Kiedy mówią, że trauma – w prawdziwym sensie tego słowa – organizuje cały stosunek doświadczonego nią człowieka do świata zewnętrznego i własnego ciała, nie jest to ani metafora, ani hiperbola.
Próbuję obecnie ogarnąć na nowo całą historię mojego życia – odkąd wiem, że zdefiniowanego przez jedno katastrofalne wydarzenie, które we mnie uderzyło, gdy miałem piętnaście lat, a które na ponad trzydzieści lat wykasowałem z pamięci. Kiedy kluczowe wydarzenie pozostaje usunięte ze świadomości, człowiek jest na wiecznej wojnie z samym sobą, niezdolny zrozumieć, dlaczego tak często robi coś, czego wcale nie chce albo nie jest zdolny robić tego, czego chce – ani znaleźć wyjście z tej udręki.
Przez trzy miesiące od powrotu pamięci mojej Katastrofy – we flashbackach, które wyglądały jak seria fotografii przesuwających się przed moimi oczami – byłem emocjonalnie zbyt rozkołysany, żeby czytać książki. Byłem w stanie skupić się tylko na krótszych tekstach. Ale coś się już ruszyło. Na razie w bezpośrednim związku z procesem, który we mnie zachodzi, ale znowu czytam książkę. Sięgnąłem po The Body Keeps the Score Bessela van der Kolka, po polsku wydane pod tytułem Strach ucieleśniony.
O wzmianki na temat tej książki rozbiłem się kilka razy w krótkim czasie. Kiedy zaszedłem do angielskiej księgarni Waterstones tutaj, w Amsterdamie, myślałem, że to jedna z tych pozycji, które trzeba zamówić, żeby człowiekowi sprowadzili. Przekonałem się tymczasem, że to prawdziwy bestseller, bo w księgarni stał cały słup jej egzemplarzy.
Van der Kolk jest holendersko-amerykańskim psychiatrą, ekspertem od traumy, jednym z pionierów (nie odkrywcą, ale wczesnym praktykiem) takich metod jej leczenia jak EMDR, terapia psychomotoryczna czy neurofeedback. W książce pisze m. in. o tym, jak osoby w traumie często nie czują niektórych obszarów swojego ciała, nie docierają do nich sygnały, które normalnie powinny z nich spływać, w tym ból. Coś mi to przypomniało.
Ból fantomowy à rebours
Miałem 24 lata, kiedy latem, gdzieś pod koniec sierpnia, złamałem sobie stopę, lewą. Przez trzy następne tygodnie chodziłem ze złamaną, nie wiedząc, że jest złamana – bo mnie nie bolała.
A chodziłem sporo. Nie tylko dlatego, że lubię (a lubię), ale przez pierwsze dwa z tych trzech tygodni wciąż jeszcze pracowałem – byłem na studenckich saksach we Francji, w zamku w Burgundii należącym do pewnych bogatych ludzi z Paryża, ich „domu na wsi”. Ponieważ byłem tam takim „chłopakiem od wszystkiego”, odpowiedzialnym za śniadania, ścielenie łóżek, podawanie do stołu, mycie okien itd., całymi dniami chodziłem tam i z powrotem, z góry na dół, z dołu do góry. A na koniec lata chciałem skorzystać z pobytu w Paryżu przed powrotem do Polski, więc też dużo po tym Paryżu łaziłem, raz nawet całą noc do rana. Stopa ciągle bolała nie więcej niż po zwykłym ciężkim dniu. Ale cyklicznie puchła, więc po powrocie do Polski poszedłem z tym jednak do szpitala.
„I pan tak chodzi z tym już trzy tygodnie?” – powiedział zdumiony lekarz, z rentgenem mojej stopy w dłoni. „Ta kość jest złamana” – powiesił zdjęcie i pokazał mi na nim linię złamania: środkowa kość śródstopia, niemal dokładnie w połowie długości. – „Cud, że pozostała na swoim miejscu, nic się nie przesunęło i nie trzeba łamać, bo już się zrasta. Ale jak pan to zrobił, to nie wiem”.
Też nie wiedziałem, nigdy wcześniej niczego sobie nie złamałem. Wyobrażałem sobie zawsze, że to musi być potworny ból. Ostatecznie przyswoiłem to interpretacją, że „mam wysoki próg odporności na ból” i tyle. Może i tak, ale właśnie dlatego, że od piętnastego roku życia byłem w traumie.
Odwrotność bólu fantomowego.
Czas Cyganów
Wiem, kiedy tę stopę złamałem; pamiętam ten moment.
Ktoś się włamał do ogrodu otaczającego zamek: pokonał wysoką bramę i biegł przez ogród. Ktoś go zauważył. Zapanowało ogólne przekonanie, że to jeden z Cyganów, których pojazdy zatrzymały się niedaleko. Jakieś stowarzyszenie czy grupa właścicieli châteaux w regionie od kilku dni dzieliło się mailowo aktualnościami o tym, gdzie się przemieszczają i co im wkrótce po ich przejeździe poznikało z posiadłości.
Pobiegłem przez ogród zupełnie bez sensu. Co ja niby zamierzałem zrobić? Bić się z nim? Ja? Skoro się włamał, to mógł być gotów do walki, mógł mieć jakiś nóż co najmniej. Skoro się na tę ogromną bramę wspiął, zeskoczył z niej i natychmiast ruszył w bieg, to był bardzo sprawny fizycznie. Zamierzałem bić się o jakieś srebra czy elektronikę moich właścicieli, ryzykując zdrowie? Nie wiem, co zamierzałem, nie wiem, o czym myślałem.
Biegłem przez trawnik, było ciemno, blisko północy, minąłem ogromny cedr libański pośrodku. W ogrodzie były lampy, ale ich światło koncentrowało się na dwóch drogach prowadzących przez ogród, wokół pierwszego budynku, do drugiego, głównego. Biegłem przez prawnik pomiędzy nimi, z dala od lamp. W trawniku była dziura, wgłębienie. Wiedziałem o jej istnieniu, ale nie widziałem jej w ciemnościach i stopa mi tam bardzo źle wylądowała. Poczułem jeden krótki strzał ostrego bólu, który jednak natychmiast ustąpił. Więc biegłem dalej. Na złamanej stopie.
Nieustraszony
Oprócz tego, że błyskawicznie zablokowałem ból, który powinien był – dla mojego własnego bezpieczeństwa – powstrzymać mnie przed dalszym biegiem, nie odczuwałem żadnego strachu, żadnych obaw o moje własne bezpieczeństwo, o to, że coś mi się może stać, gdybym miał na tyle pecha, żeby tego człowieka faktycznie dogonić albo znaleźć. Ale nikomu się nie udało, przepadł jak kamień w wodę.
Podobnych sytuacji nieodczuwania strachu, nawet niepokoju, jakby mojemu ciału nic nie zagrażało, kiedy ewidentnie coś mu zagrażało, doświadczałem w różnych momentach przez całe życie. Jakby moja świadomość odłączała się od położenia mojego ciała.
Tuż po studiach pracowałem na serii krótkich kontraktów jako tłumacz francuskiego dla dwóch polskich firm budowlanych robiących we Francji różne podwykonawstwa. Szef jednej z nich pił naprawdę dużo alkoholu i siadał mimo to za kierownicą, a ja wsiadałem z nim do samochodu, nigdy nie odczuwając cienia niebezpieczeństwa. A działo się to m. in. w Górnej Sabaudii, gdzie trudno o jedną prostą drogę, wszystkie się wiją zygzakami pomiędzy górami albo po stokach czy krawędziach wąwozów.
Kiedy wyniosłem się do Londynu (w 2008), przez trzy miesiące pracowałem (jako consierge) w hotelu nieopodal British Museum. Zrobiłem tam to samo, co wtedy w zamku w Burgundii. Ktoś się włamał do hotelu przez podziemne pomieszczenia gospodarcze. Poszedłem na zwiady, nie odczuwając żadnego zagrożenia, nawet niepokoju, jakbym nie wiedział, że człowiek włamujący się do budynku, o którym wie, że musi mieć monitoring i zakontraktowaną ochronę, może przecież być niebezpieczny.
W pierwszych dwóch latach mojego życia w Londynie, zanim nie poznałem mojego obecnego męża, umawiałem się bez wahania na seks z mężczyznami, których nie znałem, miałem spotkać pierwszy raz, wymieniwszy kilka wiadomości. Nie byłem jedynym gejem, który tak robi, ale mnie zdarzało się nawet spotykać z nimi na pustej ulicy nocą, żeby pójść z nimi do domu. Nikt nie wiedział, gdzie jestem – sam nawet nie wiedziałem, dokąd idę. Był w Londynie co najmniej jeden seryjny zabójca gejów, nawet mieszkał całkiem niedaleko od miejsca, w którym przez 7 lat sam mieszkałem; chodziłem na metro rzut beretem od jego bloku, a pewien mój znajomy kiedyś go spotkał (że jest seryjnym mordercą, dowiedział się z mediów, oczywiście znacznie później).
Na szczęście mam ten swój „skaner jakości mężczyzn” (pisałem o tym więcej tutaj). Rozwinięty podświadomie w konsekwencji strachu przed mężczyznami wpisanego we mnie przez formacyjne traumatyczne doświadczenie, niezawodnie sortuje mężczyzn na niebezpiecznych, bezpiecznych i wyjątkowych. Skaner jest tak skuteczny, że wystarczało zdjęcie i krótka rozmowa przez telefon (jego głos oraz to, co i jak mówił), by zwracał trafną ewaluację. Patrick z Jamajki, który wyszedł po mnie tuż przed północą na wyludnioną High Street Kensington, okazał się uroczym człowiekiem ukrywającym się pod maską wystudiowanej karaibskiej męskości, która pewnie sprawdzała się w uwodzeniu takich mężczyzn, jacy mu się najbardziej podobali. Fakt pozostaje jednak faktem: wzór mojego zachowania był jednoznacznie ryzykowny.
Trauma dewastuje układ nerwowy. Część mózgu zastyga w katastrofalnym momencie, który dla organizmu nie może się po prostu skończyć: pozostaje nierozwiązany, trwa i aktualizuje się w nieskończoność, w odpowiedzi na cokolwiek, co mózgowi przypomina pierwotny uraz.
Strach zżera duszę
Organizm strzela hormonami stresu z byle powodu i cały czas. Dlatego w końcu traci zdolność rozróżniania zagrożeń realnych od urojonych. Ignoruje prawdziwy ból. Nie dostrzega realnych niebezpieczeństw. Czasem dopiero w momencie, który zawiera element zagrożenia (seks z nieznajomym spotkanym o północy) zaczyna czuć, że naprawdę żyje. Innym razem włącza tryb paniki, gotowości do walki lub do ucieczki, bądź zamiera w bezruchu w odpowiedzi na zupełnie niegroźne sytuacje, tylko dlatego, że ktoś kogoś strukturalnie przypomina albo konfiguracja uczestników zdarzenia luźno i jedynie metaforycznie przypomina coś z pierwotnego urazu. Czasem trzeba dużo interpretacyjnej pracy, żeby zrozumieć, na czym polega podobieństwo wielu z tych sytuacji.
Do absolutnej histerii i fizycznego bólu doprowadza mnie konieczność robienia przez długi czas czegoś nudnego, powtarzalnego. Wywołuje to u mnie cierpienie, którego większość moich znajomych nie rozumie, bo sami widzą w nudnych zadaniach co najwyżej formę przejściowej niewygody. U mnie nuda i powtarzalność powodują narastające napięcie, które w końcu manifestuje się w różnych objawach somatycznych, w tym bólu różnych części ciała. Zdarzało się, że absolutnie musiałem w pracy znaleźć jakieś pomieszczenie, w którym mogę się, niewidziany przez nikogo, położyć na podłodze i przez kilka do kilkunastu minut oddychać głęboko, patrząc w sufit.
Myślę, że mój układ nerwowy interpretuje nudę i powtarzalność jako formę unieruchomienia, rodzaj pułapki. A każde unieruchomienie przypomina mi gdzieś głęboko moje traumatyczne wydarzenie, kiedy czterech chłopców, w tym ten, którego kochałem i tęskniłem za nim cały rok, otoczyło mnie i upokorzyło na podłodze w szkolnym kiblu, odciąwszy możliwość ucieczki. Nuda sprawia, że czas jakby staje w miejscu, trwa w okropnym miejscu i nie chce się posunąć do przodu, poza to miejsce. Wtedy, kiedy miałem piętnaście lat, czas również stanął dla mnie w miejscu i nie mogłem w żaden sposób umknąć unicestwieniu dokonywanemu na mnie przez pierwszego chłopca, w którym się zakochałem, w towarzystwie trzech innych. A potem utkwiłem na lata w tym samym liceum.
Z tego samego powodu nie jestem w stanie znieść wszystkich tych mindfulness i medytacji. Odczuwam te praktyki jako zmuszające mnie do pozostawania w narzuconym mi bezruchu, który wydaje się trwać wieczność. Każdy narzucony mi bezruch po pięciu minutach zaczyna mi się wydawać wiecznością. Czuję się jak w pułapce, jak w sytuacji zagrożenia życia lub godności. Kiedy mój psychoterapeuta, Anioł Jujitsu (tutaj wyjaśniam, dlaczego tak go nazywam), próbował mnie do jednej z takich aplikacji przekonać, tak mnie te nagrania wytrąciły z równowagi, że przez dwie noce prawie nie zmrużyłem oka.
Z tego samego powodu o mało nie oszalałem w kowidowych lockdownach – unieruchomiony w znacznym stopniu w czterech ścianach, odcięty od ludzi i kultury (bo wszystko pozamykano). Wrażenie znajdowania się w pułapce aktywowało się: uruchomiło ataki paniki, niemożliwość koncentracji, problemy ze snem, nieprawdopodobne napięcie i ból w plecach. Do tego wtedy też zacząłem pracę, gdzie byłem skazany na codzienne kontakty z Gangiem Czworga, który mnie cały czas atakował i próbował skompromitować, co mnie zretraumatyzowało i ostatecznie wysłało na bardzo długie chorobowe. W lockdownach ich wrogie głosy, na ich ciągłe telefony z pretensjami, na spotkania na Teamsach, na których musiałem oglądać ich podłe mordy – wszystko to wdzierało się do mojej prywatnej przestrzeni, zatruwając na zawsze wnętrze mojego mieszkania. Nigdy się już nie czułem dobrze w tym mieszkaniu, nie da się tej trucizny z jego ścian usunąć. Mam nadzieję, że wszyscy, którzy tak krzywo na mnie patrzyli, bo miałem czelność mówić, jak mi ten cyrk kowidowy jest uciążliwy, czują się teraz choć trochę winni (bo powinni).
Męska dominacja
Dopiero teraz, kiedy pamięć wydarzenia z września 1994 r. powróciła, rozumiem, że moje załamanie nerwowe na początku 2023 r. wynikało z tego, że znalazłem się na zbyt długo w koszmarnej relacji zawodowej z agresywnymi i abuzywnymi ludźmi, którzy przez dwa lata spiskowali, żeby mnie skompromitować i poniżyć w oczach innych ludzi, bo nie zamierzałem się dostosowywać do ich chaotycznych zwyczajów (niezgodnych z wytycznymi organizacji) i po prostu mataczenia. Zorganizowane i długotrwałe spiskowanie mające na celu zniszczenie mojego wizerunku w oczach innych ludzi nieświadomie przypominało mi mój pierwotny, decydujący uraz.
Po powrocie pamięci centralnego wydarzenia przetoczyła się przeze mnie masa innych wspomnień, już nie wykasowanych tak dokumentnie, jak tamto kluczowe, ale odpychanych na różnych etapach życia metodami dysocjacji. W pełnym świetle objawiło się także znaczenie wielu wydarzeń, których nie potrafiłem wcześniej zrozumieć.
Pojąłem np., co dokładnie się ze mną działo w mojej pierwszej poważnej pracy w Londynie (po owych trzech miesiącach w hotelu tuż za Muzeum Brytyjskim). Pracowałem w technologicznym startupie, który by można nazwać „fintechowym”, z zastrzeżeniem, że zajmował się inwestycyjnym złotem (takim w sztabach po 400 uncji), które ma osobny status prawny, oddzielający je od usług finansowych sensu stricto.
Kiedy tam zaczynałem, to był startup najprawdziwszy z prawdziwych, jak z filmu o Dolinie Krzemowej. Było nas w biurze zaledwie jedenaście osób. Oczywiście, byli przełożeni i podwładni; byłem też w bardzo nowym dla siebie środowisku – miejscu założonym przez londyńskiego milionera i dwóch tech bros. Ale tech bros byli bardzo nietypowi, jeden z nich był drobnej postury długowłosym katolikiem, który czasem malował sobie paznokcie (jest hetero, ma żonę i syna). Przez pierwsze dwa lata panowała tam bardzo egalitarna atmosfera. Wszyscy siedzieliśmy w jednym biurze. CEO, Paul (niedawno zginął w wypadku drogowym – na motocyklu – w Hiszpanii), siedział ze dwa metry na prawo ode mnie, chodził z resztą z nas na piwo po pracy, a ja osobiście czułem się przez niego i resztę doceniany. Paul wyrażał podziw dla mojej wiedzy, odkąd drugiego dnia w robocie, kiedy mnie wdrażał, wyjaśniłem mu, dlaczego Chińczycy stworzyli tak „nieefektywny”, jak go określił, model pisma.
Jak długo było nas nie więcej niż kilkanaście osób, liczebna przewaga mężczyzn w zespole nie była wielka. Nawet jeśli trójka założycieli, CEO, COO i CTO byli mężczyznami, to nie zachowywali się, jakby nam wydawali rozkazy. Dopiero kiedy firma odniosła taki sukces, że w ciągu roku potroiła się załoga, zacząłem się czuć coraz gorzej. Tłumaczyłem to sobie tym, że prawie nikt ze starej ekipy nie został awansowany, zatrudniono za to cały szereg nowych menedżerów z zewnątrz, no i nie wszyscy z nich błyszczeli. To prawda, ale nie cała. Przecież o żaden awans nie zabiegałem, nie chciałem być niczyim menedżerem (moje późniejsze doświadczenia zawodowe potwierdziły, że czuję się okropnie mając podwładnych). Pojawiło się też wyraźne pęknięcie między dwiema kategoriami personelu (nie licząc kadry kierowniczej): techies i non-techies. Ci pierwsi zarabiali więcej i dostawali opcje na akcje, ci drudzy zarabiali mniej i opcji nie dostawali.
Dopiero teraz rozumiem, że mój dyskomfort rósł tak bardzo, gdyż pod powierzchnią tego, co świadomie rozumiałem, cały czas aktywowana była moja trauma. Wraz z rozrostem ekipy IT – sami mężczyźni – przestrzeń została całkowicie przez mężczyzn zdominowana. Cały nowy poziom menedżerów, który wyrósł nad nami, z wyjątkiem dopiero jakiś czas później jednej kobiety na stanowisku CFO, składał się z mężczyzn. Dostawałem niezrozumiałego szału za każdym razem, kiedy którykolwiek z nich powiedział lub zrobił cokolwiek, co wywoływało we mnie wrażenie, że się rządzi i wydaje mi rozkazy, nie będąc moim przełożonym.
Paul zamknął się w nowym biurze w odosobnionym, oddzielonym pomieszczeniu i już nie wychodził z nami na piwo. Pewnego dnia dokonał też bardzo brutalnej zmiany niepisanego paktu, który do tej pory miał w zespole zastosowanie. Ruch ten nie naruszał warunków, które mieliśmy zapisane w umowach. Dostałem trochę rykoszetem, ale był motywowany rażącą (i całkowicie realną) niesubordynacją kogoś zupełnie innego. A jednak czułem się, jakby to była osobista obraza pod moim adresem, czułem się nieproporcjonalnie upokorzony, jakby mnie ktoś skopał i opluł.
Wkrótce nowy COO chciał się czymś na początek zaznaczyć, jakąś demonstracją swojej władzy, którą przykryłby to, jak jest zielony w temacie naszych codziennych operacji. Nigdy się pewnie nie dowiem, czy to, że nosiłem na nadgarstku opaskę w barwach palestyńskiej flagi, a on jest Żydem, odegrało jakąś rolę w tym, że to ja znalazłem się na celowniku. Atak się ostatecznie nie powiódł – nie bez znaczenia było to, że moim bezpośrednim przełożonym był mój maurytyjski eks, Nitin (że coś takiego nas kiedyś łączyło, zdołaliśmy przez całe lata utrzymać w całkowitej tajemnicy), do dzisiaj jeden z moich najbardziej niezawodnych przyjaciół – i zaryzykował głowę, żeby stanąć w mojej obronie. Swoją drogą, jeszcze jeden dowód, jak bezbłędnie wykrywam wyjątkowo dobrych mężczyzn. Jakiś czas później ów COO mnie nawet przeprosił za tamto „nieporozumienie”, a gdy złożyłem moją pierwszą rezygnację, trochę spanikował, bo już rozumiał, jaką operacyjną wiedzę zgromadziłem przez te cztery lata i że władam rzadką kombinacją języków.
Jednak nieuświadomione a przejmujące poczucie, że jestem znowu zdominowany przez mężczyzn, zewsząd przez nich otoczony i skazany na ich władzę nade mną, mężczyzn, którzy na pewno kiedyś mnie upokorzą, bo przecież tylko tak to się może skończyć, kumulowało się. Żeby ten strach i dyskomfort jakoś zagłuszyć, potrzebowałem wieczorami sporych ilości alkoholu. Gdzieś pod koniec tamtego okresu na firmowej imprezie wypiłem tyle wina, że Nitin (znowu on) zabrał mnie do siebie, żebym nie zginął gdzieś w nocy po drodze do domu. W końcu musiałem stamtąd odejść i uciec w trzymiesięczną podróż po Brazylii, żeby znowu swobodnie oddychać.
Sytuacja pracy zarobkowej, od której zależy nasze utrzymanie, to przynajmniej sytuacja realnej władzy – przełożeni i pracodawcy mają instrumenty, by czymś dotkliwym nam zagrozić i zaszkodzić, nasze życie przynajmniej przez jakiś czas może od tego materialnie zależeć. Ale te mechanizmy uruchamiały się w moim życiu – czyniąc je nieustannie aktualizującym się, niewytłumaczalnym koszmarem – w odpowiedzi na zdarzenia o znacznie mniejszym realnym znaczeniu.
Fałszerze
Pod koniec podstawówki byłem młodocianym fałszerzem dokumentów. Bywały tygodnie, że z dziewczyn z mojej klasy żadna nie ćwiczyła na lekcji w-f. Bo wszystkie przyszły ze zwolnieniem od rodziców, że są „niedysponowane”. Bywało, że wszystkie te zwolnienia „od rodziców” napisałem albo podpisałem ja. Skutecznie fałszowałem podpisy, potrafiłem nawet pismo innych ludzi. Bywało, że jakiś chłopak musiał zatuszować swoje wagary, przynosił jakąś kartkę z bloczku od znajomego lekarza już z jego pieczątką – i robiłem mu to samo. Płacili mi za to jakieś drobniaki, więc miałem na głupoty, które w owych czasach radowały czternastoletnich chłopców w prowincjonalnych polskich miastach. Nie paliłem ani nie piłem, więc były to raczej jakieś zapiekanki z pieczarkami i z serem, takie rzeczy.
Ale też używałem tego jako karty w rozgrywaniu stosunków w grupie rówieśniczej. Byłem raczej małym chłopcem, nie umiałem w piłkę, w dodatku od chyba dwunastego roku życia byłem alergikiem, czyli kilka miesięcy w roku smarkałem, kichałem na wszystkie strony i łzawiły mi zaczerwienione oczy. Dobrze się uczyłem z większości przedmiotów, nawet tych, których nie lubiłem. I jeszcze musiałem zacząć nosić okulary. Mogła mi całkiem realnie grozić pozycja pogardzanego (przynajmniej przez groźniejszą część chłopców) „kujona”. Myślę, że mój fałszerski proceder pomagał mi hakować trochę ten system, dodawał mi antysystemową „krawędź”. Mniej grzeczni i potencjalnie niebezpieczni chłopcy, a także dziewczyny, które najbardziej lubili, mogli na mnie liczyć w kryzysach, które wymagały fałszywego podpisu do szkoły.
Mój proceder nie zdążył wyjść na jaw i pozostał nieukarany przez żadną instancję dyscyplinującą. Zdawałem sobie jednak sprawę, że gdyby wyszedł, to by nie były żarty. Zwolnienia z w-f czy usprawiedliwienia za dzień wagarów nie są może dokumentami, od których zależą losy świata czy choćby dzielnicy, ale szkoła może zawsze uznać, że zależy od nich powaga jej samej jako instytucji. Dlatego w liceum już tego nie robiłem.
Ale.
Miałem szesnaście albo siedemnaście lat, byłem już straumatyzowany, uczyłem się w tymże liceum, w którym codziennie kurczyłem się na widok chłopca, który mi to zrobił (nie pamiętając, co mi zrobił; nie rozumiejąc, dlaczego nie mówi już do mnie ani słowa; nie pojmując, dlaczego wydaje się mnie nawet nie widzieć). Ażeby przetrwać, funkcjonowałem w daleko posuniętej dysocjacji. Któregoś dnia do mojego najmłodszego brata przyszedł jakiś jego starszy kumpel, który potrzebował zwolnienia za jakąś nieobecność w szkole. Przyniósł jakiś druk od lekarza, z pieczątką, ale bez tekstu. Pewnie miał jeszcze jeden z podpisem jako wzór do podrobienia, już dokładnie nie pamiętam. Nie pamiętam też, czy poprosił. Pomimo iż trochę młodszy ode mnie, był widocznie większy i silniejszy ode mnie, i pewny siebie. Natychmiastowa, automatyczna i niekontrolowana operacja mojego straumatyzowanego mózgu spozycjonowała go jako stojącego nade mną. Potraktowałem to jak żądanie, którego nie mam prawa kontestować. Bez zbyt wielu słów, z wyjątkiem być może pytań precyzujących, co tam ma być napisane, oddałem mu wykonane dzieło i umknąłem do swojego pokoju.
Nie chciałem tego robić, ale nie byłem w stanie powiedzieć „nie”. Nie zażądałem nawet niczego w zamian, nawet pięciu złotych, co mogłoby uratować moją godność, czyniąc mnie aktywną i asertywną stroną równorzędnej wymiany. Chciałem tylko, żeby już było po wszystkim, żeby to upokorzenie – ta moja bezwolna potulność wobec młodszego, ale większego ode mnie chłopaka – dobiegła już końca i bym mógł o tym zdarzeniu jak najszybciej zapomnieć. Byłem do głębi udręczony tym, że nie rozumiem, co się ze mną dzieje i dlaczego zachowuję się, jakby ktoś miał do mnie pilota i władzę nad moim zachowaniem. Jakbym nie miał prawa powiedzieć „nie” albo zażądać czegoś w zamian.
Czerwone pantofelki
Miałem chyba 24 lata, kiedy w witrynie Armaniego w Paryżu wypatrzyłem niesamowite, jaskrawo-czerwone buty kształtu sportowego, ale zarazem z wybujałego zamszu, ale zarazem z podeszwą na takich wypustkach trochę jak boat shoes, trochę jak buty piłkarzy (chociaż nikt by w nich w piłkę nie grał), coś pomiędzy. Mieli kilka ostatnich par, były przecenione do 80€. To nie było wtedy mało pieniędzy dla chłopaka z robotniczej rodziny w Dąbrowie Górniczej na wakacyjnych saksach na Zachodzie. Ale był to ułamek ich pierwotnej ceny, która była ze trzy razy wyższa, wyglądały obłędnie, a ja miałem wtedy moment, kiedy odważnymi elementami ubioru wspomagałem swoją ostrożną emancypację i miałem już jedne odlotowo czerwone buty, które nieźle robiły tę robotę. Wszedłem tam – i nigdy nie umiałem sobie odpowiedzieć na pytanie, co się tam dokładnie wydarzyło.
Była jakaś głupia poranna godzina i chyba nie było innych klientów, więc wszyscy trzej sprzedawcy otoczyli mnie. Wszyscy trzej – piękni mężczyźni, wiek około 25 lat, każdy z nich znacznie wyższy ode mnie. Jakbym nagle stanął przed panelem greckich bogów. Wyszedłem stamtąd z parą butów i świadomością, która dopadła mnie dopiero kilka minut później, że zapłaciłem nie 80 a co najmniej 120€. Stan mojego portfela to potwierdzał, gdyż w owych czasach w Paryżu płaciłem gotówką. Nie miałem nigdzie paragonu.
Co mogłem zrobić? Wrócić do tych samych mężczyzn, którzy mnie najwyraźniej onieśmielili i wykiwali, bo było ich trzech, a każdy wysoki i piękny, i powiedzieć im, że ten ich wzrost i piękno mnie zastraszyły? Bez nawet paragonu na dowód, że te buty w ogóle stamtąd, że je kupiłem, a nie np. ukradłem? Byłoby to tylko kolejne upokorzenie. Zresztą nic z tego nie rozumiałem, nie byłem w stanie pojąć, co się ze mną działo i dzieje.
Ale tak właśnie było: sparaliżował mnie śmiertelny strach, bo byli piękni, smukli i wysocy, o szerokich ramionach. Jak chłopiec, który mi to zrobił. A otoczyli mnie prawie tak, jak tamtego wrześniowego dnia on i trzech innych, których na mnie skrzyknął, żeby mnie z nimi upokorzyć. Najwyraźniej co najmniej jeden z tych zbyt pięknych młodzieńców u Armaniego wyczytał ze mnie, że nogi mi się ugięły i mogą spróbować ze mną zrobić, co chcą.
Odczuwałem potem straszliwy wstyd pomieszany z bezsilną wściekłością na samego siebie. Nic z tego nie rozumiałem. Gdzie się wtedy podziała moja wolna, nawet przytomna świadomość? Ktoś znowu miał do mnie pilota.
Tyle dobrze, że to wciąż było znacznie poniżej połowy pierwotnej ceny tych butów, a one same okazały się służyć kilka długich lat bez większych oznak starzenia, co rzadko dziś można powiedzieć o butach. Przynajmniej zakup się opłacił. Buty robiły wrażenie. Pamięć tego, co się wydarzyło w momencie ich zakupu, odepchnąłem daleko.
Bliskie spotkania żadnego stopnia
Gdy byłem głęboko w depresji po załamaniu nerwowym na początku 2023 r. – i zdecydowanie zbyt daleko w bezużytecznej terapii poznawczo-behawioralnej – swoim całożyciowym zwyczajem trzymałem się życia, dyscyplinując się do aktywnego podążania za zainteresowaniami oraz pisania o tych zainteresowaniach. Jednym z nich stała się twórczość Driesa Verhoevena. Odkąd ją odkryłem, chodziłem na wszystko, co miałem możliwość zobaczyć w Amsterdamie.
Obmyślałem esej o jego twórczości (ukazał się w polskiej edycji „Le Monde diplomatique” i na moim blogu). Napisałem do niego na Messengerze, on odpisał, bym do niego podszedł i zagadał. Verhoeven lubi się kręcić przy swoich produkcjach i obserwować publiczność. Miałem trzy takie okazje. Raz, gdy pokazywał The NarcoSexuals; raz, gdy pokazywał Everything Must Go; i raz, kiedy we Frascati odtworzono jego starsze prace. Za każdym razem Verhoeven był dostępny, przynajmniej przez jakiś czas snuł się samotnie. Za każdym razem coś mnie sparaliżowało, nie byłem w stanie podejść czy odezwać się, nawet wykonać kroku do przodu, gdy stanął tuż przede mną. Nic nie pomagało – dwa kieliszki wina, towarzystwo mojego męża na jednym z tych wydarzeń, przyjazna aura Verhoevena, świadomość, że przecież nie uderzam do niego jako jakaś groupie, tylko krytyk piszący duży esej o jego twórczości, a on już mi odpisał, zachęcając do rozmowy. Za każdym razem unieruchomił mnie niezrozumiały paraliż absolutnie nie do przezwyciężenia. Potem przychodziła frustracja i wstyd, poczucie porażki i niemożność zrozumienia, co się ze mną za każdym razem dzieje.
Dopiero teraz, od kilku miesięcy, rozumiem takie epizody w moim życiu.
Chłopiec, który mi to zrobił, gdy miałem piętnaście lat, był dla mnie – zanim mi to zrobił – przedmiotem podziwu: bo wydawał mi się łączyć w jednej osobie wiązkę rozmaitych jakości rzadko spotykanych w jednej osobie. Był najpiękniejszym chłopakiem w moim dotychczasowym życiu. Był o rok starszy, był więc ode mnie większy, zresztą na zawsze tak zostało, gdy już przestaliśmy rosnąć, nie urosłem tyle, by mu dorównać. Był też silny, wysportowany – ja nie byłem. I dostał się już do liceum plastycznego, do którego ja chciałem za rok zdawać – był więc również utalentowany artystycznie. To były czasy wyżu demograficznego i trzeba było coś potrafić, żeby się do takiego liceum dostać. A kiedy rok później znowu go spotkałem, już w tym liceum, wówczas mnie unicestwił i od tamtej pory traktował przez cztery lata jak powietrze. Moje uczucie, moje pierwsze pożądanie, moje rok trwające wyczekiwanie na ponowne z nim spotkanie, kiedy już dostanę się do tego samego liceum – za wszystko to spotkała mnie okrutna kara.
Verhoeven jest bardzo wysokim mężczyzną, w świetnej formie fizycznej, w jego twarzy jest coś łagodnie pięknego. Uważam go za wybitnego twórcę – wszystko, co wychodzi spod jego ręki, mnie fascynuje. W tamtym momencie, kiedy byłem już w depresji (która była po prostu wybiciem mojej formacyjnej traumy), taka kombinacja mnie sparaliżowała, aktywując wszystkie moje traumatyczne powiązania, cały mój strach przed tym, co może mnie w każdej chwili spotkać ze strony mężczyzn, których zbyt mocno podziwiam, z onieśmielająco zbyt wielu powodów na raz. Dodajmy do tego, że w swojej twórczości zajmuje się tematem homoseksualnej męskości (punkt zapalny), oraz to, że ze swoją aparycją sprawia wrażenie dobrze zadomowionego we własnym męskim ciele (kolejny punkt zapalny) – tego już było dla mnie wtedy za dużo. Bardzo długo czułem się bardzo podle, głęboko upokorzony świadomością własnej niemocy w interakcjach z ludźmi.
Paradoksy traumy upokorzenia. Traumatyczny strach przed kolejnym upokorzeniem ostatecznie wpycha w uczucie upokorzenia, od którego ucieka. Czasem je nieświadomie odtwarza. Staje się samospełniającą przepowiednią. Bardzo długo i bardzo podle czułem się upokorzony swoją własną niezdolnością podejścia do człowieka, który przecież powiedział mi już wprost, że chce ze mną porozmawiać, a ja pisałem o jego twórczości.
Rio
Oczywiście, że musiało się to też odbijać w wielu dziwnych epizodach seksualnych, nie tylko takich jak spotkania z nieznajomymi o północy na High Street Kensington.
Drugi raz w życiu w Rio de Janeiro byłem w 2016 r., w okresie obejmującym karnawał. Było to w tej długiej podróży, w którą się udałem, uciekłszy ostatecznie z „fintechowego” startupu. Koniecznie spotkać się ze mną chciał pewien Marcos Vinicios, który zagadał do mnie na Gaydarze. Nad ranem, po wspólnej nocy w obskurnym hoteliku, w którym za każdą ścianą ktoś kogoś posuwał, wpadłem w panikę. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że nie używał prezerwatyw, a ja mu na to pozwoliłem. Zawsze miałem na tym punkcie niemal paranoję, mój stały wieloletni partner był jedynym wyjątkiem w moim dotychczasowym życiu.
Tamtej nocy, jakby we władaniu jakiegoś zaklęcia, pozwoliłem Marcosowi Viniciosowi na wszystko. Marcos Vinicios zapewniał, że jest „czysty”, ale przecież znalazłem się z nim w łóżku, znając go w realu zaledwie trzy godziny. Mógł mówić prawdę, ale równie dobrze mógł nieprawdę. Nie musiał nawet kłamać. Może przelatywał dziesięciu turystów miesięcznie? Jeżeli to właśnie to go kręciło, to z jego urodą miał wszelkie szanse powodzenia, a tym bardziej w okresie turystycznego high season. No chyba znał akurat ten dziwny hotel z jakiegoś powodu. Mógł zdążyć coś złapać, odkąd zrobił sobie ostatnie testy na STD – skąd mogłem wiedzieć? Zacząłem umierać ze strachu i pytać samego siebie, co się ze mną tamtej nocy stało, dlaczego nie próbowałem nawet poprosić, żeby jednak?
Ktoś powiedział, że Brazylia to kontynent. W sensie – nie kraj a kontynent, taka jest duża i różnorodna. Moje rozwinięcie: Brazylia to kontynent najpiękniejszych mężczyzn. Nigdzie indziej nie widziałem podobnego stężenia nieprzyzwoicie pięknych mężczyzn na kilometr kwadratowy terenu zabudowanego.
Marcos Vinicios był wyjątkowo piękny nawet jak na brazylijskie standardy. Wysoki, śniady, uśmiechnięty, czarujący, czarne loki, smukły, muskularny i sprężysty. Miał 23 lata. Ja miałem wtedy 37 lat. Może i wyglądałem na mniej – ale nawet w najlepszym fizycznie momencie mojego życia nie byłem w formie, która kwalifikowałaby mnie choćby do sąsiadującej kategorii. A on tłukł się dla mnie z drugiej strony zatoki, z sąsiedniego Niterói, w autobusie przez dwie godziny ugrzęzłym w korkach na tym kolosalnym moście. Czułem się wyróżniony, jakby spotykało mnie coś, na co nie zasługuję i co może w każdej chwili prysnąć, jeśli wykonam jeden niewłaściwy ruch. Zostałem wybrany przez młodego boga, który z wyżyn swojego piękna, wedle reguł tego świata, nie powinien był nawet brać mnie pod uwagę, mógł przebierać w mężczyznach. Dlatego nie mogłem powiedzieć „nie”, to byłoby jak bluźnierstwo. Dlatego całkowicie mu się poddałem, utraciłem wolną wolę. Nie robiliśmy tego naprawdę razem – ja jedynie przyjmowałem jego działania wobec mojego ciała, na moim ciele i wewnątrz mojego ciała. Strach przed konsekwencjami, który powinien był mi towarzyszyć, ukryła przede mną zasłona rzucana tak często między mnie a świat dookoła przez fałszywą przyjaciółkę każdej osoby straumatyzowanej: zmorę dysocjacji.
Strach akcelerował naprawdę, gdy się już z nim pożegnałem po śniadaniu. Nie wiedziałem, czy jako turysta miałbym gdzie w Rio zrobić jakieś testy, nie mówiąc o dostępności preparatów post exposure. Wiedziałem za to, że gdybym go spotkał ponownie, wydarzyłoby się dokładnie to samo: moja wola złożyłaby natychmiastową kapitulację i poddała się każdemu jego życzeniu, jakby było rozkazem. Jedyne, co mogłem zrobić, żeby temu zapobiec, to zrobić wszystko, żeby go już więcej nie spotkać.
Przeżywałem nieprawdopodobny niepokój, próbując zrozumieć, co się w ogóle we mnie działo. Nie wiedziałem, że to trauma wyłącza moją zdolność mówienia „nie” niektórym mężczyznom, mężczyznom o pewnych cechach – tym agresywnym, którzy przyjmują pozę dominującą, żeby mnie zastraszyć z jednej, ale z drugiej takim, których za bardzo podziwiam. Np. mężczyznom, którzy wydają mi się zbyt piękni, zbyt wspaniali, zbyt zachwycający, bym mógł na nich zasługiwać, a oni jednak z jakiegoś powodu, w jakiś sposób mnie wybierają.
Kiedy miałem piętnaście lat, moje pożądanie uwikłało się na zawsze w nierozerwalny splot ze strachem, bo zostało wtedy bardzo bezlitośnie ukarane przez najpiękniejszego chłopca w moim dotychczasowym życiu – za którym, na dodatek, tęskniłem cały rok. Od tamtej pory moje pożądanie było już na zawsze ekstremalnie selektywne – odpowiadało tylko na wyjątkowo pięknych mężczyzn, którzy do tego demonstrują szereg innych właściwości (intelekt, znajomość wielu języków, talent, dowcip, siłę, itd. – niekoniecznie wszystkie na raz, ale zawsze wystarczająco dużo na raz). Wtedy powtarzają, tylko coraz lepiej, strukturę wciśniętą głęboko w moją podświadomość przez mojego pięknego zdrajcę z czasów, kiedy miałem 14-15 lat. Wtedy są warci ryzyka i pożądanie bierze górę nad strachem. Ale strach zawsze gdzieś jest przyczajony i każe mi uważać na każdy ruch, obawiać się najmniejszego błędu, bo każdy może nagle zostać ukarany odrzuceniem, na które przecież tak naprawdę zasługuję. Pożądanie wybuchało też tak gwałtownie i z taką siłą, bo było cały czas dodatkowo napędzane strachem.
Skrzywdziłem wtedy mojego stałego partnera, którego nie tylko zdradziłem, ale też potencjalnie mogłem wystawić i jego zdrowie na niebezpieczeństwo, gdybym coś od pięknego Fluminense złapał. Zapytany, jak to się w ogóle stało, nie umiałem odpowiedzieć, bo sam nic z własnego zachowania nie rozumiałem.
Skrzywdziłem nawet tego pięknego Marcosa Viniciosa. Naprawdę był „czysty”, niczego mi nie „sprzedał”. Nie był też żadnym „drapieżnikiem” cynicznie żerującym na mojej słabości. Był młodszy, skąd mógł wiedzieć, że może mieć nade mną taką władzę? Spotykając się z kimś starszym od siebie o więcej niż połowa jego własnego życia, miał prawo spodziewać się po mnie samosterowności. Nie tylko nie był drapieżny, był uroczy i chyba autentycznie sentymentalny. Pomimo urody, muskulatury i wystudiowanej pewności siebie w łóżku, przebijało przez niego coś nieśmiałego, co ujawniało się w rzadkich momentach, kiedy niespodziewanie – i na bardzo krótko – zaczynał się jąkać. Albo w tym cieniu lęku, jaki przemknął po jego twarzy zaraz po tym, gdy przy mojej drugiej caipirinhi, jak jeszcze spacerowaliśmy po Lapie, rzucił zaczepnie: „Você tem que transar com um Brasileiro”. Jakby się nagle przestraszył, że przestrzelił, że za szybko i może mnie już stracił. Wiedział, że jestem w Rio na krótko, jako turysta, więc pragnął tylko przygody – ale to wcale nie znaczy, że nie było to pragnienie szczere ani prawdziwe, ani że nie liczył na spędzenie ze mną więcej czasu, zanim wrócę do Europy. Może przygody z przybyszami z daleka, którzy dysponowali doświadczeniami, których on nie miał, którzy reagowali na niego pożądaniem i oferowali dostęp do siebie, dawały mu coś, czego wtedy potrzebował.
Przez wiele dni pisał do mnie wiadomości, w których próbował się wytłumaczyć i prosić o zrozumienie i wybaczenie. Moja ucieczka od niego naprawdę go zraniła.
Jarosław Pietrzak
Jestem na Facebooku, Substacku i Twitterze (pardon, X).
Ten esej najlepiej czytać razem z pierwszym w tej serii, zatytułowanym Dawno temu.