrożenie, jakie dla ludzkości stanowi quasi-terrorystyczna kontrola USA nad tym ciałem, i nad ONZ w ogóle. Prezydent Ekwadoru Rafael Correa zasugerował niedawno, że zwycęstwo Trumpa może na zasadzie reakcji wzbudzić nową falę lewicowych mobilizacji w Ameryce Łacińskiej i odwrócić powrót neoliberalnej prawicy do władzy w wielu krajach regionu (administracje Temera w Brazylii i Macriego w Argentynie grały jednoznacznie na zwycięstwo Clinton). I tak dalej.

Z podważającym naukowe ustalenia dotyczące nieodwracalnych, antropogenicznych zmian klimatu Donaldem Trumpem w Białym Domu musimy się wreszcie obudzić i zdać sobie sprawę, jak niewiele mamy czasu, i jak wielką częścią problemu są Stany Zjednoczone. To najbardziej marnotrawcza gospodarka w dziejach świata, zużywająca większość energii, surowców i innych zasobów planety, emitująca większość zanieczyszczeń, pomimo iż USA stanowią tylko 4,4 % ludzkości. Kolejna dekada neoliberalnego status quo w Waszyngtonie, którą miała rozpocząć prezydentura Madame Clinton, stanowiłaby w najlepszym razie spokojny spacer ku krawędzi osuwającego się urwiska. Madame Clinton oficjalnie uśmiechałaby się przed kamerami CNN z egzemplarzem porozumień z Paryża, a za zamkniętymi drzwiami, u swoich przyjaciół z Goldman Sachs i Citi, nadal o ekologicznych działaczach mówiłaby, że „they should get a life”. Madame Clinton pozwoliłaby swoim przyjaciołom i sponsorom z przemysłu wydobywczego i energetycznego kopać, wiercić i spalać na potęgę, jednocześnie wykonując drobne kroczki we właściwym kierunku, jakbyśmy mieli jeszcze sto lat na rozwiązanie problemu, który grozi nam naszym własnym wyginięciem jako gatunku. Nie mamy stu lat na rozwiązanie problemu. Mamy raczej sto dni. 2016 będzie wkrótce ogłoszony najgorętszym rokiem, odkąd prowadzone są pomiary, kilka miesięcy z rzędu przebijało rekordy poprzednich miesięcy jako najgorętsze miesiące, odkąd prowadzone są pomiary. Za pięć lat sześćdziesięciu procent gatunków dzikich zwierząt dziś jeszcze żyjących może już z nami nie być. Być może wśród tych, których już nie będzie, będą kluczowe dla reprodukcji flory, a więc i naszego przetrwania, pszczoły. Z prezydentem Trumpem w Białym Domu może się w końcu obudzimy i zdamy sobie sprawę z powagi sytuacji.

Eklektyczna mieszanina przypadkowych rozwiązań ekonomicznych, które prawdopodobnie zastosuje administracja Trumpa (na ile da się cokolwiek w tej sprawie przewidzieć), złożona zapewne z cięć podatków dla najbogatszych przyjaciół Trumpa i jego własnej rodziny, przypadkowych gestów inwestycji i wydatków publicznych obliczonych na utrzymanie poparcia elektoratu, oraz gestów protekcjonistycznych i prawdopodobnych wojen celnych z Chinami, doprowadzi do kolejnej fali recesji w Stanach Zjednoczonych. Z uwagi na gospodarcze znaczenie Stanów Zjednoczonych, recesja ta uderzy w resztę świata. Ale to wcale nie znaczy, że gdyby nie Trump, udałoby się takiego uderzenia uniknąć. Kapitalizm jest w strukturanym kryzysie akumulacji, osuwa się po opadającej krawędzi fali Kondratiewa, elity finansowe i polityczne od 2008 tylko „kupowały czas”, a więc kolejne tąpnięcia całego systemu są tak czy owak nieuniknione. Nie jest kwestią, czy one nastąpią, tylko co konkretnie będzie tąpnięć tych akceleratorem. Gdyby Trump nie wygrał wyborów, to niewiele później wywołałoby je coś innego, np. włoski system bankowy, który od dawna trzyma się już tylko na słowo honoru, albo Brexit. Dzięki katastrofie, jaką jest Trump, Stany Zjednoczone mogą być pierwszą i największą ofiarą najbliższego tąpnięcia, to z kolei może zmniejszyć ich przewagę nad resztą świata, i zanim arcyksiążęta ich przemysłu wojny odzyskają kontrolę nad swoimi sprawami, utraconą wskutek przegranej obstawianej przez nich Madame Clinton, USA będą znacznie słabszym państwem, niż nim są przed takim załamaniem. Kto wie, czy pod koniec tego cyklu, ze względu na koszty, nie będą zmuszone zwinąć części swoich baz wojskowych i sprzedać innym państwom ich wyposażenia. Świat, w którym np. Chiny (same lub z konstelacją sojuszników zdobytych wskutek mobilizacji elekcją Trumpa) dorównują potęgą Stanom Zjednoczonym, posiadając zdolność stawania wpoprzek ekspansywnym aspiracjom Waszyngtonu, natychmiast stałby się światem bezpieczniejszym dla całej ludzkości.

Stany Zjednoczone nie są źródłem ani częścią rozwiązania. Stany Zjedoczone są problemem. Stany Zjednoczone nie są światowym policjantem. Stany Zjednoczone są światowym zbójcą. Stany Zjednoczone nie są gwarantem bezpieczeństwa. Stany Zjednoczone są największym zagrożeniem. Stany Zjednoczone nie są podstawą światowego ładu, są źródłem niestabilności, powodem chaosu. Stany Zjednoczone nie są żywicielem światowej gospodarki, są pasożytem żerującym na reszcie świata, drapieżnikiem dziesiątkującym resztę świata. Z Donaldem Trumpem w Białym Domu wszystko to staje się jasne i proste.

Obiektwny kolektywny heroizm subiektywnych rasistów

To wszystko wciąż oznacza ogromne koszty ludzkie w samych Stanach Zjednoczonych: koszty kryzysu ekonomicznego, koszty prześladowań Afroamerykanów, muzułmanów, Latynosów, gejów, kobiet, które są w najbliższych latach niemal pewne. To wszystko wciąż oznacza ogromne ryzyko – że mimo ludowych mobilizacji politycznych Stany Zjednoczone szybko osuną się w stronę państwa jawnie już faszystowskiego, które zdusi wszystkie formy oporu i powysyła lewicowych działaczy, pospół z muzułmanami i Czarnymi, do obozów koncentracyjnych. Oczywiście, gra na to, że „im gorzej, tym lepiej”, jest ogromnie ryzykowna, i w większości kontekstów okazała się niesłuszna politycznie. W tym wypadku niesie ogromne ryzyko dla samych Amerykanów. Ale ci, którzy jak Mehdi Hasan (z całym szacunkiem dla tego znakomitego dziennikarza), oskarżają Slavoja Žižka, że on sobie może tak mówić, bo to nie on (biały, zamożny mężczyzna), zapłaci cenę, ignorują to, że zwycięstwo Hillary Clinton też miałoby swą cenę, znacznie wyższą. Za prezydenturę Trumpa zapłacą Latynosi w USA, którzy cierpieć będą wzmożoną dyskryminację i różne formy przemocy przez kilka lat. Za prezydenturę Clinton zapłaciliby wszyscy inni Latynosi, gdyż Clinton obstawiłaby całą Amerykę Łacińską prawicowymi juntami, na wzór tego, co już zrobiła w Hondurasie. Za prezydenturę Trumpa cenę zapłacą muzułmanie, którzy żyją w USA. Za prezydenturę Clinton zapłaciliby muzułmanie wszędzie indziej, gdyż na pewno nie powstrzymałaby się ona przed obróceniem w perzynę kolejnych muzułmańskich krajów, na wzór tego, co już zrobiła w Libii i Syrii. I tak dalej. Więc równie dobrze Žižek mógłby odpowiedzieć Hasanowi, że to on może sobie tak mówić, bo jest zamożnym dziennikarzem żyjącym bezpiecznie w Wielkiej Brytanii, a nie w kraju, który zapłaciłby cenę za prezydenturę Clinton.

Stany Zjednoczone nie są problemem samych tylko Amerykanów. Stany Zjednoczone są problemem całej ludzkości, są garbem, nowotworem, superpasożytem ciążącym na nas wszystkich. Upadek Stanów Zjednoczonych sam w sobie nie gwarantuje jeszcze wyzwolenia ludzkości, niemniej jednak jest tego wyzwolenia warunkiem sine qua non; nie dożyjemy jako gatunek XXIII wieku, jeśli nie zdławimy ekscesu władzy, jaki Stany Zjednoczone mają nad Ziemią. Donald Trump oznacza bezprecedensową szansę na początek końca Imperium Dolara, także dlatego, że wepchnie je w ekonomiczne tarapaty rokujące nadzieję na koniec amerykańskiej hegemonii.

Dlatego posunę się do tego: Amerykanie zostali przez swoich plutokratów i swoją klasę polityczną postawieni przed wyborem między dwiema katastrofami. Katastrofą, która uderzy przede wszystkich w nich (Trump) a katastrofą, która ich tymczasowo ocali, ale uderzając w resztę ludzkości (Clinton). I kiedy wszyscy myśleli, że uratują własne skóry po grzebiecie reszty ludzkości, oni postanowili zrobić coś zupełnie niespodziewanego. Woleli zaszkodzić sobie. Aż się prosi, by przywołać, odwracając jednocześnie zwyczajowe dla niej wektory wartościowania, pewną stalinowską konstrukcję retoryczną. Subiektywnie wielu głosujących na Trumpa kierowało się najniższymi pobudkami – rasizmem, seksizmem, homofobią. Ale obiektywnie złożyli się na bezprecedensowy, paradoksalny akt kolektywnego heroizmu. Obiektywnie odsunęli w czasie katastrofę, która miała uderzyć w resztę świata, przejmując uderzenie na siebie. Nie dlatego, że Donald Trump jest pacyfistą, że jest w jakikolwiek sposób lepszy od Hillary Clinton (oczywiście, że nie jest), ale dlatego, że jego zwycięstwo kompletnie skołowało plutokratów Waszyngtonu i Nowego Jorku, pomieszało szyki amerykańskiemu przemysłowi wojny – pomieszało plany nawet samemu Donaldowi Trumpowi (bo nigdy nie chciał wygrać). Nie, nie ma się co łudzić, że katastrofa została zażegnana. Partia Wojny będzie próbowała odzyskać kontrolę nad sytuacją, nawet jeśli Trump szczerze chce z Rosją ubić jakiś interes niż pójść na wojnę. Do tego każdy reżim faszyzujący, nawet taki, który większość swojej enegrii woli koncentrować na nadzorze populacji wewnątrz swoich granic, ostatecznie eksploduje (militarną) przemocą na zewnątrz, do której się ucieka, żeby rozładować nieuniknione w ramach projektu faszyzującego napięcia wewnętrzne i ideologiczny trud ich wypierania. Jednak Amerykanie, utrącając hybris Hillary Clinton i jej koterii, wbrew wszelkim oczekiwaniom, dali światu bezcenny prezent w postaci czasu na przygotowanie, na przegrupowanie szeregów, na mobilizację, na przedefiniowanie sojuszy, na zdanie sobie sprawy z zagrożenia, jakie dla ludzkości stanowi Imperium Amerykańskie. Reszta świata musi teraz przejąć piłkę, by ten paradoksalny, raczej niezamierzony, na pewno nieprzemyślany, kolektywny heroizm Amerykanów nie poszedł na marne. Naszym moralnym obowiązkiem jest nie pozwolić na zmarnowanie tej być może ostatniej szansy na nasze wspólne – kolektywne, gatunkowe – ocalenie.

Donald Trump w Białym Domu oznacza, że nie możemy się już dłużej oszukiwać. Jego prezydentura w hegemonicznym państwie kapitalistycznego systemu-świata oznacza, że wszystkie sprzeczności systemu stoją przed nami w całej swoje okazałości – w całym swoim skandalu. Nic nas już nie usprawiedliwia, że tego nie widzimy, ani najbardziej uwodzicielskie uśmiechy przepięknego Baracka Obamy, ani ściema burżuazyjnego feminizmu Madamy Clinton. Burżuazyjna liberalna demokracja umiera tak brzydką śmiercią, bo system ekonomiczny, którego była fasadą, od dawna jest zombie i pragnie byśmy umarli w jego lodowatym uścisku.

Wszystko jest dziś klarowne jak na kartach pism Róży Luksemburg.

Socjalizm albo barbarzyństwo.

Utopia (lewicowa utopia) albo śmierć.

Kapitalizm albo życie na Ziemi, w tym nasze życie (życie ludzi).

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze.

 

Amerykańskie więzienia pełne są więźniów politycznych

W sierpniu amerykański Departament Sprawiedliwości ogłosił, że rozwiąże wszystkie kontrakty z prywatnymi operatorami więzień federalnych. Sieć prowadzonych przez prywatne korporacje – dla zysku – więzień to jeden z najbardziej jaskrawych i bulwersujących ekscesów amerykańskiego systemu sprawiedliwości. Prywatne więzienia to jednak tylko część problemu, jakim jest amerykańskie więziennictwo.  Współczynnik inkarceracji od lat przekracza w USA 700 osób na każde 100 tys. mieszkańców. W sumie daje to ok. 2,2 mln ludzi. W Chinach, które mają ponad cztery razy więcej ludności, w więzieniach przebywa ok. 1,5 mln ludzi. USA stanowią 4,4% populacji planety, a amerykańskie więzienia zamieszkuje więcej niż jedna piąta wszystkich więźniów na świecie.

Być może najwyższy czas, żebyśmy nauczyli się myśleć o amerykańskich więźniach jako o więźniach politycznych.

Większość osób, które siedzą w amerykańskich więzieniach, trafiła tam w jakimś związku z amerykańską „wojną z narkotykami”. Mają na koncie albo przestępstwa narkotykowe (handel, posiadanie), albo związane w jakiś sposób z przemocą gangów kontrolujących obrót narkotykami. W ciągu ćwierćwiecza do roku 2010 liczba nowych osób skazywanych za przestępstwa bezpośrednio związane z narkotykami wzrosła z 41 tys. do pół miliona rocznie. Według badaczki problemu Michelle Alexander 31 mln osób przeszło już przez amerykańskie więzienia w ramach „wojny z narkotykami” – czyli niemal co dziesiąty Amerykanin.

Dzisiaj jasne jest już, że wypowiedziana przez administrację Richarda Nixona, a potem rozwinięta przez Ronalda Reagana „wojna z narkotykami”, w którą USA wciągnęły resztę świata, okazała się kompletną katastrofą. Nie rozwiązała żadnego problemu, stworzyła szereg nowych, eskalowała stare. Kolejne instytucje i organizacje wzywają społeczność międzynarodową do jej niezwłocznego zarzucenia. Wskazuje się przykład Portugalii, która zdekryminalizowała posiadanie jakichkolwiek narkotyków, środki marnowane wcześniej na ściganie i więzienie użytkowników przekazując Ministerstwu Zdrowia na leczenie uzależnień – i odnotowała spektakularne sukcesy w redukcji problemu.

Ale właściwe rozumienie, co poszło nie tak, wymaga przyjęcia do wiadomości, że „wojna z narkotykami” była projektem politycznym, który nigdy nie miał na celu rozwiązania problemu uzależnień czy miejskiej przemocy. Narkotyki były tylko pretekstem, amerykańska wojna z nimi miała zupełnie inne cele polityczne: wewnętrzne i zewnętrzne.

Wewnętrzne cele były takie, żeby pokonać dwa wielkie wyzwania rzucone amerykańskiemu establiszmentowi i klasom panującym. Podmiotem jednego wyzwania były radykalne ruchy walczące o równouprawnienie Afroamerykanów i demontaż rasistowskich struktur utrzymujących ich dyskryminację (Czarne Pantery, Black Liberation Army, Nation of Islam). Podmiotem drugiego – lewicowe ruchy antywojenne zmobilizowane przeciwko wojnie wietnamskiej. Chodziło o delegitymizację i kryminalizację jednych i drugich. Przez wytworzenie politycznego obrazu Afroamerykanów jako nierozerwalnie połączonych z obrotem heroiną, a hipisów z marihuaną. Przez uderzenie w ich środowiska siłami policji. Skoro nie można było zakazać wszystkich form walki o równouprawnienie czy o zakończenie wojny, to należało ich powsadzać do więzień za coś innego i narkotyki okazały się wymarzonym pretekstem. Otwarcie przyznał to już w 1994 jeden z najwyższych rangą doradców Nixona, John Ehrlichman, ale wywiad ten ujrzał światło dzienne w raporcie na łamach „Harper’s Magazine” dopiero kilka miesięcy temu.

Zewnętrzne cele były takie, że pod pozorem walki z narkotykami USA uzyskiwały nieoceniony instrument mieszania się w politykę państw Ameryki Łacińskiej, stanowiących źródło dostaw większości twardych narkotyków na rynek amerykański. Pod pozorem „wojny z narkotykami” skłonione lub przymuszone do współpracy kraje dawały dostęp do swojego terytorium rozmaitym amerykańskim służbom i otwierały się dla penetracji przez amerykańskie siły zbrojne, które mnożyły w ten sposób swoje instalacje na zachodniej półkuli. Z tego właśnie powodu Brazylia od dawna odmawiała jakiejkolwiek motywowanej „wojną z narkotykami” współpracy z Amerykanami.

Zgodnie z politycznymi intencjami, które zrodziły „wojnę z narkotykami”, większość celowników w tej wojnie wymierzonych było w populację amerykańskich „kolorowych”. Biali rzadko trafiają w USA do więzień za posiadanie czy drobny obrót narkotykami, bo policja nigdy się w ich stronę nie kieruje, skupiona na wyłapywaniu Afroamerykanów i Latynosów, choć wszyscy wiedzą, że białe dzieciaki na imprezy na zamożnych przedmieściach przynoszą tyle samo „substancji”. Kilkadziesiąt lat tak ukierunkowanej uwagi wytworzyło stan, który jakoby miało przezwyciężyć. Całe dzielnice wielkich miast, całe społeczności osunęły się w gospodarkę opartą na obrocie narkotykami. Dyskryminacja ludzi z odbytymi wyrokami więzienia powoduje, że kto raz wpadnie za kraty, często już na zawsze zostaje przestępcą, bo nie ma stamtąd dokąd wrócić. Nierzadko jedynym pracodawcą, który ma dla niego otwarte ramiona jest jego stary gang. Jeden z najwybitniejszych amerykańskich seriali telewizyjnych, Prawo ulicy (The Wire) pokazywał, jak taka struktura społeczna się potem reprodukuje z pokolenia na pokolenie: dzieci dorastają w środowisku, w którym miejsce w gangu narkotykowym jest jedyną perspektywą, jaką ma przed sobą młody chłopiec.

Choć projekt polityczny pod kryptonimem „wojna z narkotykami” został wymyślony i odpalony przez administrację Partię Republikańskiej, machina raz puszczona w ruch rozpędziła się jeszcze szybciej pod rządami Billa Clintona z Partii Demokratycznej i nigdy od tamtej pory nie zwolniła znacząco tempa. Clinton doszedł do władzy m. in. przy użyciu ubranej w formułki „walki z przestępczością” rasistowskiej kampanii wyborczej zaprojektowanej w think tankach Demokratów. Celem było przesunąć Partię Demokratyczną w prawo spektrum politycznego i odbić część głosów białej klasy robotniczej, którą zdaniem tych think tanków uwodziły konserwatywne, „tożsamościowe” hasła Republikanów. Gdy już był u władzy, jego administracja zarządzała okresem bezprecedensowego przyspieszenia procesów globalizacji neoliberalnej. Do jej skutków należało przenoszenie przez wiele amerykańskich korporacji zakładów produkcyjnych tam, gdzie siła robocza jest tańsza niż w USA. Dawne ośrodki wielkiego przemysłu obracały się w nowe zagłębia biedy i masowego bezrobocia. Dodatkowo uderzała w nie likwidacja przez administrację Clintona większości istniejących wcześniej programów pomocy społecznej.

Postępująca kryminalizacja społeczności „kolorowych” (biali rzadziej dostają wyroki więzienia, dostają też statystycznie niższe wyroki) pomagała przenosić napięcia społeczne. Niech biali biedni wyżywają się w nienawiści do kolorowych biednych, zamiast razem z nimi rzucać wyzwanie finansjerze z Wall Street. Zamykanie milionów ludzi w więzieniach okazało się jak znalazł, żeby usuwać z pola widzenia nadmiar ludzi, dla których w warunkach ucieczki przemysłu za ocean i tak nie zanosiło się na żadną regularną pracę. Można powiedzieć, że była to operacja księgowa mająca na celu zaniżanie oficjalnych statystyk bezrobocia.

Do kolosalnych rozmiarów rozrosły się też prywatne korporacje prowadzące więzienia dla zysku (zainicjowane już za Reagana), które w kontraktach z władzami publicznymi zaczęły wymuszać gwarancje na dostarczanie im przez państwo gwarantowanej, minimalnej liczby więźniów.

Warto o tym pamiętać, gdy mainstreamowe media będą urządzały kolejny festiwal rytualnych potępień Iranu, Chin, Korei Północnej, Rosji, Kuby, czy kogo tam jeszcze koniunktura nie zaprowadzi w danym momencie na szczyt liberalnej listy zbrodniczych reżimów. Najwięcej więźniów politycznych trzymają Stany Zjednoczone.

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze.  

Na zdjęciu: Basiru Jallow