Brzydkie słowo: Rasa

Popularne „definicje” rasizmu idą najczęściej mniej więcej tak: wrogość, niechęć, uprzedzenia lub nietolerancja wobec ludzi innej rasy. Niestety, takie „definicje” same w sobie są już rasistowskie. Rasizm nie zaczyna się bowiem od „nie-lubienia” ludzi „innej rasy”. Rasizm zaczyna się od zgody z tezą, że w ogóle istnieją ludzie „innej rasy”. Że ludzie dzielą się na „rasy”.

Nie, ludzie nie dzielą się na żadne „rasy”.

Rasy nie istnieją

Zawsze rozbraja mnie opór, z jakim spotykają się te nienowe przecież wiadomości. „Chcesz powiedzieć, że ludzie nie mają różnych kolorów skóry?” Oczywiście, że miewają, podobnie jak różne kolory oczu i włosów, różny wzrost, i rozmiary uszu czy nosa. Żadna z tych cech nie dowodzi istnienia „rasy” – po prostu ludzie się różnią różnymi cechami, nawet ludzie blisko z sobą spokrewnieni, i wybór poziomu pigmentacji skóry jako głównego wyznacznika podziału na „rasy”, jest równie arbitralny, co gdyby to czynić na podstawie koloru oczu lub struktury włosów. Arbitralny, choć nieprzypadkowy – istnieją ekonomiczne i polityczne powody, dla których wybór padł na kolor skóry; będzie o tym dalej.

Antropologiczna „teoria ras” i kategorie „ras” ludzkich opierają się na wyobrażeniu, że ludzkość dzieli się na w miarę odseparowane bloki, wielkie populacyjne segmenty – w taki sposób, że w ramach jednego segmentu ludzie mają z sobą więcej cech (genetycznie) wspólnych niż z przedstawicielami innych takich segmentów i że ludzi z jednego takiego bloku dzieli mniej więcej ten sam dystans od przedstawicieli innego z tych bloków. Że ciemna skóra wiąże się genetycznie z czarnymi oczami, szerokim nosem i kręconymi włosami, „żółta” skóra ze „skośnymi” oczami i prostymi włosami, i tak dalej. Polska Wikipedia po dziś dzień (dwie dekady w XXI wiek!) do tych prostych włosów „człowieka odmiany żółtej” dodaje niby opisowy przymiotnik „przetłuszczone”. Polska Wikipedia wstydzi się już samego słowa „rasa”, dla niepoznaki zasłaniając ten sam fikcyjny desygnat ściemą w postaci „odmiany”, ale nie wstydzi się opisywać kilku miliardów ludzi, że ich cechą charakterystyczną, a więc wyróżniającą ich na tle reszty, są „przetłuszczone włosy”.

Dziwna wytrwałość, z jaką ten przecież tylko pozornie „opisowy” przymiotnik wisi przez lata w „encyklopedycznej” „definicji”, ujawnia prawdziwą intencję podziałów na „rasy” (pardon, w Wikipedii: „odmiany”). Opis opisem, ale wartościujące szydło wychodzi z worka niemal zawsze, gdy tylko pozwolić grafomanowi dziergającemu taką „definicję” wyjść poza jedno zdanie.

Melanina

Badania genetyczne ludzkich populacji wykazały tymczasem, że Afrykańczycy są najbardziej zróżnicowani genetycznie ze wszystkich ludzkich populacji. Między Czarnymi pochodzącymi z różnych części Afryki jest więcej różnic genetycznych niż między przedstawicielami wszystkich pozostałych ludzkich populacji – razem wziętych. Afryka jest domem i Pigmejów, i dwumetrowych Masajów. Pomysł, że mają oni z sobą wyjątkowo wiele wspólnego, i tyle samo jednych i drugich różni od Europejczyków, tylko ze względu na wspólnotę podobnego koloru skóry, jest tyleż arbitralny, co czysto ideologiczny. Podobnie jak sama linia podziału na ten „biały”, „czarny” i „żółty” kolor skóry.

Barwy ludzkiej skóry to szerokie i zróżnicowane spektrum, a w kombinacji z innymi cechami morfologicznymi po prostu mozaika, w której pomiędzy „białym”, „żółtym” i „czarnym” jest wiele odcieni pośrednich i kombinacji, a wyznaczanie pomiędzy nimi linii podziału na „rasowe” bloki jest wyborem ideologicznym, a nie obiektywną, naukową taksonomią. Ludzie nigdy nie żyli w odseparowanych na wieki blokach, mieszaliśmy się nie tylko między sobą, ale nawet z neandertalczykami i denisowianami, którzy byli innymi (pod)gatunkami hominidów.

Tak jak przeciętny Portugalczyk ma nieco inny kolor skóry niż przeciętny Norweg czy Fin, w różnych częściach Afryki ludzie mają jeszcze bardziej zróżnicowany poziom pigmentacji skóry, w Afryce Wschodniej wcale nie mają szerokich nosów, i tak dalej.  W Azji, nawet w granicach poszczególnych azjatyckich państw, ludzie mają bardzo zróżnicowane kolory skóry. W Chinach i Japonii od bardzo, bardzo jasnego po – pozwólmy sobie na odrobinę poezji – „brzoskwiniowy”. Dlatego wszystkie artykulacje „teorii ras” zawsze w końcu wysiadają, gdy pytać je o bardziej precyzyjne konkrety. Dlatego teoretycy „rasy” ciągle musieli tę swoją teorię wymyślać na nowo, i dorabiać do niej wykręty, przypisy i uniki.

Co z Arabami, których większość ani nie jest specjalnie ciemniejszej od Europejczyków karnacji, ani nie ma „skośnych” oczu, tylko częściej (ale nie zawsze) mają czarne włosy (ale niekoniecznie proste)? Co z mieszkańcami Indii? Niby Azja, a więc powinna być „rasa żółta”, ale co z tym kształtem oczu, co z faktem, że na południu subkontynentu ludzie miewają kolor skóry ciemniejszy niż w wielu częściach Afryki? A jednocześnie mają proste włosy, szerokich nosów – raczej nie. A australijscy Aborygeni? Jak spójnie powiązać ich kolor skóry z Afrykańczykami, od których przez dziesiątki tysiącleci, jak nie więcej, byli tak doskonale odseparowani? I tak dalej. (Teoretycy „rasy” o najbardziej „aptekarskim” usposobieniu próbowali na to odpowiedzieć doliczaniem się nawet ponad sześćdziesięciu „ras”.)

Pamiętam tę lekcję na biologii w późnej podstawówce (chodziło się do niej wtedy jeszcze do piętnastego roku życia). Próbowałem niezdarnie kilka z tych pytań sformułować. Nauczycielka nie miała odpowiedzi, ściemniała, że niby są niuanse, jakieś niewyjaśnione jeszcze problemy, jak gdyby chodziło o temat, na który wciąż toczy się jakiś nierozstrzygnięty, zagorzały spór naukowy. Już wtedy jednak „teoria ras” była naukowo skompromitowana! Kilka lat później ta sama nauczycielka tę samą skompromitowaną teorię wkładała wciąż wytrwale do głów klasie mojego najmłodszego brata, a ja znowu słyszałem te same farmazony na geografii w liceum.

Do podziału na „rasy” – „białą”, „czarną” i „żółtą” – przyzwyczajeni jesteśmy dlatego, że jesteśmy do niego tresowani przez rasistowską kulturę. Od kilkuset lat – od dawna, ale wcale nie od zawsze.

Święty Augustyn był Czarny

Święty Augustyn był Afrykańczykiem. Hannibal był Afrykańczykiem. Północny pas kontynentu afrykańskiego, z którego pochodzili, już w starożytności był zróżnicowany pod względem ludzkich fenotypów (bo był kłębowiskiem różnych ludów), ale było jeszcze długo przed arabskim podbojem, co znaczy, że ciemne kolory skóry były z całą pewnością znacznie, znacznie bardziej powszechne niż w późniejszych stuleciach. A jednak – believe it or not – nikt nie jest dzisiaj w stanie odpowiedzieć z dowodami w ręku na pytanie, jakiego koloru skóry był Hannibal, jakiego był Augustyn.

Postacie nigdy przez historię nie zapomniane, nawet na chwilę; jeden – człowiek, który zapędził stracha Rzymowi; drugi – jeden z ojców doktryny wielkiej, uniwersalistycznej religii, która nigdy nie zeszła ze sceny dziejów. Wszelkie prawdopodobieństwo wskazuje, że obaj byli „Czarni”, albo co najmniej „brązowi”, a jednak nie ma na to ani jednego dowodu. Podobnie jak na to, że nie byli. Jak to możliwe, że żadne źródło historyczne z ich czasów nie zająkuje się nawet na ten temat?

Ano tak, że dla ówczesnych ludzi to w ogóle nie był temat. Kolor skóry nie odgrywał roli tożsamościowej, nie był parametrem w określaniu i rozumieniu czyjejkolwiek tożsamości, w odpowiedzi na pytanie „kim jesteś?”. Nikt tego nie zanotował, bo w tamtych czasach najdosłowniej nikt nie zwracał na ten parametr uwagi na tyle, by go zanotować, by go uznać za wart zanotowania.

W postrzeganiu tej cechy jako istotnego parametru tożsamościowego nie ma nic naturalnego. Kiedy więc zaczęto zwracać na to uwagę? Kto – i dlaczego?

500

No więc: proces zaczyna się około pięciuset lat temu. To nie jest wcale przypadek, że mniej więcej wtedy, kiedy w Europie rodzi się powoli, lecz zdecydowanie, nowy system społeczny, ekonomiczny i polityczny, od swych narodzin powiązany z kolonialną ekspansją: kapitalizm.

Frantz Fanon: „Nie ma rasizmu bez kapitalizmu, ani kapitalizmu bez rasizmu”. Rasizm jest pierwszą i główną ideologią kapitalizmu, nierozerwalnie z nim splecioną od jego narodzin jako systemu o globalnych ambicjach wyrażających się w ekspansji kolonialnej.

Ale tak samo jak kapitalizm rodził się drobnymi krokami (zalążki racjonalności kapitalistycznej w rodach kupieckich i bankierskich daleko w średniowieczu), zanim wyklarował właściwe sobie struktury dominacji, które pozostały z nami do dzisiaj, tak samo sprzężony z nimi rasizm musiał wykonać kilka eksperymentów, zanim wynalazł swój najważniejszy, najbardziej dominujący wariant.

Trochę wyżej było, że prawdziwe intencje autorów definicji ludzkich „ras” wychodzą, kiedy pozwolimy im rozpisać się na więcej niż jedno zdanie. Zaraz dostaniemy jakieś „przetłuszczone włosy”. Kiedy pozwolimy im na więcej niż dwa zdania, łatwo możemy się przekonać, że chodzi im o wiązanie między sobą więcej niż tylko fizycznych cech, o naturalizację cech i praktyk kulturowych. Że Żydzi są dobrzy w liczeniu (zwłaszcza pieniędzy). Że Czarni są muzykalni. Że Arabowie są fanatykami. Że Włosi są dobrzy w kuchni i w łóżku.

Otóż rasizm rodzi się w Europie (najpierw w Hiszpanii) pod koniec XV wieku, ale nie od razu na linii podziałów w kolorach skóry. Ten wynalazek rasizm też musi dopiero wymyślić, metodą prób i błędów, w odpowiedzi na społeczne wstrząsy, które przynosił podbój Starego i Nowego Świata przez zasadę akumulacji kapitału.

Najpierw wskazuje Żydów i muzułmanów/Maurów (tak naprawdę potomków Żydów i Maurów). Rasizm rodzi się, gdy w sferze wyobrażeń o ludzkich tożsamościach następuje zrośnięcie się cech biologicznych, dziedzicznych, fenotypowych z praktykami kulturowymi. A także z pomysłem, że te praktyki kulturowe są cechami tak samo dziedzicznymi, czyli nie ma różnicy między nimi a cechami przyrodzonymi. Kolor oczu, kształt nosa i praktyki religijne czy żywieniowe stają się nagle fenomenami z tego samego porządku, niezmywalnymi nawet w kolejnych pokoleniach. Jeżeli twój dziadek był Żydem lub Maurem, był obrzezany, praktykował tych kilka obrzędów i nie jadł wieprzowiny, to fakt, że twój ojciec i matka zostali ochrzczeni i nigdy nie przekazali ci niczego z religii twojego dziadka, niczego nie jest w stanie zmienić.

To stricte nowożytny/nowoczesny wynalazek, że możesz być – nawet religijnie – na zawsze tylko tym, czym byli twoi przodkowie, nawet jeśli nic o tym nie wiesz.

Rasizm rodzi się więc najpierw w królestwach iberyjskich, tych, które pierwsze dokonują dzieła podboju nowych rynków, który to podbój i wynikająca z niego grabież złota sfinansuje kolejne etapy rozwoju kapitalizmu. Natomiast słowo „rasa” rodzi się tam, gdzie nadwyżka tego złota zaczyna szybko trafiać i się koncentrować – w Italii. Po włosku jest to „razza”. Z włoskiego słowo trafia do języków innych rodzących się mocarstw kolonialnych – Francji, Anglii (tam ląduje ok. r. 1580).

Przednowoczesność, nowoczesność

W epokach przednowoczesnych – w starożytności, w średniowieczu – ludzie bywali prześladowani za to, kim są. Jakkolwiek okrutne by to nie było, mieli przynajmniej jedną drogę ucieczki: przez konwersję, a więc przyjęcie nowej tożsamości, gest odrzucenia starej. Mogli powiedzieć, że wypierają się chrześcijaństwa, islamu, judaizmu, albo na nie przechodzą (tak, nawet na judaizm, wbrew potocznym wyobrażeniom). Ten wybór oznaczał dla nich często przykrości, ale i dalsze życie i spokój od prześladowań.

Tym się właśnie od przednowoczesnych form ksenofobii różni rasizm, który rodzi się w królestwach iberyjskich pod koniec XV wieku, gdy hiszpańskie i portugalskie podboje otwierają epokę ekspansji kapitalistycznej. Nagle okazuje się, że rodziny od dwóch czy trzech pokoleń katolickie nie mogą z siebie zmyć śladów kultury swoich przodków, odtąd na zawsze wpisanych w ich ciała i lineaże. Padają ofiarą prześladowań, pogromów i wypędzeń.

Pigmentacja skóry staje się decydującym czynnikiem, na długo i dla wielu de facto synonimem „rasy”, później, na kolejnych etapach tego procesu, procesu, w toku którego kapitalizm poszukuje najlepszego wehikułu rozporządzania ludzkimi populacjami na skalę odpowiadającą jego ekspansywnym ambicjom – globalnie.

Kiedy jedynym sposobem spłacenia europejskich wojen okazuje się drenaż bogactw „nowych” lądów, a wyciskanie z tych zagrabionych lądów surplusu wymaga siły roboczej, która z własnej woli wcale nie chce w tym brać udziału i można ją pozyskać wyłącznie przemocą i przymusem, bez pytania o zdanie.

Elizabetth Catlett: In Harriet Tubman I Helped Hundreds to Freedom
Elizabeth Catlett, In Harriet Tubman I Helped Hundreds to Freedom

Robienie rasy

Blackburn w swojej monumentalnej historii kolonialnego niewolnictwa zauważa, że wybór koloru skóry jako tej najważniejszej cechy jest wypadkową znaczenia niewolnictwa jako fundamentu rodzącego się systemu kapitalistycznego. Skali niewolnictwa jako globalnego fenomenu ekonomicznego. Niewolnicza siła robocza staje się tak kluczowym składnikiem ekspansji kapitalizmu, tak szybko rozrasta się w fenomen wyżynający miliony ludzi, że ta masowość wymaga wyjątkowo łatwego, masowego parametru identyfikacji. Żeby jeden rzut oka na człowieka pozwolił ocenić, że to najprawdopodobniej niewolnik (chyba, że potrafi udowodnić coś innego). To wtedy zaczynamy być tresowani do zwracania tak wielkiej uwagi na kolor skóry i traktowania jej jako pierwszego filtra, przez który z ciał, które spotykamy, czytamy ich społeczną tożsamość i pozycję.

To proces, nie moment. W hiszpańskich koloniach w obu Amerykach próbuje się najpierw zniewolić miejscowych – oni się jednak nie dają (na własnym terenie – wiedzą, dokąd uciekać, gdzie się bić, a nawet wymyślają jakieś El Dorado, żeby Europejczycy sami pogubili się po górach i lasach w jego poszukiwaniu) lub umierają od przyniesionych przez Europejczyków, nieznanym ich systemom immunologicznym chorób. Prawdziwi chrześcijanie (bez ironii, jak Las Casas) próbują ich bronić przed europejskimi instancjami władzy. Jak w Hiszpańskim procesie, który wieki temu widziałem w cyklu „Teatr Telewizji na Świecie”, sugeruje Carrière – ich wysiłki prowadzą ostatecznie tylko do przekierowania europejskich poszukiwań taniej, pozbawionej wolności siły roboczej gdzie indziej. Tam, skąd Portugalczycy już zaczęli porywać ludzi.

W angielskich koloniach w Ameryce Północnej występują początkowo formy pracy niewolnej obejmujące osoby różnych kolorów skóry i pochodzenia. Również biali przybysze z Anglii i innych wysp są nierzadko de facto niewolni, choć na innych podstawach prawnych – zobowiązani spłacić dług lub odbyć zasądzoną karę. Jeszcze w XVII wieku angielski dyskurs kolonialny mówi o Irlandczykach jak o podrzędnej „rasie”, Cromwell sprzedaje pokonanych w walce Irlandczyków i ich dzieci do pracy na plantacjach trzciny cukrowej na Karaibach. Ludzie na najsłabszych ekonomicznie pozycjach w angielskich koloniach (niewolni, niewolnicy, robotnicy rolni bez własnej ziemi) łączą się w spontanicznych praktykach solidarności opartych na trafnie rozpoznanej wspólnocie interesu, bez względu na to, czy oni lub ich rodzice przybyli z Europy lub przywiezieni zostali z Afryki.

W pierwszej połowie XVII wieku obydwa rodzaje pozbawionych wolności robotników w koloniach północnoamerykańskich – ci o europejskich i ci o afrykańskich korzeniach – cieszą się jeszcze nieco większymi prawami niż czarni niewolnicy plantacyjni w następnych dwóch stuleciach. Sytuacja prawna jednych i drugich różni się formalnie, choć faktycznie znacznie mniej.

Niewolnicy afrykańskiego pochodzenia nie mają możliwości uzyskania kiedykolwiek wolności, są niewolnikami do śmierci i po śmierci, tzn. przekazują tę kondycję ewentualnym potomkom. Europejscy pracownicy niewolni mają do odpracowania konkretną ilość czasu (7 lat), po którym należało im się uposażenie – zwykle w postaci kawałka ziemi. Potomków, którym mogliby jakikolwiek status przekazać długo większość z nich nie ma, bo w koloniach brakuje kobiet. Ich wyzyskiwacze uciekają się do różnych prawnych sztuczek, żeby okres ich pracy przymusowej wydłużyć lub nie wydać im na koniec należnego im uposażenia. Jak długo jednak większość z nich, w skutek warunków życia w kolonii i stopy wyzysku na uprawach, nie dożywa nawet tego momentu, z punktu widzenia kolonialnych elit żyjących z eksploatacji ich pracy, różnice te nie pociągają za sobą większych konsekwencji praktycznych.

Dopiero, kiedy „nowy” ląd opanowany zostaje na tyle, że jakość życia nieco się poprawia i (niektórzy, europejscy) niewolni zaczynają dożywać kresu niewoli, pojawia się motywacja, by sprowadzać więcej niewolników permanentnych, w tym także bezpośrednio z Afryki, zamiast, jak dotąd, z drugiej ręki, z Karaibów. Jednocześnie pojawia się kategoria byłych niewolnych, dziś formalnie wolnych, ale biednych, często oszukanych, którzy na koniec wyroku nie doczekali się spodziewanego uposażenia czy to w formie ziemi czy pieniądza.  

Przełomowe wydarzenie to tzw. Rebelia Bacona w kolonii Virginia; wybucha w 1676, ciągnie się do następnego roku. To w jej następstwie wstrząśnięte kolonialne klasy panujące całej Ameryki Północnej przed-się-biorą naprawdę aktywnie wielki projekt polityczny, projekt wytworzenia nowego bytu tożsamościowego: „rasy białej”. Jego zadanie: zapobiec rebeliom w przyszłości, uniemożliwić solidarną wspólnotę interesów (siły pod przywództwem Nathaniela Bacona połączyły nędzarzy i wyzyskiwanych pochodzenia europejskiego i afrykańskiego, wolnych i niewolnych). Napuścić jednych na drugich. Wmówić części z nich, że za sprawą niskiego poziomu melaniny dzielą jakąś quasi-mityczną, wspólną, wyższą tożsamość ze swoimi wyzyskiwaczami, ważniejszą niż wspólnotę interesu z ludźmi innych kolorów, a w podobnym ekonomicznie położeniu. Rzucić wyzyskiwanym europejskiego pochodzenia kilka ochłapów (jak prawo do noszenia broni), ażeby rozkosz oferowana przez poczucie przewagi nad Czarnymi zasysała ich frustrację wynikającą z ucisku, którego sami też przecież doświadczają.

„Rasa” jako kategoria w naszym, ludzkim myśleniu o sobie nawzajem i o nas samych nie pojawia się więc, by opisać jakąś istniejącą – naturalną, biologiczną – rzeczywistość, ale po to, by ją stworzyć. By ją stworzyć jako rzeczywistość społeczną i jako narzędzie utrzymywania struktur władzy ekonomicznej. Jako narzędzie wyzysku, tworzenia mas ludzi politycznie bezsilnych, których siłę fizyczną wyciska się w procesach bezlitosnej eksploatacji ekonomicznej lub po prostu grabieży.

Dlatego mimo pozornie wiecznotrwałego podziału według „kolorów skóry”, „rasa” przez minionych pięćset lat jest kategorią niezmiennie i niewyczerpanie dynamiczną, nieustannie poszukującą sposobów dostosowania się zmieniających się stosunków władzy – w skali globalnej, imperialnej, w skali całego kapitalistycznego systemu-świata, jak i w skali poszczególnych społeczeństw w ramach tego systemu. Dlatego pod koniec XIX wieku w Stanach Zjednoczonych o Irlandczykach znów mówi się jako o odrębnej „rasie”, to samo o Włochach i Słowianach. Jakoby mamy różne „wrodzone”, „naturalne” predyspozycje, jeśli chodzi o to, do jakiej pracy się nadajemy. Dlatego w XX wieku do statusu „rasy” w tych dyskursach „awansują” muzułmanie i/lub Arabowie.

Tylko słowo, które nic prawdziwego nie znaczy, może być aż tak plastyczne.

O, a wiesz, że źródła całego nowoczesnego „naukowego zarządzania personelem” tkwią w prasie wydawanej przez amerykańskich plantatorów bawełny i tytoniu, właścicieli niewolników? Nie bez związku.

„Rasa nie istnieje, ale zabija”

„Rasa” nie istnieje w tym sensie, że nie opisuje żadnego realnego bytu biologicznego. W ludzkiej biologii nie ma niczego takiego. A jednak zabija, jak najbardziej realnie, bo polityczny projekt, który ją wytworzył jako społeczną relację władzy o globalnym zasięgu, jest śmiercionośny i to na masową skalę. Nie można o niej nie mówić, bo nie można nie mówić o czymś, co od pięciuset lat zabija, i to miliony ludzi. Nie można jednocześnie mówić tak, żeby dokładać swoje do utrwalania tego z gruntu fałszywego konstruktu, do podtrzymywania jego władzy nad ludzkim życiem – poprzez pomnażanie użytkowania wyjątkowo szkodliwego słowa, tak jakby nazywało jakiś byt prawdziwy.

Najlepiej byłoby ją wymazać z języka, ale w obliczu władzy, jaką wciąż nad nami sprawuje, byłoby to najzwyczajniej unikaniem konfrontacji z wyjątkowo niebezpieczną zmorą. Trzeba więc mówić – ale mając się na baczności. Mówić tak, by zawsze podważać jej – kategorii „rasy” – prawomocność. Nie przepuścić żadnej okazji, by zakwestionować jej podstawność, podważyć, ośmieszyć, zdystansować się od jej pretensji do nazywania bytów w jakikolwiek sposób realnych. Osobiście opowiadam się za sposobem, który sam w niniejszym tekście praktykuję. Zawsze w cudzysłowie – jak cytat z języka innych ludzi, języka, któremu nie wierzę – nigdy nie przepuszczając podkreślenia jej całkowicie sztucznego charakteru.    

Proponowana literatura:

  • Theodore W. Allen, The Invention of the White Race.
  • Étienne Balibar, Immanuel Wallerstein, Râce, nation, classe: identités ambigües.
  • Robin Blackburn, The Making of New World Slavery: From the Baroque to the Modern, 1492-1800.
  • Robin Blackburn, The Overthrow of Colonial Slavery: 1776-1848.
  • Karen E. Fields, Barbara J. Fields, Racecraft: The Soul of Inequality in American Life.
  • David R. Roediger, Class, Race, and Marxism.
  • J. Craig Venter, A Life Decoded: My Genome, My Life.   

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Chcesz e-booka z moim (długim) opowiadaniem?

Wirusy i chińskie smoki

Prasa na całym świecie donosi o brutalnych aktach rasizmu wymierzonych w osoby chińskiego (lub innego azjatyckiego) pochodzenia w histerycznej reakcji na epidemię nowego koronawirusa. W erupcjach irracjonalnej nienawiści manifestuje się nie tylko ta konkretna psychoza – stanowią one także kolejny epizod znacznie dłuższej sekwencji, w której Chiny i ich zniekształcany wizerunek obsługują różne ideologiczne „potrzeby” zachodnich mocarstw i euroatlantyckich populacji skołowanych stanem swoich własnych systemów politycznych.

Kolejne wątki i epizody tej niekończącej się opowieści wciąż wyciągają zużyte rekwizyty starych porządków kolonialnego rasizmu i zimnowojennego antykomunizmu (w którym Pekin przejął rolę Moskwy). Orientalny despotyzm, komunistyczne okrucieństwo, jedzenie nietoperzy.

Czytaj dalej

Brexit, wybory i walka klas panujących

[Tekst ukazał się na portalu Strajk.eu 15 stycznia 2020.]

Jednym z najważniejszych wydarzeń minionego, 2019 roku były grudniowe wybory parlamentarne w Wielkiej Brytanii. Partia Pracy, pod przewodnictwem jej najbardziej lewicowego przewodniczącego w historii, Jeremy’ego Corbyna, poniosła wielką porażkę. Oddała pole odbite torysom dwa lata temu – i znacznie, znacznie więcej. Nawet swoje tradycyjne bastiony. 60 miejsc mniej niż w poprzednich wyborach. Było to jedno z najważniejszych wydarzeń politycznych minionego roku, bo jego reperkusje sięgną daleko poza granice tego jednego państwa.

Labour Party jest dziś największą partią polityczną w Europie – i niemal ostatnią z tradycyjnych socjaldemokracji, która przez kilka lat wydawała się przełamywać zaklęty krąg stagnacji, marginalizacji, a nawet degeneracji, w jakim partie o podobnym profilu i historii zamknęły się na całym kontynencie wskutek najpierw ukąszenia neoliberalizmem, a potem kryzysu finansowego 2008 roku. Lewica w całej Europie patrzyła na Labour z nadzieją – i jako na lekcję, jak inną politykę uczynić możliwą w ramach tradycyjnego systemu partyjnego. Wynik zeszłorocznych brytyjskich wyborów najprawdopodobniej otworzy teraz nową sekwencję wielkich, spektakularnych zwycięstw prawicy po obydwu stronach Atlantyku.

Przewaga uzyskana przez torysów okazała się większa niż przewidywały najbardziej nieprzychylne Labour sondaże i media. Wyniki stanęły w poprzek trendów notowanych w ostatnich tygodniach przed wyborami, kiedy to różnica między Partią Pracy a Partią Konserwatywną wydawała się kurczyć raczej niż rosnąć, a dodatkowo fakt, że w ostatnich latach sondaże cechowało raczej niedoszacowanie Labour, dawał nadzieję na wynik powyżej przewidywań sondażowni. Przewagę torysów powiększył jeszcze zniekształcający proporcje brytyjski system jednomandatowych okręgów wyborczych. 43,4% głosów dały im 56% miejsc w westminsterskich ławach i większość 80 głosów.

Czytaj dalej

Mit Zachodu – na lewicy

Jest to jedna z cech charakterystycznych polskiej polityki: każda opcja polityczna ma swój własny mit Zachodu, splot wyobrażeń na jego temat i jego „wiodącą ideę”, którymi straszy, uwodzi, albo jedno i drugie.

Czytaj dalej

Brzydkie słowo: Pensja

OK, w przeciwieństwie do poprzednichBrzydkich słów”, które są złe znacznie bardziej obiektywnie, niewykluczone, że tym razem to jakaś moja osobista, subiektywna obsesja. Ale – nic nie poradzę. Nienawidzę słowa pensja, dostaję od niego piany na ustach. Pewnie nie udowodnię, że jest to najgłupsze słowo świata, ale może przynajmniej uda mi się wytłumaczyć przyczyny mojej tak silnej alergii. Jeżeli gdzieś się po prostu mylę albo czegoś nie rozumiem, to zapraszam do dyskusji na Facebooku.

Czytaj dalej

II wojna światowa, kapitalizm i zniszczenie

80 lat temu wybuchła II wojna światowa. Wczoraj była rocznica jednej z umownych dat tego początku – umownych, bo w Azji wojna już dawno się toczyła.

Kiedy rozmawiamy o dynamice procesów, które doprowadziły do największej katastrofy XX wieku, zbyt często ograniczamy się wyłącznie do refleksji o eksplozji autorytaryzmów i agresywnych ideologii, nacjonalistycznych i rasistowskich, które swoje zwieńczenie znalazły w faszyzmach europejskich i japońskim, by te następnie podążały zgodnie z własną wewnętrzną logiką aż do podpalenia świata. Piszę „ograniczamy”, bo zawężamy w ten sposób przedmiot refleksji do samych dyskursów politycznych, tak jakby „wydarzały się” one w jakiejś wolnej, autonomicznej sferze idei i tylko odbijały się na zewnątrz, w postaci konsekwencji w realnym świecie społecznym, kiedy już podbiją dostatecznie wyobraźnię społeczeństw.

Najbardziej trywialny trakt takich refleksji – jak piekło, wybrukowany oczywiście najlepszymi chęciami („ostrzegania przed powtórką z historii”) – to liberalne pojękiwania o tolerancji i nietolerancji, o „zamykaniu się” i „otwieraniu”, o nacjonalizmie ale w oderwaniu od funkcji ekonomicznych, jakie pełni (jako wyłącznie irracjonalnej niechęci do nie-swoich), o autorytaryzmie jako problemie raczej psychologicznym (nawet jeśli zbiorowym), oderwanym od materialnych sił rządzącym kapitalizmem jako systemem ekonomicznym. W Polsce jednak „analizy” na poziomie naiwnego liberalizmu powtarzane są także na lewicy, zdarzają się nawet komentatorom określającym się czasem w celach polemicznych jako marksiści.

Czytaj dalej

Brzydkie słowo: Mulat

O tym brzydkim słowie przypomniała mi rozmowa na Facebooku. Do spisania w końcu sprowokowanych przez nią przemyśleń zmobilizowała mnie w końcu czterechsetna rocznica narodzin niewolnictwa w angielskich koloniach w Ameryce Północnej, które potem stały się Stanami Zjednoczonymi. W sierpniu 1619 do wybrzeży Virginii przybił pierwszy statek z niewolnikami z Afryki.

Z dala od Polski, rzadko tam bywając, czasem zapominam, jak opłakany jest stan współczesnego języka polskiego, w jego wersji powszechnie używanej – wszędzie tam, gdzie zadaniem jest opis dynamicznej rzeczywistości politycznej, społecznej, kulturowej. Rzuciłem bowiem w stronę moich fejsbókowych znajomych pytaniem, kiedy się dowiedzieli, że Puszkin był Czarny. Prawdę mówiąc byłem ciekaw, czy moja ignorancja (dowiedziałem się od pewnego rosyjskiego przyjaciela, najdalej trzy lata temu) była w tej materii wyjątkowa. To samo miałem z Alexandre’em Dumasem – choć jako nastolatek przeczytałem wszystko spod jego pióra, co znalazłem w moich bibliotekach w Dąbrowie Górniczej, tego, że był Czarny, dowiedziałem się dopiero z ust Christopha Waltza w Django Unchained Quentina Tarantino. No więc, wracając do Puszkina, dowiedziałem się, że nie tylko ja. O Puszkinie wiedziało właściwie tylko kilka osób albo bardzo oczytanych, bądź też od dawna lub kiedyś zafascynowanych jego twórczością. Wiele osób dowiedziało się o tym z mojego statusu.

Rozmowa miała kilka wątków, ale przemyślenia do spisania tutaj dotyczą głównie jednego. Usłyszałem (no, przeczytałem) kilka razy, że Puszkin nie był Czarny, bo miał tylko pradziadka z Etiopii (lub Erytrei). On i Dumas byli mulatami (czasem w formie pytania a nie twierdzenia). To, że w Polsce takie słowo przechodzi do dzisiaj przez usta/klawiaturę ludziom i wykształconym, i całkiem rozgarniętym politycznie (nawet o lewicowych poglądach), jakby było neutralnym, nieobciążonym terminem, wzięło mnie z zaskoczenia. Na emigracji od początku 2008 roku, od dawna spotykam się z nim tylko w książkach, i to albo starych, albo historycznych.

AleksanderPuszkin

Aleksander Puszkin

Czytaj dalej

A gdyby tak zakazać reklamy?

Odkąd Internet przetasował światowy rynek prasy, a potem innych mediów, każdego roku obserwujemy kolejne obroty błędnego koła postępującej tych mediów degrengolady.

Specjaliści od reklamy biją na swoich konferencjach i w swoich raportach na alarm, że wszystko, co robią, jest stopniowo coraz mniej skuteczne – ludzie stają na rzęsach, byle uniknąć, zeskrolować, przeskoczyć ich bzdury, za wszelką cenę w nic nie kliknąć, nagrać film bez reklam, itd.

Czytaj dalej

10 lat od upadku Lehman Brothers. Pierwsza dekada Wielkiej Recesji

Dziesięć lat temu, 15 września 2008 roku [tekst ukazał się pierowtnie 15 września 2018 na łamach Strajk.eu], upadł amerykański bank inwestycyjny Lehman Brothers. Chociaż kryzys finansowy warzył się powoli co najmniej od roku poprzedniego (w europejskich bankach wystawionych na ryzyko securities opartych na amerykańskich kredytach sub-prime), upadek Lehman Brothers bywa „używany” jako symboliczny początek obecnego wciąż trwającego kryzysu światowego, przez niektórych ekonomistów nazywanego Wielką Recesją lub Długą Depresją. Największe bankructwo ogłoszone kiedykolwiek w historii kapitalizmu było tym momentem, w którym kryzys z problemu, który jeszcze dzień wcześniej mógł być lekceważony jako zjawisko raczej „sektorowe” i „miejscowe”, rozlał się ostatecznie na cały świat, powodując krach bez porównania większy – jak dziś wiadomo – niż ten z roku 1929.

Paniczne reakcje rządów państw ścisłego centrum współczesnego kapitalizmu na efekt domina, który wywołało bankructwo Lehman Brothers (drukowanie kosmicznych ilości pieniądza przez Stany Zjednoczone i Wielką Brytanię, zanim władzy nie przejął David Cameron, nerwowe reakcje interwencyjne nawet ze strony ordoliberalnych Niemiec) popchnęły niejednego publicystę na polskiej lewicy do rychłego ogłoszenia, że w wielkim świecie skończył się właśnie neoliberalizm.

Powiedz to dzisiaj Grekom, Hiszpanom i Brytyjczykom, że 10 lat temu skończył się neoliberalizm.

Czytaj dalej

Niemożliwość Niderlandów

Tak więc znowu się przeniosłem, tym razem do Amsterdamu. Mieszkam w Holandii już prawie trzy miesiące.

Kiedy w Wielkiej Brytanii wyszedłem za mąż, Brexit happened. Kiedy przez osiem miesięcy mieszkałem w Barcelonie, wydarzył się zamach na La Rambli i referendum niepodległościowe z całym towarzyszącym mu kryzysem. Ciekawe, co się wydarzy w Holandii?

Ale to nie miało być o tym.

Przeniosłem się do Holandii, bo mój małżonek dostał pracę, na której mu zależało, lepszą niż mu kiedykolwiek zaoferowano w Londynie. Jest Brytyjczykiem, ale lata nieprzerwanych rządów torysów (i nie, to się wszystko nie zaczęło od Brexitu, to się zaczęło już za pierwszej kadencji Davida Camerona) zdewastowało gospodarkę do takiego stopnia, że poczucie niepewności i zawężania się pola możliwości, jest coraz bardziej wszechogarniające, chyba, że nie będąc skazanym na pracę pasożytujesz w finansach albo nieruchomościach. Kultura samej pracy jest coraz bardziej toksyczna, obserwują to wszyscy, jak kraj długi i szeroki, a cudzoziemca, czyli mnie, jeszcze bardziej przytłacza tam wrażenie, że każde kolejne poszukiwanie pracy czy próby jej zmienienia są, pomimo rosnącego doświadczenia, trudniejsze od poprzednich, warunki dostępu do coraz gorszych miejsc pracy coraz bardziej wyśrubowane. Barcelona w zeszłym roku była naszą pierwszą próbą wyrwania się z Tory Britain, ale mój mąż nie dostał tam pracy, na jakiej mu zależało.

Tak więc, odetchnąłem z ulgą.

Amsterdam (8)

Czytaj dalej