Stupor, szepty, strach

Pewne symptomy od dawna nie tylko mi towarzyszyły, nie tylko mi doskwierały, ale i świadomie zastanawiały mnie już od dawna. Na tyle, że próbowałem je opisywać na wcześniejszych etapach moich doświadczeń z poszukiwaniem pomocy psychologicznej. Dopóki nie znalazłem mojego obecnego terapeuty (nazywam go tutaj Aniołem Jujitsu), nigdy nie zwróciły niczyjej uwagi, nie sprawiły, że któreś z nich (tych osób wcześniej spotykanych) się na chwilę zatrzymało i pomyślało: „to może na coś wskazywać”.

Stupor

Chyba odkąd byłem nastolatkiem zapadałem czasem w pewien dziwny stupor. W łazienkach, wieczorami – czyli tak naprawdę (dla normalnych ludzi) w nocy, bo od piętnastego roku życia chodziłem spać bardzo późno.

Są to epizody nasilonej dysocjacji, w których następuje jakiś glicz temporalny. Wchodzę, wykonuję tam tylko całkiem normalne czynności, nie farbuję włosów, nie zakręcam ich, nie prostuję, nie mam przecież makijażu do usunięcia. Ale kiedy wychodzę, okazuje się, że minęła godzina, półtorej, bywa, że dwie. Naprawdę wtedy nie rozumiem, co mi pochłonęło tyle czasu. Myłem zęby przez pół godziny? Stałem pod prysznicem pół godziny? Gapiłem się tępo w lustro przez pół godziny?

W okresach, kiedy mój stan psychiczny osuwał się szczególnie nisko, zdarzało mi się z takiego stuporu otrząsać, podnosząc się z podłogi, na której w międzyczasie w tej dysocjacji usiadłem (czasem się na niej położyłem, czasem zwinąłem w kłębek lub coś podobnego, w zależności od tego, na co pozwalały rozmiary i „format” podłogi).

Dzisiaj wiem już, skąd to się wzięło. Wydarzenie, które mnie złamało na następnych trzydzieści lat i rządziło z ukrycia całym moim życiem, miało miejsce w szkolnej łazience. To na podłodze szkolnej łazienki chłopiec, który był dla mnie wszystkim, obrócił mnie w nic – w towarzystwie trzech kolegów, jak on o rok starszych ode mnie. To doświadczenie symbolicznego i społecznego unicestwienia zapisało się we mnie na zawsze i rządziło odtąd moim stosunkiem do świata.

Część mnie nigdy nie podniosła się już z podłogi tamtej ubikacji. Nie było nikogo, kto by mnie wtedy obronił. Wręcz przeciwnie, ten, na którego liczyłem, że będzie moim przyjacielem i protektorem w nowym otoczeniu – to on mi to zrobił. Nie było nikogo, kto by próbował jakkolwiek naprawić wyrządzoną mi krzywdę. Nie było nikogo, kto by mi pomógł pozbierać się z podłogi i mnie pocieszył. Nikt nie przywrócił mojej zdruzgotanej godności. Nie było nikogo, kto by mnie chociaż ogarnął ramieniem i powiedział, że nie zasługiwałem na to, co mnie spotkało.

Było jeszcze gorzej: nie mogłem się nawet wypłakać i domknąć cykl stresu, wyrzucić ten cały ból ze łzami i doczekać aż się uspokoję. Nie chciałem, żeby ktoś jeszcze mnie – po tym, jak wyszli i zostawili mnie tam na podłodze – zobaczył i powiększył liczbę świadków mojego upokorzenia. Wydawało mi się, że każda kolejna osoba, która wiedziałaby o moim upokorzeniu, powiększałaby jego ciężar. Przerwa miała zaraz dobiec końca. Nie mogłem się nawet zamknąć w tej kabinie, w której mnie z głową nad muszlą zostawili i się tam wypłakać. Pozbierałem się, powycierałem twarz, wygładziłem ubrania i poszedłem na lekcję.

W owych dniach, miesiącach, latach, kiedy było ze mną naprawdę źle, zapadałem w nocy w ten stupor, który mnie samego doprowadzał czasem, po fakcie, do szału, bo znowu szedłem spać o 2:25 am zamiast o jakiejś ludzkiej godzinie, a rano musiałem wstawać do pracy. Mój straumatyzowany mózg albo się zawieszał w otoczeniu i stanie przywołującym centralne, choć wykasowane z pamięci wydarzenie mojego życia, albo próbował odnaleźć do niego drogę, żeby je wreszcie dokończyć i domknąć (stąd to siadanie czy kładzenie się na podłodze).

Sen i strach

Od początku liceum bardzo późno zasypiałem.

Zaśnięcie zawsze zabierało mi tyle czasu, że cieszyłem się, kiedy trwało to tylko godzinę. Chodzenie do łóżka o późnych godzinach zwiększało szanse, że ze zmęczenia zasnę choć trochę szybciej niż gdybym chodził spać jak normalni ludzie. Oprócz tego, budziłem się też ze snu w środku nocy, bywa, że po kilka razy. Czasem to się powtarza noc w noc przez wiele tygodni, nawet miesięcy. Bywa, że ponowne zaśnięcie zajmuje godzinę, dwie lub nawet trzy. Budzę się godzinę wcześniej niż chciałem, wcale nie dlatego, że się wyspałem, tylko z niepokoju. Innym razem wstaję godzinę, po sześciu alarmach co dziesięć minut, bo jestem tak wykończony po nocy, w ciągu której obudziłem się trzy razy.

W innych okresach – bo to wszystko chodzi po mnie falami – chadzam spać bardzo późno poniekąd z wyboru i przez wyuczenie. Gdzieś tak koło północy odczuwam formy spokoju, których nie mogłem osiągnąć cały dzień, czasem od wielu dni, czasem od wielu tygodni. Mogę się nagle skupić, odprężyć, skoncentrować, przemyśleć coś lepiej niż mi się udawało w ciągu dnia.

Dziś wiem również to, że to także symptom traumy upokorzenia i C-PTSD – podobno dość szeroko spotykany. W traumie upokorzenia żyjemy cały dzień, nierzadko nie zdając sobie z tego sprawy, w trybie przetrwania, skanując otoczenie pod kątem zagrożenia kolejną społeczną anihilacją, próbując wykryć ludzi mogących być źródłem podobnego zagrożenia. Nocą przychodzi taki moment, kiedy mózg odnotowuje nie tylko zapadłą ciemność, ale i coraz mniej dźwięków, coraz mniej ludzi w stanie czuwania. Jeżeli ktoś nam rzeczywiście zagraża powtórzeniem pierwotnego unicestwienia, to najprawdopodobniej już śpi, podobnie jak potencjalni świadkowie czegokolwiek, co mogłoby nam zostać wyrządzone – a upokorzenie jako forma przemocy czerpie swoją skuteczność z istnienia i obecności świadków, ich otwartych oczu. Nasze systemy obrony późną nocą odpuszczają trochę ze swojej wiecznie zmożonej czujności, bo wszystko wskazuje, że potencjalne źródła zagrożenia zapadły w sen.

Pamięć snów

Kiedy budziłem się w środku nocy w stanie potwornego niepokoju, albo rano mój mi mówił, że miałem jakieś koszmary, bo się miotałem albo próbowałem coś wykrzyknąć, nigdy nie pamiętałem, co to były za koszmary. Żadne strzępy nie przechodziły bariery przebudzenia.

Dziś rozumiem już, że utraciłem pamięć snów dokładnie wtedy, po moim pierwszym dniu w liceum, w wieku piętnastu lat, we wrześniu 1994 roku. Mój mózg odciął dostęp mojej świadomości do snów w kolosalnym wysiłku, jaki przedsięwziął, bym zapomniał, co się stało, ale by jednocześnie moje ciało pamiętało doskonale (w swoich automatycznych odruchach), co mi grozi. Dopiero zacząłem tę szkołę, musiałem w niej jakoś przetrwać nadchodzące pięć lat. Mój mózg zachował strach przed mężczyznami, przed ujawnianiem swoich prawdziwych uczuć i przed kolejnym upokorzeniem – zagrożeniem, które antycypował odtąd za każdym zakrętem i któremu podporządkował od tamtego momentu całe moje życie, cały mój stosunek do świata. Ale trzeba było, bym zapomniał o tym chłopcu, o tym jak bardzo go kochałem, o tym, że cały rok na niego czekałem – i co mi zrobił natychmiast, gdy go pierwszy raz po rocznym wyczekiwaniu spotkałem. Z całą pewnością jeszcze długo wiele snów było właśnie o nim, o tym wydarzeniu, o tym on jak mnie po nim traktuje jak powietrze, jakbyśmy nigdy nie byli przyjaciółmi, jakbyśmy się nigdy nie znali. Mój mózg dla bezpieczeństwa – bo takie wykasowanie ważnego wydarzenia z pamięci to operacja, którą mózg podejmuje dla bezpieczeństwa, jest to środek umożliwiający przetrwanie w zastanych okolicznościach – odciął całkowicie kontakt mojej świadomości z moimi snami. Przez trzydzieści lat tylko kilka, najwyżej kilkanaście razy coś znalazło szczelinę w tej blokadzie.

Ze wszystkich moich podejść do pomocy psychologicznej, w tym stanowczo zbyt długiej, bezużytecznej, jeżeli nie wprost szkodliwej dla mnie terapii poznawczo-behawioralnej (stanowczo nie polecam nikomu z poważnymi problemami) symptom ów – ten mój brak snów – też nikogo nie zainteresował.

Dopiero Anioł Jujitsu zwrócił na to uwagę – od razu. Natychmiast zadał dodatkowe pytania („pamiętasz od kiedy tak masz?”; „a o czym były te nieliczne sny, które pamiętałeś po przebudzeniu?”), coś sobie zanotował. Ze wszystkich spotkanych psychologów, psychoterapeutów tylko on od początku łączył wszystkie te kropki. Gdzieś na początku terapii z nim, na moje zrezygnowane westchnienie nad tym, jak beznadziejne były wszystkie moje próby uregulowania mojego snu metodami behawioralnymi, higieny snu czy restrykcji snu (zawsze po kilku tygodniach wracałem do punktu wyjścia) odpowiedział: „pod powierzchnią tego wszystkiego leży jakiś głębszy powód twojej bezsenności, twojego lęku – dlatego musimy podejść do tego inaczej”.

Dygresja o tzw. relacji

Anioł Jujitsu jest szóstym psychoterapeutą, którego spotkałem na tej wyboistej drodze (pierwsze, zupełnie jałowe podejście miało miejsce po moim wcześniejszym załamaniu tego rodzaju, dekadę temu, wówczas jeszcze nie tak głębokim i długotrwałym jak ostatnie). Nie licząc superwizorów i psychiatry. Nikt wcześniej nie pomyślał nawet o moim przypadku pod kątem nierozwiązanej, być może wykasowanej z pamięci traumy powiązanej z rozwojem seksualności, z formowaniem się tożsamości, choć kombinacja tego wszystkiego ze stanami lękowymi, okresami fobii społecznej, depresjami, załamaniami energii do normalnego żcyia mogła już wcześniej komuś ten kierunek podsunąć przynajmniej jako możliwość do zbadania.

Stąd teraz moja przez nikogo nieproszona refleksja na temat popularnego truizmu, że o powodzeniu terapii decyduje przede wszystkim relacja między tobą a terapeutą.

Mówię „truizmu” nie dlatego, żeby to nie była prawda. Jest to w znacznym stopniu prawda.  Niekoniecznie zależy zresztą od osobowości wyłącznie terapeuty. Pacjent zwany w wielu tradycjach klientem (żeby zapobiegać stygmatyzowaniu człowieka jako „chorego”) sam może być niezdolny do nawiązania relacji terapeutycznej, bo np. tak bardzo nie jest zdolny nikomu zaufać.

Dzisiaj wiem już doskonale, że w moim przypadku miało ogromne znaczenie, że znalazłem terapeutę, który jest heteroseksualnym mężczyzną. Heteroseksualny mężczyzna wyrządził mi kiedyś krzywdę, która mnie złamała i wpisała we mnie irracjonalny, permanentny strach przed mężczyznami i upokorzeniem. Nikt nie mógłby mi lepiej pomóc oduczyć się tego strachu niż heteroseksualny mężczyzna, który zaoferuje mi swoją męską obecność jako gwarancję bezpieczeństwa a nie zagrożenie (a Anioł Jujitsu jest ode mnie wyższy, młodszy i w widoczny sposób silny i sprawny fizycznie). I który jeszcze tak doskonale rozumie wszystko, co próbuję powiedzieć. Tyle razy trafnie dopowiadał do końca zdania, w połowie których się zawiesiłem.

Ryzykując, że ktoś mi tu teraz pokiwa głową, uznając to za żenującą powierzchowność, przyznam się nawet, że to, że jest łagodnie pięknym mężczyzną pewnie też nie było bez znaczenia. Nie chodzi tylko o jego twarz i sylwetkę; także o to, jak się porusza, jakie wykonuje gesty, jak pięknie się wypowiada. To nie jest wcale płytkie ani powierzchowne, skoro straumatyzował mnie chłopiec, który był bardzo piękny i kiedy w liceum wyrastał na mężczyznę, traktując mnie jakbym był niewidzialny, robił się tylko coraz piękniejszy. Skoro następnie pierwszy mężczyzna w moim życiu, który na jakiś czas zneutralizował przynajmniej część tego mojego permanentnego strachu – mój algierski przyjaciel Djamel (‘Piękno’ po arabsku) – był wyjątkowo pięknym mężczyzną. Skoro pięknym mężczyzną był mój pierwszy heteroseksualny przyjaciel, któremu odważyłem się wprost powiedzieć, że jestem homoseksualny, Joel. (Djamelowi nie powiedziałem, pierwszy mi powiedział, że wie o tym niemal od dnia, kiedy się poznaliśmy).

Anioł Jujitsu od samego początku swoją uważnością wobec każdego mojego słowa i każdego momentu, kiedy słowa mi brakuje, przypominał mi Djamela – to też pewnie pomogło mi tak łatwo i szybko mu zaufać. To, że jest ode mnie znacznie młodszy, pomogło, żebym nie czuł się przez niego w ten niepokojący sposób zdominowany, uwikłany w relację władzy (pomimo iż jest ode mnie wyższy i silniejszy).

Kiedy człowiek jest w nierozwiązanej traumie, takie niekoniecznie racjonalne skojarzenia, rozmaite symboliczne porównania mogą zadecydować, czy będziesz, czy nie będziesz w stanie zaufać terapeucie i wytworzyć potrzebną w tym procesie relację.

Dzięki temu, że się z nim czułem bezpiecznie – więcej niż raz przeprowadził mnie przez stan naprawdę kryzysowy – możliwość powodzenia procesu terapeutycznego otworzyła się naprawdę, bo powróciła pamięć centralnego wydarzenia, które mój mózg całkowicie usunął ze świadomej pamięci. A wtedy odblokowała się i przepłynęła przeze mnie pamięć innych wydarzeń i sytuacji, które nie były tak kompletnie wykasowane, ale których wagę i bolesność odsuwałem z pola widzenia, pomniejszałem ich znaczenie, wyłączałem odczuwane cierpienie, rozganiałem je wymówkami i usprawiedliwieniami – mechanizmy dysocjacji. To, jak się kurczyłem ze strachu i z upokorzenia za każdym razem, kiedy mijałem go (mojego pięknego zdrajcę) w szkolnym korytarzu, kiedy on traktował mnie jak powietrze, a ja nie rozumiałem, co się stało, jak to możliwe, przecież naprawdę byliśmy kiedyś przyjaciółmi. To, jak w domu rutynowo poniżali mnie moi rodzice, konsekwentnie i niestrudzenie mnie dobijając. To, jak często wydłużałem sobie drogę ze szkoły do domu, byle pobyć choć trochę poza każdą z dwóch przestrzeni mojego życia, które na wiele lat zmówiły się, by mi udowodnić, że jestem niczym. To, ile razy sam się upokorzyłem, byle położyć kres sytuacji, której przeciąganie wydawało mi się skazane i tak na porażkę lub kolejne odrzucenie. I tak dalej.

Pamięć się odblokowała i wybudziłem się z dysocjacji. Nastąpił przełom, po którym nic już nie będzie takie samo i zawdzięczam to relacji terapeutycznej z konkretnym człowiekiem, o takiej a nie innej kombinacji właściwości. Z kimś, kto takich cech nie posiada, mógłbym wciąż nie być w miejscu, które z nim przekroczyłem już pół roku temu. W tym sensie konkretna relacja terapeutyczna z konkretnym człowiekiem okazała się mieć dla mnie znaczenie decydujące.

Ale jeżeli rozmawiasz z kimś co tydzień przez kilka miesięcy i ten ktoś, mając superwizję, itd., mimo jasnych informacji i rozporoszonych wskazówek o tych wszystkich symptomach występujących w połączeniu, nie rozwinął nawet podejrzenia, diagnostycznej hipotezy o kierunku poszukiwań, to mamy to do czynienia nie tylko z „misterium relacji”, która wychodzi albo nie wychodzi, z „tajemniczych” przyczyn – ale także z problemem kompetencji.

To jest druga strona medalu w tym truizmie o znaczeniu relacji w terapii. Instytucje kompleksu psychologiczno-psychoterapeutyczno-psychiatrycznego zaludnione są w dużej – kto wie, czy nie większej – części przez personel, który być może słabo się nadaje do tego, co robi. A ponieważ organizacje i ciała reprezentujące tę branżę, reprezentują ją taką jaka jest, czyli z taką samą proporcją ludzi, którzy są dobrzy w tym co robią, i takich, co dobrzy nie są, to jeżeli tych drugich jest połowa albo więcej, to organizacje i ciała osłaniają społeczność, którą reprezentują. Taką, jaka ona jest. W takich okolicznościach nacisk na to, że powodzenie zależy przede wszystkim od relacji, która jest w znacznym stopniu fenomenem zależącym od indywidualnych cech obojga osób, może pełnić równoległą funkcję: wymówki osłaniającej niekompetencję (znaczącej) części personelu instytucji zdrowia psychicznego.

Bez problemu niekompetencji zbyt wielu psychologów, psychoterapeutów i psychiatrów, czy prawidłowy rozwój wypadków w sytuacji, gdy relacja nie przybiera pożądanego kształtu, powinien może wyglądać jakoś tak? Terapeuta lub terapeutka dostrzega, że relacja nie zmierza nawet w takim kierunku (np.: „pacjent mi nie ufa”, „pacjent się broni, pacjent się boi”, „ja nie posiadam narzędzi lub właściwości, żeby to się powiodło”). Terapeutka dostrzega, jakie może być sedno problemu (np. prawdopodobieństwo traumy o charakterze seksualnym w okresie nastoletnim, traumy powiązanej z formowaniem się tożsamości, być może ze strony i/lub z udziałem mężczyzn). Terapeut(k)a rozumie, że nie ma jak pomóc, więc aktywnie przekierowuje takiego człowieka do kogoś, kto mu pomóc może. Czy tak się gdziekolwiek dzieje?

Szmery w głowie

Zawsze towarzyszył mi też symptom, o którym jednak do niedawna nikomu nie mówiłem. Ba! – sam całe życie (tzn. od piętnastego roku życia, wszystko to się wtedy zaczęło) reagowałem na jego uporczywe i niezrozumiałe powroty równie uporczywym odpychaniem go, udawaniem, że to jakieś bzdurne ruminacje. Reagowałem „stanowczym niemyśleniem” o tym. Dopiero kilka tygodni temu dotarła do mnie jego waga i znaczenie, i komuś o nim na głos powiedziałem – Aniołowi Jujitsu.

Powracał w momentach emocjonalnej intensywności różnego rodzaju. Zakochania, tęsknoty za kimś, odrzucenia. Mobilizacji i napięcia towarzyszących zabieganiu o coś, wysiłkom, ważnemu egzaminowi, próbom przepchnięcia gdzieś ważnego dla mnie projektu, starania się o pracę, na której mi zależało. W momentach porażki i rozczarowania. Zmagania się z socjopatami w pracy, na której mi nie zależało, ale innej nie miałem i nie widziałem wyjścia. W momentach szczególnie nasilonego stresu. Bywało, że po prostu w pośpiechu, bo już pośpiech wystarczał, żeby mój system był w trybie fight or flight.

W takich momentach orientowałem się nagle, że powtarzam sobie w głowie – albo jakiś głos powtarza w mojej głowie – na okrągło, bardzo szybko jedną frazę: „nikt mnie nie chce, nikt mnie nie chce, nikt mnie nie chce”. Nie sprawiało to wrażenia moich własnych myśli. Brało mnie z zaskoczenia jakby z zewnątrz, choć miało ewidentnie miejsce wewnątrz mojej głowy – tylko jakby poza moją kontrolą. Różniło się przez to bardzo od ruminacji, które też mnie zawsze prześladowały, ale nie wiedziałem, jak inaczej to zaklasyfikować, więc starałem się o tym nie myśleć, spychając to do jednego zbioru z ruminacjami.

Poza tą jedną uporczywie przybłąkującą się frazą, odczuwałem ruminacje mimo wszystko jako niepożądane, męczące, ale jakoś wciąż moje własne myśli. Ich uciążliwych pętli nie umiałem łatwo przerwać, kiedy mnie już dopadały, ale było to męczące i uporczywe zachowanie moich własnych myśli. Ta jedna fraza natomiast sprawiała zawsze wrażenie, jakby dopadała mnie z zewnątrz (albo z wewnątrz, ale nie ze świadomej części mojego umysłu) i z zaskoczenia; zawsze orientowałem się dopiero po chwili, że ją słyszę w głowie w koło.

Symptom ten nie pasował też treścią i formą do reszty moich ruminacji. Dziś rozumiem, że zawsze dzieliły się na dwie kategorie:

1) Uporczywe powracanie do konfliktów i zdarzeń, w których czułem się upokorzony oraz osób, które mi to zrobiły albo usiłowały. Albo przechodzenie przez same wydarzenia, konflikty, rozpamiętywane w nieskończoność. Albo rozgrywanie alternatywnych scenariuszy ze wszystkim, co mogłem lub powinienem był tym ludziom wtedy powiedzieć albo zrobić. Albo fantazjowanie o możliwych formach odwetu. Były to powroty do realnych wydarzeń i osób związanych z poczuciem upokorzenia w życiu prywatnym i zawodowym.

2) Ruminacje o charakterze seksualnym o niektórych mężczyznach z mojej przeszłości, uporczywe w okresach głębokiej depresji lub załamania, w momentach poczucia upokorzenia. Krążyły wokół mężczyzn, spotkania z którymi zawierały nieświadome elementy odtwarzania traumy, trauma reenactment – choć na różne sposoby, niekiedy bardzo metaforyczne lub symboliczne. Np. fiksowałem się na tych cechach czy zachowaniach tych mężczyzn, które równie dobrze opisywałyby chłopca, który mi to zrobił – nawet jeżeli nie było między nimi powierzchownych podobieństw.

Mój mózg, usiłując rozwiązać nierozwiązaną historię, wykasowawszy z pamięci centralne wydarzenie, traumatyczne źródło mojej udręki, zmuszał w tych ruminacjach moją pamięć do obijania się zamiast o samo źródłowe wydarzenie – o próby odtwarzania traumy lub wydarzenia ją przypominające.

Zaskakujący mnie tylekroć, dobiegający gdzieś z tyłu głowy, bezsilny, przestraszony, złamany, chłopięcy głos nie pasuje do żadnej z dwóch kategorii moich ruminacji. Ale gdyby sobie wyobrazić te ruminacje jako architektoniczny łuk? Po jednej stronie te, które powracają do doświadczenia krzywdy bardzo konkretnego rodzaju – w wysiłku odnalezienia drogi do jej przełamania. Po drugiej te, które powracają do pożądania – w wysiłku zmierzającym jakby do zapobieżenia krzywdzie, do której ono doprowadziło, rozegrania tamtej sytuacji tak, by zakończyła się inaczej. Wówczas symptom, który sam ruminacją nie był, był całkowicie osobnym fenomenem, byłby zwornikiem pomiędzy tamtymi dwoma ramionami łuku.

Bo ten złamany, cichy głos z tyłu głowy, zatrzymany na jednej w nieskończoność powtarzanej przerażającej konkluzji – to część mnie, która zamarła na zawsze na tej podłodze w szkolnej ubikacji na początku września 1994 r. To głos przerażonego piętnastoletniego chłopca, którym wtedy byłem – chłopca, któremu ostatecznie załamał się cały świat i zmuszając go do konkluzji, która gdzieś głęboko już na zawsze w nim pozostała w charakterze refrenu do reszty jego życia. Że tak po prostu jest. Że on taki po prostu jest, takie jest jego miejsce w świecie: jest chłopcem, którego się odrzuca, wyklucza, zostawia unicestwionego na podłodze. Jest chłopcem, który zawsze zostanie ukarany za to, czego zapragnie. Jest chłopcem, którego nic innego nigdy nie czeka. I to podświadome przekonanie sabotować go będzie za każdym razem, gdy wejdzie do pokoju, w którym będzie musiał zostać zaakceptowany lub oceniony przez innych mężczyzn bądź z nimi rywalizować.

Halucynacje

Dopiero kilka tygodni temu po raz pierwszy świadomie zastanawiałem się nad tym, zamiast uparcie odpychać świadomość, że ten dziwny głos całe życie do mnie gdzieś z głębi mojej czachy powracał. Najpierw rozmyślałem o tym, chodząc któregoś dnia po mieście. Potem tuż przed północą zasiadłem do spisywania tego w moim dzienniku terapii, który wciąż prowadzę (trzeci zeszyt już) – pisałem szybko i długo, ręcznie, piórem na papierze. Spać poszedłem znowu bardzo późno, pewnie o drugiej w nocy. Spałem źle, budziłem się chyba pięć razy. I w trzecim albo czwartym takim przebudzeniu miałem halucynację.

Wiem, że to nie był sen, a halucynacja, bo miewałem już halucynacje (wzrokowe) i zdecydowanie się one różnią od moich snów (swoimi wizualnymi właściwościami). Wiem, wiem, dopiero co mówiłem, że od piętnastego roku życia nie pamiętam swoich snów. No ale kilka czy kilkanaście po przebudzeniu pamiętałem, a ponieważ były to wyjątkowe zdarzenia, to niektóre pozostały bardzo wyraźnie w mojej pamięci do dzisiaj. O tym, co się we mnie działo i co się przez mnie przetoczyło po tym, jak pamięć kluczowego wydarzenia się odblokowała, opowiem kiedyś szczegółowo i po kolei, ale na potrzeby bieżącego wywodu powiem tyle, że na następnej – po tym, jak opowiedziałem mu moją katastrofę – sesji Anioł Jujitsu zrobił ze mną EMDR, po której to procedurze pamięć snów natychmiast powróciła. Od końca grudnia budzę się już regularnie z pamięcią niektórych snów.

Moja wcześniejsza historia halucynacji zaczęła się wraz z epizodami paraliżu przysennego, które dopadły mnie w wieku 38 lat, było tych epizodów cztery. Nie każdy doświadcza paraliżu przysennego w pakiecie z halucynacjami, ale ci, którzy doświadczają przy nim halucynacji, doświadczają halucynacji zdumiewająco wzajemnie do siebie podobnych. Dlatego próby zintegrowania ich w folklorze czy literaturze pisanej w wielu kulturach są tak podobne – te wszystkie mary, zmory, dusiołki, itd. Jest to zjawa, która np. siedzi lub leży na tobie i przyciska cię do łóżka albo nawet przydusza. W pierwszej chwili to temu jej działaniu przypisujesz odpowiedzialność za to, że nie możesz ruszyć żadną częścią ciała. Zmora ta często naprawdę wygląda całkiem jak na powszechnie znanym romantycznym obrazie Szwajcara Henry’ego Fuseliego Koszmar z 1781 r. Moja była jedynie znacznie większa. Wkrótce potem wpadłem na kilka tekstów na ten temat, więc zrozumiałem, co to było i jak szeroko występuje. Zjawa powróciła trzykrotnie, ale już się jej nie bałem i może dlatego nie była już taka wielka, nie siedziała już na mnie a gdzieś z boku, przy łóżku albo na meblach (zawsze po mojej prawej stronie). „Ach, to znowu ty” – myślałem sobie i czekałem aż zniknie. Wszystkie cztery epizody miały miejsce na przestrzeni może półtora roku, po czym ustały.

Halucynacje wizualne powróciły w 2022 r., kiedy zbliżałem się do mojego załamania nerwowego i popadłem w straszną bezsenność. Zdarzyło mi się zobaczyć kogoś w przedpokoju, w kącie sypialni i przy łóżku, po prawej stronie, przykucniętego w tym zakątku pomiędzy łóżkiem a zasłoną, za którą mamy drzwi na balkon. Ten ostatni znajdował się w podobnej pozycji, co zjawa z epizodów paraliżu przysennego, tyle że tym razem był to raczej człowiek a nie mara jak z Fuseliego, a ja nie byłem motorycznie unieruchomiony.

Halucynacje pojawiały się u mnie więc w okresach długotrwałych nasilonych problemów ze snem, w nocy i w momentach tuż po przebudzeniu. Były więc, owszem, hipnagogiczne, ale snami per se nie były. Wyraźne różnice to sposób ich znikania, rozpływania się w powietrzu (nie mam tego w snach) oraz coś holograficznego w ich wyglądzie, fakturze – albo od samego początku, albo kiedy już przechodzą do znikania.

Stąd wiem, że ta ostatnia halucynacja rzeczywiście była halucynacją, a nie snem – zjawa też wyglądała jak hologram. W przeciwieństwie do większości poprzednich halucynacji w moim życiu, nie wywoływała we mnie nawet przez chwilę strachu, wręcz przeciwnie. Kiedy się obudziłem i otworzyłem oczy, zobaczyłem tę postać rozświetloną jak hologram właśnie, po drugiej stronie mojego męża, pogrążonego we śnie. Był to chłopiec. Nie widziałem jego twarzy, bo przesłaniały go plecy i bark mojego męża, który śpi zwykle na boku. Chłopiec leżał na plecach, jego głowa musiała spoczywać zapadnięta w poduszkę. Wyciągał przed siebie dłoń, jakby w nadziei, że napotka dłoń wyciągniętą przez kogoś ku niemu.

Ponieważ przed snem notowałem tyle o tym głosie, który od piętnastego roku życia słyszałem tyle razy w głowie, od razu zidentyfikowałem tę postać. Był to właśnie ten chłopiec, którego głos powracał w każdym momencie stresu czy intensywnych emocji gdzieś z tyłu mojej głowy, gdzieś z jej głębi. Piętnastoletni ja, zamarły w przerażeniu wobec aktu ostatecznej, formującej na resztę życia symbolicznej i społecznej anihilacji. To byłem ja w momencie odrzucenia i upokorzenia, który domknął się nade mną szczelnie na zawsze i nie wypuścił mnie ze swoich szpon przez następnych trzydzieści parę lat.

Ten piętnastoletni chłopiec został wówczas porzucony i zdradzony przez wszystkich najważniejszych ludzi, ze strony których oczekiwał i potrzebował oparcia i poczucia bezpieczeństwa. Ojca, matkę i pierwszego chłopca, w którym się zakochał, a który przez chwilę był (lub udawał, że jest) jego przyjacielem. Pięknego chłopca, starszego i większego, który – tak się temu piętnastoletniemu chłopcu wydawało – miał być w nowej szkole źródłem poczucia bezpieczeństwa, a okazał się sprawcą unicestwienia. Ten chłopiec, piętnastoletni ja, wrócił tamtego dnia do domu, na zawsze złamany, a w domu nikt nie zauważył, że coś mu się w ogóle stało i niezwłocznie potrzebuje pomocy. A może wolałby czasem, żeby tak wtedy było: że nikt nie zauważył. Zaniechanie i przeoczenie zawsze mniej złe niż aktywne złe działanie.

W rzeczywistości było jednak gorzej. Rodzice oznaki jego złamania dostrzegali, tylko zamiast się nimi martwić, schwytali je jako okazję i wykorzystali przeciwko temu piętnastoletniemu chłopcu. Ojciec uwielbiał poniżać swoich dwóch pierwszych synów (nigdy trzeciego). Mając pod ręką kogoś słabszego od siebie mógł zapomnieć na chwilę, jakim sam czuł się zerem, przegrywem neoliberalnej tzw. transformacji. Złamane dziecko zrobiło się nagle o wiele łatwiejszym celem. Oznaki tego złamania stały się dla ojca zaproszeniem do intensyfikacji poniżania, gwarancją bezkarności procederu. Matka natomiast zawsze miała problem z odróżnieniem miłości i opieki od kontroli, dostawała szału, kiedy nie mogła recenzować swoim dzieciom przyjaciół, nie wiedziała, gdzie łażą. Regularne poniżanie swoich dzieci uważała za normalną metodę utrzymywania lub odzyskiwania kontroli nad nimi. Takie złamane dziecko, które przez ponad dwa lata prawie nie wychodziło z domu nigdzie indziej niż do szkoły, było dla niej dzieckiem wymarzonym. Jedno z głowy, pod kontrolą by default. Zamiast mu pomóc, wolała to, co tego chłopca spotkało – to, co mu tę krzywdę wyrządziło – wykorzystać, zagospodarować i utrwalić.

Chłopiec ów, ten piętnastoletni ja, żeby przetrwać, nie miał już potem innego wyjścia niż wykasować centralne wydarzenie swojego życia, funkcjonować w głębokiej dysocjacji, na bieżąco wymazywać lub chociaż rozmazywać pamięć o krzywdach mu wyrządzanych, szukając usprawiedliwień dla podłych zachowań innych ludzi wobec niego w przekonaniu o własnych defektach, o własnej niedoskonałości.

(O stopniu dysocjacji, w jakiej funkcjonowałem przez pierwszy rok po traumatycznym wydarzeniu, niech świadczy fakt, że nie pamiętam, z kim go przesiedziałem w ławce. Do niedawna byłem przekonany, że przez całe liceum dzieliłem ławkę z Mają, z którą się do dzisiaj przyjaźnię, ale niedawno mi powiedziała, że wcale nie całe, bo dopiero od drugiej klasy. W takim razie nic nie pamiętam z pierwszej).

Niestety, na widok chłopca z mojej halucynacji, zamiast wyciągnąć ku niemu dłoń, by mu ją podać, wyciągnąłem ją, owszem ponad moim pogrążonym we śnie mężem, w jego stronę, ale po to, żeby się upewnić, że to halucynacja. Tak, to była halucynacja. Moja dłoń przecięła w powietrzu jego nadgarstek, cały się wtedy rozmigotał jak hologram i zgasł, znikł bez śladu, wraz ze światłem, które się od niego rozchodziło.

Anioł Jujitsu (ponieważ jedną z metod, które stosuje, jest Internal Family Systems) chyba też liczył na to, że na koniec podałem mu dłoń, może nawet przygarnąłem go do siebie. Dwa tygodnie później zapytał nawet, czy ten chłopiec z halucynacji powrócił, jakby trochę miał nadzieję, że pojawi się szansa na naprawienie tamtego pochopnego gestu.

„To ty będziesz teraz musiał stać się tego chłopca obrońcą” – powiedział. – „To nie jest sprawiedliwe, wiem. Nie zasłużyłeś na to wszystko wtedy, zasługiwałeś na coś innego. Ale jest jak jest. To jest twoje życie, innego nie masz. Ty będziesz musiał rozciągnąć pieczę nad tym chłopcem. Czasem być wobec niego stanowczym, żeby jego strach nie przejął znowu kontroli nad całym twoim życiem. Ale przede wszystkim być tym, który go osłania i zapewnia mu bezpieczeństwo”.

Chłopiec z halucynacji do tej pory nie powrócił. Teraz sam mam nadzieję, że jednak przyjdzie jeszcze chociaż raz, jak zjawa z Fuseliego i nadrobię zaprzepaszczoną za pierwszym razem okazję.

Półtora tygodnia po tamtej halucynacji obudziłem się za to ze zdumiewającym mnie samego pomysłem, by zapisać się na lekcje kickboxingu. Może po to, żeby nauczyć się osłaniać tego chłopca. „I’m proud of you” – uśmiechnął się na wieść o tym Anioł Jujitsu.

Jarosław Pietrzak


Przeczytaj też (bo to ciąg dalszy):