Smutna księżniczka z perłami w zupie

Agnieszka Jakimiak pisze w „Dwutygodniku”, że „polityczny pazur Larraína ustąpił miejsca refleksji o nieszczęśliwej księżniczce, zamkniętej w pałacu z kości słoniowej”. A nawet, że chilijski reżyser „wydaje się zapominać: Diana Spencer pochodziła z arystokratycznej i arcybogatej rodziny, jej małżeństwo z Karolem było wynikiem ustawki wysoko postawionych babć. […] Dlatego jej filmowy monolog o tym, że lubi uciechy życia charakterystycznego dla middle class i woli jeść kurczaki z KFC zamiast polować na bażanty, których (w przeciwieństwie do kurczaków) żałuje, jest dość obraźliwy i odrobinę uzurpatorski”[1].

No więc na początek wyjaśnijmy może, że nie, Pablo Larraín wcale nie zapomina. Lady Di w jego najnowszym filmie Spencer pragnie się wymknąć do sąsiedniej posiadłości, widmowej mansion, w której się wychowała, wokół której rozciągają się połacie ziemi mniej rozlegle bez wątpienia niż te, na których postawiono Sandringham House, ale też na pewno nie jest to trawnik przed domem średnioklasowej rodziny. Nie chciałoby mi się nawet sprawdzać, czy Diana rzeczywiście wychowała się tuż obok i czy posiadłość jej rodziny uległa tak szybko aż takiemu zapuszczeniu – tak niewiele mnie jej życiorys interesuje. Mniemam, że to, jak i wymykanie się tam bohaterki przez płot po nocy, to motywy fikcyjne, do kompletu z duchem Anny Boleyn. Całkiem jak bohater Gaela Garcíi Bernala ścigający poetę Pabla Nerudę w eponimicznym filmie z 2016. I uważam, że mają one (takie motywy) pełne prawo być całkowitym zmyśleniem, natomiast z całą pewnością przypominają one widzowi, że Diana bynajmniej nie pochodziła „z ludu” – na pewno nie grają na tej wiedzy wymazanie.

Przepaść między Dianą a „ludem” czy „zwykłymi ludźmi” pokazuje już otwierająca film sekwencja jej zagubienia w szczerym polu. W przydrożnym lokalu fish & chips bohaterka nie jest w stanie nawiązać z obecnymi tam ludźmi elementarnej komunikacji w bardzo prostej sprawie: ustalenia, gdzie właściwie się znalazła. Diana jest dla nich tylko wizerunkiem służącym do utrzymania ich w politycznej pasywności, takiej samej jak ich milczenie na jej widok. Człowiek za tym wizerunkiem nie jest w stanie – z prostym życiowym problemem – przebić się do nich przez barierę zrobioną z samego tego wizerunku. Relacja dominacji więzi obydwie strony tej relacji, chciałoby się przywołać odpowiednich myślicieli.

Czytaj dalej

My name is Khan and I am not a terrorist

Niedawno [ tekst ukazał się 25 marca 2010 na łamach bloga Najważniejsza ze sztuk, który prowadziłem wtedy na portalu Lewica.pl] na łamach polskiej edycji „Le Monde diplo” zadawałem z niepokojem pytanie, czy w Bollywood zanosi się na kseofobiczny backlash antymuzułmański, którego symptomy analizowałem w filmie Kurbaan – innymi słowy, czy zanosi się na bliźniacze wobec „Hollywood po 11 września” „Bollywood po 26 listopada 2008”.

W momencie, kiedy tamten tekst wychodził z drukarni, stanęło mi przed oczami, że w Bollywood też już się tym jednak na szczęście martwią i to bardziej niż się spodziewałem. Wygląda to nawet tak, jakby cudowne dziecko Bollywoodu, hindus Karan Johar – producent Kurbaan – zorientował się gdzieś w połowie produkcji tamtego filmu o reakcyjnych treściach dziełka Renzila D’Silvy (nazwisko chrześcijańskie) i zakasał rękawy, by przeciwdziałać backlashowi uderzającemu w wyznawców islamu. I z tego powstał My Name Is Khan (Nazywam się Khan).

Czytaj dalej

Mój Dżihad

Pociąg staje, pod ziemią. Nie wiem nawet, gdzie dokładnie – czytałem Diunę, pierwszy raz w życiu coś tak długiego po angielsku, musiałem się skupić – szarpnęło wszystkimi, zaraz potem znieruchomienie, cisza, rozglądanie się wkoło. Przez okna wagonu widać tylko ściany ciemnego tunelu – albo jesteśmy między stacjami, albo tuż przed jakąś. Na pewno gdzieś w centrum albo na West Endzie, bo za głęboko, dużo za głęboko, żeby telefon łapał zasięg.

Cisza. Dłuższa chwila. Gasną światła, potem mrugają nieznośnie, stabilizują się z powrotem. Komunikat, pociąg na chwilę zatrzymany.

Kilka minut później – jeszcze jeden komunikat. Wciąż zatrzymany, nie wiadomo, na jak długo. Żadnych konkretów, tylko wrażenie – coś się stało.

Już bez tego byłem spóźniony. Prysznic trzy razy dłużej niż normalnie. Kilka razy się przebierałem, musiałem usiąść, żeby się opanować, a jak już usiadłem, to chyba z pół godziny się nie ruszałem. Strach zamroził moje spojrzenie na przypadkowym punkcie na ścianie. Nawet nie punkcie – gdzieś pośrodku szerokiej plamy ściany, bez nawet punktu z prawdziwego zdarzenia.

Teraz – dopełnienie katastrofy.

Już pół godziny stoimy. Końca nie widać.

Patrzę na telefon, sam nie wiem, który już raz. Jakbym naprawdę wierzył, że mógł odzyskać zasięg. Wagon nie ruszył nawet o milimetr. Nic się nie zmieniło, żadnych nowych wiadomości, żadnych notyfikacji, żadnych aktualizacji, zero zasięgu.

Kolejne ogłoszenie z kabiny kierowcy: wypadek transportowy. Co to znaczy – wypadek transportowy?

W telefonie moja konwersacja z J. – J. Grindr, tak go zapisałem, bo stamtąd go „znam”; jak naprawdę ma na imię? – kończy się na mojej do niego wiadomości. Napisałem ją jakby w ostatniej chwili, zanim wjadę pod ziemię, jakbym, cholera, wiedział, że zaraz utkwię tu na Bóg wie, ile. „Jestem nieśmiały”. To ta ostatnia wiadomość. Zdążyłem się jeszcze dowiedzieć, że odebrał i przeczytał – WhatsApp, dwa „ptaszki”, kolor błękitny.

Pewnie już dawno coś odpowiedział, ale co? Co myśli o tym, że to ostatnia rzecz, jaką napisałem od ponad godziny? Trochę głupie, jak na ostatnią wiadomość. Mogłoby na przykład znaczyć „Jestem zbyt nieśmiały, jednak nie przyjadę, sorry”. Oczywiście, jestem tak cholernie, kurwa, nieśmiały, że do tej chwili nie ufam sobie, że do niego dojadę, dojdę do jego drzwi i do nich zadzwonię. Ale naprawdę miałem takim zamiar, podjąłem ogromny wysiłek, żeby tam do niego dotrzeć. Żeby pokonać tę pizdę, tego tchórza w sobie.


Tak zaczyna się piąta z Soho Stories. Po całość – zajrzyj tutaj.

Dlaczego Imperium żąda głowy Assange’a?

Tekst ukazał się pierwotnie 12 stycznia 2021 na łamach portalu Strajk.eu.

W kalejdoskopie bieżących wydarzeń warto nie zapominać o sprawie Juliana Assange’a. Jest ona ważniejsza niż wynikałoby z miejsca, jakie zajmuje w przekazie większości polskich mediów. Kolejny akt tej tragedii (coraz wyraźniej, niestety, widać, że to się inaczej niż tragicznie nie skończy) rozegrał się w dwóch odsłonach przed londyńskim sądem Old Bailey.

W pierwszej odsłonie, 4 stycznia, sędzia Vanessa Baraitser odrzuciła amerykański wniosek o wydanie go amerykańskiemu wymiarowi „sprawiedliwości”. Uzasadniła to jedynie dramatycznym stanem jego zdrowia fizycznego i psychicznego, który może oskarżonego doprowadzić nawet do samobójstwa. Odrzuciła natomiast wszystkie argumenty obrony odnoszące się do meritum. Że amerykańskie żądania są bezprawne, bo Assange’a chronią gwarancje wolności słowa i prasy (Assange jest pierwszym w historii dziennikarzem ściganym na podstawie Espionage Act, amerykańskiej „Ustawy o szpiegostwie”). Że prawdziwe powody amerykańskiego postępowania przeciwko niemu są stricte polityczne, a ekstradycja w sprawach politycznych jest explicite zakazana przez traktat ekstradycyjny między Wielką Brytanią a Stanami Zjednoczonymi.

Nazajutrz ten sam sąd odrzucił wniosek o wypuszczenie Assange’a za kaucją z więzienia o podwyższonym rygorze, Belmarsh, w którym wyniszczony niemal kompletną izolacją Assange umiera na raty. Prawnicy Waszyngtonu nie składają broni i będą się odwoływać. Brytyjczycy czekają jedynie, aż do Białego Domu wprowadzi się nowy lokator i da jasno do zrozumienia, jakie są intencje wstępującej administracji wobec Australijczyka.

Assange i WikiLeaks

Słynny australijski dziennikarz i wydawca jest na celowniku Stanów Zjednoczonych i posłusznej ich woli Wielkiej Brytanii już od ponad dekady. Unieruchomiony najpierw w ambasadzie Ekwadoru w Londynie – dostał tam azyl polityczny za prezydentury Rafaela Correi, w 2012 roku. Nie mógł się stamtąd ruszyć, bo na zewnątrz cały czas czekała gotowa go aresztować brytyjska policja, a Amerykanie szukali możliwości, jak go z ambasady porwać lub jak go tam otruć. Było to już formą uwięzienia, ale stało się uwięzieniem sensu stricto, gdy władzę w Ekwadorze przejął Lenin Moreno (w 2017). Moreno, pomimo iż startował jako namaszczony przez Correę jego ideowy następca, po przejęciu władzy przeszedł na pozycje proamerykańskie. Oznaczało to m. in. sprzedanie Assange’a w zamian kredyty z kontrolowanych przez Amerykanów międzynarodowych instytucji finansowych. Na początek było to uprzykrzanie mu życia, znaczące pogorszenie warunków jego pobytu, szpiegowanie wszystkich jego kontaktów (w tym z prawnikami i najbliższymi mu osobami) za pośrednictwem hiszpańskiej firmy ochroniarskiej i przekazywanie zdobywanej tak wiedzy Waszyngtonowi. W końcu Ekwador po prostu wydał go Wielkiej Brytanii, żeby ta wydała go następnie Amerykanom.

Dziesięć lat pościgu, podstępów i osaczenia. W tym czasie: dwóch amerykańskich prezydentów, demokrata i republikanin, wkrótce na urząd wstąpi trzeci; po naszej stronie oceanu: trzech brytyjskich premierów. Wołanie Imperium o głowę Assange’a – bez zmian, cały czas to samo.

Czytaj dalej

Nirvaan

Pamiętam, że wzrok mi uciekał w stronę twoich dłoni, były przepiękne. O niezwykle długich palcach, ale jak harmonijnie długich, bo w tak doskonałą całość układały się z twoim wzrostem — byłeś ode mnie kilkanaście centymetrów wyższy. Paznokcie były duże, płaskie, zdecydowanie zaokrąglone na końcach i doskonale gładkie. Nie potrzebowałem więcej czasu, już wiedziałem, że chcę, by te dłonie, te palce mnie dotykały. Ty jednak spłoszyłeś się wędrówką moich oczu jak mały chłopiec, przy twoim wzroście było to rozczulające — schowałeś obie dłonie pod pachy. Strasznie mi wysychają, powiedziałeś, bo tu jest tak zimno.

[…]


Przysunąłem się jeszcze bliżej. Raz kozie śmierć, przecież zaprosiłeś mnie na noc, byłem już w twoim łóżku. Jeśli będę czekał na twoją inicjatywę, mogę czekać do końca świata. Pocałowałem cię nieśmiało, bałem się, że serce bije mi za głośno, że to aż śmieszne, jak bardzo jestem podniecony. Czekałeś na to, a jednocześnie byłeś zaskoczony, że to się w końcu stało. Byłeś zaskoczony, ale nie stawiałeś oporu. Nie stawiałeś oporu, ale trwałeś jak sparaliżowany w oczekiwaniu co dalej. Po chwili zamknąłeś jednak laptopa i odłożyłeś go na szafkę nocną obok łóżka. Wykonałeś więc wreszcie jakiś gest na potwierdzenie, że tak, chcesz tego, Fuck the photos from Durban, powiedziałeś.

Nie wykonałeś jednak żadnego innego gestu. Wszystko zależało teraz całkowicie ode mnie i czułem się z tym nieswojo. […]

Czułem się z tym nieswojo, bo wyglądało na to, że najlepiej by było, gdybym to ja wziął ciebie z odwagą i energią, z jaką brał mnie Bala — a ja tej odwagi nie miałem. Cały w lęku, że to nie rola dla mnie, że się nie sprawdzę, że się nie nadaję, że będę do niczego. Czułem się z tym nieswojo, bo leżałeś jak kłoda, bezwładnie wyczekując, co się teraz stanie. Jakbym mógł ci zrobić coś złego. Pragnąłem cię, pragnąłem znaleźć szparę w tym kokonie, w którym byłeś zamknięty, szparę, przez którą mógłbym dostać się do środka, do ciebie, uwolnić cię, ale miałem wrażenie, że nie potrafię do takiej szpary dotrzeć. Zacząłem cię całować — ostrożnie. Zdjąłem okulary, nie chciałem się podnosić, żeby je odłożyć na nocną szafkę, jakbym się bał, że jak się ruszę, to cię stracę. Wziąłeś je ode mnie i odłożyłeś na szafce po swojej stronie. Tak, dostałem się wreszcie tak blisko twoich oczu Arjuna Rampala. Były otwarte. Chciałem w nich zatonąć. Ich głęboka czerń spoglądała na mnie wyczekująco i z lękiem. What were you afraid of? Me? To ja się bałem, nie wiedziałem, jak się z tobą obchodzić po tym, co mi dzisiaj powiedziałeś. Poczułem suchą niepewność twoich ust. Udzieliłem im wilgoci moich własnych, głodnych ciebie. Odnalazłem twój język, który nieśmiało zaczął odpowiadać na działania mojego. Na dolnej wardze czułem ciche łaskotanie twojej bródki, tej cudownej czarnej kępki. Moje palce dotknęły najpierw skóry na twoim policzku, ostrożnie, jakbym się bał, że coś uszkodzę, tak była gładka i piękna — Djamel miał podobną, ale jego nie mogłem nigdy tak dotknąć. Kiedy przestałem się aż tak obawiać, przejechałem kciukiem tuż pod twoim okiem, potem dotknąłem nim twojej brwi. Jakbym potrzebował się upewnić, przez kontakt z różnymi fakturami, że to się dzieje naprawdę, naprawdę dotykam cię w taki sposób, naprawdę jesteś wreszcie mój, tak blisko. Wtedy moje palce podążyły do góry, zanurzyły się w twoich kruczoczarnych włosach, gęstych i naturalnie miękkich, tylko sztucznie czymś utwardzonych. Były matowe, delikatne. Pieszczota palców przywracała im miękkość.

[…]


To są dwa króciutkie fragmenty. Trochę dłuższe można znaleźć tutaj. Całość – w postaci książki! – w październiku. Można ją zamówić w przedsprzedaży tutaj.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Rzuć okiem na moje opowiadania i/lub mikropowieści pod roboczym wspólnym tytułem Soho Stories.

Nirvaan w przedsprzedaży

Moją pierwszą powieść – zatytułowaną Nirvaan – można już zamawiać w przedsprzedaży.

Zachęcam do wybrania tego sposobu, ponieważ ułatwi mi on zaplanowanie nakładu.


My real name is Nirvaan, powiedziałeś – i już w tym momencie mnie złowiłeś, byłem cały twój, imię równie piękne jak jego właściciel. Jak nirwana?


Cena w przedsprzedaży zawiera już w sobie koszty wysyłki w Europie. Osobom, które zamówią egzemplarz w przedsprzedaży, wyślę w tym samym czasie, co wszystkim tym, którzy swoje zamówienie złożyli za pośrednictwem zbiórki na Kickstarterze – niezwłocznie po odbiorze książki od drukarza, co ma mieć miejsce w październiku.

Zamówienia złożone później, kiedy będę już z powrotem w Holandii, mogą mieć nieco wyższe koszty przesyłki do Polski. Tym bardziej zachęcam.

Nie wiem jeszcze, czy książka będzie dostępna w księgarniach. Jeżeli znasz księgarza, którego mogłoby to zainteresować, lub sam nim jesteś – skontaktuj się (lub jego/ją) ze mną.

Zamów egzemplarz Nirvaana

Hipnotyzujące spojrzenie, które widzicie u góry strony, to fragment rysunku mojego przyjaciela Łukasza Zaręby zatytułowanego Nirvaan, który znajdzie się na okładce zaprojektowanej przez Krzysztofa Ignasiaka, który kiedyś zaprojektował już okładkę mojej pierwszej książki (Smutki tropików, 2016).

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Rzuć okiem na moje opowiadania i/lub mikropowieści pod roboczym wspólnym tytułem Soho Stories.

„Nirvaan”, Kickstarter – i co dalej?

Część z Was już wie, ale ponieważ Kickstarter właśnie ostatecznie domknął wszystkie transakcje, mogę to teraz oficjalnie potwierdzić i tutaj: kampania crowdfundingowa aka zbiórka na Kickstarterze – zakończona, budżet wydania mojej powieści (pt. Nirvaan) zabezpieczony, Wasze egzemplarze zaklepane.

Dziękuję!

Co dalej?

Kto wziął udział, powinien się spodziewać kwestionariusza, bardzo niebawem, w którym będę pytał o email i adres poczty tradycyjnej, żebym wiedział, gdzie dostarczyć zamówione via Kickstarter książki i ebooki. Krótka ankieta do wypełnienia takimi danymi zostanie wysłana oczywiście mailem, więc nie ignorujcie, jak coś przyjdzie ode mnie via Kickstarter.

Czytaj dalej

Soho Stories

Soho Stories to roboczy, zapewne tymczasowy tytuł czegoś, co mam nadzieję rozrośnie się do większego cyklu, albo może raczej… konstelacji?

Taki parasol, pod który trafią opowiadania o homoseksualnych bohaterach, których (różne, z różnych miejsc, w różnych kierunkach prowadzące) drogi i (różne) struktury pożądania (stąd roboczy podtytuł: Tops / bottoms / versatiles; a może właśnie to powinien być tytuł?) krzyżują się gdzieś w Londynie, w pierwszych dekadach XXI wieku, naszych czasach współczesnych.

Jeżeli napiszę ich dosyć, to spróbuję zmaterializować ostateczną formę, jaką chciałbym, żeby przybrały – ale do tego najlepiej, żeby ich było chociaż tuzin. Hipertekstowej plątaniny, którą można zaczynać od różnych punktów startowych, od różnych historii, i w różnej je czytać kolejności, w komplecie albo w dowolnym wyborze, i na różne sposoby po niej nawigować, przechodząc od jednego bohatera czy narratora do innego. Plątaniny, w której opowiadania się krzyżują i przecinają, narrator lub główny bohater jednej opowiastki pojawia się na drugim planie innej, albo przedmiot pożądania protagonisty jednej jest narratorem innej, i tak dalej, i tym podobne.

Jeżeli będę widział zainteresowanie historiami już się pojawiającymi, doda mi to, oczywiście, gazu i odwagi w rozwijaniu, rozbudowywaniu całej “plątaniny”, więc zaglądajcie, podawajcie dalej.

Czytaj dalej

Harvinder i Tiberiu

Mamy wszędzie drugie lockdowny i nakazy izolacji – to ja mam dla was, może komuś na pocieszenie w tych warunkach, drugie opowiadanie (po tym tutaj). O spotkaniu.

Drugie nazywa się Harvinder i Tiberiu (jest jeszcze Przyjaciel z Kairu). Do pobrania dostępne tutaj.

Zaczyna się tak:

Czytaj dalej