Pożegnanie z Sinéad

Nie potrafię pisać o muzyce, nie mam przygotowania ani systematycznej wiedzy. Moje playlisty każdy koneser uznałby z miejsca za dzieła w znacznej mierze przypadku. Dlatego z zasady o muzyce nie piszę – co najwyżej, a i to rzadko, przywołując ją (lub kogoś z muzycznym dorobkiem) jako przykład w innych słusznych sprawach.

Tym razem jednak ciężko mi tak całkiem nic nie napisać – trzeba chociaż pożegnanie. Zajęło mi to kilka dni, bo słabo u mnie wciąż z czasem reakcji. Abstrahując od tego, że wiadomość o śmierci Sinéad zastała mnie bardziej nieprzygotowanym niż większość wiadomości z tego gatunku. Była na śmierć naprawdę za młoda i wydawało się to tak niedawno, gdy w wywiadzie w irlandzkiej telewizji sprawiała wrażenie, jakby odnalazła wewnętrzny spokój, nawet jeśli szeroko odmawiano zrozumienia dla sposobu, w jaki go odnalazła (zaczytując się w Koranie i przechodząc na islam, jednocześnie zmieniając nazwisko na Shuhada’ Sadaqat).

Trzeba napisać chociaż pożegnanie, bo na wieść o jej śmierci, rozpłakałem się i zapadłem znowu w Troy i Feel So Different. Nigdy nie sporządzę listy moich ulubionych piosenek, bo nigdy takich list nie sporządzam – ani piosenek, ani filmów, ani książek, niczego – ale gdybym sporządzał, to te dwie by się tam znalazły.

Trzeba napisać pożegnanie, bo chociaż muzyka nigdy nie rządziła moją wyobraźnią, to Sinéad była dla mnie w niełatwym okresie życia wyjątkowo ważna. Tych kilka trudnych lat nastych, kiedy nie wiedziałem, co ze mną, nielubiącym samego siebie nastoletnim gejem, będzie w kraju takim katolickim, takim dla takich jak ja surowym i takim ponurym – tych kilka trudnych lat dużo słuchałem jej muzyki, jej głosu balansującemu między lirycznym szeptem a gwałtownym krzykiem. Ten jej niezwykły w owych czasach image, cała ta jej piorunująca osobowość. Angielskiego zacząłem się uczyć późno, bo dopiero w szesnastym roku życia, więc z tekstów rozumiałem czasem tylko tytuł, ze dwa zdania w środku i pojedyncze słowa – a jednak, wracałem do tych utworów po latach z uczuciem zdumienia, że to, co najważniejsze, jednak na jakimś niewerbalnym poziomie rozumiałem doskonale, i się w tym odnajdowałem, i miałem wrażenie, że coś tej dziwnej, odważnej dziewczynie z drugiego końca Europy zawdzięczam, że coś z nią mam wspólnego, czerpałem z jej głosu i scenicznej osobowości jakieś trudne do sprecyzowania wsparcie.

Żegnaj, Sinéad, żegnaj, Shuhado. Piękna, niespokojna, skrzywdzona istoto. I hope you’re happy now. This world could never make you so.

*

Sinéad znałem już wcześniej, tzn. wiedziałem o jej istnieniu, kojarzyłem jej wygoloną głowę i wielkie oczy, i na pewno znałem jej wykonanie Nothing Compares To You, ale tak całkiem naprawdę to dotarła do mnie podobnie, jak większość wiedzy o świecie do mnie w nastych latach mego życia docierała: poprzez film. W imię ojca (In the Name of the Father) Jima Sheridana, kronikarza irlandzkiego życia w cieniu brytyjskiego imperializmu, w Polsce było w kinach – wydaje mi się – w 1995, roku, w którym byłem w pierwszej klasie liceum (plastycznego w Dąbrowie Górniczej). Do mnie dotarł trochę później, wypożyczony na kasecie VHS. Wtedy jeszcze nie przypuszczałem, że kiedyś spotkam tego filmu bohaterów, ich pierwowzory (w Londynie, przy dwóch osobnych okazjach: Gerry’ego Conlona i Gareth Pierce), natomiast piosenka The Thief of Your Heart (Złodziej twojego serca) autentycznie skradła mi od razu serce. Parę osób w klasie miało inne płyty, tzn. kasety Sinéad, dzięki którym poznałem Troy, Mandinka, The Last Day of Our Acquaintance, This Is A Rebel Song

Lata 90. XX wieku to był naprawdę inny świat, jeszcze naprawdę niedawno, w podstawówce, zapisywaliśmy I love you jako „Allowju”, i nie mieliśmy żadnej bieżącej wiedzy, co kto kiedy zrobił w jakimś „Saturday Night Live” w amerykańskiej telewizji. Jeszcze długo nie wiedziałem, co to jest „Saturday Night Live”. Sinéad zagościła więc w moim życiu, gdy w anglosaskim showbizie jej hossę już dawno urąbano, była już na pozycji quasi-pariasa, czego ja zupełnie nie podejrzewałem, ani nie miałem jak się domyślać. Wydawało mi się, że skoro zrobiła piosenkę do tak wielkiego i tak głośnego filmu, to musiała wciąż być na szczycie. Życiorysów gwiazd muzyki nie śledziłem, się nie zagłębiałem – nawet tych, których słuchałem. Byłem zbyt zajęty poznawaniem filmografii wszystkich ważnych reżyserów i czytaniem skandynawskich powieści. O brzemiennym w skutki geście z potarganiem zdjęcia Jana Pawła II dowiedziałem się więc jeszcze później, od nauczyciela rysunku i malarstwa, który zresztą wspomniał o tym z wielką, ponurą dezaprobatą. Nie miałem odwagi nic na tę dezaprobatę odpowiedzieć, ale w głębi duszy poczułem, że lubię ją jeszcze bardziej.

Może to nas łączyło: mieliśmy tych samych wrogów (przynajmniej niektórych).

*

Fascynujące i niepokojące zarazem jest to, jak bardzo i jak mocno redukujemy dziś polityczną odwagę Sinéad do tamtego jednego gestu – potargania na wizji zdjęcia papieża Wojtyły – jakby to było jedyne polityczne stanowisko, jakie w życiu zajęła; jakby była tylko młodą irlandzką wojującą antyklerykałką. Albo jak często podkreślamy osobiste powody (cierpienie w dzieciństwie i latach nastych), które nią kierowały – jakby osobiste traumy i emocje były warunkiem dopuszczania artyście prawa do publicznych gestów politycznych. Jak odruchowo – by nie rzec: kompulsywnie – podkreślamy problemy Sinéad ze zdrowiem psychicznym, jej liczne diagnozy. Jakby to była ta szczególna okoliczność, która nam pozwala akceptować demonstracje tak gwałtownej i głębokiej niezgody ze status quo. Zdrowy człowiek nie powinien się tak wychylać, ryzykując swój materialny interes? To nie ze światem jest coś nie tak – to ona ze sobą samą miała problemy? Muzyka była jedyną terapią, do której miała dostęp – o, gdyby tylko ktoś się nią lepiej zajął (może nawet nie musiałaby zarzynać swojej kariery tym numerem ze zdjęciem JP2)!

Sinéad tymczasem miała naprawdę dużo więcej w głowie niżby sugerował taki redukcjonizm. Postrzegała opresję katolicką i przemoc katolickiego Kościoła w kontekście i związkach z innymi strukturami władzy, z innymi osiami opresji. Zanim potargała Wojtyle to słynne zdjęcie, zrobiła już była dosyć, żeby to było jasne. Ogoliła się na łyso i zakładała na scenę „męskie” płaszcze, bo marketerzy w jej studiu chcieli z niej zrobić seksowną blond laleczkę. Poszła na wojnę z nihilizmem showbizu zaineresowanego tylko tym, jaką co robi kasę. Nie tolerowała przed swoimi występami hymnu Imperium Amerykańskiego. Na otwarcie swoich koncertów zapraszała Czarnych raperów, bo nikt inny dość szanowany nie uważał ich muzyki za wystarczająco szlachetną (a ona wiedziała, że to nie-uważanie to po prostu rasizm). Bojkotowała nagrody Grammy lub pojawiała się na nich z wymalowanym na głowie logo Public Enemy, gdy przemysł muzyczny dyskryminował Czarnych raperów (np. zgodził się przyznawać im Grammy, ale poza telewizyjną transmisją). W późniejszych latach przyłączyła się do kulturalnego bojkotu Izraela i nosiła publicznie kefiję na znak solidarności z Palestyńczykami. Tego wszystkiego razem nie da się zredukować do żadnego nurtu mnożenia partykularyzmów właściwego dla współczesnego „idpolowego” cyrku. Nawet jej zbliżenie z islamem można rozumieć jako gest solidarności politycznej, gdy pamiętamy, że muzułmanie są dzisiaj, na pewno w większej części Europy, ofiarami i celem najbardziej systemowego rasizmu.

I nigdy chyba nie narzekała na niedobór terapii; opowiadała raczej o tym, ile lat spędziła pod opieką psychiatryczną. Był szpital, który wspominała z czułością, jako miejsce, któremu zawdzięcza życie. Byli „lekarze”, których wspominała jako część aparatu przemocy, który szukał właściwego miejsca dla niebezpiecznej dziwaczki (na podstawie „diagnoz” wystawianych przez media). Pisała do socjalistycznych tytułów, m. in. o tym, że to z ludźmi, którzy nie mają z funkcjonowaniem w tak chorym społeczeństwie większego problemu, jest coś nie tak, a nie z tymi, którzy w nim doświadczają psychicznego cierpienia. Problematykę zdrowia psychicznego rozumiała więc par excellence politycznie, à la Mark Fisher, a nie tak, jak tego chce współczesna kultura nieustannej terapii i pieszczenia ego.

Sinéad nie potrzebowała jeszcze więcej terapii, jeszcze więcej „opieki psychiatrycznej” – jeszcze więcej niż doświadczyła, czego były całe lata. Sinéad, jak wszyscy ludzie, którzy naprawdę posiadają sumienie, takie sięgające poza długość własnego nosa, potrzebowała choć trochę lepszego, sprawiedliwszego świata – albo chociaż świata, który czynem chciałby stać się trochę lepszy.

Świat ów mógł był zacząć od jakiejś formy rekompensaty za brutalną banicję na margines, na jaką – z nagłych, niespodziewanych i krótkotrwałych wyżyn swojej kariery na przełomie lat 80. i 90. XX wieku – została zesłana dosłownie parę lat później. Bo miała czelność mieć zdanie i jaja, by mu dawać wyraz. Świat ów mógł był jej zwrócić, co się jej należało, nie czekając, aż umrze, z dowodami uznania i słowami „miałaś rację, od początku”.

*

Sinéad padła ofiarą władców showbizu, pomimo ogromnej popularności, co dowodzi, że mało komu popularność daje aż taką siłę, żeby nie groziła mu polityczna cenzura, i to przy wszystkich pozorach funkcjonującej liberalnej demokracji. Ale była też Sinéad poniekąd ofiarą lewicy swoich czasów. Albo co najmniej symptomem tej lewicy kolapsu.

Lewicy, która po implozji realnej alternatywy dla kapitalizmu (wraz z upadkiem ZSRR i „bloku wschodniego”), zrezygnowała z projektów budowy lepszego, innego świata, przejmując często, jak europejskie socjaldemokracje i „postkomuniści”, od prawicy zadanie dokończenia, a potem administrowania globalnym triumfem neoliberalizmu, aż do utraty resztek legitymizacji w swoich społeczeństwach. Sinéad była zbyt ze status quo niepogodzona, zbyt świadoma, że historia nie może się po prostu skończyć w taki sposób, w jaki kazały nam wtedy w Europie wierzyć także neoliberalne „lewice”. Twórcom – ale też wszystkim ludziom – takim jak ona, kultura neoliberalizmu triumfującego pozostawiała tylko ślepe uliczki i wentyle bezpieczeństwa: wewnętrzne poszukiwania „duchowe”, celebracje różnicy i tożsamości, medykalizację mentalnego cierpienia, indywidualne terapie, metkę dziwactwa, objęcia religii.

*

Kiedy nam wszędzie z uporem przypominają gest Sinéad ze zdjęciem Jana Pawła II, nie traćmy pewnych rzeczy z pola widzenia. To, że w tej sprawie (przemocy seksualnej wobec dzieci w Kościele katolickim) rację przyznają Sinéad dzisiaj nawet te instytucje, które w 1992 skazywały ją na banicję, znaczy tyle, że Kościół tę kampanię w międzyczasie przegrał. W końcu nawet w Polsce memy o „rzułtym” stanowią dziś największy i póki co nie do zdarcia nurt tego gatunku internetowej twórczości. Ale też – to nie Kościół rządzi dziś światem, tylko prawdziwie wielki, ponadnarodowy biznes, a ten być może (patrząc globalnie) nie potrzebuje Kościoła aż tak bardzo, a przynajmniej nie potrzebuje za wszelką cenę bronić jego publicznej nietykalności. Jednocześnie to, jak łatwo i bezpiecznie można dzisiaj (w większości Europy i Ameryki) jechać sobie po Kościele, kontrastuje z tym, że inne instancje, ośrodki i osie władzy, konfrontacji z którymi Sinéad się nie bała, są dzisiaj tak samo, jeżeli nie jeszcze bardziej poza dopuszczalną krytyką. Wystarczy spojrzeć na to, co się stało z dyskursem o Imperium Amerykańskim i jego zbrojnym przedłużeniu w postaci Sojuszu Północnoatlantyckiego; albo: co się dzieje z tymi, którzy mają wciąż odwagę Imperium Amerykańskie naprawdę krytykować (jak Julian Assange).

Być może po to aż tak bardzo przypominają nam tę sprawę ze zdjęciem papieża, żebyśmy zapomnieli o całej reszcie. Byśmy więc zapomnieli również sztukę globalnego, systemowego rozumienia struktur władzy, mechanizmów przemocy i osi opresji, a zamiast tego grzęźli dalej we właściwym współczesnej polityce tożsamości mnożeniu partykularyzmów i napuszczaniu ich na siebie nawzajem.

Jednocześnie wykolejona do dziś lewica wyrywa się czasem na prymusa w legitymizowaniu władzy cenzurowania naszych społecznych konwersacji powierzanej w sposób coraz bardziej otwarty i wszechstronny współczesnym wcieleniom korporacyjnych monopoli komunikacyjnych, które kiedyś tak skutecznie ocenzurowały nawet osobę tak popularną jak Sinéad – że niby tym razem użyją tej władzy nie we własnym interesie, ale po to, żeby nas wszystkich obronić (przed „populizmem”, „dezinformacją”, „teoriami spiskowymi”, itd.).

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze.