Brzydkie słowo: Mulat

O tym brzydkim słowie przypomniała mi rozmowa na Facebooku. Do spisania w końcu sprowokowanych przez nią przemyśleń zmobilizowała mnie w końcu czterechsetna rocznica narodzin niewolnictwa w angielskich koloniach w Ameryce Północnej, które potem stały się Stanami Zjednoczonymi. W sierpniu 1619 do wybrzeży Virginii przybił pierwszy statek z niewolnikami z Afryki.

Z dala od Polski, rzadko tam bywając, czasem zapominam, jak opłakany jest stan współczesnego języka polskiego, w jego wersji powszechnie używanej – wszędzie tam, gdzie zadaniem jest opis dynamicznej rzeczywistości politycznej, społecznej, kulturowej. Rzuciłem bowiem w stronę moich fejsbókowych znajomych pytaniem, kiedy się dowiedzieli, że Puszkin był Czarny. Prawdę mówiąc byłem ciekaw, czy moja ignorancja (dowiedziałem się od pewnego rosyjskiego przyjaciela, najdalej trzy lata temu) była w tej materii wyjątkowa. To samo miałem z Alexandre’em Dumasem – choć jako nastolatek przeczytałem wszystko spod jego pióra, co znalazłem w moich bibliotekach w Dąbrowie Górniczej, tego, że był Czarny, dowiedziałem się dopiero z ust Christopha Waltza w Django Unchained Quentina Tarantino. No więc, wracając do Puszkina, dowiedziałem się, że nie tylko ja. O Puszkinie wiedziało właściwie tylko kilka osób albo bardzo oczytanych, bądź też od dawna lub kiedyś zafascynowanych jego twórczością. Wiele osób dowiedziało się o tym z mojego statusu.

Rozmowa miała kilka wątków, ale przemyślenia do spisania tutaj dotyczą głównie jednego. Usłyszałem (no, przeczytałem) kilka razy, że Puszkin nie był Czarny, bo miał tylko pradziadka z Etiopii (lub Erytrei). On i Dumas byli mulatami (czasem w formie pytania a nie twierdzenia). To, że w Polsce takie słowo przechodzi do dzisiaj przez usta/klawiaturę ludziom i wykształconym, i całkiem rozgarniętym politycznie (nawet o lewicowych poglądach), jakby było neutralnym, nieobciążonym terminem, wzięło mnie z zaskoczenia. Na emigracji od początku 2008 roku, od dawna spotykam się z nim tylko w książkach, i to albo starych, albo historycznych.

AleksanderPuszkin

Aleksander Puszkin

Czytaj dalej

Reklamy

Paradoksy Brexitu

Brexit to bajzel. Brexit to katastrofa. Ministerstwo Dziwnych Kroków, ale z elementami poważnej grozy. To nie ulega wątpliwości. Jednak jego anulowanie teraz nie cofnie w żaden sposób czasu, nie sprawi, że wszystko się odstanie i wrócimy do stanu poprzedniego. Co, jeśli okaże się jeszcze większą katastrofą niż sam Brexit?

Głosowanie parlamentarne nad umową rozwodową z Unią Europejską zostało przez premier Theresę May – przerażoną, że nie ma dla jej wynegocjowanej (albo raczej: narzuconej przez UE) postaci wystarczającego poparcia w ławach poselskich – odłożone do 14 stycznia. Czy się wówczas wydarzy, jeszcze nie wiemy, bo May od dłuższego czasu bawi się po prostu w pożyczanie czasu, to tu, to tam, byle na tym pożyczonym czasie utrzymać się premierskiego stołka na kolejny miesiąc, kolejny tydzień, kolejny dzień dłużej. Jest nie tylko groteskowo niekompetentna – jest też po prostu wyjątkowo złym człowiekiem, choć w szeregach współczesnych torysów ma całe mnóstwo rywali. Doskonale o tym wszystkim pamiętając, nie należy jednak May obciążać całą odpowiedzialnością za katastrofalny przebieg i owoce „negocjacji”.

Jak kretyńska nie byłaby geneza referendum brexitowego; jak fatalny by nie był przebieg kampanii, z jej kłamstwami, z tym jak bardzo narracja została zdominowana przez najgorszą prawicę i sprowadzona do „problemu imigracji”; jak nieczyste nie byłyby intencje propagandystów Brexitu – nic nie zwalnia lewicy z obowiązku przyglądania się sposobowi, w jaki Unia Europejska traktuje przez ostatnie dwa lata swojego niesfornego członka. „Rozmowy” z pozycji siły, groźby, zastraszanie, pogarda i rytualne upokarzanie państwa, które podjęło kontrowersyjny i oparty na nienajlepszych przesłankach, ale jednak demokratyczny wybór, że istnieje życie poza Unią.

underground

Czytaj dalej

Kultury siłowni. Autobiograficzne notatki etnograficzne

Comme une allumette

Pierwszy raz ćwiczyć na siłowni zacząłem na drugim roku studiów. Byłem wtedy strasznym chudzielcem – jak zapałka, comme une allumette – mówili mi we Francji, wciąż jeszcze niemal chłopcem. Ważyłem wtedy 56 kilo, przy 171 cm wzrostu.

Byłem przez cały ów rok w stanie bliskim depresji – minionego lata byłem pierwszy raz we Francji, gdzie się na zabój zakochałem w pięknym studencie algierskiego pochodzenia, który okazał się hetero, choć mnie się przez całe lato wydawało, że ze mną flirtował. Djamel po prostu taki był, ale zrozumienie tego nie wystarczyło, żeby się wyleczyć z tej miłości, odległość (ja wróciłem do Polski, on został w Paryżu) też nie – to było jedno z najgwałtowniejszych i najbardziej obezwładniających uczuć, jakie mnie kiedykolwiek opanowały. Intensywna, regularna aktywność fizyczna była moją próbą zapanowania nad własnym stanem, wymuszenia na moim skołowanym organizmie produkcji serotonin, żeby te zagłuszyły uczucie rozpaczy wywołanie świadomością, że nigdy mojego pięknego arabskiego przyjaciela nie dotknę w taki sposób, jakbym chciał. Coś w ten deseń. Świadome sprawianie konstruktywnego bólu ciału było sposobem na niwelowanie bólu duszy.

Był to też mój sposób na uzyskanie kontroli nad własnym ciałem, podporządkowania go – jego fizycznego rozwoju – mojej woli, mojemu własnemu działaniu, moim wyborom, a przez to zaakceptowanie go, uzyskanie w nim i poprzez nie trochę więcej pewności siebie. W skład tego wchodził bolesny i skomplikowany proces mojego godzenia się z najbardziej wstydliwym, bulwersującym i nieposłusznym wymiarem mojego doświadczenia własnego ciała: tego, że pragnęło ono mężczyzn.

Pełniło to więc dla mnie funkcję terapeutyczną.

Timothy Gbadeyan (4)

Timothy Gbadeyan

Moje życie pełne przeprowadzek, dziwnych zwrotów akcji, urywanych kontraktów i gwałtownych zerwań z miejscami, których nie mogłem już dłużej wytrzymać, spowodowało wiele przerw i nieregularności w moim machaniu hantlami i podnoszeniu sztangi, cykle upadku formy i powrotów do niej. Dwa razy spulchniłem się o dobrych parę kilo na dłuższy czas. Przez dwa lata po studiach pracowałem we Francji na krótkich kilkumiesięcznych kontraktach w różnych zwykle małych miejscowościach, gdzie nie było pod ręką takich miejsc, a ja nie miałem czasu na nic poza pracą. Raz przerwałem jakąkolwiek aktywność fizyczną na rok chyba, zmęczony i udręczony pracą i dojazdami, w pułapce łupieżczej umowy abonamentowej z siłownią, która okazała się koszmarem i zaczęła mnie ścigać jakimiś windykacyjnymi zbirami, kiedy powiedziałem, że nie będę więcej płacił, bo oni nie wywiązują się ze swojej części umowy (zepsute maszyny pozostawiane bez naprawy miesiącami). Takie historie z siłkami, zwłaszcza dużych sieci, są w Wielkiej Brytanii na porządku dziennym – neofeudalne praktyki obracania klienta w chłopa pańszczyźnianego dosłownie uwięzionego w umowach nie do rozwiązania to brytyjska plaga. Przytyłem wtedy dobrych parę kilo i sflaczałem, na szczęście nie na zawsze. Niemniej jednak, ostatecznie różnica między znacznie większym mężczyzną, którym jestem dzisiaj, o wiele, wiele silniejszym, a tą przestraszoną życia „zapałką”, którą byłem wtedy, to jest też różnica psychologiczna.

Przy wszystkich moich radykalnych a częstych, transgranicznych zmianach adresów, mam za sobą doświadczenia siłowni, „gymów” w Polsce (w Dąbrowie Górniczej i w Warszawie), w Londynie, w Barcelonie i w Amsterdamie. Jak w przypadku każdego rodzaju instytucji „w Malinowskim sensie tego słowa”, różnice pomiędzy nimi mówią coś o całych społeczeństwach i grupach (klasach) społecznych.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Czytaj dalej

Sourena. Pamięć

Tęsknota za Soureną, jaka zżerała go przez cały następny rok katorgi ostatniego roku studiów, wzięła go z zaskoczenia. Wiedział, że przez jakiś czas będzie tęsknił i żałował, że skończyło się na jednej nocy – jak każdy człowiek, któremu ktoś zbyt późno i tak niespodziewanie pokazał wreszcie, co znaczy prawdziwa rozkosz. Że ona naprawdę istnieje. Ale tego, jak go ta tęsknota podbije, jak go ona weźmie we władanie – tego się po sobie nie spodziewał. Przeczytawszy dramaty Lorki, pochłonął wszystko, co zdołał znaleźć o jego życiu i wyobrażał sobie, że z poetą z Grenady dzieli ból w jego odrzuceniu przez Dalego. Był kiedyś, przed laty, w kinie na Całkowitym zaćmieniu Agnieszki Holland. Tak sobie to wszystko kiedyś wyobrażał. Że tym, co mu ten cały pierdolony homoseksualizm – poczucie osamotnienia i wstydu, jakie temu towarzyszy na dziurawej prowincji tak chujowego kraju jak Polska – kiedyś wynagrodzi, będzie taka miłość, jak Verlaine’a i Rimbauda, intelektualna fascynacja kimś wielkiego talentu, jakimś literackim, filmowym, teatralnym geniuszem, i że w czymś takim właśnie cała nędza jego dotychczasowego istnienia uzyska coś w rodzaju odkupienia. Myślał, że te wszystkie opowieści o homoseksualistach jako wrażliwcach, artystach, ludziach wyjątkowo utalentowanych, kiedyś jakoś znajdą drogę do jego prawdziwego życia i nadadzą mu sens, przy pomocy którego strząśnie z siebie cały wstyd i nabierze odwagi, by przestać przepraszać wszechświat za swoje istnienie.

Tego, że się autentycznie na zabój zakocha w kimś, kto był „tylko” przepiękny fizycznie i go wyjątkowo dobrze zerżnął, zupełnie i nigdy się po sobie nie spodziewał. Wstrząsnęło to nim tak bardzo, że kiedy był już w Polsce, znowu na studiach, nie potrafił nikomu o swoim spotkaniu z Soureną opowiedzieć, powiedzieć choćby jednym słowem. Nawet tym kilkorgu przyjaciołom, z którymi był out, którzy już od dawna „o nim wiedzieli”. Jakby nie potrafił się przyznać, jaki ślad w nim odcisnął, jaką tęsknotę pozostawił mężczyzna, o którym nie mógł powiedzieć, że jest poetą, że pięknie maluje albo jest, sam nie wiedział, tancerzem na przykład. Że całe to wrażenie pozostawiła na nim „tylko” jego niezwykła uroda i to, jak niemożebnie wspaniały był w łóżku. Do czegoś takiego nie potrafił się przed nikim przyznać. Wstydził się – jakby to było coś niskiego oszaleć na czyimś punkcie w sposób tak fizyczny, cielesny. Choć wiedział, jak głupie to jest z jego strony, wciąż się tak wstydzić.

Czytaj dalej

Sourena. Spotkanie

Soureny nie potrafił zapomnieć. Miał nadzieję, że kiedyś o nim zapomni, bo porównanie z Soureną było bronią masowego rażenia, niewielu mężczyzn, a co dopiero pedałów, mogło wyjść z niego obronną ręką. Spędzili razem tylko jeden wieczór i noc, rozeszli się po śniadaniu, już ponad trzy lata temu. Powinien był po prostu cieszyć się, że udało mu się zaliczyć takie ciacho, że wreszcie ktoś go zerżnął tak wspaniale, jak zawsze o tym marzył, a poza tym o nim zapomnieć – no przynajmniej o nim nie myśleć tak często, nie w taki sposób, nie z taką tęsknotą. Ale nic nie mógł na to poradzić. Takiego mężczyzny jak Sourena nie dało się zapomnieć, a już na pewno, kiedy byłeś nieśmiałym okularnym pasywem z jakiejś dziury w Polsce, który nie miał dotąd dużo szczęścia w tych sprawach.

Niestety, Sourena nie miał większego problemu, żeby zapomnieć o Arku.

Czytaj dalej

Niemożliwość Niderlandów

Tak więc znowu się przeniosłem, tym razem do Amsterdamu. Mieszkam w Holandii już prawie trzy miesiące.

Kiedy w Wielkiej Brytanii wyszedłem za mąż, Brexit happened. Kiedy przez osiem miesięcy mieszkałem w Barcelonie, wydarzył się zamach na La Rambli i referendum niepodległościowe z całym towarzyszącym mu kryzysem. Ciekawe, co się wydarzy w Holandii?

Ale to nie miało być o tym.

Przeniosłem się do Holandii, bo mój małżonek dostał pracę, na której mu zależało, lepszą niż mu kiedykolwiek zaoferowano w Londynie. Jest Brytyjczykiem, ale lata nieprzerwanych rządów torysów (i nie, to się wszystko nie zaczęło od Brexitu, to się zaczęło już za pierwszej kadencji Davida Camerona) zdewastowało gospodarkę do takiego stopnia, że poczucie niepewności i zawężania się pola możliwości, jest coraz bardziej wszechogarniające, chyba, że nie będąc skazanym na pracę pasożytujesz w finansach albo nieruchomościach. Kultura samej pracy jest coraz bardziej toksyczna, obserwują to wszyscy, jak kraj długi i szeroki, a cudzoziemca, czyli mnie, jeszcze bardziej przytłacza tam wrażenie, że każde kolejne poszukiwanie pracy czy próby jej zmienienia są, pomimo rosnącego doświadczenia, trudniejsze od poprzednich, warunki dostępu do coraz gorszych miejsc pracy coraz bardziej wyśrubowane. Barcelona w zeszłym roku była naszą pierwszą próbą wyrwania się z Tory Britain, ale mój mąż nie dostał tam pracy, na jakiej mu zależało.

Tak więc, odetchnąłem z ulgą.

Amsterdam (8)

Czytaj dalej

Trump Baby nad Londynem

Tekst ukazał się 13 lipca 2018 jako komentarz dnia na łamach portalu Strajk.eu (nieco krótszy, bez drugiego akapitu)

Protesty towarzyszące wizycie prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa w Londynie [edit: protesty w Londynie, wizyta w Wielkiej Brytanii ale – z powodu protestów – z pominięciem Londynu] pokazują stopień delegitymizacji współczesnych elit politycznych. Nie tylko ich rozmiary – chodzi także o ich obecność i reprezentację nawet w największych mainstreamowych mediach, oraz ich formę.

Protesty są obecne i w prasie, i na antenie. Ich przedstawiciele mówią dużo, są widoczni. Bywa, że to przeciwnicy protestujących są na wizji okrutnie ośmieszani. Protesty spotykają się z poparciem, a sama wizyta z krytyką ze strony urzędujących polityków tak rządzącej Partii Konserwatywnej, jak i opozycji, a sam potężny gość, przywódca największego globalnego supermocarstwa, zużywa się na Twitterze w atakach na muzułmańskiego burmistrza europejskiego miasta.

Jeżeli chodzi o formę, Brytyjczycy wybrali strategię szczególnie druzgocącą: bezceremonialne ośmieszenie, obliczone na przebijanie nadmuchanego ego narcystycznego kretyna, który znalazł się na najwyższym stanowisku największego mocarstwa. Nad miastem uniosło się sześciometrowe, napompowane Trump-niemowlę, ze wściekłym wyrazem twarzy, z telefonem w dłoni, gotowe do twittowania.

Trump na dzień przed wizytą udzielił wywiadu tabloidowi „The Sun”. Powiedział, że jeśli Brexit będzie taki miękki, jak na to teraz wygląda (relacje z Unią Europejską pozostaną bliskie), to Wielka Brytania może zapomnieć o wielkiej umowie handlowej z USA, która miała być omawiana w czasie wizyty. Dał też wyraz swojemu poparciu dla Borisa Johnsona, wielkiego rywala premier Theresy May w Partii Konserwatywnej, do niedawna ministra spraw zagranicznych, który podał się do dymisji, bo nie podoba mu się taki Brexit, choć tak naprawdę to po prostu chciałby już wykończyć May i zająć jej miejsce. Trump powiedział w gruncie rzeczy, że widzi w Johnsonie nowego premiera Wielkiej Brytanii, czym wymierzył May jeszcze jeden (po serii dymisji w jej gabinecie) cios w plecy. Na pewno świadomie, ponieważ Trump przyjaźni się z Rupertem Murdochem, wydawcą „The Sun”, który podobno w regularnych rozmowach telefonicznych dzieli się z amerykańskim prezydentem swoimi opiniami politycznymi.

Wystarczy spojrzeć na zdjęcia czy telewizyjne obrazy May z dzisiejszych wydarzeń, żeby w jej przygarbionej, pokrzywionej od zbyt wielu upadków, zderzeń ze ścianami, no i ciosów w plecy, posturze zobaczyć głębokie upokorzenie, ale także rozpaczliwy brak pomysłu. „Nie wiem już, co robić!” – wydaje się krzyczeć każde jej spojrzenie. Byle tylko nie oddać władzy, bo raz, że zawsze marzyła, by być premierem, a dwa, że Corbyn za rogiem.

Johnson z kolei nie może się powstrzymać przed próbami wysadzenia jej z siodła, choć wydaje się niemal pewne, że ostateczny upadek rządu May będzie też końcem władzy konserwatystów, którzy być może ostatecznie rozpadną się jako partia. To, że oficjalna dziś wersja Brexitu jest taka „miękka”, nie wynika z tego, że May zmieniła znowu zdanie (była już w obozie zdecydowanych przeciwników Brexitu, potem objęła tekę premiera zaprzysięgając się idei Brexitu „twardego”), ale z tego, że Torysi po prostu nie mogą się we własnym gronie dogadać, podzieleni na zwalczające się frakcje. Trump też zresztą do dzisiaj zmienił trochę zdanie i nazwał własny wywiad w „The Sun” fake news.

Trump po skomplikowanej architekturze amerykańskich sojuszy porusza się taranem, demolując stosunki, które wielu do niedawna wydawały się niemożliwe do redefinicji, wyryte w kamieniu. Dopiero co zdążył ustawić przeciwko sobie całe NATO na szczycie tej organizacji, rzucając groźbami, że Stany Zjednoczone wycofają się z Paktu Północnoatlantyckiego. Stworzonego przecież przez nie same, wyłącznie w ich własnym imperialnym interesie.

Jesteśmy więc świadkami przedziwnej i chwilami wyjątkowo żenującej pantomimy, w której nikt nie zna scenariusza ani własnej w nim roli. W której wszyscy potykają się o własne nogi w poszukiwaniu punktów odniesienia, a amerykański prezydent demoluje własne Imperium i nawet tego nie widzi.

Klasy panujące schyłkowego kapitalizmu są w amoku i nie potrafią już nawet tego ukrywać.

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze.