Karol I i niepokój klas panujących

Londyńska Royal Academy of Arts z okazji swoich 250. urodzin przygotowała wystawę mającą przypomnieć słynną kolekcję sztuki europejskiej króla Anglii, Szkocji i Irlandii Karola I (1600-1649, panował od 1625). Niemałe kuratorskie wyzwanie, bo kolekcja ta została wkrótce po egzekucji monarchy wyprzedana i rozproszona, w geście symbolicznej zemsty na znienawidzonym przez parlament władcy, po którego śmierci Anglia przez chwilę (nieco ponad dekadę) była republiką.

Wystawa Charles I: King and Collector otwarta była dla zwiedzających od 27 stycznia do 15 kwietnia 2018. Gromadzi 140 spośród najważniejszych dzieł legendarnej kolekcji, która uchodzi za jedną z najwspanialszych, jakie kiedykolwiek zgromadzono w Anglii i pod koniec życia monarchy liczyła około 1500 obrazów i 500 rzeźb europejskich z XV-XVII w. Zobaczyć można prace takich artystów jak Andrea Mantegna, Tycjan, Paolo Veronese, Hans Holbein Młodszy, Peter Paul Rubens, Albrecht Dürer, Rembrandt van Rijn, Anthony Van Dyck czy ciesząca się od niedawna odzyskanym uznaniem (na innej wystawie w Londynie prezentowana była dopiero co jej protofeministyczna Judyta odcinająca głowę Holofernesowi) jedna z wielkich artystek nowożytnej historii europejskiej sztuki, Artemisia Gentileschi. Na wystawie w Royal Academy znajduje się jej zachwycająca Alegoria Malarstwa; są też dwie prace jej ojca i nauczyciela, Orazzio Gentileschiego.

Artemisia Gentileschi Alegoria malarstwa

Artemisia Gentileschi, Alegoria malarstwa

Na wystawie nie potrafiłem się oprzeć wrażeniu, że oglądałem coś więcej niż imponującą historyczną wspominkę, a przynajmniej nie tylko ją. Ufundowana przez Jerzego III, licząca ćwierć tysiąclecia, Royal Academy jest tą instytucją artystyczną, która chyba najgłębiej i najwygodniej umoszczona jest w brytyjskim polu władzy. Wystawa poświęcona estetycznej emanacji niepokojów i konfliktów wewnątrz klas panujących wczesnej nowoczesności w Wielkiej Brytanii wydaje się być metaforą współczesnego stanu ducha tutejszych elit, tak mocno rezonuje z lękami i bojaźniami ich dnia dzisiejszego.

*

Z ideologicznymi napięciami ery Brexitu niepokojąco rymuje się konflikt, który naznaczył okres panowania Karola I: między reprezentowanym przez niego arystokratycznym paneuropejskim kosmopolityzmem, a tymi, którzy rozestetyzowania monarchy nie znosili z pozycji angielskiej specyficzności.

Karol I zachwycił się hiszpańskimi zbiorami sztuki, gdy pojechał tam w 1623, w nadziei na wynegocjowanie ślubu z tamtejszą habsburską księżniczką, jeszcze jako młody następca tronu. Z małżeństwa nic nie wyszło, zamiast żony przywiózł z sobą dzieła sztuki, które stanowiły zalążek jego przyszłej kolekcji. Później zakupił słynną kolekcję Gonzagów, książąt Mantui i systematycznie dokupywał stare i nowe dzieła mistrzów włoskich, hiszpańskich, holenderskich, niemieckich. Własne i swojego otoczenia portrety zlecał przybyłym z kontynentu malarzom (Van Dyckowi czy Holbeinowi Młodszemu).

Niespójna mieszanina tęsknoty do własnej splendid isolation oraz pragnienia sprzecznych geopolitycznych i ekonomicznych aliansów (z jednej strony z Europą, z drugiej ze światem anglosaskim z centrum w Stanach Zjednoczonych, z trzeciej z byle kim, kto zaoferowałby plączącej się po bliskowschodnich stolicach premier May jakiś deal) rozdzierająca współcześnie brytyjską burżuazję i jej podrygującą bez ładu i składu klasę polityczną, znajduje dla siebie poetyckie zwierciadło w napięciach i konfliktach, które wstrząsały dworem Karola I.

Jego poszukiwania żony w potężnych monarchiach katolickich wyrażały jego przywiązanie do szerszej, europejskiej tudzież ogólnochrześcijańskiej tożsamości kulturowej łączącej wielkie królewskie i książęce rody na całym kontynencie. Jego przeciwnicy żądali aliansów zawężonych do świata protestanckiego, nie raz też pomstowali na protestanckość niewystarczającą, nie dość radykalną, tej czy owej polityki, tego czy owego wyboru, gestu, posunięcia, ich ukrytą podstępnie „katolickość”. Jednocześnie jednym i drugim marzył się awans Anglii w gronie wczesnonowoczesnych europejskich organizmów politycznych, które rozwijały się między innymi dzięki rozsiewanym po świecie koloniom, zasysanym z nich bogactwom i rywalizacji o nie (o kolonie i bogactwa). Innymi słowy, dzięki stosunkom handlowym i stosunkom władzy (oraz stosunkom handlowym jako stosunkom władzy) oplatającym glob w rosnącej liczbie kierunków.

Zarazem jednak opozycje w tamtym XVII-wiecznym rozdaniu nie były oczywiste, łatwe, intuicyjne; „otwartość” (intelektualna, kulturalna) nie musiała iść w parze z „postępem” (politycznym, społecznym). Karol I przywoził do Londynu estetyczne manifestacje triumfów najbujniej rozkwitających kultur intelektualnych i artystycznych ówczesnej Europy, ale to on na angielskiej scenie politycznej reprezentował to, co najbardziej reakcyjne, będąc wojującym orędownikiem średniowiecznej koncepcji pochodzenia własnej władzy bezpośrednio od Boga, co miało ją stawiać poza kontrolą i oceną instancji ziemskich, ludzkich. Jego przeciwnicy pragnęli jedni tej władzy ograniczenia, inni całkowitego zniesienia, oraz politycznego upodmiotowienia innych aktorów życia społecznego – w medium Parlamentu.

Podobnie dzisiaj, na wstrząśniętym Brexitem polu politycznym Zjednoczonego Królestwa, trudno o łatwe zestawy opozycji ułożonych w te same ciągi i szeregi, do których wszyscy byli od dawna przyzwyczajeni. Przeciwnicy i zwolennicy Brexitu zasiadają jedni i drudzy tak w ławach Torysów, jak wśród Labourzystów. Przeciwnicy i zwolennicy mają często, jedni i drudzy, zupełnie co innego na myśli, definiując to, za lub przeciw czemu stoją, tzn. Brexit. Wielu (zwłaszcza rząd Theresy May) nie wie lub nie potrafi jasno odpowiedzieć, co właściwie mają na myśli. Skłócone w temacie są różne sektory wielkiego kapitału, nawzajem podkładające sobie świnie; jedni widzą w nim utratę stabilnej międzynarodowej ramy neoliberalnego reżimu akumulacji kapitału, inni szansę na wzmożenie grabieży, zwłaszcza dóbr publicznych i świata pracy. Podzieleni są socjaliści i lewicowi aktywiści różnej maści, nierzadko w łonie tych samych organizacji; jedni widzą w tym szansę na wyjście poza neoliberalizm (np. na nacjonalizacje) niemożliwe w realnej Unii Europejskiej, takiej, jaką ona jest, a nie jaką ją sobie wyobrażają euroidealiści; inni widzą w tym zagrożenie kolejnym zmasowanym atakiem wielkiego kapitału na prawa świata pracy, usługi publiczne, standardy ekologiczne. Wszyscy się boją, bo pomimo iż od referendum  minęło ponad półtora roku, nikt wciąż nie wie nawet w zarysie, jak będzie wyglądał rozwód z UE.

*

Najmocniejszy rezonans między czasem Karola I a czasem Brexitu wybrzmiewa jednak na głębokim, strukturalnym poziomie obydwu epok, na poziomie, na którym Brexit jest nie tyle rzeczywistością samą w sobie, co manifestacją procesów bez porównania bardziej fundamentalnych.

Karol I panował w okresie, w którym w Europie obumierały resztki średniowiecza i rodziła się indywidualna i zbiorowa, polityczna świadomość nowoczesności. Sam Karol, choć estetycznie był na bieżąco ze wszystkim, co w jego współczesności było najnowocześniejsze, reprezentował sobą wciąż polityczny lineaż średniowiecza, świat, w którym divine right of kings robiło za rację w sporze politycznym. Przechodząc ze średniowiecza w nowoczesność, świat ulegał głębokiej przemianie, której dynamika i sprzeczności dają się wyczytać z olśniewającej kolekcji bohatera wystawy.

Mantegna reprezentuje na przykład dziedzictwo średniowiecza, feudalizm i władzę Kościoła. Malarze dojrzałego włoskiego renesansu – moment, w którym średniowiecze współistnieje z nowoczesnością, jak zima z wiosną w marcu, w tym, że nowe, już nowoczesne sposoby realistycznego odzwierciedlania rzeczywistości, w tym przedstawiania ludzkiego ciała, zaprzęgnięte są we wciąż średniowieczną tematykę bijącą niezmordowane ukłony feudałom i Kościołowi; moment, który jest tyleż początkiem nowoczesności, co kulminacją, „szczytowaniem” średniowiecza.

Ale są też holenderskie portrety, wśród nich jeden z Rembrandta portretów jego matki, nieduży, ale przepiękny: zwykła kobieta, bohaterka małego, intymnego malarskiego arcydzieła, która zasłużyła na to samym swoim byciem człowiekiem, bliskim autorowi przedstawienia. By na to zasłużyć, nie musiała być księżną, baronową ani królową, nie musiała być piękna, nie musiała tego zawdzięczać pretekstowi religijnego czy mitologicznego tematu, w obręb którego by jej twarz przeszmuglowano. Autonomiczna ludzka istota, przedstawiona sama dla siebie, taką jaką była – ze zmęczonymi starością, przyłzawionymi oczyma, z zaciśniętymi od trosk lub towarzyszącego starości bólu, pomarszczonymi przez czas ustami. Narodziny emancypującej się nowoczesnej jednostkowej podmiotowości to przy Rembrandcie oczywiście tylko jedna strona medalu – jego zapowiadający jakby fotografię styl, tak mocno zaangażowany w rejestrację prawdy materialnej, dotykalnej rzeczywistości, która nas otacza, odbija też w sobie tę samą chęć poznania rzeczywistości, która stworzyła metody opisu naukowego, weryfikowalnych pomiarów, standardy wiarygodnej relacji, na podstawie której można dokonywać racjonalnej oceny rzeczywistości, w tym podejmować decyzje ekonomiczne racjonalne z punktu widzenia rodzącego się właśnie porządku społecznego, porządku opartego na imperatywie akumulacji kapitału. Nie był to przypadek matki Rembrandta, ale wiele innych jego portretów przedstawia ludzi, którzy co prawda nie dostali się na jego płótna zasługą swej błękitnej krwi, ale tego, że mogli sobie pozwolić na wynajęcie jego usług, bo dorobili się na kolonialnym handlu przyprawami, a jeden czy drugi może nawet ludźmi bądź świadczonych handlarzom ludźmi usług finansowych, to już jak najbardziej.

Wreszcie królewskie portrety Van Dycka – realizm rodzącej się nowoczesności służy tu majestatowi króla i arystokracji, jest narzędziem w ich politycznym projekcie, by dobrze wylądować i wygodnie się usadowić w zmieniającym się świecie, by wyrąbująca sobie przestrzeń nowoczesność, zasilana bogactwami „odkrywanego” świata, należała do tych samych ludzi, co średniowiecze, w nowej stylizacji, w wynalezionych na nowo formach legitymizacji.

Tak jak wtedy, władcy tego świata czują – wiedzą! – dziś doskonale, że coś już się kończy (kapitalizm), trzyma się tylko siłą przyzwyczajenia, a co i jak z tej śmierci się narodzi, jeszcze nie wiadomo, stąd wszyscy tak się boją. Paradoksalnie władcy tego świata boją się bardziej niż większość z nas, zbyt zajętych misją przetrwania od pierwszego do pierwszego – dlatego oni na wypadek końca świata budują sobie bunkry gdzieś w Nowej Zelandii i innych odległych krainach.

System osiągnął granice swojej reprodukcji i ekspansji. O ile zdesperowanych nieszczęśników do wyzyskiwania w najbliższym czasie mu nie zabraknie, kapitalizm kognitywny przekształcił sferę symboliczną w kolejną przestrzeń do podbicia przez rynek, itd., to jednak zasoby planety zużywa w tempie już niemal dwa razy szybszym, niż natura jest w stanie je odtwarzać, a także wepchnął nas w katastrofę klimatyczną, o której nie możemy nawet mówić, że nadchodzi, bo ona już tu jest i jej skutki mają potencjał wstrząśnięcia całością stosunków politycznych i ekonomicznych planety w perspektywie krótszej, niż większość z nas się spodziewa. Trwający już dekadę kryzys ekonomiczny dowodzi, że nikt nie ma pomysłu, jak kapitalistycznymi metodami można go przezwyciężyć – w różnych krajach próbowano już wszystkiego z arsenału kapitalistycznej ekonomii, od dogmatycznego zaciskania pasa (sobie – Londyn, innym – Berlin), po drukowanie pieniędzy na potęgę (Waszyngton, Tokio). Nic z tego nie działa, władcy świata kupują sobie jedynie czas, odkładając moment nieuchronnego rozpadu wielkiego, chyboczącego domku z kart, doraźnie sklejonego tu i ówdzie starą, brudną gumą do żucia, jakim jest współczesny kapitalizm. Gumy do żucia jest trochę, jakiś czas to tak postoi, ale nikt nie wie, jak długo, nikt nie masz też nadziei, że na dość długo.

Bezmyślne podrygi, jakie od czasu referendum brexitowego wykonuje brytyjska klasa polityczna, miotająca się jak kurczak bez głowy, od ściany do ściany, są symptomem tego kryzysu. Władcy świata i jego poszczególnych połaci nie wiedzą już, co robić, więc robią byle co.

Wolfgang Streeck zwraca uwagę, że o śmiertelnym charakterze obecnego kryzysu kapitalizmu świadczy całkowita erozja jego legitymizacji. Już chyba tylko w Polsce wierzy się jeszcze szeroko, że kapitalizm jest racjonalny, sprawiedliwy i ma sens. Że wciąż nie ma wystarczająco silnego wobec niego wyzwania, system zawdzięcza tylko temu, iż dziesięciolecia neoliberalno-neokonserwatywnego prania mózgów zniszczyły wiarę w alternatywy. System trzyma się wyłącznie siłą inercji i przyzwyczajenia, oraz słabością swoich rywali. Miarą obecnego kryzysu legitymizacji kapitalizmu jest dla Streecka to, że nawet beneficjenci status quo nie dbają już o żadne pozory. Nie czynią już najmniejszych wysiłków, by uszlachetniać, upiększać, zatajać czy mistyfikować swoje motywacje, czyny czy zasługi. Od bankierów na Wall Street i w City of London odpowiedzialnych za doprowadzenie swoich instytucji na krawędź bankructwa, przyznających sobie za to milionowe premie z pochodzących z publicznych bailoutów środków, po wyprzedaż Grecji za bezcen – grabież odbywa się dziś w biały dzień i na oczach nas wszystkich, bez ceregieli ani owijania w bawełnę. Władcy świata nie boją się utraty twarzy, bo wiedzą, że dawno ją utracili. Kradną, bo mają na tyle władzy, że mogą. Kradną w takim tempie i z takim rozmachem, bo wiedzą, że niewiele czasu im zostało, zanim wszystko się zawali. Kradną tak dużo, bo wtedy więcej z tego zachowają, jak już wszystko się zawali, poduszka, na której wylądują, będzie grubsza.

Przyglądając się żenującej i cokolwiek zdumiewającej indolencji torysów przez ostatnich kilka lat u władzy, trudno nie odnieść wrażenia, że źródłem ich dezorientacji, braku planu politycznego na najbliższą nawet przyszłość, jest głębokie zdziwienie, że świat, jaki znamy, jeszcze stoi, jakby się spodziewali, że zawali się szybciej. Przyglądając się szalonemu rozpędowi, z jakim bez dowodów szastali oskarżeniami Moskwy o próbę zamordowania jej byłego agenta Skripala, można odnieść wrażenie, że chcą wojny z Rosją, bo chcą, żeby świat się już wreszcie zawalił.

*

Przechadzając się głównymi galeriami Royal Academy miałem więc wrażenie, że oglądam wizualny poemat pozornie historyczny, którego prawdziwym tematem jest niepokój naszych władców, czy i przez to wzburzone morze uda im się przeprawić bezpiecznie na drugą stronę, znów na nasze grzbiety, tak jak im się ostatecznie udało u progu nowoczesności (od Florencji po Szwecję wykazano, że najbogatsze rodziny pod koniec średniowiecza i najbogatsze rodziny dziś, to mniej więcej te same rodziny). Jeśli jednak i tym razem im się uda, to świat urządzony kosztem większości z nas już po klimatycznej katastrofie okaże się najpewniej jeszcze – bez porównania – gorszy niż świat, jaki znamy. Czy zdołamy tym razem wszyscy zawczasu zrozumieć powagę sytuacji na tyle, by połączyć siły i wysadzić w końcu władców świata z siodła, a świat uczynić miejscem znośnym dla wszystkich? Czy też pozwolimy im odesłać na śmietnik najpiękniejsze obietnice nowoczesności, choć nigdy do końca nie spełnione, to podtrzymujące tak długo kolektywny horyzont naszej wspólnej ludzkiej godności? Czy zdołamy jednak wykorzystać nadchodzące burze i wstrząsy, by te obietnice w końcu chwycić za słowo, zrealizować, wspólnie je spełnić? Czy uda nam się nie tylko pościnać głowy Karolów Pierwszych naszych czasów, ale także nie dopuścić, by tylnymi drzwiami wrócili na ich miejsce ich synowie?

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się w miesięczniku Le Monde diplomatique – edycja polska (kwiecień 2018)

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Ilustracja nad tekstem: Anthony Van Dyck, Karol I (fragment)

Reklamy

Nieprzyjazne środowisko i pokolenie Windrush

Brytyjska ministra spraw wewnętrznych Amber Rudd podała się wczoraj, w niedzielę 29 kwietnia [tekst ukazał się pierwotnie 30 kwietnia 2018], do dymisji. Jest to konsekwencja wielkiego skandalu, który ściągnął gromy także na konserwatywną premier Theresę May. Windrush generation, „pokolenie Windrush” – hasło to nie schodzi z nagłówków gazet i czołówek telewizyjnych serwisów informacyjnych w Wielkiej Brytanii.

W młodości, zaczynając dopiero karierę w polityce, Theresa May marzyła o tym, by zostać pierwszą kobietą na stanowisku premiera rządu Wielkiej Brytanii. To marzenie przepadło, gdy ubiegła ją Margaret Thatcher. Trudno oprzeć się złośliwemu wrażeniu, że potykająca się o własne nogi May rywalizuje dzisiaj z Thatcher o miejsce najbardziej znienawidzonego szefa rządu w nowoczesnej historii Zjednoczonego Królestwa. Rzecz do niedawna niewyobrażalna – Thatcher jest tak znienawidzona, że jej śmierć Brytyjczycy, zwłaszcza z klasy robotniczej, przywitali jej śmierć popijawami na ulicach miast i wielką imprezą na londyńskim Trafalgar Square – ale May jest na najlepszej drodze, by Thatcher zdetronizować.

Windrush

MV Empire Windrush to nazwa statku, który 22 czerwca 1948 przywiózł do jednego z portów w hrabstwie Essex 492 pasażerów z Jamajki, Trynidadu i Tobago oraz innych wysp na Morzu Karaibskim, wówczas wciąż jeszcze brytyjskich kolonii. Od nazwy tego statku „pokoleniem Windrush” przyjęło się nazywać ludzi, którzy od tamtego momentu do mniej więcej pierwszej połowy lat 70. XX wieku przybyli w ten sposób do Wielkiej Brytanii z jej zamorskich kolonii, dziś w większości niepodległych państw, członków Brytyjskiej Wspólnoty Narodów.

Przybyli tu, nierzadko z małymi dziećmi, zaproszeni przez kolonialną metropolię cierpiącą na niedobór siły roboczej koniecznej do odbudowania kraju po II wojnie światowej, personelu opiekuńczego dla nowego uniwersalnego systemu służby zdrowia (NHS), itd. Przybywali wolni od obowiązku wizowego, jako poddani korony brytyjskiej, na podstawie obejmującego ich „obywatelstwa Wielkiej Brytanii i kolonii” (CUKC, Citizenship of the United Kingdom and Colonies), które dopiero później zostało zniesione, a struktura brytyjskiego obywatelstwa zreformowana, gdy większość z ich krajów pochodzenia uzyskała niepodległość. Na mocy ustawy imigracyjnej z 1971 roku wszyscy ci, którzy przybyli w ten sposób do tamtej pory, zostali objęci automatycznym dożywotnim prawem pobytu. Ażeby przybyć na Wyspy Brytyjskie, nie potrzebowali nigdy aplikować o żadną wizę czy pozwolenie, dlatego w 1971 nie otrzymali również żadnego formalnego dokumentu potwierdzającego uzyskane prawo. Miało ono być zrozumiałe samo przez się.

Jedynym dokumentem, który mógłby potwierdzać datę ich przybycia do Wielkiej Brytanii były tzw. landing cards wystawione, gdy tutaj dotarli. Karty te były jednak przechowywane przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych (Home Office) i… zostały przez jego funkcjonariuszy zniszczone w 2010, wkrótce po tym, jak szefową tego ministerstwa została Theresa May.

Nieprzyjazne środowisko

May objęła Ministerstwo Spraw Wewnętrznych opętana obsesją opanowania imigracji. Wielokrotnie powtarzała swoje fanatyczne przywiązanie do celu, jakim miało być zmniejszenie imigracji do Wielkiej Brytanii do poziomu nie większego niż 100 tys. osób rocznie, choć próg ten nie ma żadnego uzasadnienia innego niż propagandowe i trzymała się go pomimo głosów eksperckich, że imigracja poniżej 140 tys. osób rocznie będzie miała zgubne konsekwencje dla gospodarki, dla służby zdrowia, dla systemu emerytalnego.

Żeby swój cel osiągnąć, May zaproponowała i szybko implementowała doktrynę hostile environment („wrogie otoczenie” albo „nieprzyjazne środowisko”). Wielka Brytania miała się stać „nieprzyjaznym środowiskiem” dla każdego, kto tu przebywa „nielegalnie”, zamieniając jego życie w ciąg doświadczeń tak uciążliwych, że sam się stąd zabierze z powrotem. W rzeczywistości jednak w kilka lat Wielka Brytania stała się nieprzyjaznym środowiskiem dla ogromnej liczby tych, którzy tu żyją bez obywatelstwa, na różnych podstawach prawnych (od obywatelstwa UE, przez studia po związek małżeński z obywatelem lub obywatelką Wielkiej Brytanii).

Jako ministra spraw wewnętrznych May wysłała na ulice miast i dzielnic znanych z dużej populacji imigranckiej ciężarówki uzbrojone w billboardy mówiące „Wracaj do domu, jeśli przebywasz tu nielegalnie!” i krzyczące to samo przez megafony. Od 2012 wprowadziła zmiany w prawie, które wszystkie publiczne instytucje a nawet prywatnych właścicieli nieruchomości uczyniły przedłużeniem służb imigracyjnych. Przychodnie, szkoły, pomoc społeczna, pracodawcy i osoby oferujące mieszkanie, czy choćby pokój na wynajem – zostali wszyscy obciążeni obowiązkiem sprawdzania statusu imigracyjnego swoich pacjentów, petentów, pracowników, najemców. Kiedy May, po dymisji Davida Camerona w 2016, objęła tekę szefa rządu, jej następczynią w Home Office została Amber Rudd, która zobowiązała się przykręcić śrubę jeszcze bardziej.

Cynizm i niekompetencja

Dopiero dochodzenie dziennika „The Guardian” wydobyło na światło dzienne skalę dramatu, który przez ostatnich kilka lat uczynił około 50 tys, osób, głównie pochodzenia karaibskiego, bohaterami jakiejś gigantycznej kontynuacji Procesu Kafki. 50 tys. ludzi, większość z nich w zaawansowanym wieku, stoi dziś przed groźbą deportacji do krajów, które opuścili nierzadko jako małe dzieci i których wielu z nich zupełnie nie zna. Zostali zwolnieni z pracy, zamrożone zostały ich renty, emerytury i inne świadczenia, utracili prawo do opieki medycznej lub dostali za nią wielotysięczne rachunki, wielu grozi eksmisja z mieszkań lub już zostali eksmitowani. Home Office, zniszczywszy ich landing cards, zażądało od nich przedstawienia dokumentacji za cały okres ich życia w Wielkiej Brytanii – po 3-4 wyciągi z konta, rachunki za telefon czy „paski” z wypłaty na każdy rok pobytu. Oczywiście, nikt nie ma takiej dokumentacji na pięćdziesiąt czy sześćdziesiąt lat wstecz.

Niektórzy już trafili do detention centres dla nielegalnych imigrantów, nie wiadomo jednak, ilu, podobnie jak nie wiadomo, czy i ile osób zostało już deportowanych. W kwietniu skandal ten stał się przedmiotem gorących debat w Parlamencie. Poseł z ramienia Partii Pracy, David Lammy, sam syn pokolenia Windrush (jego rodzice przybyli z Gujany), od wielu dni domaga się od May i Rudd informacji o dotychczasowych zatrzymaniach i deportacjach, jak dotąd bezskutecznie. W czasie przesłuchań przed parlamentem wyszło na jaw – poświadczyli tak pracownicy służb imigracyjnych – że Home Office ustanowiło dla każdego regionalnego oddziału tych służb „targety”, ile osób miesięcznie ma być deportowanych na podstawie niewystarczającej dokumentacji potwierdzającej prawo do pobytu.

Rudd początkowo temu zaprzeczała, następnego dnia potwierdziła, tłumacząc się, że o tym nie wiedziała, choć „targety” te są jedną z miar „produktywności” personelu, za który odpowiada. Wczoraj (29 kwietnia) „The Guardian” opublikował jednak list z 30 stycznia 2017, podpisany przez Amber Rudd, adresowany do Theresy May, w którym mówi ona o tych „targetach” jako „ambitnych ale wykonalnych”. Rudd zadeklarowała w nim własną inicjatywę zwiększenia liczby deportacji o 10%. „The Guardian” udowodnił tym samym, że obydwie, Rudd i May, kłamią, zasłaniając się niewiedzą. Kilka godzin później Rudd podała się do dymisji.

Theresa May jest wyjątkowo nieudolną szefową rządu, niemniej jednak całego tego skandalu nie można złożyć na karb jej kreskówkowej wprost niekompetencji. To jest rezultat jej i jej partyjnych kolegów cynizmu i – nie bójmy się tego słowa – rasizmu, bo niemal wszystkie dotknięte tą sytuacją osoby mają czarny bądź brązowy kolor skóry. W 2013, gdy zmiany w przepisach imigracyjnych, które doprowadziły do obecnego skandalu, były przedmiotem dyskusji w parlamencie, May otwartym tekstem powiedziała w Parlamencie, że lepiej ludzi niesłusznie deportować, a potem rozpatrywać apelacje, niż upewnić się, że wszystko od początku odbywa się w sposób sprawiedliwy i z szacunkiem dla ludzi, którzy w Wielkiej Brytanii przeżyli i przepracowali prawie całe swoje życie. Teraz wygląda na to, że kiedy sprawy zaczną trafiać do sądów, brytyjski rząd będzie musiał wypłacać ogromne odszkodowania.

(Przy okazji warto zaznaczyć, że wśród nielicznych posłów, którzy głosowali przeciwko tym zmianom w przepisach imigracyjnych, byli obecny przewodniczący Partii Pracy Jeremy Corbyn i jego dzisiejsi najbardziej zaufani ludzie, John McDonnell i Diane Abbott).

Faszystowski dryf liberalnej demokracji

Szczególnie bulwersujące jest, że w dokładnie tym samym czasie, próbując to utrzymać z dala od prasy, rząd Theresy May rekrutował na Karaibach pielęgniarki, których brakuje w szpitalach, bo te pochodzące z krajów Unii Europejskiej, w atmosferze „nieprzyjaznego środowiska”, zaczęły już wyjeżdżać z Wielkiej Brytanii. Chodzą słuchy, że nowa fala karaibskich pielęgniarek ma jednak być ściągnięta na zasadach, które uczynią łatwym ich arbitralne odsyłanie z powrotem, gdy tylko to się będzie w ten czy inny sposób kalkulowało rządowi.

Uprawnia to do spekulacji, że cała historia z pokoleniem Windrush mogła być od początku cynicznie zaplanowana jako eksperyment polityczny, badający jak daleko można się dziś posunąć w rasistowskim segregowaniu społeczeństwa, kreowaniu grup znienacka pozbawionych praw, odbieraniu praw już nabytych i rozgrywaniu różnic w poziomie praw pomiędzy poszczególnymi segmentami populacji kraju. To doświadczenie mogłoby być „jak znalazł”, gdy po Brexicie Torysi przejdą do kolejnego uderzenia w prawa pracownicze i prawa społeczne mieszkańców Wielkiej Brytanii.

Musimy jednocześnie przytomnie zdawać sobie sprawę, że Wielka Brytania z tym swoim „nieprzyjaznym środowiskiem” nie jest dziś w Europie w odosobnieniu, wręcz przeciwnie. W tym samym czasie administracja pieszczocha liberalnych mediów całej planety, prezydenta Macrona we Francji, kryminalizuje elementarne odruchy ludzkiej solidarności z uchodźcami i innymi migrantami, czyniąc przestępstwem udzielanie im dachu nad głową czy pomocy medycznej. Od porządnych lewicowców po uczciwych liberałów, wielu postrzega dzisiaj współczesne zagrożenie faszyzmem w kategoriach konieczności odpierania obscenicznych sił otwarcie skrajnie prawicowych. Ale współczesny dryf liberalnych demokracji w stronę faszyzmu dokonuje się rękoma nie tylko takich sił jak UKIP czy Front National. Dokonuje się on także rękoma najbardziej „szacownych” sił burżuazyjnej demokracji – tych samych pięknych neoliberałów w najdroższych garniturach, którym udało się „uratować świat” przed Marine Le Pen oraz „cywilizowanej konserwatywnej prawicy”, za jaką do dzisiaj, czasem nawet na lewicy, uchodzi brytyjska Partia Konserwatywna.

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się 30 kwietnia na łamach portalu Strajk.eu.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Na zdjęciu: Kassim Warioba

Szyici i sunnici – odwieczny konflikt?

Pomiędzy dwiema głównymi gałęziami islamu istnieją poważne różnice doktrynalne, których korzenie sięgają VII wieku. Ale czy naprawdę najlepszym sposobem na rozumienie napięć w regionie jest studiowanie aż tak głęboko historii islamskiej teologii? A co, jeśli obecny kształt napięć pomiędzy krajami, które tradycyjnie opisywane są rozmieszczaniem po dwóch stronach tej opozycji jest tak długowieczny, że… sięga zaledwie końca lat 70. XX wieku?

Arabia Saudyjska a sprawa syryjska

Przedziwne kwietniowe bombardowania Syrii przez koalicję Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i Francji nastąpiły niemal natychmiast po okresie wyjątkowo intensywnej aktywności dyplomatycznej pomiędzy stolicami trzech zachodnich mocarstw a księciem koronnym Arabii Saudyjskiej Muhammadem ibn Salmanem (znanym także jako Mohammed ben Salman, MBS). W wyjątkowo krótkim czasie MBS odbył trzy podróże: do Londynu (7 marca), do Waszyngtonu (19 marca) i do Paryża (8 kwietnia).

Trudno nie spekulować, że na tych spotkaniach uknuto sam rzekomy atak bronią chemiczną w Gucie (jedyny zachodnioeuropejski dziennikarz, który pojechał na miejsce, mówiący po arabsku Robert Fisk z „The Independent”, nie znalazł świadectw na potwierdzenie tezy o ataku chemicznym), podobnie jak zrzucenie odpowiedzialności za ten atak na reżim Baszszara al-Asada, a także bombardowania, jakie mają następnie być za ten rzekomy atak „karą”. „Kara” nadeszła tak szybko, żeby międzynarodowi obserwatorzy i śledczy nie zdążyli znaleźć zawczasu dowodów, że Asad, cokolwiek by nie miał wcześniej na sumieniu, w tym przypadku jest niewinny. Richard Falk, wybitny ekspert od prawa międzynarodowego, rozpoczął swój komentarz do bombardowań od przypuszczenia, że Syria, być może, bardziej niż za to, że użyła broni chemicznej, została ukarana za to, że jej nie użyła.

MBS w ten czy inny sposób zapłacił przynajmniej za część amerykańsko-francusko-brytyjskich bombardowań. W Paryżu np. zostawił za sobą kontrakty o łącznej wartości 19 miliardów dolarów.

Saudyjskie pragnienie zniszczenia reżimu partii Baas w Syrii to oczywiście nic nowego. Od samego początku obecnej wojny Saudowie współpracowali z CIA i Pentagonem we wspieraniu salafickich dżihadystów w Syrii – bronią, strumieniem pieniędzy, a także eksportując tam własnych radykałów z ambicjami zmieniania świata, żeby nie robili szumu w królestwie. Tę metodę pozbywania się potencjalnych wywrotowców z własnych granic Saudowie praktykują od czasu salafickiego powstania Dżuhajmana al-Utajbiego, które w listopadzie 1979 na chwilę zdobyło Wielki Meczet w Mekce. Arabia Saudyjska odegrała jedną z głównych ról w samym wywołaniu wojny w Syrii, tzn. w przekształceniu protestów społecznych z 2011 w wojnę do dziś dla niepoznaki zwaną domową.

Dom Saudów miał kosę z Syryjczykami już w okresie rządów ojca Baszszara, Hafiza al-Asada. Gdy ten zmarł i władzę po nim przejął, albo raczej przyjął Baszszar, na krótki okres (niewiele ponad rok od szczytu Ligi Państw Arabskich w 2009) stosunki się ociepliły – król Abd Allah liczył wtedy na wyprowadzenie Syrii pod przywództwem Asada-syna z jej trwającego trzydzieści lat sojuszu z Iranem.

Z punktu widzenia saudyjskiego wahabizmu (wyjątkowo integrystycznej, „plemiennej” odmiany islamu sunnickiego) syryjscy alawici lądują w jednym worku z szyitami, ponieważ jedni i drudzy są wyznawcami tradycji Alego, a więc dla Saudów heretykami, odstępcami od islamu „prawdziwego”. Jednak Hafiz al-Asad przejął władzę (w wojskowym zamachu stanu w 1970) nie jako reprezentant alawitów a jako człowiek partii Baas. Religijna afiliacja jego rodziny nie odgrywała żadnej istotnej roli politycznej, a jednym ze źródeł legitymizacji i stabilizacji jego reżimu w późniejszych dekadach było uczynienie Syrii państwem świeckim i jako takie oferującym warunki przyjaznego współistnienia przedstawicielom różnych grup etnicznych i wyznaniowych składającym się na wewnętrzną mozaikę kulturową kraju. Częściowo dzięki temu jego reżim, choć opierał się na brutalnej władzy wojska i wszechobecnej tajnej policji, nigdy nie był we własnym kraju tak powszechnie znienawidzony jak np. Husniego Mubaraka w Egipcie. Saudowie się z Hafezem nie lubili już od początku lat 70. XX wieku, ale aż do 1979 nie ujmowali tej animozji publicznie w kategoriach różnic religijnych.

Do 1979, bo wtedy miała miejsce Rewolucja Islamska w Iranie, która zmieniła wszystko.

Iran i groźba rewolucji

Jak pisze wybitny indyjski marksista, historyk i dziennikarz Vijay Prashad (w książce The Death of the Nation):

[…] niewiele było antypatii pomiędzy sułtanami Arabii a królem Iranu – pomimo różnych baz społecznych tych monarchii. Łączył je kolor ich krwi. Tę arterię przecięła jednak irańska rewolucja.

Oraz:

Rewolucja irańska postawiła reżim saudyjski w poważnym niebezpieczeństwie na trzy sposoby jednocześnie. Po pierwsze, muzułmański monarcha (szach) został obalony. Irańczycy sięgnęli głęboko do studni islamskiej myśli, by stworzyć alternatywny model islamskiego rządzenia – Welajat-e Faqih („zwierzchnictwo jurystów” [albo „zwierzchność uczonych” – przyp. JP]). To nie był nacjonalizm w rodzaju Nassera czy Baas, obu zdecydowanie laickich. Irańczycy stworzyli islamską formę republikanizmu. Muzułmańska wspólnota polityczna – ogłosili – nie potrzebowała już więcej monarchii. Po drugie, Irańczycy rozwinęli nowoczesne instytucje, obsadzone zarówno przez mężczyzn jak i przez kobiety, oraz dopuścili wybory do parlamentu (zakazując udziału partiom komunistycznym, liberalnym i kurdyjskim). Wszystko to stanowiło anatemę w Arabii Saudyjskiej. Po trzecie, irańska rewolucja ożywiła intelektualną i polityczną odwagę Mohammeda Huseina Fadlallaha […] w Libanie, by przesunąć politykę po linii szyickiej, co w rezultacie, w kontekście Libańskiej Wojny Domowej, doprowadziło do utworzenia Hezbollahu (Armii Boga). Dostarczyła też nowego dyskursu już niezadowolonym robotnikom roponośnych regionów Arabii Saudyjskiej – tak się złożyło, że wielu z nich było szyitami.

Wkrótce po ustabilizowaniu się w Iranie nowego porządku ajatollaha Chomeiniego Hafiz al-Asad zwrócił uwagę na Teheran, żeby nawiązać nowy sojusz, obliczony na opozycję wobec Iraku Saddama Husajna. Wtedy właśnie oficjalnym saudyjskim problemem z Syrią stała się specyfika religijna jej samej i jej sojuszu z Iranem. Saddam Husajn natomiast w zamian za saudyjskie wsparcie na sumę miliarda dolarów miesięcznie na konieczne wydatki zobowiązał się w Ar-Rijadzie w 1980 do zbrojnego „opanowania” Iranu i miesiąc później zaatakował Iran, rozpoczynając wieloletnią „sunnicką” wojnę z młodą szyicką republiką.

Arabia Saudyjska używa sekciarskich religijnych podziałów, odwołuje się i podgrzewa sekciarskie lęki i fobie (np. rozsiewa plotki, że irańscy szyici potajemnie werbują w Syrii nowych wyznawców, żeby zmarginalizować sunnitów), i „wyjaśnia” swoje zbrojne „interwencje” (np. w Jemenie) argumentami o walce z szyickimi heretykami działającymi na zlecenie Iranu, który pragnie przejąć kontrolę nad całym Bliskim Wschodem. Saudowie i ich sojusznicy z rodzin panujących nad mniejszymi emiratami w Zatoce Perskiej boją się politycznych i intelektualnych wpływów Iranu, bo nie da się ich tak łatwo zdyskredytować argumentem o ich kulturowej obcości i „zachodniości”, jak pokonane już (przy dużym udziale Saudów) projekty arabskiego socjalizmu i komunizmu. Iran pokazuje ich poddanym, że monarchów można obalić na gruncie samej muzułmańskiej tradycji i kultury, odwołując się do i czerpiąc z niej samej.

Histeryczna nadaktywność Domu Saudów

Obecnie obserwujemy wzmożoną, rzec można histeryczną nadaktywność Arabii Saudyjskiej i jej sojuszników, zwłaszcza w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, na coraz liczniejszych frontach. Wojny w Syrii i Jemenie; blokada Kataru, który choć powinien przypominać inne okoliczne emiraty skłania się ku Iranowi; uwięzienie premiera Libanu; coraz gęstsze knowania z zachodnimi stolicami i Tel Awiwem („najgorzej skrywany sekret Bliskiego Wschodu”).

Ta nadaktywność bierze się z coraz większego, wszechogarniającego strachu monarchów Półwyspu Arabskiego. Rośnie społeczne niezadowolenie, a na gospodarce opartej tylko na ropie coraz trudniej polegać. Niedawno trzeba nawet było wprowadzić w końcu podatki. Pieniędzy z ropy, przy użyciu których kupowano dotąd spokój społeczny, coraz mniej, a samo utrzymanie gargantuicznych dworów i rodzin królewskich rośnie. „Al-Saud to rodzina królewska jak żadna inna. Jest ich tysiące”. A każdy z tych tysięcy za samo swoje pokrewieństwo z królem otrzymuje „stypendium” (w wysokości od kilku tysięcy do ponad ćwierć miliona dolarów miesięcznie, w zależności od stopnia pokrewieństwa). A chaos od dekad rozsiewany po świecie eksportem ekstremistów zaczął się znowu przysuwać coraz bliżej granic Arabii.

Arabia Saudyjska dysponuje ogromnymi możliwościami propagandowymi w całym świecie muzułmańskim, które umożliwiają jej sprzedawanie swojej wersji wydarzeń, sekciarskiego kostiumu, w który przebiera swój przemożny strach, że dni arabskich monarchii są policzone. Finansuje międzynarodową konstelację szkół koranicznych i meczetów, które uczą świata według królów w Ar-Rijadzie, wydaje książki i prasę, a saudyjsko-emirackie stacje telewizyjne z siedzibami zwykle w Dubaju, dzięki wspólnocie języka i autorytetowi Półwyspu Arabskiego jako jego kolebki, docierają do arabskojęzycznych odbiorców od Marakeszu po Muskat i Mogadiszu.

Sunnici kontra szyici – w obiektywie Zachodu

Jednak te same religijne wyjaśnienia napięć i konfliktów na Bliskim Wschodzie sprzedawane są także nam, w Europie. My też zbyt często dajemy się nabrać, że konflikty między Iranem i jego sojusznikami a Saudami i ich kliką, to konflikty między dwiema odnogami prastarej religijnej schizmy. Główne powody są co najmniej dwa.

Pierwszy. Bezpieczeństwo monarchii saudyjskiej jest oficjalnie wpisane w doktrynę obronną uzależnionych od niej energetycznie Stanów Zjednoczonych od 1957 r. (najpierw w „doktrynie Eisenhowera”, później jeszcze mocniej w „doktrynie Cartera”). W zamian Saudowie i ich przydupasy z okolicznych emiratów odwdzięczają się realizowaniem amerykańskich interesów w swoim najbliższym sąsiedztwie – zwalczając najpierw komunizm (poprzez Światową Ligę Muzułmańską ustanowioną w 1962 w tym właśnie celu), a teraz Iran, który ze swoją niezgodą na globalny porządek pax americana Waszyngtonowi stoi kością w gardle tak samo jak królom i emirom Arabii. W kolejnym rewanżu Amerykanie wykorzystują planetarną siłę oddziaływania swoich „wolnych” mediów, by powielać propagandowe konstrukty Saudów na skalę wykraczającą daleko poza świat arabski. Często zresztą robią to niechcący i nieświadomie – mając coraz mniej zagranicznych reporterów polegają w coraz większym stopniu na materiałach i komentarzach przysyłanymi im przez „niezależne” think tanki.

Drugi. Waszyngtonowi tak samo jak Saudom opłaca się, żebyśmy wszyscy odbierali sytuację na Bliskim Wschodzie jako gmatwaninę konfliktów religijnych, które sięgają kilkanaście stuleci wstecz. O ile w przypadku Arabii Saudyjskiej służy to politycznej mobilizacji tożsamości „organicznych” na potrzeby jej doraźnych interesów, wytworzeniu emocjonalnego zaangażowania po jednej ze stron archaicznego podziału, o tyle adresowane do nas, którzy nic nie rozumiemy z tej całej schizmy we wczesnym islamie, ma to na celu naszą demobilizację, wytworzenie dystansu. Oto my, racjonalni Europejczycy i Amerykanie jesteśmy postawieni w obliczu zupełnie niezrozumiałego dla nas, średniowiecznego fenomenu, w którym olbrzymie państwa szarpią się do dziś o paru proroków z VII wieku. Ma to stworzyć wrażenie głębokiej cywilizacyjnej przepaści, która nas dzieli od „muzułmańskiej dziczy”, a w ostatniej instancji kazać nam się pogodzić z tym – i machnąć na to ręką, że na taką dzicz znowu spadają bomby. No bo co innego można zrobić, żeby zapanować nad masą tak irracjonalnych stworzeń?

Dwa „takie same” regionalne imperializmy?

Czy to znaczy, że Arabia Saudyjska i Iran to dwa tyle samo warte regionalne mocarstwa uprawiające na obszarze wokół Zatoki Perskiej konkurencyjne regionalne imperializmy, pomiędzy którymi trzeba postawić znak równości? Niestety, część lewicy tak myśli i tak to ujmuje. Ale – nie. Nie może być znaku równości między tak fundamentalnie różnymi ustrojami i tak fundamentalnie różnymi formami zaangażowania międzynarodowego.

Jakkolwiek odległy od marzeń każdego lewicowca jest ustrój współczesnego Iranu, nie można go przytomnie umieścić na tym samym poziomie, co barbarzyńską monarchię absolutną Arabii Saudyjskiej. Nie wszystkie orientacje polityczne mogą w Iranie startować w wyborach, ale przynajmniej są tam wybory. Kobiety nie mają w Iranie równych praw z mężczyznami, ale są prawniczkami, lekarkami i twórczyniami filmów. W tej sytuacji dzień, w którym sięgną po więcej jest kwestią czasu, odpowiedzią na pytanie „kiedy?”, a nie „czy?”. W Arabii Saudyjskiej dopiero zaczną legalnie prowadzić samochody. Cenzura i inne polityczne ograniczenia produkcji kulturalnej i intelektualnej są w Iranie szeroko obecne, ale nie w stopniu uniemożliwiającym istnienie i rozwój dysydenckiej, krytycznej czy poszukującej kultury. Świadczą o tym także tej kultury (np. kina) międzynarodowe sukcesy. W przeciwieństwie do Arabii Saudyjskiej. Socjolog Ahmad Sadri opisując irański system polityczny używa metafory skostniałej autorytarnej skorupy (związanej z klerem szyickim), która trzyma w swojej martwej powłoce wciąć bijące demokratyczne serce społeczeństwa, które tam żyje. Najnowsza historia Iranu pokazuje, że to serce jest wciąż zdolne do narzucenia spektakularnych zwrotów akcji, nie raz nas jeszcze nas one zaskoczą. Trudno cokolwiek podobnego powiedzieć o technokratycznym neośredniowieczu ustroju Arabii Saudyjskiej.

Rozprzestrzeniany przez Saudów po świecie chaos ma na celu wyłącznie zachowanie władzy i przywilejów rodziny królewskiej i spowinowaconych i zaprzyjaźnionych z nią emirów i książąt. Iran kieruje się uzasadnioną potrzebą obrony przed agresją i groźbami Stanów Zjednoczonych i Izraela, które słyszy ustawicznie już od prawie czterdziestu lat. Żeby obronić swoją suwerenność, potrzebuje w swoim otoczeniu państw, które nie upadły i nie zamieniły się w czarne dziury na podobieństwo Afganistanu i Iraku wskutek amerykańskiego, izraelskiego i saudyjskiego gmerania i spiskowania. Irańskie zaangażowanie w Syrii motywowane jest wolą uchronienia sojusznika przed popadnięciem w trwały chaos jak Libia. Iran próbuje powstrzymać chaos. A niektóre kierunki międzynarodowego zaangażowania Iranu miały od samego początku wyjątkowo pryncypialne, aksjologiczne źródła – ze szczególnym uwzględnieniem sprawy palestyńskiej. To nie jest tak, że Iran wspiera Hezbollah i Hamas, żeby zaszkodzić Izraelowi, z którym ma na pieńku. Jest dokładnie na odwrót: złe stosunki Iranu z Izraelem są konsekwencją pryncypialnej, motywowanej aksjologicznie solidarności z antykolonialną walką Palestyńczyków.

Tu ma miejsce kolejny kontrast z Arabią Saudyjską, która od lat funkcjonuje w nieoficjalnym, nienazwanym, niewypowiedzianym sojuszu z Izraelem. A Izrael jest w sojuszu z Arabią Saudyjską, bo jego interesy mogą być bezpieczne tylko w otoczeniu sąsiadów rządzonych przez monarchów i despotów lekceważących przekonania i żądania swoich ludów. W przeciwieństwie do pałaców Ar-Rijadu, Dubaju, Abu Zabi i Kairu, arabska ulica nigdy nie porzuciła swojej głębokiej solidarności z Palestyńczykami, i gdyby struktury władzy w arabskich państwach zaczęły umożliwiać polityczną ekspresję woli ludu, Izrael nie miałby ani jednego sojusznika w regionie.

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się 27 kwietnia 2018 na łamach portalu Strajk.eu

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Manifest Partii Pracy

Na tydzień przed oficjalnym ogłoszeniem do mediów wyciekł tekst Manifestu wyborczego Partii Pracy pod przewodnictwem Jeremy’ego Corbyna. Ponieważ tekst, zatytułowany For the many not the few (Dla wszystkich, nie dla nielicznych) wyciekł do prawicowego „The Telegraph” i od dawna jawnie anty-Corbynowskiej BBC, wyciek jest być może kolejnym epizodem „wojny domowej” w szeregach Labour Party, kolejną świnią podłożoną Corbynowi przez blairystowskie skrzydło partii. Uważa się, że głównym autorem 43-stronicowego dokumentu jest Seumas Milne, były publicysta m. in. „The Guardian”, odpowiedzialny w sztabie Corbyna za komunikację.

O ile sam wyciek przed oficjalnym ogłoszeniem ostatecznego kształtu dokumentu jest dla partii wizerunkowym obciachem, a „The Telegraph” opatrzył swoje rewelacje złowrogimi komentarzami o tym, że Corbyn „zabierze kraj z powrotem do lat 70.”, to już sam tekst Manifestu bynajmniej nie musi zaszkodzić Labour. Właśnie dlatego jest przedmiotem takiego ataku, że jeśli zostanie przez Brytyjczyków uważnie przeczytany, może znacząco podnieść szanse Labour w wyborach.

Autorzy tekstu wyszli z założenia, że jak długo na czele Labour stoi socjalista z prawdziwego zdarzenia, wielkie korporacyjne media będą jej nieprzychylne i nic tego nie zmieni, dlatego w zasadzie zrezygnowali z prób przypodobania się im, stawiając raczej na mocny przekaz, który będzie szukał społecznego poparcia z dala od mediów głównego nurtu, za to np. za pośrednictwem mediów społecznościowych, które są prawdziwą przestrzenią komunikacji zwolenników Corbyna.

Partia zamierza zrenacjonalizować nie tylko koleje – o tym Corbyn mówił od dawna – ale także pocztę (Royal Mail, sprywatyzowaną przez rząd Davida Camerona) i sektor energetyczny. Choć w Polsce brzmi to jak bluźnierstwo, są to plany niezwykle popularne wśród Brytyjczyków. Prywatyzacja kolei uczyniła transport kolejowy w Wielkiej Brytanii najdroższym i jednym z najgorzej zorganizowanych w Europie.

Manifest obiecuje spektakularne zwiększenie inwestycyjnej roli państwa w gospodarce (250 miliardów funtów przez dziesięć lat), stworzenie banków inwestycyjnych na poziomie narodowym i regionalnym, które mają interweniować tam, gdzie banki komercyjne zawodzą i odpowiedzieć na potrzeby obszarów kraju od dziesięcioleci niedoinwestowanych. Labour zamierza przeprowadzić wielkie inwestycje infrastrukturalne, między innymi w poprawę infrastruktury internetowej, wyjątkowo kiepskiej w porównaniu z innymi gospodarkami na podobnym poziomie uprzemysłowienia. Labour obiecuje też, że do roku 2030 60% energii będzie pochodziło w Wielkiej Brytanii ze źródeł odnawialnych, planując wielką ekologiczną transformację tego sektora.

Ma też zamiar przeznaczyć 3% PKB na badania naukowe i rozwój, a także docelowo zmienić strukturę zatrudnienia, zwiększając udział miejsc pracy o charakterze wysoko wykwalifikowanym, tak żeby stanowiły one 60% miejsc pracy. Obecnie względnie niski w porównaniu z innymi krajami europejskimi poziom bezrobocia idzie niestety w parze z masowo pogarszającą się jakością większości miejsc pracy – nie wymagająca wysokich kwalifikacji praca w usługach, coraz gorzej płatna (przeciętne wynagrodzenia od lat spadają, są dziś o prawie 10% niższe niż niecałą dekadę temu, gorszy spadek miał w Europie miejsce tylko w zrujnowanej kryzysem Grecji). Labour obiecuje też znieść opłaty za studia na państwowych uczelniach.

Labour zamierza podnieść podatki dla 5% najlepiej zarabiających i wyposażyć Fiskusa w instrumenty ścigania i ściągania podatków od podmiotów, które usiłują się od tego na różne sposoby wykręcać. Znów inaczej niż w Polsce, gdzie przeciętny Kowalski dał sobie wmówić, że podatki to samo zło i to przez nie nie został jeszcze milionerem, sprawiedliwość podatkowa jest ważnym elementem współczesnej brytyjskiej świadomości politycznej, unikanie podatków jest szeroko potępiane, pragnienie, żeby z tym procederem coś w końcu zrobić – powszechne.

Jeżeli chodzi o stanowisko w sprawie imigracji, Labour deklaruje sprzeciw wobec restrykcji. Nie będzie żadnych „targetów” ograniczania liczby imigrantów. Jest to zwycięstwo linii Diane Abbott, jednej z najbliższych współpracowniczek Corbyna, która podkreślała od dawna, że ograniczanie imigracji zawsze idzie w parze z ograniczeniem mobilności pracowników na miejscu, celem wymuszenia na nich przyjmowania pogarszających się warunków. Jeżeli inni nie mogą przyjechać za pracą do twojego miejsca zamieszkania, szybko okazuje się, że twoje prawo opuszczenia tego miejsca w poszukiwaniu lepszych warunków i perspektyw, jest nieodłączną drugą stroną medalu.

Labour zamierza wprowadzić zasadę, że kontrakty rządowe przysługiwałyby wyłącznie przedsiębiorstwom, w których najwyżej zarabiający otrzymują nie więcej niż dwudziestokrotność najniżej w nich zarabiających (obecnie w wielu firmach w Wielkiej Brytanii stosunek ten wynosi ponad 300:1).

W kwestii Brexitu Partia Pracy obiecuje, że wyprowadzi Wielką Brytanię z Unii Europejskiej tylko pod warunkiem wynegocjowania umowy z Brukselą. Inaczej niż konserwatywna premier Theresa May, która mówi, że wystąpi z Unii nawet, gdy nie wynegocjuje porozumienia, po prostu zrywając wszystkie umowy z Unią.

Brexit jest jednym z przedmiotów wywołujących rozgoryczenie ogromnej części zwolenników Labour Party. Kiedy nowa premier May przyjęła kurs na „twardy Brexit”, wielu zwłaszcza młodych ludzi oczekiwało po Partii Pracy opozycji wobec Brexitu, wskazując m. in. na jego prawdopodobne negatywne konsekwencje dla gospodarki i dla miejsc pracy. Corbyn postanowił jednak przyjąć wynik referendum i sprzeciwiać się jedynie kształtowi Brexitu, jaki chcą mu narzucić Torysi. Dlaczego i czy ma rację? Pospekulujmy na podstawie tego, co wiemy o przekonaniach Corbyna – i jego bliskiego współpracownika Johna McDonnella, odpowiedzianego w gabinecie cieni za gospodarkę.

Po pierwsze, wynik referendum można rozumieć jako przejaw kryzysu legitymizacji współczesnej demokracji liberalnej: ludzie zagłosowali za wystąpieniem, by po raz pierwszy od neoliberalnej transformacji poczuć realny wpływ na zmianę polityki, wyrazić swoje niezadowolenie – i żeby sprawdzić, czy ich głos choć tym razem zostanie wysłuchany. Gdyby teraz odrzucić Brexit, pogłębiłoby to jeszcze bardziej ten kryzys, bo pokazałoby społeczeństwu, że ma prawo głosu tylko wtedy, gdy zagłosuje „właściwie” (po całej serii dotyczących UE referendów zlekceważonych przez europejskie klasy polityczne, gdy ich rezultaty okazywały się „niepożądane”). Byłaby to woda na młyn dla prawicowych populistów grających na takich resentymentach.

Ci, którzy wskazują na katastrofę ekonomiczną, do której doprowadzi Brexit, wydają się zakładać, że jeśli uda się uniknąć Brexitu, uda się uniknąć gospodarczej katastrofy. Tymczasem przed nami jest tylko kryzys, niezależnie od Brexitu. Uniknięcie Brexitu nie unieważni prawa malejącej stopy zysków. Uniknięcie Brexitu odsunie tylko katastrofę o dwa lata, być może zwiększając jej rozmiary, bo dając strukturalnym problemom więcej czasu na nabrzmiewanie. McDonnell wielokrotnie mówił, że jest marksistą i jako marksista wie, w jak poważnym strukturalnym kryzysie akumulacji się obecnie znajdujemy. W takich warunkach tylko przejęcie przez państwo roli aktywnego inwestora i nacjonalizacja kluczowych przemysłów mogą wyprowadzić świat na prostą. Corbyn i McDonnell wiedzą, że w ramach Unii Europejskiej taka polityka napotka poważne przeszkody ze strony instytucji unijnych i postrzegają być może wystąpienie z Unii jako ich jedyną szansę na wyłamanie się z paradygmatu neoliberalnego, trochę na zasadzie, że jeżeli nie teraz, to być może nigdy. Prawdziwe pytanie byłoby raczej o to, czy program wyłożony w Manifeście jest wystarczająco radykalny (nie zawiera nacjonalizacji banków i instytucji finansowych).

Manifest podejmuje też problemy polityki międzynarodowej, stwierdzając m. in., że Labour nie wyśle nigdy wojsk na wojnę, jeśli nie wykorzystane zostały wszystkie dostępne środki dyplomatyczne. Zawiera otwartą krytykę zachodniej polityki zwłaszcza na Bliskim Wschodzie i w Zachodniej Azji oraz deklarację solidarności z aspiracjami Palestyńczyków.

Manifest Labour, w socjaldemokratycznym stylu ambitny, zawiera jasną wizję społeczeństwa bardziej sprawiedliwego i inwestującego we własną przyszłość, w tym w aktywną politykę klimatyczną. Przemawia do aspiracji zwłaszcza młodych ludzi najbardziej ograniczonych w swoich życiowych możliwościach wskutek spustoszenia neoliberalizmem. Będzie bezlitośnie atakowany w prasie, ale ma szanse na zdobycie Labour wyborców. Jeszcze nic nie jest przesądzone – Theresa May rozpisała wybory w momencie, kiedy Partia Konserwatywna miała nad laburzystami 20 punktów procentowych przewagi w sondażach. Ale już zaczęła te punkty tracić. Żeby móc głosować, masowo rejestrują się ludzie młodzi – a to wśród nich Corbyn ma największe poparcie. Jeśli tylko frekwencja wśród tych poniżej 35 roku życia będzie wysoka, ich głosy mogą odegrać decydującą rolę. Jego postulaty i proponowana przez niego polityka cieszą się znacznie szerszym poparciem niż on sam jako polityk. Poza tym Wielka Brytania ma jeden z najbardziej zniekształcających wyniki systemów wyborczych – do większości miejsc w Parlamencie wcale nie potrzeba większości głosów, jest to swego rodzaju loteria.

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się 15 maja 2017 na łamach portalu Strajk.eu.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

David Hockney: wieś, pożądanie i wille z basenem

portraitofanartistpoolwithtwofigures1971

Portrait of an Artist (Pool with Two Figures) 1972

 

David Hockney (ur. 1937) jest malarzem w Wielkiej Brytanii znanym, szanowanym i cenionym, nawet uwielbianym, na skalę, której się nie domyślałem, zanim się tutaj nie przeniosłem; nazywanie go „największym żyjącym brytyjskim artystą” jest na porządku dziennym. Londyńska Tate Britain celebruje właśnie sześć dekad jego kariery wielką retrospektywą podsumowującą całość jego dorobku (do 29 maja 2017), gromadzącą najbardziej reprezentatywne i najsłynniejsze dzieła od wczesnych do najnowszych.

Mnie Hockney zawsze odpychał swoimi kolorami, plamą, kompozycją, a jego pejzaże (Outpost Drive, Hollywood, 1980; Going Up Garrowby Hill, 2000), tarasy, ogrody i doniczki (Red Pots in the Garden, 2000) doprowadzały mnie czasem do szału. Wystawa w Tate Britain jest świetnie przygotowana, jest ogromna, prac zgromadzonych jest mnóstwo, pozwala przejść się pośród stylów i tematów podejmowanych przez artystę, który w ostatnich latach gustuje w iPadzie jako narzędziu. Mnie jednak umocniła w niechęci. Najszczerzej mi się podobały kolaże fotograficzne, m. in. z polaroidów, w których wielkoformatowe przedstawienia złożone są z setek mniejszych zbliżeń poszczególnych elementów przedstawianej sytuacji (Billy + Audrey Wilder Los Angeles April 1982, 1982).

Hockney, uważany za inicjatora pop artu na Wyspach, stał się z czasem czymś w rodzaju sztandarowego artysty mieszczańskiej Anglii. Jego świat to wygodne salony, w których siedzą z kotem na kolanach zamożni mieszczanie (Mr and Mrs Clark and Percy, 1970-71), wielkie sypialnie z oknem na duży ogród (The Room, Tarzana, 1967), „turystyczna wzniosłość” Wielkiego Kanionu i angielska wieś. Angielska wieś rozumiana jednak nie jako przestrzeń pracy i produkcji (wytwarzania żywności), a miejsce, do którego zamożni mieszczanie uciekają z miasta, jak już się dorobią w City of London. Ten las, te nieprzytomnie barwne łąki, kwiaty, kręte dróżki, mają im ślicznie przesłonić resztę świata, osłonić ich przed widokiem społeczno-ekonomicznego spustoszenia, w jakim ze swojego biura na Canary Wharf brali aktywny udział, zarabiając na swoją wiejską posiadłość.

Nic ze społecznych wstrząsów minionej dekady nie przedostało się na płaszczyznę któregokolwiek z późnych dzieł pozera z Yorkshire, zgrywającego czasem „angielskiego Picassa”. Między innymi dlatego trudno przy głębszej inspekcji jego zainteresowanie iPadem odbierać inaczej niż jako ersatz „kontaktu z rzeczywistością” i „nadążania” za nią.

Mój szczególny opór wywołuje użytek, jaki Hockney zrobił z tematu pragnienia homoerotycznego i własnej nieukrywanej gejowskiej tożsamości, zwłaszcza odkąd zaczął jeździć do i pomieszkiwać w Los Angeles (We Two Boys Clinging Together z 1961 jeszcze takie nie było). Odkąd zagustował w Kalifornii, homoseksualne pragnienie zamieszkuje u Hockneya wille z odkrytymi basenami (Peter Getting Out of Nick’s Pool, 1966; Sunbather, 1966) i automatycznie podlewanymi trawnikami (A Lawn Being Sprinkled, 1967) oraz drogie mieszkania (portrety pisarza Christophera Isherwooda i jego partnera, malarza Dona Bachardy’ego), sąsiaduje z oszklonymi biurowcami, w których swoje korporacyjne kariery rozwijają mieszkańcy takich nieruchomości (Savings and Loan Building, 1967). Podmiot i przedmiot takiego pożądania zawsze są białymi mężczyznami, żadne ciało „kolorowe” nigdy sobie na to nie zasłużyło.

Nienormatywne pragnienie, nienormatywne formy seksualnej ekspresji nie wydają się w malarstwie Hockneya prawem istot ludzkich w ogóle, w ich uniwersalnej i niezbywalnej równości, a raczej przywilejem tych, którzy mogą go sobie kupić; tych, których stać na willę z basenem, tych, którzy pracują w kalifornijskim przemyśle rozrywkowym (w pracach powracają Hollywood, Beverly Hills i Malibu), itd. Motywy homoerotyczne wydają mi się u Hockneya ściemą, atrapą „postępowości” w morzu jego z biegiem lat coraz bardziej zachowawczej i eskapistycznej twórczości; radykalizmem pozorowanym. Jak dla mnie stawką dla Hockneya nie była nigdy równość i równoprawność homoseksualnego pragnienia, a raczej przekucie go w element mechanizmów budowania klasowych dystynkcji i klasowych przywilejów.

Jest symptomatyczne, że partnerem prasowym wystawy w Tate Britain jest konserwatywny „The Telegraph”, przez niechętnych zwany „Torygraphem”.

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Rewolucja jest najpiękniejsza

Oglądając wystawę Revolution: Russian Art 1917-1932

 

Niektórzy na lewicy ubolewają, że lewicowe wartości i idee zostały zamknięte w dyskursie humanistów-pięknoduchów, w ich światach Akademii i Sztuki, w ten sposób zmarginalizowane, odcięte od wpływu na rzeczywistość, od tych przestrzeni życia społecznego, w których realnie dokonują się rozstrzygnięcia polityczne, w których toczą się prawdziwe rozgrywki władzy. Ich książki czasem trudne w odbiorze, ich wystawy niszowe, ich instalacje nie zawsze zrozumiałe dla „mas”. Że dając się tam zamknąć, lewicowe wartości skazały się na impotencję. Mnie się jednak uparcie wydaje, że było trochę inaczej, że wartości związane z wielkimi utopiami emancypacji ludzkiej i uniwersalnej równości nas wszystkich tam właśnie zostały przechowane, uchronione przed wymazaniem z kolektywnej pamięci ludzkości przez triumfalny pochód neoliberalizmu. Autonomia pola sztuki pozwoliła je uchronić przed śmietnikiem historii, przeczekać długą noc neoliberalizmu, aż przyjdą nowe pokolenia, rozczarowane owocami neoliberalizmu, z pustymi rękoma na pozostawionej przez neoliberałów pustyni, w potrzebie tych wartości – zapomnianych w korytarzach wielkich medialnych korporacji i uczelni zredukowanych do tresowania bezmyślnych wykonywaczy korporacyjnych instrukcji, ale przechowanych w świątyniach pięknoduchów, w murach humanistycznych wydziałów Uniwersytetu, w Muzeum, w Galerii Sztuki.

Kiedy wspomnę moje własne studenckie doświadczenia, to myślę o polskiej Akademii, także jej części humanistycznej (studiowałem kulturoznawstwo) jako o ideologicznej policji neoliberalizmu dbającej o to, żeby myśl jedynie słuszna nie została podważona nawet na kartach esejów o poezji. Przypomina mi się wykładowca, który najzupełniej poważnie potrafił powiedzieć, że w mediach komercyjnych, w których decydują wielkie pieniądze, polityczne wpływy przestają mieć znaczenie, bo wielki pieniądz wymusza obiektywność, i że takie są fakty. Wykładowca z zakładu mojego uniwerku z „wiedzą o mediach” w nazwie. Przypomina mi się socjolog dowodzący „materializmu” osób biednych, w przeciwieństwie do „humanizmu” osób zamożniejszych. Przypomina mi się wykład z estetyki, na którym we wprowadzeniu do postmodernizmu w architekturze usłyszeliśmy ze strony pani doktor przedmiotu, która nie opatrzyła tego nawet krytycznym nawiasem, że modernistyczne rozwiązania urbanistyczne, w Polsce znane jako blokowiska, prowadziły do społecznych patologii, stąd potrzeba zastąpienia ich architekturą postmodernistyczną. Jak rozwiązać problemy społeczne, „patologie”? – wyburzyć, wysadzić w powietrze blokowiska.

Kiedy w londyńskiej Royal Academy of Arts oglądałem przed kilkoma laty wystawę poświęconą sowieckiej architekturze (Building the Revolution, 2011), albo kilka lat później w Tate Modern wspaniałą, ogromną retrospektywę dorobku Kazimierza Malewicza, zabawiałem się w duchu wyobrażaniem sobie, czym takie wystawy musiałyby być opatrzone w Polsce, żeby w ogóle mogły się wydarzyć. Oczyma wyobraźni widziałem surowe wprowadzenie w wykonaniu poprawiającego okulary Andrzeja Wajdy (wtedy jeszcze żył), że klatki schodowe klatkami schodowymi, jak piękne by nie były, ale nie możemy zapomnieć, jak zbrodniczy system przy pomocy tych komunalnych mieszkań zaprowadzono, i że jedyne, co się liczy, to że ludzie z tym systemem walczyli. I Krzysztofa Zanussiego, uzbrojonego w cytaty ze świętego Tomasza, świętego Augustyna i na wszelki wypadek Kanta, żeby nie było, że nic „nowszego” nie czytał, filozofującego o uwiedzeniu artysty-pięknoducha przez terror totalitaryzmu. Kuratorzy Tate Modern nie potrzebowali nic z tych rzeczy, żeby „wytłumaczyć” (albo zneutralizować) komunizm Malewicza. Wartości, które porywały wyobraźnię Malewicza, ideowe współrzędne jego twórczości zostały przez nich przedstawione z pełnym szacunkiem, jako nie tylko prawomocne, ale wręcz zrozumiałe same przez się. W Tate Modern twórczość Malewicza nie musiała ani się usprawiedliwiać, ani za siebie przepraszać.

1078

Kazimierz Malewicz, Czarny kwadrat

Mam takie wrażenie, że różnica między krajami, w których młodzi ludzie noszą dziś koszulki „śmierć wrogom ojczyzny” i biją przypadkowych Arabów, a krajami, w których młodzi ludzie zapisują się masowo do lewicowych organizacji i odpływają od medialnego mainstreamu ku pączkującym nowym tytułom i serwisom o zdecydowanie lewicowym profilu, to jest właśnie ta różnica. Między miejscami, w których humanistyczne pięknoduchy przechowały pamięć o minionych utopiach, a miejscami, w których humaniści zajęci byli posłusznym tępieniem ich niedobitków.

*

Kiedy piszę te słowa, wielkim wydarzeniem kulturalnym jest w Londynie wystawa w Royal Academy of Arts, Revolution: Russian Art 1917-1932 (Rewolucja: Sztuka rosyjska 1917-1932), przygotowana, jak łatwo się domyślić, z okazji setnej rocznicy Rewolucji 1917 roku, otwarta do 17 kwietnia. Na wystawie było już kilkoro moich znajomych, w różnych dniach, o różnych porach, i wygląda na to, że cały czas jest zapchana. Jest ogromna, ale trzeba się przeciskać między ludźmi. Gromadzi obiekty z różnych „porządków”, od awangardowego malarstwa po ceramikę użytkową. Można na niej obejrzeć prace najbardziej znanych na Zachodzie przedstawicieli awangardy w malarstwie – Malewicza, Marca Chagalla, Wasilija Kandinskiego, El Lissitzky’ego. Można też prace ich mniej znanych kolegów i koleżanek – Pawła Fiłonowa, Liubow Popowej czy Kuźmy Pietrow-Wodkina. Ale też i prawie nieznanych na Zachodzie socrealistów – z Aleksandrem Dejneką na czele. Fotografie Arkadija Szajcheta, fragmenty filmów Eisensteina, Wiertowa i Dowżenki pokazują entuzjazm, z jaki twórcy nowej, rewolucyjnej kultury sięgnęli po nowoczesne, osadzone w rozwiązaniach technologicznych media, by wyrazić dramatyczne piękno fali przemian. Kobiety na traktorach i jednocześnie w biurach projektowych opracowujących wzory nowej radzieckiej porcelany pokazują stopień, w jakim Rewolucja Październikowa wstrząsnęła wszystkimi zastanymi strukturami wielkiego społeczeństwa, którego masy do niedawna żyły wciąż pośród trucheł systemu feudalnego.

Wystawa ma swoje słabe strony; można się zastanawiać nad logiką niektórych zestawień i następstwa epizodów rozmieszczonych w następujących po sobie pomieszczeniach; kto chce, może narzekać na brak kilku ważnych prac niektórych spośród największych artystycznych gigantów, nie jest to jednak w stanie odebrać siły oddziaływania tym, które są tam obecne. W końcu, kiedy mowa o takich gigantach dwudziestowiecznej sztuki jak Malewicz czy Kandinsky, to wystawa mająca na celu przedstawienie estetycznego portretu całej, tak dynamicznej epoki w wybitnych twórców obfitującej, musi ich dorobek jedynie sygnalizować. A Malewicz miał niedawno swoją kompletną retrospektywę w Tate Modern. Zwrócono uwagę na dziwną nieobecność Lwa Trockiego w tej części wystawy, która poświęcona jest przywództwu Rewolucji w 1917 roku, jakby kuratorzy ulegli życzeniu Stalina, który tak bardzo pragnął Trockiego wymazać z kart historii. Niemniej jednak wystawa wciąż robi wrażenie tym wszystkim, co na niej jest, rzucając wyzwanie konserwatywnej odrazie do rewolucyjnych zrywów w ogóle i tej rewolucji w szczególności.

*

Ze swoim królewskim przymiotnikiem w nazwie, Royal Academy of Arts jest bez wątpienia instytucją bardziej konserwatywną niż Tate Modern. W kuratorskich komentarzach daje się miejscami wyczuć coś na kształt woli zapanowania nad wybuchowością wystawionego tam materiału, zapanowania nad tym, jak widzowie go zrozumieją i zinterpretują. Tu i ówdzie uwaga o tym, jak nacjonalizacja poskutkowała niedoborami i głodem, a ustępstwa na rzecz rynku niechybnie poprawiły sytuację (i jakość życia nocnego w miastach!). Tak jakby dało się zerwać kajdany tak zmurszałego porządku społecznego, jak ten panujący w przedrewolucyjnej Rosji, bez okresu gwałtownych ekonomicznych turbulencji i politycznej przemocy. Tak jakby wojna domowa rozpętana przez obrońców starego porządku się nie liczyła jako okoliczność wpływająca na możliwości gospodarcze.

El Lissitzky

El Lissitzky, Czerwonym klinem bij w białych

Gdyby próbować streścić wiodącą myśl wystawy, to chyba byłaby nią ta. Rewolucja Październikowa spotkała się z ogromnym entuzjazmem twórców, którzy, zachęcani przez Lenina i jego otoczenie, porwani przez Lenina charyzmę, zobaczyli w niej możliwość zupełnej przebudowy kultury, eksperymentowania z nowymi, dynamicznymi, odważnymi formami, które odpowiadałyby obietnicy emancypacji ludzkiej, nowego społeczeństwa opartego na równości wszystkich, przez Rewolucję złożonej. Już w latach 20. XX wieku zaczęły temu jednak odpowiadać tendencje akcentujące wartość także tego, co stałe, „wiecznorosyjskie”, aż w końcu Stalin ostatecznie założył wszystkim twórcom ograniczający ich ruchy kaftan „realizmu socjalistycznego”.

Dla umysłu konserwatywnego tak ułożona opowieść ma wartość utwierdzającą go w jego przerażeniu rewolucyjnymi pomysłami: ich piękne obietnice zawsze się ostatecznie kończą wielkim „zamachem na wolność”, itd. Umysł liberalny czasem reaguje trochę inaczej, dając sobie przyzwolenie na szczerą fascynację momentem wyzwalającym, ale ostatecznie schodzi na pozycję podobną do konserwatysty, ubolewając, że rewolucyjne poczucie wolności jest z definicji tylko tymczasowe, i oddychając z ulgą, że może się zarazem cieszyć estetyką rewolucyjnych twórców, jak i pozostać bezpiecznym mieszczaninem, bo kto inny poniósł ryzyko i zapłacił cenę, żeby on mógł sobie z dystansu powiedzieć, że to się i tak na dłuższą metę nie mogło udać.

*

A jednak zwiedzający wystawę nawet na jej końcowych etapach nie przestają wydawać się zafascynowani zebranymi tam dziełami, także tymi już z początku lat 30. Choć socrealizm jest ulubionym chłopcem do bicia pretensjonalnych estetów nad Wisłą, jego przedziwną właściwością jest, że tak naprawdę całkiem nieźle się starzeje i ma swoich twórców, których nie da się tak po prostu wyrzucić na śmietnik historii sztuki. Agata Pyzik tłumaczy właśnie na polski własną książkę Poor But Sexy, pośród wielu innych poruszanych tam tematów dowodzi w niej m. in., że socrealizmu nie można po prostu zbyć jako „fałszywego”, nieudanego realizmu, bo jego intencją nie było odzwierciedlanie rzeczywistości takiej, jaką jest, ale jej postulowanie, rozumiane normatywnie czy utopijnie. Socrealizmu nie można uczciwie zredukować do sztuki propagandowej „zbrodniczego reżimu” na lustrzane podobieństwo sztuki nazistowskiej. Wystarczy spojrzeć na postulowaną w nim rzeczywistość: jest to rzeczywistość egalitarnego, uniwersalnego prawa do dobrego życia, wyprowadzona z wartości Oświecenia.

Katerina Clark w swojej książce o kulturze wczesnego stalinizmu, Moscow, the Fourth Rome (skupia się na latach 1931-1941) dowodzi, że to, co dla estetycznych awanturników w rodzaju Malewicza i Eisensteina było krępującym gorsetem, miało też inny wymiar. Był nim nacisk, podniesiony do rangi centralnego zadania, położony przez stalinowski aparat kulturalny na obronę pozytywnego dziedzictwa europejskiego Oświecenia – w obliczu antyoświeceniowej ofensywy ruchów faszystowskich w innych częściach Europy. Oczywiście, terror aparatu władzy Stalina sprawiał, że Związek Radziecki pod jego władzą daleki od realizacji obietnic oświeceniowego uniwersalizmu. Radziecka kultura wczesnego stalinizmu nie zamierzała jednak oddać tych obietnic bez walki, zamierzała zachować ich ważność i wartość na przyszłość, w nadziei na ich wdrożenie w przyszłych, bardziej sprzyjających warunkach. Jak bardzo do nich nie dorastało realnie istniejące radzieckie państwo, to wciąż zupełnie co innego niż otwarta wojna z wartościami uniwersalizmu, którą toczyły inne siły polityczne w ówczesnej Europie.

Może na miejscu byłaby nawet taka analogia. Co jeśli stalinowski terror w ostatecznej instancji był ideologiczną funkcją podjętej przez Józefa Wisarionowicza forsownej industrializacji, czyli woli przeskoczenia na przestrzeni jednego pokolenia stuleci gospodarczego, społecznego i technologicznego zacofania, rzeczy podówczas niewykonalnej w żaden „łagodny” i demokratyczny sposób? Możemy oczywiście upierać się, że „postęp” tak rozumiany nie usprawiedliwia przemocy. Jak jednak powiedział Frankowi Westermanowi jeden z jego rozmówców, gdy pisał swoich Inżynierów dusz, pogląd nieobcy wielu tym, którzy sami przecierpieli przymusową pracę w Gułagu, gdyby Związek Radziecki nie stał się tak szybko światową potęgą przemysłową, III Rzesza wygrałaby II wojnę światową, przynajmniej w jej teatrze europejskim. Dalekie od bezklasowości, oparte na ekscesie arbitralnej władzy monopartii społeczeństwo, w jakie obrócił się Związek Radziecki, nie spełniło egalitarnych obietnic Wielkiej Socjalistycznej Rewolucji Październikowej – ale być może osunęło się w tę postać w obliczu obiektywnych ograniczeń kraju, który odziedziczył takie zacofanie. Może osunięcie się w tę formę okazało się ostatecznie warunkiem pokonania najmroczniejszych sił anty-Oświecenia, jakie dotąd znał świat, które z Berlina zamierzały podbić ogromną część Starego Świata i obrócić go w swoje żerowisko? Może gdyby Lenin przed śmiercią przywrócił wyposażone w realną władzę decydowania sowiety na wszystkich poziomach struktury politycznej „ojczyzny proletariatu” i zapobiegł stalinizmowi tout court, Związek Radziecki rozwijałby się w latach 30. XX wieku spokojniej, bez konwulsji, bez terroru, demokratycznie – ale też bez możliwości nadgonienia przepaści w uprzemysłowieniu, i dlatego w 1941, bez przemysłu zbrojeniowego na światowym poziomie, przegrałby wojnę z Hitlerem, umożliwiając mu położenie kresu cywilizacji Oświecenia w Europie?

Oborona_petrograda

Aleksandr Dejneka, Obrona Piotrogrodu

A teraz wróćmy do zapowiedzianej analogii. Może socrealizm i akademizacja radzieckiej kultury w latach 30. XX wieku były wobec brawury awangard okresu rewolucyjnego tym, czym stalinizm dla samej Rewolucji: zdradą obietnic okresu heroicznego, strąceniem wolności w okrutnej ofierze w przepaść, ale zdradą dokonaną wobec obiektywnej konieczności, w odpowiedzi z jednej strony na realne zacofanie odziedziczonego po przedrewolucyjnym porządku społeczeństwa a z drugiej na bezprecedensowe zagrożenie dla ludzkości, czyli gęstniejące nad Europą czarne chmury anty-Oświecenia? Może coś trzeba było na jakiś czas poświęcić, żeby nie stracić wszystkiego?

Slavoj Žižek przekonywał nawet w W obronie przegranych spraw, że odwrót od awangard i nacisk na humanistyczne dziedzictwo XIX-wiecznej kultury europejskiej w stalinowskiej kulturze lat 30. XX wieku „uratował świat” także po wojnie, sprawiając, że właśnie dzięki wychowaniu w takiej kulturze Chruszczow zapobiegł przekształceniu (poprzez kryzys kubański) zimnej wojny w wojnę najzupełniej gorącą, atomową…

*

Ideologiczny aparat neoliberalnego państwa – od szkoły przez media informacyjne po przemysły kultury – od kilkudziesięciu lat posługuje się straszakiem stalinizmu, który ma nam, bezsilnym trybikom w neoliberalnym reżimie akumulacji kapitału, przypominać, dokąd prowadzą próby odrzucenia jedynie słusznego porządku burżuazyjnej demokracji liberalnej. Do Gułagu. W przekazach ideologicznego aparatu neoliberalnego państwa przez kilka minionych dekad stalinizm był niezmordowanie, wciąż od nowa, wykuwany jako zło, które jest tak monstrualnie złe dlatego, że jest diametralnym przeciwieństwem burżuazyjnej demokracji liberalnej. Kapitalnym egzemplum jest film twórcy Indochin Régisa Wargniera Wschód–Zachód (1999). Ideologia przenikająca każdy poziom życia jako przeciwieństwo „wolnej od ideologii” liberalnej przestrzeni rynku, nieodsuwalna od władzy monopartia jako przeciwieństwo wyboru między różnymi partiami politycznymi, z których każda ciesząca się akurat władzą może ją stracić przy okazji najbliższych wyborów, itd.

Coraz gorzej ukrywana jest intencja tego niezmordowanego nacisku na figurę stalinizmu. Że chodzi w nim w istocie, żebyśmy nie zwracali uwagi na terror, w jakim sami obecnie żyjemy. Mieliśmy drżeć na myśl o świecie, w którym za jakąś ideologiczną nieposłuszność partyjny urzędnik może człowieka wyrzucić z pracy i uczynić niemożliwym znalezienie jej gdziekolwiek indziej, żeby nie zauważyć, że to jest od dawna rzeczywistość milionów ludzi w neoliberalnym kapitalizmie: przy obecnym stopniu koncentracji kapitału w niejednym przemyśle i branży, nie możemy się dziś postawić maniakalnemu szefowi, bo wszystkie miejsca pracy w naszym zawodzie są pod kontrolą tej samej grupy kapitałowej, i najzwyczajniej nie mamy dokąd pójść. Jesteśmy zmuszani do „osobistego rozwoju” i podnoszenia kwalifikacji, by następnie być skazanymi przez naszych zatrudnicieli na wykonywanie zadań obraźliwych dla naszych zdolności i możliwości. Jesteśmy zmuszani do coraz większej elastyczności, podczas gdy to ci, od których zależy nasze zatrudnienie, najbardziej stanowczo odmawiają jakiejkolwiek elastyczności. Działy Human Resources wielkich korporacji roszczą sobie prawo do posiadania na własność całego naszego życia, domagając się, by nasze CV nie miało żadnej kilkumiesięcznej luki, by każdy miesiąc naszego życia był w nim „usprawiedliwony”. Możemy wybierać między różnymi partiami politycznymi, ale one od dawna są tylko różnymi twarzami tego samego neoliberalnego technokratyzmu. Ideologia konsumenckiego wyboru truje nas z każdej dziury, podawana jest nam nawet w publicznych instytucjach, podczas gdy nie mamy żadnego wyboru oprócz tego, komu damy się oszukać i oskubać. Teatr gdzieś w Polsce musi zamknąć przedstawienie według Kubusia Puchatka, bo angielski miś o bardzo małym rozumku jest po śmierci autora własnością amerykańskiego koncernu. To, jakie filmy powstaną, jakie książki ukażą się w dużych nakładach, zależy od kaprysów biurokratów w korporacjach przemysłów kultury. Całe społeczeństwa, jak Grecja, karane są za niedorastanie do oficjalnej ideologii i próbę jej podważenia wepchnięciem w nędzę. Jak w stalinowskiej prokuraturze, paragraf może się znaleźć na każdego, nie znasz dnia ani godziny: rolnicy rujnowani są w sądach za to, że ptaki i pszczoły przeniosły na ich pola nasiona opatentowane przez Monsanto. I tak dalej.

Ale wizerunek Stalina chyba przestaje już działać. W końcu jak długo można dać się nabierać na ten sam straszak obliczony na odwracanie naszej uwagi od terroru, w którym żyjemy teraz, któremu podlegamy na co dzień?

Ludzie przychodzą tak tłumnie na wystawę o Rewolucji Październikowej i niezależnie od tego, co kuratorzy chcą im podpowiedzieć w towarzyszącym dziełom komentarzu, z fascynacją przyglądają się jej świadectwom z pierwszej ręki, pozostawionym przez samą Rewolucję, jej świadków, jej uczestników i jej wiernych. Chcą zobaczyć, jaka była piękna.

Jarosław Pietrzak

Revolution: Russian Art 1917-1932, wystawa w Royal Academy of Arts w Londynie, 11 lutego – 17 kwietnia 2017.

Ilustracja nad tekstem: Kazimierz Malewicz, Czerwona kawaleria.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Internet, algorytmy i poszukiwanie pracy

Internet był początkowo fenomelną innowacją z punktu widzenia człowieka poszukującego pracy. Wysłanie kilkudziesięciu CV mailem zamiast tradycyjnej poczty to oszczędność na znaczkach, kopertach, drukowaniu, czasie. Internet umożliwia przeszukiwanie ofert pracy nie tylko skuteczniejsze, ale też nieograniczone przestrzennie – z Będzina czy spod Kielc można szukać pracy w Berlinie czy Edynburgu, gdzie akurat mamy paru znajomych, którzy pomogą nam się zainstalować, jeżeli to wypali.

Dziś, w rozwiniętych gospodarkach Internet niemal wyeliminował inne formy pośredniczenia kontaktów między stronami na rynku pracy, pomijając może sytuacje osobistego polecenia przez krewnych i znajomych. Przyszłość wielu kapitalistycznych procesów świetnie widać, przyglądając się światu anglosaskiemu. W Wielkiej Brytanii prawie cały rynek pracy dawno już został przeniesiony do sieci i komputerów. I życie każdego, kto szuka pracy lub chciałby pracę zmienić, stało się koszmarem.

Wszystkie oferty pracy trafiają do sieci, czy to ogłaszane tam bezpośrednio przez przedsiębiorstwa i organizacje, czy przez agentów-pośredników. Wszyscy szukają pracy w sieci, więc wszyscy znajdują te same oferty, jeśli tylko szukają w tym samym mieście czy aglomeracji. W rezultacie, z wyjątkiem stanowisk wymagających nadzwyczaj rzadkich kwalifikacji, jak doktorat z genetyki czy biegła znajomość dwóch języków Dalekiego Wschodu z odpowiednimi certyfikatami, w Londynie liczba zgłoszonych kandydatur idzie często w setki. Rekordem z mojego życia było stanowisko, o które wraz ze mną ubiegało się ponad 900 innych osób.

Kiedy wszyscy poszukujący pracy z taką samą łatwością znajdują wszystkie oferty, oferta z taką samą łatwością dociera do wszystkich. Kiedy setki ludzi aplikują o każde miejsce pracy, nie masz wyjścia, nie możesz poprzestać na wysyłaniu swoich zgłoszeń tylko tam, gdzie naprawdę najbardziej chcesz pracować – musisz wysyłać jak najwięcej. W Londynie, żeby dostać się na kilka rozmów o pracę, wielu poszukujących pracy musi odpowiedzieć na co najmniej sto ofert. Kiedy każdy poszukujący odpowiada na coraz więcej ofert, na wszystkie, które znajdzie w sieci, na oferty przychodzi coraz więcej odpowiedzi i o każdą pracę ubiega się coraz więcej osób. Błędne koło się toczy.

Sam rynek ofert nie jest scentralizowany – różne branże mają rożne swoje ulubione portale i działy ogłoszeń w mediach informacyjnych, kilka portali dąży do gromadzenia jak największej liczby ofert z przestrzeni całej gospodarki, pączkują też serwisy i aplikacje na smartfony agregujące oferty publikowane w różnych miejscach. We wszystkich tych serwisach można ustawić sobie wysyłanie alertów z podobnymi ofertami. Ustawienie takich alertów w kilku serwisach powoduje wrażenie niesamowitego ruchu na rynku pracy, które szybko okazuje się złudzeniem.

Wiele firm i agentów umieszcza tę samą ofertę w kilku serwisach, ogólnych i wyspecjalizowanych w konkretnych branżach. Każdy z tych serwisów, jeśli się już do niego zapisaliśmy, wysyła nam alert, a potem jeszcze każda z aplikacji agregujących oferty z różnych źródeł przysyła nam maila z nagłówkiem mówiącym o dziesięciu nowych miejscach pracy, podczas gdy w rzeczywistości to trzy te same oferty skopiowane w różnych miejscach. W przypadku pracy często spotykanej, np. w księgowości czy sprzedaży, trudno jednak mieć zawsze pewność, czy to ta sama praca, ponieważ agenci, którzy rutynowo wyszukują pracowników do takich zawodów, często używają standardowo sformułowanych ogłoszeń i ukrywają nazwę firmy, żeby zatrzymać swoje pośrednictwo i prowizję. W takiej sytuacji każdy, kto intensywnie szukał kiedyś pracy, choć raz wysłał swoje CV kilka razy w sprawie tej samej oferty pracy, która pojawiła się w różnych miejscach w sieci. To jeszcze bardziej podnosi liczbę aplikacji, jakie spływają w odpowiedzi na każdą ofertę.

Jak często się zdarza, że ktoś faktycznie czyta, albo chociaż rzuca okiem na trzysta czy czterysta CV, które spłynęły w odpowiedzi na każdą ofertę pracy? Bardzo rzadko i coraz rzadziej. Jak działy kadr współczesnych przedsiębiorstw trawią takie ilości CV, listów motywacyjnych i formularzy zgłoszeniowych? Odpowiedź brzmi: komputery, roboty, algorytmy. CV są skanowane i sortowane przez napisane w tym celu programy. Dopiero kilkanaście czy kilkadziesiąt „najlepszych” CV wyłonionych przez algorytmy jest faktycznie czytanych przez ludzi, którzy podejmą decyzję, kto zostanie zatrudniony.

Algorytmy komputerowe stwarzają pozór bezosobowej obiektywności i wolności od subiektywnych uprzedzeń pojedynczego człowieka. Jest to jednak pozór, ponieważ różnego rodzaju uprzedzenia mogą być wpisane w sam algorytm. Najpowszechniejszą plagą tych algorytmów jest to, że zakładają, że najlepszym kandydatem jest ten, kto w poprzedniej pracy robił dokładnie to samo na dokładnie tym samym oprogramowaniu w podobnej firmie lub instytucji.

Mierny pracownik, który robił dokładnie to samo na podobnym stanowisku i na tych samych programach komputerowych, ale został zwolniony za porozumieniem stron, bo nie przykładał się do swoich obowiązków, ma większe szanse dostać pracę niż kandydat wybitnie uzdolniony i entuzjastyczny, który jednak wcześniej pracował na innym oprogramowaniu. Firma nie będzie miała nawet okazji dowiedzieć się o jego czy jej talentach, ponieważ algorytm w ogóle odrzuci to CV i nikt go nawet nie przeczyta. Podobnie z możliwościami przejścia do innego sektora. Księgowy z wieloletnim doświadczeniem w banku, który ma dosyć atmosfery panującej w instytucjach finansowych i chciałby pracować np. w instytucji kulturalnej lub organizacji pozarządowej, też nie przejdzie większości takich algorytmów. Coraz trudniej zmienić więc pracę, można co najwyżej pracodawcę, jeśli znajdziesz drugą pracę – dokładnie taką samą.

Pracownicy nienawidzą swojej pracy, której nie mogą zmienić, chyba że na dokładnie taką samą. Pracodawcy są niezadowoleni, bo pracownicy, którzy nie znoszą swojej pracy, nie są dobrymi pracownikami. A jednak zatrudniają nie tych, którzy chcą u nich pracować i chcą robić właśnie to, tylko tych, którzy w ostatniej pracy robili dokładnie to samo na dokładnie tym samym oprogramowaniu.

Każdego dnia algorytmy odrzucają też tysiące ludzi nawet nie ze względu na zapisane w CV doświadczenie, a na to, że nie wiedzieli, co „lubią” programy skanujące życiorysy. Wysłali CV w formacie PDF, na którym wiele takich botów się zacina, nie czyta ich do końca i w rezulacie odrzuca. Ze względu na doświadczenie w różnych sektorach, lub żeby estetycznie uporządkować swoje CV, wprowadzili jakieś graficzne rozwiązanie, np. ramki czy moduły, na których boty się zacinają i odrzucają CV. Opisując swoje doświadczenie, użyli słów innych niż te, które wpisane były w algorytm jako kluczowe.

Tego rodzaju wiedza na dodatek może ulec szybkiej dezaktualizacji. To, czego się nauczyliśmy szukając pracy dwa lata temu, może już nie działać w przyszłym roku. Ktoś ci kiedyś powiedział, żeby wysyłać CV w pliku PDF, żeby nie rozwalił się jego układ graficzny, jeśli odbiorca ma inną wersję MS Office – dziś wysłanie pliku PDF może cię kosztować pracę twoich marzeń. Jeżeli wszyscy nauczą się właściwych słów kluczowych, twórcy algorytmów wprowadzą zmiany w tym obszarze, żeby wyławiały mniej spośród zgłoszonych CV, bo o to w tych algorytmach w końcu chodzi.

W Londynie stworzyło to rosnący rynek dla agencji wyspecjalizowanych w pisaniu CV uwzględniających aktualne trendy i zoptymalizowanych pod kątem pożądanych przez algorytmy słów kluczowych i struktury. Nie wszystkie te usługi są jednak rzeczywiście coś warte. Dobre pod tymi względami CV może kosztować 100-200 funtów, w zależności od stopnia zaawansowania kariery. W pakiecie z profilem na LinkedIn może być i więcej. Pogarsza to jednak jeszcze bardziej położenie osób w już dramatycznej sytuacji ekonomicznej, np. od wielu miesięcy bezrobotnych. 100 funtów to półtora tygodnia brytyjskiego zasiłku dla bezrobotnych.

Jest to jeden z wielu obszarów, w których bezosobowe i przez nielicznych rozumiane, puszczone na żywioł algorytmy komputerowe zdobywają coraz większą kontrolę nad naszym życiem i najdosłowniej decydują o przyszłości milionów ludzi. O ich indywidualnych szansach na realizację swoich aspiracji, ale także naszych – nas wszystkich – szansach na świat, w którym zrealizowany jest potencjał wszystkich członków społeczeństwa, w którym każdy człowiek robi to, w czym jest najlepszy i do czego ma najwięcej entuzjazmu, podnosząc jakość życia ogółu.

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się na łamach „Tygodnika Faktycznie” (nr 20/2016).

Jestem na Facebooku i Twitterze.