Już coś pisałem o tym, że mnie zajechali mnie w robocie. Do tej pory jestem na chorobowym. I pewnie jeszcze sobie pobędę – wciąż jestem daleko, daleko od normy.
Moja psycholożka (nie wierzę w psychologów, no ale muszę się trzymać procesu, żeby mnie nie zawezwali za szybko z powrotem do roboty) miała ten sam pomysł, co ja: potrzebuję spędzić trochę czasu z rodziną, z przyjaciółmi, może wyjechać do nich, pobyć daleko stąd (z Amsterdamu, w sensie).
Do rodziny i przyjaciół w Polsce już jadę (by the way, w sobotę 8 lipca będę w Częstochowie), ale mój świat osobisty na Polsce się nie kończy. Rozglądałem się po sieci za możliwościami podróży do Londynu, do Hiszpanii, do Francji, na Korsykę. Na Korsykę, bo przyjaciel, którego pół życia nie widziałem, napisał do mnie niedawno, że przez najbliższe pół roku będzie pracował tam właśnie. Kto czytał moją powieść (Nirvaan), może tam znaleźć, o kogo chodzi (o tego, który ma na imię ‘Piękno’, po arabsku). Z innym przyjacielem rozmawiałem przez telefon, mówił mi: słuchaj, długie chorobowe o tej porze roku to wcale niezła okazja, by odpocząć i zresetować się gdzieś w słońcu.
Moja ulubiona pora roku
Ha! Dobre sobie. Istotnie, jest to świetna pora roku, tylko szkoda, że nie wiedziałem z półrocznym wyprzedzeniem, że będę chory. O tej porze roku, jak się nie wykupiło tych biletów zawczasu, to oczywiście ceny są absurdalne. Zwłaszcza, odkąd covidowe lockdowny przejechały walcem po branży turystycznej.
Że tak jest z lotami samolotowymi, to bardziej niż wiadomo. Ale dzisiaj to samo dzieje się z innymi formami podróżowania. Od dawna mówi się o tym, jakie to jest ekologicznie szkodliwe, że wszędzie latamy, nawet między sąsiadującymi europejskimi krajami. Przecież odległości są często niewielkie, dlaczego nie ma lepszych i tańszych połączeń kolejowych – z wyjątkiem kilku wyjątkowo dobrze „ukolejowionych” krajów w Europie. I tak dalej. No dobra, to dlaczego nadal nie ma?
Z Amsterdamu do Polski naprawdę nie jest jakoś strasznie daleko – z Francji do Hiszpanii na taką samą odległość można by spokojnie pociągiem. Ale podróż koleją do np. Katowic mogłaby zająć kilkanaście godzin z kilkoma przesiadkami. Oczywiście, że wybiorę lot z Eindhoven. W końcu jestem na chorobowym ze stresu i przemęczenia, nie zafunduję sobie jeszcze kilkunastogodzinnej mordęgi kolejowej. Po Holandii, pardon, Niderlandach, pociągi śmigają szybko i sprawnie, i o każdej porze. Z domu (w Amsterdamie) na lotnisko w Eindhoven dojadę pewnie w dwie godziny w sumie, tak sprawne są połączenia. Z Amsterdamu do Katowic nic już nie lata – od czasu lockdownów covidowych. Są loty do Warszawy, ale: 1) dużo droższe, 2) z Okęcia do Dąbrowy Górniczej na pewno zajmie mi to ze trzy razy więcej niż dwie godziny.
No dobra, to do Polski polecę, niestety znowu Wizz Airem, którego mam po dziurki w nosie, ale „oka se nie wyjmę”. A co z innymi kierunkami?
Już miałem okazję przekonać, że pociągami Eurostar stąd (z Amsterdamu) do Londynu, gdzie mam w końcu długą ławkę przyjaciół, jeździ się naprawdę spoko – mógłbym tam pojechać pociągiem po powrocie z Polski. Tylko że bilety teraz, latem, na teraz, czyli na lato, kosztują 200 do 300 € w jedną stronę. Jakby to był jakiś Orient Express, stąd do Stambułu. Każdy, kto kiedyś jechał Eurostarem, wie, że ponad wszelką wątpliwość nie jest to Orient Express, ani pod względem dystansu, ani pod względem standardu. Byle Wars w PKP w PRL-u oferował prawdziwe uczty w porównaniu z tym badziewiem, co jest w ofercie w wagonie „restauracyjnym” w pociągu Eurostar. Uczciwie nie nazywają go nawet restauracyjnym tylko „café” – tyle dobrze, ale i to dość szumnie. Żadnego prawdziwego pożywienia, same tylko jakieś chipsy, słodycze, okropne przemysłowe rogaliki w celofanie i kanapki pakowane w plastik Bóg jeden wie, ile dni temu, tak ciężko się je przeżuwa. Maszyna do kawy psuje się regularnie i naprawiają ją dwadzieścia minut za każdym razem. Kiedy pierwszy raz jechałem Eurostarem, stałem ze czterdzieści minut w kolejce po kawę.
Zalety tego pociągu: tempo w jakim się porusza (z Amsterdam Centraal na St. Pancras w Londynie w jakieś 4 godziny); siedzi się w nim OK; jest elektryczność (można ładować telefon albo podłączyć laptopa); jedzie również pod wodą (pod La Manche). Absolutnie nic w jakości tej usługi nie usprawiedliwia jednak ceny w okolicach 200-300 € za bilet w jedną stronę.
Można się zgodzić, że cenami za przeloty samolotami pasażerskimi rządzą zasady dynamicznej gry. Ceny ciągle się zmieniają w zależności od popularności poszczególnych terminów, wyprzedzenia, z jakim robimy rezerwację, ofert typu last minute, bo się uchowały wolne wciąż miejsca, itd., itp. Samoloty to wielkie, kosztowne i energochłonne maszyny. Mechanizmy „wolatylności”, a więc wysokiej dynamiki zmienności cen, mogą być zrozumiałe jako narzędzie, które je wypełnia i dystrybuuje pasażerów na osi czasu i w każdym locie. Zapobiega wożeniu powietrza. Zachęca do terminów, w których samoloty bywają w połowie puste, zniechęca niektórych od terminów, o które biją się wszyscy.
Dygresja
Nie jest to mechanizm doskonały. W doskonałym społeczeństwie można by oczekiwać rozwiązania, które nie sprowadza wszystkiego tylko do głębokości portfela. Dlaczego tylko ktoś, kto ma więcej pieniędzy, ma mieć prawo do odwiedzania rodziny czy przyjaciół w okresach ważnych czy popularnych świąt?
Problem nie jest aż tak filozoficzny, na jaki wygląda, choć oczywiście filozoficzny jest do pewnego stopnia. Gdybyśmy nie byli tak mocno tresowani do oburzania się każdym chińskim rozwiązaniem („komunizm! totalitaryzm!”), moglibyśmy całkiem rozsądnie zauważyć, że istnieje sprawiedliwy rdzeń w uruchomionych gdzieniegdzie w Chinach systemach „kredytu społecznego”, niezależnych od monetarnej wartości uzyskiwanego wynagrodzenia za pracę, nagradzający za tej pracy użyteczność i inne zasługi społeczne, a karzący np. za powodowanie wypadków drogowych czy udział w burdach. W ten sposób pielęgniarka czy kucharka, która wykonuje pracę o wyjątkowej społecznej użyteczności, niedocenianą jednak wystarczająco przez rynek w kategoriach monetarnych, uzyskiwałaby punkty, których by nie uzyskiwał, albo (w idealnej wersji tego systemu) tracił je ktoś, kto wykonuje pracę wyrządzającą więcej społecznej szkody niż pożytku, np. żyje z reklamy (dopóki nie zostanie ona – a zostać powinna – niemal zakazana).
W takim systemie, dobrze zaprojektowanym, nierówności wytwarzane przez mechanizmy monetarnej waluacji byłyby przynajmniej w niektórych sprawach, jak np. prawo do dalekich podróży, niwelowane przez mechanizm „kredytu społecznego”. Gość od reklamy miałby środki na zakup biletu, a mimo to nie miałby możliwości jego zakupu, z powodu „kredytu społecznego” na minusie za społecznie netto szkodliwą pracę, z której żyje. To miejsce uwalniałoby się dla szkolnej kucharki, której nie byłoby stać na ten bilet w kategoriach stricte monetarnych, gdyby nie wyrównywał tego „kredyt społeczny” naliczany za sprawą społecznej wartości jej pracy. Dzięki temu mogłaby ona pojechać do mieszkającej daleko rodziny w okresie ważnego tradycyjnego święta, kiedy to taka wizyta sprawiłaby jej i jej rodzinie najwięcej radości.
Filozoficznie przemawia za tym na pewno więcej niż za systemami credit score, które w społeczeństwach tzw. rozwiniętych w coraz większym stopniu rządzą naszym prawem do rozmaitych usług, z dachem nad głową włącznie.
Koniec dygresji.
Dawno, nie tak dawno temu
Pociągi są regularną usługą, kursują w regularnych odstępach czasu na wyznaczonych trasach o stałych odległościach, energetyczny koszt ich funkcjonowania się naturalnie znacznie lepiej rozkłada i w czasie, i w przeliczeniu na pasażera, w skali np. roku czy kwartału. Pociągi są w istocie jak tramwaje czy metro. Nigdy byśmy się nie zgodzili, że się codziennie rano dowiadujemy, ile dzisiaj sobie zakosztuje bilet na tramwaj. Jak to się stało, że pozwoliliśmy „logice samolotowej” – wyjątkowej z definicji, bo statki powietrzne są wyjątkiem a nie regułą naszego poruszania się po świecie – rozciągnąć się na koleje (i nie tylko)? I zapomnieliśmy zarówno, kiedy daliśmy się tak zaczarować, jak i że kiedyś, wcale nie tak dawno, było wcale inaczej.
Skoro za bilet na tramwaj czy metro płacimy stałe ceny, to dlaczego nic nas nie dziwi, że za ten sam pociąg z Amsterdamu do Brukseli albo Paryża w jednym dniu płacimy 45 €, a w innym np. 210 €?
Nie czuję się szczególnie starym człowiekiem (mam 44 lata), ale pamiętam jeszcze czasy, kiedy szło się po prostu na stację kolejową i kupowało bilet, który na ten sam rodzaj pociągu (osobowy, pospieszny, itd.), w tej samej klasie, z tej samej stacji, kosztował każdego dnia tyle samo.
Jak już wspominałem, mam 44 lata, więc większość tych moich podróży wydarzyła się już po upadku „komunizmu” w Europie Wschodniej. Moje doświadczenie z normalnymi, stałymi cenami pociągów nie należało więc jedynie do świata niekapitalistycznego (do „bloku sowieckiego”). Toczyło się w ten sposób jeszcze przez jakiś czas po restauracji kapitalizmu w Polsce, choć oczywiście samą sieć połączeń sprawnie i energicznie już zarzynano.
Kiedy pierwsze dwa razy, jako student, jechałem latem na saksy do Francji, we wczesnych latach pierwszej dekady XXI w., jechałem autobusem, na który ceny w danym sezonie były codziennie takie same, tylko np. jak któregoś dnia nie było już miejsc, to w biurze podróży proponowali ci albo dzień wcześniej, albo dzień później. Już w Paryżu, by stamtąd dostać się do Nevers w Burgundii, kupowałem na paryskim dworcu (chyba Gare de Lyon, je ne me souviens plus) bilety na najbliższy pociąg i było podobnie: stała cena w zależności od rodzaju pociągu, a nie nieustająca ruletka cenowa.
Jak to się stało, że dzisiaj akceptujemy – niczym „oczywiste” prawa przyrody – że nigdy nie wiemy, ile ostatecznie zapłacimy? Już nie tylko za bilet lotniczy, ale i za kolejowy, i za autobus dalekobieżny, i za pokój w takim samym skromnym hotelu, i za taksówkę, itd.
Otóż wyjaśnienie tkwi w starej frazie Marksa, która potem tyle zrobiła u Gramsciego: że w każdym społeczeństwie panują idee klasy, która panuje w tym społeczeństwie.
Ale, ale, jak to? – zapytacie. Nie bez podstaw zapytacie, bo klasą panującą, której panowanie krytykował Marks, była klasa panująca kapitalizmu, systemu, który krytykował. Ergo, burżuazja. Ale przecież to wciąż ten sam system, z tą samą klasą panującą, co był u nas 20 lat temu, jak pierwszy raz jeździłem do Francji, a na Zachodzie 50 lat temu, kiedy i na pociągi, i nawet na samoloty były w miarę stałe ceny biletów, w każdym razie nie szalały za każdym razem, jak je sprawdzamy (nawet tego samego dnia)? Czyż nie? Cóż to więc wyjaśnia?
A co, jeśli nie? (Nie tą samą klasą panującą, a nie, że nie wyjaśnia.)
Elektroniczna giełda wszędzie
Do tego niełatwego pytania moglibyśmy podejść, zaczynając od całkiem nowej (bo z zeszłego roku) książki Jeremy’ego Gilberta i Alexa Williamsa, Hegemony Now (Williams to ten Inventing the Future, napisanej z Nickiem Srnickiem). Autorzy, których można też posłuchać w podcaście ich fenomenalnego wydawcy, Verso Books – mieli podejście genealogiczne. Interesowało ich, że świat, w którym żyjemy, świat neoliberalny, wywołuje tak szerokie niezadowolenie różnych grup ludzi, różnych klas społecznych, i do tego z różnych względów jednocześnie. Robotnicy nie tylko są coraz biedniejsi, ale i oswojeni z coraz bardziej systemowymi upokorzeniami i sytuacją narastającej niepewności swojego losu. Nie tylko robotnicy są jednak coraz biedniejsi. „Klasa średnia” również – w większości tych społeczeństw, które kiedyś uchodziły za stabilne, kapitalistyczne demokracje liberalne, i miały coś, co z jakimś szacunkiem do kryteriów empirycznych „klasą średnią” nazywały (choć my, marksiści, wiemy oczywiście, że kategoria „klasy średniej” poniekąd zawsze była ściemą). Nawet w tradycyjnie socjaldemokratycznej i egalitarystycznej Szwecji postępuje dziś najbardziej błyskawiczny wzrost społecznych nierówności.
Ale konserwatyści w tradycyjnym sensie tego słowa też nie są zadowoleni ze świata, jaki się wyłonił ze zwycięstwa takich przywódców jak Margaret Thatcher, pozornie „ich liderka”. Kaskada legalizacji małżeństw gejów i lesbijek w jednym kraju za drugim, tęczowe flagi wokół logo każdej szanującej się korporacji w czerwcu/lipcu, bo parady? „Średnioklasowe” od pokoleń rodziny pogodzone z tym, że ich dzieci przez pięć lat po studiach robią darmowe internships w marketingu jednej korporacji za drugą, zamiast już brać kredyt na dom? Systemowe upokarzanie lekarzy i nauczycieli, zawodów, które konserwatyści zawsze darzyli tradycyjnym szacunkiem? Wysadzanie szacownych, wielowiekowych instytucji kulturalnych „optymalizującymi” restrukturyzacjami?
Można by tak długo i każdy sobie może to ćwiczenie kontynuować we własnym zakresie.
Świat ów, świat neoliberalny, narodził się jednak w wyniku bardzo zaciekłych walk, a walki te wyłoniły jednoznacznych zwycięzców. Nie wszyscy przegrali, ktoś wygrał (and won it BIG). Gilbert i Williams pytają: czy jest więc ktoś, komu od początku neoliberalizmu jako reżimu akumulacji kapitału (a więc od jego „fazy walczącej”) chodziło dokładnie o to, co dzisiaj mamy, i to właśnie osiągnęli?
Jest i odpowiedź, i taki ktoś: Silicon Valley i Wall Street. Właściciele technologii, które przejęły kontrolę nad przepływami i treścią informacji, i nad informacją finansową, bo i pieniądz oderwany został w znacznej mierze od innej postaci, niż jako forma informacji (elektroniczne zapisy na saldach instytucji par excellence już cyfrowych objęły pierwszeństwo przed jakąkolwiek materialną formą pieniądza przynajmniej w świecie „rozwiniętym”). Są teraz oni – właściciele informacji, technologii tej informacji przechwytywania i przetwarzania, oraz właściciele pieniądza jako informacji – jedną wspólną klasą społeczną, nową klasą panującą. Klasą panującą nawet nad starą burżuazją przemysłową, która jest może silniejsza ode mnie i od Ciebie, Czytelniczko, ale w obliczu tamtych chłopców (znaczy tych z Silicon Valley i Wall Street) też jest w zastawionym przez nich potrzasku.
Kiedy wszystko, nie tylko złoto, miedź, stal, lit i ropa, ale nawet ceny biletów kolejowych, staje się migoczącą zmieniającymi się wciąż cenami permanentną trading platform – a my nie zastanawiamy się nawet dlaczego – to może się tak dziać dlatego, że przeszliśmy już (zostaliśmy niepostrzeżenie przeprowadzeni) do nowego reżimu władzy. To nie znaczy, że klasa, która nad nami panowała jeszcze trzydzieści lat temu, już nie istnieje. Istnieje – i być może nad wieloma z nas nadal panuje. Ale nie panuje już nad światem. Tak jak klasa właścicieli ziemskich nie przestała istnieć, gdy pojawiła się burżuazja. Właściciele ziemscy nadal panowali nad swoimi chłopami, ale burżuazja odebrała im była władzę nad światem.
McKenzie Wark napisała już temu wszystkiemu teorię (w Capital Is Dead) i nazwała tę nową klasę panującą, tę która przejęła kontrolę nad informacją, vectoralist class, „klasą wektoralistyczną” (od wektora informacji). Narodziła się (owa nowa klasa) z pęknięć, które się rozwarły w architekturze systemu kapitalistycznego w konsekwencji „stagflacyjnego” kryzysu lat 70. XX w. Ich informacyjne technologie miały przyjść zachwianemu kapitalizmowi na ratunek. To, co przyszło później, zwykliśmy nazywać neoliberalizmem, neoliberalnym kapitalizmem, neoliberalnym reżimem akumulacji kapitału. McKenzie Wark przekonuje, że to nie kolejny etap kapitalizmu, a już nowy (jeszcze gorszy od kapitalizmu) system produkcji i władzy.
Vectoralists pomogli burżuazji i kapitalistom przetrwać tamten kryzys, ale rozwiązując pewne problemy techniczne (ich technologie informacji i komunikacji pomogły w przenoszeniu produkcji w tańsze miejsca i zbudowanie współczesnych globalnych łańcuchów dostaw, niepostrzeżenie zdobyli władzę nawet nad burżuazją, nad kapitalistami w starym, znanym wcześniej stylu. Zdobyli ją tak niepostrzeżenie, że prawie nikt tego zrazu nie zauważył, burżuazja odetchnęła nawet z ulgą, że już jej nie groziły kolejne ucieczki z Paryża (à la 1968). Ba! – większość z nas nie zdaje sobie do dzisiaj sprawy z odrębnego istnienia tej klasy, ani z tego, że już żyjemy w jeszcze gorszym świecie. Zdobyli ją tak skutecznie, że zinternalizowaliśmy i przyjmujemy bezrefleksyjnie wartości i wynikające z tych wartości praktyki, które nie tylko od nich pochodzą, ale i służą jedynie im, nasze życie zamieniając w królestwo niegasnącego nigdy niepokoju. Np. kiedy kolejne sfery naszego życia zamieniają się w elektroniczne giełdy, których werdykty coraz trudniej nam przewidzieć. A my – podejmujemy decyzje, skazani na uznawanie ich za „własne”, choć de facto wymusiły je na nas boty i algorytmy zarzucone siecią na cały świat w wyłącznym interesie jego nowych cyber-über-overlordów.
Jarosław Pietrzak
Moja nowa książka – powieść pt. „Nirvaan”.