Od mojego pierwszego dnia w liceum był tam on. Chłopiec, który mi to zrobił. Był poniekąd wszędzie, bo szkoła była mała, a on rzucał się w oczy i ciągle ktoś o nim mówił. Mój przyjaciel jednego lata, mój piękny zdrajca. Chłopiec, który mnie unicestwił i przez cztery lata mijany w tym samym budynku konsekwentnie traktował jak powietrze. Przez cztery lata kurczyłem się codziennie na jego widok. Część mnie nigdy już nie podniosła się z podłogi tamtej szkolnej ubikacji.
Od pierwszego mojego dnia w liceum był tam też zupełnie inny chłopiec. Taki o naprawdę złotym sercu. Chodziliśmy do tej samej klasy, choć czułem się przy nim, jakby był starszy o dwa lata. Ponieważ szkoła była mała, a chłopców w niej niewielu – w mojej klasie początkowo chyba dziewięciu, wkrótce potem tylko ośmiu – zależało mu, byśmy trzymali się w kupie, kumplowali się, robili rzeczy razem. Rozmawiali, urwali się z jakiejś lekcji na wagary, uprawiali razem sport, rozmawiali o dziewczynach, albo o filmach, albo o jakimś serialu, no cokolwiek.
Chłopiec o złotym sercu był bardzo silny i wysportowany. Na pewno najbardziej w naszej klasie, ale był też jednym z najsilniejszych i najbardziej wysportowanych chłopców w całej szkole.
Liceum było plastyczne. W takim liceum, w tamtych czasach, sporą część chłopców stanowiły dość niewydarzone łamagi, które trudno było zrekrutować do „normalnych” chłopackich aktywności. Sporo zakompleksionych słabeuszy i gejów, co nie powychodzili jeszcze z szafy. Dzisiaj, jak czasem pomyślę o niektórych, to też co najmniej kilku w poważnej traumie. Ale Jacek nie dawał za wygraną, nie brakowało mu pomysłów, żeby stwarzać warunki.
Czytaj dalej