Chłopiec o złotym sercu

Od mojego pierwszego dnia w liceum był tam on. Chłopiec, który mi to zrobił. Był poniekąd wszędzie, bo szkoła była mała, a on rzucał się w oczy i ciągle ktoś o nim mówił. Mój przyjaciel jednego lata, mój piękny zdrajca. Chłopiec, który mnie unicestwił i przez cztery lata mijany w tym samym budynku konsekwentnie traktował jak powietrze. Przez cztery lata kurczyłem się codziennie na jego widok. Część mnie nigdy już nie podniosła się z podłogi tamtej szkolnej ubikacji.

Od pierwszego mojego dnia w liceum był tam też zupełnie inny chłopiec. Taki o naprawdę złotym sercu. Chodziliśmy do tej samej klasy, choć czułem się przy nim, jakby był starszy o dwa lata. Ponieważ szkoła była mała, a chłopców w niej niewielu – w mojej klasie początkowo chyba dziewięciu, wkrótce potem tylko ośmiu – zależało mu, byśmy trzymali się w kupie, kumplowali się, robili rzeczy razem. Rozmawiali, urwali się z jakiejś lekcji na wagary, uprawiali razem sport, rozmawiali o dziewczynach, albo o filmach, albo o jakimś serialu, no cokolwiek.

Chłopiec o złotym sercu był bardzo silny i wysportowany. Na pewno najbardziej w naszej klasie, ale był też jednym z najsilniejszych i najbardziej wysportowanych chłopców w całej szkole.

Liceum było plastyczne. W takim liceum, w tamtych czasach, sporą część chłopców stanowiły dość niewydarzone łamagi, które trudno było zrekrutować do „normalnych” chłopackich aktywności. Sporo zakompleksionych słabeuszy i gejów, co nie powychodzili jeszcze z szafy. Dzisiaj, jak czasem pomyślę o niektórych, to też co najmniej kilku w poważnej traumie. Ale Jacek nie dawał za wygraną, nie brakowało mu pomysłów, żeby stwarzać warunki.

Reenactment, medium: akryl na płótnie

Raz wpadł na taki, że na dzień kobiet namalujemy razem dziewczynom obraz. Był to chyba akryl na płótnie. Jak to później miało działać, nie pamiętam – pewnie zrobiliśmy jakiś konkurs albo losowanie i któraś ten nasz kolektywny obraz po prostu wygrała i mogła zabrać do domu. Malowaliśmy w kilku u Jacka w domu, na sztaludze rozstawionej w jego pokoju. Była to epoka, kiedy białogłowy szalały na punkcie Brada Pitta, między innymi w Wywiadzie z wampirem. Wymyśliliśmy, że tego Brada gdzieś tam wkomponujemy i ostatecznie to ja jego twarz tam namalowałem. Nieświadomy, że już wtedy na swój sposób odtwarzałem traumę.

Chłopiec, który mi to zrobił, był naprawdę całkiem podobny do Brada Pitta, z tą różnicą, że miał ciemne włosy. Za to w liceum zapuścił długie – takie, jak Pitt miał i w Wywiadzie z wampirem, i w Wichrach namiętności – obydwa wówczas nie tak dawno w kinach. Tamtego wspólnego lata, na rok zanim mnie zdradził i unicestwił, kiedy byliśmy przez chwilę najlepszymi przyjaciółmi, spędzającymi razem 24 godziny na dobę (zakwaterowani w tym samym pokoju), narysowałem jego twarz. Pamiętam – dziś, bo tamtego dnia u Jacka raczej nie pamiętałem, liceum przetrwałem w głębokiej dysocjacji – jak przede mną siedział, kiedy go rysowałem, tam na koloniach w Mielnie. Pragnąłem uchwycić jego piękno, robiłem to z profilu – czułem się wybrany, wyróżniony, że otrzymałem taki przywilej.

Tak więc tam u Jacka, w tajemnicy nawet przed samym sobą, malowałem kogoś bardzo podobnego do chłopca, który mi to zrobił, bo tęskniłem za momentem, kiedy rysowałem jego. Próbowałem dotrzeć do tego momentu sprzed mojej Katastrofy. Do momentu, kiedy wydawało się, że jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi i wszystko mogło jeszcze potoczyć się inaczej. Jakby w nadziei – choć zupełnie nieświadomej – że może dotrę jakoś do punktu, w którym dało się jeszcze coś zrobić, żeby wszystko potoczyło się inaczej.

Kiedy formacyjna trauma zostaje wykasowana ze świadomej pamięci – albo raczej szczelnie zamknięta w wydzielonym dla niej neuronowym „pojemniku”, gdzie cały czas i bardzo aktywnie żyje, ale pozostaje niedostępna dla świadomości – mózg dąży, ciąży, czepia się różnych podobieństw, czy to osób, czy sytuacji, żeby coś rozwiązać, zupełnie nie rozumiejąc, co robi ani po co.

Pancerz

Chłopiec o złotym sercu nie mógł wiedzieć, co mi się stało. Oprócz chłopca, który mi to zrobił, nikt nie wiedział. Nawet trzej chłopcy, którzy byli z nim i zrobili mi to w grupie – dla nich było to zdarzenie bez większego znaczenia, zrobili coś w tym stylu prawie każdemu chłopcu z pierwszej klasy. Nikt poza tym nie wiedział ani co mi się stało, ani co się we mnie działo, kiedy już się stało.

Tamtego dnia, kiedy musiałem się podnieść z podłogi szkolnego kibla i ukryć przed światem, co mnie spotkało, obrócony w nic przez chłopca, który był dla mnie wszystkim, zatrzasnął się wokół mnie doskonale szczelny choć niewidzialny pancerz, przez który nie wydostawało się już na zewnątrz nic z tego, co się działo wewnątrz mnie. To był zupełnie nieświadomy mechanizm obronny mający za zadanie zapobieżenia kiedykolwiek powtórce z doświadczenia zdrady i upokorzenia z tamtego kibla. Jakbym przypuszczał, że to, co mnie spotkało, było karą za moje zbyt silne, niewłaściwe uczucia – żeby zapobiec powtórce z tamtego upokorzenia, musiałem zostać mistrzem w ich ukrywaniu. Ukrywanie uczuć stało się kwestią życia i śmierci. Mechanizm działał na autopilocie, nierzadko ku mojej własnej frustracji, a nawet rozpaczy. Ileż razy pragnąłem, żeby dla odmiany ktoś dostrzegł, co czuję! Żebym potrafił sam to powiedzieć tak, żeby przeszło przez ten pancerz.

Nikt w klasie się nawet nie domyślał, że mogę być homoseksualny. Czy nigdy nie spoglądałem na żadnego chłopca czy mężczyznę z pożądaniem bądź z erotyczną fascynacją? Oczywiście, że spoglądałem, bywało, że i na Jacka (podziwiałem jego nieprawdopodobnie płaski, twardy brzuch i mocarne ręce przy których moje wydawały mi się takie małe i liche) – ale rozwinąłem zdolność patrzenia tak, żeby nikt nigdy niczego nie zauważył. Naprawdę nikt. I nikt nigdy nie zauważył. Nigdy wtedy – w sensie, kiedy byliśmy nastolatkami.

Kręciło się wokół mnie zawsze kilka dziewczyn, w tym jedne z najpiękniejszych w szkole, dlatego często sądzono, że coś się między mną a którąś z nich działo, a jak się nie działo, to chyba spekulowano, że coś mi z nimi nie wychodzi („może jest nieśmiały?”). Na studniówkę zaproszenie, żeby mi towarzyszyć, przyjęła najbardziej czadowa dziewczyna z rok młodszej klasy (pozdrawiam Hanię, jeżeli to kiedyś przeczyta), zupełnie niezrażona tym, że naprawdę, ale to naprawdę nie rokowałem jako partner do tańca.

Nie udawałem niczego rozmyślnie, nikomu niczego nie wmawiałem, nie ściemniałem, myślę, że one też nie były we mnie zabujane i nie posuwałem się do wodzenia ich za nos, składania obietnic, „sprawdzania” ich i albo siebie całowaniem ich. Zawsze jakoś automatycznie wiedziałem, kiedy się zatrzymać, żeby to się nie „rozlało” w sposób niekontrolowany. To się działo nie tylko na autopilocie, ale i z „auto-hamulcami”. Moje uczucia nie wydostawały się na zewnątrz, pozostawały tajemnicą dla świata zewnętrznego. Nikt nie rozumiał, o co z tym chłopakiem biega, dlaczego tyle najfajniejszych dziewczyn się o niego rozbija, a jakoś nic z tego nie wychodzi.

Chłopcy i ja

Tam na podłodze szkolnej ubikacji, pierwszego dnia w nowej szkole, stało mi się tak naprawdę to: subiektywnie doświadczyłem ostatecznego, definiującego wykluczenia z grona prawomocnych mężczyzn, z dostępu do ich świata. Mój piękny zdrajca – samoczwart, jak to się niegdyś mówiło – wydał ostateczny werdykt, że nie przynależę. Mój straumatyzowany umysł, kasując wydarzenie ze świadomej pamięci, wyciągnął definiujący moje życie na następne trzy dekady wniosek: oni (oraz tacy jak oni) są tym, czym ja nigdy nie będę, stoją nade mną, nigdy nie będę im (ani takim jak oni) równy. A także: że moje przetrwanie zależy od tego, żebym już nigdy nie popełnił tego samego błędu i nie zaufał już tak pochopnie podobnemu chłopcu/mężczyźnie (silniejszemu ode mnie, bardziej ode mnie „prawdziwemu”). Żebym nigdy nie pozwolił na to, by moje uczucia zostały przez nich lub przed nimi zdemaskowane, bo wtedy zostaną użyte przeciwko mnie. Żeby jak najlepiej ukrywać zinternalizowany fakt, że przecież już z ich grona ostatecznie wykluczony, bo jak dobrze to ukryję, to może się nie zorientują i mi nie zafundują powtórki z tamtego unicestwienia.

Zdefiniowało to strukturę strachu, który rządził potem z podziemi całym moim życiem.

Jacek nigdy nie zarzucił prób demonstrowania mi, że z jego perspektywy nic mi nie brakuje; że jak najbardziej przynależę. Nie dlatego, że był tak na mnie cały czas skupiony, a dlatego, że taki po prostu był z natury i wobec wszystkich wkoło. Kiedy zdarzył mu się głupi pomysł, to nawet za tym głupim pomysłem stały jego najlepsze intencje. Kiedyś – kierowany zapewne teorią o mojej „nieśmiałości z dziewczynami” – rzucił pomysł, żeby mi na osiemnaste urodziny zrzucić się na usługę seksualną i w oczywisty sposób miał na myśli kobietę. Na szczęście w szkole, gdzie miażdżącą większość stanowiły dziewczyny, a wśród chłopaków co trzeci był gejem raczej w szafie niż nie, taki pomysł nie miał gdzie wylądować i natychmiast umarł, a ja odetchnąłem z ulgą, że to niezamierzone jako takie, ale z całą pewnością niechybne upokorzenie jednak się nie wydarzy.

Więcej głupich pomysłów nie pamiętam. Innymi razy po prostu próbował mnie zgarnąć i w coś zaangażować, choćby w rozmowę. Tylko, że ja się bałem – czyhającej w każdej chwili zdrady, potencjalnej kolejnej anihilacji. Nie dawałem po sobie poznać, ale się bałem i mnóstwo mojej energii szło na skanowanie sytuacji, analizowanie najdrobniejszych szczegółów zachowania, rozgrywanie możliwych scenariuszy (że to jakaś zasadzka) – oraz na maskowanie tego stanu.

Dlatego Jacka wysiłki w zderzeniu z tym moim pancerzem mierzyły się już wtedy z zadaniem niewykonalnym. Od momentu spotkania z podłogą w szkolnej ubikacji, wymuszonego rękoma i butami mojego pięknego zdrajcy, ze strony chłopców i mężczyzn spodziewałem się nieświadomie, ale w każdej chwili upokorzenia, zdrady i przemocy, jeżeli pozwolę sobie na nieroztropność zaufania. Unikałem wszelkich sytuacji, w których byłbym w otoczeniu samych chłopców lub mężczyzn, a kiedy uniknąć się tego nie dało, moja czujność i skanowanie otoczenia wznosiły się na poziom: „nieunikniony atak bombowy dzisiaj”. Jednocześnie ukrywałem doskonale przed światem, że tak jest i pozorowałem jakieś tam zaangażowanie, wystrzegając się jakiegokolwiek emocjonalnego otwierania się. Nieświadom w ogóle, że to robię, balansowałem pomiędzy poczuciem, że z ich grona jestem już na zawsze wykluczony, ale jednocześnie muszę udawać i utrzymywać pozory, żeby oni tego nie zauważyli i nie potwierdzili tego faktu jeszcze raz w kolejnym brutalnym akcie poniżenia.

Najgorsze, co trauma interpersonalna, relacyjna robi człowiekowi, zwłaszcza kiedy jest formacyjna, z dzieciństwa lub okresu dojrzewania, kiedy decydują się fundamenty tożsamości człowieka, to podminowanie zdolności nawiązywania relacji z innymi ludźmi – nierzadko na resztę życia. Nawiązywania przyjaźni, wchodzenia w relacje erotyczne, zdolności współpracy w grupie, itd. Całe obszary życiowego doświadczenia, całe etapy rozwoju psychicznego mogą zostać człowiekowi skradzione.

Po zderzeniu z podłogą ubikacji w liceum utraciłem natychmiast kontakt z dotychczasowymi kolegami, a nawet najlepszym przyjacielem z podstawówki i do końca liceum nie otwierałem się przed prawie nikim emocjonalnie, chociaż byłem całkiem lubiany. Zajęło mi trzy lata codziennego przebywania na tych samych lekcjach, zwijania się ze śmiechu z jego żartów, wyjazdów na plenery, jedzenia jego mistrzowskiego spaghetti, weryfikowania sygnałów, że jednak jest bezpieczny, żeby się w końcu odważniej zaprzyjaźnić znowu z chłopakiem. Łukasz jest do dzisiaj jednym z moich najlepszych przyjaciół, ale w liceum pewnie pomogło, że nie był wtedy specjalnie macho.

Ani rybka, ani akwarium

Oto paradoks mojego ówczesnego stosunku do Jacka. Był wysokim, naprawdę silnym chłopakiem. Zarazem nie z tych, co słabszych zastraszają i onieśmielają. Raczej z tych, co powiedzą: „kto ci to zrobił? – to zaraz pożałuje”. Ale co z tego, skoro był silny i wysoki, miał dłonie dwa razy większe od moich, żylaste przedramiona, trenował jakieś karate czy inne dżudo (nie pamiętam, co dokładnie), w wieku 16 lat wyglądał, jakby miał 18, a w wieku 18 onieśmieliłby w konfrontacji niejednego dwudziestoparolatka. Naprawdę byczy chłopak, o donośnym głosie – no, nie do przeoczenia. Bujne loki w tym typowo polskim odcieniu blond opadały wokół kanciastej twarzy z szeroką i zdecydowanymi kantami zarysowaną, już jako nastolatek.

W kombinacji z niestrudzenie ponawianą ofertą przyjaźni, nikt nie mógłby wtedy lepiej odczynić przynajmniej części wyrządzonej mi tamtego dnia (pierwszego w nowej szkole) krzywdy. Mógłby być, jak mawiają psychoterapeuci, doświadczeniem korygującym. Mógłby mi pokazać męskość, która mnie włącza, a nie wyklucza. Mógłby mi pokazać męskość, która mnie nie upokarza, jest zainteresowana moim towarzystwem, moim punktem widzenia, wymianą zdań. Męskość, dla której to, że jestem mniejszy i słabszy nie mówi nic o mojej wartości – może za to zachęcać do nauczenia mnie czegoś, czego nie umiem (np. następnym razem obronić się przed atakiem). Męskość, która daje poczucie przynależności i bezpieczeństwa, a nie przynosi z sobą groźbę unicestwiającego upokorzenia.

Jednocześnie jednak dokładnie te same cechy tego cudownego chłopaka, które przynosiły z sobą tę możliwość, wywoływały we mnie poczucie zagrożenia – nieświadomie i wbrew mej woli. Był zbyt duży, zbyt silny, zbyt wysoki, zbyt męski, żebym mógł się przy nim czuć bezpieczny. To umieszczało go, w moim straumatyzowanym umyśle, zbyt blisko chłopca, który mi to zrobił. Krzywda, która mnie spotkała tamtego dnia na początku września 1994 r., była zbyt ogromna. Rana, którą mi zadano, była zbyt głęboka, żebym był w stanie przyjąć wysuwaną do mnie przez Jacka wciąż na nowo ofertę.

Tyle dobrze, że przynajmniej ja nie wyrządziłem mu w ten sposób większej krzywdy. Był powszechnie lubiany i miał się z kim bujać także poza szkołą, więc ta moja niedostępność najwięcej szkody wyrządziła, oczywiście, mnie.

Firewalls

Zajęło to osiem lat – licząc od podłogi w ubikacji w nowej szkole we wrześniu 1994 roku – zanim spotkałem mężczyznę, który zdołał zhakować wszystkie moje firewalle, z miejsca i bez pytania. Był nim Djamel, mój piękny algierski przyjaciel. To spotkanie odblokowało we mnie bardzo wiele rzeczy na wiele lat. Zdolność podejmowania emocjonalnego ryzyka, zdolność ufania ludziom, na jakiś czas także względną zdolność funkcjonowania w otoczeniu mężczyzn. Ale mój piękny algierski przyjaciel miał bardzo smutne powody, żeby być tak przenikliwym, że rozumiał wszystko, zanim ja powiedziałem cokolwiek. Tak smutne, że doprowadziły go niedawno do pożegnania się z tym światem – w jeden z najbardziej brutalnych możliwych sposobów („sur la voie de la gare RER…” – podaje w rubryce „miejsce” jego akt zgonu, który parę tygodni temu dostałem).

Jacek nie miał jak mnie tak zhakować, bo – na całe szczęście dla niego – udało mu się w dzieciństwie i latach młodzieńczych uniknąć doświadczeń równie traumatycznych. Trudno wymagać od nastolatka, który nic podobnego sam nie doświadczył, żeby potrafił rozszyfrować dziwne blokady straumatyzowanego homoseksualnego chłopca, odnaleźć ścieżki dostępu do jego tajemnic – tajemnic, które ten chłopiec utrzymywał przecież nawet przed samym sobą.

Ale Jacek i tak nie poddawał się przez długie lata nawet po ukończeniu przez nas liceum. Kiedy obaj byliśmy już na (różnych) studiach, ale mieszkali wciąż w Dąbrowie Górniczej, niestrudzenie wyciągał mnie od czasu do czasu na piwo i pogawędki. Zawsze to bardzo doceniałem, nawet jeśli jakaś część mnie podświadomie obawiała się go, jak każdego mężczyzny, którego nieświadomie klasyfikowałem jako nade mną „górującego”. Zawsze się gdzieś podświadomie dziwiłem, że mu tak na tym zależy – czyż „prawdziwi mężczyźni” nie odrzucali i wykluczali mnie z zasady? Wydzwaniał do mnie nadal, może ze dwa razy w roku, kiedy już obaj mieszkaliśmy w UK, ja w Londynie, on w Irlandii Północnej. Witał mnie zawsze donośnym „Kontrola!”, po czym wybuchał śmiechem i pytał, co słychać.

W tych późniejszych, brytyjskich latach, nie ukrywałem już, że jestem gejem (Djamel dał mi tę odwagę), nie była to już więc tajemnica również i dla niego. Ani nie był to dla niego problem. Bo nigdy nie był – taki problem nie leżał w jego naturze. I już w liceum by nie leżał. Nigdy nie miałem się czego bać. Ale co z tego, skoro strach miał już nade mną pełną kontrolę?

Możliwość – już wtedy, natychmiast po mojej Katastrofie – doświadczenia korygującego, przyjaźni chłopaka równie męskiego, jak ten, który mnie zdradził i unicestwił, doświadczenia obejmującego nawet akceptację dla tej części mojej tożsamości, której „zdemaskowania” (jako zahukany nastolatek całe dotychczasowe życie zastraszany przez rodziców do chodzenia do kościoła) najbardziej się wówczas obawiałem, czyli mojej seksualnej odmienności, od początku mojej obecności w liceum istniała i była na wyciągnięcie ręki. To głębokość mojej traumy, wraz z faktem, że natychmiast zniknęła z mojej świadomej pamięci i dlatego rządziła mną samowładnie i tak skutecznie z ukrycia, sprawiła, że strach nie pozwalał mi przyjąć tej możliwości w sposób, na jaki zasługiwała – na jaki Jacek zasługiwał. Te same cechy, które czyniły go doskonałym materiałem na doświadczenie korygujące, były zarazem tymi, które przełączały cały mój system w stan najwyższego zagrożenia i czyniły mnie niezdolnym do podjęcia takiego ryzyka.

*

Piszę to wszystko dzisiaj przede wszystkim po to, żeby Jackowi podziękować za to, że tyle razy próbował i że właśnie tak mnie traktował, niezrażony dystansem, który z mojej strony napotykał. Dystansem, którego nie wybrałem. Zmuszała mnie do niego trauma, która złamała mnie pierwszego dnia w nowej szkole. Żeby mu podziękować za to, że – nieświadom wagi ani powagi tego, czego się podejmuje – próbował odczynić wyrządzoną mi krzywdę (nie wiedząc nawet, że miała w ogóle miejsce). Bez żadnego w tym interesu, chciał uczynić świat miejscem mniej dla mnie okrutnym. Oraz żeby go przeprosić za to właśnie, że nie byłem w stanie we właściwy sposób przyjąć tego, co próbował zrobić. Dla mnie było już za późno. Część mnie nigdy nie podniosła się już z podłogi tamtej ubikacji.

Jarosław Pietrzak


Na zdjęciu jest część mojej klasy – był rok 1994 lub wczesny 1995, mieliśmy po 15 lat. Nie wiem, kto jest autorem zdjęcia; jeśli się zgłosi, to go podpiszę. Jacka łatwo zlokalizujecie – a mnie?

Poprzednie eseje w tej serii to:

Jestem na FacebookuSubstacku i Twitterze (pardon, X).