Zbigniew Preisner zaangażowany politycznie, albo Co mają w głowach polscy artyści?

Excuse my French, ale – nasrane. Mają w nich nasrane.

Zacznę jednak od Krystyny Jandy.

Kilka dni temu dziennikarz Onetu Janusz Schwertner opublikował jeden z nielicznych dzisiaj w polskich mediach materiałów śledczych, nad którym pracował miesiącami. Zdemaskował w nim jedną z najbardziej obrzydliwych postaci współczesnego życia publicznego w Polsce, księdza Jacka Stryczka, jako bezwzględnego wyzyskiwacza, który zajeżdżał swoich podwładnych jak łyse kobyły, upokarzał ich i dręczył. Ponad dwadzieścia ofiar opowiedziało, co przeżyło w jego organizacji.

W postaci księdza Stryczka skupia się jak w soczewce cały szereg patologii porządku społecznego panującego w Polsce od momentu restauracji kapitalizmu. Symbioza Kościoła katolickiego z neoliberalizmem, którego ksiądz Stryczek był wręcz misjonarzem. Zastępowanie społecznych funkcji państwa kaprysami medialnych filantropów. Pogarda dla ofiar systemu ekonomicznego i ich moralizatorska indoktrynacja. A do kompletu: nadużycia władzy i lekceważenie przepisów i cywilizowanych standardów pracy.

I nagle – co robi Krystyna Janda? Wali na Facebooku – bez komentarza, jakby się z nim zgadzała, podzielała jego opinię – postem Mateusza Kijowskiego, który pisze: „Kiedy sfora rzuca się na ofiarę (np. ks. Stryczek), ja myślę, kto poszczuł i po co. Nie bądźmy pionkami w grze sygnalistów”. To ksiądz Stryczek jest tu ofiarą? Pionkami w grze sygnalistów?

Janda

Każdemu, kto jest aktywny w mediach społecznościowych, zdarzyło się kiedyś zaszerować coś niefortunnego, czy to w pośpiechu, czy to w odruchu oburzenia, czy w wyniku niewystarczającej wiedzy na temat źródła podawanego dalej komunikatu. Albo to wtedy kasujemy, albo jak już mleko się rozlało, tłumaczymy się i dystansujemy. Tymczasem ten post do dzisiaj wisi u Krystyny Jandy na Facebooku, bez żadnego editu, pomimo iż część followersów gwiazdy zwróciła jej uwagę, że chyba jej się coś fundamentalnie poplątało, a autor tego komunikatu to skompromitowany finansowy krętacz, który okrada własne dzieci, nie płacąc im alimentów, i który na dodatek ma całkiem osobistą kosę na autora reportażu.

No cóż, tak bywa, że wybitna aktorka ma czasem pstro w głowie. Specyfika zawodu.

Tutaj jednak jest to pojedyncza manifestacja znacznie szerszego problemu, podobnie jak zresztą cała fejsbukowa strona Krystyny Jandy, która stanowi kuriozalny groch z kapustą. Wpadają do niego treści ujawniające zupełny brak politycznych współrzędnych, intelektualnego rusztowania, które by aktorce porządkowały elementarne kategorie życia społecznego, współczesnej problematyki politycznej, i tak dalej. Jest tylko jeden wspólny mianownik, jedyna stała oś w poglądach, które wyłaniają się z tego intelektualnie przygnębiającego barłogu: PiS to zło. Oczywiście, że PiS to nic dobrego, ale świat jest trochę bardziej złożony. Nie dla Krystyny Jandy. Jeżeli tylko to jedno się zgadza, PiS to zło (najlepiej z jakimś rytualnym porównaniem do PRL-u), to wszystko inne jest bez znaczenia, ani kto to mówi, ani z jakich pozycji, ani w jakim kontekście czy celu. Ponieważ Kijowski był kiedyś twarzą anty-PiS-u, aktorce samo to wystarczy, żeby się z nim zgadzać, a wszystko to, co dzisiaj już o Kijowskim wiemy, i jak bardzo się on zdążył już skompromitować, umknęło jej uwadze tak samo jak treść reportażu Schwertnera i zawarte w nim świadectwa.

Niestety, nic nie wskazuje na to, że Krystyna Janda jest tu przypadkiem odosobnionym. Aktorka reprezentuje syndrom powszechny wśród przedstawicieli współczesnych polskich elit kulturalnych, których polityczna wyobraźnia sprowadza się tylko do tego, że kiedyś „walczyli z komuną”, albo ich rodzice walczyli, i że PiS jest zły, bo im „komunę” przypomina. Coś z szerszego zrozumienia współczesnych procesów społecznych i politycznych, współczesnych stosunków władzy, odróżnienia wartości uniwersalnych od partykularnych, postępowych od reakcyjnych? Zero, nada, rien.

(Wierzę i wiem, że nie dotyczy to wszystkich współczesnych polskich twórców kultury, sam znam wyjątki, są one jednak zagłuszane przez panującą w polskim światku artystycznym feudalną kulturę bezkrytycznej adoracji każdego, kto został już namaszczony na środowiskową świętą krowę).

Jakby na potwierdzenie tezy sprzed akapitu w nawiasie, Zbigniew Preisner gruchnął wkrótce tak, że prześcignął Krystynę Jandę o kilkanaście długości jednym zaledwie gestem. Żeby się popisać tym, jak bardzo nie lubi PiS-u, kompozytor Kieślowskiego zaprotestował przeciwko obecności i laudacji polskiego ambasadora na uroczystości wręczenia mu nagrody na festiwalu filmowym w Hajfie w Izraelu.

You got it right. Inaczej niż wszyscy moralnie przytomni dziś ludzie, Preisner nie bojkotuje Izraela; Preisner, żeby się popisać w gronie takich samych jak on politycznych kretynów, bojkotuje polskich dyplomatów, bo PiS, przyjmując jednocześnie nagrodę od instytucji państwa – nie bójmy się tego słowa – faszystowskiego.

Bardzo chciałbym dożyć takiej polskiej kultury, w której artyści będą tak postępowi i radykalni, że bojkotowaliby taką władzę, jak Prawo i Sprawiedliwość, odrzucali jej umizgi i nie podawali jej ręki. Ale z sensem, to znaczy ze zdolnością odróżnienia zła większego od mniejszego.

PiS to populistyczna prawica katolicko-narodowa o autorytarnych tęsknotach, która weszła już na ścieżkę demontażu liberalnej demokracji. Jest już źle, ale to jeszcze nie faszyzm. Tymczasem Izrael nawet izraelscy historycy (np. Shlomo Sand) porównują już do pierwszych lat III Rzeszy. Izrael to awangarda współczesnej rasistowskiej prawicy. Państwo, od którego uczą się i którego politykę naśladują rasistowskie prawice na całym świecie (stanowi też jeden z wzorów, które nieudolnie naśladować próbuje sam PiS). Państwo, które w lipcu bieżącego roku ostatecznie przyklepało swój od dekad rozwijany ustrój rasowego apartheidu (Ustawa o państwie narodowym z lipca 2018). Państwo, które od końca marca strzela do bezbronnych cywili w Gazie, nie wyłączając dzieci i personelu medycznego (już ponad 170 zabitych i 18 tys. rannych). Przed przyjęciem nagrody od instytucji takiego państwa Preisner się jednak w żaden sposób nie wzbrania. I to pomimo iż państwo to jest przedmiotem wielkiej międzynarodowej kampanii bojkotu (BDS), najważniejszej oddolnej kampanii solidarnościowej naszych czasów.

Czymże jednak jest apartheid (drobiazg, zaledwie zbrodnia przeciwko ludzkości), czymże wywoływanie co kilka lat nowej wojny, bombardowanie szkół i szpitali, wsadzanie tysięcy nastoletnich dzieci do więzień, zalegalizowane tortury, strzelanie do dzieci i pielęgniarek – w porównaniu ze zbrodniami Prawa i Sprawiedliwości w Polsce?

O najgłupszych nawet motywach z Facebooka Krystyny Jandy z czasem wszyscy jednak zapomnimy, w pamięci zachowując to, jak wybitną była aktorką. Inaczej jednak rzecz ma się z udziałem w legitymizowaniu najbardziej rasistowskiego dziś reżimu na świecie, izraelskiego apartheidu. A izraelskie instytucje kulturalne po to przyciągają zagranicznych artystów, żeby ich gębami legitymizować i normalizować ten reżim. Jak to ktoś całkiem niedawno napisał, adresując te słowa do innego BDS-owego łamistrajka, Nicka Cave’a: to są rzeczy, o których przypomina się w nekrologach; rzeczy, które wywleka się (słusznie i zasłużenie) po śmierci.

Niniejszym obiecuję tutaj Zbigniewowi Preisnerowi, że jeśli tylko przeżyję go o jeden dzień – a biologia stoi po mojej stronie – to ja ten jeden dzień, choćby ostatni, poświęcę, żeby mu taki nekrolog napisać. Jeden akapit mam już naszkicowany:

„W 2018, gwałcąc palestyńskie wezwanie do bojkotu izraelskiego reżimu rasowego apartheidu, w zamian za infantylną rozkosz strzelenia focha pod adresem reprezentującego rząd Prawa i Sprawiedliwości dyplomaty, Preisner przyjął nagrodę przyznaną mu przez izraelski festiwal filmowy. Działo się to, gdy kampania bojkotu Izraela (BDS), toczyła się trzynasty rok i nic już Preisnera nie usprawiedliwiało, jeśli wciąż nic o tym nie wiedział. Było to tuż po tym, jak ponad 140 artystów z całego świata, w tym filmowców, których kompozytor filmowy powinien kojarzyć (Ken Loach, Mike Leigh, Alain Guiraudie, Äki Kaurismäki, Julie Christie) wezwało w liście otwartym na łamach „Guardiana” do bojkotu konkursu piosenki Eurowizji w Izraelu, a ze względu na BDS swoje koncerty w tym kraju odwołały Lorde, Shakira i Lana Del Rey, by wymienić tylko największe gwiazdy. Było to tuż po tym, jak Izrael oficjalnie afirmował swój charakter jako reżimu rasowego apartheidu przyjęciem przez Knesset Ustawy o państwie narodowym. Gdy Preisner przyjmował nagrodę, izraelscy snajperzy szósty już miesiąc strzelali do cywilów, dzieci, dziennikarzy i personelu medycznego protestujących pokojowo od końca marca przy ‘granicy’ Gazy w ramach Wielkiego Marszu Powrotu, a kilkaset palestyńskich dzieci siedziało w izraelskich więzieniach, większość z nich torturowana.”

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Reklamy