Brokat i warcaby z zakrętek

O filmach: Cidade Baixa, reż. Sérgio Machado (2005) i Madame Satã, reż. Karim Aïnouz (2002). Fragment książki: Smutki tropików: Współczesne kino Ameryki Łacińskiej jako kino polityczne.

Między Cidade Baixa (Niższe miasto) Sérgio Machado z roku 2005 a nieco wcześniejszym Madame Satã Karima Aïnouza (z 2002), choć filmy te opowiadają zupełnie różne historie, osadzone w innych epokach i na odległych krańcach brazylijskiego – jak to kiedyś powiedziano – „kontynentu”, znaleźć można szereg intrygujących podobieństw, od przygodnych po leżące na poziomach, które ustanawiają ich filmową strukturę i „teksturę”. Podobieństwa te zebrane razem zachęcają do „czytania” obydwu filmów „w pakiecie”, jak teksty, które się uzupełniają i wzmacniają nawzajem; teksty dwóch przyjaciół, którym zdarzało się razem pracować i którzy sami widzą między sobą pewne zbieżności[1] (Machado współpracował także przy scenariuszu Madame Satã).

W obydwu filmach jedną z głównych ról gra fascynujący (zwłaszcza w Madame Satã) Lázaro Ramos.  W Cidade Baixa bohaterowie zmierzają do punktu, w którym w trójkę uformują dalece niestandardową „komórkę społeczną”, która – twórcy w tę stronę kierują nasze domysły – razem zabierze się za wychowywanie dziecka i (przynajmniej na jakiś czas, ale kto wie) wspierać się będzie nawzajem ekonomicznie i emocjonalnie we wspólnym gospodarstwie domowym. W Madame Satã takie niestandardowe, nieuporządkowane, zrodzone z ekonomicznego chaosu i ekonomicznej konieczności gospodarstwo, liczące dokładnie tyle samo dusz i zamieszkujące budynek w podobnym (tzn. nienajlepszym) stanie materialnym, jest już środowiskiem, w jakim João, przyszły/a Madame Satã, żyje, gdy jest nam przez film przedstawiony (i gdy akurat nie ukrywa się przed policją, ani nie siedzi w więzieniu). Mieszka razem z Lauritą, jej córeczką i transwestytą Tabu. Wszyscy dorośli członkowie tego gospodarstwa mają w swoim życiu ekonomicznym co najmniej epizody świadczenia prostytucji, a także pracy w branży rozrywek późnowieczornych, czyli to, z czego u Machado na codzień żyje Karinna. Akcja każdego z tych dwóch filmów toczy się w mieście emblematycznym, reprezentatywnym dla jakiegoś etapu historycznego rozwoju Brazylii, czy też – może paradoksalnie, ale za to bardziej precyzyjnie – historycznego rozwoju jej niedorozwoju: Salvador był stolicą Brazylii w okresie, gdy była ona opartą na grabieży ziemi i eksploatacji pracy niewolniczej kolonią portugalską, Rio de Janeiro z kolei miejscem, dokąd stolicę przeniesiono, ustanawiając niepodległe, ale niezrywające w żaden zupełnie sposób ze strukturą opartej na niewolnictwie gospodarki kolonialnej, konserwatywne Cesarstwo Brazylijskie. Obydwa filmy pulsują energią seksualną świata przedstawionego i samego swojego stylu, opowiedziane są intensywnie zmysłowymi obrazami, mnóstwem intymnych zbliżeń, w ciepłym świetle lub w mroku, często z prowadzonej z ręki, bardzo blisko twarzy i ciał aktorów, kamery; obrazami pozwalającymi musnąć wzrokiem faktury i niemal poczuć zapach ich skóry, przesyconymi erotyzmem[2]. Erotyzmem swoich bohaterów jako ciał nacechowanych pragnieniem – z całym tego pragnienia nadmiarem, z całym tego nadmiaru polimorficznym nieporządkiem i jakby a-nowoczesnym nieusystematyzowaniem. Ale zmuszonych wpisać to pragnienie jakoś w ramy nieułatwiającego życia, nieprzejawiającego raczej nadmiaru sensu, kontekstu społeczno-ekonomicznego i własnego w tym kontekście miejsca (miejsca dalece nieuprzywilejowanego, przez co szczególnie deficytowego w długofalowe sensy).

Jest takie ujęcie w Cidade baixa, wśród innych obrazów z ulicznego życia brazylijskiego Salvadoru, w którym widzimy planszę do gry w warcaby, a na niej rozstawione dwa „sety” plastikowych zakrętek od butelek po napojach: jeden zestaw jest czerwony, drugi niebieski. W pewien sposób motyw warcabów zaimprowizowanych z plastikowych zakrętek otwiera niespodziewany nadmiar znaczenia – metaforyzuje życiowe strategie bohaterów obydwu filmów: dążenie do ciągłego, ustawicznego składania sobie jakoś życia z niepasujących, przypadkowych elementów, nadania im jakiejś w miarę spójnej – choć niekoniecznie przewidzianej przez same elementy – formy, umieszczenia ich na narzuconej im z zewnątrz planszy rzeczywistości tak, żeby coś w miarę spójnego dało się z tego wszystkiego wycisnąć, wystrugać; nawet jeżeli rezultaty są zupełnie tymczasowe, lub ich trwałości nie sposób oszacować, to – z braku szerszej perspektywy, w jakiej można sobie swoje sprawy ułożyć – przynajmniej w tej tymczasowej płaszczyźnie, przynajmniej póki co, działają.

W Cidade baixa czarny Deco (Ramos) i biały Naldinho (Wagner Moura, później znany jako porucznik Nascimento z Elitarnych José Padilhi), przyjaciele z dzieciństwa, są sobie bliscy jak bracia – do tego stopnia, że nawet rzucony przez Naldinho na temat Deco żart, że ten ostatni jest wnukiem czarnej sprzątaczki jego rodziców, uchodzi na sucho, nie ukarany resentymentem i nieodebrany jako rasistowski. Żyją bez stałego dachu nad głową, realizując na rzece transportowe fuchy posiadaną wspólnie, umęczoną motorową łodzią, na której też mieszkają, z epizodami reperujących budżet mniejszych lub większych przekrętów, czasem kradzieży (tabletek na potencję z nocnej apteki – to Naldinho) czy ustawionych walk bokserskich (Deco). Karinnę (Alice Braga, debiutująca u Machado córka słynnej niegdyś Soni Bragi) poznają w jednej z transportowych tras na rzece. Oferują jej podrzucenie do leżącego w dole rzeki Salvadoru, w zamian za świadczenie im po drodze usług seksualnych. Dziewczyna ma 20 lat, zdana na siebie (w filmie nie pojawia się żadne odniesienie do jakicholwiek jej żyjących krewnych, być może więc zdana na siebie od dawna), już pewnie czas jakiś sprzedaje jedyne, co bez wykształcenia i wsparcia krewnych może wystawić na sprzedaż na odległych obrzeżach tego, co bajki liberałów nazywają „wolnym” rynkiem. Sprzedaje swoje ciało na dwa sposoby: tańcząc w nocnym klubie i świadcząc, jak to mówią w zachodnich naukach społecznych, sex work. Całą trójkę zwiążą jednak znacznie mocniejsze uczucia, obydwaj mężczyźni oszaleją na punkcie Karinny, która nie będzie skłonna wybrać jednego kosztem drugiego.

Przez jakiś czas ogromny znak zapytania zawiśnie nad trwającą całe dotychczasowe życie przyjaźnią obydwu mężczyzn, a Karinna będzie już pakowała walizki, żeby wynieść się z miasta i więcej już, dla bezpieczeństwa całej trójki i własnego świętego spokoju, żadnego z nich nie widzieć. I wtedy w przepięknej scenie finałowej, wszyscy troje, zgromadzeni pod jednym dachem, patrzą sobie w oczy, gdy Karinna zmywa z ich potłuczonych (potłukli je sobie nawzajem) twarzy krew, która miesza się w misce z wodą. I chociaż film w tym momencie się kończy i nie zostaniemy w trybie oznajmującym poinformowani, co się wydarzy dalej (czy będą „żyli długo i szczęśliwie”), to jednak nie możemy tego odczytywać inaczej niż jako momentu, w którym rodzi się postanowienie, że cała trójka zamieszka razem. Krew obydwu mężczyzn symbolicznie się miesza, niczym w jakimś chłopięcym rytuale „braci krwi”; spróbują więc razem być „podwójnym” ojcem dla dziecka, które biologicznie jest pewnie jednego z nich, ale też nie można wykluczyć, że kogoś zupełnie innego (tzn. jednego z klientów Karinny). Jesteśmy świadkami zawiązania się rodziny, w której obaj agresywni, bardzo samczy (macho) mężczyźni będą musieli – i najwyraźniej się na to właśnie decydują – zawiesić swoje pragnienie dominacji, żeby to przedsięwzięcie w ogóle mogło funkcjonować; wrócić do braterstwa między sobą i prawdopodbnie – skoro sami są tak nieodpowiedzialnie emocjonalni i impulsywni – poddać się zdrowemu rozsądkowi najbardziej z całej tej trójki racjonalnej Karinny.

Tak o tym mówi sam Machado:

„Myślę, że większość najlepszych filmów zrobionych w Brazylii w ciągu ostatnich 10 lat jest głównie o przetrwaniu. […] Niektóre bardzo reprezentatywne brazylijskie filmy są o ludziach, którzy łączą się razem, tworzą odmienne rodzaje rodziny, i starają się przetrwać. Dworzec nadziei jest o tym: dwoje dryfujących ludzi, starsza pani i chłopiec, łączą się, by przetrwać. Mój film jest o tym, Madame Satã i nowy film Karima [Aïnouza – przyp. JP] są o tym. I Kino, aspiryna i sępy[3] też.

[…] Tutaj masz młodą prostytutkę w stanie Bahia. Ona nie jest głupia, wie, że życie najprawdopodobniej nie będzie dla niej świetne, nigdy; jakoś została do prostytucji zmuszona, więc teraz będzie jej trudno wyjść za mąż, no bo jest prostytutką. Co ona może zrobić? Nie ma znaczenia, czy tych troje zostanie razem na resztę życia czy na kilka sekund. Co mnie interesuje, to nacisk na to, by się nie poddawać, wola improwizowania, eksperymentowania.”[4]  

Machado i Aïnouz różnią się bardzo, jeśli chodzi o ich inspiracje i drogę do filmu, a także o pozycje, jakie zajmują w stosunku do portretowanych przez nich miast. Są w podobnym wieku (Aïnouz: rocznik 1966, Machado: 1968). Machado jest wrośniętym w swoje miasto (choć urodzony w Cearze, wychował się w bogatszej części Salvadoru, „górnym mieście”) i organicznie związanym z jego mieszkańcami i kulturą soteropolitano (tak na siebie mówią mieszkańcy Salvadoru); w świat filmu na dobre wstrzelił się za sprawą „sztandarowego” pisarza stanu Bahia, Jorge Amado, który zarekomendował jego krótki metraż Troca de cabeças Walterowi Sallesowi, wówczas już znanemu na całym świecie twórcy Dworca nadziei. Alice Braga, filmowa Karinna, jest córką aktorki, która swoją sławę zawdzięczała m.in. filmowi Doña Flor i jej dwóch mężów, na podstawie powieści samego Amado. Główni aktorzy jego debiutu (bo Cidade baixa to debiut), Ramos i Moura, to miejscowi, tak jak on sam, soteropolitanos. Na nabrzeżu tytułowego „dolnego miasta” Machado napisał swój scenariusz. Machado za swoich filmowych mistrzów uważa klasyków rzetelnej filmowej narracji (John Ford, Akira Kurosawa…); Aïnouz ma natomiast podejście bardziej estetyzujące, trafił o kina raczej za pośrednictwem zainteresowania różnymi awangardami – to awangardowe środowiska przyniosły jego pierwsze inspiracje, to w ich towarzystwie obijał się po Nowym Jorku, gdy tam w młodości wyjechał. Aïnouz jest w stosunku do opisywanego miasta (po Madame Satã wrócił do Rio w 2011 r., toczącym się niemal w całości w ciągu jednej nocy Srebrnym urwiskiem) outsiderem – pochodzi z Fortalezy na północnym wschodzie kraju, arabskie korzenie i homoseksualność wzmacniają jeszcze tę osobność i poczucie „wyobcowania”, bycia nieco na zewnątrz, co sam kiedyś (w 2011 r.) podkreślił na spotkaniu z widzami w Londynie. Wyobcowanie to jest jednak także pozycja zafascynowanego, czułego dla swego obiektu, obserwatora.

Madame Satã

Starający się przetrwać ludzie, którzy w Madame Satã są przedmiotem obserwacji, to postaci wyprowadzone z pamiętników autentycznej postaci, awanturnika, życiowego kabotyna i mitomana, ale też wybitnego artysty estradowego w jednym. João Francisco dos Santos zmarł w 1976 r. znany pod swoim estradowo-karnawałowym pseudonimem Madame Satã. Film osadzony jest jednak w latach 30., w okresie kształtowania się ludyczno-artystycznej osobowości João (Ramos), zanim wymyślił on sobie i zmaterializował przed światem (światem jako swoją publicznością) sambodromową, karnawałową personę Madame Satã (inspirowaną filmowym musicalem Cecila B. DeMille’a Madam Satan z r. 1930). W pewnym sensie jest to więc opowieść o drodze João do stania się Madame Satã. João mieszka w jednym gospodarstwie z czarnoskórym transwestytą Tabu (Flavio Buaraqui), którego jedynym źródłem dochodu jest prostytucja i sporadyczne kradzieże, oraz prostytutką Lauritą (Marcelia Cartaxo). Tabu jest osobą, która bardzo głęboko zinternalizowała swoje wykluczenie i własną ekspozycję na przemoc otoczenia, ale jednocześnie niejako rzuca otoczeniu wyzwanie, wystawiając się na jeszcze większe tej przemocy ryzyko (np. świadcząc seksualne usługi policjantom, co powszechnie w „środowisku” uchodzi za igranie z ogniem, bo policjanci stanowią najbardziej prawdopodobnych oprawców; obserwujemy to także w sposobie, w jaki rozmawia z João, w stosunku do którego demonstruje widoczne gołym okiem przywiązanie). Laurita z kolei jest prostytutką i samotną matką. Cała trójka wspomaga się nawzajem; razem, w zależności od tego, kto jest do dyspozycji, opiekują się córką Laurity. Jest jasne, że mieszkają razem, bo żadnego z całej tej trójcy nie stać na wynajmowanie mieszkania samodzielnie; żadne nie ma pewnego, regularnego źródła dochodu, na którym długofalowo mogłoby polegać; każde podejmuje działania o charakterze aktywności ekonomicznych w chaotycznych, nieregularnych porach dnia i tygodnia – w trójkę rosną szanse, że ktoś się zawsze w domu, przy dziecku, znajdzie. Dzielone wspólnie położenie ekonomiczne wytwarza między nimi bardzo bliskie więzi emocjonalne, nawet jeśli relacje między João a Tabu naznaczone są dziwną, pokraczną grą, opartą na dialektyce demonstracyjnej, choć głównie słownej, agresji (z strony João, jakby odgrywającego komedię „jedynego mężczyzny” w domu) i wzajemnej czułości.

Ta quasi-rodzinna konstelacja, rodzina ad hoc, u Aïnouza tym się filmowo różni od tego, jak relacje między swoimi bohaterami a samym opowiadaniem skonstruował Machado, że w Madame Satã narracja ma jednak swój punkt skupienia w osobie jednego bohatera, nie czyniąc całej trójki bohaterami na równych prawach. Widowiskowej malowniczości takiej postaci jak João wystarcza jednak w zupełności, by udźwignąć wielki film. Jego życie to również takie warcaby z plastikowych zakrętek, tożsamościowy kolaż, opowieść na chybił trafił poskładana w całość, na tyle spójną, na ile to doraźnie możliwe, z elementów znalezionych w pozbawionej planu wędrówce po peryferiach peryferyjnej metropolii, społeczno-ekonomicznych marginesach metropolii zagubionej na dalekiej peryferii globalnego systemu ekonomicznego. Elementów albo zepchniętych na ubocze życia społecznego i ekonomicznego, albo wyrosłych na tym uboczu jako „strategia przetrwania”, albo podpatrzonych, zgapionych lub przetworzonych z tego, co na takie pobocza spada z lokalnych i globalnych stołów władzy ekonomicznej i symbolicznej (np. snów produkowanych przez Hollywood).

João jest niezwykle atrakcyjnym fizycznie mężczyzną, kompozycją doskonale wyrzeźbionej muskulatury, opiętej piękną, aksamitną skórą, której od mięśni wydaje się nie dzielić nawet gram tłuszczu i której ciemna barwa potęguje jeszcze wrażenie drzemiącej w jego ciele siły, bo kontrasty uzyskiwane za sprawą padającego na nią światła dodatkowo dramatyzują efekt rzeźby każdej najmniejszej grupy mięśni. Jest zwinny, szybki, silny, nawet agresywny – jak się wścieknie, to nie ma zmiłuj. Fizycznie jest więc pod wieloma względami takim mężczyzną, albo dysponuje fizycznymi atutami takiego mężczyzny, na jakiego chciałoby wyrosnąć wielu chłopców: mężczyzny normatywnego, nawet hipernormatywnego (bo realizującego przypisywany przez zachodnią kulturę czarnoskórym mężczyznom nadmiar, eksces nagiej, niezapośredniczonej, niezłagodzonej mieszczańskimi zaokrągleniami męskości). Nienormatywnymi (pamiętamy o Jasbir Puar et consortes, ale akcja toczy się w latach 30. XX w.) ścieżkami, ku innym mężczyznom, chadza jednak jego pożądanie, przyjmując jednocześnie romantycznie „kobiecą” formę miłości do pięknego wielkomiejskiego kanciarza z marginesu, Renatinho (Fellipe Marques), który żyje szybko i umrze młodo. To swoje ponadprzeciętnie „męskie” ciało przetwarza przy użyciu fantazmatycznego ekscesu kobiecości: kostiumów stylizowanych na hollywoodzkie wyobrażenia o arabskich tancerkach, manierycznego śpiewu, a nawet spektakularnych wrzasków, agresywnego makijażu (mięsiste usta czarnego mężczyzny zmieniąją wtedy swoje symboliczne zadania i zaczynają ucieleśniać fantazję o bujnych, przeerotyzowanych wargach kobiecych) i kilogramów sztucznego blichtru, brokatu. W intrygujący sposób niektóre elementy tej fantazmatycznej kobiecości – przy okazji, paradoksalnie i mimochodem – podbijają jeszcze ekspozycję niektórych męskich walorów João, zwłaszcza jego muskulatury – wystającej spod odsłaniającego więcej niż zasłaniającego kostiumu „arabskiej” bajadery.

Richard G. Parker w swojej książce o kulturze seksualnej współczesnej Brazylii[5] opisał główne systemy ideologiczne, które kształtują postrzeganie przez brazylijską kulturę ludzkiej seksualności. Dostarczają one siatek kategorii, pojęć, norm i znaczeń seksualnego pragnienia i jego ekspresji w praktyce. Stanowią bardzo różne – czasami  uzupełniające się, czasami zupełnie nieprzystające, nierzadko rozmijające się lub otwarcie z sobą nawzajem skonfliktowane – porządki symboliczne. Wyobrażenia narzucane przez katolicyzm; ideologia patriarchalnej dominacji i rozdziału płci; wyobrażenia przednowoczesne (które w przypadku społeczeństwa wymieszanego z elementów tak różnorodnego pochodzenia, wywodzą się z rozmaitych kręgów kulturowych); wyobrażenia nowoczesne (Foucaltowska „prawda seksu jako prawda podmiotu” i „dyscyplinarna” władza „urządzenia seksualności”), ideologia „erotyzmu” Brazylii („nic nie jest grzechem po drugiej stronie równika”), dyskurs medyczno-naukowy, późno- płynno- czy ponowoczesny dyskurs emancypacyjny (emancypacji mniejszości seksualnych, itd.), wreszcie wyjątkowo istotny w brazylijskiej kulturze nurt „karnawalizacji rzeczywistości”, wielu z „odgórnych” ideologii seksualnych idący na przekór, ale też formalizujący i kodyfikujący ich transgresje. Ten ostatni nurt wykracza daleko poza oficjalny kalendarzowy okres samego spektakularnego brazylijskiego karnawału i jego oficjalne lokalizacje; posiada swoje epizodyczne powtórzenia na przestrzeni całego roku, eksploduje w nie do końca przewidzianych miejscach, dysponuje podmiotami, które niejako uosabiają karnawał przez cały rok oraz enklawami karnawału permanentnego. Jedną z tych enklaw jest Lapa, dzielnica Rio de Janeiro, w której toczy się spora część filmu Aïnouza, dzielnica nocnych lokali, nocnych imprez, nocnych artystów i prostytutek (dzisiaj także transseksualistów), dzielnica, która jest naturalnym żywiołem João i po dziś dzień jest jedną wielką, niemal niekończącą się, oszałamiającą imprezą.

João bardziej jednak niż tylko permanentnym „nosicielem karnawału w sobie” jest podmiotem, który przy użyciu m.in. elementów siatki znaczeń karnawału jako całego rozbudowanego podsystemu brazylijskiej kultury rozbija się o kanty nieprzyjaznej ekonomicznie rzeczywistości, usiłując otworzyć sobie, wygospodarować przestrzeń dla własnego ekscesu pragnienia i nadmiaru radości życia w ogóle, które się w jego karnawałowym i poskładanym z przeciwstawnych elementów przeseksualizowaniu (useksualizowaniu ponad rozsądnie czy pragmatycznie określoną potrzebę czy konieczność) wyrażają. Ale wyrażają się też w jego scenicznej personie, której mogłoby być na imię Nadmiar, w sprzecznym ze zdrowym rozsądkiem zatracaniu się w całym spektrum emocji i wygrywaniu ich do całego ich ekscesywnego kresu, aż do moralnego kaca, który przychodzi potem. Jak kiedy postanawia wrócić i zabić człowieka, który go obraził, podczas gdy miał czas ochłonąć i dla własnego dobra puścić to w zapomnienie; jak w jego mitomanii, która była pewnie jedną z rzeczy, które przyciągły do tej postaci Aïnouza[6]. W przeżywaniu przez João życia w całym jego nadmiarze, z całym ekscesem tego życia radości, seks pełni szczególną rolę, którą eksploatuje on w swojej roli karnawałowo-scenicznej. To dlatego, że podążanie za pragnieniem jest dla niego autoteliczną, samousprawiedliwiającą się wartością, po tym, jak udzieli Tabu agresywnej reprymendy za sypianie (za pieniądze) z policjantem (co jest potencjalnie niebezpieczne dla transseksualisty w epoce, gdy „odchylenia” seksualne podlegają formalnej i nieformalnej społecznej represji), zmieni nagle ton i z czułością w głosie zapyta Tabu, czy – pod względem uzyskanej rozkoszy – było warto. Rozkosz jest stawką, o którą warto grać, dla obiecywanej przez nią nadwyżki szczęścia warto ryzykować – tej kwestii nie obciążają u niego nadmierne wątpliwości.

João lepi ten swój życiowy bricolage, rozpychając dla siebie łokciami przestrzeń na obrzeżach i pod brzuchem oczywiście nie tylko tego, co dominujące, odgórne „ideologie seksualności” pozostawiają poza swoją jurysdykcją bądź w różnych szarych strefach swojego braku czy to zainteresowania, czy to konsekwencji. João porusza się w i otwiera dla siebie przestrzeń usytuowaną w odniesieniu do aparatów i ideologii rzeczywistej, materialnej władzy – symboliczne siatki pojęć i norm seksualnych są jej instrumentami i przedłużeniami.

Widz poznaje João, gdy ten jest (niejedyny w swoim życiu raz) aresztowany przez policję. Jego twarz nosi fizyczne ślady ich władzy i przemocy, z jaką tę swą władzę w stosunku do niego wyegzekwowali – obicia, sińce i krew. Słyszymy, jak policja wykonuje swój obowiązek władzy (władzy dyscyplinarnej, dyscyplinującej) i wytwarza João jako przedmiot swojej wiedzy, tym samym usiłując go nauczyć, kim z punktu widzenia interesu władzy jest – jako podmiot. Zapisane zostanie nazwisko, pochodzenie, wiek; że jest zawadiaką, wielokrotnym kryminalistą i „pasywnym homoseksualistą”. Władza próbuje mu narzucić tożsamość, z którą João wcale utożsamiać się nie pragnie, ani jakoś specjalnie nie zamierza. Może i bywa pasywny (receptywny) w swoich relacjach seksualnych, ale w innych scenach w filmie widzimy, że jest równie, jeśli nie bardziej albo przede wszystkim, w swoim żywiole, jako aktywny (insertywny) partner w stosunku homoseksualnym. W pozycji receptywnej go w filmie nie widzimy notabene nigdy. W swoim dziwnym gospodarstwie domowym, choć ani z Tabu, ani tym bardziej z Lauritą, nie łączą go (w każdym razie w okresie objętym ramami czasowymi filmu) żadne stosunki seksualne, przyjmuje rolę dominującą („aktywną”) w stosunku do współdomowników, a zwłaszcza Tabu, jako queera „zniewieściałego”, w odniesieniu do którego João postępuje według kodów bliższych machismo. Zachowanie policji w stosunku do João łączy więc w sobie elmenty nowoczesnego paradygmatu władzy – władzę dyscyplinarną jednocześnie włączającą João w „urządzenie przestępczości”[7], jak i w „urządzenie seksualności”[8] („karając” go za „perwersyjne” zachowanie klasyfikacją wyrzucającą poza nawias heteroseksualnej męskiej „normy”) – z elementami przednowoczesnej pojęciowej siatki seksualnych norm i kategorii, podkreślając, jak widzimy w filmie – niezbyt w zgodzie z prawdą, że jego homoseksualizm jest „pasywny”.

Jak (nie wszystkim) wiadomo[9], tożsamość homoseksualna, określająca podmiot na podstawie podejmowanych przez nią praktyk seksualnych i kierunku odczuwanego pragnienia, łącząca – w przypadku mężczyzn – w jedną grupę mężczyzn podejmujących aktywną i pasywną rolę w analnym stosunku seksualnym, jest produktem specyficznie nowoczesnym i specyficznie zachodnim, z czasem dopiero „eksportowanym” na peryferie w procesach imperializmu kulturalnego. Jedną z cech charakterystycznych siatek przednowoczesnych seksualnych kategoryzacji w wielu kręgach kulturowych (w tym w Europie i Ameryce Północnej jeszcze w pierwszych dekadach XX w.) jest/była zasada, że poza ramy męskości normatywnej wypada(ł) tylko mężczyzna pasywny w stosunku seksualnym z innym mężczyzną. Mężczyzna, który kontakty seksualne z innymi mężczyznami miał tylko jako partner aktywny („insertywny”), przez siebie i otoczenie mógł być i był postrzegany jako mieszczący się w kategorii męskości normatywnej. Policjanci w swoim raporcie zdającym sprawę z zatrzymania i „przesłuchania” João usiłują dokonać jakiegoś uzgodnienia, rekoncyliacji nakładających się, niekompatybilnych porządków pojęciowych i żeby wypchnąć João z porządku normy w porządek patologii i perwersji, „na wszelki wypadek” uzupełniają przypisanie mu nowoczesnej, „medycznej”, dyscyplinarnej i heteronormatywnej kategorii homoseksualizmu dodatkową „informacją” mającą za zadanie wypchnąć go z pola społecznie akceptowanej normy skuteczniej niż gdyby tej dodatkowej kwalifikacji, w warunkach tylko „częściowo” i „niekompletnie” nowoczesnego (nowoczesnego na sposób peryferyjny) kontekstu społecznego, brakowało.

Bohaterowie Machado, siedem dekad później, również (wciąż) poruszają się w przestrzeni seksualnie niedoprecyzowanej, polimorficznej, „niezdyscyplinowanej” do końca przez nowoczesne dyskursy seksualności, a jednocześnie nie znajdującej się do końca pod suwerenną kontrolą żadnej innej seksualnej ideologii. Łączą się w trójkąt, którego głową pewnie będzie Karinna; żaden z mężczyzn nie będzie dominował nad stadłem; co najmniej jeden będzie wychowywał dziecko innego mężczyzny; jest nawet kilka takich scen w filmie, gdy obaj mężczyźni obejmują Karinnę, jednocześnie pieszczotliwie dotykając rąk jeden drugiego – mamy aż prawo przynajmniej postawić sobie pytanie, czy częściowo za dzielenie pożądania do tej samej kobiety nie odpowiada możliwość mediowania przez jej osobę pierwiastka pożądania, odczuwanego przez mężczyzn do siebie nawzajem, dając im możliwość zastępczej realizacji erotycznej. Moglibyśmy mieć do czynienia z wyparciem tego homoerotycznego pragnienia, i wtedy bylibyśmy w królestwie nowoczesnej dyscypliny „urządzenia seksualności”, żądającej dla takich pragnień banicji lub zamknięcia ich w odrębnej tożsamości. Ale chyba nie mamy, bo obaj mężczyźni, gdy się w takich okolicznościach dotykają, nie szukają kompulsywnej ucieczki w homofobiczne gesty utwierdzania się o swojej „prawdziwej” męskości. Mamy raczej do czynienia z erotyczną potencjalnością; materialną obecnością pragnienia nie do końca wciąż skolonizowanego dyscyplinującymi siatkami dojrzałej nowoczesności w swoim hegemonicznym, centralnym (tzn. nieperyferyjnym) wcieleniu.

Roberto Schwarz, przez wielu uznawany za najwybitniejszego brazylijskiego krytyka literackiego i najznakomitszego krytyka kultury piszącego współcześnie w tradycji Szkoły Frankfurckiej[10], na przestrzeni wielu prac interpretujących materialistycznie brazylijską kulturę poświęcił wiele miejsca rozwijaniu analitycznego konceptu, który znakomicie oddaje już tytuł jego najgłośniejszego eseju, As idéias fora do lugar[11] (poza Brazylią znanego pod tytułem angielskiego przekładu: Misplaced Ideas[12]). Na polski moglibyśmy to przetłumaczyć jako „Idee nie na swoich miejscach”. Owe zagubione w niewłaściwych kontekstach idee to dla Schwarza idee związane z wielkim projektem europejskiej nowoczesności i Oświecenia, zwrócone przeciw przednowoczesnym irracjonalizmom i arbitralności feudalnych zależoności między ludźmi, przeciw feudalnemu przywilejowi, a postulujące uniwersalizm wraz z indywidualną wartością i wolnością każdej ludzkiej jednostki – które to idee trafiły w Brazylii na zupełnie niespójny z nimi grunt społeczno-ekonomiczny, bo gospodarczo oparty na niewolnictwie. Jednocześnie:

„Brazylia nie była jednak dla Europy tym, czym feudalizm dla kapitalizmu. Wręcz przeciwnie, byliśmy funkcją europejskiego kapitalizmu, więcej nawet, nigdy nie byliśmy feudalni, bo nasza kolonizacja była od początku dziełem kapitału handlowego”[13].

Brazylijska „anomalia” gospodarki niewolniczej była funkcją europejskiej nowoczesności, zapewniającą Europie wiele niezbędnych jej do rozwoju ekonomicznego (a co za tym idzie, kulturalnego) surowców naturalnych; była więc zintegrowana ekonomicznie z rozwojem europejskiej nowoczesności, lecz w jej własnych, wewnętrznych relacjach społecznych i ekonomicznych dominował skandal niewolnictwa i korupcja „przysługi”, stojące ideom uniwersalizmu, liberalizmu, „wolności podmiotu”, „nagrody za zasługi” itd., na przeszkodzie w osiągnięciu w życiu społecznym i kulturalnym funkcji innych niż ornamentacja i dystynkcja. Schwarz jest oczywiście w pełni świadom, że idee te również w centrum kapitalizmu były ideologią, tzn. nie objaśniały rzeczywistości obiektywnie, a raczej legitymizowały nowe formy władzy i organizacji społecznej, z jej własnymi formami dominacji, przemocy i wykluczenia, ale w brazylijskim kontekście stały się one „ideologiami drugiego stopnia”, tzn. oderwanymi zupełnie od rzeczywistości modami i strategiami bez mała wyłącznie estetycznymi, praktykowanymi przez garstkę uprzywilejowanych, wyznających brytyjski liberalizm właścicieli plantacji i niewolników. Wreszcie:

„Kiedy europejskie idee i motywy zdołały się zaczepić, mogły służyć, i wielokrotnie służyły, jako usprawiedliwienie, nominalnie ‘obiektywne’, czegoś, co w nieunikniony sposób było arbitralną praktyką przysługi i względów”[14].

Z tą przysługą i względami chodzi Schwarzowi o to, że w strukturze ekonomicznej, w której większość procesów produkcyjnych odbywała się w warunkach instytucjonalnych systemowej eksploatacji niewolnej siły roboczej, przez przechwycenie całej wytwarzanej przez nią wartości dodatkowej i w warunkach unieruchomienia podmiotów tej siły roboczej jako własności i formy kapitału trwałego przedsiębiorcy/kapitalisty, ogromnej redukcji ulegała przestrzeń do ekonomicznych kontraktów między „wolnymi podmiotami” tardycyjnej narracji liberalnej. Nie będący niewolnikiem, ale też nie dysponujący własnością pozwalającą na życie „z renty” człowiek odnajdował się w sytuacji, w której pracy swoich rąk nie może ot tak oferować na rynku, za jej wartość wymienną, bo rynek większość koniecznej do wykonania pracy (produkcyjnej i innej) może w takiej sytuacji zrealizować, kierując w tym kierunku niewolniczą siłę roboczą, której pozostawianie choćby okresowo niezaangażowaną w procesy ekonomiczne oznaczało kosztowne unieruchomianie kapitału. Człowiek wolny, a bez własności, wpadał więc w quasi- czy neo-feudalną, zupełnie „nieliberalną”, ekonomię świadczenia przysług w zamian za gesty wdzięczności i „łaski”. A wszystko to, by zapewnić reprodukcję porządku mającego na celu zapewnienie dostaw cukru, kawy i kakao na potrzeby jak najbardziej nowoczesnego rynku światowego.

Strukturalne konsekwencje tego kolonialnego dziedzictwa do dzisiaj na wiele sposobów kształtują stosunki własnościowe, ekonomiczne i kulturalne Brazylii. Dokonana w tych warunkach akumulacja (ekspansywne zawłaszczenie) wielkiej własności ziemi w niewielu rękach (proces szczegółowo opisany przez Alidę C. Metcalf[15]) na zawsze podzieliła kraj na nieprowadpodobnie bogatą, niezwykle wąską elitę, oddzieloną od reszty, której do podziału pozostało znacznie mniej, ogromną ekonomiczną przepaścią, niemożliwymi dla większości do przekroczenia progami wstępu. W takich warunkach zniesienie w końcu niewolnictwa nie otworzyło procesów mobilności społecznej i pozostawiło dawnych niewolników na niewiele lepszej niż wcześniej pozycji ekonomicznej. Bez dróg awansu czy opcji na realizację aspiracji. Pozostawiło także kulturę, w której praca nie funkcjonuje jako coś, za wytrwałość w czym spotka cię kiedyś nagroda, a awans społeczny czy różne nagrody pochodzą ze skorumpowanej ekonomii przysług i gestów łaski.

„[K]oniec niewolnictwa nie oznaczał przekształcenia niewolników i ludzi zależnych w obywateli, a dominującą nutą procesu, który miał zamiast tego miejsce, było, wręcz przeciwnie, przeszczepianie prekarnych rodzajów pracy najemnej do starych relacji własności i władzy, które w ten sposób weszły w nową epokę ledwie naruszone.”[16]

I tak w początkowych partiach Madame Satã przekonujemy się, że za swoją pracę w nocnym lokalu rozrywkowym João od dawna oczekuje (cierpliwie, ale do czasu) na akt łaski w postaci wynagrodzenia.

Ta nieregularna, na różne sposoby „nieprawidłowa” struktura wyworzyła społeczeństwo dziwnie niepodomykanych, niepełnych, niezgrywających się z materialną rzeczywistością ekonomiczną aparatów władzy oraz aparatów i systemów ideologicznych tej władzy. Np. potencjalnymi „kryminalistami”, tzn. przedmiotem zainteresowania aparatu represji wcielonego w policję i system sprawiedliwości, są w takiej strukturze znacznie większe niż w centrach kapitalizmu rzesze pozbawionych ekonomicznego zakotwiczenia ludzi. Przez co zresztą samo trafienie w tryby procesu nowoczesnego ujarzmienia (assujetissement)[17] machiny aparatu represji i dyscypliny jest też bardziej przypadkowe, niesystematyczne, arbitralne. Peryferyjna machina państwowego aparatu sprawiedliwości nie dysponuje wystarczającymi siłami, by tak samo systematyczną dyscypliną i zainteresowaniem objąć wszystkich, którymi teoretycznie mogłaby być zainteresowana, na ogromnym terytorium kraju z połaciami przestrzeni bardzo rzadko zaludnionych. Bardziej niż logiczną konsekwencją postępowania jej ciosy wydają się przez to być wypadkową pecha, wyrokiem ślepego losu. W społeczeństwie, w którym bardzo długo ogromna jego część żyła w nieuregulowanej, nieskonsolidowanej kulturze pokrewieństwa – aż do 1888 r., ogromna część społeczeństwa nie miała kontroli nad własnym życiem rodzinnym, bo każdy członek rodziny (partner, partnerka, rodzic, dziecko) mógł decyzją właściciela zostać od reszty stadła oddzielony i sprzedany albo np. odesłany do innego miejsca niewolniczej pracy – stan taki jeszcze daleko w XX w. pozostawiał po sobie reprodukujące się jeszcze długo dziedzictwo nieuporządkowania reguł socjalizacji stosunków seksualnych, praktyki zakładania rodzin i ich ekonomicznej reprodukcji.

Bohaterowie Machado i Aïnouza poruszają się w rzeczywistości, która w latach 30. XX w. i na przełomie wieków XX i XXI, w dwóch miastach-pomnikach różnych etapów brazylijskiej historii, zachowuje ciągle cechy tego strukturalnego peryferyjnego nieporządku. W tym nieporządku tworzą sobie miejsca na obrzeżach i w szarych strefach niepełnej kontroli różnych niezgranych ze sobą reżimów władzy i struktur ideologicznych, składając sobie życie i swoją tożsamość na prawach pomysłowego brikolażu, złożonego z tego, co w danym momencie w tym celu dostępne. Z tego, co na bazie dostępnych form zostało przez nich ad hoc, w gestach swego rodzaju podmiotowej, emancypacyjnej odwagi, wymyślone, poskładane. I choć widzimy tu dziwny, na swój sposób tragiczny los peryferii (nie tak nam znowu obcy w Polsce), gdzie procesy społeczne, ekonomiczne, ideologiczne, kulturalne, polityczne, odbywają się albo za późno, albo za wcześnie, albo w inny sposób „nie na miejscu” w stosunku do „obiektywnych warunków” i do siebie nawzajem, owocując katastrofami w rodzaju np. „konserwatywnej modernizacji” faszystowskiej junty, to Machado i Aïnouz pokazują nam inną, pozytywną stronę, korzyść, jaką peryferie mogą (my możemy) z tego wyciągnąć. Pomysł na emancypację i sięganie po obietnice nowoczesności bez kompulsywnego „nadganiania”, „nadrabiania” i powtarzania całej jej drogi ze wszystkimi jej kosztami. Ogromny potencjał możliwości spontanicznego tworzenia życia na sposoby tworzące i zagospodarowujące przestrzenie słabo lub wręcz nieskolonizowane przez ideologie władzy, nawet przez rasizm, najtrwalszą, najpotężniejszą, najbardziej kluczową i najbardziej elastyczną ideologię świata, w którym władzę sprawuje Kapitał[18].

W przestrzeniach klasowej rzeczywistości, po których rozbijają się Deco, Naldinho, Karinna, João, Tabu, Laurita, tych dosłownie kilka w sumie marginalnych klasyfikowalnych jako rasistowskie komentarzy, które gdzieś w ich okolicach padają, uderza głównie przez kontrast, z jakim odbija się na tle tej rzeczywistości: przez kontrast, z jakim odbija się jako wyjątek. Właściciel i „gwiazda” pierwszego lokalu, w którym João pracuje, są najpewniej przedstawicielami lekko zdeklasowanej, mniejszej lub większej burżuazji (brazylijskie mechanizmy dziedziczenia dużych majątków, celem zachowania wysoce skoncentrowanego charakteru wielkiej własności, zawsze zakładały jakąś liczbę członków rodziny wykluczonych, często dość bezwzględnie, z prawa do dziedziczenia, często wtedy wkraczających na drogę w dół drabiny społecznej[19]). Ze dwa razy, u Machado i u Aïnouza, jakaś rasistowska obelga pada z ust przedstawiciela klas ludowych, ale jest to np. sfrustrowany pijak, szukający zaczepki. W Brazylii rasizm cechuje kulturę burżuazji, choć ta kultura raczej nie artykułuje go expressis verbis, instytucjonalizując go „dyskretnie” w strukturze własności (która jest zasadniczo „biała”) i już nie tak dyskretnie w mechanizmach policyjnej obrony tej własności (uderzających np. w „kolorowe” fawele). Przestrzeń społeczna, po której rozbijają się bohaterowie Machado i Aïnouza, jest tak samo nieskolonizowana przez rasizm, jak w zakończeniu Cidade Baixa relacja między trójką bohaterów uwolniona się okaże od ciążenia ku strukturom męskiej dominacji.

Jednego z czołowych brazylijskich krytyków literackich, Antonio Candido[20], fascynował ten fenomenalny składnik brazylijskiej kultury: względna wolność kultury brazylijskich klas ludowych od wpływu najgorszych globalnych ideologii systemu wyzysku i przemocy, rasizmu czy religijnego fanatyzmu, słaby stopień kolonizacji tej kultury przez te ideologie. Pozwoliłoby nam to nie tylko marzyć, ale i – przekażmy głos raz jeszcze Schwarzowi – odważniej spekulować:

„spekulować o mniej nieprzyjaznym porządku światowym, który sądząc po kontekście, byłby post-burżuazyjny. Tak więc, utrzymuje [Candido], matryca niektórych spośród najlepszych aspektów brazylijskiego społeczeństwa leży w tych rodzajach społecznych relacji, które rozwijane są przez biednych, i przyszłość może dać im [tym relacjom – JP] szansę”[21].   


[1] D. Matheou, The Faber Book of New South American Cinema, s. 215 i in.

[2] „Również podobnie do Kubańczyków, mieszkańcy Bahia [stanu, którego stolicą jest Salvador – przyp. JP] są seksowni. Jest tutaj bardzo osobliwe, otwarte podejście do seksu. Wędrując po Bahia, można to w bardzo jasny sposób zobaczyć”. Sérgio Machado w rozmowie z Demetriosem Metheou w: D. Matheou, The Faber Book of New South American Cinema, s. 213.

[3] Cinema, aspirinas e urubus, reż. Marcelo Gomes, scen. Karim Aïnouz, Paulo Caldas, Marcelo Gomes, 2005.

[4] D. Matheou, The Faber Book of New South American Cinema, s. 212.

[5] Richard G. Parker, Bodies, Pleasures and Passions. Sexual Culture in Contemporary Brazil, Boston: Beacon Press, 1991.

[6] D. Matheou, The Faber Book of New South American Cinema, s. 197-199.

[7] M. Foucault, Nadzorować i karać.

[8] M. Foucault, Historia seksualności, t. 1, Wola wiedzy.

[9] Zob. np. George Chauncey, Gay New York: Gender, Urban Culture and Making of a Gay Male World, 1890-1940, New York: Basic Books (Perseus Books Group) 1994.

[10] P. Anderson, Lula’s Brazil.

[11] R. Schwarz, As idéias fora do lugar, „Estudos Cebrap”, 3, 1973.

[12] R. Schwarz, Misplaced Ideas, przeł. R. Schwarz, Edmund Leites, [w:] R. Schwarz, Misplaced Ideas: Essays on Brazilian Culture, red. John Gledson, London – New York: Verso 1992, s. 19-32. Pierwodruk przekładu ang. w: „Comparative Civilization Review”, 5, 1980.

[13] R. Schwartz, Misplaced Ideas, s. 23.

[14] Tamże.

[15] A.C. Metcalf, Family and Frontier in Colonial Brazil.

[16] R. Schwarz, A Master on the Periphery of Capitalism: Machado de Assis, przeł. na j. ang. John Gledson, Durham – London: Duke University Press, 2001, s. 153.

[17] M. Foucault, Nadzorować i karać.

[18] E. Balibar, I. Wallerstein, Race, Nation, Class.

[19] Alida C. Metcalf, Family and Frontier in Colonial Brazil.

[20] Zob. np. Antonio Candido, Formação da literatura brasileira, Belo Horizonte, 1975. Tegoż, Dialética de malandragem, „Revista do Instituto de Estudos Brasileiros”, 8, São Paulo, 1970; tłum. na ang. Howard S. Becker, The Dialectic of Malandroism, [w:] Antonio Candido, On Literature and Society, Princeton, NJ.

[21] Roberto Schwartz, Objective Form: Reflections on the Dialectic of Roguery, tłum. (na ang.) John Gledson [w:] tegoż, Two Girls and Other Essays, s. 29.


Tekst stanowi jeden z esejów zebranych w mojej książce Smutki tropików: Współczesne kino Ameryki Łacińskiej jako kino polityczne, Warszawa: Książka i Prasa, 2016, s. 247-263. Ilustracje stanowią fotosy Davida Protcharda do filmu Madame Satã.


Moja nowa książka – powieść pt. „Nirvaan” – jest do nabycia tutaj.

Rzuć też okiem na Soho Stories.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Sprzedawca lodów Pelourinho w Salvadorze

Wszystkie imiona Brazylii

Czarnoskóry chłopiec o imieniu Jurij

Podobno żadne paszporty nie mają takiej wartości na czarnym rynku skradzionych i podrabianych dokumentów, jak paszporty brazylijskie. Jak w żadnym innym kraju na świecie w Brazylii możliwa jest do pomyślenia każda kombinacja imienia, nazwiska, koloru skóry, pochodzenia etnicznego – i żadna nie wywołuje zdziwienia.

Brazylia jest chyba najbardziej wymieszanym – pardon le mot – “rasowo” społeczeństwem na świecie, w którym kolejne fale migracji z różnych części Europy, począwszy od XVI-wiecznej Portugalii, w kombinacji z miejscową ludności indiańską (Tupi-Guarani i inne), importem niewolników z Czarnego Lądu, wreszcie także migracjami z Azji i Bliskiego Wschodu (w Brazylii żyje np. więcej Libańczyków niż w samym Libanie, w São Paulo jest ogromna społeczność japońska, a w Rio de Janeiro niejeden bar z przekąskami, popularnymi tutaj pastéis i salgados, prowadzą Chińczycy) złożyły się na fascynującą, wielobarwną mozaikę. Nie wiem, czy gdzieś indziej na świecie można spotkać tylu ludzi o ciemnym kolorze skóry, afrykańskich rysach twarzy i jednocześnie jasnych – zielonych lub nawet niebieskich – oczach.

W Lençóis, barokowym miasteczku w stanie Bahia, w restauracji, w której jadłem dwa razy, pracował czarnoskóry nastolatek o imieniu Yuri. To oczywiście portugalski zapis rosyjskiego Jurij. Od czasu lotu Gagarina imię radzieckiego kosmonauty, czasem pisane też Iuri, jest w Brazylii zdumiewająco popularne. W czasie Karnawału w Rio de Janeiro spotkałem na deptaku wzdłuż plaży Ipanema mestizo z Copacabany także noszącego to imię. Zdarzyło mi się w Salvadorze, że kiedy moje imię zostało niezrozumiane przez osobę, której się przedstawiałem, ulegało zniekształceniu w bardziej Brazylijczykom znanego Jurija.  W tym samym Lençóis właściciele pousady, w której się zatrzymałem, mają na imię Florestano i Thalita. Thalita (lub Talita) to starożytne aramejskie słowo, które dotrwało naszych czasów przede wszystkim dzięki frazie przypisanej przez autorów Ewangelii Chrystusowi uzdrawiającemu dziewczynkę: Talita kum – “dziewczynko, wstań”. Może się mylę, ale nie sądzę, żeby gdziekolwiek poza Brazylią słowo to – pisane czasem Talita lub Talitha – było dzisiaj (wcale tu nierzadkim, na pewno powszechnie znanym) imieniem. Dawno temu było podobno popularnym imieniem wśród purytańskich osadników w koloniach w Ameryce Północnej. Thalita z Lençóis nie ma żadnych bliskowschodnich ani purytańskich korzeni, jest śniadolicą Brazylijką o prostych, czarnych włosach Indianki.

Przyjaciel, u którego zatrzymałem się w São Paulo ma na imię Péricles, choć w jego rodzinie nie było nigdy żadnych Greków. Jeden z jego znajomych jest brazylijskim Japończykiem, ale na imię ma Marcelo. W Salvadorze, stolicy stanu Bahia, wokalista i kompozytor grupy Plano B, ciemnoskóry jak większość mieszkańców tego miasta, nazywa się Vladimir Rosário. Niezwykle popularnym imieniem jest w Brazylii Vinícius – noszą je poeta Vinícius de Moraes, piłkarz Vinícius Oliveira Franco, i wielu innych. Popularne także w sienkiewiczowskiej kombinacji z Markiem – po portugalsku może to być na przykład zapisane jako Marcos Vinícios.

W różnych częściach Brazylii popularne są imiona arabskie i hebrajskie, takie jak Ismail, Farid czy Abraham, choć noszący je ludzie zwykle ani nie mają arabskich czy żydowskich przodków, ani nie identyfikują się na przykład ze związanymi z tymi imionami religiami. Brazylijski Farid czy Ismail, podobnie jak Abraham, może być czarnoskóry czy mestizo, może być katolikiem, członkiem jednej z pączkujących ostatnio protestanckich sekt, lub wyznawcą candomblé.

W przeciwieństwie do innych społeczeństw złożonych z mieszanki kultur, w Brazylii imion nie narzucają zobowiązania wynikające z kulturowych (religijnych, rasowych czy etnicznych) tożsamości, imiona nie są do takowych przypisane i nie służą takiej tożsamościowej identyfikacji jednostki z grupą jej pochodzenia i przynależności. W Stanach Zjednoczonych czy Wielkiej Brytanii, nawet jeśli nie widzieliśmy jeszcze tej osoby na oczy, ale wiemy, że na imię ma Shantelle, to przed pierwszym spotkaniem na pewno nie będziemy wypatrywać kalifornijskiej blondynki. W Indiach imię i nazwisko do tego stopnia identyfikują przynależność religijną, nierzadko także kastową, do tego stopnia są od takiej przynależności nieoderwalne, że religijna konwersja pociąga za sobą zawsze i bez wyjątku zmianę imienia i nazwiska.

koncert w Lencois w stanie Bahia

Koncert w Lencois w stanie Bahia

Imiona na wolności

W Brazylii tymczasem imiona całkowicie wyemancypowały się od takich znaczeń. Brazylijczycy nadają swoim dzieciom imiona, które im się po prostu podobają, lub z którymi wiąże się jakaś rodzinna bądź osobista historia, bądź też by dać wyraz podziwu słynnemu włeścicielowi danego imienia (jak z tym Gagarinem). Nie zwracając najmniejszej uwagi na etniczne, religijne i inne źródła, konotacje i konteksty tych imion. Nikt też nie spodziewa się po imieniu, że dostarczy ono informacji o zbiorowych tożsamościach, do których można by lub by należało właściciela tego imienia przypisać. Jurij może być czarnoskórym chłopcem, Marcelo może być Japończykiem, a Péricles na nazwisko mieć prostolinijne portugalskie Pinheiro (co znaczy ‘sosna’).

Mój przewodnik na jednej z tras w Chapadzie Diamantinie (to spektakularny park narodowy, z jednym z głównych punktów wypadowych właśnie w Lençois) miał na imię Itamar, choć wyglądał raczej na metysa. Jest to imię hebrajskie. Popularne, wśród ludzi rozmaitego etnicznego pochodzenia, są niektóre imiona rosyjskie, Jurij nie jest jedynym. Tatiana (w Brazylii wymawiane trochę jak ‘Taćjana’), Tania, Sonia. Tatiana, którą poznałem w przepięknym Ouro Preto w Minas Gerais, jest czarnoskórą wyznawczynią umbandy, jednej z afrykańskich religii Brazylii (jej matka jest natomiast praktykującą katoliczką).

Kobieta spzedająca caipirinhę w historycznym centrum Salvadoru

Kobieta spzedająca caipirinhę w historycznym centrum Salvadoru

W Brazylii mnóstwo jest oczywiście tradycyjnych imion portugalskich – João, Sérgio, Marcelo, Flavio, czasem rzadkich, takich jak Belmira (nauczycielka z São Paulo, która przebywała ze mną w tym samym hostelu w Salvadorze tak własnie miała na imię), ale Brazylijczycy mają też niekończące się, i rozwijające się coraz szerzej, pączkujące na wszystkie strony multum imion, którego nie kontroluje żaden oficjalny “spis imion dopuszczalnych”. Mają nie tylko imiona z różnych części świata (choć mają własne portugalskie João, można też spotkać Jeana czy Johna czy Johny’ego, czasem nawet Jhony’ego; słynna brazylijska supermodelka ma na imię Gisèle), ale także jako imiona nadają sobie słowa, które gdzie indziej są nazwiskami. Mozart, Beethoven, Edson, Edilson, Wellington, Nadson, Kleber, Hudson (jak zatoka w Ameryce Północnej) – to wszystko są w Brazylii imiona. Edilson to imię wielu znanych piłkarzy – bardzo zresztą jest to imię w całej Brazylii popularne. Prowadzący jedno z legendarnych kin w Rio de Janeiro, Cine Jóia, przyjaciel mojego znajomego na imię ma Johandson, co poza Brazylią jest przecież skandynawskim nazwiskiem, zwykle zresztą – o ile nie zawsze – pisane bez tego ‘d’ w środku. Jego rodzina jest doskonale brazylijska, nie ma w niej żadnych Skandynawów.

Brazylijczycy noszą imiona dosyć zapomniane nieraz nawet w miejscach, z których pochodzą. Wspomniany Vinícius/Vinícios to jeden przykład. Poznany przeze mnie w Salvadorze czarnoskóry capoeirista (który ni stąd ni zowąd zagadał do mnie kilka zdań po polsku – nauczył się ich od żony swojego brata) nosi starogermańskie imię Adelmar. Partnerka jednego z moich przyjaciół – partnerka w życiu i we wspinaczce, bo oboje pasjami wspinają się na skały (Rio de Janeiro, gdzie mieszkają, jest doskonałym miejscem do życia dla takiej pary) – nosi zaczerpnięte ze starożytnych greckich mitów imię Nereida (tak nazywały się przepiękne nimfy wodne, córki Nereusa i Doris).

Brazylijczycy tworzą także imiona, składając z sobą w nowe kombinacje imiona już istniejące. Lucimara to kombinacja Lucii z Marą, imieniem, które tak poza tym jest popularne w Rumunii. Innym popularnym żeńskim imieniem jest Suely (pisane też Sueli). Angielskie imię Sue (zdrobnienie od Susan/Suzanne, etc.) z sufiksem –ly lub -li. Tak miała na imię tytułowa bohaterka jednego z filmów Karima Aïnouza, jednego z najciekawszych brazylijskich reżyserów, tak ma na imię kobieta, która pracowała w hostelu w malowniczej dzielnicy Rio de Janeiro, Santa Teresa, gdzie zatrzymałem się na czas Karnawału 2014. Matka jednego z moich przyjaciół ma na imię Lucileia. W stanie Bahia spotkałem się z imieniem Jeanderson (francuskie imię Jean plus germańskie/anglosaskie nazwisko Anderson); bywa ono też pisane przez ‘G’ – Geanderson. Córka byłego prezydenta Brazylii Sarneya, ma na imię Roseana, co jest połączeniem imion Rosa/Rose i Ana.

Brazylijczycy tworzą też imiona z innych nazw i wyrazów, a także z fantazją modyfikują ortografię istniejących imion, czy to dublując ‘l’, czy dodając gdzieś nieme ‘h’ (jak wspomniana Thalita z Lençóis). Znajoma jednego z moich przyjaciół z Minas Gerais na drugie imię ma Sthefania, z tym dowcipnym ‘h’ przed pierwszą samogłoską. Do najbardziej ekstremalnych przykładów tej praktyki należy zapewne Jhulhyus. Tak, to udziwniony do granic możliwości stary dobry Julius. Spotkałem się z jednym człowiekiem, który podpisywał się w ten sposób (z reguły są to ludzie młodzi, ta praktyka na obecną skalę jest dość nowym fenomenem).

Betinho, sprzedawca w jednym ze sklepów w historycznym centrum Salvadoru

Betinho, sprzedawca w jednym ze sklepów w historycznym centrum Salvadoru

W pewnym sensie jest to przedłużenie fantazji, z jaką brazylijska kultura stworzyła demonimy, czyli określenia dla mieszkańców różnych części kraju. Mieszkaniec miasta Rio de Janeiro nazywa się carioca, które to słowo wywodzi się z języka Indian Tupi, w którym kara’i oka znaczy „dom białego człowieka”. Mieszkańcy stanu Rio de Janeiro nazywają się fluminense, co jest również określeniem na Holendrów, gdyż w tamtej części Brazylii swoją kolonię mieli kiedyś Holendrzy. Mieszkańcy Salvadoru nazywają się soteropolitanos – ta nazwa powstała z przetłumaczenia nazwy Salvador (‘Zbawiciel’) z portugalskiego na grekę, zbawiciel po grecku to sotero.

Brazylijskie podejście do imion, które zerwały się tam z tożsamościowych smyczy i baraszkują, skacząc swobodnie po wszystkich polach etnicznej, kulturowej i tożsamościowej siatki społeczeństwa największego kraju Ameryki Łacińskiej, jest jednak czymś znacznie więcej niż tylko kulturową ciekawostką. Jest manifestacją wielkiego emancypacyjnego potencjału, który tkwi w brazylijskiej kulturze, uparcie i niestrudzenie przypominając o pragnieniu „mniej nikczemnego świata”, na przekór skandalowi opresywnych społecznych i ekonomicznych nierówności drążących kraj.

Od emancypacji imion do emancypacji ludzkiej?

Antonio Candido, autor wielkiego dzieła Formação da literatura brasileira, a za nim wątek ten podnosi “najznakomitszy współczesny krytyk kultury w tradycji Szkoły Frankfurckiej” (opinia Perry’ego Andersona), Roberto Schwarz – zauważył kiedyś, że w pokładach kultury brazylijskich klas ludowych tkwią być może kluczowe zalążki kultury przyszłego społeczeństwa postburżuazyjnego, zapowiedzi możliwego świata po kapitalizmie, jeśli kiedyś wreszcie poza horyzont kapitalizmu uda się nam wykroczyć. W Brazylii możliwość kultury społeczeństwa postburżuazyjnego i postkapitalistycznego wydaje się w wielu obszarach bardziej namacalna, bardziej realna niż gdziekolwiek indziej. Candido i Schwarz konkretnie wspominają inny, niezwykle istotny wymiar brazylijskiej kultury: wolność kultury brazylijskich klas ludowych od rasizmu[1].

Rasizm w Brazylii istnieje, ale jest narzucany z góry przez burżuazję oraz jej aparaty ideologiczne i aparaty represji, od szkoły i telewizji, po policję i armię. Moi przyjaciele z São Paulo opowiadali mi, jak w liceum czasów wojskowej dyktatury uczono ich, że Indianie są jak dzieci, a czarni powinni być wdzięczni, bo przecież „zostali wyzwoleni” z niewolnictwa. Każdy Brazylijczyk zna historię masakry spod kościoła Candelaria w Rio de Janeiro, gdzie szwadron śmierci uformowany głównie z policjantów “po godzinach”, wymordował śpiące tam na kamiennej posadzce bezdomne dzieci, z których większość była ciemnoskóra. Nikt nigdy nie został za tę zbrodnię skazany, a najsłynniejszy chłopiec, który przeżył masakrę, Sandro Rosa do Nascimento, zginął uduszony przez funkcjonariuszy BOPE kilka lat później, po tym, jak na rua do Jardim Botanico w Rio de Janeiro „porwał” autobus numer 174[2].

Żaden czarny chłopiec w Salvadorze nie ufa policji. I ma rację – funkcjonariusze policji w tym mieście podrzucali nastolatkom z faweli narkotyki do plecaków, żeby sobie poprawić statystyki wykrywalności, a niedawna seria morderstw czarnoskórych młodych mężczyzn, których ciała znajdowano porzucone gdzieś w śmieciach i policja właściwie nic nie zrobiła w tej sprawie, pociągnęła za sobą oskarżenia – wysuwane przez niezależne organizacje pozarządowe – że w mieście pojawił się szwadron śmierci usuwający młodych mężczyzn robiących trochę hałasu w okolicy niektórych prywatnych biznesów. Zdaniem wspomnianych organizacji, na salwadorski szwadron śmierci składają się osoby związane z tamtejszą policją. Mówi się, że sam komendant salwadorskiej policji ma w tej sprawie coś – być może dużo – za uszami[3].

Adelmar, capoeirista znany w Salvadorze jako Negro Drama

Adelmar, capoeirista znany w Salvadorze jako Negro Drama

Badacz brazylijskiego społeczeństwa Jaime Amparo Alves tak pisze z kolei o São Paulo:

Żaden inny fenomen nie może lepiej zilustrować paradygmatycznego miejsca bycia czarnym [blackness] w relacji do Prawa niż makabryczne struktury przestrzeni wytwarzane przez celowe zabójstwa i masowe uwięzienie czarnej młodzieży w fawelach São Paulo. Choć statystyki na temat policyjnej przemocy rzadko kiedy ujawniają rasowy profil ofiar, a georeferencyjne analizy praktyk policyjnych są wciąż rzadkością w Brazylii, badacze zgadzają się zasadniczo co do tego, że zmarginalizowane społeczności miejskie są głównym celem policji. Obok szokującej liczby zabójstw dokonywanych przez zamaskowane szwadrony śmierci, państwo prawnie sankcjonuje zabójstwa dokonywane przez będących na służbie policjantów jako ‘śmierć spowodowaną przez stawianie oporu przy aresztowaniu’ oraz ‘zabójstwa w wyniku oporu’. Human Rights Watch ujawnia, że pomiędzy rokiem 2006 a 2010 policja wojskowa zabiła więcej ludzi w stanie São Paulo (2262 osoby) niż policja w całych Stanach Zjednoczonych razem wziętych (1963 osoby)[4]. W 2011 jedno na każde pięć moderstw popełnionych w mieście São Paulo było popłenione przez policję. Profil ofiar jest spójny: płci męskiej, w wieku 15-24 lat, i czarny.[5]

Natomiast kiedy przyglądamy się kulturze brazylijskich klas ludowych, rasizm jest w niej właściwie nieobecny. Młodzi i starzy, mężczyźni i kobiety, dziewczęta i chłopcy – wszyscy w Brazylii mają rasowo wymieszane grono znajomych i przyjaciół – w stopniu niewyobrażalnym np. w Stanach Zjednoczonych, gdzie w miażdżącej większości społeczeństwa ludzie sami się, spontanicznie czy nie, segregują, szukając towarzystwa ludzi o podobnym im rasowo i etnicznie profilu. Ktoś przeprowadzał kiedyś taką sondę w amerykańskim społeczeństwie: „ilu masz przyjaciół innego koloru skóry niż ty?” i wyniki były wstrząsające jak na kraj uważany za (multikulturalną) liberalną demokrację. W Stanach Zjednoczonych istnieje ogarniający cały świat społeczny oddolny apartheid rasowy. W Brazylii wszyscy mają przyjaciół, znajomych, mężów, żony, kochanków, kochanki – innej “rasy”, koloru, pochodzenia niż oni sami. I wszyscy – poza dzielnicami, w których elity ekonomiczne pozamykały się w luksusowych obozach koncentracyjnych otoczonych drutem kolczastym – są tak samo oburzeni rasizmem aparatu represji, gdy kolejny raz kule wystrzelone przez funkcjonariuszy Batalhão das Operações Policiais Especiais czy Unidade da Policia Pacificadora zgaszą młode, nasto- lub dwudziestoletnie ciemnoskóre życie, strzelając bez zadawania pytań.

Rozmawiałem w Brazylii z cudzoziemcami, którzy zdecydowali się w Brazylii osiedlić. Jedną z rzeczy, które ich zafascynowały, oczarowały i przywiązały do kraju, było to, że nigdy nie spotkali się w swoim otoczeniu z jakimkolwiek przejawem rasizmu ze strony “zwykłych ludzi”.

Tytułem wyjaśnienia. Słowo “rasa” piszę w cudzysłowie, bo oczywiście nic takiego jak rasa nie istnieje realnie. Nasz gatunek nie dzieli się w sensie naukowym, biologicznym, antropologicznym, na nic takiego, a teoria ras nie jest w ogóle teorią naukową. „Rasy” istnieją jednak niestety społecznie jako konstrukt kulturowy i ideologiczny, klasyfikując i dzieląc (z czasem jawną, czasem ukrytą, ale zawsze obecną hierarchizacją) ludzkość na odrębne bloki na podstawie arbitralnych kryteriów, np. koloru skóry (choć nie tylko). Rasy zostały wymyślone i stworzone, by jedni ludzie mogli eksploatować innych ludzi[6]. To tytułem wyjaśnienia, dlaczego używam tego brzydkiego słowa, które nie opisuje rzeczywistości, a ją tworzy – i że w słowo to jednocześnie nie wierzę.

Przed budynkiem jednego z ministerstw w Brasilii

Przed budynkiem jednego z ministerstw w Brasilii

Fascynująca przygoda, na jaką wybrały się w Brazylii wszystkie ludzkie imiona, zrywając stare więzy i lekce sobie ważąc historyczne i tożsamościowe brzemię każdego z nich, może nie na pierwszy rzut oka, ale jednak mieści się w tym właśnie horyzoncie, w tym samym horyzoncie, co fascynujący „arasizm” kultury brazylijskiech klas ludowych – za chwilę wyjaśnię, dlaczego.

Najpierw jednak odnotuję, że są oczywiście Brazylijczycy, którzy do tej brazylijskiej nonszalancji podchodzą z niechęcią lub dystansem i ironizują na temat wszystkich tych nowopowstałych, wymyślonych, czy ortograficznie zmodyfikowanych imion. Są to niemal bez wyjątku przedstawiciele nielicznej brazylijskiej klasy średniej lub osoby silnie aspirujące do tego położenia. Habitus tej klasy społecznej – habitus to, jak chce francuski socjolog Pierre Bourdieu, zespół dyspozycji społecznych, kulturalnych, estetycznych, wzorców zachowań i upodobań, właściwych członkom danej klasy społecznej, jej fakcji, oraz przedstawicieli poszczególnych społecznych pól – tak więc habitus ten jest w Brazylii głęboko skażony powracającym poczuciem „obciachu” odczuwanego w kontakcie z fenomenami stricte brazylijskimi, nie mającymi odpowiednika w Europie albo Stanach Zjednoczonych, które dla nich są często odczuwane jako przejaw niedojrzałości cywilizacyjnej ich kraju, bo dla dojrzałości „wzorcem z Sèvres” są zawsze rozwiązania i praktyki kulturowe kosmopolitycznej klasy średniej “Pierwszego Świata”.

Sami Brazylijczycy swoje zwyczaje związane z nadawaniem imion często interpretują tak, że jest to reakcja na stosunkowo ubogi zestaw portugalskich nazwisk, które statystycznie dominują nad nazwiskami innego pochodzenia i rzeczywiście charakteryzują się wysokim stopniem powtarzalności. Santana, Vieira, Moreira, Nascimento, Mendes, Santos i dos Santos – ludzi o którymś z tych nazwisk spotyka się w Brazylii na każdym kroku, w całym kraju, a prawdopodobieństwo, że kolejny Almeida czy Mendonça spotkany na naszej drodze jest spokrewniony ze spotkanymi przez nas wcześniej, jest raczej znikome. Po prostu nazwiska się tu powtarzają.

Ale nie wyjaśnia to wcale do końca skali tego fenomenu, bo Brazylia nie jest jedynym krajem, gdzie nazwiska się tak często powtarzają. Podobnie jest przecież np. w Szwecji (to tamtejszy Andersson jest bodajże najczęściej statystycznie powtarzającym się w jednym kraju nazwiskiem), a Szwedzi w wyborach imion dla swoich dzieci pozostają mimo wszystko niezwykle konformistyczni i rzadko się wychylają poza standardowy zestaw Erików, Karlów, Ingmarów, Henrików, Ann, Ingrid, Liv i dwudziestu może innych dla każdej z płci.

Najbardziej frapujący wymiar ukryty w tej intrygującej brazylijskiej praktyce kulturowej jest jednocześnie niezwykle obiecujący z perspektywy każdego, kto, jak ja, szuka w kulturze przestrzeni i sposobów realizacji – czy chociaż przybliżania się do – „emancypacji ludzkiej”, by użyć starej, ale wciąż na miejscu i wciąż ważnej jako stawka w wielkiej grze o przyszły społeczny kształt ludzkości, kategorii brodatego klasyka z Trewiru.

W tym spontanicznym procesie Brazylijczycy pokazują nam bowiem, że jest możliwe społeczeństwo, w którym indywidualna tożsamość każdego człowieka, wyrażana przecież w pewnym sensie przez imię i nazwisko każdej i każdego z nas, może nie narzucać, nie wiązać się z konieczności z grupowymi przynależnościami tożsamościowymi określonymi przez religię, rasę, grupę etniczną, kastę, sektę, odłam tego czy owego, oraz inne takie byty, które w różnych kulturach zastawiają na nas tożsamościowe pułapki. Bo tożsamość, wbrew niektórym późnonowoczesnym myślicielom, nie tylko nie jest wszystkim, nie tylko nie powinna być wszystkim, ale jest niczym. A w każdym razie – powinna być niczym.

Niczym istotnym.

Działając konkretnie na imionach, ale przecież otwierając w ten sposób pole ogromnych społecznych możliwości oraz ogromnej kulturowej wolności i kreatywności także w innych wymiarach, na innych wektorach projektów emancypacyjnych, Brazylijczycy w tej spontanicznie wypracowanej praktyce kulturowej pokazują nam, że możliwe jest społeczeństwo, w którym cały zbiorowy, historyczny, społeczny dorobek ludzkości – jak wszystkie stworzone dotąd imiona – jest własnością wszystkich, dostępną każdemu, bez względu na jakiekolwiek wykluczające granice etniczne, rasowe, religijne. Że cały ten dorobek ludzkości możemy teraz – musimy tylko zdać sobie sprawę, że możemy – dowolnie przepracować i łączyć w takie kombinacje, jakich pragniemy, lub jakich potrzebujemy, lub jakie wydają się mieć dla nas wartość. Że możemy mieć na imię Tatiana lub Ismail i uczestniczyć w ceremoniach candomblé, a potem zjeść śniadanie z naszą matką katoliczką. Że w XXI wieku, po drugiej stronie Oceanu, możemy mieć na imię Nereida – w miejscu, o którego istnieniu nie wiedzieli ci, którzy jako pierwsi znali to imię. Że możemy wybrać się na drogę pomysłowego przetworzenia całego tego dorobku – tak, żeby razem, z tym wszystkim do dyspozycji, stworzyć lepszą przyszłą przestrzeń dla całej ludzkości, przestrzeń emancypacji ludzkiej, przestrzeń, w której tożsamość jest wreszcie niczym, a potencjał każdej jednostki jest wreszcie uwolniony od jej brzemienia.

Jeżeli istnieje świat poza horyzontem społeczeństwa burżuazyjnego, jeżeli możliwe jest społeczeństwo postburżuazyjne, jeżeli dane będzie nam tam kiedyś razem dotrzeć, to w tym także, w brazylijskiej zabawie imionami, podobnie jak w fenomenalnej, jakby bezwysiłkowej niepodatności brazylijskich klas ludowych na odgórne próby produkcji i dyfuzji rasizmu, tkwi potencjał przyszłej kultury takiego społeczeństwa.

Tancerka, uczestniczka konkursu szkół samby na Sambodromie w Rio de Janeiro

Tancerka, uczestniczka konkursu szkół samby na Sambodromie w Rio de Janeiro

Przypisy

[1] Zob. Roberto Schwarz, Objective Form: Reflections on the Dialectic of Roguery, tłum. (na ang.) John Gledson [w:] tegoż, Two Girls and Other Essays, red. Francis Mulhern, London-New York: Verso 2012, s. 29.

[2] Historia ta stanowi przedmiot dwóch wybitnych filmów – dokumentalnego Autobus 174 Jose Padilhi i fabularnego Ostatni przystanek 174 Bruno Barreto.

[3] Lena Azevedo, Jovens negros na mira de grupos de extermínio na Bahia, „Publica”, 11 lipca 2013, http://apublica.org/2013/07/jovens-negros-na-mira-de-grupos-de-exterminio-na-bahia/, data dostępu 31 grudnia 2014.

[4] Jest całkiem możliwe, że fala przemocy amerykańskiej policji w stosunku do czarnoskórej populacji USA w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy znacząco zmieni to porównanie.

[5] Jaime Amparo Alves, From Necropolis to Blackpolis: Necropolitical Governance and Black Spacial Praxis in São Paulo, Brazil, “Antipode”, t. 46, nr 2 (2014), s. 326.

[6] Zob. Étienne Balibar, Immanuel Wallerstein, Race, nation, classe, Paris : Éditions la Découverte, 1988 ; Theodore W. Allen, The Invention of the White Race, London-New York: Verso, 1994 (t. 1) i 1997 (t. 2); i wiele innych.

Jarosław Pietrzak

Tekst stanowi fragment elektronicznej publikacji pt. Notes brazylijski dostępnej do pobrania w formacie PDF i MOBI