Smutna księżniczka z perłami w zupie

Agnieszka Jakimiak pisze w „Dwutygodniku”, że „polityczny pazur Larraína ustąpił miejsca refleksji o nieszczęśliwej księżniczce, zamkniętej w pałacu z kości słoniowej”. A nawet, że chilijski reżyser „wydaje się zapominać: Diana Spencer pochodziła z arystokratycznej i arcybogatej rodziny, jej małżeństwo z Karolem było wynikiem ustawki wysoko postawionych babć. […] Dlatego jej filmowy monolog o tym, że lubi uciechy życia charakterystycznego dla middle class i woli jeść kurczaki z KFC zamiast polować na bażanty, których (w przeciwieństwie do kurczaków) żałuje, jest dość obraźliwy i odrobinę uzurpatorski”[1].

No więc na początek wyjaśnijmy może, że nie, Pablo Larraín wcale nie zapomina. Lady Di w jego najnowszym filmie Spencer pragnie się wymknąć do sąsiedniej posiadłości, widmowej mansion, w której się wychowała, wokół której rozciągają się połacie ziemi mniej rozlegle bez wątpienia niż te, na których postawiono Sandringham House, ale też na pewno nie jest to trawnik przed domem średnioklasowej rodziny. Nie chciałoby mi się nawet sprawdzać, czy Diana rzeczywiście wychowała się tuż obok i czy posiadłość jej rodziny uległa tak szybko aż takiemu zapuszczeniu – tak niewiele mnie jej życiorys interesuje. Mniemam, że to, jak i wymykanie się tam bohaterki przez płot po nocy, to motywy fikcyjne, do kompletu z duchem Anny Boleyn. Całkiem jak bohater Gaela Garcíi Bernala ścigający poetę Pabla Nerudę w eponimicznym filmie z 2016. I uważam, że mają one (takie motywy) pełne prawo być całkowitym zmyśleniem, natomiast z całą pewnością przypominają one widzowi, że Diana bynajmniej nie pochodziła „z ludu” – na pewno nie grają na tej wiedzy wymazanie.

Przepaść między Dianą a „ludem” czy „zwykłymi ludźmi” pokazuje już otwierająca film sekwencja jej zagubienia w szczerym polu. W przydrożnym lokalu fish & chips bohaterka nie jest w stanie nawiązać z obecnymi tam ludźmi elementarnej komunikacji w bardzo prostej sprawie: ustalenia, gdzie właściwie się znalazła. Diana jest dla nich tylko wizerunkiem służącym do utrzymania ich w politycznej pasywności, takiej samej jak ich milczenie na jej widok. Człowiek za tym wizerunkiem nie jest w stanie – z prostym życiowym problemem – przebić się do nich przez barierę zrobioną z samego tego wizerunku. Relacja dominacji więzi obydwie strony tej relacji, chciałoby się przywołać odpowiednich myślicieli.

Czytaj dalej

Uśmiech Kamali Harris

Tekst ukazał się pierwotnie 29 listopada 2020 roku na łamach protalu Strajk.eu. Przedrukowuję go, bo przypomniała mi o nim wizyta Kamali Harris w Warszawie 10 marca 2022.

Liberalne media w ekstazie niczym święta Teresa Berniniego. Może amerykański prezydent-elekt Joe Biden jest starym białym zgredem, od zawsze w establiszmencie, ale za to jego wice- zostanie pierwsza w amerykańskiej historii kobieta na tak wysokim stanowisku, do tego, za jednym zamachem: pierwsza czarna kobieta, i pierwsza kobieta indyjskiego pochodzenia. Ojciec z Jamajki, matka z Tamilnadu, urodzona w 1964 (a więc młoda jak na najwyższe eszelony amerykańskiej władzy państwowej). Polityczno-tożsamościowe bingo.

Była jedną z tych, którzy – obok Berniego Sandersa, Elizabeth Warren, Pete’a Buttigiega, Michaela Bloomberga i Tulsi Gabbard – na początku tego cyklu kampanii wystartowali, by ubiegać się o nominację Partii Demokratycznej do wyborów prezydenckich. Jako pierwsza z nich wszystkich odpadła, albo raczej sama zrezygnowała. Oficjalnie ogłosiła, że powodem była niezdolność zgromadzenia wystarczających środków na skuteczną kontynuację kampanii.

Czytaj dalej

PiS, kłamstwa i telewizja

[Tekst ukazał się pierwotnie 15 września 2020 r. na łamach portalu Strajk.eu.]

Kiedy rzecznik praw dziecka Mikołaj Pawlak powiedział w telewizji, że edukatorzy seksualni rozdają dzieciom środki farmakologiczne, które zmieniają płeć, zatkało nas wszystkich – było to jednak jedno z tych zaskoczeń, do których tak naprawdę dawno już przywykliśmy. Owszem, była to teza absurdalna, nawet gdyby wśród edukatorów byli i tacy, którym marzy się podstępne osłabianie polskiej tkanki narodowej zaklinaniem potencjalnych husarzy w niewiasty. Ale jednocześnie absurdalność tej tezy wpisuje się logicznie w dotychczasową strategię dyskursywną partii rządzącej, jej koalicjantów i jej aparatów propagandowych, w szczególności TVP (ale przecież nie tylko). Podobne rzeczy słyszymy od pięciu lat.

Jak reagować na tak niedorzeczny przekaz zalewający nas każdego dnia? Może na początek zadać (sobie) pytania o obydwie strony takiego procesu komunikacyjnego: nadawców i odbiorców. O stosunek jednych i drugich do takich komunikatów. Do czego ich używają? Może wcale nie do opisu i rozumienia rzeczywistości, nawet z poprawką na skrzywienie ideologiczne? Może wcale niekoniecznie – albo nie wszyscy – w tym celu? 

Nadawcy

Najpierw nadawcy. Czy politycy PiS i ich propagandyści gadają w jakimś amoku? Czy wierzą w to, co wygadują? Czy wierzą w te tabletki? W to, że dzieci będą na lekcjach uczone masturbacji, jeśli dopuścimy w Polsce do cywilizowanej edukacji seksualnej? Że bezbronną policję atakują na ulicach homoseksualne bojówki? W spiski niemiecko-gejowskie przeciwko polskim świętościom? Że wycinanie lasów chroni przyrodę i klimat? Że cały świat patrzy z zazdrością i zapartym tchem na Polskę i jej bohaterskie konfrontacje z Angelą Merkel?

Nie ulega wątpliwości, że wśród PiS-owskich ujadaczy są – być może całkiem liczni – ludzie w znacznym stopniu obłąkani, którzy wierzą w każde takie (swoje i kolegów) słowo. Nawet jednak jeśli są liczni, to raczej nie stanowią większości. Reszta wykonuje polityczne polecenia, używa dostarczonego mniej lub bardziej dosłownie „skryptu”. Tematy, motywy, kozły ofiarne wystawiane na szczucie – podsuwane są one przez dyrygentów tego kakofonicznego koncertu cynicznie i z rozmysłem. Motywowane to jest jakąś, głęboko amoralną koncepcją „natury” Polaków jako bytu tożsamościowego, połączona ze znajomością technik polaryzowania społeczeństw i ustawiania takich naparzanek wypracowanych przez prawicę amerykańską – a także z jakąś socjologiczną wiedzą na temat polskiego społeczeństwa. Jest to wiedza, której nie należy przeceniać w tym sensie, że nie opiera się ona na głębi filozoficznych koncepcji i nie wynika z niej żaden spójny projekt rozwiązania problemów współczesności – nawet taki, z którym byśmy się nie zgadzali, ale spójny i przemyślany. Jest to jednak wystarczająca do skutecznego zagarniania władzy cyniczna wiedza pragmatyczna na temat polskich lęków i fiksacji, na temat tego, gdzie ustawiać czerwone płachty tak, żeby amerykańskie skrypty „wojen kulturowych” odpaliły z sukcesem w lokalnych warunkach. Na temat tego, jakie traumy okresu restauracji kapitalizmu można przechwycić, urobić, z czym je wymieszać, żeby zwróciły się nie przeciwko temu, co je wywołało (restauracja kapitalizmu) a przeciwko emancypacyjnej tradycji Oświecenia. No i jak to wszystko zrobić, żeby się nadawało do projektu całkowitej dominacji nad polskim życiem społecznym.

Komunikaty

Samo tylko wyśmiewanie tej propagandy i niedorzecznych motywów, z jakich jest komponowana, nie docenia inteligencji i oczytania tych, którzy są w partii rządzącej wielkimi mistrzami dyskursu, nadają mu kierunek, podrzucają tematy a nawet pożądaną frazeologię. Ktoś w PiS, prawdopodobnie sam Kaczyński i część jego otoczenia, jest naprawdę oczytany, i to również w literaturze ideologicznych przeciwników, używanej po to, żeby ich rozumieć, zastawiać na nich pułapki, a nawet trollować całą publiczną dyskusję, a w szczególności opozycję lewicową, którą potrafi ciągle zapędzać do jednego szeregu z liberałami.

Weźmy tę pamiętną ogólnopolską inbę rozpętaną, kiedy Andrzej Duda określił Unię Europejską mianem „wspólnoty wyobrażonej”. Kaczyński lub ktoś w jego otoczeniu – nie sądzę, żeby był to sam Duda, on pewnie dawno nic nie czytał – wydaje się czasem bardziej oczytany w lewicowej literaturze niż większość Polaków uważających swoje poglądy za lewicowe. Fraza „wspólnoty wyobrażone” – w odniesieniu do wspólnot politycznych i tożsamościowych wykraczających poza więzy pokrewieństwa czy plemienności (a więc poddanych jednego króla, wyznawców tej samej religii, wreszcie przedstawicieli tego samego narodu) – pochodzi z jednej z najczęściej cytowanych anglojęzycznych pozycji humanistycznych XX wieku, autorstwa marksistowskiego historyka Benedicta Andersona. Na dodatek stoi ona już w książki tej tytule, nie trzeba nawet zaglądać do środka, żeby ją znaleźć. A jednak większość Polaków uważających swoje poglądy za lewicowe natychmiast dała się wpuścić w maliny i papugowała liberalne hokus-pokus: ale jak to „wyobrażona”, skoro „daje pieniądze”, a pieniądze są prawdziwe!

To nie jest wcale bagatela. W taki sposób lewica pozwala Kaczyńskiemu wytrącać sobie z ręki oręż w postaci własnego języka krytycznego opisu rzeczywistości i wpychać się do jednego worka z liberałami.

Odbiorcy

No a odbiorcy? Ci, do których pisowskie media są skierowane, ci, którzy oglądają TVP? Czy poważnie wierzą w te tabletki zmieniające płeć, te lekcje masturbacji, te homoseksualne bojówki na ulicach, spiski niemiecko-gejowskie?

Odbiorcy propagandowego przekazu Prawa i Sprawiedliwości są pewnie tak samo zróżnicowani, jak wyborcy tej partii. Jest wśród nich twardy elektorat, wierzący w sposób niemal religijny we wszystko, co z Nowogrodzkiej zadekretuje prezes Polski, ale tych jest za mało. Dziś wszyscy już powinniśmy wiedzieć, że ogromna część elektoratu PiS to elektorat warunkowy, „interesowny”, głosujący na PiS bez entuzjazmu, ze strachu przed powrotem liberałów do steru i koryta. Niektórzy doskonale wiedzą, że PiS u koryta jest jeszcze bardziej bezczelny niż liberałowie, ale przynajmniej wprowadził najodważniejszy instrument redystrybucji dochodu od czasu restauracji kapitalizmu w tym kraju. Instrument niedoskonały, nawet niesprawiedliwy, do tego w gruncie rzeczy neoliberalny (pieniądze do wydania na rynku w miejsce i pod nieobecność rozwijania usług publicznych w zakresie choćby opieki nad dziećmi i ich kształcenia), ale i tak odważniejszy niż cokolwiek, co można było choćby pomyśleć przez poprzednią ćwierć wieku. Przez ćwierć wieku jakikolwiek instrument tego rodzaju był jakoby matematycznie niemożliwy, dlatego warunkowi wyborcy PiS boją się, że liberałowie na powrót u władzy powrócą i do dawnej matematyki.

Co, jeśli tak samo jest z odbiorcami kontrolowanej przez PiS telewizji „publicznej”? Jeśli oni też, wielu z nich, nie wierzą nawet w połowę tego, co tam widzą i słyszą – czy to z ust polityków partii rządzącej, czy to z ust „dziennikarzy”? Wybierają Wiadomości zamiast Faktów TVN nie dlatego, że Wiadomościom bardziej wierzą, a pomimo tego, że i tak im nie wierzą?

Czy z propagandą, w którą znaczna część jej widzów najprawdopodobniej i tak nie wierzy, a mimo to ją wybiera, można walczyć wyliczaniem faktów lub wyśmiewaniem niedorzeczności? A jeżeli nie, to jak?

Może najpierw trzeba zadać kolejne pytanie: do czego tacy widzowie jej w takim razie używają, po co ją oglądają, dlaczego ją wybierają? A jeżeli tylko po to, żeby nie oglądać i nie słuchać liberałów? W geście symbolicznej zemsty na nich lub symbolicznej obrony przed nimi i groźbą ich powrotu do władzy?

Rzeczywistość, przekaz, dyskomfort

Czy takie – nazwijmy je, z chwilowego braku lepszego słowa, przekornym – oglądanie przekazu równie odklejonego od rzeczywistości, choć udającego jej opis, nie wywołuje ciężkiego dyskomfortu? Czy ciężkiego dyskomfortu nie wywołuje obieranie przekazu w takim stopniu nasyconego pogardą i agresją wobec kozłów ofiarnych, jeśli sam odbiorca w gruncie rzeczy aż tak bardzo nic tym gejom czy lesbijkom nie ma za złe? Na pewno wywołuje i na pewno wgryza się powoli w świadomość i w światopogląd, nawet jeśli nie wszystkich przekonując, to stopniowo oswajając ich z takim agresywnym dyskursem. Nie bójmy się tego słowa: dyskursem protofaszystowskim.

Ale co, jeśli taki odbiorca do dyskomfortu, do przekazu odklejonego od rzeczywistości, do pogardy przekaz ten wypełniającej, od dawna był już przyzwyczajony, wdrożony, pogodził się z nim? Przyzwyczaiły go do nich wszystkich dominujące, (neo)liberalne media przez ćwierć wieku przed drugim dojściem PiS do władzy.

Przez ćwierć wieku główne media w Polsce grały unisono, ignorując wszystko to, co nie potwierdzało neoliberalnej fantazji o doganianiu Zachodu, o skrobaniu każdy sobie własnej rzepki, o pracy i kołaczach, o pucybutach i milionerach, o Wielkim Reformatorze Leszku Balcerowiczu, który Nagrody Nobla nie dostał tylko dlatego, że mu nie zależało i nie zabiegał. Przez ćwierć wieku przekaz większości polskich mediów był równie odklejony od rzeczywistości, w jakiej żyła większość Polaków. W odklejeniu przekazu medialnego od rzeczywistości nie ma dla nich nic nowego, masowych mediów nieodklejonych od rzeczywistości nie znają. Media liberałów i media PiS to awers i rewers, dwa oblicza tej samej monety. Nowy jest tylko kąt odklejenia od rzeczywistości. Kto wie, dla ilu odbiorów TVPiS taka odmiana po ćwierćwieczu neoliberalnego unisono ma w sobie coś wręcz świeżego, orzeźwiającego? Niezależnie od siermiężności telewizyjnych form, jakie przyjmuje – w końcu, kiedy w dziejach siermiężność form cokolwiek w Polsce dyskwalifikowała?

No a pogarda? No cóż, jeśli ktoś pochodzi z wielkomiejskiej, inteligenckiej lub „średnioklasowej” rodziny, może być zaskoczony dehumanizującą pogardą, jaką nasycony jest przekaz PiS i jego mediów, może nawet uprawiać sofistykę dowodzącą, że przy wszystkich swoich wadach, (neo)liberałowie przynajmniej nie robili czegoś takiego. Jest to ewidentnie doświadczenie klasowe. Każdy kto wychowywał się w robotniczej rodzinie, w zdeindustrializowanym małym mieście, żył zawieszony w pogardzie, przez ćwierć wieku z każdej strony nią osaczony. Homo sovietus, roszczeniowcy, lenie, nieudacznicy. Sami sobie winni. Mojżesz miał rację, wychowani w niewoli muszą najpierw wymrzeć, żeby coś się dało zbudować nowego. I tak dalej. Ćwierć wieku pogardy wypełniającej media neoliberalne znieczuliły na nią samą, na to, jakim jest złem. W tych, którzy byli na celowniku tej pogardy zasadzając ziarno pragnienia jakiegokolwiek odwetu, na kimkolwiek, żeby poczuć się mniej źle. Możliwość zastępczego odwetu, odesłania komuś tej pogardy przyniosły w końcu media podporządkowane PiS-owi. Na tej płaszczyźnie między mediami liberałów i PiS-u zachodzi relacja nawet nie tylko awers-rewers a wręcz przyczyna-skutek. Gdzie media (neo)liberałów to przyczyna, której media PiS są skutkiem.

Dlatego wyśmiewanie tych, którzy są odbiorcami pisowskiej propagandy, niczemu dobremu się nie przysłuży. Ci, którzy w rządach PiS i ich propagandzie odnaleźli przynajmniej złudzenie wytchnienia od pogardy wcześniej wymierzanej w nich, w wyśmiewaniu zobaczą jedynie przedłużenie starej, dobrze im znanej pogardy liberałów. Znowu w tym samym worku z nimi.

Nadchodzący atak na media

Co z tym robić teraz, gdy PiS chce przystąpić do ataku na media będące wciąż poza jego kontrolą?

Chciałbym zawczasu zaznaczyć, że nie wierzę w pełną „repolonizację” tych, które są w rękach zachodniego kapitału. Wystarczy, że Żorżeta, namiestniczka marchewkowego Kaliguli w Kraju Nadwiślańskim, w obronie wolności amerykańskiego TVN-u kiwnie paluszkiem na Twitterze. Jeżeli ta ofensywa się jednak rozwinie, to po to, żeby dostarczyć instrumentów zastraszania i wywierania presji na media i dziennikarzy dotąd poza kontrolą partii rządzącej. Tu kolejny problem: większość z tych mediów, większość z tych dziennikarzy nie zasłużyła sobie niczym na naszą (lewicy) obronę. Jedyne, co przemawia na ich korzyść, to to, że nie są PiS-em. To niezbyt wiele, większa część świata, nawet większa część Polski, nie jest PiS-em. Wielu z nich jest za to rewersem i przyczyną rządów PiS-u i nastania TVPiS.

Dwie pokusy rodzą się w tej sytuacji na pozbawionej sił, znaczenia i własnych dużych mediów polskiej lewicy. Pierwsza: olać cały ten bajzel, bo żadna ze stron tej wojny nie jest warta funta kłaków. Druga: przyłączyć się bez wybrzydzania do liberałów, zanim PiS przejmie wszystko. „Nie czas krytykować opozycję, kiedy PiS jest już pięć lat u władzy i najwyraźniej chce tam zostać do końca stulecia!”.  

Pierwsza pokusa jest niebezpieczna, bo PiS naprawdę chce sięgnąć po maksimum władzy – we wszystkich możliwych obszarach życia społecznego. Żeby to osiągnąć, gotów jest w pełni znormalizować w Polsce faszyzujący język, przygotowując tym samym Polaków na ewentualny zwrot ku znacznie twardszym formom autorytaryzmu wraz z pogłębianiem się obecnego kryzysu kapitalizmu.

Kiedy PiS uderzy w media, uderzy też w lewicowe, pomimo iż są dziś tak słabe i niszowe, na granicy społecznej rozpoznawalności. Nic tak skutecznie nie zabezpiecza PiS-owi pozostawania u władzy, jak to, że jedyną widoczną w sferze publicznej konkurencję ma w skompromitowanych (neo)liberałach. Uniemożliwienie rozwoju mediów lewicowych, wgniecenie ich na zawsze w wąziutki margines, na którym się dzisiaj znajdują, jest w jego interesie nawet bardziej niż prawdziwa „repolonizacja” telewizji TVN. Dlatego przecież w taki właśnie sposób od dawna rozgrywa lewicę – żeby znajdowała się co chwilę, chce czy nie, w ogonie liberałów; żeby niewtajemniczonemu, człowiekowi z zewnątrz, jawiła się jako ich marginalna, niewyraźna frakcja, pozbawiona cech szczególnych.

I dlatego właśnie druga pokusa jest równie niebezpieczna jak pierwsza. Opór oporowi nierówny. Znalezienie się po raz kolejny w ogonie liberałów, w bezkrytycznej obronie ich mediów, pogłębi tylko marginalizację lewicy, jakkolwiek rozumianej. Lewica musi być przeciwna próbom PiS-u przejęcia całkowitej kontroli nad mediami w Polsce, a jednocześnie nie może iść na żadne ustępstwa w krytyce mediów (neo)liberałów. Iść na sojusz przeciwko PiS-owi w konkretnej sprawie, ale bez umizgów wobec drugiej strony – na każdym kroku, bez pąsów na twarzy, przypominając (neo)liberałom, że PiS jest karą za ich grzechy, powrotem tego, co oni wyparli, zemstą tego, co oni wykluczyli. Że to oni są przyczyną PiS-u, sami na siebie ten bat ukręcili.

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się pierwotnie 15 września 2020 r. na łamach portalu Strajk.eu.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Rzuć okiem na moje opowiadania i/lub mikropowieści pod roboczym wspólnym tytułem Soho Stories.

Chcesz moją nową książkę?

Religia, postęp, neoliberalizm

Mam takie wspomnienia lekturowe z czasów, kiedy mieszkałem w Polsce, miałem lat -naście albo dwadzieścia kilka i miesięczniki „Film” i „Kino” czytywałem od deski do deski. Do dziś, z daleka, nie mogę zapomnieć, jak częstym interpretacyjnym wytrychem w odniesieniu do filmów pochodzących z Azji czy Ameryki Łacińskiej (filmów z Afryki w tamtych czasach w polskich kinach nie spotykano) był trop tradycja-nowoczesność. Ich zderzenie, ich opozycja, ich konfrontacja, ich rywalizacja. Może dlatego tak mi się to wryło w pamięć, że nigdy nie ufałem temu narzędziu interpretacyjnemu. Czy „zderzenie tradycji z nowoczesnością” opisuje naprawdę jakąkolwiek współczesną rzeczywistość?

Turcja jest jednym z tych krajów, które, jeżeli w ogóle pojawiałyby się wówczas na łamach polskiej prasy filmowej lub filmowych działów polskiej prasy, to pewnie (powody nie zdarzały się na ekranach często) odruchowo w taki właśnie sposób: tradycja versus nowoczesność.

Czytaj dalej

Filmowcy, PRL i neoliberalizm

Piotr Czerkawski w swojej książce Drżące kadry: Rozmowy o życiu filmowym w PRL-u pomieścił wywiady z trzynastoma polskimi filmowcami, którzy tworzyli lub rozpoczynali swoje kariery w epoce „realnego socjalizmu”. Wielką zaletą książki jest różnorodność rozmówców, reprezentujących różne pokolenia i podejścia do kina, od magnatów po skromnych dokumentalistów. Są to: Jerzy Hoffman, Kazimierz Kutz, Jerzy Antczak, Jerzy Gruza, Marek Piestrak, Wojciech Marczewski, Janusz Kondratiuk, Agnieszka Holland, Krzysztof Zanussi, Magdalena Łazarkiewicz, Maria Zmarz-Koczanowicz, Janusz Zaorski, Marek Piwowski.

Jedna z pierwszych recenzji książki (w “Polityce”) przedstawiła Czerkawskiego jako „bon-vivanta rodzimej krytyki filmowej”. Być może tak właśnie należy postrzegać sposób, w jaki Czerkawski zagaduje swoich rozmówców: wchodzi z nimi w komitywę, już się z nimi przyjaźni (takie odnosimy wrażenie), albo zaprzyjaźnić się chce w trakcie tej rozmowy. Pyta w taki sposób – i o takie rzeczy – żeby opowiadali o tym, co sami chcą opowiedzieć, jak sami chcą się przedstawić. Z żartownisiami (Gruza, Piwowski) żartuje, ze starszyzną (Hoffman) pochyla się nad historią, a narcyzom (Zanussi) pozwala robić sobie dobrze.

Czytaj dalej

Brazylijska przemoc

Najbardziej zdumiewającym wymiarem brazylijskiej przemocy – skali przemocy w Brazylii – wcale nie jest to, jak tej przemocy jest dużo. Najbardziej zdumiewa, że jest jej tak mało. Tak, wszyscy znamy Miasto Boga – powieść Paulo Linsa i film Fernando Meirellesa i Katii Lund, wszyscy znamy Elitarnych Jose Padilhi, wszyscy widzieliśmy w telewizji relację z jakiejś krwawej jatki na ulicach Rio de Janeiro czy São Paulo, strzelaniny w szkole, napadu z bronią, czy wojny między druglordami wciąż sprawującymi władzę w niejednej faweli a jednostkami Policia Pacificadora.

A jednak, mimo wszystko, podtrzymuję: najbardziej zdumiewającym rysem przemocy w Brazylii jest to, jak jej jest niewiele.

miasto boga

Miasto Boga (2002)

Jak zostałem obrabowany

Byłem w Brazylii dwa razy – drugi raz prawie trzy miesiące. Faktycznie, zostałem raz okradziony. Rzecz się miała tak.

Moi znajomi z São Paulo, Péricles i Fabio, zabrali mnie od swojego rodzinnego domu na plaży, w znajdującej się półtorej godziny samochodem od finansowego centrum kraju miejscowości Bertioga. Fabio został w domu, bo nie lubi być długo na słońcu. Ja po sześciu latach życia w Londynie i po zimie poprzedniego roku, która stanowiła w stolicy Albionu, ni mniej, ni więcej, tylko siedem miesięcy mokrych ciemności, byłem wygłodniały słońca, więc razem z Périclesem snuliśmy się po plaży, na której było trochę ludzi, ale rozstrzelonych na jej długości bardzo nierównomiernie. Po jakimś czasie takiego łażenia wzdłóż brzegu, ze stopami podmywanymi wodą, stwierdziliśmy, że wejdziemy na chwilę głębiej do wody. Byliśmy akurat na pustej części plaży, w dość dalekim promieniu nie widać było żywej duszy.

Rozłożyliśmy moją cangę z Salvadoru (canga to to coś, co Brazylijczycy rozkładają na piasku zamiast ręcznika, turystom często sprzedawane są z flagą Brazylii, mozaiką z Copacabany, albo Chrystusem z Corcovado). Na niej położyliśmy torbę, do której Péricles włożył nasze klapki, gdy już byliśmy stopami w wodzie, swoje stare okulary słoneczne i może z sześć czy siedem reais, gdybyśmy chcieli na plaży kupić wodę czy coś. Jest to mniej więcej równowartość dwóch funtów szterlingów. Zostawiliśmy te nasze szpargały kilka metrów od linii brzegu i poszliśmy do wody.

Trzeba było zejść dość daleko od brzegu, bo woda długo była płytka. Cały czas rozmawialiśmy, ale w pewnym momencie obaj obejrzeliśmy się za siebie, za grupą trzech nastoletnich chłopców, przemierzających plażę na rowerach. Przejechali obok naszych rzeczy, jakby otaczając je, z dwóch stron. Obaj pomyśleliśmy „Oh, fuck!”, ale nic nie powiedzieliśmy, bo nie chcieliśmy być za bardzo paranoiczni. Chłopcy odjechali, nie ruszając naszych rzeczy. Nad plażą, niemal nad naszymi głowami, unosił się śmigłowiec policji wojskowej. Odwróciliśmy się ponownie od brzegu wyczekując nadchodzącej fali. Coś nas jednak tchnęło i obaj obejrzeliśmy się znowu za siebie. Jeden z tych trzech chłopców zawrócił. Dwaj stali może kilkadziesiąt metrów dalej. Ten, który zawrócił, zasuwał w stronę naszych szpargałów. Zaczęliśmy krzyczeć i biec do brzegu, ale biegnąc w wodzie nie mogliśmy być ani trochę tak szybcy, jak chłopak na rowerze. Wciąż jadąc, przechylił się, wyciagnął rękę i już zawracał z naszą torbą w garści. Byliśmy już na brzegu, może dziesięć metrów od złodzieja, ale on się szybko oddalał, a Périclesa złapał skurcz w łydce. Chłopak na rowerze zrównał ze swoimi dwoma kolegami i odjechali szybko w trójkę. Widać było, że nie zaglądają, co jest w skradzionej torbie, dopóki nie będą bezpiecznie daleko.

„Co myśmy w ogóle myśleli, biegnąc za nim?” – westchnął Péricles. – „Że go złapiemy i co, będziemy się z nim bić o torbę z klapkami i kilkoma monetami w środku?”

Faktycznie. Cała trójka naszych “złoczyńców” musiała kilka minut później przeżyć pewne rozczarowanie. Na pewno liczyli na coś więcej, jakiś porfel, telefon, ale my nic takiego z rozmysłem nie zabraliśmy na plażę. Frustrujące trochę jednak dla nas było, że to się wydarzyło pod okiem patrolującego plażę helikoptera policyjnego.

To jedyna rzecz, jaka została mi kiedykolwiek w Brazylii skradziona. Klapki były na dodatek stare, kupione jeszcze za czasów poprzedniego pobytu w Brazylii, w 2011 roku. Dni swojej świetności miały już za sobą, bo zabierałem je w międzyczasie na każdy urlop w ciepłe strony. Nosiłem się już z zamiarem ich wyrzucenia i zastąpienia nowymi.

Nie znaczy to, że cała ta historia nie wyrządziła nam krzywdy. Péricles miał tam też swoje okulary przeciwsłoneczne, stare, ale jedyne, jakie zabrał na ów weekend na plaży. No i musieliśmy wracać do domu na bosaka.

Już piasek na plaży, tam gdzie zaczynał się suchy, bo fale już dalej nie docierały, był potwornie gorący, rozpalony lejącym się z nieba żarem. Ale prawdziwy koszmar zaczął się, gdy wyszliśmy z plaży na wyłożoną kostką, a potem betonowymi płytami drogę. Péricles obolały po skurczu w nodze, żaden z nas nieprzyzwyczajony do chodzenia na bosaka po betonie. Francisco w Itaparice nie miał z tym problemu, ale jak powiedział, “na to trzeba lat praktyki”. Desperacko wyszukiwaliśmy wyłaniających się czasem koło krawężnika lub spomiędzy betonowych płytek kępek trawy, staraliśmy się skakać szybciej, gdy w promieniu kilku czy kilkunastu metrów majaczył jakiś nieśmiały, blady trawnik. Ulga była jednak niewielka. O ile trawa miała zwykle temperaturę niższą niż beton, była już do szczętu spalona słońcem, sucha, połamana i twarda, kaleczyła jeszcze dodatkowo nasze poparzone już, czerwone stopy.

Był to chyba najdłuższy kilometr w moim życiu. Kiedy dotarliśmy do domu, wrzuciłem zwłoki moich stóp do basenu i nie wyciągnąłem ich stamtąd przez chyba dwie godziny. Jestem trudny do zdarcia – kiedyś przez trzy tygodnie chodziłem ze złamaną stopą, nie wiedząc, że jest złamana (myślałem, że to tylko lekka opuchlizna spowodowana zwichnięciem) – nocą jeszcze wtarłem w swoje stopy mnóstwo jakiegoś kremu i nazajutrz byłem cały i zdrów. Péricles jednak nie mógł normalnie chodzić przez kilka kolejnych dni, wszystko to bowiem obudziło jakiś starszy, niedoleczony problem w jego stopach.

Oprócz tego byliśmy oczywiście wściekli, że nas taka kretyńska sytuacja spotkała, że się wystawiliśmy na tak głupi łup jakimś młokosom.

Jak na doświadczenie legendarnej “brazylijskiej przemocy” było to jednak niewiele. Nikt do nas nie strzelał, nie groził nożem, nasze straty materialne w skradzionych dobrach były śmiesznej wartości, a obrażenia Périclesa były raczej skutkiem głupiego łańcucha koincydencji, które się w tak przykry złożyły koniec, niż samego aktu dokonanego przez tych przypadkowych chłopców.

Jak już powiedziałem, był to jedyny przypadek, kiedy padłem w Brazylii ofiarą przemocy. Każdy się chyba ze mną zgodzi, że był to przypadek bezprzykładnie niespektakularny; na moim osiedlu w Dąbrowie Górniczej działy się nieraz bardziej sensacyjne wydarzenia. Nie byłem też nigdy świadkiem aktów przemocy skierowanej w stosunku do innych osób, a wybrałem się kiedyś na całą noc do nocnego klubu w faweli w Rio de Janeiro, w innej faweli, słynnej Rocinhi, rządzonej wtedy wciąż przez gangi narkotykowe, nawet się kiedyś zgubiłem.

Przemoc jako rzeczywistość

Ale nie, nie znaczy to wszystko, że w Brazylii nie istnieje problem przemocy i że nic nikomu nigdzie nie grozi. Kto szuka kłopotów, w Brazylii bez większego problemu je znajdzie. Ja nie kusiłem losu i nie zostawiłbym nigdy swojego ukochanego aparatu fotograficznego na plaży, na “kandze”, tak jak z Périclesem zostawiliśmy torbę ze starymi klapkami i sześcioma reais wrzuconymi tam luzem. Nosiłem przy sobie umiarkowane ilości gotówki i najwyżej jedną kartę kredytową. Kiedy po północy robiło się wokół mnie zbyt gęsto, rozglądałem się wokół i rozważałem, czy nie schować jednak mojego canona w plecaku. Ufałem też swojemu instynktowi. Jeśli jakaś ponura ulica w Salvadorze odbijała się dreszczami na moich plecach (a są tam takie ulice – po zmroku tak na mnie działała rua Chile), nigdy więcej nie zapuszczałem się tam po zmierzchu, a już na pewno nie w pojedynkę.

Raz w czasie całego mojego pobytu przestraszyłem się idących w moim kierunku dwóch wysokich młodych mężczyzn, których spojrzenie wywołało u mnie to, co Anglicy nazywają trafnym – jak tak wiele w języku angielskim – słowem unease. Był to ostatni dzień mojego pobytu w Rio, w rękach miałem tego mojego canona, z kartą pamięci pełną zdjęć. Głupio byłoby to stracić tuż przed wyjazdem na lotnisko Galeão. Tym razem nie miałem nawet z sobą plecaka, żeby go gdzieś schować. Miałem wrażenie, że ci dwaj młodzi ludzie wstali na mój widok ze stopni, na których wcześniej siedzieli i zmierzali w moim kierunku. Ponieważ zazwyczaj młodzi brazylijscy mężczyźni wywołują we mnie raczej fascynację – nigdzie nie widziałem tylu tak zabójczo pięknych mężczyzn, jak w Brazylii – niż jakąkolwiek formę lęku, postanowiłem dać wiarę swojemu instynktowi i przyspieszyłem kroku, schodząc im z drogi i znikając z ich radaru.

Ale mimo wszystko, przez cały okres swojej podróży chodziłem z moim canonem wszędzie, gdzie tylko chciałem, nierzadko sam, wielokrotnie włócząc się z nim do późna w noc, w miastach małych i dużych, przytulnych jak Lençóis czy Ouro Preto i słynących – jak Salvador, Rio i São Paulo – z przemocy i ulicznego złodziejstwa, czasem bardzo bezczelnego (w São Paulo opowiadano mi o młodych mężczyznach podjeżdżających na motorach do chodników przy ulicach i wyrywających swoim ofiarom torby czy aparaty fotograficzne, nierzadko odcinając w przelocie nożem paski trzymające je na szyi czy ramieniu pechowego piechura; w filmie Linha de passe Waltera Sallesa i Danieli Thomas możemy zobaczyć, jak wyrywają je z samochodów, w których wybijają szyby). Nic realnie złego nigdy mnie nie spotkało.

police (8)

Policia militar na jednej z ulic Wyższego Miasta w Salvadorze w stanie Bahia

A stranger is a friend you haven’t met yet. To moja ulubiona definicja obcego i lubię trzymać się jej w podroży. Obcy, w każdym razie przez czas mojej podróży przez Brazylię, zwracali mi tę samą monetę. I odwrotnie. Jeśli przestraszysz się chłopaka, bo ma czarną skórę, on nie będzie tak całkiem bez racji, jeśli zapragnie dać ci za to po mordzie i zachować się w sposób, do jakiego go swoją na niego reakcją wezwałeś.

Przyszłym podróżnikom do Brazylii, jeśli potrzebują mniej poetyckiej porady, zalecam zachowywanie się w sposób, który nie kieruje zbyt wiele uwagi na posiadane przez nich wartościowe przedmioty. Jeśli twoja troska o aparat, czy cokolwiek tam nosisz przy sobie, przybiera postać zbyt nerwową, podrywami paniki reagujesz na każdego zbliżającego się człowieka, nerwowo zasłaniasz swój drogocenny obiekt przed widokiem innych, wysyłasz dość jasny komunikat, że cokolwiek tam masz, musi być cholernie drogie: może warto zaryzykować i spróbować ci to zakosić. Ja w nocy zmieniałem mojemu canonowi obiektyw na jasny, fizycznie krótki, bez zmiennej ogniskowej, przeznaczony do zdjęć przy niskiej ilości światła (nie używam flesza), który sprawia, że cały aparat zaczyna wyglądać znacznie bardziej niepozornie; dzięki temu mogłem się zachowywać, jakby był znacznie skromniejszy niż jest w istocie. W miejscach bardzo zatłoczonych, albo po zmroku, gdy mamy przy sobie coś wartościowego, np. aparat fotograficzny, bezpieczniej jest nie pozostawać cały czas w jednym miejscu; lepiej przemieszczać się w tłumie, nie dając potencjalnym złodziejom czasu na oszacowanie dystansu, ryzyka, możliwych podejść i na zorganizowanie samego podejścia do obiektów, które mamy przy sobie.

Przestępczość i przemoc nie są wytworem fantazji radykalnych brazylijskich filmowców, pragnących wstrząsnąć sumieniami swojego społeczeństwa i przekonać je do swoich tez; pewne miejsca są w Brazylii niezbyt bezpieczne. Jak by nie było, Miasto Boga powstało z kompilacji osobistych doświadczeń Paulo Linsa i socjologiczno-antropologicznego materiału testymoniów zgromadzonego przez niego i jego współpracowników w ramach akademickiego projektu badawczego, z którego potem zrodziła się powieść. Innymi słowy, Miasto Boga, powieść i film, zasadniczo ulepione są z faktów i relacji niemal bezpośrednich[1].

W tym samym hostelu w Santa Teresa, w którym i ja przebywałem będąc w Rio – przepiękny hostel Alma de Santa przy rua Andres Belo – zatrzymały się też dwie Angielki, które na dzień przed wylotem z powrotem do Londynu wybrały się na Corcovado, każda ze swoim aparatem, by sfotografować Rio spod stóp betonowej figury Cristo Redentor. Zachowywały sie bardzo rozważnie, bo spod Corcovado wróciły taksówką, tak daleko, jak tylko się dało. Niestety nie dało się pod same drzwi Alma de Santa, bo ulica Andresa Belo nie jest tak naprawdę ulicą, a pnącymi się stromo długimi schodami, z domami po obydwu stronach. Dziewczyny zajechały tą taksówką do samego szczytu tych schodów. Taksówkarz odjechał w swoją stronę, dziewczyny zaczęły schodzić po stopniach w stronę hostelu.

Na stopniach siedziało dwóch młodych mężczyzn, którzy na ich widok wstali. Podeszli do nich, zagrodzili im drogę, postraszyli je bronią – choć najprawdopodobniej była to jakaś atrapa: trwał wtedy Karnawał. Zabrali obydwa aparaty, kartę kredytową i niewielką ilość gotówki, które jedna z dziewczyn miała przy sobie. I błyskawicznie się ulotnili. Najprawdopodobniej do jednej z faweli, które wspinają się na wzgórze niedaleko stamtąd. Roztrzęsione dziewczyny nie mogły pojąć, że to się stało zaledwie kilkanaście kroków od celu, od hostelu, w którym mogły się zamknąć i schronić, ostatniego dnia ich trwającej dwa miesiące z hakiem podróży po kontynencie. Ale uderzyło mnie, jak opisując tę sytuację, podkreślały, że obaj sprawcy byli “czarnymi facetami”, “black guys”… Nie było mnie tam, nie widziałem, ale całkiem możliwe dwaj młodzi negros zobaczyli w oczach turystek strach przed “czarnymi z faweli” i pod wpływem impulsu postanowili je za tę zniewagę ukarać…

Tanya, moja koleżanka z pracy, w czasach kiedy jeszcze pracowałem w firmie internetowej w Londynie, została napadnięta i obrabowana pierwszego dnia w Rio de Janeiro, jeszcze w drodze z lotniska do hostelu. Jest faktem, że ze swymi bardzo jasnymi włosami i germańskim typem urody Tanya wygląda tak bardzo gringo, że bardziej już nie można. Innym faktem jest, że turystki są w Brazylii znacznie bardziej narażone na napady rabunkowe niż ich koledzy płci męskiej. Napastnicy niemal nigdy nie szukają zaczepki, okazji do bitki ani uszkodzeń ciała. Jeśli ryzykują kradzież czy napaść na turystę – a jest to jednak spore ryzyko, bo policja w Brazylii jest uzbrojona po zęby, lubi czasem pokazowo zademonstrować, że turyści są w tym kraju bezpieczni i do chłopców z faweli strzela bez wahania – jest to zwykle motywowane pragnieniem odniesienia szybkiej, jednorazowej korzyści materialnej. Zawsze istnieje prawdopodobieństwo, że zdrowo wyglądający mężczyzna, tym bardziej ich grupa, będzie się trochę skuteczniej bronił (tak, w każdym razie, rozumują).

Dobry aparat fotograficzny wart jest w Brazylii pół lub nawet półtora roku pracy, jeśli zarabia się minimalne wynagrodzenie, a że w Brazylii nie wszyscy są włączeni w obieg gospodarki formalnej, wielu ma do dyspozycji nawet mniej niż oficjalne wynagrodzenie minimalne. Na dodatek sprzęt elektroniczny, smartfony Apple’a czy laptopy wszystkich marek są w Brazylii nawet kilka razy droższe niż w USA czy Europie Zachodniej. Odpowiada za to fenomen, który w biznesie nazywają podobno Brazilian opportunity, ‘brazylijską okazją’ – te same firmy, które sprzedają te dobra znacznie taniej w Europie czy w Ameryce Północnej, w Brazylii naliczają wielokrotnie większe marże, bo wąska grupa najbogatszych Brazylijczyków gotowa jest zapłacić tyle, w zamian za prestiż, w zamian za możliwość demonstrowania, że ich na to stać; wielkim biznesom mechanizm ten pozwala osiągać ten sam zysk przy sprzedaży znacznie mniejszej ilości sztuk, czyli mniejszym wysiłkiem. Wielu brazylijskich nastolatków wie, że ich rodzice nigdy nie odłożą tyle pieniędzy, że sami, sprzedając piwo i wodę na plaży też nigdy nie zarobią tyle, żeby te przedmioty znalazły się w zasięgu ich ręki. Tanya została zaatakowana z użyciem bezpośredniej fizycznej przemocy. Marcos Vinicios, piękny dwudziestopięciolatek z Niterói, pracujący w Rio (Niterói to miasto po drugiej stronie zatoki, nad którą leży Rio de Janeiro i drugiej stronie mostu, który tam prowadzi z Rio), zorientował się tylko, podziwiając jedno z karnawałowych blocos, że złoty naszyjnik w kształcie serca zniknął z jego szyi, ktoś go zerwał.

Przemoc jako fantazja

Czasami można odnieść wrażenie, że to sami Brazylijczycy najbardziej panikują i najbardziej straszą przyjezdnych brazylijską przemocą i przestępczością, malując obraz kraju, w którym na każdym kroku na przybysza z zewnątrz czyha jakieś zagrożenie. Nikt tak często jak Brazylijczycy nie będzie ci odradzał zabrania gdziekolwiek aparatu fotograficznego czy laptopa; Brazylijczycy będą o krok od doradzenia ci, żebyś najlepiej w ogóle nie wyciągał aparatu, bo z aparatem to nigdzie nie jest tak naprawdę bezpiecznie.

Brazylijczycy są ludźmi bardzo serdecznymi i wielu z nich motywuje realna troska o twój dobrostan, nawet jeśli dopiero co cię poznali.

Wielu Brazyliczykom doskwiera też coś w rodzaju nerwicy na tym punkcie. Péricles powiedział mi, że kiedyś przestał w ogóle oglądać w telewizji i czytać w prasie bieżące wiadomości, bo już nie mógł spać od tego, że cały czas relacjonują mu jakieś akty przemocy. Problem z tymi relacjami polega na tym, że kreują one wyolbrzymione i skrzywione wrażenie kraju, w którym dzień powszedni każdego mieszkańca to poszukiwanie przesmyków pomiędzy strzelaniną, napadem z bronią w ręku, agresywną awanturą a, powiedzmy, wypadkiem samochodowym.

“To jest wielki kraj, pół kontynentu, prawie dwieście milionów ludzi. A ogólnokrajowa telewizja i gazety relacjonują każdy napad, każdy strzał z pistoletu, każdego szaleńca czy frustrata, któremu coś odbiło gdzieś na drugim końcu kontynentu, w Amazonii czy w Pernambuco. Wyobraź sobie, że w angielskiej telewizji relacjonują ci każde morderstwo, każdy śmieszny napad na prowincjonalny bank dokonany w całej Europie, gdzieś na obrzeżach Norwegii, w jakimś mieście na Węgrzech, w Estonii i Bóg wie gdzie jeszcze. Można by było zwariować, no nie?”

Większość Brazylijczyków, ile by nie narzekali na korupcję polityków i bezczelność, z jaką kraj eksploatują jego oligarchiczne elity, kocha Brazylię i jest z niej dumna, zwłaszcza z jej dorobku kulturalnego, z globalnej rozpoznawalności jego kultury, oraz z jego naturalnego, tak różnorodnego piękna (jak to sformułowali autorzy jednego z przewodników Lonely Planet: „każdy Brazylijczyk jako swój obraz raju na Ziemi wskaże inne miejsce, niemal na pewno będzie to jednak gdzieś w granicach Brazylii”). Oni by po prostu bardzo chcieli, żeby każdy odwiedzający Brazylię wywiózł stamtąd tylko dobre wspomnienia i spędził resztę życia, opowiadając krewnym i znajomym, jak tam było wspaniale.

Brazylijczycy z klasy średniej z kolei często mają znacznie bardziej ambiwalentne podejście. Trawi ich poważny kompleks, że Brazylia nie spełnia standardów świata cywilizowanego wyznaczanych przez rozwinięte kraje Zachodu i kulturę ich klas średnich; to niespełnianie standardów wywołuje u nich dziwny miks emocji, od irytacji i gniewu po zażenowanie i wstyd. Oni ostrzegają przybysza przed zagrożeniami czyhającymi na każdym kroku w dzikim, wciąż tak mało ucywilizowanym kraju. Jednocześnie robią to w tym celu, żeby przybyszowi, wdrożonemu tymi opowieściami do wzmożonej czujności i szczególnej ostrożności, ostatecznie nic się nie stało, a wizerunek kraju w jego oczach został jako tako ocalony, ostatecznie bardziej pozytywny niż ten, który wyłaniał się z dozowanych mu opowieści grozy; bardziej pozytywny niż ten, na który go przygotowywano.

Przy całej niewątpliwej skali przemocy w Brazylii, pozostaje wciąż zdumiewającym faktem, że przemocy jest w Brazylii, w regularnych międzyludzkich interakcjach, mimo wszystko tak niewiele. W czasie Karnawału w Rio de Janeiro największe zdumienie gringos wywołuje to, że przy tylu milionach pijanych i pijących jeszcze więcej ludzi, którzy wędrują w blocos, tańczą i bawią się na ulicach całego wielkiego miasta, większość uczestników i obserwatorów tego zbiorowego szaleństwa nie spotyka się z żadnymi zachowaniami agresywnymi, wszyscy są niezwykle serdeczni i po prostu bawią się razem. Teraz wyobraźmy sobie million pijanych Polaków czy Anglików na ulicach jednego miasta…

Brazylijczycy mają wszelkie obiektywne powody do agresji i do wybuchów przemocy.

Przemoc i nierówności

Pod względem ekonomicznym Brazylia pozostaje “najbardziej niesprawiedliwym krajem na najbardziej niesprawiedliwym kontynencie”. Według danych z 2011 roku w ręce górnego kwintyla społeczeństwa (20% uzyskujących najwyższe dochody Brazylijczyków) trafia wciąż 57% całości dochodów brazylijskiej gospodarki, zaledwie 3% mniej niż dziesięć lat wcześniej. Dolny kwintyl społecznej drabiny dochodów, 20% najmniej zarabiających Brazylijczyków, uzyskuje zaledwie 3% całości dochodów generowanych przez swoją narodową gospodarkę. Na kontynencie, który cały rozdarty jest drastycznymi ekonomicznymi nierównościami, Brazylię charakteryzują nierówności gorsze jeszcze niż w większości państw regionu. Współczynnik społecznych nierówności (Gini index) wynosi w Brazylii 0.529 (dane wciąż za rok 2011)[2]. Jest to jeden z najbardziej dramatycznych wyników na świecie.

Brazylia, z tak ogromnymi bogactwami naturalnymi, jest jedniocześnie trzecim po Chinach i Indiach państwem z największą populacją zamieszkującą slumsy, zwane tam fawelami. Mają one lokalną specyfikę, lokalne cechy charakterystyczne – przede wszystkim są bez porównania lepiej zbudowane niż shanty towns w innych częściach świata, bo wiele z nich założyli „na dziko” wykwalifikowani robotnicy budowlani. Slumsy pozostają jednak slumsami, nawet kiedy są trochę lepiej zbudowane. Wedle danych podawanych – na podstawie ONZ-HABITAT i innych źródeł – przez Mike’a Davisa, mieszkańców faweli było jeszcze niedawno 51,7 mln, co stanowiło 36,6% ludności kraju[3]. W Chinach slumsy zamieszkuje według tych samych zestawień 37,8% ludności, w Indiach 55,5%.

Chociaż rządząca Partido dos Trabalhadores chwali się, że prowadzona przez nią polityka podniosła w ciągu dekady status materialny ponad 70 milionów ludzi, część wyprowadzając ze skrajnej biedy, część z biedy przenosząc w domenę tego, co w Brazylii uchodzi za klasę średnią (z reguły awans ma miejsce do tamtejszej “niższej klasy średniej”), to pewną rolę w entuzjastycznym tonie tych statystyk odgrywa jednak fakt, jakich w nich użyto miar biedy i skrajnej biedy. Brazylijskie statystyki wyjątkowo nisko ustawiają ich oficjalne progi. Lena Lavinas z Instytutu Ekonomii Universidade Federal de Rio de Janeiro zauważyła, że gdyby brazylijscy ekonomiści (i politycy) stosowali tę samą metodologię, której używa się teraz w Unii Europejskiej (próg biedy wyznaczając na poziomie 50% mediany dochodów), jako żyjących w biedzie trzeba by policzyć aż 40% populacji Brazylii, 70 milionów Brazylijczyków. Na dodatek sama ta mediana dochodu na głowę wynosi w Brazylii zaledwie śmieszne 466 reais miesięcznie, przybliżona równowartość zaledwie 240$[4]. Koszty życia w Brazylii nie należą przy tym do najniższych na świecie, w miastach mogą być porównywalne do Europy, a miasta, które – jak São Paulo czy Brasília – koncentrują w sobie największą władzę polityczną i ekonomiczną, są po prostu bardzo drogie, drogie nawet na zachodnią kieszeń. Ogólnie rzecz ujmując, Brazylia jest najdroższym pod względem kosztów utrzymania państwem w Ameryce Południowej.

pelourinho (42)

Bezdomny śpiący pod dawnym pręgierzem, przy którym biczowano niewolników, na placu przed kościołem św. Franciszka w Salvadorze

Między przemocą a nierównościami społecznymi związek istnieje najzupełniej bezpośredni, jest on też jak najbardziej przyczynowo-skutkowy[5]. Najwyższe miejsca w niesławnych rankingach przestępczości zajmują zawsze i niezmiennie państwa z najwyższym współczynnikiem Giniego. Nierówności kreują frustracje i gniew, które eksplodują nieraz w zupełnie przypadkowych “krótkich spięciach”. Nierówności generują agresywną rywalizację o ograniczone zasoby pomiędzy tymi, którym na drabinie dochodów przypadły  najniższe pozycje. Mechanizmy narastania przemocy i produkcji przestępczości w takich warunkach fenomenalnie pokazują najwybitniejsze brazylijskie favela movies, takie jak Miasto Boga, Linha de passé, Elitarni, Ostatni przystanek 174, oraz filmy dokumentalne, jak Autobus 174. Nierówności popychają w stronę organizacji przestępczych, które nierzadko oferują biednym młodym mężczyznom odciętym od dróg społecznie uznawanego awansu społecznego jedyną drogę do awansu przynajmniej ekonomicznego, nierzadko też najlepszą dostępną im formę kapitału społecznego, bo proponują struktury wzajemnej lojalności, ochrony (przed przemocą innych), i tak dalej.

David Harvey trafnie kiedyś określił też przestępczność jako “prywatyzację redystrybucji”. Nierówności na taką skalę są manifestacją nieistnienia lub porażki realnej polityki ekonomicznej redystrybucji. Pozwalają nielicznym przejmować kontrolę nad coraz szerszymi zasobami bogactwa społecznego, kosztem wyzyskiwanej i wykluczonej z dostępu do tych zasobów większości. Wówczas nierzadko najbardziej dynamiczne jednostki, najbardziej zdeterminowane, by zmienić swój los, nieskłonne tak po prostu zaakceptować swoje liche położenie i jego ideologiczne alibi wciskane im przez uprzywilejowanych (za pośrednictwem mediów, szkoły, Kościoła), biorą sprawy w swoje ręce i przemocą redystrybuują część bogactwa zawłaszczonego przez dominującą ekonomicznie mniejszość. Wielu z nich, gdyby żyło w lepszym („mniej nikczemnym”) świecie, byłoby całkiem prawdopodobnie najbardziej wartościowymi członkami swoich społeczności, wnoszącymi w ich życie nawięcej energii oraz społecznej i ekonomicznej aktywności, asertywność i dynamiczne poszukiwanie rozwiązań.

Brazylijczycy mają wszelkie powody, by być znacznie bardziej agresywnymi, niż są w rzeczywistości. Mają wszelkie powody, by wybuchać użyciem przemocy znacznie częściej i na szerszą skalę, niż im sie to rzeczywiście zdarza. Chłopiec z faweli ma wszelkie powody (i swego rodzaju prawo) rzucać kamieniami w okna luksusowego apartamentowca, którego mieszkańcy odgradzają się od niego i jemu podobnych, a także od odpowiedzialności za nich i za całość społeczeństwa, murem i drutem kolczastym (lub nawet drutem z żyletkami, które po prostu porozcinałyby ciało potencjalnego intruza!); którego mieszkańcy plują mu w twarz swoimi ekonomicznymi przywilejami i swoim pragnieniem fizycznego i symbolicznego odseparowania się od reszty swojego społeczeństwa.

W swojej masowej większości, Brazylijczycy są ciepłymi, przyjaznymi ludźmi, ciekawymi każdego przybysza z daleka, z miejsca zaprzyjaźniającymi się z dopiero co spotkanymi ludźmi. Ich stosunek do otaczającego ich świata społecznego zdefiniowany jest zasadą serdeczności (cordialidade) i przesiąknięty rodzajem ciepłego, zapraszającego do fizycznej i emocjonalnej bliskości, zuniwersalizowanego, adresowanego jakby do całego świata, polimorficznego erotyzmu. Poszczególne lokalne i klasowe wspólnoty nasycone są także pokładami pewnej spontanicznie reprodukującej się, nieprawdopodobnie cierpliwej solidarności, które zapobiegają rozwiązaniom agresywnym oraz chronią te społeczności i ich przedstawicieli przed rozwiązaniami przemocowymi i wybuchami agresji.

capoeira (218)

capoeirista z Salvadoru znany jako Negro Drama

Dlatego, kiedy porzucone przez klasę panującą, coraz bardziej zatłoczone fawele, stoczyły się po równi pochyłej przemocy gangów handlujących narkotykami, Brazylijczycy nie przyjęli tego jak zmian pór roku – że tak to już jest, że ludzie się od czasu do czasu zabijają na ulicy. Pomimo dekad ignorowania całego tego zestawu problemów przez rządzących i elity ekonomiczne, które odpowiedziały jedynie wymianą zamków w drzwiach i symbolicznym obsikaniem swojego terytorium przez zwiększenie liczby pracowników ochrony, większość społeczeństwa była wstrząśnięta rozwojem wypadków tak znakomicie sportretowanych przez Linsa a potem Meirellesa w obydwu (powieściowej i filmowej) tekstualnych odsłonach Miasta Boga. Popularność zwłaszcza filmu, a także udział tej popularności w doprowadzeniu do pierwszego wyborczego zwycięstwa Luli i Partii Pracowników, dowodzą, do jakiego stopnia problem był dla większości Brazylijczyków – zwłaszcza tych, którzy nie mogli się pozamykać w miejskich twierdzach z prywatną ochroną – palący.

Za mało przemocy…

Tak więc – najbardziej zdumiewającym wymiarem przemocy w Brazylii jest wbrew pozorom to, jak jej jest niewiele.

Ale na tym nie koniec. Największym związanym z brazylijską przemocą problemem jest to… że jest jej za mało. Że Brazylijczycy tak rzadko się do niej uciekają: wtedy, kiedy absolutnie należałoby się do niej uciec, pod adresem tych, którzy byliby odbiorcami słusznego gniewu. Że tak łatwo oddają całą przemoc w ręce elit ekonomcznych, wykonawców ich politycznej woli i stojącej na flankach ich stanu posiadania policji. Że za mało jest takiej pięknej, demokratycznej, niemal rewolucyjnej przemocy, jaka ogólnospołeczną energią wylała się na ulice 350 brazylijskich miast w czerwcu, i w lipcu 2013 roku, zanim została zdominowana przez „antykorupcyjne” centrum.

Pięknej demokratycznej, zbiorowej przemocy, skierowanej przeciwko symbolom przywilejów klas panujących.

Reżyser i scenarzysta Karim Aïnouz powiedział kiedyś[6], że jeden z głównych powodów, dla których zainteresowała go postać João Francisco dos Santosa, głównego bohatera jego wspaniałego filmu Madame Satã, leżał w tej właśnie przestrzeni semantycznej. João (we wspaniałej kreacji fascynującego Lazaro Ramosa), wraz ze swą estradowo-karnawałową personą, był dla Aïnouza atrakcyjną i pociągającą odpowiedzią na ten właśnie, charakteryzujący unikających konfrontacji Brazylijczyków, tak przywiązanych do tradycyjnej cordialidade (serdeczności), deficyt agresywnej asertywności. João, kiedy mu się coś nie podobało, kiedy ktoś uzurpował sobie prawa do dominowania nad nim, kiedy ktoś z pozycji władzy – przewagi ekonomicznej (jak w przypadku zatrudniających go miernych artystów kabaretowych), czy monopolu na usankcjonowaną przemoc (jak w przypadku policji), przewagi symbolicznej (jak w przypadku patrzących nań krzywo heteroseksualnych mężczyzn) – to robił sceny, wrzeszczał, dawał w pysk, a nawet strzelał. Konsekwentnie rujnował sobie w ten sposób życie, ale własna godność i własna podmiotowość były dla niego ważniejszymi stawkami.

Do takiej właśnie przemocy odwołuje się Czarny Blok, którego aktywiści działają w przestrzeni publicznej, włączając się w akcje protestacyjne zalewające kraj od czerwca 2013 roku, przy użyciu widowiskowych, zamierzonych aktów wandalizmu. Uważają oni (dość podstawnie), że żadne inne formy protestu nie robią najmniejszego wrażenia na władzy, nie przyciągają też zainteresowania dziennikarzy mainstreamowych mediów, o których mają jak najgorsze zdanie[7]. Nazywają swoje działanie „przemocą performatywną”. Ubrani na czarno młodzieńcy z twarzami pozasłanianymi chustami, trzymający się za ręce, by sprawniej stawiać opór próbującej ich rozbić policji, pojawili się w czerwcu 2013 roku na ulicach dwóch najważniejszych, jeśli idzie o stopień oddziaływania ogólnonarodowego, miastach Brazylii: São Paulo i Rio de Janeiro. Szukali konfrontacji z policją, wybijali okna w oddziałach banków, niszczyli inne symbole globalnego kapitalizmu. W październiku 2013 roku osłaniali swoimi kordonami demonstracje studentów przed przemocą policji. Pozostają ruchem nielicznym (jednorazowo taki „Czarny Blok” liczy na demonstracji w dużym mieście około 50 do 100 osób), raczej marginalnym na tle całości zorganizowanych ruchów protestu, jednak zdołali zająć poczesne miejsce w dyskursie dominujących środków masowego przekazu, zdeterminowanych, by zwalczać ten radykalnie antyautorytarny, antyburżuazyjny i antyelitarystyczny ruch.

Układ sił pomiędzy poszczególnymi klasami społecznymi Brazylii oraz koniunktura ekonomiczna znajdują się obecnie w realnym impasie. Rządząca wciąż PT tkwi w potrzasku właściwych peryferiom kapitazmu ograniczeń burżuazyjnej formalnej demokracji liberalnej oraz wyraźnego wyczerpania się możliwości wzrostu ekonomicznego i poprawy sytuacji mas ludowych bez uderzenia w wielką własność brazylijskiej oligarchii. Wielką własność, na straży nienaruszalności której stoi niekwestionowany przez PT porządek prawny liberalnej demokracji. Jedyne sytuacje, w których PT odważyła się, przy użyciu upolitycznionej siły, uderzyć we własność wielkiej brazylijskiej burżuazji, miały miejsce, kiedy federalne siły zbrojne uderzyły na wykorzystujące pracę niewolniczą plantacje na najbiedniejszym północnym wschodzie kraju (Nordeste). Były to więc sytuacje, w których wielcy właściciele ziemscy w jaskrawy sposób gwałcili podstawy samego porządku burżuazyjnego: zasadę formalnej wolności stron kontraktu (w tym umowy o zatrudnienie) czy minimum uczciwej konkurencji (ich koszty produkcji były niższe niż plantatorów, którzy zatrudniali pracownikom i płacili im regularne wynagrodzenie).

Wielka brazylijska burżuazja nie śpi i odczuwa na swoich bankowych saldach napięcia wynikające ze spowolnienia tempa brazylijskiego wzrostu, a tym samym i procesów akumulacji kapitału. Wielokrotnie w swojej i swojego kraju historii dała jasno do zrozumienia, że nie brzydzi się militarnej i policyjnej przemocy, kiedy potrzebuje odzyskać pełnię kontroli nad procesami ekonomicznego podziału bogactwa i przenieść koszty stagnacji na tych, którzy i tak mają najmniej, wracając na drogę pogłębiania rozdzierających kraj ekonomicznych nierówności. To, co wielka brazylijska burżuazja przedstawiała jako “konserwatywną modernizację” lat 60. i 70., większość świata bez wahania klasyfikowała jako faszystowską dyktaturę.

Jeżeli Brazylijczycy – cała ich większość nie zamieszkująca penthouse’ów Ipanemy ani otoczonych drutem kolczastym pałaców – nie potraktują wydarzeń z czerwca 2013 jako jedynie próby kostiumowej dla większej i bardziej zdecydowanej mobilizacji; jeżeli nie przypomną sobie na czas o możliwości (i konieczności) zastosowania politycznie wyartykułowanej kolektywnej przemocy skierowanej w tych, którzy najbardziej ich wyzyskują, to ci, którzy ich wyzyskują, mogą przypomnieć sobie pierwsi i znów kolektywnie, przy użyciu militarno-policyjnego aparatu represji, uderzyć w tych, których wyzyskują.

Banco de SP

Wieżowiec Banco de São Paulo

Przypisy

[1] Roberto Schwarz, Paulo Lins’ Novel ‘Cidade de Deus’, przeł. (z port. na ang.) John Gledson [w:] City of God in Several Voices. Brazilian Social Cinema as Action, red. Else R.P. Vieira, Nottingham: CCCP 2005, s. 5-12; przedrukowane w: Roberto Schwarz, Two Girls and Other Essays, red. Francis Mulhern, London-New York: Verso 2012, s. 223-234.

[2] Lena Lavinas, 21st Century Welfare, “New Left Review” nr 84, listopad-grudzień 2013, s. 31-32.

[3] Mike Davis, Planeta slumsów, tłum. Katarzyna Bielińska, Warszawa: Książka i Prasa, 2009, s. 39.

[4] L. Lavinas, dz. cyt., s. 31.

[5] Zob. np. Richard Wilkinson, Kate Pickett, Duch równości. Tam, gdzie panuje równość, wszystkim żyje się lepiej, Warszawa: Czarna Owca, 2011.

[6] Demetrios Matheou, The Faber Book of New South American Cinema, London: Faber and Faber 2010, s. 191-201.

[7] Esther Solano Gallego i Paulo Rogério Lugoboni, The story of the unsung heroes: Black Bloc Brazil, ROAR Magazine, http://roarmag.org/2014/06/brazil-black-bloc-protests/

Jarosław Pietrzak

Tekst pochodzi z ebooka Notes brazylijski (2015), dostępnego do pobrania na platformie Gumroad.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

 

Historia go rozgrzeszy. Fidel Castro (1926-2016)

Dziś, 4 grudnia 2016, na zakończenie dziewięciodniowej żałoby narodowej na Kubie, skremowane (zgodnie z życzeniem zmarłego) prochy Fidela Castro spoczną na cmentarzu świętej Ifigenii w Santiago de Cuba.

*

W okresie kryzysu kubańskiego Związek Radziecki na niepokorną karaibską wyspę wysłał nie tylko swoich wojskowych i rakiety, ale też słynnego reżysera, laureata canneńskiej Złotej Palmy za Lecą żurawie, Michaiła Kałatozowa. Pracował on tam nad niezwykłym filmem, jeszcze piękniejszym niż tamten, ale zbyt ekscentrycznym formalnie na swoje czasy i na długo po premierze w 1964 zapomnianym – dopóki nie odkryto go na nowo w latach 90. XX wieku. Soy Cuba (Ja, Kuba) powstał jako koprodukcja radziecko-kubańska. Zainicjowana przez Kubańczyków, którzy dali reżyserowi ogromny margines twórczej wolności, produkcja stała się jednak w znacznym stopniu wyrazem zachwytu samych Rosjan i innych narodów Związku Radzieckiego (Kałatozow był Gruzinem) Rewolucją Kubańską. Kuba Fidela Castro przez sam aparat radzieckiego państwa, zwłaszcza jego szczyty, traktowana często była jako co najmniej zagwozdka, czasem bez mała dopust boży (Castro nie raz i nie dwa postawił Moskwę przed faktami dokonanymi i wymuszał na niej działania, do których wcale nie było jej rychło). Ale Rosjanie i inne narody Związku Radzieckiego, ci wszyscy, którzy wierzyli wciąż w socjalizm, komunizm, antyimperializm, internacjonalizm, albo pamiętali, jak bardzo kiedyś w nie wierzyli, zobaczyli na wyspie, w politycznej namiętności jej mieszkańców, którzy wspólnie wzięli swój los w swoje ręce i odparli pretensje największego kapitalistycznego mocarstwa, którego upasione na grabieży, gargantuiczne cielsko zwisa nad nimi na mapie, że to wszystko wciąż są sprawy z porządku życia i śmierci, z porządku naglącej aktualności. Z porządku politycznego zbawienia ludzkości. To jest naprawdę niesamowity film. Pokaż go swoim dzieciom, zostaną rewolucjonistami.

*

We właściwej ocenie kubańskiego przywódcy i jego dorobku pomóc może jedna z wielu trafnych obserwacji wybitnego amerykańskiego historyka Grega Grandina. Zauważa on gdzieś, że wybory polityczne przwódców każdej kolejnej rewolucyjnej, emancypacyjnej próby podejmowanej przez kolejne społeczeństwa zachodniej półkuli rozumieć można tylko biorąc pod uwagę próby, które je bezpośrednio poprzedzały. Większość z nich zakończyła się bowiem porażkami (prawie zawsze z „pomocą” Waszyngtonu). Każdy kolejny latynoski przywódca kierował się imperatywem uniknięcia błędów poprzedników, uniknięcia powtórki z historii jemu najnowszej.

Dla przywódców Rewolucji Kubańskiej kluczowym takim odniesieniem było wsparte przez USA obalenie lewicowego rządu Jacobo Árbenza w Gwatemali w 1954. Przebywał tam aurat wtedy Ernesto Guevara, zanim udał się do Meksyku, gdzie miał poznać Fidela Castro. Brutalne zarżnięcie postępowych dążeń środkowoamerykańskiej republiki stanowiło poglądową lekcję tego, do czego Imperium Dolara jest zdolne, jakie piekło na Ziemi gotowe jest rozpętać, by utrzymać stosunki klasowe w całej hemisferze w postaci, jaka służy jego interesom i wpasowuje się w jego własny projekt ideologiczny.

Kuba – z jej wzorowanym na sowieckim monopartyjnym modelu politycznym, z amerykańskim embargiem i ciągłymi atakami ze strony Stanów Zjednoczonych, zamachami na życie jej przywódców organizowanymi przez CIA (ponad 630 na życie samego Fidela), z uzależnieniem od militarnego i ekonomicznego wsparcia ZSRR – była takim negatywnym punktem odniesienia dla Salvadora Allende, który liczył, że uniknie losu wyspy, jeśli przejście do socjalizmu odbędzie się w warunkach głębokiego poszanowania dla procedur demokratycznych. Czas pokazał, że były to złudzenia. Rodzimy kapitał sabotował gospodarkę „strajkiem inwestorów” i wywoływaniem sztucznych niedoborów. Do tego sabotażu przyłączał się kapitał zagraniczny – stąd rządowi Allende nie udało się np. zakupić z Francji komputerów potrzebnych do budowy pionierskiego systemu stanowiącego zapowiedź Internetu. Allende nie chciał potraktować chilijskiej burżuazji tak brutalnie, jak kubańską potraktował Castro. Liczył na to, że zmiany struktury własności uda się jedna po drugiej… przegłosować. Ale Imperium Dolara demokracja i głosowania interesują tylko tak długo, jak długo stanowią one fasadę bądź ramę dla tytułów własności i procesów akumulacji kapitału. Połączyło więc siły z niewypędzoną i niewywłaszczoną chilijską burżuazją, i rękoma Augusto Pinocheta zarżnęło polityczny projekt Allende.

Nowszy przykład. Rządy Partii Pracowników Luli da Silvy w Brazylii. Pragnienie uniknięcia z kolei tamtego losu przez jeszcze większą niż w przypadku Allende uległość w stosunku do formalnych reguł liberalnej demokracji, w tym wobec fetyszu prawa własności. Oligarchiczna wielka własnosć znalazła się poza sferą nawet dyskursywnej krytyki politycznej. Nie stała się nawet przedmiotem debaty. To też nie uchroniło projektu politycznego Luli. Oligarchiczna prawica wykorzystała sztuczki konstytucyjne, by odsunąć Partię Pracowników od władzy i postawić na czele rządu byłego informatora amerykańskiej ambasady. Kto wie, czy nie wsadzi Luli za coś do więzienia, żeby nie zdołał stanąć do wyborów w 2018. W międzyczasie reakcyjna administracja Temera wyzeruje wszystkie reformy Luli i Rousseff, zamrozi wydatki na programy społeczne i wyprzeda zasoby kraju, z Amazonią włącznie – krewnym, znajomym i Amerykanom. A mówimy o kraju znacznie silniejszym niż Kuba, piątym najludniejszym na świecie.

Dziś, kiedy kolejne emancypacyjne projekty w Ameryce Łacińskiej upadają pod presją Imperium Dolara i „rynków światowych”, inne trzymają się ostatkiem sił, a jeszcze inne są tylko ruinami i wspomnieniem, historia windykuje wybory dokonane przez Fidela Castro. A przynajmniej uzasadnia jego ocenę stawek i zagrożeń, oraz strategiczne i taktyczne wybory, jak zdobyć tyle, ile się w danym układzie sił międzynarodowych da, i jak obronić jak najwięcej z tych zdobyczy. Tylko jego projekt przetrwał tak długo.

*

hawana-2

Hawana, fot. Michał Kącik

W osobie Fidela Castro odszedł uniwersalista i wielki człowiek Oświecenia, uczeń – jak sam o sobie mówił w wywiadzie-rzece, jakiego udzielił Ignacio Ramonetowi – Karola Marksa z jednej i swojego wielkiego rodaka José Martiego z drugiej strony. Jako człowiek Oświecenia Castro wierzył, że uwolnienie ludzkości (zaczynając od ludu własnego kraju) od niepotrzebnego cierpienia – głodu, uleczalnych chorób, bezwzględnego wyzysku, konsekwencji dewastacji środowiska, wykluczenia z dostępu do wiedzy naukowej – jest sprawą najpilniejszą i jako takie ma pierwszeństwo przed pełnią liberalnych praw politycznych, jeżeli prawa te miałyby stanąć na przeszkodzie. Łatwo go krytykować z europejskiej kanapy, ale nawet najbardziej zagorzali lewicowi krytycy Castro piszący z pozycji demokratycznego socjalizmu, muszą w końcu przyznać (jak Samuel Farber pod koniec swojej książki), że na Kubie ze świecą szukać innej opozycji niż neoliberalna agentura Waszyngtonu i ultrareakcyjnego lobby wypędzonych milionerów w Miami. Castro uznał, że dopuszczenie tego elementu do udziału we władzy oznaczałoby groźbę utraty zdobyczy Rewolucji w zakresie praw społecznych.

A są to zdobycze w warunkach oblężenia przez monstrum z północy imponujące – wskaźniki alfabetyzacji, długości życia i ilości lekarzy na tysiąc mieszkańców wśród najwyższych na świecie; śmiertelność niemowląt wśród najniższych na świecie; niedożywienie wśród dzieci – 0%; bezprecedensowe sukcesy w odtworzeniu zdewastowanych przez kapitalistyczną ekspoloatację ekosystemów (podwojenie powierzchni lasów); spektakularne sukcesy nauk medycznych (wynalezienie szczepionek na szereg chorób tropikalnych i na raka płuc, okrycie metody zatrzymania transmisji wirusa HIV z organizmu zakażonej matki do organizmu płodu, itd.). Rewolucyjna Kuba stała się też prawdziwą potęgą kulturalną – okresy nasilonej cenzury ostatecznie z ogromną nawiązką zrekompensowane zostały przez stworzenie twórcom warunków wolności od totalitarnej władzy rynku.

*

hawana-3

Hawana, fot. Michał Kącik

Tak, zabijał ludzi. Ale złych ludzi, tych, którzy na to zasługiwali lub których zabić było trzeba. „Rewolucja to nie scieżka usłana różami, to walka na śmierć i życie między przyszłością a przeszłością”. Ci, którzy stają w niej w imię przyszłości, mają przeciwko sobie gotowych na wszystko obrońców przeszłości. Wielcy Książęta Przeszłości nie przebierają w środkach, zrobią wszystko, by obronić swoje przywileje i interesy, niezależnie od skandalu cierpienia większości, na jakim są ufundowane. Jeśli ty nie zabijesz ich, oni zabiją ciebie.

Jasne, udanego, „prawdziwego” socjalizmu nie da się zbudować w jednym kraju, i dlatego tak wiele pozostaje na Kubie do życzenia. Możemy sobie tak mędrkować. Ale to nie jest wina Castro, że inni swoich rewolucji nie wygrali. Bo zarzutu, że innym ruchom rewolucyjnym nie pomagał, nie można Castro postawić. Zapytajcie w Algierii, Angoli, Namibii, RPA, Palestynie czy Kongu. Zapytajcie Assatę Shakur albo Angelę Davis.

Tak, w pierwszych latach Rewolucji Kubańskiej jego rząd prześladował osoby homoseksualne. Mnie to też interesuje, ponieważ sam jestem mężczyzną homoseksualnym i uwielbiam Reinaldo Arenasa. Let me, however, tell you a secret: w tamtym okresie prawie każdy rząd prześladował osoby homoseksualne, z „wiodącymi liberalnymi demokracjami” (USA) na czele. Wyjątki były tym właśnie: wyjątkami. Emancypacja ludzkości jest procesem, cieżką pracą – jednostek i społeczności, które odkrywają kolejne zasłony opresji i ideologicznych mistyfikacji, oraz podejmują zmagania, by je zerwać. To jest złożony, obstawiony zasadzkami labirynt, w którym różni ludzie w różnym czasie zaczynają w różnych miejscach, i różne drogi mają do pokonania. Rewolucja Kubańska przedefiniowywała potem swoje podejście do homoseksualizmu, został on zdekryminalizowany w latach 70., a Castro za te historyczne prześladowania wziął na siebie później osobistą odpowiedzialność i uznał je za jeden z wielkich błędów Rewolucji. Wszyscy rodzimy się w jakiejś kulturze, każda kultura ma swoje własne, na wielu poziomach, wokół różnych osi skupione, struktury opresji. Nikt nie rodzi się od razu ze słusznymi poglądami na wszystko. Do Prawdy dochodzi się w żmudnym procesie, w ciężkiej pracy. Prawdziwy heroizm to tej pracy wykonanie, a nie odziedziczenie słusznych poglądów na wszystko po walkach innych ludzi.

Jasne, „prawdziwy” socjalizm musi być demokratyczny, ale podczas gdy większosć współczesnych „demokratycznych socjalistów” żyje bez politycznych sukcesów póki co na marginesach burżuazyjnych liberalnych demokracji (toczonych śmiertelną gangreną), historia niektórych postawiła przed dramatycznym wyborem: co jest ważniejsze, rzeczownik (socjalizm), czy przymiotnik (demokratyczny)? Co, jeśli nie można utrzymać jednego i drugiego, jeśli zachować można tylko jedno? Rzeczownik czy przymiotnik?

Jakkolwiek niedoskonałym był w praktyce socjalistą, był bezkonkurencyjnym antyimperialistą i – jak przypomina niezmiennie znakomity Vijay Prashad – głosem całego Trzeciego Świata / globalnego Południa (czyli większej części ludzkości). Od antykolonialnej wojny w Algierii, przez obalenie apartheidu w Republice Południowej Afryki, po dziesiątki tysięcy lekarzy wysyłanych bezinteresownie tam, gdzie ich brakowało (to Kubańczycy zatrzymali epidemię eboli w Afryce), po stanowisko w sprawie neoliberalnego reżimu zadłużenia międzynarodowego. To nie on zawiódł, to inni przywódcy Trzeciego Świata / globalnego Południa nie dorośli do tego samego formatu.

*

Dziennikarzom, komentatorom i intelektualistom z bożej łaski, którzy krzyczą „dyktator! dyktator! dyktator!”, mam ochotę powiedzieć tyle. Przyjdzie taki moment, że wy będziecie pamiętani już tylko jako studia przypadków w wielkiej historii upadku mediów i kultury globalnego systemu społecznego pędzącego nieuchronnie w przepaść. Jako nadzorcy i komisarze dyskursu gnijącego porządku. Na ten krótki moment, zanim zostaniecie w ogóle, na zawsze i zasłużenie zapomniani. Fidel Castro pozostanie natomiast w pamięci wyklętych ludów Ziemi jako jeden z największych przywódców politycznych XX wieku. Człowiek, którego prochy znajdują dziś wieczny spoczynek, nie tylko nie był pogrobowcem przeszłości, jak wmawiacie nam wy, płatna ideologiczna policja schyłkowego kapitalizmu – jego dorobek będzie punktem odniesienia dla naszej przyszłości, jeśli czeka nas jakakolwiek. Jeśli uda nam się przetrwać ekologiczną katastrofę, do której z samobójczą determinacją prowadzi nas kapitalistyczna eksploatacja zasobów naszej planety, wielki i odważny eksperyment, jakim był projekt polityczny Fidela Castro, będzie jednym z tych miejsc, w które będziemy zerkać, szukając wzorów, jak zbudować lepszy świat. Z jego wizją człowieczeństwa opartą na bezinteresownej i bezwarunkowej solidarności w miejsce sumy egoizmów. Z jego przykładem, że największy nawet Goliat spotka kiedyś swojego Dawida. Z jego szacunkiem dla ekosystemów i sukcesami w ich odtwarzaniu. Z jego szacunkiem dla zasobów i odmową ich marnowania. Z jego wolą dzielenia się nimi, nawet gdy są ograniczone, z tymi, którzy są w potrzebie. Z jego wiarą w społeczną sprawiedliwość i to, że leży ona w uniwersalnym interesie nas wszystkich. Z jego frazą, że może będziemy jeść skromnie, „ale będziemy jeść wszyscy”. Z jego wiarą w Człowieka.

Hasta siempre Comandante. La historia te absolverá.

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze.

zdjęcia: Michał Kącik

Szanse Jeremy’ego Corbyna

24 września, przy okazji konferencji Labour Party w Liverpoolu podane zostały rezultaty wewnątrzpartyjnych wyborów – na stanowisko przewodniczącego. Zaledwie rok po poprzednich, bo dominujące w parlamentarnych ławach Labour prawe skrzydło partii za wszelką cenę usiłowało pozbyć się wybranego na to stanowisko z ogromnym mandatem (więcej głosów niż wszystkich czworo kontrkandydatów razem wziętych) Jeremy’ego Corbyna. Spiski blairystów poszły na marne. Jeremy Corbyn umocnił jeszcze swój mandat. Uzyskał prawie 62% głosów, przy większej liczbie i odsetku głosujących niż rok temu, i to pomimo iż zdominowana przez blairystów partyjna biurokracja na różne sposoby uniemożliwiła głosowanie grubo ponad stu tysiącom osób, które chciały głosować na niego.

Czy ten odnowiony i umocniony mandat udzielony przez członków pomoże Corbynowi z sukcesem prowadzić Labour Party do przodu? Wszystko zależy od miary sukcesu, jaką do szans Corbyna przyłożymy.

Władza w Labour Party

Podziały, jakie przeorały Partię Pracy w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy, okazały się tak głębokie, a konflikt między nimi tak intensywny i – mimo rekoncyliacyjnego stylu samego Corbyna – tak bezwzględny, że pesymistyczna miara za sukces uznałaby w takich warunkach samo dotrwanie Corbyna, bez kolejnych prób wysadzenia go z siodła, w roli lidera, a Labour Party w całości, do wyborów parlamentarnych w 2020. Rozpad partii jest bardzo prawdopodobny: dominujące w parlamentarnej reprezentacji, ale mające dziś wyraźnie mniejszościowe poparcie w szeregach członkowskich prawe skrzydło (blairyści) wyodrębniłoby się w takim scenariuszu w partię centrową nieznacznie na lewo od Torysów. Jednak w warunkach brytyjskiego systemu wyborczego (okręgi jednomandatowe), w którym zwycięska partia bierze nieproporcjonalnie dużą liczbę miejsc w parlamencie, będzie to mogło oznaczać wyborczą katastrofę dla obydwu takich partii – sierot po Tonym Blairze i zwolenników Corbyna. Partia przerobiła już ten scenariusz w latach 80.

Jednak to, że taki rozpad oznaczałby polityczne samobójstwo obydwu powstałych z rozpadu partii nie oznacza wcale, że nikt do tego nie dopuści. Brexit pokazał już, że większość brytyjskiej klasy politycznej miota się dzisiaj jak kurczak bez głowy i najzupełniej nie wie, co czyni.

Przeciwnicy Corbyna na prawym skrzydle Labour Party twierdzą – i zapewne wierzą – że Corbyn jest „niewybieralny”. Zbyt radykalny, zbyt idealistyczny, zbyt nierealistyczny, by zjednoczyć dla swojego programu wystarczające poparcie, żeby Labour zdobyła większość miejsc w parlamencie. Nie mieści się on też w typowych ramach polityka „wizerunkowego”, takiego, co zawsze jest w najlepszym na daną okazję garniturze i uwielbiają go kamery wielkich mediów.

Czy program Corbyna jest rzeczywiście „zbyt radykalny”? Zależy, co to znaczy. Znakomity dziennikarz Richard Seymour, autor świetnej książki o uwarunkowaniach zwycięstwa Corbyna (Corbyn: The Strange Rebirth of Radical Politics), podkreśla, że program ekonomiczny Corbyna byłby najzwyklejszym mainstreamowym programem socjaldemokratycznym – gdybyśmy byli w latach 60. Tyle że strategiczne przemysły, na których skupią się rządowe inwestycje, zostały zaktualizowane o to, co najbardziej postępowe dzisiaj. Zakłada on m. in. masowe inwestycje w budowę mieszkań, zielone technologie, odnawialną energetykę. Koniec polityki cięć, wzrost płac i stabilności zatrudnienia. Darmowa edukacja dla wszystkich i odwrócenie pełzającej prywatyzacji służby zdrowia. To, że taki program wydaje się dziś radykalny, świadczy jedynie, jak daleko na prawo zadryfował obowiazujący konsensus.

Prowadzona już przez drugą kadencję rządu Torysów polityka cięć budżetowych na wszystkich frontach od lat dławi płace i cieszy głównie finansjerę w City of London i najbardziej rentierskie sektory klasy dysponentów kapitału. Nawet biznes – jego sektory bardziej produktywne – z ulgą przywitałby dzisiaj program ekonomiczny taki jak ten Corbyna (nowe inwestycje, wzrost siły nabywczej). Lata polityki zaciskania pasa powodują już bowiem, że dławiona siła nabywcza znowu na masową skalę kompensowana jest kredytami konsumpcyjnymi. Zegar wydaje się już odliczać czas do powtórki z 2008; uderzy ona we wszystkich tych, którzy zyski czerpią nie z różnych form renty, a ze sprzedaży wytwarzanych dóbr i usług.

Jednak – dodaje Seymour – wielki biznes poparłby tego rodzaju program ekonomiczny, gdyby zaproponowała go partia prawicowa. Byłby wtedy zapakowany w retorykę wzrostu gospodarczego, konkurencyjności, itd. W ofercie Corbyna jest on częścią projektu zmiany stosunku sił klasowych w Wielkiej Brytanii, odzyskania dla klas pracujących tego, co straciły w ciągu czterech dekad niepodzielnego panowania neoliberalnej ortodoksji.

Kilka dni przed konferencją w Liverpoolu słynny reżyser Ken Loach, zdeklarowany marksista i sojusznik Corbyna, przypomniał swoim słuchaczom, działaczom lewego skrzydła partii, że to nie tylko prawe skrzydło partii, które próbowało go usunąć ze stanowiska lidera, patrzy na Corbyna z przerażeniem. Cała klasa dysponentów kapitału patrzy na Corbyna z przerażeniem, bo widzi w nim groźbę utraty sporej części swojej władzy klasowej odzyskanej w okresie neoliberalnej restrukturyzacji kapitalizmu. Oni wszyscy wytoczą przeciwko Corbynowi działa.

Droga do Downing Street

Czy samo to, że cały wielki biznes (w tym prywatne media) zrobi wszystko, żeby go zatrzymać, znaczy, że Corbyn i Labour Party pod jego przywództwem nie ma szans wygrać wyborów w 2020? To wcale nie jest przesądzone. Owszem, poparcie dla Labour jest obecnie zbyt niskie, by mogła wygrać wybory teraz. Ale Theresa May, pomimo słabego mandatu poparcia, uczepiła się władzy i już jej nie puści do końca kadencji. Skorzystała z tego, że posłowie Labour zamiast zająć się wymuszeniem przedterminowych wyborów (po Brexicie i rezygnacji Camerona) woleli spiskować przeciwko Corbynowi. A do 2020 jeszcze kupa czasu.

Za obecne niskie poparcie Labour nie odpowiada Corbyn. Objął przywództwo partii już w takim stanie. Za dodatkowy spadek w ostatnich tygodniach winę ponosi raczej właśnie prawe skrzydło partii z jego metodą najbardziej nawet chamskich chwytów przeciwko Corbynowi. Ostatecznie cierpi na tym wiarygodność całej partii.

Teza, że Corbyn jest zbyt lewicowy, by wygrać wybory w takim kraju, jak Wielka Brytania, wynika z niezrozumienia, skąd wzięły się porażki, jakie Labour poniosła w dwóch minionych wyborach parlamentarnych. Wynikły one nie z tego, że partia była zbyt lewicowa, a z tego, że lata blairyzmu przesunęły ją tak daleko w prawo, że straciła jakąkolwiek wiarygodność jako partia lewicowa i jako coś znacząco innego niż Torysi. Stała się dla wielu jedynie Torysami w wersji light, zdolnymi jedynie do polemizowania (czasem) ze skalą rządowych cięć budżetowych, ale już nie z samą zasadą, że są „konieczne”. Przywództwo Eda Milibanda (2010-2015) było okresem rozkroku bez tożsamości. Miliband jest w głębi duszy na lewo od Blaira, ale dał sobie wmówić, że wybieralność wymaga koncesji na prawo. Stąd jego kampania w wyborach do parlamentu była prawdziwym Ministerstwem Dziwnych Kroków – raz w lewo, raz w prawo, a potem jeszcze bardziej. Uwierzył blairystowskim specom od marketingu politycznego, że w warunkach rosnącej popularności skrajnie prawicowego UKIP-u, trzeba zagrać trochę przykręcaniem śruby na imigrantów i tych, co żyją „na socjalu”. Tylko po co ktoś, kto ma takie poglądy, miałby głosować na echo, skoro mógł na oryginał?

Ktoś taki jak Corbyn nie mógł wygrać w latach 90., kiedy przewództwo Partii Pracy przejął Tony Blair, ale to były lata ideologicznego triumfu neoliberalizmu. Dziś neoliberałowie trzymają ciągle całość realnej władzy – z wyjątkiem rządu dusz. Ich władza symboliczna, władza nad tym, żeby ludzie wierzyli w to, co od nich słyszą, kurczy się z dnia na dzień, odkąd po 2008 wszystkie ich prognozy, diagnozy i recepty rozmijają się z rzeczywistością. Wróżenie z fusów sprawdza się dziś częściej.

Dlatego negatywny coverage, jaki Corbyn ma w mediach głównego nurtu, nie jest reprezentatywny dla brytyjskiego społeczeństwa. I zwolennicy Corbyna szybko to zrozumieli, identyfikując wielkie media jako część neoliberalnego aparatu władzy, przeciwko któremu pragną się zamachnąć. Nie odnaleźli swojego punktu widzenia w telewizji i dużych dziennikach, sięgnęli  więc po media społecznościowe, które wzięli szturmem. Paradoksalnie, jeśli największe media nie przestaną się tak na Corbynie wyżywać i powtarzać w każdym poświęconym mu zdaniu, że jest „niewybieralny”, może mu to znacząco pomóc w wyborach. Widzieliśmy na przykładzie Brexitu, jak to działa w obecnym stanie ducha brytyjskiego społeczeństwa.

Ci, którzy uparcie zwracają uwagę na obecne poziomy poparcia Labour Party, wydają się nie dostrzegać szerszego kontekstu. Brytyjczycy, jak wiele innych współczesnych społeczeństw, ulegają dziś procesowi polaryzacji. Nic nie cieszy się dziś szybciej słabnącym poparciem niż owo mityczne centrum, do którego truchła modlą się sieroty po Tonym Blairze. Również po stronie Torysów pierwsze skrzypce przejęło przecież (po dymisji Camerona) ich najdalsze prawe skrzydło. Rząd Theresy May jest najbardziej prawicowym brytyjskim rządem co najmniej od II wojny światowej. Torysi bliżej centrum utracili grunt pod nogami we własnej partii.

Na przestrzeni minionych kilkunastu miesięcy Corbyn przyciągnął do Labour Party setki tysięcy nowych członków, którzy sami się tego po sobie nie spodziewali jeszcze rok wcześniej. Zobaczyli oni szansę powrotu lewicowej polityki w Wielkiej Brytanii i własne w niej miejsce. Dziś Labour ma 640 tys. członków, jakieś trzy razy więcej niż w połowie 2015. To nie tylko więcej niż wszystkie inne partie polityczne w Zjednoczonym Królestwie razem wzięte – to więcej niż jakakolwiek inna partia socjaldemokratyczna w Europie.

Krytycy „corbynmanii” mają rację, kiedy przypominają, że te masy ludzi nie są reprezentatywne dla całego brytyjskiego społeczeństwa. Zapominają jednak, że w ciągu ostatnich kilku lat masy Brytyjczyków przesunęły się znacząco na lewo, z powodów rozciągających się od społecznych skutków polityki Torysów, przez skandal kryzysu uchodźczego, po przerażenie rasizmem przeciwnego bieguna polityki. Nie ma żadnych powodów, by sądzić, że ten proces nie będzie postępował stąd do 2020 roku. Te masy nowych członków osadzone są w innych organizacjach, od lokalnych, przez studenckie, po antywojenne; mają rodziny, kolegów i przyjaciół. Wszędzie tam przez tych kilka lat będą prowadzić powolną pracę przekonywania. Od dawna też brytyjska młodzież nie była tak upolityczniona i tak lewicowa. Do 2020 cztery kolejne jej roczniki uzyskają prawo głosu. Brytyjska klasa polityczna znajduje się po Brexicie w stanie całkowitego skołowania, a społeczeństwo w momencie, w którym żadne status quo właściwie nie istnieje, do kupy trzymane już tylko kiepską fastrygą. Wszystko może się teraz wydarzyć.

Jeśli tylko prawe skrzydło przestanie sabotować własną partię, szanse Corbyna na doprowadzenie Labour do władzy są większe niż się na pierwszy rzut oka wydaje. Czy prawe skrzydło przestanie? Nie wiadomo.

Władza w kraju: premier Jeremy Corbyn?

Corbyn na pewno już zmienił pejzaż brytyjskiej polityki. Neoliberalne dogmaty, jak „konieczność cięć”, przestały być przezroczystymi faktami przyrody, a stały się przedmiotem politycznej debaty, podobnie jak wydatki na broń atomową czy zbrojne interwencje na Bliskim Wschodzie. Tłumy ludzi znalazły się nagle lub na powrót w polityce i łatwo się stamtąd wyrzucić nie dadzą. Warto też pamiętać, że dla mas nowych członków partii przegrana w jeszcze jednych wyborach nie jest końcem świata, jeśli tylko w międzyczasie uda się pod znakiem Labour odbudować w Wielkiej Brytanii wiarygodną lewicę na przyszłość rozumianą w nieco dłuższej perspektywie.

Ale co z szansami Corbyna, jeśli doprowadzi Labour do władzy w wyborach w 2020? Przykład Grecji pokazuje, że samo zwycięstwo w wyborach nie wystarczy, żeby odwrócić neoliberalizm. Ale Wielka Brytania jest bez porównania potężniejszym krajem niż Grecja, jedną z największych gospodarek, ma kontrolę nad własną walutą i zajmuje znacznie silniejszą pozycję w strukturze światowej gospodarki. Jednak częścią tej siły jest City of London, a stopień finansjeryzacji brytyjskiej gospodarki może skutkować jej podatnością na spekulacyjny atak na brytyjską walutę i system finansowy, jeżeli siłom globalnego kapitału nie spodoba się wybrany przez Brytyjczyków rząd.

Wróćmy do refleksji z książki Seymoura. To, że strukturalnie bardzo podobny program zbudował w okresie bezośrednio po II wojnie światowej brytyjskie państwo dobrobytu, również rękami Labour Party, nie znaczy, że projekt taki jest realnie do powtórzenia w dowolnych okolicznościach historycznych. Jakie okoliczności umożliwiły największe historyczne osiągnięcie Labour Party? Bezprecedensowa destrukcja już istniejącego kapitału w konwulsjach II wojny światowej stworzyła podstawy do przejścia kapitalizmu w kolejną długą fazę przyspieszonej akumulacji i dynamicznego wzrostu. Ten wzrost można było dzielić tak, że kapitaliści utrzymywali swoją wysoką stopę zysku, a i tak wystarczało na korzyści dla klas pracujących, w postaci wzrostu płac i rozwoju powszechnie dostępnych usług publicznych finansowanych z podatków. Te powszechne usługi gwarantowały z kolei kapitałowi zdrową i stabilnie reprodukującą się siłę roboczą, umożliwiającą utrzymanie tempa akumulacji na przyszłość. To był bardzo od obecnego odmienny układ sił. Dziś kapitalizm znajduje się w strukturalnym kryzysie akumulacji co najmniej tak głębokim jak ten w latach 30. XX wieku. Jednocześnie, dysponując większą władzą niż kiedykolwiek wcześniej, na swoje doraźne potrzeby wielki kapitał może przebierać w ofertach tańszej siły roboczej w innych częściach świata, lekceważąc problem jej stabilnej reprodukcji w danym kraju. Kapitał nie zechce się dzisiaj dzielić tym, co mu coraz wolniej przybywa. Trudniej go też będzie zmusić do zawarcia podobnego paktu, jak ten po wojnie.

Może to oznaczać, że jeśli Corbyn odniesie pierwsze sukcesy – utrzyma władzę w partii, partia się nie rozpadnie i wygra wybory – kolejny sukces, już jako szefa rządu, będzie możliwy tylko wtedy, gdy polityka takiego rządu Labour okaże się znacznie bardziej radykalna niż obecnie deklarowany program (np. zacznie się od nacjonalizacji nie tylko kolei, ale przede wszystkim banków). Historycznie Labour Party nigdy nie była partią radykalną. W przeciwieństwie do innych zachodnioeuropejskich socjaldemokracji, nawet jej korzenie nie tkwią w socjalistycznych międzynarodówkach przeszłości.

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się w serwisie Trybuna.eu (27 września 2016).

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Amerykańskie więzienia pełne są więźniów politycznych

W sierpniu amerykański Departament Sprawiedliwości ogłosił, że rozwiąże wszystkie kontrakty z prywatnymi operatorami więzień federalnych. Sieć prowadzonych przez prywatne korporacje – dla zysku – więzień to jeden z najbardziej jaskrawych i bulwersujących ekscesów amerykańskiego systemu sprawiedliwości. Prywatne więzienia to jednak tylko część problemu, jakim jest amerykańskie więziennictwo.  Współczynnik inkarceracji od lat przekracza w USA 700 osób na każde 100 tys. mieszkańców. W sumie daje to ok. 2,2 mln ludzi. W Chinach, które mają ponad cztery razy więcej ludności, w więzieniach przebywa ok. 1,5 mln ludzi. USA stanowią 4,4% populacji planety, a amerykańskie więzienia zamieszkuje więcej niż jedna piąta wszystkich więźniów na świecie.

Być może najwyższy czas, żebyśmy nauczyli się myśleć o amerykańskich więźniach jako o więźniach politycznych.

Większość osób, które siedzą w amerykańskich więzieniach, trafiła tam w jakimś związku z amerykańską „wojną z narkotykami”. Mają na koncie albo przestępstwa narkotykowe (handel, posiadanie), albo związane w jakiś sposób z przemocą gangów kontrolujących obrót narkotykami. W ciągu ćwierćwiecza do roku 2010 liczba nowych osób skazywanych za przestępstwa bezpośrednio związane z narkotykami wzrosła z 41 tys. do pół miliona rocznie. Według badaczki problemu Michelle Alexander 31 mln osób przeszło już przez amerykańskie więzienia w ramach „wojny z narkotykami” – czyli niemal co dziesiąty Amerykanin.

Dzisiaj jasne jest już, że wypowiedziana przez administrację Richarda Nixona, a potem rozwinięta przez Ronalda Reagana „wojna z narkotykami”, w którą USA wciągnęły resztę świata, okazała się kompletną katastrofą. Nie rozwiązała żadnego problemu, stworzyła szereg nowych, eskalowała stare. Kolejne instytucje i organizacje wzywają społeczność międzynarodową do jej niezwłocznego zarzucenia. Wskazuje się przykład Portugalii, która zdekryminalizowała posiadanie jakichkolwiek narkotyków, środki marnowane wcześniej na ściganie i więzienie użytkowników przekazując Ministerstwu Zdrowia na leczenie uzależnień – i odnotowała spektakularne sukcesy w redukcji problemu.

Ale właściwe rozumienie, co poszło nie tak, wymaga przyjęcia do wiadomości, że „wojna z narkotykami” była projektem politycznym, który nigdy nie miał na celu rozwiązania problemu uzależnień czy miejskiej przemocy. Narkotyki były tylko pretekstem, amerykańska wojna z nimi miała zupełnie inne cele polityczne: wewnętrzne i zewnętrzne.

Wewnętrzne cele były takie, żeby pokonać dwa wielkie wyzwania rzucone amerykańskiemu establiszmentowi i klasom panującym. Podmiotem jednego wyzwania były radykalne ruchy walczące o równouprawnienie Afroamerykanów i demontaż rasistowskich struktur utrzymujących ich dyskryminację (Czarne Pantery, Black Liberation Army, Nation of Islam). Podmiotem drugiego – lewicowe ruchy antywojenne zmobilizowane przeciwko wojnie wietnamskiej. Chodziło o delegitymizację i kryminalizację jednych i drugich. Przez wytworzenie politycznego obrazu Afroamerykanów jako nierozerwalnie połączonych z obrotem heroiną, a hipisów z marihuaną. Przez uderzenie w ich środowiska siłami policji. Skoro nie można było zakazać wszystkich form walki o równouprawnienie czy o zakończenie wojny, to należało ich powsadzać do więzień za coś innego i narkotyki okazały się wymarzonym pretekstem. Otwarcie przyznał to już w 1994 jeden z najwyższych rangą doradców Nixona, John Ehrlichman, ale wywiad ten ujrzał światło dzienne w raporcie na łamach „Harper’s Magazine” dopiero kilka miesięcy temu.

Zewnętrzne cele były takie, że pod pozorem walki z narkotykami USA uzyskiwały nieoceniony instrument mieszania się w politykę państw Ameryki Łacińskiej, stanowiących źródło dostaw większości twardych narkotyków na rynek amerykański. Pod pozorem „wojny z narkotykami” skłonione lub przymuszone do współpracy kraje dawały dostęp do swojego terytorium rozmaitym amerykańskim służbom i otwierały się dla penetracji przez amerykańskie siły zbrojne, które mnożyły w ten sposób swoje instalacje na zachodniej półkuli. Z tego właśnie powodu Brazylia od dawna odmawiała jakiejkolwiek motywowanej „wojną z narkotykami” współpracy z Amerykanami.

Zgodnie z politycznymi intencjami, które zrodziły „wojnę z narkotykami”, większość celowników w tej wojnie wymierzonych było w populację amerykańskich „kolorowych”. Biali rzadko trafiają w USA do więzień za posiadanie czy drobny obrót narkotykami, bo policja nigdy się w ich stronę nie kieruje, skupiona na wyłapywaniu Afroamerykanów i Latynosów, choć wszyscy wiedzą, że białe dzieciaki na imprezy na zamożnych przedmieściach przynoszą tyle samo „substancji”. Kilkadziesiąt lat tak ukierunkowanej uwagi wytworzyło stan, który jakoby miało przezwyciężyć. Całe dzielnice wielkich miast, całe społeczności osunęły się w gospodarkę opartą na obrocie narkotykami. Dyskryminacja ludzi z odbytymi wyrokami więzienia powoduje, że kto raz wpadnie za kraty, często już na zawsze zostaje przestępcą, bo nie ma stamtąd dokąd wrócić. Nierzadko jedynym pracodawcą, który ma dla niego otwarte ramiona jest jego stary gang. Jeden z najwybitniejszych amerykańskich seriali telewizyjnych, Prawo ulicy (The Wire) pokazywał, jak taka struktura społeczna się potem reprodukuje z pokolenia na pokolenie: dzieci dorastają w środowisku, w którym miejsce w gangu narkotykowym jest jedyną perspektywą, jaką ma przed sobą młody chłopiec.

Choć projekt polityczny pod kryptonimem „wojna z narkotykami” został wymyślony i odpalony przez administrację Partię Republikańskiej, machina raz puszczona w ruch rozpędziła się jeszcze szybciej pod rządami Billa Clintona z Partii Demokratycznej i nigdy od tamtej pory nie zwolniła znacząco tempa. Clinton doszedł do władzy m. in. przy użyciu ubranej w formułki „walki z przestępczością” rasistowskiej kampanii wyborczej zaprojektowanej w think tankach Demokratów. Celem było przesunąć Partię Demokratyczną w prawo spektrum politycznego i odbić część głosów białej klasy robotniczej, którą zdaniem tych think tanków uwodziły konserwatywne, „tożsamościowe” hasła Republikanów. Gdy już był u władzy, jego administracja zarządzała okresem bezprecedensowego przyspieszenia procesów globalizacji neoliberalnej. Do jej skutków należało przenoszenie przez wiele amerykańskich korporacji zakładów produkcyjnych tam, gdzie siła robocza jest tańsza niż w USA. Dawne ośrodki wielkiego przemysłu obracały się w nowe zagłębia biedy i masowego bezrobocia. Dodatkowo uderzała w nie likwidacja przez administrację Clintona większości istniejących wcześniej programów pomocy społecznej.

Postępująca kryminalizacja społeczności „kolorowych” (biali rzadziej dostają wyroki więzienia, dostają też statystycznie niższe wyroki) pomagała przenosić napięcia społeczne. Niech biali biedni wyżywają się w nienawiści do kolorowych biednych, zamiast razem z nimi rzucać wyzwanie finansjerze z Wall Street. Zamykanie milionów ludzi w więzieniach okazało się jak znalazł, żeby usuwać z pola widzenia nadmiar ludzi, dla których w warunkach ucieczki przemysłu za ocean i tak nie zanosiło się na żadną regularną pracę. Można powiedzieć, że była to operacja księgowa mająca na celu zaniżanie oficjalnych statystyk bezrobocia.

Do kolosalnych rozmiarów rozrosły się też prywatne korporacje prowadzące więzienia dla zysku (zainicjowane już za Reagana), które w kontraktach z władzami publicznymi zaczęły wymuszać gwarancje na dostarczanie im przez państwo gwarantowanej, minimalnej liczby więźniów.

Warto o tym pamiętać, gdy mainstreamowe media będą urządzały kolejny festiwal rytualnych potępień Iranu, Chin, Korei Północnej, Rosji, Kuby, czy kogo tam jeszcze koniunktura nie zaprowadzi w danym momencie na szczyt liberalnej listy zbrodniczych reżimów. Najwięcej więźniów politycznych trzymają Stany Zjednoczone.

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze.  

Na zdjęciu: Basiru Jallow

Zmierzch rodu Uzeda, książąt Francalanza

Federico De Roberto (1861-1927) ukończył swoją wielką powieść I Vicerè (Wicekrólowie) w 1894. Kosztowała go dużo pracy (liczy 600 stron) i przyniosła mu rozczarowanie, bo początkowo spotkała się ze znikomym odzewem. Dziś I Vicerè uważani są za jedno z wielkich dzieł włoskiego realizmu. Ciekawostka: De Roberto przyjaźnił się i był trochę jakby uczniem innego klasyka nurtu, Giovanniego Vergi, również związanego z Sycylią, autora Rodziny Malavogliów, powieści na podstawie której Luchino Visconti zrealizował swój wczesny film, Ziemia drży. Jednak zasłużone uznanie I Vicerè zdobyli długo po śmierci autora, na szeroką skalę dopiero po upadku włoskiego faszyzmu, kiedy odblokowaniu uległ obieg literatury tak ostentacyjnie niemożliwej do uzgodnienia z prawicową wizją świata i historii. Na francuski powieść De Roberto przetłumaczono dopiero w 1954, na niemiecki i angielski – w 1959. I tu kolejna ciekawostka: znacznie, znacznie później niż na polski. Polski przekład był pierwszym tłumaczeniem powieści, ukazał się już w 1905.* Pod zaborami, kiedy jej nie było jako państwa, Polska była chyba mniej peryferyjną, bardziej zainteresowaną światem i nadążającą za współczesnością kulturą niż nią jest obecnie.

Powieść, uwielbiana przez Fredrica Jamesona i Franco Morettiego, w wyśmienitym angielskim przekładzie Archibalda Colquhouna, została w tym roku wznowiona przez Verso i tak znalazła się w moich rękach.

Jak sam tytuł wskazuje, bohater powieści jest zbiorowy. Jest nim potężna arystokratyczna rodzina, której historia sięga podboju Sycylii przez Hiszpanów. Akcja rozpoczyna się w latach 40. XIX i rozpięta jest na przestrzeni kilku dekad. Centralnym punktem, niejako osią wokół wszystko się toczy, jest przyłączenie Sycylii do zjednoczonego Królestwa Włoch w 1860.

Jak dowiadujemy się ze wstępu Calquhouna, tworząc swój ród Uzeda, De Roberto wzorował się na przedstawicielach kilku autentycznych rodzin arystokratycznych, z których tylko jedna, Paternò Castello, zajmowała podobną pozycję w strukturze władzy sycylijskiego feudalizmu, co powieściowi Uzeda.

Wszyscy porównują powieść De Roberto do malarstwa Goyi – nie dlatego, że idą na łatwiznę powtarzania raz urobionej frazy, a dlatego, że tak trafne jest to porównanie. Chodzi oczywiście przede wszystkim o Goyi portrety. Tak jak Goya, De Roberto tworzy na kartach Wicekrólów galerię postaci, które fascynują najbardziej tym, jak brzydkimi, zdemoralizowanymi, odpychającymi figurami czyni ich odziedziczony, niesprawiedliwy, oparty na wyzysku innych, przywilej. Mimo duszy, którą czasem widzimy w ich oczach, i która daje nam znać, że może chciałyby lub chciały kiedyś inaczej.

Jego opowieść otwiera śmierć: umiera amoralna i pozbawiona większości ludzkich uczuć (tak niewiele miejsca zostawiła dla nich chciwość) Donna Teresa Uzeda i Risà, księżna Francalanza. I wszystko, co następuje dalej, jest historią klasowego rozkładu i degrengolady gromady krewnych, którzy dostali lub nie dostali po niej nic w spadku.

Głównym spadkobiercą – większości majątku i tytułu – jest jej syn Giacomo, który jej nienawidził, i uzyskawszy spadek mści się na swój sposób za to, jak matka trzymała go za mordę. Jest jeszcze bardziej amoralny niż ona – używa wzystkich dostępnych mu sztuczek, by wykolegować swoje rodzeństwo i kuzynów z ich części spadku. Fabrykuje rzekomo niespłacone przez Donnę Teresę długi, wyciąga z kapelusza dawno uregulowane zobowiązania, na podstawie których obniża wartość majątku do podziału z innymi. Wykorzystuje emocjonalne zagubienie niektórych, by zgodzili się na takie uregulowanie rachunków, które czyni stratnymi najmniej zamożnych członków rodziny. Na tych, którzy potrzebują jego – jako wpływowej głowy rodziny – zgody na małżeństwo, wbrew obyczajowi, z wybrankiem serca, albo na rozwód, wbrew Kościołowi, wymusza rezygnację z roszczeń do znaczącej części ich spadku. I tak dalej.

Inne postaci reprezentują rozmaite inne formy rozpadu klasy panującej odchodzącego w przeszłość systemu. Zdemoralizowany, przeklinający jak szewc zakonnik Don Blasco, który ma dzieci z trzema kobietami i choruje od nadmiaru niewyplutej żółci, gdy przez trzy miesiące nie ma możliwości wtrącenia się i namieszania w sprawach innych ludzi, najlepiej doprowadzenia do wybuchu długotrwałego sporu. Chiara, która nie może zajsć w ciążę, gdy raz zachodzi, rodzi zdeformowane ciało, które natychmiast umiera. Dziwaczejący hipochondryk i niewydarzony pisarz staczający się w żebry. Ferdinanda, stara panna zafiksowana na genealogiach rodowej szlachty, lektury, na której nauczyła się czytać, i która jest dla niej wyznacznikiem jedynego prawdziwie pięknego stylu literackiego. W stylu tym Uzeda pisało się jeszcze Vzeda, z czego nabija się, drwiąc ze starej krewnej młody Consalvo, syn księcia Giacomo – w jednej ze swoich tyrad, nabijając się ze starej krewnej, wypowiada różne słowa według tej starej pisowni, z V w miejsce U, f w miejsce s, itd.

Jednym tchem z I Vicerè De Roberto często wymieniany jest Lampart Lampedusy, znacznie późniejszy (Lampedusa urodził się dwa lata po publikacji Wicekrólów), ale te powieści są bardzo różne. Lampedusa sam był księciem i pisał z nostalgią i miłościa dla przynajmniej niektórych swoich postaci o zmierzchu własnej klasy. De Roberto tymczasem wyraźnie nienawidził arystokracji.

Trudno się tu naprawdę identyfikować z którymkolwiek z bohaterów, tak bardzo ich klasowy przywilej niszczy ich jako ludzi. Wielu z nich ma w swojej biografii i roli w powieści moment, w którym są jeszcze godziwymi ludźmi, którzy przelotnie zdobywają empatię czytelnika. Lucrezia, która walczy o prawo do poślubienia mężczyzny, którego sama wybrała, a nie tego, który najlepiej się księgował księciu Uzeda; moment w życiu Consalvo, kiedy ten buntuje się przeciwko swojemu ojcu i zaczyna się uczyć, jak zostać czymś innym, niż tylko degenerującym się pasożytem; itd. Jest gdzieś u Marksa, że więźniami relacji dominacji są obydwie strony tej relacji – jej (tzn tej relacji) zniesienie uwolniłoby także wyzyskiwaczy z jarzma relacji, w którą są uwikłani. De Roberto wydaje się mieć takie właśnie intuicje – niejeden i niejedna spośród jego bohaterów posiada do jakiegoś momentu jakieś właściwości godne istoty ludzkiej, ale anachroniczna feudalna relacja, na której górnym biegunie się znajdują, ostatecznie to wszystko z nich wysysa, przeżuwa ich i trawi, by ostatecznie wypluć te wszystkie skłócone monstra, w jakie prawie wszyscy z nich się w końcu obracają.

Jest jeden znaczący i niezwykle – może przez kontrast – poruszający przypadek: piękny Giovannino Radalì, który zakochał się na zabój w młodszej Teresie, córce Giacomo, siostrze Consalvo. Jako młodszy syn wielkiego rodu, według starej feudalnej zasady nie miał prawa się ożenić. Miał je tylko jego starszy brat, który miał odziedziczyć także większość majątku. Giovannino naiwnie uwierzyl w szanse, jakie wynikają ze zniesienia starych feudalnych praw przez zjednoczone Włochy Wiktora Emanuela. Jego matka nic sobie z tego jednak nie robiła i wynegocjowała Teresę dla jego starszego, obleśnego brata, a Giovannino nie znalazł w sobie odwagi do walki z jej postanowieniami, podobnie jak dryfująca w stronę bezmyślnej dewocji Teresa w stosunku do postanowień swojego ojca ksiecia Giacomo XIV. Giovannino jest o tyle na kartach I Vicerè wyjątkową postacią, że do końca jego udziału w fabule (czyli do jego samobójczej śmierci) mu współczujemy i jakoś tak wiemy, że pozostał po prostu elementarnie dobrym człowiekiem. Tyle, że postradał rozum.

Ale ponieważ De Roberto jest tak znakomitym pisarzem, nie jest to wszystko wcale rzeką jadu, ale fascynujacą opowieścią o końcu epoki i jej klasowych władców,  o wszystkich poziomach ich (epoki i władców) postępującego rozkładu. Tempo, rytm, złośliwe poczucie humoru, z jakim rysuje poszczególne postaci, sytuacje, przewrotne zwroty akcji – to wszystko powoduje, że trduno mi uwierzyć, że nikt jeszcze ni obrócił tej powieści w trzy sezony wspaniałego serialu telewizjnego. Ktokolwiek złapałby partię Don Blasco (według Colquhouna miał on swój pierwowzór w rzeczywistości, w zakonniku z rodziny Paternò Castello), miałby szansę na rolę życia. (Istnieje co prawda film z 2007, przyznaję, że nie widziałem, ale serial telewizyjny wydaje mi się najlepszym formatem dla adaptacji takiej powieści).

Ale ta powieść jest ważna także dlatego, że jest tak bardzo aktualna właśnie teraz. Żyjemy w czasach na swój sposób podobnych. Świat trzeszczy w szwach i drży w posadach. Już nawet klasa władców neoliberalnego kapitalizmu nie wierzy w jakąkolwiek legitymację dla status quo; nie wierzy, że ktokolwiek w nią wierzy; nie wierzy w możliwość jego utrzymania. Współcześni Uzeda przestali nawet dbać o pozory, bezwstydnie kradnąc w światłach reflektorów (bailouty banków, wyprzedaż Grecji, tryliony dolarów poupychane w rajach podatkowych). Zagrabić, ile się da, zanim wszystko się zawali. De Roberto był jednym z tych włoskich pisarzy, którzy Sycylię pokazywali jako wyrzut sumienia zjednoczonych Włoch, ich niespełnioną obietnicę. Zjednoczenie Włoch spetryfikowało ekonomiczne zacofanie ich południowych peryferii – można chyba nawet powiedzieć, że Włochy stały się nowoczesnym narodem kosztem swojego zubożałego południa, zredukowanego na długo do roli rezerwuaru zdesperowanej siły roboczej dla przemysłów północy kraju. Arogancki, ale inteligentny, ambitny i myślący długofalowo Consalvo reprezentuje ten żywioł starych elit, który wynalazł się na nowo i znalazł drogę do pozostania w szeregach klasowych władców zmieniającego się świata. Zaadaptował się do nowych stosunków i wziął udział w ich kształtowaniu.

Współczesny nam, kolejny „stary świat” umiera dziś na naszych oczach: czy zdołamy tym razem strząsnąć ze swoich grzbietów książąt Francalanza naszych czasów?

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze.

[*] Tak podaje tłumacz w angielskim wydaniu. Jeden z Czytelników (któremu dziękuję za sprawdzenie) zwrócił mi jednak uwagę na Facebooku, że w katalogach Biblioteki Narodowej trudno o ślad po tym wydaniu. Albo rzeczywiście zaginęło, albo może Colquhoun pomylił je z polskim przekładem innej powieści De Roberto, Złudzenie?