Historia pewnego gwałtu

Édouard Louis, urodzony w 1995 roku, jest nową lewicową gwiazdą francuskiej literatury. Jego autobiograficzny debiut powieściowy, o dorastaniu homoseksualnego chłopca z klasy robotniczej na francuskiej prowincji, En finir avec Eddy Bellegueule (2014; ‘Skończyć z Eddym Belleguele’em’ albo ‘Koniec Eddy’ego Bellegueule’a’), okazał się bestsellerem i szybko został przetłumaczony na angielski, niemiecki, hiszpański i włoski. Druga powieść autora, Histoire de la violence (2016), właśnie ukazuje się po polsku, jako Historia przemocy, nakładem Wydawnictwa Pauza, w przekładzie Joanny Polachowskiej. Również autobiograficzna, ale ogniskuje się wokół jednego traumatycznego doświadczenia, brutalnego gwałtu, którego padł ofiarą.

Czytaj dalej

Reklamy

Palestyna, Izrael, Nakba, okupacja, apartheid

15 maja to dla Palestyńczyków Dzień Nakby – rocznica ich narodowej Katastrofy: czystek etnicznych, masakr i wypędzenia ponad 700 tys. z nich przez syjonistyczne bojówki w okresie przed i po ustanowieniu Państwa Izrael w 1948 roku.

W tym roku, 2018, jest to 70. już rocznica Nakby – z tej okazji, a także głęboko wstrząśnięty wiadomościami dobiegającymi w ostatnich dniach z Gazy, postanowiłem dla zainteresowanych tematem i moim zdaniem zebrać tutaj razem linki do moich tekstów z ostatnich kilku lat poświęconych sprawie palestyńskiej, kolonialnej przemocy Państwa Izrael, izraelskiemu apartheidowi i izraelskiej propagandzie.

 

Lista będzie w tym poście aktualizowana, jeśli napiszę kolejne teksty na ten temat (a pewnie napiszę).

Jestem na Facebooku i Twitterze.

 

Zwycięzca Eurowizji 2018: Ministerstwo Spraw Zagranicznych Izraela

Już prawie pięćdziesięciu Palestyńczyków, bezbronnnych uczestników pokojowych protestów, zginęło od 30 marca przy granicy odciętej od świata Gazy, tysiące zostało rannych, wielu na zawsze okaleczonych, bo izraelscy snajperzy strzelali w nogi nabojami eksplodującymi w momencie wejścia w ciało, nie zostawiając innej możliwości niż amputacja kończyny.

Skandalem było już samo to, że w obliczu tych wydarzeń reprezentantkę takiego kraju (najbardziej rasistowskiego państwa świata) dopuszczono w ogóle do udziału w konkursie piosenki Eurowizji, jak gdyby nigdy nic. Tymczasem Netta Barzilai, która w 2014 służyła w marynarce, gdy Izrael bombardował Gazę (operacja Protective Edge) i niewykluczone, że zabawiała swoim głosem tych samych żołnierzy, którzy zamordowali czterech chłopców z rodziny Baker, gdy ci, ciesząc się letnim słońcem, grali na plaży w piłkę – nie tylko została dopuszczona do udziału, ale europejscy telewidzowie i jurorzy dali się nabrać na ściemę powierzchownego liberalnego feminizmu jej numeru, pozwalając izraelskiemu Ministerstwu Spraw Zagranicznych odnieść jedno z jego największych ostatnio zwycięstw propagandowych. W momencie, kiedy wizerunek międzynarodowy tego kraju ulegał nareszcie coraz szybszej, od dawna zasłużonej rozsypce; w momencie, kiedy nawet Natalie Portman przystąpiła de facto do bojkotu Izraela, choć bała się otwarcie tak swój gest nazwać.

Przecież rozrywkowa piosenka nie ma nic wspólnego z tak wielką polityką, artystka na scenie naprawdę dała radę, miliony widzów głosowały na to, co im się podobało, a nie na rządy! – prawda?

My ass!

Ta piosenka nie była oderwana od tak wielkiej polityki, wręcz przeciwnie. Izrael wydaje fortunę na realizowane w kulturze przedsięwzięcia propagandowe, które ukłonami w stronę czy to liberalnego feminizmu, czy to gay-friendliness dla szpanu, czy to pokazowej ekologii albo promowania weganizmu mają przesłonić zbrodnie każdego dnia popełniane przez izraelski apartheid na Palestyńczykach i bezceremonialną agresję Izraela wobec innych państw w regionie (w tym momencie Izrael usiłuje przekształcić wojnę w Syrii w jeszcze większy konflikt, otwartą zbrojną napaść na Iran).

Gdzie w „feminizmie” Netty Barzilai jest miejsce dla kobiet, które umierają, rodząc w kurzu na izraelskich checkpointach, bo jej koledzy z Cahalu uniemożliwiają im dostanie się na czas do szpitala? Gdzie dla matek dzieci, które zginęły w trzech wojnach, których inferno Izrael spuścił na Gazę w ciągu ostatniej dekady? Gdzie dla matek co najmniej trzystu palestyńskich dzieci, które siedzą w izraelskich więzieniach w momencie, gdy czytasz te słowa – niezależnie od tego, kiedy je przeczytasz? Gdzie w jej sympatii dla społeczności LGBT+ (reprezentacja Izraela w konkursie chwaliła się jej licznym udziałem w zespole przygotowującym wykonanie piosenki) chwila uwagi dla palestyńskich gejów i lesbijek, których biały fosfor spadający na Gazę, ani tortury w izraelskich więzieniach nie omijają (wręcz przeciwnie, izraelskie służby specjalne w sposób szczególny polują na Palestyńczyków LGBT+)?

Nigdzie, bo Netta „kocha swój kraj”, a przecież Palestyńczycy do niego nie należą.

Według aktywistów ruchu BDS (bojkot, wycofanie inwestycji i sankcje), wypromowanie piosenki Barzilai było operacją propagandową, na którą w Ministerstwie Spraw Zagranicznych Izraela przeznaczono ogromne środki. Piosenka była promowana w mediach tradycyjnych i społecznościowych (w tym nawet w gejowskich aplikacjach randkowych, na pewno w niektórych krajach na Grindrze). Nawet w trakcie samego sobotniego finału w Lizbonie chyba żadnej innej flagi nie widać było tak często w czasie całego wieczornego wydarzenia, nie tylko wokół izraelskiej piosenki, ale i pomiędzy innymi utworami. Nie chce mi się wierzyć, że nie było tu jakiegoś product placement.

Sam udział w konkursach Eurowizji jest dla Izraela ważny propagandowo, stanowi bowiem część jego zabiegów o to, by być postrzeganym jako członek wielkiej europejskiej rodziny szlachetnych liberalnych demokracji, który zarazem, ze względu na swoje geograficzne położenie już na zewnątrz Europy, stanowi najdalej na wschód wysuniętą flankę cywilizacji Zachodu, jej swego rodzaju strażnika tam, gdzie rozpościera się już świat kluczowego „Innego” Europy, islamu.

W tym roku stawki były jednak bez porównania wyższe. Międzynarodowy wizerunek rozbestwionego rozpieszczaniem przez administrację Donalda Trumpa Izraela jest pod coraz silniejszą presją i potrzebuje na gwałt jakiegoś spektakularnego liftingu. Tym bardziej, że zaraz po Eurowizji będzie wielka, siedemdziesiąta rocznica powstania Państwa Izrael, a ponieważ dla Palestyńczyków w tej rocznicy nie ma nic do świętowania, planują oni największe protesty w ramach trwającego od kilku tygodni Wielkiego Marszu Powrotu. Izrael gromadzi już siły, by uderzyć w te protesty, być może skala przemocy przebije tę z 30 marca. Blichtr i szum tego rodzaju przyda się więc, by czymś przesłonić i zagłuszyć doniesienia mediów o nadchodzących wydarzeniach. Z kolei organizacja finału Eurowizji 2019 w Jerozolimie to gra o normalizację aneksji okupowanego miasta, normalizację jej statusu jako stolicy Izraela – statusu uznawanego tylko przez USA, z pogwałceniem prawa międzynarodowego. Podobnie jak militarna przeszłość Netty, z której wokalistka wydaje się być dumna, pomaga normalizować i dodawać „ludzką twarz” kolonialnej przemocy izraelskiej armii.

I nie należy się nabierać, że Netta Barzilai jest niczego nieświadomą artystką lekkiego popu, którą do celów propagandowych wykorzystuje podstępnie jej rząd. Netta doskonale zdaje sobie sprawę z propagandowego znaczenia swojego występu i zwycięstwa w konkursie, i świadomie w tym propagandowym przedsięwzięciu uczestniczy. Powiedziała między innymi, że zrobiła something crazy dla Hasbary. Hasbara znaczy ‘propaganda’ i jest to hebrajska nazwa operacji Izraela obliczonych na obronę wizerunku kraju w oczach międzynarodowej opinii publicznej. Już jako zwyciężczyni konkursu krzyczała ze sceny, że w przyszłym roku Eurowizja będzie miała finał „w Jerozolimie, w stolicy!” (a nie np. w Tel Awiwie, albo po prostu ogólnie, w Izraelu – w końcu wokalistka wcale nie musiałaby wiedzieć z wyprzedzeniem, gdzie publiczny nadawca jej kraju zaplanuje imprezę za rok).

Katastrofalny politycznie rezultat konkursu mówi nam coś bardzo smutnego o poziomie politycznej świadomości Europejczyków, którzy tak łatwo dają się nabrać na propagandowe ściemy w rodzaju powierzchownych „feministycznych” sloganów, albo nawet jedynie hasztagów, i odwracają wzrok albo wręcz nie widzą żadnego związku z przemocą, której pudrowaniu te frazesy służą. Coś bardzo smutnego o tym, że na milionach Europejczyków coraz bardziej rozpasana przemoc Państwa Izrael nie robi żadnego wrażenia – i to nawet w momencie, kiedy zachowanie premiera Netanjahu grozi wybuchem wojny z Iranem, która przez wciągnięcie USA a potem innych państw NATO z jednej, a Rosji i Chin z drugiej, szybko mogłaby się przekształcić w wojnę światową i/lub nuklearną.

Mówi też coś bardzo smutnego o konkretnym sektorze europejskiej publiczności – moim sektorze, społeczności LGBT+, która była szczególnie targetowana w wielkiej operacji promowania piosenki Netty. Konkurs piosenki Eurowizji, ze względu na wpisany weń lub przypisywany mu element campu, jest od dawna stałym punktem w queerowym kalendarzu w całej Europie. Sam byłem wczoraj z mężem u przyjaciół, którzy zrobili na tę okazję dużą imprezę w swoim domu na wschodzie Londynu. Wygląda na to, że ten target się spisał i sprawdził. Na wspomnianej imprezie pojawił się gość z flagą Izraela na plecach, ktoś inny zagłosował na Nettę, ktoś jeszcze bardzo się cieszył z wyniku. W Polsce izraelska piosenka wygrała sondę portalu Queer.pl. Europejska/zachodnia kultura gejowska nie tylko traci dziś wszelkie właściwe jej kiedyś elementy postępowe, wywrotowe – stała się w ogromnym stopniu konserwatywna, czasem jawnie reakcyjna. Jest mi od wczoraj niesłychanie wstyd. Drodzy geje i lesbijki, daliśmy dupy.

Każdy, kto weźmie udział w Eurowizji 2019 w Jerozolimie, weźmie na siebie część odpowiedzialności za zbrodnie, których maskowaniu i relatywizowaniu ten występ wraz z całym wydarzeniem będzie politycznie służył. Każdy, kto wystąpi w Eurowizji 2019, będzie miał krew na rękach. A ponieważ wywołanie przez Izrael trzeciej wojny światowej jest coraz bardziej realną możliwością, Eurowizja 2019 zająć może w historii miejsce w jednym szeregu z takimi imprezami jak Igrzyska Olimpijskie w Berlinie w 1936.

Chyba, że uda się nam – wszystkim ludziom przyzwoitym – połączyć siły i obrócić Eurowizję 2019 w największy sukces międzynarodowej kampanii bojkotu Izraela, wywierając presję i skłaniając wykonawców do rezygnacji z udziału lub European Broadcasting Union do anulowania bądź przeniesienia imprezy.

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Nieprzyjazne środowisko i pokolenie Windrush

Brytyjska ministra spraw wewnętrznych Amber Rudd podała się wczoraj, w niedzielę 29 kwietnia [tekst ukazał się pierwotnie 30 kwietnia 2018], do dymisji. Jest to konsekwencja wielkiego skandalu, który ściągnął gromy także na konserwatywną premier Theresę May. Windrush generation, „pokolenie Windrush” – hasło to nie schodzi z nagłówków gazet i czołówek telewizyjnych serwisów informacyjnych w Wielkiej Brytanii.

W młodości, zaczynając dopiero karierę w polityce, Theresa May marzyła o tym, by zostać pierwszą kobietą na stanowisku premiera rządu Wielkiej Brytanii. To marzenie przepadło, gdy ubiegła ją Margaret Thatcher. Trudno oprzeć się złośliwemu wrażeniu, że potykająca się o własne nogi May rywalizuje dzisiaj z Thatcher o miejsce najbardziej znienawidzonego szefa rządu w nowoczesnej historii Zjednoczonego Królestwa. Rzecz do niedawna niewyobrażalna – Thatcher jest tak znienawidzona, że jej śmierć Brytyjczycy, zwłaszcza z klasy robotniczej, przywitali jej śmierć popijawami na ulicach miast i wielką imprezą na londyńskim Trafalgar Square – ale May jest na najlepszej drodze, by Thatcher zdetronizować.

Windrush

MV Empire Windrush to nazwa statku, który 22 czerwca 1948 przywiózł do jednego z portów w hrabstwie Essex 492 pasażerów z Jamajki, Trynidadu i Tobago oraz innych wysp na Morzu Karaibskim, wówczas wciąż jeszcze brytyjskich kolonii. Od nazwy tego statku „pokoleniem Windrush” przyjęło się nazywać ludzi, którzy od tamtego momentu do mniej więcej pierwszej połowy lat 70. XX wieku przybyli w ten sposób do Wielkiej Brytanii z jej zamorskich kolonii, dziś w większości niepodległych państw, członków Brytyjskiej Wspólnoty Narodów.

Przybyli tu, nierzadko z małymi dziećmi, zaproszeni przez kolonialną metropolię cierpiącą na niedobór siły roboczej koniecznej do odbudowania kraju po II wojnie światowej, personelu opiekuńczego dla nowego uniwersalnego systemu służby zdrowia (NHS), itd. Przybywali wolni od obowiązku wizowego, jako poddani korony brytyjskiej, na podstawie obejmującego ich „obywatelstwa Wielkiej Brytanii i kolonii” (CUKC, Citizenship of the United Kingdom and Colonies), które dopiero później zostało zniesione, a struktura brytyjskiego obywatelstwa zreformowana, gdy większość z ich krajów pochodzenia uzyskała niepodległość. Na mocy ustawy imigracyjnej z 1971 roku wszyscy ci, którzy przybyli w ten sposób do tamtej pory, zostali objęci automatycznym dożywotnim prawem pobytu. Ażeby przybyć na Wyspy Brytyjskie, nie potrzebowali nigdy aplikować o żadną wizę czy pozwolenie, dlatego w 1971 nie otrzymali również żadnego formalnego dokumentu potwierdzającego uzyskane prawo. Miało ono być zrozumiałe samo przez się.

Jedynym dokumentem, który mógłby potwierdzać datę ich przybycia do Wielkiej Brytanii były tzw. landing cards wystawione, gdy tutaj dotarli. Karty te były jednak przechowywane przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych (Home Office) i… zostały przez jego funkcjonariuszy zniszczone w 2010, wkrótce po tym, jak szefową tego ministerstwa została Theresa May.

Nieprzyjazne środowisko

May objęła Ministerstwo Spraw Wewnętrznych opętana obsesją opanowania imigracji. Wielokrotnie powtarzała swoje fanatyczne przywiązanie do celu, jakim miało być zmniejszenie imigracji do Wielkiej Brytanii do poziomu nie większego niż 100 tys. osób rocznie, choć próg ten nie ma żadnego uzasadnienia innego niż propagandowe i trzymała się go pomimo głosów eksperckich, że imigracja poniżej 140 tys. osób rocznie będzie miała zgubne konsekwencje dla gospodarki, dla służby zdrowia, dla systemu emerytalnego.

Żeby swój cel osiągnąć, May zaproponowała i szybko implementowała doktrynę hostile environment („wrogie otoczenie” albo „nieprzyjazne środowisko”). Wielka Brytania miała się stać „nieprzyjaznym środowiskiem” dla każdego, kto tu przebywa „nielegalnie”, zamieniając jego życie w ciąg doświadczeń tak uciążliwych, że sam się stąd zabierze z powrotem. W rzeczywistości jednak w kilka lat Wielka Brytania stała się nieprzyjaznym środowiskiem dla ogromnej liczby tych, którzy tu żyją bez obywatelstwa, na różnych podstawach prawnych (od obywatelstwa UE, przez studia po związek małżeński z obywatelem lub obywatelką Wielkiej Brytanii).

Jako ministra spraw wewnętrznych May wysłała na ulice miast i dzielnic znanych z dużej populacji imigranckiej ciężarówki uzbrojone w billboardy mówiące „Wracaj do domu, jeśli przebywasz tu nielegalnie!” i krzyczące to samo przez megafony. Od 2012 wprowadziła zmiany w prawie, które wszystkie publiczne instytucje a nawet prywatnych właścicieli nieruchomości uczyniły przedłużeniem służb imigracyjnych. Przychodnie, szkoły, pomoc społeczna, pracodawcy i osoby oferujące mieszkanie, czy choćby pokój na wynajem – zostali wszyscy obciążeni obowiązkiem sprawdzania statusu imigracyjnego swoich pacjentów, petentów, pracowników, najemców. Kiedy May, po dymisji Davida Camerona w 2016, objęła tekę szefa rządu, jej następczynią w Home Office została Amber Rudd, która zobowiązała się przykręcić śrubę jeszcze bardziej.

Cynizm i niekompetencja

Dopiero dochodzenie dziennika „The Guardian” wydobyło na światło dzienne skalę dramatu, który przez ostatnich kilka lat uczynił około 50 tys, osób, głównie pochodzenia karaibskiego, bohaterami jakiejś gigantycznej kontynuacji Procesu Kafki. 50 tys. ludzi, większość z nich w zaawansowanym wieku, stoi dziś przed groźbą deportacji do krajów, które opuścili nierzadko jako małe dzieci i których wielu z nich zupełnie nie zna. Zostali zwolnieni z pracy, zamrożone zostały ich renty, emerytury i inne świadczenia, utracili prawo do opieki medycznej lub dostali za nią wielotysięczne rachunki, wielu grozi eksmisja z mieszkań lub już zostali eksmitowani. Home Office, zniszczywszy ich landing cards, zażądało od nich przedstawienia dokumentacji za cały okres ich życia w Wielkiej Brytanii – po 3-4 wyciągi z konta, rachunki za telefon czy „paski” z wypłaty na każdy rok pobytu. Oczywiście, nikt nie ma takiej dokumentacji na pięćdziesiąt czy sześćdziesiąt lat wstecz.

Niektórzy już trafili do detention centres dla nielegalnych imigrantów, nie wiadomo jednak, ilu, podobnie jak nie wiadomo, czy i ile osób zostało już deportowanych. W kwietniu skandal ten stał się przedmiotem gorących debat w Parlamencie. Poseł z ramienia Partii Pracy, David Lammy, sam syn pokolenia Windrush (jego rodzice przybyli z Gujany), od wielu dni domaga się od May i Rudd informacji o dotychczasowych zatrzymaniach i deportacjach, jak dotąd bezskutecznie. W czasie przesłuchań przed parlamentem wyszło na jaw – poświadczyli tak pracownicy służb imigracyjnych – że Home Office ustanowiło dla każdego regionalnego oddziału tych służb „targety”, ile osób miesięcznie ma być deportowanych na podstawie niewystarczającej dokumentacji potwierdzającej prawo do pobytu.

Rudd początkowo temu zaprzeczała, następnego dnia potwierdziła, tłumacząc się, że o tym nie wiedziała, choć „targety” te są jedną z miar „produktywności” personelu, za który odpowiada. Wczoraj (29 kwietnia) „The Guardian” opublikował jednak list z 30 stycznia 2017, podpisany przez Amber Rudd, adresowany do Theresy May, w którym mówi ona o tych „targetach” jako „ambitnych ale wykonalnych”. Rudd zadeklarowała w nim własną inicjatywę zwiększenia liczby deportacji o 10%. „The Guardian” udowodnił tym samym, że obydwie, Rudd i May, kłamią, zasłaniając się niewiedzą. Kilka godzin później Rudd podała się do dymisji.

Theresa May jest wyjątkowo nieudolną szefową rządu, niemniej jednak całego tego skandalu nie można złożyć na karb jej kreskówkowej wprost niekompetencji. To jest rezultat jej i jej partyjnych kolegów cynizmu i – nie bójmy się tego słowa – rasizmu, bo niemal wszystkie dotknięte tą sytuacją osoby mają czarny bądź brązowy kolor skóry. W 2013, gdy zmiany w przepisach imigracyjnych, które doprowadziły do obecnego skandalu, były przedmiotem dyskusji w parlamencie, May otwartym tekstem powiedziała w Parlamencie, że lepiej ludzi niesłusznie deportować, a potem rozpatrywać apelacje, niż upewnić się, że wszystko od początku odbywa się w sposób sprawiedliwy i z szacunkiem dla ludzi, którzy w Wielkiej Brytanii przeżyli i przepracowali prawie całe swoje życie. Teraz wygląda na to, że kiedy sprawy zaczną trafiać do sądów, brytyjski rząd będzie musiał wypłacać ogromne odszkodowania.

(Przy okazji warto zaznaczyć, że wśród nielicznych posłów, którzy głosowali przeciwko tym zmianom w przepisach imigracyjnych, byli obecny przewodniczący Partii Pracy Jeremy Corbyn i jego dzisiejsi najbardziej zaufani ludzie, John McDonnell i Diane Abbott).

Faszystowski dryf liberalnej demokracji

Szczególnie bulwersujące jest, że w dokładnie tym samym czasie, próbując to utrzymać z dala od prasy, rząd Theresy May rekrutował na Karaibach pielęgniarki, których brakuje w szpitalach, bo te pochodzące z krajów Unii Europejskiej, w atmosferze „nieprzyjaznego środowiska”, zaczęły już wyjeżdżać z Wielkiej Brytanii. Chodzą słuchy, że nowa fala karaibskich pielęgniarek ma jednak być ściągnięta na zasadach, które uczynią łatwym ich arbitralne odsyłanie z powrotem, gdy tylko to się będzie w ten czy inny sposób kalkulowało rządowi.

Uprawnia to do spekulacji, że cała historia z pokoleniem Windrush mogła być od początku cynicznie zaplanowana jako eksperyment polityczny, badający jak daleko można się dziś posunąć w rasistowskim segregowaniu społeczeństwa, kreowaniu grup znienacka pozbawionych praw, odbieraniu praw już nabytych i rozgrywaniu różnic w poziomie praw pomiędzy poszczególnymi segmentami populacji kraju. To doświadczenie mogłoby być „jak znalazł”, gdy po Brexicie Torysi przejdą do kolejnego uderzenia w prawa pracownicze i prawa społeczne mieszkańców Wielkiej Brytanii.

Musimy jednocześnie przytomnie zdawać sobie sprawę, że Wielka Brytania z tym swoim „nieprzyjaznym środowiskiem” nie jest dziś w Europie w odosobnieniu, wręcz przeciwnie. W tym samym czasie administracja pieszczocha liberalnych mediów całej planety, prezydenta Macrona we Francji, kryminalizuje elementarne odruchy ludzkiej solidarności z uchodźcami i innymi migrantami, czyniąc przestępstwem udzielanie im dachu nad głową czy pomocy medycznej. Od porządnych lewicowców po uczciwych liberałów, wielu postrzega dzisiaj współczesne zagrożenie faszyzmem w kategoriach konieczności odpierania obscenicznych sił otwarcie skrajnie prawicowych. Ale współczesny dryf liberalnych demokracji w stronę faszyzmu dokonuje się rękoma nie tylko takich sił jak UKIP czy Front National. Dokonuje się on także rękoma najbardziej „szacownych” sił burżuazyjnej demokracji – tych samych pięknych neoliberałów w najdroższych garniturach, którym udało się „uratować świat” przed Marine Le Pen oraz „cywilizowanej konserwatywnej prawicy”, za jaką do dzisiaj, czasem nawet na lewicy, uchodzi brytyjska Partia Konserwatywna.

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się 30 kwietnia na łamach portalu Strajk.eu.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Na zdjęciu: Kassim Warioba

Biedni Polacy patrzą na Gazę

Jarosław Pietrzak

Izraelska prawica zachowuje się skrajnie nieodpowiedzialnie, gotowa podpalić region, żeby nabić sobie punktów w sondażach. Strzelanie przez snajperów do osób nieuzbrojonych to morderstwo. Nie powinniśmy milczeć. Masakra w Gazie powinna być przedmiotem międzynarodowego śledztwa.

To słowa opublikowane przez Adriana Zandberga z Partii Razem na Twitterze 31 marca, w reakcji na „Masakrę Paschalną” (określenie krytycznego izraelskiego politologa Neve’a Gordona), której izraelska armia dokonała dzień wcześniej, strzelając do nieuzbrojonych cywili protestujących pokojowo w pobliżu zasieków oddzielających poddaną już jedenasty rok bezwzględnej blokadzie Gazę od Izraela.

Słowa Zandberga nie były ani trafne, ani wystarczające. Sprowadzanie problemu do obecnie rządzącej w Izraelu prawicy sugeruje, że jest tam jakaś lewica albo liberałowie znacząco różniący się od prawicy w swoim podejściu do Palestyńczyków i do niekończącej się okupacji ich terytoriów, co jest założeniem niepoważnym.

Jak pisał niedawno Gideon Levy na łamach dziennika „Haaretz”: to nie Netanjahu, to izraelskie społeczeństwo. Tam, gdzie chodzi o brutalne traktowanie Palestyńczyków, rząd Netanjahu cieszy się szerokim poparciem wszystkich znaczących sił politycznych i opinii publicznej w Izraelu, a ktokolwiek może dziś odebrać władzę Likudowi, będzie kontynuował jego politykę wobec Palestyńczyków, lub będzie jeszcze gorszy. Izrael stał się takim, jakim jest, nie wczoraj, nie przedwczoraj, a na przestrzeni dekad, rękoma zarówno tamtejszej prawicy, jak i lewicy, czy też tego, co tam za lewicę robi.

Krytyka przemocy uskutecznianej przez Izrael dziś, jeśli sprowadza się do krytyki tego premiera, tego rządu i jego doraźnych niepokojów sondażowych, nie jest żadną krytyką. Krytyką stanie się dopiero wtedy, gdy swoim przedmiotem uczyni systemowy charakter izraelskiej przemocy, gdy swoim przedmiotem uczyni rasistowski ustrój Izraela jako brutalnego mocarstwa kolonialnego, które, żeby się nie ograniczać, odmawia nawet zadeklarowania swoich oficjalnych granic, oraz jako reżimu apartheidu.

Jedyny komunikat

Niewystarczające słowa Zandberga były i tak jedynym oficjalnym komunikatem polskiej lewicy w ciągu pierwszych trzech dni od masakry, w której zginęło najpewniej 17 osób (plus jedna, która w wyniku obrażeń zmarła tydzień później), a być może nawet około 1500 odniosło obrażenia. Według pracowników służby zdrowia w Gazie charakter obrażeń wskazuje jednoznacznie, że izraelscy snajperzy strzelali tak, żeby zabić lub uczynić ofiary na zawsze kalekami. Posługiwali się między innymi amunicją, która otwiera się na wszystkie strony w momencie wejścia w ciało ofiary, niczym ołowiana ośmiornica, miażdżąc i rozszarpując tkanki jeszcze bardziej.

Niemal natychmiast po świętach wielkanocnych Partia Razem opublikowała natomiast na Facebooku mema. Co prawda kończył się on naiwnymi dziś wezwaniami do „powrotu do procesu pokojowego” (obowiązkiem lewicy w 2018 jest wiedzieć, że „proces pokojowy” nie tylko jest już martwy, ale też od początku był farsą obliczoną na kiwanie Palestyńczyków), ale naprawił błędy popełnione w pierwszym komunikacie przez Zandberga, podkreślając systemowy charakter opresji i przemocy Państwa Izrael. Komunikat Razem zasługuje na szczere uznanie także dlatego, że było to w tym temacie najodważniejsze – i jedyne! – oficjalne stanowisko jakiejkolwiek partii politycznej w Polsce.

„Masakra Paschalna”, którą niektórzy lewicowi komentatorzy na świecie porównują do wydarzeń w Soweto, jakie w latach 70. XX w. odegrały przełomową rolę w procesie międzynarodowej delegitymizacji reżimu apartheidu w Republice Południowej Afryki, taką samą ciszą otoczona jest także w polskich mediach określających się jako lewicowe, z chlubnym wyjątkiem portalu Strajk.eu (polska edycja „Le Monde diplomatique”, będąc miesięcznikiem, zareaguje w nadchodzącym numerze). Krytyka Polityczna woli mnożyć komentarze do jednego wywiadu z Dominiką Kulczyk. Tygodnik „Przegląd” – poświęcać czas na facebookową ankietę pt. „Czy Polacy lubią zwierzęta”. Nawet „Washington Post” okazał się w tygodniu po masakrze bardziej lewicowy. Czy polskie media sparaliżowało wrażenie obciachu, że jeszcze tak niedawno, w ramach zjednoczonego frontu antypisowskiego, kreowały Netanjahu niemal na arbitra liberalnej demokracji?

Partie polityczne, które nie mają dostępu do władzy nawet u siebie w kraju, mogą sobie wzywać do międzynarodowych śledztw ile wlezie. Jaki wpływ ich wezwania mogą mieć na instytucje zdominowane przez światowe mocarstwa uwikłane w skomplikowane zależności interesów z Izraelem? Niemniej pozbawione obecnie władzy politycznej organizacje mogą zrobić coś innego, by mieć namacalny wpływ na sytuację Palestyńczyków. Palestyńczycy, za pośrednictwem swoich organizacji społeczeństwa obywatelskiego, proszą o to świat od 2005.

Czas na bojkot Izraela

W roku 2005, wzorując się na kampanii ekonomicznego, politycznego i kulturalnego bojkotu reżimu apartheidu rasowego w Republice Południowej Afryki, organizacje palestyńskiego społeczeństwa obywatelskiego wystosowały apel o wyrażenie solidarności z ich walką o samostanowienie i o prawa człowieka w podobnym bojkocie Izraela. W obliczu rosnącego konsensusu specjalistów od prawa międzynarodowego, że Izrael jest reżimem rasowego apartheidu (zbrodnia przeciwko ludzkości zdefiniowana w Międzynarodowej konwencji o zwalczaniu i karaniu zbrodni apartheidu z 1973), bojkot ten na świecie zatacza coraz szersze kręgi. Kampania jest tak skuteczna, że premier Netanjahu umieścił ją w czołówce największych strategicznych zagrożeń dla interesów Izraela i wydaje fortunę na jej zwalczanie, za pośrednictwem kierowanej przez izraelskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych kampanii „Brand Israel” i innych (nierzadko szemranych) operacji.

Do bojkotu przystąpiły wielkie związki zawodowe od Stanów Zjednoczonych przez Wielką Brytanię po RPA, instytucje kulturalne, placówki i stowarzyszenia akademickie, indywidualni twórcy kultury o postępowych poglądach. Wielkie koncerny zmuszone bojkotem zerwały lub nie przedłużyły współpracy z izraelskimi podmiotami gospodarczymi i rządem Izraela, do akcji przystępują władze kolejnych europejskich miast. Bojkot robi ogromne postępy nawet w krajach, w których lobby izraelskie zdołało doprowadzić do jego kryminalizacji (wiele stanów w USA, Francja). Więcej informacji na temat dostępnych jest na stronie kampanii BDS (Boycott, Divestment and Sanctions).

Polska jest jedynym dużym krajem europejskim, w którym kampania BDS właściwie nie zaistniała. Popierają ją nad Wisłą oficjalnie tylko dwie małe organizacje bez dostępu do mainstreamowych mediów – Pracownicza Demokracja i OZZ Inicjatywa Pracownicza.

Tak się składa, że spodziewałem się wielkopiątkowej masakry, podobnie jak każdy, kto uważnie śledzi rozwój wydarzeń w Palestynie, każdy, kto czytał Neve’a Gordona, Aviego Shlaima, Ilana Pappé, Eyala Weizmana. Byłem zszokowany skalą przemocy, z jaką Izrael odpowiedział już pierwszego dnia protestów, ale nie zaskoczony, gdyż mieści się ona doskonale w kolonialnej logice postępowania Izraela względem Palestyńczyków, a obecne protesty były planowane od dawna (i potrwają co najmniej do połowy maja, oficjalnej rocznicy Nakby). Już tydzień wcześniej zacząłem więc pisać do największych organizacji lewicowych i pracowniczych w Polsce, czy 70. rocznica Nakby i powrót kwestii palestyńskiej do samego centrum najważniejszych tematów polityki międzynarodowej to nie najwyższy czas, żeby również zabrały głos.

Pytałem przede wszystkim o to, jakie jest ich stanowisko w sprawie bojkotu Izraela, wraz z uzasadnieniem, a także – jeżeli nie mają takiego stanowiska – kiedy je określą i dlaczego nie stało się tak do tej pory.

Po SLD nie spodziewałem się cudów, ale i tak szczęka mi opadła. „SLD nie będzie popierało bojkotu Izraela” – to cały e-mail od rzeczniczki prasowej Anny Marii Żukowskiej. Zachowano pisownię oryginalną; działaczce nie starczyło czasu nawet na postawienie na końcu kropki czy podpisanie się imieniem i nazwiskiem. Już po wielkopiątkowej masakrze napisałem do niej jeszcze raz, sugerując, że w obliczu tych wydarzeń może zechciałaby jednak sprawę przemyśleć. Do dzisiaj nie zareagowała, pomimo iż korespondencję wysłałem też do wiadomości przewodniczącego SLD Włodzimierza Czarzastego.

Po Solidarności też się wiele nie spodziewałem, ale oczywiście – jako do jednej z największych centrali związkowych w kraju – napisałem. Odpowiedź była prawie taka sama, również jednym zdaniem, z tą różnicą, że ich rzecznik Marek Lewandowski pisze z poszanowaniem znaków interpunkcyjnych i podpisuje swoje maile.

Zieloni: może tak, a może jednak nie

Zieloni odpowiedzieli mi dopiero po ponad dwóch tygodniach. Oto stanowisko przesłane mi przez rzecznika prasowego Macieja Józefowicza:

Partia Zieloni nie zajmowała do tej pory stanowiska w sprawie udziału w kampanii BDS. Jako partia członkowska Europejskiej Partii Zielonych zgadzamy się natomiast ze stanowiskiem EPZ z 2014 r.,  poświęconym sytuacji w regionie Bliskiego Wschodu. Stanowisko to wzywa do bojkotu towarów pochodzących z osiedli izraelskich na okupowanych terenach palestyńskich.

Przyczyną braku osobnego stanowiska w tej sprawie jest fakt, że Partia Zieloni wypowiadała się wcześniej na temat innych aspektów konfliktu bliskowschodniego. W 2014 roku, po agresji Izraela na Strefę Gazy, Rada Krajowa potępiła ten akt przemocy, domagając się od polskich władz wstrzymania współpracy wojskowej z Tel Awiwem oraz zwiększenia pomocy rozwojowej dla Palestyny. W nowym programie partii znajduje się punkt: „Zarówno Izrael, jak i Palestyna mają prawo do posiadania swych własnych, niepodległych państw i winny powstrzymać się od aktów przemocy.”

Wspomniane wcześniej popierane przez nas stanowisko Europejskiej Partii Zielonych uznaje również, że Izrael, jako państwo sprawujące władzę okupacyjną nad ziemiami palestyńskimi, ponosi odpowiedzialność za dokonane tam naruszenia prawa humanitarnego oraz praw człowieka. W tym celu europejscy Zieloni poparli propozycję utworzenia niezależnej komisji badającej ewentualne zbrodnie wojenne pod auspicjami Rady Praw Człowieka ONZ. Dokument ten oświadcza też, że Izrael ponosi odpowiedzialność za zniszczenie infrastruktury zbudowanej na terenach palestyńskich z funduszy unijnych i wzywa Unię Europejską do domagania się odszkodowania. Z drugiej strony Zieloni krytykują ataki dokonywane na izraelską ludność cywilną przez zbrojne grupy palestyńskie oraz przychylają się do pokojowego rozwiązania konfliktu, gdzie od interesów politycznych ważniejsze będzie życie i bezpieczeństwo zamieszkujących ten obszar Bliskiego Wschodu ludzi. Z tego powodu Zieloni popierają pokojowe współistnienie niepodległego Izraela i Palestyny, z zagwarantowanym prawem powrotu dla palestyńskich uchodźców i ich rodzin.

Mówiąc inaczej, Zieloni: 1) popierają jedynie bojkot zbyt ograniczony, by mógł obalić reżim apartheidu w Izraelu; 2) bojkot ten nie bierze pod uwagę, że we współczesnych łańcuchach produkcyjnych produkty rzadko mają tak precyzyjne i łatwe do określenia pochodzenie, żeby wiadomo było, że pochodzą akurat z nielegalnych osiedli, że produkty nominalnie czy finalnie skądinąd nie zawierają komponentów czy jakiegoś etapu produkcji z osiedli, itd.; 3) ich ograniczony bojkot rozgrzesza produkty izraelskiej gospodarki powstałe w Izraelu właściwym, podczas gdy cała gospodarka Izraela (nie tylko gospodarka nielegalnych osiedli) żeruje na okupacji, na zagrabionej nielegalnie ziemi, na przejętej bez odszkodowań czyli za darmo palestyńskiej własności, na zaniżaniu wartości pracy zdesperowanych Palestyńczyków, wreszcie na supertechnologiach bezpieczeństwa testowanych i „marketowanych” w toku aktów i procesów kolonialnej przemocy na Palestyńczykach; 4) bojkot wyłącznie produktów nielegalnych osiedli ignoruje udział izraelskich placówek akademickich w okupacji i opresji Palestyńczyków (np. naukowy udział w projektach zbrojeniowych), a instytucji kulturalnych w kampaniach propagandowych wybielających wizerunek Izraela na świecie („Brand Israel”) – obydwa te problemy są adresowane przez BDS; 5) Zieloni usiłują zrównoważyć słabość popieranego przez nich bojkotu amoralnym i doprawdy haniebnym dla organizacji określającej się jako lewicowa rozdzielaniem winy i odpowiedzialności pomiędzy okupanta (jedną z dziesięciu najpotężniejszych armii świata) i jego ofiarę (kiedy ostatni raz miały miejsce ataki na izraelską ludność cywilną przez zbrojne grupy palestyńskie?).

OPZZ: najwyższy czas

Budująca odpowiedź przyszła natomiast z OPZZ, i to bardzo szybko. Odpisał osobiście Dyrektor Wydziału Międzynarodowego Piotr Ostrowski:

OPZZ nie ma swojego stanowiska w sprawie polityki Państwa Izrael. Powód jest prozaiczny i zapewne łatwy do przewidzenia. Ograniczoność zasobów zorientowanych na działania międzynarodowe pozwala OPZZ skupiać się (i to też nie we wszystkich obszarach) na sprawach europejskich. Zdaję sobie sprawę, że nasza europocentryczność nie jest tym czego byśmy sobie życzyli, ale taką mamy rzeczywistość. OPZZ – podobnie jak znakomita większość europejskich związków zawodowych – nie współpracuje z izraelską centralą związkową Histadrut, która w kwestii Palestyny i palestyńskich pracowników przyjmuje postawę co najmniej niejasną.

Przedstawię jednak moje prywatne stanowisko. Osobiście poważnie traktuję sytuację na – okupowanych przez Izrael – terytoriach palestyńskich i wynikającą z tego warunki pracy na tych terenach i warunki pracy Palestyńczyków pracujących na terenie Izraela. Za ważne uznaję coroczne raporty Dyrektora Generalnego MOP [Międzynarodowej Organizacji Pracy] dotyczące sytuacji pracowników na arabskich terytoriach okupowanych. Podczas pobytu na corocznej Międzynarodowej Konferencji Pracy biorę także udział w spotkaniach poświęconych tej problematyce, organizowanych przez palestyńskie związki zawodowe.

Osobiście uważam, że Pana list to dobry moment, aby OPZZ także włączyło się do kampanii. Obecnie mamy dość gorący okres przedkongresowy (IX Kongres OPZZ odbędzie się w dn. 24-25 maja), ale sądzę, że po nim uda nam się przygotować stanowisko.”

W związku z tym, jaką rolę w bojkocie w innych krajach odgrywają organizacje zrzeszające pracowników szkolnictwa, oraz społeczny wpływ wywierany przez pracowników tej branży, swoje pytania wysłałem też do Związku Nauczycielstwa Polskiego. Nie doczekałem się żadnej odpowiedzi. To samo w przypadku WZZ Sierpień 80, do którego napisałem przede wszystkim ze względu na jego deklarowany radykalizm.

demo (174) bis

Demonstracja w Londynie w lipcu 2014

Razem raz jeszcze

Od Partii Razem nie udało mi się uzyskać nic ponad to, co ogłosiła w swoim komunikacie tuż po Wielkanocy. A więc żadnego odniesienia do bojkotu Izraela. Nieoficjalnie usłyszałem, że cokolwiek więcej ze strony Razem wymaga wpierw przedyskutowania przez Radę Krajową ewentualnej aktualizacji przez partię jej oficjalnego stosunku do polityki Państwa Izrael. Sposób, w jaki te wiadomości były formułowane, pozwala mi domniemywać, że taka debata będzie miała miejsce w niezbyt dalekiej przyszłości, ale nic oficjalnie nie udało mi się potwierdzić.

Jest poniekąd zrozumiałe, że młodzi politycy we wciąż słabych organizacjach obawiają się stąpania po cienkim lodzie, jakim jest krytyka Izraela. Będzie ona wymagała ciągłej czujności, by z jednej strony niezmordowanie odcinać się od polskiego antysemityzmu, którego szambo wybiło z taką siłą w ostatnich miesiącach, a z drugiej strony bronić się przed oskarżeniami o antysemityzm ze strony mainstreamowych mediów. Cynicznie fabrykowane fałszywe oskarżenia o antysemityzm przyjdą nieuchronnie, ale są one dzisiaj rytuałem przejścia każdego politycznie przyzwoitego człowieka. Od Jeremy’ego Corbyna po Angelę Davies, od Kena Loacha po Penelope Cruz, od Alaina Badiou po Lorde, wszyscy, których polityczne i intelektualne „towarzystwo broni” będzie w przyszłości powodem do dumy, mają to już za sobą.

Oficjalne przystąpienie do bojkotu Izraela spowoduje konfrontację z nowymi formami presji politycznej, ale jeśli ktoś nie ma odwagi lub kręgosłupa, by stawić im czoła, kiedy stawką są wyłącznie okruchy ze stołu sondażowego, to jak będzie można jej lub jemu kiedykolwiek zaufać, że zachowując kręgosłup stawią czoła presjom realnej władzy? Członkowie Razem do dziś szafują Leszka Millera zaangażowaniem w amerykańskiej wojnie w Iraku jako jednym z tych grzechów śmiertelnych całej jego partii, które sprawiają, że nigdy nie wejdą w żaden alians z SLD. Bojkot Izraela to jest wasza okazja, żeby udowodnić, że mówicie poważnie, że czymś się naprawdę, fundamentalnie różnicie w tym, jak wy prowadzilibyście politykę zagraniczną. Czy może z tym Irakiem to tylko taki chwyt propagandowy – dzisiaj łatwy, bo z perspektywy czasu to nawet „New York Times” krytykuje już tamtą wojnę?

Co odpowiemy Historii?

Koniec końców pytanie o bojkot Izraela to pytanie o solidarność z ofiarami brutalnej kolonialnej przemocy bezwstydnie rasistowskiego państwa, którego polityka nie budzi żadnej reakcji ze strony naszych rządów. To pytanie o to, czy jesteśmy w ogóle lewicą. Ba! – czy jesteśmy elementarnie przyzwoitymi ludźmi.

Jeśli polskie organizacje lewicowe, pracownicze i społeczeństwa obywatelskiego odpowiedzą teraz „nie”, będą później musiały stanąć przed innymi pytaniami. Jeżeli zgadzają się z powszechną historyczną oceną o słuszności i sukcesie kampanii bojkotu apartheidu południowoafrykańskiego – to jak wyjaśnią swój odmienny stosunek do bojkotu apartheidu izraelskiego? Że te dwa apartheidy to nie to samo? Rzeczywiście, arcybiskup Desmond Tutu i inni weterani walki z apartheidem południowoafrykańskim nie mają wątpliwości, że ten izraelski jest gorszy. Żadna odpowiedź na takie pytanie nie będzie dobra. Że z wysokości waszej białej europejskości lepiej wiecie, jak Palestyńczycy powinni walczyć o swoje prawa i udzielicie im łaskawie kolejnej lekcji? Że kierowała wami wrażliwość na kwestię historycznych ofiar antysemityzmu na ziemiach polskich? I uznaliście, że najlepszym sposobem, żeby je uszanować, jest stać biernie, kiedy dziś ofiarą rasizmu pada ktoś inny, kiedy coś podobnego dzieje się ponownie na naszych oczach (bo Gaza to wielki obóz koncentracyjny naszych czasów)?

Kiedy izraelski apartheid już upadnie – a patrząc na tempo jego międzynarodowej delegitymizacji, to się może stać szybciej, niż wielu się spodziewa – jak odpowiecie na pytanie, dlaczego polska lewica jako jedyna w Europie niemal nie wzięła udziału w najważniejszej międzynarodowej kampanii solidarnościowej naszych czasów?

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się 11 kwietnia 2018 na łamach portalu Strajk.eu

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Planalto 2018

W 2018 roku w co najmniej trzech krajach będą miały miejsce wybory, których znaczenie wybiegnie daleko poza tych krajów granice. O ile w Rosji raczej nie będzie niespodzianek – na kolejnej kadencji na Kremlu pozostanie zapewne Władimir Putin – to wyniki wyborów we Włoszech (parlamentarne) i w Brazylii (prezydenckie, do Kongresu Narodowego i władz stanowych) są znacznie trudniejsze do przewidzenia. Sytuacja polityczna we Włoszech jest chaotyczna, młodzi mają zdecydowanie dość status quo, a system bankowy wisi na włosku. Od Włoch może się zacząć kolejna fala wstrząsów targających całą strefą euro (lub Unią Europejską w ogóle). Jednak największą enigmą tego roku są wybory w Brazylii, których rezultat może przesądzić o losach lewicy na całym kontynencie południowoamerykańskim na nie wiadomo jak długo.

Planalto i rzezba

Os Candangos – pomnik budowniczych Brasilii (w głębi Pałac Planalto)

Charles de Gaulle, już jako prezydent Francji, podobno powiedział kiedyś: „Brazylia to nie jest poważny kraj”. To było jednak dawno. Kilkanaście lat rządów Partido dos Trabalhadores Luli da Silvy wyprowadziło największy kraj Ameryki Łacińskiej na pozycję regionalnego mocarstwa, niezwykle aktywnego i skutecznego na arenie międzynarodowej (BRICS, inicjatywy południowo- i latynoamerykańskie, intensyfikacja współpracy gospodarczej z Afryką i Bliskim Wschodem). Administracje Luli (2003-2011) i jego następczyni Dilmy Rousseff (2011-2016) nigdy nie zdołały wyjść poza neoliberalizm, poprzestając na polityce jego hamowania, buforowania i neutralizowania negatywnych konsekwencji, a także awansu Brazylii w globalnej strukturze władzy ekonomicznej. Jednak potężny (także militarnie) sąsiad z sercem po lewej stronie i determinacją, by prowadzić politykę międzynarodową asertywną wobec Waszyngtonu, utrzymywał nieformalny polityczny i ekonomiczny parasol ochronny również nad bardziej radykalnymi projektami politycznymi w mniejszych krajach zachodniej półkuli (Wenezuela, Boliwia, Ekwador, Kuba), powstrzymując znacząco amerykańskie zapędy do ingerowania w politykę państw regionu. Jeśli w październiku 2018 urząd w Pałacu Planalto w Brasilii obejmie przedstawiciel neoliberalnej prawicy (jak to już się stało w Argentynie), może to się okazać katastrofą dla całej Ameryki Południowej. Jeżeli prezydentem zostanie jednak któryś z kandydatów lewicy, może się okazać, że „różowa fala” Ameryki Południowej nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa.

Wyniki wyborów są trudne do przewidzenia nawet jak na standardy świata post-2016. Wszystko dlatego, że najpopularniejszy polityk w kraju, Lula da Silva (sondaże z ostatnich miesięcy dawały mu między 37% a 45% poparcia), najprawdopodobniej zostanie z możliwości udziału w nich wykluczony. Prawica, której udało się, w drodze parlamentarnego zamachu stanu dla niepoznaki nazywanego impeachmentem, usunąć z urzędu Dilmę Rousseff, zamierza – przy pomocy aparatu sprawiedliwości, który zbyt często jest z nią organicznie związany – za wszelką cenę wsadzić Lulę jeszcze przed wyborami do więzienia. Sąd kolejnej instancji potwierdził wyrok dziesięciu lat więzienia dla byłego prezydenta (za rzekomą korupcję), i choć dostępna Luli droga apelacji nie została jeszcze wyczerpana, polityczny charakter tych wyroków nie zostawia zbyt wiele nadziei, że kolejna instancja orzeknie inaczej. A jak orzeknie, to prawica ma w zanadrzu jeszcze inne postępowania przeciwko Luli.

Na rozdrobnionej scenie politycznej Brazylii, na której kotłuje się ponad dwadzieścia partii politycznych o nazwach często pozbawionych związku z ich faktycznym profilem ideowym („socjaldemokracja” jest, na ten przykład, centroprawicowa), nierzadko zresztą w ogóle nieobecnym – usunięcie najpopularniejszego kandydata powoduje, że przewidzenie wyniku jest niemal zupełnie niemożliwe.

Mówi się, że gdyby prawicy udało się wsadzić Lulę przed wyborami do więzienia, PT w ostatniej chwili wystawi na jego miejsce byłego burmistrza São Paulo Fernando Haddada. Haddad wywodzi się z ogromnej społeczności paulistanos pochodzenia libańskiego i był burmistrzem największego miasta południowej półkuli w okresie brutalnie tłumionych przez policję protestów w roku 2013. Nie on był za brutalność policji odpowiedzialny – w kraju, w którym jest ona formacją militarną, rozkazy wydał prawicowy gubernator stanu São Paulo – ale pamięć o tych wydarzeniach na pewno nie zapewni Haddadowi popularności na miarę Luli. Jego potencjalna kandydatura jest jednak zupełnie nieoficjalna; PT idzie w zaparte – jej kandydatem pozostaje niezmiennie Lula.

Trudno sobie wyobrazić, że urzędujący obecnie prezydent Michel Temer (neoliberalna prawica) stanie do wyborów. W zasadzie wisi nad nim wciąż sądowy zakaz startowania w jakichkolwiek wyborach (na osiem lat, za nieprawidłowości w finansowaniu ostatniej kampanii). Na urząd nie został wybrany w żadnych wyborach, wstąpił na niego drogą automatycznej procedury po impeachmencie Dilmy Rousseff. Wcale nie wykluczone, że oligarchowie wymyśliliby jednak jakąś sztuczkę prawną, żeby umożliwić mu kandydowanie, tak jak impeachmentu presidenty Rousseff dokonali, pomimo iż nie udowodniono jej żadnego deliktu konstytucyjnego. Jednak jego prezydentura, upływająca pod znakiem zamrożenia programów społecznych odziedziczonych przez PT i wyprzedaży zasobów państwowych, cieszy się rekordowo niskim poparciem – jedynie 2% społeczeństwa (dla porównania Lula zamknął swoją drugą kadencję poparciem w okolicach 90%). Cztery czwarte Brazylijczyków najchętniej widziałyby Temera w więzieniu (jego koledzy w niższej izbie parlamentu, póki co, ochronili go przed kryminalną odpowiedzialnością za korupcję).

Tres Poderes

Praça dos Três Poderes (Plac Trzech Władz) w Brasilii

Najpopularniejszym spośród pozostałych kandydatów jest skrajnie konserwatywny demagog Jair Bolsonaro. Jego występy upstrzone są ostentacyjną homofobią, mizoginią i rasizmem, a także pochwałami dyktatury wojskowej z lat 1964-84. Głosując za impeachmentem Rousseff w 2016, Bolsonaro zadedykował swój głos tym, którzy ją w czasie dyktatury torturowali (była wtedy w szeregach radykalnej marksistowskiej guerilli). Bolsonaro ma też jednak w sondażach najwięcej opinii kategorycznie go odrzucających – w drugiej turze ta część Brazylijczyków będzie pewnie głosować na zasadzie „każdy, byle nie Bolsonaro”.

Problem w tym, że tym każdym może się okazać zupełny pajac. Luciano Huck, biznesmen i gwiazdor potężnej prywatnej sieci telewizyjnej Globo, tej samej, która wspierała zamach stanu w 1964 i prowadziła aktywną kampanię niszczenia Dilmy Rousseff. Człowiek bez doświadczenia politycznego, gospodarz sobotniego rozrywkowego programu. Jego kandydatura nie jest jeszcze oficjalna, ale dużo się o niej mówi. Huck nie ma żadnego profilu politycznego, jego program telewizyjny jest z gatunku tych „o niczym”, ale partiom centroprawicy zdesperowanej tym, że nie potrafi wystawić wystarczająco popularnego „poważnego” kandydata, mógłby zaoferować swoją ogromną popularność i rozpoznawalność. Głosować może na niego jego telewizyjna publiczność, jak również Brazylijczycy zniechęceni do swojej klasy politycznej w ogóle (jego brak doświadczenia może się dla nich okazać zaletą).

Inni liczący się kandydaci? Marina Silva, była ministra środowiska za pierwszej kadencji Luli, wywodzi się ze społeczności Brazylijczyków pochodzenia afrykańskiego; kandydowała już na najwyższy urząd w 2010 i 2014. Kandydatem lewicowej Demokratycznej Partii Pracy jest Ciro Gomes. Nie są wystarczająco popularni, ale poparcie może im wzrosnąć, jeśli Lula zostanie ostatecznie wyeliminowany. Z ugrupowań na lewo od PT, Partia Socjalizmu i Wolności (PSOL) może wystawić Guilherme Boulosa. Centroprawicowa Partia Brazylijskiej Socjaldemokracji (PSDB) chce wystawić Geraldo Alckmina, gubernatora stanu São Paulo (to on urzędował już wtedy, gdy Fernando Haddad był burmistrzem stołecznego miasta tego stanu).

W sumie kandydatów w wyborach prezydenckich może startować blisko dwudziestu.

Brazylia zajmuje drugie (po USA) miejsce pod względem całkowitych kosztów pochłanianych za każdym razem przez kampanie wyborcze, stąd tak łatwo o przewagę kandydatom popieranym przez wielki kapitał lokalny i transnarodowy. Wszystkie wielkie media znajdują się w ręku pięciu spośród najzamożniejszych rodzin w kraju i zawsze prowadziły bezlitosną kampanię przeciwko najpopularniejszym kandydatom lewicy. Media publiczne w europejskim sensie tego słowa, które miałyby obowiązek oddawania minimum formalnej sprawiedliwości (pod postacią choćby czasu antenowego) różnym partiom politycznym, w Brazylii nie istnieją. Brazylijski ustrój polityczny jest kombinacją silnej administracji prezydenckiej à l’américaine i ordynacji proporcjonalnej na wzór europejski w Kongresie Narodowym. Przy ogromnej ilości partii politycznych, z których wiele nie powstało wokół żadnej politycznej wizji a jako kliki karierowiczów połączone jedynie pragnieniem wspinania się po drabinie aparatu państwa, pozornie silna administracja prezydencka zmuszona jest do organizowania karkołomnych, zwykle krótkotrwałych koalicji, by przeprowadzić każdą znaczącą zmianę. Brazylia jest republiką federacyjną, która przyznaje poszczególnym stanom określoną liczbę reprezentantów w obydwu izbach Kongresu. Ich proporcje od dawna jednak nie odzwierciedlają przemian demograficznych kraju. Słabo zaludnione, najbardziej zacofane ekonomicznie stany z największą koncentracją własności ziemskiej w rękach nielicznych rodzin są najbardziej nadreprezentowane w Kongresie, kosztem najludniejszych stanów południowych o znacznie bardziej postępowej strukturze elektoratu i większym dostępie do machiny wyborczej dla kandydatów bez wsparcia wielkiej własności ziemskiej. Połączone, wszystkie te czynniki stanowią ogromną barierę dla postępowej polityki w Brazylii i doskonałą strukturę zabezpieczającą długofalowo interesy oligarchów.

W piątek 16 lutego prezydent Temer ogłosił, że przekazuje kontrolę nad bezpieczeństwem w Rio de Janeiro bezpośrednio wojsku – pierwsza taka sytuacja, odkąd wojskowi oddali władzę w latach 80. XX wieku. Decyzja ta pociągnęła za sobą natychmiastową rezygnację z urzędu gubernatora stanu Rio de Janeiro. Oficjalnym powodem są dramatyczne statystyki przestępczości, zwłaszcza tej najbardziej brutalnej, z użyciem broni, w połączeniu z okresem największego ruchu turystycznego w Rio de Janeiro (Karnawał). Jest jednak mało prawdopodobne, że wojsko na ulicach poprawi bezpieczeństwo, sytuacja może się równie dobrze przekształcić w regularną wojnę z gangami narkotykowymi w fawelach. Ten stan wyjątkowy prezydent Temer ogłosił na czas nawet do końca roku. Jest to niepokojący sygnał w kraju z taką historią militarnej interwencji w politykę. Trudno nie zadawać sobie pytania, czy oligarchowie nie testują możliwości lub po prostu nie przygotowują się do użycia siły w okresie okołowyborczym.

Planalto guards

Ochrona przed Pałacem Planalto

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się 22 lutego 2018 na portalu Strajk.eu.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Brasilia Kongres Narodowy

Wieże gmachu Kongresu Narodowego w Brasilii

Kryzysu dyplomatycznego nie było

Za sprawą ustawy o IPN polscy antyfaszyści o mały włos nie znaleźli się w Warszawie w kuriozalnym położeniu: zmuszeni do obrony przed polskimi rasistami ambasady najbardziej rasistowskiego państwa świata; do obrony przed tymi, którym faszyzm w Polsce dopiero się marzy – ambasady państwa będącego wzorem i ideałem dla rasistowskiej, faszyzującej prawicy na całym świecie. Tej w Polsce też, tylko ta polska jeszcze nie wymyśliła, jak przezwyciężyć wewnętrzną sprzeczność między podziwem dla bezwstydu, z jakim Izrael stosuje przemoc wobec „niewłaściwej rasowo” ludności na kontrolowanym przez siebie terytorium, a własnym „tożsamościowym”, „organicznym” przywiązaniem do tropów antysemickich.

Czy profesora Zybertowicza MaBeNa to nie ma być taka polska Hasbara? Czy Instytut Solidarności i Męstwa nie jest pomyślany jako polskie Jad Waszem? Czy ministra Glińskiego i innych prawicowców marzenia, by polskie kino podbiło wyobraźnię światowej publiczności epickimi filmami rozpamiętującymi widowiskowo polskie męczeństwa historyczne nie biorą się z zazdrości o kapitał polityczny zbity przez Izrael na eksploatacji obrazów hitlerowskiego ludobójstwa Żydów? Czy pozywanie zagranicznych dziennikarzy i polityków za „szkalowanie Polski” nie byłoby takim trochę izraelskim lawfare na miarę naszych możliwości? Czy polski rząd nie kupuje od Izraela technologii wojskowych przetestowanych przez to państwo na Palestyńczykach (a także Syryjczykach czy Libańczykach)?

Kryzys-widmo, kryzys-ściema

Do konfrontacji antysemitów z antyfaszystami i antyrasistami przed ambasadą Izraela w Warszawie 31 stycznia nie doszło, bo wojewoda ze względów bezpieczeństwa zablokował możliwość demonstrowania komukolwiek. Sądzi się szeroko, że było to motywowane obawą rządu Prawa i Sprawiedliwości przed konsekwencjami obrazów z takiego wydarzenia dla wizerunku Polski na świecie oraz przed ryzykiem dalszej eskalacji „kryzysu dyplomatycznego” wywołanego przez ustawę o IPN. Paradoksalnie decyzja ta chwilowo uchroniła również i lewicę, która miała zamiar stawić się tam z antyfaszystowską kontrdemonstracją, przed ciężkim problemem wizerunkowym i symbolicznym. Jaką przekonującą i spójną narrację antyrasistowską można by skutecznie proponować, gdyby z wizerunkiem antyfaszystowskiej lewicy na trwałe zrosły się obrazy – bo pewnie doszłoby do aktów przemocy – „bohaterskiej obrony” ambasady najbardziej rasistowskiego dziś państwa na świecie?

A jeśli żadnego „kryzysu dyplomatycznego” nie było? Co najwyżej drobna scysja w wielkiej rodzinie współczesnej rasistowskiej prawicy? A może nawet komedia dawno przygotowana i odgrywana przez obydwie strony, polską i izraelską? W której to komedii co najwyżej jakiś drobny szczegół wyrwał się czasem spod kontroli?

Liberalna prasa rozpisuje się o tym, że Kaczyński usiłuje konsolidować władzę swojej partii i neutralizować napięcia wewnątrzkrajowe przez odwracanie społecznej uwagi w stronę coraz to nowych zewnętrznych wrogów. Wygląda to wszystko, jakby nikt w polskiej prasie nie wiedział lub nie pamiętał, że polski rząd podpisał z rządem izraelskim w listopadzie 2016 roku Memorandum of Understanding, którego postanowienia wiszą po dziś dzień na stronach izraelskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, po angielsku. Wynika z nich, że Izrael już wtedy przyjął doskonale do wiadomości, że Polska będzie walczyć z „Polish death camps” i innymi formami tego, co Warszawa uważa za oczernianie naszego narodu i zniekształcanie historii II wojny światowej.

Jeżeli Polska nie przestanie kupować izraelskiego uzbrojenia i głosować po myśli Izraela w Zgromadzeniu Ogólnym i Radzie Bezpieczeństwa ONZ, będzie to pośredni dowód, że żadnego kryzysu nie było; wszystko, co najważniejsze, od dawna było obgadane, reszta to farsa dla gawiedzi i ściema dla żurnalistów w obu krajach. „Haaretz” właśnie podaje, że Izrael chce być gospodarzem szczytu państw Grupy Wyszehradzkiej.

Odświeżona cnota premiera Netanjahu

Rząd Binjamina Netanjahu i konstelacja powiązanych z nim organizacji nie mają żadnych problemów z utrzymywaniem przyjaznych stosunków z rządami i partiami politycznymi innych państw, w których szeregach brylują otwarci antysemici (administracja Trumpa, rząd Orbana na Węgrzech, skrajna prawica w Austrii). Tak długo, jak ten antysemityzm jest dodatkiem do odgrywającego główną rolę, kluczowego dla interesów Izraela, rasizmu wymierzonego w muzułmanów i Arabów. Antysemityzm, prawdziwy lub wyssany z palca (jak „antysemityzm w Labour Party”, kryzys wysmażony z niczego przez izraelskich agentów), przydaje się też do skłaniania miejscowych Żydów do emigracji do Izraela (Netanjahu marzy o takiej fali zwłaszcza z Francji).

W plemiennej, zerojedynkowej przestrzeni polskiej polityki, zdemolowanej ćwierćwieczem dominacji dwóch pozornie rywalizujących narracji, neoliberalnej i katolicko-narodowej, wszystko działa na zasadzie: kto nie z nami, ten z PiS; kto przeciwko PiS, ten z nami. Tak więc wszystko, co się podniosło przeciwko ustawie o IPN czy przy tej okazji przeciwko rządowi PiS, zostało automatycznie i bezrefleksyjnie połączone w jeden zestaw wartych tyle samo głosów słusznego oburzenia. Netanjahu i inni politycy najbardziej rasistowskiego państwa świata stali się nagle głosem jakiejś uniwersalnej etycznej wyroczni. Przy całej odrazie, na jaką zasługują ONR i Młodzież Wszechpolska, a także cynicznie manipulujący rasistowskimi motywami PiS, nikt w tych organizacjach nie ma jednak na sumieniu nawet ułamka zbrodni, jakie obciążają premiera Netanjahu. Naftali Bennett, którego wizyta w Polsce została anulowana, jako bohater wywiadu „Tygodnika Powszechnego” moralizuje o tym, jak źle się dzieje, gdy zaczynamy manipulować historią, nieniepokojony przez szlachetne pismo takimi drobiazgami, jak jego stosunek do rasistowskiej przemocy uskutecznianej przez jego rząd dzisiaj. Bennett jest ministrem edukacji w kraju, w którym ze szkół usuwa się powieści o żydowsko-arabskiej miłości i zakazuje się nauczania prawdy historycznej o krwawych czystkach etnicznych. Tych, które w latach 1947-48 położyły podwaliny pod Państwo Izrael i zrodziły nigdy nie rozwiązany problem milionów palestyńskich uchodźców. Bennett jest też jednym z najaktywniejszych orędowników czystek etnicznych prowadzonych przez Izrael obecnie na Zachodnim Brzegu Jordanu.

Nieszczęściem kraju z lewicą sprowadzoną do parteru, zredukowaną do wąskiego marginesu, pozbawioną zasobów jest, że z pozycji swojej słabości zbyt często i zbyt łatwo – z rozpędu, pośpiechu lub zmęczenia – lewica ta reaguje odruchowym oburzeniem i podłącza się do plemiennej dynamiki polskiego pola politycznego. Skoro zły rząd PiS wywołał gniewną reakcję ze strony izraelskich polityków (która i tak była ściemą), to nagle Binjamin Netanjahu, Naftali Bennett i Jair Lapid stają się moralnymi wyroczniami nawet dla lewicy, z jakiegoś powodu zawieszamy polityczną ocenę pozycji, z jakich oni sami się wypowiadają (powtórzmy – jeszcze bardziej rasistowskich niż pozycje PiS). Skoro PiS mógłby (choć to na pewno ściema) doprowadzić do pogorszenia stosunków dyplomatycznych z Izraelem, to nagle staje się to bardzo dla nas wszystkich cenne, żebyśmy mieli świetne stosunki.

Rasizm Państwa Izrael

Izrael jest jedynym współczesnym państwem, które otwarcie i bez żenady segreguje swoją populację (populację, nad którą ma władzę) na podstawie jej etnoreligijnego pochodzenia – na kategorie zróżnicowane pod kątem biernych i czynnych praw wyborczych, praw społecznych i ekonomicznych, a nawet prawa do życia, które w przypadku Palestyńczyków na Terytoriach Okupowanych nie podlega żadnej ochronie przed przemocą ze strony izraelskich żołnierzy czy osadników. Kilka dni temu izraelski „Haaretz” podał, że izraelscy żołnierze urządzili sobie safari na palestyńskiego nastolatka, ścigając go samochodami i celując mu w głowę. Chłopak zginął. Możemy być pewni, że nikt za to nie odpowie, bo jak Neve Gordon pisał już w 2008, od 1987 (od Pierwszej Intifady) izraelscy żołnierze z zasady nie są pociągani do odpowiedzialności za zabijanie Palestyńczyków na Terytoriach Okupowanych, nawet za zabijanie dzieci. Przemoc taka w ostatnich miesiącach uległa jedynie intensyfikacji. Jest dopiero luty i już troje dzieci w tym roku dostało kulę w głowę za rzucanie kamieniami. Izrael usiłuje obecnie doprowadzić do reeskalacji wojny w Syrii (w której wywołaniu odegrał jedną z głównych ról) oraz jej rozszerzenia na inne państwa regionu (Iran i Liban). W planie globalnym, jak wykazuje Jeff Halper, Izrael jest jednym z kluczowych punktów autorytarnego, faszyzującego dryfu, z jakim mamy obecnie do czynienia w nawet tradycyjnie silnych demokracjach liberalnych. Od Stanów Zjednoczonych po Indie, Izrael jest bowiem globalnym dostawcą technologii (od zbrojeniowych po polityczne) sprawowania brutalnej, urasowionej władzy w warunkach permanentnego kryzysu społecznego.

Nie ma żadnego powodu, by polska lewica martwiła się pogorszeniem stosunków z Izraelem. Obowiązkiem każdej szanującej się, ideowej lewicy jest żądanie ich pogorszenia. Degradacji stosunków dyplomatycznych do poziomu konsularnego (jak uczyniła RPA), odmowy akredytacji ambasadorów z rasistowskimi życiorysami (jak Brazylia), lub całkowitego zerwania stosunków (jak Kuba, Boliwia czy Maroko). Dopóki Izrael nie przestanie sobie urządzać kpin z prawa międzynarodowego, a izraelski apartheid i okupacja Terytoriów Palestyńskich nie upadną.

Precz z rasizmem – polskim i izraelskim

Organizatorzy niedoszłej kontrdemonstracji z warszawskiego Studenckiego Komitetu Antyfaszystowskiego mieli trafne przeczucia i początkowo w informacji na stronie wydarzenia na Facebooku podkreślali, że stawiają opór polskiemu antysemityzmowi, jednocześnie odcinając się od polityki Izraela, przed którego ambasadę zamierzali się zejść nacjonaliści. Szybko musieli ten opis zmienić, usuwając z niego frazy krytyczne wobec Izraela, gdyż zostali zbombardowani wyrazami oburzenia płynącymi z lewicy. „Jak tak można akurat teraz?!”

Tymczasem było to jedyne odpowiedzialne i spójne antyrasistowskie stanowisko. Byłoby ono przyjęte jako oczywiste w każdej analogicznej sytuacji. Wyobraźmy sobie, że skrajna prawica organizuje islamofobiczną demonstrację przed ambasadą Arabii Saudyjskiej, bo akurat tę ambasadę znaleźli i potrafili sprawdzić, że jest to z całą pewnością kraj muzułmański. Czy antyfaszystowska lewica musiałaby się tłumaczyć ze słów, że wychodzi z kontrdemonstracją przeciwko islamofobom, co nie znaczy, że broni polityki Arabii Saudyjskiej (zbrodnie wojenne w Jemenie, monstrualne liczby wyroków śmierci, itd.), a organizacja tej demonstracji akurat tam jest jedynie skutkiem głupoty narodowców? Wydaje mi się, że zostałoby to przyjęte z naturalnym zrozumieniem. Przyzwoity politycznie człowiek potępia i Arabię Saudyjską, i islamofobię.

Musimy mówić głośne nie zarówno antysemitom w polskim sejmie, w polskim rządzie i na ulicach polskich miast, jak i systemowemu rasizmowi Państwa Izrael. Być przeciwko jednemu i drugiemu, jednocześnie i nieprzerwanie, bez okresów ochronnych. Stosowanie wobec Izraela wiecznego „ekscepcjonalizmu”, traktowanie go jako wyjątku od zasad poza nim uniwersalnych, kompromituje tylko taki antyrasizm i antyfaszyzm. Nie można być wiarygodnym antyrasistą i milczeć o najbardziej rasistowskim państwie świata, którego nasz kraj jest niezawodnym sojusznikiem. To trochę tak, jakby być za zniesieniem niewolnictwa, ale nie ruszając plantacji, bo kupujemy ich cukier i bawełnę.

Walka z polskim antysemityzmem przy jednoczesnym otaczaniu dyskursywnym kordonem ochronnym takiego państwa jak Izrael nie jest żadnym antyrasizmem. Jest jedynie balansowaniem – na ich warunkach – pomiędzy dwoma komplementarnymi nurtami rasizmu: jednym lokalnym i zaściankowym, zrodzonym z szamba historycznych atawizmów zapóźnionych peryferii, a drugim kosmopolitycznym i o globalnych ambicjach, uzbrojonym w PR, lawfare, setki głowic atomowych i nanoroboty, cieszącym się uprzywilejowanymi stosunkami z innymi brutalnymi mocarstwami, wespół z którymi spogląda bezczelnie w przyszłość, by w niej zbudować piekło w wersji high-tech. Naszym obowiązkiem jest równoczesne i zdecydowane odrzucenie ich obu.

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się na portalu Strajk.eu 17 lutego 2018.

Foto: Łukasz Zaręba (Jerozolima, 2018)

Jestem na Facebooku i Twitterze.