Lewica w Europejskiej Krainie Czarów

“Ksenofobiczna, antyeuropejska prawica”, “rasistowski, nacjonalistyczny, antyunijny, prawicowy” – tego rodzaju automatyczne ciągi skojarzeń, łańcuchy odruchowo łączonych znaczeń, zbitki pojęć zadrukowały wyobraźnię większości współczesnej polskiej lewicy. Do tego stopnia, że ich naturalnym i jedynym możliwym przeciwstawieniem są zbitki w prosty sposób odwrotne, ale równie automatyczne, podług których lewicowość idzie „w naturalny sposób” w parze z postawą „proeuropejską” czyli „prounijną”. Unia Europejska w tym wyobrażonym krajobrazie jest synonimem Europy jako kontynentu, jako jednostki „cywilizacyjnej” czy „kulturowej”, jest też w jakiś sposób, z założenia i z natury, antytezą rasizmu i ksenofobii, być może nawet nic nie robi, tylko walczy z ich demonami.

Ten automatyczny, prosty podział nie jest nawet przedmiotem debaty, jest dzisiaj reprodukowany odruchowo i bezrefleksyjnie, bardziej niż w argumentach przejawia się w przewracaniu oczami, zbywaniu kogoś machnięciem ręką, głupim uśmiechem. Nawet najstaranniej wykładana krytyka Unii Europejskiej w jej realnej a nie wydumanej, wyśnionej postaci sprowadza na jej autora nieuchronne oskarżenia, że jest koniem trojańskim Polexitu na lewicy, wielu i tak automatycznie i natychmiast zbędzie ją jako to samo, co mówi katolicko-narodowa prawica. „Granie do jednej bramki z Putinem” pewnie też nie zostanie mu oszczędzone.

Czytaj dalej

Reklamy

Polska PiS i Brazylia Bolsonaro, albo o globalizacji antykomunizmu

Inaugurację prezydentury Jaira Bolsonaro w Brasilii, jak podaje telewizja Telesur, zaszczyciły swoją obecnością delegacje 46 państw, a wśród tych delegacji jedynie dziesięć głów państw osobiście (w tym Viktor Orbán i Binjamin Netanjahu). Dla porównania na pierwszej inauguracji Luli da Silvy zameldowało się 120 delegacji, a Dilmy Rousseff – 130. Pokazuje to trochę, jak ciężko jest światu przełknąć nowego prezydenta Brazylii.

Wśród tych 46 delegacji był minister spraw zagranicznych Polski, Jacek Czaputowicz, który fotografował się z Bolsonaro i jego żoną Michelle, rozmawiał z nowym szefem brazylijskiej dyplomacji, a także ciepło się wypowiadał o Brazylii i widokach na współpracę z tak ważnym państwem.

Czytaj dalej

Kolejny rok niespokojnego słońca

Planeta nie może już dłużej dźwigać systemu ekonomicznego, którego bezlitosnej eksploatacji poddali ją (jak i większość z nas) nasi władcy. Kolejne miesiące minionego roku przynosiły z sobą kolejne rekordy temperatur kiedykolwiek o danej porze roku zarejestrowanej, a na rozgrzanej planecie słońce podpaliło lasy od Kalifornii po Grecję. Dowiedzieliśmy się już ponad wszelką wątpliwość, że na przestrzeni zaledwie kilku ostatnich dekad wymordowaliśmy większą część dzikiego życia na Ziemi, i że proces ten postępuje coraz szybciej. Nasza planeta nie daje już rady i mówi nam to na każdym kroku. Nasi władcy – królowie, książęta i kapłani schyłkowego kapitalizmu – dzielą się tymczasem niemal wszyscy na tych, którzy udają, że tego nie wiedzą i nie widzą, oraz tych, którzy udają, że coś robią, tańcząc dla picu walce lunatyków na kolejnych „poświęconych klimatowi” kongresach.

Tak samo zresztą nie wytrzymuje sam ów system ekonomiczny, nie wytrzymują jej formalne ramy polityczne i geopolityczne. System osiągnął granice swojej ekspansji, granice tego, gdzie i ile kosztów może eksternalizować: fizycznie skończył mu się świat. Nie znalazł drogi wyjścia z krachu roku 2008, wówczas przysypanego tylko tymczasowo górą wydrukowanych nagle pieniędzy; ratuje się grabieżą i przykręcaniem śruby tym, których coraz brutalniej wyzyskuje. Rok zamknął największy spadek na Wall Street od 2008 roku, a na pewno nie jest to świętego Rynku ostatnie słowo.

Czytaj dalej

O niepożytkach z Johna Olivera

Oko.press przedstawia się jako „portal sprawdzający fakty i prowadzący dziennikarskie śledztwa”, który chce być „obywatelskim narzędziem kontroli władzy”. Niedawno uznał, że takim śledztwem i aktem kontroli władzy będzie publikacja obszernego streszczenia jednego odcinka programu polityczno-satyrycznego anglosaskiego komika. Bo padło w nim kilka ostrych słów o polskim rządzie i Jarosławie Kaczyńskim. Odcinka programu dostępnego przecież bez problemu na YouTubie i Facebooku. Drobiazgowa relacja napisana jest w tonie takim, jakby streszczała wykład o autorytaryzmie i faszyzmie autorstwa co najmniej Theodora Adorno.

Przy całym szacunku dla Johna Olivera i jego zasług, nie jest on Theodorem Adorno. Oliver jest zaledwie liberałem, lewicowym, ale liberałem. Jego komentarze są tak ważne w amerykańskim kontekście, bo „lewicowy liberalizm” to już dużo jak na warunki mainstreamu amerykańskich mediów. Już ustawia go blisko lewej ściany tego, co amerykańska publiczność kiedykolwiek zobaczy w dużej sieci telewizyjnej.

Czytaj dalej

Kultury siłowni. Autobiograficzne notatki etnograficzne

Comme une allumette

Pierwszy raz ćwiczyć na siłowni zacząłem na drugim roku studiów. Byłem wtedy strasznym chudzielcem – jak zapałka, comme une allumette – mówili mi we Francji, wciąż jeszcze niemal chłopcem. Ważyłem wtedy 56 kilo, przy 171 cm wzrostu.

Byłem przez cały ów rok w stanie bliskim depresji – minionego lata byłem pierwszy raz we Francji, gdzie się na zabój zakochałem w pięknym studencie algierskiego pochodzenia, który okazał się hetero, choć mnie się przez całe lato wydawało, że ze mną flirtował. Djamel po prostu taki był, ale zrozumienie tego nie wystarczyło, żeby się wyleczyć z tej miłości, odległość (ja wróciłem do Polski, on został w Paryżu) też nie – to było jedno z najgwałtowniejszych i najbardziej obezwładniających uczuć, jakie mnie kiedykolwiek opanowały. Intensywna, regularna aktywność fizyczna była moją próbą zapanowania nad własnym stanem, wymuszenia na moim skołowanym organizmie produkcji serotonin, żeby te zagłuszyły uczucie rozpaczy wywołanie świadomością, że nigdy mojego pięknego arabskiego przyjaciela nie dotknę w taki sposób, jakbym chciał. Coś w ten deseń. Świadome sprawianie konstruktywnego bólu ciału było sposobem na niwelowanie bólu duszy.

Był to też mój sposób na uzyskanie kontroli nad własnym ciałem, podporządkowania go – jego fizycznego rozwoju – mojej woli, mojemu własnemu działaniu, moim wyborom, a przez to zaakceptowanie go, uzyskanie w nim i poprzez nie trochę więcej pewności siebie. W skład tego wchodził bolesny i skomplikowany proces mojego godzenia się z najbardziej wstydliwym, bulwersującym i nieposłusznym wymiarem mojego doświadczenia własnego ciała: tego, że pragnęło ono mężczyzn.

Pełniło to więc dla mnie funkcję terapeutyczną.

Timothy Gbadeyan (4)

Timothy Gbadeyan

Moje życie pełne przeprowadzek, dziwnych zwrotów akcji, urywanych kontraktów i gwałtownych zerwań z miejscami, których nie mogłem już dłużej wytrzymać, spowodowało wiele przerw i nieregularności w moim machaniu hantlami i podnoszeniu sztangi, cykle upadku formy i powrotów do niej. Dwa razy spulchniłem się o dobrych parę kilo na dłuższy czas. Przez dwa lata po studiach pracowałem we Francji na krótkich kilkumiesięcznych kontraktach w różnych zwykle małych miejscowościach, gdzie nie było pod ręką takich miejsc, a ja nie miałem czasu na nic poza pracą. Raz przerwałem jakąkolwiek aktywność fizyczną na rok chyba, zmęczony i udręczony pracą i dojazdami, w pułapce łupieżczej umowy abonamentowej z siłownią, która okazała się koszmarem i zaczęła mnie ścigać jakimiś windykacyjnymi zbirami, kiedy powiedziałem, że nie będę więcej płacił, bo oni nie wywiązują się ze swojej części umowy (zepsute maszyny pozostawiane bez naprawy miesiącami). Takie historie z siłkami, zwłaszcza dużych sieci, są w Wielkiej Brytanii na porządku dziennym – neofeudalne praktyki obracania klienta w chłopa pańszczyźnianego dosłownie uwięzionego w umowach nie do rozwiązania to brytyjska plaga. Przytyłem wtedy dobrych parę kilo i sflaczałem, na szczęście nie na zawsze. Niemniej jednak, ostatecznie różnica między znacznie większym mężczyzną, którym jestem dzisiaj, o wiele, wiele silniejszym, a tą przestraszoną życia „zapałką”, którą byłem wtedy, to jest też różnica psychologiczna.

Przy wszystkich moich radykalnych a częstych, transgranicznych zmianach adresów, mam za sobą doświadczenia siłowni, „gymów” w Polsce (w Dąbrowie Górniczej i w Warszawie), w Londynie, w Barcelonie i w Amsterdamie. Jak w przypadku każdego rodzaju instytucji „w Malinowskim sensie tego słowa”, różnice pomiędzy nimi mówią coś o całych społeczeństwach i grupach (klasach) społecznych.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Czytaj dalej

Sourena. Pamięć

Tęsknota za Soureną, jaka zżerała go przez cały następny rok katorgi ostatniego roku studiów, wzięła go z zaskoczenia. Wiedział, że przez jakiś czas będzie tęsknił i żałował, że skończyło się na jednej nocy – jak każdy człowiek, któremu ktoś zbyt późno i tak niespodziewanie pokazał wreszcie, co znaczy prawdziwa rozkosz. Że ona naprawdę istnieje. Ale tego, jak go ta tęsknota podbije, jak go ona weźmie we władanie – tego się po sobie nie spodziewał. Przeczytawszy dramaty Lorki, pochłonął wszystko, co zdołał znaleźć o jego życiu i wyobrażał sobie, że z poetą z Grenady dzieli ból w jego odrzuceniu przez Dalego. Był kiedyś, przed laty, w kinie na Całkowitym zaćmieniu Agnieszki Holland. Tak sobie to wszystko kiedyś wyobrażał. Że tym, co mu ten cały pierdolony homoseksualizm – poczucie osamotnienia i wstydu, jakie temu towarzyszy na dziurawej prowincji tak chujowego kraju jak Polska – kiedyś wynagrodzi, będzie taka miłość, jak Verlaine’a i Rimbauda, intelektualna fascynacja kimś wielkiego talentu, jakimś literackim, filmowym, teatralnym geniuszem, i że w czymś takim właśnie cała nędza jego dotychczasowego istnienia uzyska coś w rodzaju odkupienia. Myślał, że te wszystkie opowieści o homoseksualistach jako wrażliwcach, artystach, ludziach wyjątkowo utalentowanych, kiedyś jakoś znajdą drogę do jego prawdziwego życia i nadadzą mu sens, przy pomocy którego strząśnie z siebie cały wstyd i nabierze odwagi, by przestać przepraszać wszechświat za swoje istnienie.

Tego, że się autentycznie na zabój zakocha w kimś, kto był „tylko” przepiękny fizycznie i go wyjątkowo dobrze zerżnął, zupełnie i nigdy się po sobie nie spodziewał. Wstrząsnęło to nim tak bardzo, że kiedy był już w Polsce, znowu na studiach, nie potrafił nikomu o swoim spotkaniu z Soureną opowiedzieć, powiedzieć choćby jednym słowem. Nawet tym kilkorgu przyjaciołom, z którymi był out, którzy już od dawna „o nim wiedzieli”. Jakby nie potrafił się przyznać, jaki ślad w nim odcisnął, jaką tęsknotę pozostawił mężczyzna, o którym nie mógł powiedzieć, że jest poetą, że pięknie maluje albo jest, sam nie wiedział, tancerzem na przykład. Że całe to wrażenie pozostawiła na nim „tylko” jego niezwykła uroda i to, jak niemożebnie wspaniały był w łóżku. Do czegoś takiego nie potrafił się przed nikim przyznać. Wstydził się – jakby to było coś niskiego oszaleć na czyimś punkcie w sposób tak fizyczny, cielesny. Choć wiedział, jak głupie to jest z jego strony, wciąż się tak wstydzić.

Czytaj dalej

Sourena. Spotkanie

Soureny nie potrafił zapomnieć. Miał nadzieję, że kiedyś o nim zapomni, bo porównanie z Soureną było bronią masowego rażenia, niewielu mężczyzn, a co dopiero pedałów, mogło wyjść z niego obronną ręką. Spędzili razem tylko jeden wieczór i noc, rozeszli się po śniadaniu, już ponad trzy lata temu. Powinien był po prostu cieszyć się, że udało mu się zaliczyć takie ciacho, że wreszcie ktoś go zerżnął tak wspaniale, jak zawsze o tym marzył, a poza tym o nim zapomnieć – no przynajmniej o nim nie myśleć tak często, nie w taki sposób, nie z taką tęsknotą. Ale nic nie mógł na to poradzić. Takiego mężczyzny jak Sourena nie dało się zapomnieć, a już na pewno, kiedy byłeś nieśmiałym okularnym pasywem z jakiejś dziury w Polsce, który nie miał dotąd dużo szczęścia w tych sprawach.

Niestety, Sourena nie miał większego problemu, żeby zapomnieć o Arku.

Czytaj dalej