Stephan

Stałem więc po raz nie wiem już który przed Bootsem na Piccadilly Circus, jako nie wiadomo który już oczekujący tam na pierwsze spotkanie z poznanym w sieci facetem – może nawet dokładnie w tym samym czasie, było kilka minut po wpół do siódmej, stał tam jeszcze ktoś inny, w dokładnie tej samej sprawie, bo na tym chaotycznym, zatłoczonym zbiegu ulic, trudnym do przegapienia, stało kilku mężczyzn w różnym wieku, zerkających co chwilę na telefony. Rzut beretem od pubów i barów Soho, gdzie można się napić i bez skrępowania pomigdalić, jeśli obie strony przypadną sobie do gustu lub będą równie wygłodniałe. Kolejny raz w każdemu w takiej sytuacji znanej obawie, że oczekiwany mężczyzna, choć wszystko zostało przez telefon uzgodnione nie dalej jak wczoraj, nagle jednak, z jakiegoś powodu się nie pojawi, wysłałem esemesa. Jestem już przed Bootsem, mam na sobie cienki czarny płaszcz i czerwone buty. Lubiłem wtedy zakładać na takie okazje czerwone buty (miałem wtedy wciąż trzy pary takich, bardzo różne, ale wszystkie bardzo jaskrawe), bo rzucały się w oczy nawet w tłumie i zwykle robiły wrażenie.

Esemes ledwie zdążył dotrzeć do adresata, gdy spośród tłumu wyrósł przede mną wysoki, postawny mężczyzna, ze śnieżnobiałym uśmiechem przecinającym szeroką, ciemnoskórą twarz. Jego wzrok bez wątpienia mierzył we mnie, na potwierdzenie podążyła za nim dłoń. Duża dłoń imponującego, bardzo silnego mężczyzny. Uśmiechnąłem się, chyba nawet znienacka onieśmielony, aż się przestraszyłem, że serce bije mi za mocno, tak mocno, że aż słychać to na zewnątrz, mimo hałasu ulicy. Stephan miał na sobie dżinsy, czerwoną sportową kurtkę z kapturem. Z rodzaju tych, które wiszą trochę luźno i miękko, pozostawiając odrobinę tajemnicy wokół szczegółów sylwetki, jednak szerokie barki, dostrzegalna w rękawach grubość ramion, szerokość zapiętej w tej kurtce klatki piersiowej – kazały wyobraźni domyślać się pod spodem ciała pięknego, być może nawet imponującego, spektakularnego. How are you?, zapytał. OK, ja na to, and you? Zdałem sobie sprawę, że w mailu, w którym mi się przedstawił, nie powiedział mi, ile ma lat, a ja później przez telefon o to nie pytałem. Patrząc na tę uśmiechniętą, gładką twarz, nie potrafiłem odgadnąć jego wieku. Było w niej coś chłopięcego, z biegnącymi do tyłu głowy, przy jej powierzchni, warkoczykami, w jakie splecione miał włosy, sprawiał wrażenie przerośniętego nastolatka, ale wiedziałem, że jest starszy, kończył doktorat, pracował już w trzech krajach, no i był potężnej postury.

Zapytał, czy pójdziemy prosto do kina. Możemy, odpowiedziałem, jest tam bar, w którym możemy posiedzieć te pół godziny przed seansem. Let’s go then, nie przestawał się uśmiechać, a szeroki, szczery uśmiech wcinał mu głębokie dołki w policzkach. Poszliśmy do Cineworld na Haymarket, ja wybrałem film, w Cineworld miałem już od dawna abonament, membership. W mailu, którym odpowiedział na mojego posta w Guys Seeking Guys na Gumtree, napisał, że chętnie by poznał kogoś, z kim by mógł sobie połazić do kina, bo odkąd rozstał się ze swoim poprzednim facetem, trochę mu tego brakuje.

Usiedliśmy w małym, przesadnie oświetlonym barze o fioletowych ścianach w głębi kina na Haymarket, w kącie tuż pod dużym ekranem, z którego powierzchni spływały zwiastuny właśnie lub wkrótce wyświetlanych filmów, ale jak rzadko kiedy nie budziły one we mnie żadnego zainteresowania. Stephan usiadł naprzeciwko mnie, rozpinając i zdejmując kurtkę, pod którą miał na sobie tylko szary t-shirt, napięty na jego szerokiej klatce piersiowej, z krótkimi rękawami ciasno opinającymi imponujące, wyskakujące z nich bicepsy. Był to bez wątpienia najbardziej muskularny mężczyzna, z jakim byłem dotąd na randce, do tego wysoki wzrost, silne dłonie, chłopięcy luz, z jakim się w tym potężnym ciele poruszał i nie opuszczający jego twarzy uśmiech łobuza stanowiły razem wybuchową mieszankę. Byłem już do obłędu podniecony i gdyby mi z tym uśmiechem nagle powiedział głośno, żeby wszyscy wokół usłyszeli, I’d like to fuck right now, can we go to the toilet?, to nie miałbym siły odmówić, nie obchodziłoby mnie, co sobie postronni obserwatorzy pomyślą. Kieliszek białego wina pomagał mi się rozluźnić, zapobiegać blokadzie z mojej strony, nie ukrywać, że jestem nim zainteresowany, ukrywając jednocześnie, jak bardzo, jak desperacko.

Stephan pił wodę, powiedział, że nie pije alkoholu. Oparł łokcie o stół, pochylając się nieco w moim kierunku. Jestem psychologiem w więzieniu, pracuję z więźniami z uzależnieniami, powiedział, no i mój ojciec pił jak wściekły, z tego wszystkiego mam awersję. Zerkałem na te mocarne bicepsy zadając Wieczności pytania, czy się kiedyś znajdę w ich objęciu, poczuję ich uścisk, czy kiedyś zobaczę, co się kryje pod tym t-shirtem. I jakie są szanse, żeby to się stało już dzisiaj, co zrobić, żeby zaprosił mnie po filmie do siebie i tam zrobił ze mną, co tylko chce, bo inaczej grozi mi, że eksploduję. Rozmowa toczyła nam się gładko, to wysunięcie tułowia i twarzy ku mnie, z łokciami opartymi o stół, musiało być znakiem jakiegoś zainteresowania z jego strony. Pomyślałem, że są szanse, co pomogło mi zapanować nad podnieceniem, przed którym rysowały się być może jakieś całkiem realne perspektywy spełnienia. Dzień wcześniej rozmawialiśmy już trochę przez telefon, zawiązując kilka wspólnych tematów, które teraz mogliśmy wiązać dalej.

No patrz, zapomniałem cię zapytać wczoraj, skąd dokładnie, z którego kraju w Europie Wschodniej jesteś, powiedział, nie napisałeś nic dokładniej. Z Polski, odpowiedziałem. Tak myślałem, nie przestawał się uśmiechać. A mówiłem ci już, że mieszkałem i pracowałem w kilku krajach, zanim się zatrzymałem w Londynie, no nie? No i pierwszym z nich była Polska właśnie, w latach dziewięćdziesiątych, in my early twenties. W Szczecinie, tak konkretnie. To nie jesteś z Londynu?, zapytałem. Nie, jestem Amerykaninem, zaśmiał się, nie słychać, czyżbym złapał w końcu ten cholerny brytyjski akcent? Z mieszanej trochę rodziny jestem, dodał, to znaczy mój ojciec był w połowie Meksykaninem. Spojrzałem na jego twarz, wyraziste kości policzkowe i ostry rysunek oczu. No jest odrobina czegoś takiego, jakby azteckiego, w twojej twarzy, nie umiałem sobie tego zwerbalizować wcześniej, ale teraz już widzę – uśmiechałem się tak bardzo, tak ostentacyjnie, że bałbym się, że to aż sprawia głupie, przerysowane wrażenie, gdyby nie to, że Stephan odpowiadał mi tym samym i wyraźnie przyciągał mnie ku sobie. I have been told so, powiedział.

Ale skoro już o pochodzeniu gadamy, kontynuowałem, pociągnąwszy kolejny duży łyk wina, to zaskoczyłeś mnie, że jesteś Czarny, nie spodziewałem się tego. Przestraszyłem się nagle, że to chyba nie zabrzmiało najlepiej, nie tak, jak powinno było, ale wyglądało na to, że osiągnęliśmy już pewne minimum porozumienia, po którym ten mój lęk nie był uzasadniony. Przecież wysłałem ci zdjęcie, raczej się na nim nie chowałem. Faktycznie przysłał mi zdjęcie, całej swojej sylwetki, prawie nagiej, jedynie w bokserkach, ale zrobione z telefonu, którego flesz odbjał się w lustrze, czyniąc głowę zupełnie niewidoczną, przesłoniętą białą plamą światła. Tak, przysłałeś, odpowiedziałem, ale to światło w łazience i ten ostry flesz jakoś tak rozjaśniły zdjęcie, że w ogóle sobie z tego nie zdałem sprawy. No to przepraszam, mam nadzieję, że to nie problem, spojrzał na mnie uważnie, wciąż z uśmiechem, teraz jeszcze bardziej cwaniackim. Wręcz przeciwnie, odpowiedziałem, z uśmiechem jednoznacznie mówiącym: I fucking love Black guys. Stephan bez problemu wyczytał to z mojej twarzy, ale żeby się trochę pobawić moim pożądaniem i tak zapytał: Do you like Black guys? Yes, I do, odpowiedziałem bez wahania, choć czerwieniąc się trochę, że ktoś tak nonszalancko rzuca światło na ukryte zakamarki mojego pragnienia, i tak łatwo odnajduje tam obraz samego siebie. Zaraz, zaraz, powiedziałeś, że na początku lat dziewięćdziesiątych pracowałeś przez jakiś czas w Polsce? Tak, ale niezbyt długo, nauczyć się polskiego nie zdążyłem. To ile ty masz teraz lat?, patrzyłem na niego badawczo, nie przestając się uśmiechać, ale na szczęście przestając się już czerwienić – czułem się coraz bezpieczniej naprzeciw jego uśmiechu i błysku w głęboko czarnych oczach. A na ile wyglądam? – wyraźnie bawiło go wyciąganie ze mnie komplementów, przecież nawet to moje I do (w sensie: I do like Black guys), brzmiało w tej naszej rozmowie jak komplement, tak zabrzmieć miało i tak zostało, bez śladu nieporozumienia, odebrane. Trudno ci dać więcej niż trzydzieści, ale jeżeli pracowałeś w Polsce na początku lat dziewięćdziesiątych, to… Mam czterdzieści trzy lata, rzucił z uśmiechem, badając wzrokiem moją reakcję. Którą był podziw. Nie wyglądasz, w życiu bym ci tyle nie dał, powiedziałem, przełykając ślinę z wrażenia. Wiem, wyglądam znacznie młodziej, Matka Natura jest dla mnie łaskawa, ty zresztą też nie wyglądasz na dwadzieścia osiem, dałbym ci dwadzieścia trzy, odwdzięczył się komplementem. Dziękuję, ale to nic w porównaniu z tobą, ty wyglądasz na piętnaście lat mniej niż masz, słodziłem mu niestrudzenie.

Ani się spostrzegliśmy, jak nadszedł już czas seansu. Zebraliśmy nasze klamoty, ja torbę i płaszcz, on kurtkę, Stephan kupił sobie jeszcze kubełek popcornu i poszliśmy po schodach na piętro, bo film grali w największej, olbrzymiej sali. Usiedliśmy dość wysoko, film był po hiszpańsku, jeden z trzech języków, którymi Stephan władał biegle, więc nawet nie musiał zwracać uwagi na napisy. Kino nie było pełne, w naszym rzędzie, w jego części w sektorze po lewej, nie było nikogo oprócz nas. Zapadła ciemność, a Stephan, po mojej prawej stronie, rozsiadł się wygodnie, co przy rozmiarach jego klatki piersiowej, barków i ramion pozwalało nam dyskretnie, jak gdyby nigdy nic, dotykać się i się o siebie ocierać. Wreszcie czułem przez skórę ten wspaniały biceps i triceps, który wcześniej mogłem tylko pochłaniać wzrokiem. Im dalej w film, tym wygodniej moje prawe ramię opierało się o jego lewe, co Stephan odbierał bez słowa, ale z zadowoleniem. Po pewnym czasie poczuł się zapchany popcornem, w którego spożywaniu mu nie pomagałem, bo odkąd w dzieciństwie obżarliśmy się nim z bratem tak, że rzygałem po tym do rana, na zawsze pozostała mi do tego badziewia odruchowa, silniejsza ode mnie niechęć. Odłożył kartonowy kubełek na podłogę i położył lewą dłoń na moim prawym kolanie, sondując, jak zareaguję. Bardziej niż przychylnie: przysunąłem moje udo bliżej jego nogi, tak, by się nawzajem o siebie opierały. Może pamiętasz moje nogi, nie są to nogi ułomka, ale przy jego udzie prawdziwego kulturysty moje i tak wyglądało jak chucherko. Uśmiechnął się pod nosem, zadowolony, że jego gest został przyjęty z aprobatą, i że tym samym wykonaliśmy kolejny krok przybliżający nas do wspólnej wyprawy do łóżka.

Bezpośrednio za nami siedziało kilka osób. Kolejne rzędy pną się tam do góry stromo, każdy znacznie wyżej niż poprzedni, ktokolwiek za nami siedział, mógł te nasze poczynania podglądać, ale żaden z nas się tym nie przejmował. Byliśmy rzut beretem od Soho, epicentrum gejowskiej kultury, Stephan był zbyt postawnym mężczyzną, żeby się kogokolwiek obawiać, zbyt z tym pewny siebie, żeby się przejmować, a mnie wręcz radowało, że ktoś widzi, że to ja będę dzisiaj w nocy miał tego wspaniałego mężczyznę, za którym niejedna głowa już się w tym budynku tego wieczoru obróciła. Miałem tylko nadzieję, że nie widać po mnie zbyt wyraźnie, jak bardzo już mnie roznosi. Z podniecenia Stephanem z trudem nawiązywałem jakikolwiek kontakt z rozgrywającą się na ekranie historią. Stephan natomiast leniwie dręczył mnię słodką torturą, od czasu do czasu przesuwając swą dłoń, kilka centrymentrów w jedną, potem w drugą stronę. Przez jakiś czas trzymał ją zsuniętą ku wewnętrznej stronie mego uda, dość wysoko, zacząłem się obawiać, że gdyby przesunął ją jeszcze trochę wyżej, guziki mojego rozporka wystrzelą na wszystkie strony i ponabijają ludziom wokół nas guzy. Jego dłoń była ciepła, duża, ciężka i silna, ale wydawała się wewnątrz miękka i łagodna, bardziej niż przyjazna, obiecywała opiekę.

Film dobiegł do końca, a ja nie wiedziałem w ogóle, co o nim myśleć, zupełnie mi się nie kleił, bo nie bardzo byłem w stanie się na nim skupić przez minione dwie godziny. Obaj potrzebowaliśmy do ubikacji, zrobiło się tam tłoczno, bo dwa równoległe seanse skończyły się niemal w tym samym momencie. Tylko dzięki tej kolejce udało mi się zapanować nad sobą na tyle, by stracić wzwód zanim dotrę do pisuaru. Na szczęście uwolnił się dla mnie pisuar w rogu, dzięki któremu mogłem się trochę osłonić od spojrzenia innego oddającego mocz samca, bo sąsiada miałem w tej sytacji tylko z jednej strony. Na szczęście, bo bałem się, że po dwóch godzinach ocierania się o biceps i udo Stephana, po seansie kontaktu z ciepłem jego silnej dłoni, dotyk palców konieczny tam na dole do oddania moczu wywoła ponowny napływ krwi i ożywi wzwód, bałem się też, że po ponad dwóch godzinach w stanie takiego podniecenia, może tam skapywać trochę śluzu, a czułbym się bardzo zażenowany, gdyby ktoś to widział, gdyby na przykład zwisał w postaci trudnego do strząśnięcia gluta. Stephan nie chciał się tłoczyć w kolejce do pisuaru, wolał poczekać, aż będzie się można dostać do jedynej w tej toalecie kabiny, albo aż izba urynałów się trochę wyludni.

Zeszliśmy potem razem po schodach, ja dwa dyskretne kroki za Stephanem, by ponapawać się przez chwilę bardziej bezczelnie, bez obawy o sprawiane wrażenie, widokiem całej jego postury kroczącej przede mną. Chciałbyś coś zjeść? – zapytał, gdy byliśmy już w fiołkowym hallu na dole. Jasne, że tak. Wyszliśmy na ulicę. Tam, gdzie mieszkam, na Caledonian Road, jest kilka restauracji, chciałoby ci się tam ze mną podskoczyć?, i znów ten uśmiech. Najwyraźniej badał, czy jestem skłonny wybrać się na noc do niego, nie proponując tego od razu otwarcie. Jasne, że by mi się chciało, odpowiedziałem. Jaką kuchnię lubisz, co byś powiedział na coś azjatyckiego? Wszystkiego mogę spróbować, byle to nie były krewetki, śmiałem się. Nie lubisz krewetek? Nie chodzi o ich smak, one po prostu wyglądają dla mnie jak robaki. Stephan, okazało się, był wegetarianinem. Byłem pod wrażeniem, że taką masę mięśni zbudował na sobie, nie jedząc mięsa, ale tego już nie powiedziałem, przynajmniej na razie, w obawie, że przefajnuję z częstotliwością komplementów.

Poszliśmy w górę ulicy i zeszliśmy do metra na Piccadilly Circus, tam wzięliśmy Piccadilly Line, northbound service, która jedzie stamtąd prosto na Caledonian Road. Znalazły się dwa miejsca siedzące, jedno obok drugiego, które szybko zajęliśmy. Podobnie jak w kinie, rozmiary Stephana pozwalały mu opierać swoje udo o moje w zupełnie naturalny i nie budzący podejrzeń sposób. Nie martwiłem się jednak podejrzeniami, miałem nawet w głębi duszy nadzieję, że ten czy ów współpasażer-obserwator domyśli się, co się między mną a Stephanem kroi, że to ja, nikt inny, będę miał tego budzącego podziw mężczyznę jeszcze tej nocy; fantazjowałem, że ktoś mi, patrząc na niego siedzącego tak ze mną, raz za razem dotykającego dłonią to mojego ramienia, to kolana, zazdrościł, i rozglądając się po wagonie próbowałem zgadnąć kto. Stephan opowiedział mi, że kupił mieszkanie tam na Caledonian Road, kiedy budowali tam nowe budynki, bo chciał mieszkać blisko pracy. Więzienie, w którym pracuję, jest dosłownie parę kroków stamtąd, oszczędzam mnóstwo czasu na dojazdach, przed pracą zdążę jeszcze pójść potrenować na siłce, wieczorem popracować trochę nad doktoratem. Doktorat pisał o pracy z ludźmi podwójnie uzależnionymi, zwykle alkoholikami i narkomanami jednocześnie. Praca z nimi, tam w więzieniu, to jest naprawdę stresująca sprawa, dlatego ja to wolę raczej na jakiś obciachowy amerykański film pójść, żeby się odprężyć, odmóżdzyć, a nie dołować się jeszcze dodatkowo po tym wszystkim w kinie, śmiał się, tak więc następnym razem pójdziemy na film, który ja wybiorę. To będzie Twilight, albo coś co najmniej równie głupiego, nie przestawał się śmiać. Nie miałem nic przeciwko temu, żeby wybierał kolejny film, i kolejne filmy, bo to oznaczało, że mogło być dla mnie w tych potężnych ramionach miejsce na więcej niż jedną tylko, dzisiejszą noc.

Na Caledonian Road wysiedliśmy z pociągu i wypełzliśmy spod ziemi. Przypomnij mi, na czym polega twoja praca, co wy tam przez ten internet sprzedajecie, bo nie jestem pewien, czy zrozumiałem, zapytał. Złoto, jako inwestycję, przez stronę internetową. A, to ty jesteś jednym z tych bad guys z City of London?, zaśmiał się. Nie, jakby nawet wręcz przeciwnie, śmiałem się również, bo to jest fizyczne złoto, nie żaden indeks czy inny produkt finansowy, do tego stopnia mój szef nie chciał mieć nic wspólnego z banksterami z City, że nawet biuro jest po drugiej stronie miasta, w Zachodnim Londynie. Rozglądaliśmy się za restauracją, bo azjatycka, o której przede wszystkim myślał, okazała się z nieznanego powodu zamknięta. Niedaleko majaczyła inna, ale Stephan powiedział, że jest niedobra. Słuchaj, są dwie możliwości, spojrzał na mnie badawczo. Możemy iść dalej tą ulicą i szukać jakiejś restauracji w tamtą stronę, ale jest też taka opcja, że pójdziemy po prostu do mnie i odgrzejemy spaghetti, ugotowałem wczoraj, i zjemy u mnie, jeśli nie masz nic przeciwko kolacji wegetariańskiej, a potem mógłbyś zostać na noc, jeśli tylko masz ochotę. Nie mam nic przeciwko twojemu spaghetti, że jadam mięso nie znaczy, że nie jadam nic innego. Stephan znów uśmiechnął się jak osiedlowy łobuz i powtórzył drugą część swojej opcji z odgrzewaniem spaghetti, do której się nie ustosunkowałem: chciałbyś zostać u mnie na noc? Tak, chcę zostać u ciebie na noc, kiwnąłem dwa razy głową, a na mojej twarzy musiała się wtedy malować cała radość tego świata. To świetnie, ucieszył się, chodźmy do mnie, możemy kupić wino albo piwo w sklepie na dole, jak chcesz, bo ja nic nie mam, jak mówiłem, nie piję alkoholu. A nie przeszkadza ci, jeżeli ja się napiję wina?, zawahałem się. Nie, nie ma najmniejszego problemu.

Na parterze budynku, w którym mieszkał, mieścił się otwarty do późna sklep, Pakistańczyk sprzedał mi tam butelkę pinot grigio, po czym weszliśmy do zadbanego, kilkupiętrowego budynku odgrodzonego od ulicy domofonem. Wjechaliśmy windą na trzecie piętro, gdzie Stephan otworzył przede mną drzwi do swojego mieszkania, wpuścił mnie do środka i zamknął za nami.

Było to piękne, przestronne mieszkanie, z ogromnym salonem pomieszczonym na rogu budynku, dzięki czemu mógł być przeszklony na dwóch ścianach. Z dwiema sypialniami, całe pomalowane było na biało. Mniejsza sypialnia była zamknięta. Tam nie wchodź, uśmiechnął się wskazując na jej drzwi. Wynajmuję pokój takiemu jednemu Włochowi, czyni to spłatę kredytu, który wziąłem na to mieszkanie, mniej dotkliwą. Piękne mieszkanie, powiedziałem, gdy zajrzałem do salonu, sam niemal wielkości całego mieszkania moich rodziców w Dąbrowie Górniczej. Niestety, kiedy je kupowałem, kosztowało znacznie więcej niż jest warte dzisiaj, westchnął odrobinę teatralnie. Rozglądając się po tym wnętrzu, myślałem o tym nieszczęsnym, zimnym pokoju, który wynajmowałem u Mateusza i Magdy, w czteropokojowym mieszkaniu dzielonym jeszcze z ich siostrą. W nowej pracy zarabiałem dwa razy więcej niż w hotelu, ale najlepsze na co mnie było stać w tym przedrogim mieście, to wynajmować większy pokój w większym mieszkaniu, jednak wciąż nie „u siebie”. Zastanawiałem się, czy kiedykolwiek stanę na tyle na własnych nogach, by mieć własne, niekoniecznie nawet kupione, ale choćby samodzielnie wynajmowane mieszkanie, niechby nawet było małe.

Stephan zaprosił mnie gestem dłoni do salonu, rozgość się, czuj się jak u siebie, a sam zanurzył się w wielkiej, sięgającej niemal sufitu lodówce, w poszukiwaniu wczorajszego spaghetti do podgrzania. Ja podszedłem więc do okna. Stephan, wrzuciwszy spaghetti do mikrofali, dołączył do mnie w salonie. Stanął tuż za moimi plecami, miałem wrażenie, że czuję na nich ciepło jego ciała; lewą dłoń położył na moim ramieniu, a prawą pokazał mi widoczne stamtąd więzienie, w którym pracował. Rzeczywiście, miał bardzo blisko do pracy. Swoją drogą, mamy mnóstwo więźniów z Europy Wschodniej powiedział. Polaków też? O, Polaków w szczególności, Polaków najwięcej, nawet sobie nie wyobrażasz. Zza ściany zapiszczała kuchenka mikrofalowa, Stephan poszedł więc znowu do kuchni i wrócił z dwoma talerzami z długim makaronem oblepionym domowej roboty sosem pomidorowym, z cebulą, czosnkiem, oliwkami i bazylią. Przyniósł mi kieliszek na wino, a sobie szklankę wody.

Gdy już zjedliśmy, a ja wypiłem dwa kieliszki pinot grigio, znaleźliśmy się razem na jednej z dwóch kanap stojących naprzeciw telewizora. Rozmawialiśmy, a nasze uda wymieniały elektrony. Stephan gestykulując żywo wykorzystywał co chwilę kolejne preteksty, by dotykać mnie tu i ówdzie także dłonią. Krew w moich żyłach musiała już od dawna mieć bąbelki od wrzenia, a wino zniosło wszystkie moje blokady. Bliskość tego wspaniałego ciała wprawiała mnie w stan niemal ,euforyczny. Uśmiechając się, zapytałem więc, czy mogę go pocałować. You are very sexy, dodałem. Podobam ci się?, z rozbrajającym uśmiechem zapytał zamiast odpowiedzieć. A to masz jeszcze jakieś wątpliwości?, śmiałem się. Myślałem, że to już było dość jasne co najmniej, odkąd w kinie położyłeś dłoń na mojej nodze, a ja nie tylko nie zaprotestwałem, ale starałem się okazać ogromne zadowolenie. Pozwoliłbym ci trzymać rękę na mojej nodze przez ponad godzinę, gdybyś mi się nie podobał? To prawda, nie przestawał się uśmiechać łobuzersko, a ja po chwili znalazłem się w rozkroku nad jego udami, z kolanami po obydwu stronach jego bioder. Ująłem w dłonie jego piękną, dużą, ale wspaniale proporcjonalną pomiędzy tymi niesłychanie szerokimi barkami, głowę, i zacząłem smakować jego usta. Sponad jego głowy mimowolnie uniosłem wzrok w stronę otwartych drzwi salonu, przez które widać było zamknięte drzwi sypialni włoskiego współlokatora. On nas nie zobaczy czasem?, zaniepokoiłem się nagle. Nie przejmuj się, jak jest w domu, to prawie nie wychodzi ze swojego pokoju; jestem przecież u siebie, no nie? Rozsiadłem się więc wygodnie na jego udach i zaczęliśmy całować się coraz wścieklej. Moje dłonie próbowały zapuszczać się na zwiady, trzeba im było odkryć te muskuły, te bicepsy, ten brzuch i pektorale wciąż jeszcze osłonięte tą bawełnianą koszulką. Stephan obejmował mnie swoimi potężnymi ramionami, jego ciepłe, silne dłonie wsunęły się pod mój sweter i podkoszulek, pieściły moje plecy, jedna wsunęła się pod spodnie i bieliznę i zacisnęła na pośladku.

Nie chciałem już dłużej czekać, chciałem się wreszcie dostać do całego tego ciała, i żeby ono do mnie całkiem i wszędzie się już dostało, żeby mnie wreszcie wziął dokumentnie. Możemy pójść do łóżka?, zapytałem cicho, może nawet zabrzmiało to jak błaganie, i istotnie nim było. Sure, uśmiechnął się, wypuszczając mnie z objęć, żebyśmy obaj mogli wstać.

Wziął mnie za rękę i zaprowadził do sypialni, która była przez ścianę z salonem, po czym zamknął za nami drzwi. Podeszliśmy do pościelonego na biało, szerokiego łóżka, z którego Stephan wziął maskotkę, jakieś zwierzę z długimi kończynami, rzucił ją na podłogę. Zauważył moje rozbawienie maskotką na łóżku tak męskiego mężczyzny, tak potężnego, pomnikowo wielkiego mężczyzny i też się roześmiał. Miałem ich więcej, różne zwierzęta, ale mój były chłopak, jak tu jeszcze mieszkał ze mną, obraził się kiedyś na mnie, wściekł się i je wszystkie powyrzucał, żeby mi dogryźć. Wyrzucił wszystkie? Tak, wyrzucił do śmieci, on miał różne takie napady. Ale nie z powodu tych maskotek się rozstaliście?, śmiałem się. Nie, no nie tak konkretnie, ale to był, powiedzmy, taki przejaw, jeden z wielu, że nam się już nie układało. Zdjął ze mnie sweter i podkoszulek, ja w odpowiedzi odsłoniłem wreszcie ten potężny tors, w uszach dudniły mi uderzenia mojego serca. Też był Polakiem, by the way, dorzucił jeszcze; miał na myśli swojego byłego chłopaka. Każdy z nas zdjął spodnie, ja zrzuciłem też szybko bieliznę i skarpety. Stephan stał przede mną wciąż w bokserkach, dłonią delikatnie popchnął mnie trochę do tyłu i pokierował tak, żebym usiadł na brzegu łóżka, które było tuż za moimi plecami. Stał przede mną w oczekiwaniu, aż zsunę te jego bokserki i ujrzę jego męskość w całej jej okazałości.

I kiedy ją ujrzałem, przed oczyma przesunęło mi się natychmiast kilka obrazów. Jak kiedyś, na zupełnie najpierwszej londyńskiej randce, poznany też via Gumtree Malezyjczyk Annuar, student którejś londyńskiej szkoły filmowej, zabrał mnie do jakiegoś pełnego mężczyzn w wieku ponadśrednim gejowskiego pubu, nazywał się Quebec czy coś w ten deseń, nie pamiętam już nawet, gdzie to jest, i w ubikacji, jakiś mały, chudy, niemłody i niepiękny mężczyzna stanął przy pisuarze tuż obok wysokiego, dobrze zbudowanego czarnoskórego faceta, oprócz mnie i Annuara jedynego tam człowieka przed trzydziestką, który właśnie oddawał mocz, i ten stary zaczął się na tego karaibskiego mężczyznę gapić, to na jego oddające mocz przyrodzenie, to na jego twarz, i zaczął mu tak do niego trzepać sobie konia przy tym pisuarze, nie bacząc na świadków. Pogarda w oczach tego czarnego młodzieńca, gdy chował swój skarb i zapinał sobie rozporek, wydawała się go podniecać jeszcze bardziej. Nie wiem, czy to wydarzenie miało jakiś wpływ na to, że z randki z Annuarem nigdy nic nie wyszło i nigdy więcej się nie widzieliśmy. Od razu jakby zrozumiałem, dlaczego w kinie na Haymarket Stephan czekał, aż się albo zrobi pusto przy pisuarach, albo przesunie kolejka do kabiny: wyobraziłem sobie, że obok sikającego Stephana staje jakiś bardziej przeciętny biały mężczyzna i w poczuciu zniewagi wymierza mu śledzia w twarz. To chyba z jakiegoś filmu. I przypomniały mi się ostatnie cierpienia Azji Tuhajbejowicza, to taka drugoplanowa postać głupiej, ale powszechnie w Polsce znanej powieści, mniejsza o to, nevermind, chodzi o to, że ten Azja został nabity na pal, czym zadano mu śmierć. Bo Stephan był dopiero na drodze do pełnego wzwodu, jeszcze nie do końca mu się podniósł, a już rzucał poważne wyzwanie tym domorosłym psychologom, którzy budowanie takiej muskulatury tłumaczą potrzebą kompensowania niedostatków po stronie pierwszorzędnych cech płciowych. Stephan niczego nie musiał kompensować, wręcz przeciwnie, jeśli już, to nadganiać rozbudową ogółu swoich proporcji, ale nawet przy jego wzroście, przy szerokości jego klatki piersiowej, przy bułach jego bicepsów i ud, jego męskość i tak wciąż wyglądała imponująco i oczekiwała, aż moje usta podniosą ją do reszty i uczynią twardą i gotową do działania.

Z wysokości swojego wzrostu Stephan spoglądał na mnie znów z niespecjalnie skrywanym zadowoleniem, zadowoleniem z wrażenia, jakie na mnie zrobił. Czy na mojej twarzy widać też było grubą dozę lęku, który musiał się chyba pojawić w moich oczach? Bo choć byłem podniecony do białej gorączki, miałem przed sobą trzysta procent mężczyzny jakąś szamańską sztuką pomieszczone w jednym ciele, w jednej osobie, to pewności, czy zdołam przyjąć go w siebie, wyraźnie mi brakowało. Przypomniał mi się Patrick i opór, z jakim musiał sobie dać radę, zanim się we mnie dostał, a to, co miałem przed oczami, biło nawet Patricka na łeb na szyję. Czy on mnie zwyczajnie nie rozerwie na strzępy? Stephan może dostrzegł i ten lęk, uśmiechnął się nieznacznie, kątem ust z pewnością siebie samca świadomego wrażenia, jakie wywiera, z pewnością siebie samca świadomego, że zaoferuje ciału, które właśnie zdobywa, doświadczenia dotąd mu nieznane. Położył dłonie na mojej głowie i przysunął ją do swojego przyrodzenia, prosząc, by moje usta się o nie zatroszczyły. Żeby go tam dobrze wypełnić krwią, moje usta potrzebowały pomocy dłoni. Lekko słonawy smak jego ogromnej żołędzi drażnił mój język, gdy wyobraźnia starała się odpowiedzieć na pytanie, co to będzie, co ze mnie zostanie, gdy właściciel tej maczugi wepchnie ją we mnie.

Let’s put a condom on, powiedział, gdy był tam już całkiem twardy. Delikatnym, ale zdecydowanym gestem swoich wielkich dłoni odsunął moją głowę wydostając swoją zadowoloną żołądź na powietrze. Schylił się do nocnej szafki, która stała obok łóżka po mojej prawej stronie, otworzył szufladę wypełnioną wrzuconymi tam luzem prezerwatywami, wysypanymi z pudełka, abo raczej pudełek, bo było ich tam kilkadziesiąt, może nawet ze sto – no tak, taki mężczyzna nie może narzekać na brak seksu, nawet po zerwaniu ze swoim polskim (znowu, jak Mitesh! o co tu chodzi?) chłopakiem, który mu wyrzucał maskotki, na pewno ustawiają się do niego kolejki chętnych pasywów, nie kupuje kondomów inaczej niż po kilka paczek na raz. Wyciągnął jedną prezerwatywę, otworzył i podał mi, żebym mu założył. Zaciągnąłem ją powoli, pieszcząc go jeszcze palcami, wpatrując się w jego prącie jak zahipnotyzowany – jego rozmiarami i perspektywą tego, co mnie za chwilę czekało.

Stephan odrzucił kołdrę i pociągnął mnie z sobą do łóżka. Położył mnie na plecach, sam ułożył się tuż przy mnie, na boku, uniósł się następnie na łokciu i z tej samej, pełnej kondomów szuflady wydobył tubę lubrykantu, który rozprowadził na całej powierzchni swojego sztywnego, wyczekującego członka. Wziął na palce dłoni jeszcze trochę żelu i wypieścił nimi mój anus. Uniósł się nade mną, podciągnął moje kolana, przełożył moje nogi przez swoje barki i przystąpił do ataku. Napierał powoli i ostrożnie, usiłując stopniowo rozluźnić mój zwieracz, oszukać opór mojego ciała wilgocią żelu, którym wysmarował nasze miejsca styku. Szeroka, opancerzona majestatycznymi pektoralami klatka piersiowa unosiła się nade mną, oparta na tych dwóch potężnych niczym jakieś antyczne kolumny ramionach, które wznosiły się po obydwu stronach moich barków: niczego nie pragnąłem w tamtym momencie bardziej, niż być zerżniętym przez ten cud natury, zerżniętym natychmiast, zerżniętym za wszystkie czasy, za te wszystkie rozkosze, których nie zaznałem, jak miałem lat osiemnaście, dwadzieścia czy dwadzieścia parę. Mój zwieracz nie dawał jednak za wygraną, nie chciał się poddać, Stephan nie zdołał we mnie wprowadzić nawet głowicy swojej rakiety. Próby trwały już chyba kwadrans, sytuacja robiła się niepokojąco krępująca, z tendencją do beznadziejnej. Pomyślałem znowu o Patricku, kiedy ten skurczybyk nie mógł się we mnie dostać od przodu, udało mu się we mnie wedrzeć od tyłu, gdy ustawił mnie na czworaka. Zaproponowałem więc to rozwiązanie. Zadanie okazało się równie, jeśli nie jeszcze bardziej, niewykonalne.

Zrezygnowany, Stephan położył się na plecach, jego głowa zapadła się z westchnieniem w poduszkę. Zdjął prezerwatywę, zawiedzioną i suchą w środku wyrzucił do kosza, który stał niedaleko łóżka – po mojej stronie, skąd krzyczała do mnie, Wstyd! Mogłem sobie doskonale wyobrazić zakwasy, jakie tępo zacisnęły mu się na tych ogromnych jądrach, które utraciły okazję zrzucenia ładunku. Sam nie tylko nie zostałem zerżnięty za wszystkie czasy, ale nie zostałem zerżnięty w ogóle, po tylu godzinach pobudzenia i obietnicy składanej przez cały wieczór przez jego gesty, spojrzenia i dotyk. Na domiar złego z mojej własnej winy, z winy mojego własnego, nieprzygotowanego ciała, które poniosło tak sromotną klęskę na froncie pogoni za rozkoszą, a miało przed sobą – i nad, i już prawie w sobie – zmaterializowany fantazmat tak wielu homoseksualnych mężczyzn. Sromotną klęskę w pogoni za rozkoszą własną, ale i za rozkoszą sprawianą innemu, bo ostatecznie, długofalowo, tylko zdolność do sprawiania rozkoszy, a w każdym razie składania jej wiarygodnej obietnicy, daje ciału prawo do rozkoszy zaznawania od innych ciał poszukujących ofert na seksualnym rynku Soho, Vauxhallu i okolic. Czułem się głęboko i szczerze rozczarowany moim własnym ciałem, które nie sprostało, uległo własnym ograniczeniom i nie zaznało mężczyzny przecież dokładnie takiego, o jakim nie raz śniło, jak jeden z tych, za którymi włóczyło oczyma po hali czy szatni siłowni Virgin Active na Hammersmith.

Nie wiedziałem, jak przeprosić za swoje niesprostanie, za swoje niepodołanie, za swoją niezdolność przyjęcia takiego daru – daru, o który tylu innych by z zapamiętaniem i determinacją zabiegało. Chciałem się zapaść pod ziemię, jak wtedy, kiedy na schodach przed Sacré-Coeur pozwoliłem odejść Karimowi. Pod ziemię, i prosto do piekła. Coś probowałem powiedzieć, skończyło się chyba tylko na nieśmiało wymamrotanym I’m sorry, I’m really sorry. Zastanawiałem się, czy zaproponować coś innego, na przykład, że zrobię mu fellatio, ale czułem się zbyt tą klęską onieśmielony, żeby się odezwać z taką ofertą. Bo czy tak spektakularny mężczyzna dochodzi samym tylko fellatio, czy nie jest to jedynie rozgrzewka przed kopulacją, czy godzi się w ogóle sugerować, że na takiego smoka samo fellatio mogłoby poradzić, że mogłoby mu wystarczyć? Wydawało mi się, że byłaby to prawie zniewaga.

Zdarza się, zdaję sobie sprawę, że nie jestem przeciętny, powiedział Stephan tonem niezwykle wyrozumiałym, ciepłym, łagodnym, i poklepał mnie jeszcze dłonią po mojej dłoni. Are you upset?, zapytałem przerażony, naprawdę przerażony, że być może właśnie traciłem takiego mężczyznę. Nie, odpowiedział spokojnie, pod warunkiem, że tak nie będzie za każdym razem, i uśmiechnął się, patrząc na mnie, patrząc mi prosto w oczy. Ale przyzwyczaisz się do moich rozmiarów, to kwestia praktyki. Zgasił lampkę po swojej stronie łóżka. Wiem, że to taki stereotyp jest, że czarni mężczyźni mają wielkie penisy, dodał jeszcze, to tylko stereotyp, wcale nie wszyscy, ale tak się składa, że ja akurat mam. Miałeś już jakiegoś czarnego mężczyznę?, zapytał. Miałem, uśmiechnąłem się, trzech. I jak u nich wyglądała sytuacja z rozmiarami? – popatrzył na mnie. Patrick miał wielkiego, ale oczywiście nie aż tak jak ty. Ale największego, jakiego dotykałem, dopiero dzisiaj spadł na drugie miejsce, śmiałem się. Potem jeszcze był Stan i Chris – przydarzyli mi się gdzieś po drodze między Patrickiem a Miteshem – oni byli w granicach średniej. Tak więc, podsumowałem, stereotypem jest, że wszyscy macie olbrzymie przyrodzenia, bo nie wszyscy, ale największe przyrodzenia chyba najczęściej macie właśnie wy, śmiałem się, tak do końca fałszywy to ten stereotyp nie jest.

Dzięki tej krótkiej wymianie zdań przestałem się wreszcie czuć tak źle, jak ostatnia łajza, która zepsuła całą zabawę. Wyrozumiały i przyjacielski, jak przez cały wieczór, ton głosu Stephana był ostatecznym dowodem, że nie ma mi niczego za złe. Leżeliśmy chwilę w ciszy, on zamknął oczy, ja nie, patrzyłem to w sufit, to w stronę tego mocarnego ciała, zanim dotarł do mnie sens tego, co on przed chwilą, kilka zdań temu, powiedział: nadzieja, że tak nie będzie za każdym razem, przyzwyczaisz się, kwestia praktyki, i ten mimo wszystko uśmiech, szczery uśmiech, a nie wyraz bolesnego zawodu czy irytacji. Czyli jednak było dla mnie miejsce w tym jego obszernym łóżku na więcej niż tylko tę jedną noc, przypadłem takiemu mężczyźnie do gustu na tyle, że chciał, żebym tu wrócił, nawet po naszym właśnie przeżytym katastrofalnym niepowodzeniu, klęsce prawdziwie sromotnej. Moje oczy ostatecznie porzuciły sufit i zatrzymały się na nim, na jego pięknej, nieprawdopodobnie młodej jak na jego wiek twarzy silnego mężczyzny, na tej szerokiej piersi opancerzonej wielkimi płatami muskułów, opiętej głądką, nieowłosioną z natury lub bardzo starannie wygoloną, brązową skórą. Na miłość boską, byłem w łóżku z najprawdziwszym przybyszem z najbardziej utęsknionej prowincji Krainy Fantazji każdego pasywa w mojej części Europy: pięknym, muskularnym czarnoskórym mężczyzną o monumentalnym prąciu, i mogłem go mieć na więcej niż tylko tę jedną noc. Mogłem mieć mężczyznę, którego zazdrościłby mi, którego będzie mi zazdrościł co druga sfrustrowana ciota tam w tej dupie świata na Dzikim Wschodzie kontynentu. I poddałem się słabości, nieprzygotowaniu tej nieszczęsnej części ciała, która najbardziej przecież tęskniła, by przyjąć go w siebie. Ta nieszczęsna, sucha w środku, rozczarowana prezerwatywa rozmiaru extra large, czy jeszcze większego, jeżeli większy istnieje, leżała w koszu po mojej stronie łóżka, niczym dowód winy, i piekła stamtąd jak wyrzut sumienia.

W przeciągu kilku sekund moja krew znowu zaczęła szaleć, pożądanie zapomniało o rozczarowaniu i cudownie zmartwychwstało z nową siłą i nową nadzieją, że tę noc w końcu zwieńczy spełnienie. Być może nawet spełnienie najzupełniej wstrząsające. Przysunąłem się do Stephana i przylgnąłem do jego ciała, pocałowałem go w szyję i w ucho, a moja prawa dłoń zsunęła się z jego gładkiej, spiżowej klaty, po brzuchu, ku jego orężu, które leżało płasko na brzuchu, ale nie zdążyło jeszcze do końca ochłonąć z nadziei na penetrację mojego ciała. Pod dotykiem moich palców zaczęło na powrót zasysać w krew w swoje jamy i twardnieć. Spróbujmy jeszcze raz, poprosiłem szeptem, cichym, bardzo nieśmiałym, jednak błagalnym. Stephan spojrzał na mnie, żeby sprawdzić, czy wiem, co mówię, czy jestem pewien, że tego chcę, po czym położył swoją silną, opiekuńczą dłoń na mojej głowie i pokierował ją tam, gdzie była już dłoń, bym ustami i językiem dobudził olbrzyma, który zaczął już był zasypiać.

Kiedy podniósł mu się do reszty, znowu sztywny i herkulejsko majestatyczny, Stephan uniósł swój tors, odsunął przykrywającą nas kołdrę, uniósł się nade mną i sięgnął po kolejną prezerwatywę i lubrykant. Rozłożył moje nogi i usiadł między nimi, pośladkami na swoich stopach. Szybko i zręcznie założył prezerwatywę i naniósł na nią szczodrą ilość żelu. Wziął potem jeszcze trochę żelu na palce prawej dłoni i wsunął je w mój odbyt. Najpierw dwa palce, potem trzy, pieścił mnie tam przez cierpliwie długą chwilę, smarując moje wnętrze żelem i przygotowując mój zwieracz do kolejnej ofensywy, rozluźniając go krok po kroku. Jego fallus stał wyprężony i w pełnej gotowości oczekiwał, kiedy będzie mu wolno się tam wreszcie zapuścić. Był tak sztywny i rozpalony, jakby patrzył na mnie i mówił, że tym razem nie ma zmiłuj, nie da już za wygraną, choćbym wył, kwiczał i skwierczał z bólu. Stephan wziął jeszcze trochę żelu na dłoń i wsunął we mnie cztery palce, kciukiem pieszcząc skórę w moim kroczu. Wytarł dłoń w papierową chusteczkę – ich pudełko stało na nocnej szafce koło mojej głowy. Chwycił dłońmi moje nogi pod kolanami, podciągnął je i przełożył sobie przez barki. Powoli opuszczał na mnie swój tors, rozciągając mięśnie z tyłu moich ud, od góry napierając na mnie swoją Herkulesową piersią. Dłonią pomógł sobie ulokować głowicę swojego pocisku u wejścia do mojego bezbronnego przed nim ciała. Powoli, bardzo ostrożnie, cierpliwie i uważnie, przepychał żołądź przez opór mojego anusa – tym razem żel pomógł i ten opór przełamać się udało. W pierwszej chwili moje serce struchlało, najzupełniej struchlało. Jego gigant zaglądał już głową w ciemności mojego wnętrza. Bolało. Ale wkrótce przestało boleć tak bardzo, zwieracz trochę ustąpił, trochę się rozluźnił. Wtedy Stephan osunął swój tułów całkowicie ku mnie, oparł się po obu stronach na łokciach, przyciskając moje kolana ku mojej klatce piersiowej. Skubany, wiedział już doskonale z doświadczenia z Bóg wie ilu pasywami, którzy przez te wszystkie lata mieli szczęście się pod nim znaleźć jak ja teraz, że ta pozycja rozciąga zwieracz, otwiera go i daje większe szanse na wejście w kogoś nieprzywykłego do takich rozmiarów penetrującego. Stephan pochylił głowę jeszcze bardziej ku mnie i zaczął mnie całować, na mokro, z językiem poważnie w działaniu, tak, żebyśmy wymieniali się śliną, żeby temperatura mojej chuci nie opadała, żeby była silniejsza niż ewentualny nawrót bólu, gdy będzie we mnie wchodził głębiej. Ostrożnie, ale pewny siebie, trzymając wszystko doskonale pod spokojną kontrolą, zagłębiał się we mnie drobnymi etapami, za każdym razem po calu. Czułem, jak napiera na mnie tam w środku, przez chwilę miałem wrażenie, jakby mnie miał zaraz rozerwać, ale tym razem ani myślałem dać za wygraną, w końcu był już w środku, najtrudniejsze za nami i tym razem obaj się wyżyjemy, choćby nie wiem, ile mnie to miało kosztować. Stephan, opierając się wciąż na łokciach, dłonie położył na kopule mojej głowy, najpierw delikatnie przejechał po centymetrowym meszku moich włosów, a potem ujął moją głowę, żeby trzymać ją w jednej pozycji i zwiększyć swoje panowanie nad moim ciałem tam pod nim, jakby w trosce, bym nie odwinął się czasem nagle w bok, a on nie zrobił mi tam w środku krzywdy, nie zerwał czegoś, nie rozszarpał, nie przetrącił. Wtedy ból przestał jakby być bólem, mój zwieracz ustąpił trochę, dostosował swoją średnicę do nowej konieczności i zacisnął się, niczym pocałunkiem, na wielkim prąciu Stephana, który teraz wykonał definitywne pchnięcie i zanurzył się we mnie do końca. Przez chwilę myślałem, że stracę oddech, do tego stopnia jego napór tam w środku był w pierwszej minucie paraliżujący. Stephan, żeby nie zrobić mi krzywdy, na chwilę zatrzymał się w bezruchu – dawał mojemu ciału czas, żeby się odnalazło w nowej dla siebie sytuacji. Przyglądał się uważnie mojej twarzy.

Are you OK?, zapytał po chwili, z uśmiechem czegoś na kształt cichego triumfu, i były to pierwsze słowa, jakie w tym łóżku padły, odkąd wyszeptałem prośbę, byśmy spróbowali jeszcze raz. I’m OK, odpowiedziałem dziwnie cicho, jakby w obawie, że próba wydobycia z siebie bardziej zdecydowanego dźwięku coś we mnie nadszarpnie, albo nawet cały się pod nią rozsypię. Dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, jak mocno wpiłem palce w jego bicepsy. Spuściłem więc trochę z ich uścisku, a Stephan zaczął powoli i delikatnie poruszać biodrami. Miałem nadzieję, że będziesz się czuł trochę lepiej niż tylko OK, patrzył na mnie wciąż z tym uśmiechem zadowolenia, nie tylko z tego, że przełamał opór mojego ciała i był w środku, ale i z tego, że serwował mi wrażenia dotąd mi nieznane, które bez problemu czytał z mojej twarzy. It is more… than just OK – wydobyło się ze mnie, głosem, który prawie się zawiesił. Fucking Hell!, to naprawdę było znacznie więcej, niż OK: zaczęło do mnie docierać, że początkowy ból przekształcił się nagle, niespodziewanie, we wrażenie przedziwnej przyjemności wywołane całym tym uciskiem poruszającego się we mnie olbrzyma Stephana, który sięgnął miejsc przez nikogo wcześniej nie dotkniętych, uciskał od wewnątrz prostatę i ocierał się o nią, jak nikt inny wcześniej, bo nikt inny nie wypełnił mnie wcześniej swoim prąciem na taką skalę. Stephan pogłębił trochę zasięg ruchów swoich bioder, przyspieszył nieco, ale tylko trochę, żeby nie sprawić mi znowu bólu. Ta piękna, pokrywająca mnie góra mięśni, falowała teraz na mnie, prowadząc nas obydwu tam, dokąd od kilku godzin obydwu nas tak świerzbiło dotrzeć. Nie musiał się wcale poruszać szybko, bo nieobyty z takim porządkiem skali mój anus obejmował go i ściskał wystarczająco mocno, wystarczająco, by generować tyle tarcia, ile Stephanowi było trzeba. Cały czas unosił swój tors nade mną, opierając się na łokciach i dłońmi trzymając z obydwu stron moją głowę. Co chwilę pochylał się, by mnie całować, potem unosił trochę, by wykonać kolejnych kilka spokojnych pchnięć biodrami; spokojnych, ale przeszywających mnie jak na wylot, zdolnych rozkołysać serce, które obijało się, rozhulane, o wewnętrzne ściany moich żeber, miotało się tam jak spłoszony kurczak.

Moje myśli rozsypały się na wszystkie strony, w każdą z nich się rozpędziły. Pomyślałem o tobie. Penetrował mnie ten niesamowity Mężczyzna nad Mężczyznami, przybysz z najgłębszych pokładów fantazji, ale i tak pojawiłeś się w bałaganie moich skołowanych myśli ty. Przypomniało mi się, jak tam w kawiarni przy Shaftesbury Avenue powiedziałeś mi, że żaden czarnoskóry facet nigdy nie chciał się z tobą spotkać, mówiłeś jak bardzo ci się podobali, ale oni, jeden po drugim cię odrzucali. Może dlatego, że nie mam w spodniach tyle, co oni, powiedziałeś wtedy, z uśmiechem, że to niby żart, ale i z westchnieniem bolesnego zawodu, rozczarowania. Kiedy leżałem tam pod Stephanem, pod ciężarem tej wspaniałej góry mięśni, pod naporem pchnięć jego bioder, z wrażeniem, że za każdym z tych pchnięć jakimś cudem dostaje się jeszcze głębiej we mnie, choć żaden postęp na tym froncie nie wydawał mi się już od dawna możliwy, zastanawiałem się – nic nie mogłem na to poradzić, że się nad tym zastanawiałem – czy udało ci się kiedyś spełnić tę twoją fantazję o czarnym mężczyźnie, który byłby tak obdarzony, jak to sobie wyobrażałeś. Miałem nadzieję, że tak, pomyślałem, że chciałbym nawet, żeby Stephan, jeśli nie ktoś inny mu podobny, przespał się choć raz z tobą, przespał był w przeszłości lub miał przespać w przyszłości, kiedyś po mnie, żebyś doświadczył tego, czego tak pragnąłeś, żeby cię zerżnął tak wspaniale, jak teraz posuwał mnie, żeby zadał ci tyle samo rozkoszy. W wyobraźni zobaczyłem twoją twarz, jak jesteś na moim miejscu, w całkowitej władzy tego niesamowitego ciała, i całkowicie w tej władzy bezpiecznego, tak jak ja czułem się bezpiecznie; widziałem, jak masz otwarte oczy, żeby nic nie stracić z tych wrażeń, którymi ciało Stephana awansuje na ciebie z każdej strony, i w tych twoich otwartych oczach Arjuna Rampala zobaczyłem, jak Stephan, penetrując cię tak niebiańsko, zdejmuje z nich wreszcie tę zasłonę smutku, która prawie nigdy nie chciała z nich spaść, i smutek ten znika gdzieś wreszcie, przynajmniej na chwilę, wyparty przez lśnienie prawdziwej, wstrz rozkoszy, błyskające po ich szklącej się powierzchni, kiedy ty nie możesz powstrzymać się od westchnień i cichych jęków. Już na pewno nie powiedziałbyś I am neither.

Kiedy leżałem tam pod majestatycznym ciałem Stephana, który tak doskonale wiedział, jak wziąć całkowitą kontrolę nad ciałem moim, przejąć nad nim absolutną władzę, i z pewnością siebie mężczyzny, który doskonale i od dawna wie, jak fantastyczny jest fizycznie, wepchnąć w to moje ciało tyle rozkoszy, ile tylko pragnęło, więcej, niż kiedykolwiek myślało, że mogłoby pragnąć, tyle, ile się jej nigdy wcześniej nie spodziewało, tak głęboko i szeroko, że nigdy nie przypuszczało, że ktoś aż tam się kiedyś może dostać – kiedy tak leżałem pod naporem nowych dla mnie, granicznych rozkoszy otwieranych przede mną przez mojego dziś odnalezionego Mężczyznę nad Mężczyznami, jednocześnie pomyślałem o tym, jak rozpaczliwie nieudany był ten nasz jedyny raz, ty byłeś jak z drewna, ja byłem tak przestraszony, jak się za to drewno zabrać, żeby zmiękło i nabrało życia, pozwoliło krwi zaszaleć i rozruszać włókna tkanek. Myślałem, jak bardzo nędzniutki i wstydliwy był ten nasz jedyny raz, w zderzeniu ze spektakularnym ciałem Stephana i z jego władzą rozporządzania rozkoszą swoich kochanków, tej nocy szczęśliwie byłem to ja.

A jednak nawet pod naporem rozkoszy wdzierającej się we mnie mocą tego wspaniałego ciała, myślałem tam również w tym jego łóżku, że gdyby wszystko i tak nie było już przekreślone przez ciebie, to twoje oczy Arjuna Rampala wciąż wygrywały z gładkim, skandalicznie męskim ciałem kasztanowego Herkulesa. Myślałem, co by było, gdybyśmy spróbowali nawzajem nauczyć się swoich ciał na tyle, by zdołać dać sobie nawzajem tyle samo rozkoszy, nawet jeśli nie dokładnie tej samej rozkoszy, bo żadne z naszych ciał, ani moje, ani twoje, nie mieściło się w atletycznym i seksualnym porządku dumnie zamieszkiwanym przez Stephana. Wraz z kolejnym ostrożnym, lecz paraliżującym pchnięciem mojego wyśnionego amerykańskiego kulturysty, przeszyło mnie pytanie, czy moglibyśmy my, ty i ja, kiedyś dać sobie tyle rozkoszy, czy ty mógłbyś mi tyle zaoferować, czy chciałbyś być moim topem, i czy rozkosz odczuwana przez ciebie, równałaby się mojej, czy zdołałbym dokonać uczciwej wymiany – bo wiedziałem, że ja nie zdołałbym przyjąć roli Stephana. Pomyślałem o tym, jak by to było, gdybyś to ty unosił się tak nade mną, gdyby to twoje biodra wykonywały te pchnięcia, gdyby to twoje oczy Arjuna Rampala patrzyły tak na mnie z góry, rejestrując symptomy rozkoszy galopujące po mojej twarzy – na jaki poziom rozkoszy każdy z nas mógłby się wtedy wybić? Jednak pomyślałem też, i myśl ta na krótką chwilę zmroziła mi serce, iż tamtej naszej jedynej wspólnej nocy, kiedy wszystko się między nami skończyło, straciłem cię dokładnie dlatego, że nie byłem takim mężczyzną jak Stephan, nie byłem takim kochankiem jak Stephan, tak bardzo taki nie byłem – i nigdy nie będę. I nabrałem nagle niezwykłej pewności, że Stephana byś zatrzymał, że Stephan, że mężczyzna taki jak on, otrzymałby od ciebie esemesa z podziękowaniami za waszą pierwszą noc, zanim by zdążył rano dotrzeć do pracy, i zobaczyłby cię wkrótce znowu. Tak bardzo nie byłem tak wspaniałym mężczyzną.

Ale cały czas myślałem też – nie mogłem nie myśleć – o tym ciele, które brało mnie właśnie w posiadanie, w sposób, którego, wiedziałem to już, nigdy nie zapomnę, czy to będzie nasza jedyna noc, czy Stephan wyróżni mnie swoim uznaniem i zatrzyma w tym łóżku na dłużej, zaprosi tu znowu, czego rozpaczliwie w tamtych chwilach pragnąłem. W tamtym dokładnie momencie nie potrafiłem sobie wyobrazić większego szczęścia, niż myśl, że takich nocy będzie więcej, że Stephan weźmie mnie więcej razy niż ten jeden, który właśnie się ku mojemu oszołomieniu rozgrywał. Całym ciałem odczuwałem to ciało, którego moc trzymała mnie teraz w swojej władzy, na zewnątrz i wewnątrz mnie; czułem te spiżowe mięśnie ud opierające się i ocierające się o moje pośladki, za każdym razem, gdy Stephanowi udawało się wepchnąć we mnie swoją męskość całkowicie; mięśnie brzucha i piersi napierające na uda moich przerzuconych przez jego ramiona nóg. Moje dłonie nie wiedziały, gdzie się podziać, chciały się rozmnożyć, na podobieństwo bogini Kali, by zdołać jednocześnie zacisnąć się na bułach jego bicepsów, dotykać brzucha i piersi, zaciskać się na barkach, obejmować plecy, wpijać się palcami w te twarde, wypukłe pośladki, w te potężne uda; pragnęły rejestrować czujnikami opuszków wszelkie drgnienia, skurcze i ruchy każdej grupy mięśni pracującej nade mną pod tą piękną, odmawiającą starzenia się skórą barwy kasztanu.

Miałem wrażenie, nie, to nie było wrażenie, to była pewność, że nigdy jeszcze ciało żadnego mężczyzny nie miało nade mną tak całkowitej władzy. Było większe, potężniejsze, silniejsze, przygniatało mnie, otaczało mnie, sklepiało się nade mną, opierając się wokół mnie na filarach potężnych ramion, wreszcie wypełniało mnie i zdobywało w środku tak daleko i głęboko, że serce biło chwilami z obawy, że zrobi mi krzywdę. Tak łatwo mogło mi zrobić krzywdę, tak zupełną miało nad mną przewagę, że mogło mi wyrządzić krzywdę, złamać coś, przetrącić, zadać ból, zaangażowało jednak całą tę swoją fizyczną przewagę, całą swoją pomnikową moc w spokojne, troskliwe sprawianie mi rozkoszy. Rozpierało mnie szczęście, byłem z siebie dumny, że miałem odwagę tak całkowicie mu zaufać, oddać się tak zupełnie na jego łaskę, choć jeszcze kilka godzin temu w ogóle go nie znałem, tylko raz słyszałem jego głos w telefonie. Oddanie się obcemu jeszcze dopiero co mężczyźnie, przez mężczyznę, zrozumiałem to właśnie wtedy ze Stephanem, jest jednym z najpiękniejszych aktów zaufania, jakiego może dokonać człowiek, jedną z najpiękniejszych rzeczy, jakie może zrobić człowiek, to jest człowieczeństwo par excellence. Rozpierało mnie szczęście, że porwałem się i zachęciłem go do tego jeszcze jednego podejścia, że się nie przestraszyłem, nie zniechęciłem, nie wycofałem we wstyd.

W głębi, wewnątrz mnie, monumentalne ciało Stephana obudziło chłopca, którym byłem daleko, dawno temu, w Dąbrowie Górniczej, i od którego zawsze chciałem uciec, chudego, przestraszonego chłopca, który zawsze chciał uciec od siebie, który zawsze chciał uciec stamtąd. Do lepszego życia, od większych, groźnych, silniejszych chłopców, w silne ramiona i pierś, która by im stawiła czoła, szerszą od ich piersi. Pierś nade mną była szersza od wszystkich tamtych piersi. Ramiona wokół mnie – silniejsze od ramion każdego z nich z osobna, od wszystkich razem. Ta pierś i te ramiona osłaniały mnie wreszcie od świata, zamykając mnie w kapsule bezpieczeństwa i rosnącej, rozpierającej, rozsadzającej mnie od wewnątrz przyjemności. To ciało, które podbijało, plądrowało wręcz moje wnętrze, obudziło we mnie zapomnianego, porzuconego nastolatka, który spoglądał na tych rzadkich kilku pięknych chłopców w swoim wieku, na tych nielicznych pięknych młodych mężczyzn, których los zbłąkał tam na ów ponury koniec świata przysłonięty szarym dymem z kominów upadającej na raty, nigdy do końca, Huty. Nastolatka, który spoglądał na tych chłopców i mężczyzn o silnych, prężnych ciałach z zatruwającą mu życie mieszaniną zazdrości, podziwu, pożądania i zupełnej rezygnacji. Zazdrości, że jego własne cherlawe ciało im nie dorównuje; pożądania pieczołowicie i panicznie skrywanego, by nikt nigdy nie poznał jego sekretu, by nikt nigdy nie poznał jego skandalu. Rezygnacji, że to cherlawe nastoletnie ciało, gnębione zewsząd katolicką opowieścią o własnym przyrodzonym grzechu, nawet gdy ucienie kiedyś od tej opowieści o grzechu w jakąś siną dal, nigdy tym ciałom nie dorówna, a przez to z kolei nigdy nie zasłuży na rokosz takich ciał uścisku, że nie zasłuży na żadną w ogóle rozkosz, nigdy, i żadnej innej, oprócz samotnej, upokarzającej ulgi samogwałtu, nie pozna; że będzie się musiało zadowolić samą za nią, przed światem skrywaną, wstydliwą, haniebną tęsknotą. Smutne i szare było życie tego chłopca, pogardzanego i wykpiwanego zawsze przez ojca – za to, jaki był słaby, że bał się konfrontacji z innymi chłopcami, bo czuł, że wszyscy są od niego silniejsi, ukrywał się przed nimi w książkach, filmach, gryzmolił coś ołówkiem, nawet ładnie, ale to też dobrze nie wróżyło – mężczyzny nigdy z tego nie będzie. Tego chłopca wspomnienia budziły się teraz, gdy pierś szersza niż wszystkie piersi, za którymi oczy chłopca podążyły kiedykolwiek tęsknie, unosiła się nade mną, gdy ciało silniejsze i piękniejsze niż ciała, które widział był chłopiec na ponurym, szarym, zadymionym końcu świata, czyniło zadość wszystkiemu, co chłopca tego ominęło, wszystkiemu, co go od środka przez zbyt długie lata bezlitośnie trawiło. Ów chłopiec tam w moim wnętrzu obudzony chciał z radości drzeć się w niebogłosy, by każdy się dowiedział, by nikomu nie umknęło, jak wspaniałe ciało go teraz brało, bardziej imponujące niż ciała wszystkich tych silniejszych chłopców, których kiedykolwiek się bał, niż ciała wszystkich tych pięknych chłopców i mężczyzn, za którymi skrycie powłóczył wzrokiem, do których bał się zagadać w obawie, że się skompromituje, że głos mu będzie drżał i że od razu zobaczy jeden z drugim, że pedałkowi się podoba, że jakaś żałosna ciota na niego leci. Więc teraz wreszcie – ciało tak imponujące, że oni wszyscy – ci, których chłopiec się bał, i ci za którymi powłóczył oczyma, by szybko je potem spuszczać – patrzyliby na nie z zawiścią i zazdrością. Więc teraz w końcu mężczyzna tak widowiskowy, trzysta procent mężczyzny w mężczyźnie – nawet ten ojciec podły, wyrodny, ze swoim zawsze pełnym pogardy spojrzeniem, który tak bardzo nie znosił swoich synów i tak niestrudzenie upewniał się, żeby zatruć im choć trochę każdy dzień – poczułby się twarzą w twarz z takim mężczyźną jak nędzna sierota, jak bezbronny chłopiec, jak jego dziecko przed nim.

Moje ciało nie mogło już dłużej tego wytrzymać i tą nieprzywoitą rozkoszą eksplodowałem, spłynęła mi po brzuchu, a kilka jej ciepłych kropel chlapnęło na gładką, brązową, napiętą na mięśniach skórę brzucha sprawcy moich wrażeń. Stephan poczuł oczywiście nie tylko to – orgazm szarpnął wszystkimi moimi mięśniami, nie wyłączając zwieracza, który szczelnym pocałunkiem obejmował jego męskość, i teraz, na moment, zacisnął się na niej w gwałtownym porywie mocniej. Stephan zatrzymał się na chwilę w bezruchu i przyglądał mi się z uśmiechem zadowolenia, ale i niepewności: zadowolenia z siebie i niepewności o horyzont jego własnego, nachodzącego, lecz jeszcze nie osiągniętego, spełnienia. Ja jeszcze nie doszedłem, wyszeptał, can I continue?, zapytał. Oczywiście, że tak, odpowiedziałem, tak długo, jak tylko potrzebujesz. Jesteś pewien? Ja tylko pokiwałem twierdzącą głową, za to z wielkim przekonaniem. Jak mogłem mu odmówić, po tym, co mi ofiarował. Jego ciało zaczęło na powrót falować nade mną i na mnie, spokojnie i stanowczo poruszać się we mnie, wydłużając moją rozkosz, utrzymując jej wspomnienie na powierzchni rzeczywistości, rozciągając jej echo fenomenalnie w czasie, wciąż niemal dotykalną. Ten samotny, przestraszony chłopiec z zadupia pod kurzącymi lufami wielkiej huty, jeszcze nigdy nie czuł się tak bezpiecznie w swoim ciele, jeszcze nigdy nie czuł się tak bezpiecznie, oddając to ciało do całkowitej dyspozycji innego ciała, we władzy innego ciała. Po kilku kolejnych cudownie długich minutach ciało Stephana wykonało kilka szybszych pchnięć, napięło się, jego serce zabiło szybciej, a ja czułem, jak fala skurczy ociera się tam w środku o ściany mojego jelita, wystrzeliwując ku mojemu wnętrzu materię zaspokojenia. Patrzyłem na tę szeroką, piękną i zadowoloną twarz przerośniętego młodzieńca w ciele Herkulesa wyrzeźbionego w brązie, i czułem się tak nieprzyzwoicie szczęśliwy, że ten mężczyzna, który na zawołanie mógłby mieć co drugiego pasywa błąkającego się w poszukiwaniu seksu po zaułkach Soho, chciał po rozkosz wedrzeć się do wnętrza mojego ciała, mojego właśnie, nie innego. Kiedy w moim wnętrzu przestały nim szarpać skurcze ejakulacji, uniósł się na swoich potężnych ramionach i ostrożnie wynurzył ze mnie swoją powoli mięknącą supermęskość.

Usiadł, pozwalając moim nogom wreszcie się rozluźnić. Zdjął prezerwatywę i ją też wrzucił do kosza obok łóżka, do towarzystwa i na pocieszenie tamtej zawiedzionej; ta zawiedzioną być już nie miała powodu, w jej czubku spoczywała gęsty, biały dowód spełnienia. Położył się obok mnie na plecach. Rozprostowując nogi, czułem, jak dociera do mnie teraz nieznaczny, ale pulsujący ból nadwerężonego ofensywą Stephana wejścia do mojego ciała. Chcesz pierwszy wziąć prysznic?, rzucił, przyglądając mi się z boku. Odpowiedziałem pytaniem, czy na pewno nie woli przede mną, ale uśmiechnął się i wysłał mnie do łazienki. You’re my guest, powiedział, you deserved it. Uśmiechał się szeroko. Jego obłędnie muskularna pierś unosiła się i opadała wciąż jeszcze pogłębionym oddechem. Miałem ochotę krzyknąć z całych sił, że jest wspaniały, cały świat powinien o tym wiedzieć, ale uśmiechnąłem się tylko, chyba wciąż czerwony na twarzy, aż trochę onieśmielony – tym, jak bezbronny jeszcze przed chwilą byłem wobec niego, i jak wspaniała była ta bezbronność, i że on moją bezbronność doskonale widział, i jak cudownie było wiedzieć, że ją widział.

Gdy pod prysznicem woda spływała po mnie ciepłymi strumieniami, z twarzy, z szyi, po plecach i brzuchu ku pośladkom i udom, czułem jak mięśnie tych ostatnich, po wewnętrznej ich stronie, drżą jeszcze po wyzwaniu, jakiemu moje ciało sprostało. Nie mogłem tego drżenia opanować, aż zachciało mi się od tego śmiać. Anus wciąż mnie bolał, ale ten ból był jakiś nie do końca obecny, przesłonięty szybą niemal metafizycznego spokoju, jakby oddalony od mojej świadomości. Czułem się zerżnięty za wszystkie czasy. Pomyślałem o Patricku, jaka szkoda, że zarzucił bróby dostania się we mnie w tej pozycji, że zdecydował się wziąć mnie doggy style. Gdyby mnie zrobił w ten sposób, na pewno nie dopuściłbym tak łatwo, żeby nasza znajomość skończyła się na tamtej jednej nocy. Spłukiwalem z siebie pianę żelu do kąpieli, miałem wrażenie, że poruszam się w zwolnionym tempie, nie do końca na jawie, zawieszony z nadmiaru wrażeń w półśnie, transie lub alkoholowym oszołomieniu.

Jeszcze kiedy wyszedłem spod prysznica i wycierałem się białym ręcznikiem – zwinięte w przytulone do siebie rulony układały się równiutko i porządnie całym regałem w kącie łazienki – niektóre moje mięśnie wciąż drżały. Pytałem sam siebie, w myślach, czy jestem w stanie wytrzymać coś takiego on a regular basis, częściej, jak często, kiedy następny raz? Miałem wrażenie, że potrzebuję ileś, nie wiadomo ile, dni rekonwalescencji, może nawet coś się tam musi w środku pozrastać. Gdyby Stephan chciał się spotkać kolejny raz, gdyby chciał spotykać się kolejnych więcej razy, regularnie może nawet. Chciał mieć kogoś, żeby się w kinie trzymać za ręcę, napisał tak przecież w tym swoim pierwszym mailu, naprawdę nie miałbym nic przeciwko takim wieczorom w kinie, wieńczonym takimi wrażeniami, nieco częściej. On a regular basis. Ta perspektywa aż mnie ogłuszała, zastanawiałem się, czy bym temu fizycznie podołał, gdyby chciał mnie tak wziąć dwie noce z rzędu, albo trzy razy w ciągu tygodnia. Musi być jurny jak diabli, skoro kupuje prezerwatywy w ilościach, jakie trzyma w szufladzie. Chyba że kupuje takie ilości prawie hurtowo, bo mało kto sprzedaje taki rozmiar, dopiero teraz mi to przyszło do głowy, nie było to niemożliwe. Ten jego chłopak, ten Polak, z którym niedawno zerwał – ciekawe, jak długo byli razem, czy po dajmy na to dwóch latach związku z takim facetem, człowiek nie zaczyna się, no nie wiem, rozlatywać w środku, pękać w szwach, albo przeciekać?

Wróciłem do sypialni, zawinięty w ręcznik, który odrzuciłem na krzesło, po czym wsunąłem się pod kołdrę. Stephan cmoknął mnie jeszcze w usta, wstał i sam poszedł do łazienki. Było już późno, Stephan wstawał rano bardzo wcześnie, więc uwinął się szybko, żeby nie marnować czasu i położyć się do snu. Zgasił światło i ułożył się plecami do mnie, kołdrę podciągnął pod pachę. Z niegasnącym podziwem patrzyłem na te potężne, szerokie plecy i silne, muskularne ramię ułożone na kołdrze. Na opinającą je, piękną i gładką skórę, która w zderzeniu z bielą pościeli jawiła się jakoś tak – jeszcze gładsza i piękniejsza. Po chwili przyglądania się jego szyi i barkowi, po chwili wahania, czy mogę sobie na to pozwolić, przysunąłem się do niego i przylgnąłem do jego pleców. Can I stay like this?, zapytałem. Sure you can, odpowiedział, tonem tak bardzo różnym od Patricka kiedyś. Patrick był zaskoczony, przez chwilę czuł się nieswojo, głupio było powiedzieć nie komuś, kto mu się właśnie oddał, ale czułości był to dla niego raczej zbytek. Ty zareagowałeś tak, że przytuliłem się do ciebie ostrożnie, nieśmiało, nie całkiem, nie tak, jak naprawdę chciałem. Stephan odpowiedział tonem zaskoczenia, że w ogóle zadaję takie pytanie, tonem zachęty, gestem – uniósł ramię, żebym tam wsunął własne – zapraszając mnie, bym się przytulił wygodnie, objął go wokół torsu. W końcu po tym, co przed paroma chwilami osiągnęliśmy, zasługiwaliśmy na to, na wszystką czułość tego świata i na najspokojniejszy sen. Jego Sure you can znaczyło: bolało cię, twoje ciało stawiało opór, ale nie poddałeś się, oddałeś mi się, pozwoliłeś mi w siebie wejść, ofiarowałeś mi swoje całkowite zaufanie – zasłużyłeś na całe przytulanie tego świata, cały jestem twoją nagrodą.

Leżałem więc tak przytulony do imponujących, szerokich pleców mojego amerykańskiego kulturysty, mężczyzny, który dosłownie splądrował moje ciało, przeszył je na wylot, odkrywając przed nim nowe przestrzenie rozkoszy. Leżałem tak obejmując go prawym ramieniem, z dłonią spoczywającą gdzieś na jego klatce piersiowej. Dotykałem nagiego ciała, bo spał bez piżamy, bez bielizny, ja zresztą też. Z głową leżącą bokiem na poduszce, z klatką piersiową przytuloną do zbroi mięśni rozpiętych na jego plecach, słyszałem bicie własnego serca – zmęczenie wiodło mnie do snu, miałem wrażenie, że słyszę to swoje serce w poduszce i zarazem w jego plecach, jakby biło gdzieś na zewnątrz mnie, z dwóch stron. Ten chłopiec, którym kiedyś byłem, znów się gdzieś tam w głębi wiercił. Chciał wtulić się w tego wielkiego, silnego mężczyznę, w tę górę mięśni, która nie tylko nie była groźna, jak inni więksi chłopcy, a wydawała się od wszystkiego, co groźne, od zła tego świata osłaniać, swoją siłę i przewagę – swoją władzę, nade mną i nad tyloma innymi mężczyznami przed i po mnie (szuflada pełna prezerwatyw czekała) – wykorzystując tylko, by dawać rozkosz, szastać jej ekscesem w jakimś seksualnym potlaczu. Resztki myśli w półśnie kołysały się o tym, że Stephan zasługiwał na jakiś pomnik, pomnik Mężczyzny nad Mężczyznami, dedykowany mu jako the Hottest Gay Guy in London in the Early 21st Century. Gasnący, oddalający się od świadomości, tępawy ból pulsował gdzieś u dołu mojego tułowia. Osunąłem się w sen, niesłychanie spokojny sen.

 

Powyższy tekst to fragment powieści Nirvaan, nad której ukończeniem wciąż pracuję. Inny fragment, jeszcze nieostateczny, umieściłem już kiedyś tutaj, inny tutaj, inny tutaj, a jeszcze inny ukazał się w art-zinie literackim Papier w Dole, nr 4-5 (2017).

pwd

Jestem na Facebooku i Twitterze.

 

 

Reklamy