Coś dziwnego. Emily Thornberry i beduińska wioska

4 lipca wydarzyło się w Westminsterze coś dziwnego.

Jak pisał dopiero co Jerzy Szygiel, w przeciwieństwie do większości podobnych wydarzeń dotychczas, w obliczu równania przez Izrael z ziemią wioski palestyńskich Beduinów Chan al-Ahmar europejskie państwa nie poprzestały tym razem na rutynowych wyrazach potępienia czy ubolewania. Na miejsce udali się konsulowie kilku europejskich państw, które sfinansowały szkołę w Chan al-Ahmar. Nic to ostatecznie nie zmieniło, ale samo w sobie było zmianą w odniesieniu do obowiązującej dotychczas normy.

Coś dziwnego, coś innego niż zwykle, wydarzyło się też w Londynie.

W brytyjskim Parlamencie padły ostre słowa. Wielka Brytania, niezależnie od tego, która z dwóch głównych brytyjskich partii politycznych rządziła, zawsze ostatecznie wspierała politykę Izraela. W najgorszym razie „wstrzymywała się od głosu” lub doszukiwała się prawdy pośrodku.

Niezależnie która rządziła, zawsze zdarzały się w nich (obydwu głównych brytyjskich partiach politycznych) głosy przeciwne obowiązującemu wobec konfliktu bliskowschodniego standardowi. Więcej po stronie Labour Party, “the party with socialists in it”. Jeremy Corbyn, zanim został przewodniczącym, zasiadał nawet w radzie brytyjskiej Palestine Solidarity Campaign. Legendarny Tony Benn przejechał kiedyś na wizji walcem po prezenterce BBC, gdy publiczna brytyjska telewizja odmawiała nadawania informacji o zbiórce środków na pomoc ofiarom bombardowań Gazy. Inny legendarny poseł Labour Party, Gerald Kaufman, mówił kiedyś z ław Parlamentu: „Moja babcia nie zginęła [z rąk nazistów – przyp. JP] po to, żeby dostarczać przykrywki dla izraelskich żołnierzy mordujących palestyńskie staruszki”. Nawet wśród Torysów bywali w tej sprawie dysydenci. Baronowa Warsi, jeszcze za czasów premiera Davida Camerona, podała się do dymisji z funkcji ministry spraw zagranicznych konserwatywnego rządu, gdy zrozumiała, że brytyjski rząd nie zamierza powiedzieć ani słowa więcej w obliczu izraelskiej Operacji Protective Edge w 2014 roku.

A jednak, 4 lipca wydarzyło się coś dziwnego. Posłowie obydwu partii, nieliczni ale elokwentni (Richard Burden z Labour i Nicholas Soames z Partii Konserwatywnej), wyrazili swoje oburzenie, nazwali grabież grabieżą, zbrodnie zbrodniami i zażądali zajęcia przez Wielką Brytanię stanowiska w obliczu zrównania przez Izrael z ziemią, z pogwałceniem prawa międzynarodowego, kolejnej palestyńskiej wioski, Chan al-Ahmar.

Głos zabrała także Emily Thornberry. Ministra spraw zagranicznych w gabinecie cieni Jeremy’ego Corbyna. Gdyby wszystko w gabinecie cieni (niby-rząd proponowany przez największą partię opozycyjną) zależało od Corbyna, nie byłoby w tym nic dziwnego. Ale nie wszystko w Labour Party i w gabinecie cieni zależy od Corbyna.

Corbyn jest bezustannie podminowywany przez partyjną prawicę, blairystów, dla których jest chodzącą zniewagą. Kolejne wcielenia jego gabinetu cieni są próbami zawiązania tymczasowego zawieszenia między corbynistami (mającymi poparcie większości szeregowych członków partii) a partyjną prawicą (z większością na ławach opozycji w parlamencie), żeby ci ostatni zaprzestali choćby chwilowo prób wysadzenia Corbyna z siodła. Emily Thornberry pochodzi z tej wrogiej Corbynowi prawicy Labour Party.

Emily Thornberry należy także do Labour Friends of Israel. To grupa w ramach Labour Party, która stanowi część izraelskiego lobby w brytyjskiej polityce, równolegle do Conservative Friends of Israel wśród Torysów. Obie te organizacje lobbystyczne (lobby izraelskie to od dawna największa struktura lobbingowa obcego państwa w brytyjskim życiu publicznym) współpracują nieoficjalnie i najpewniej nielegalnie – tylko że nikt nie chce tego pod tym kątem zbadać – z ambasadą Izraela w Wielkiej Brytanii. W 2017 roku czteroczęściowy reportaż śledczy Al Dżaziry pokazał m. in., jak w konszachtach między agentami ambasady Izraela a Labour Friends of Israel od 2015 pichci się z niczego skandal pt. „antysemityzm w Labour Party”, obliczony na zniszczenie Jeremy’ego Corbyna zanim wieloletni i szczery sympatyk sprawy palestyńskiej zostanie premierem znaczącego europejskiego państwa.

Jeszcze w grudniu minionego roku Emily Thornberry, bezwstydnie bo w jawnej opozycji wobec przekonań Corbyna, brała udział w imprezach Labour Friends of Israel i izraelskiego lobby w Wielkiej Brytanii, i wygłaszała na nich przemowy potępiające bojkot Izraela, szkalujące zaangażowanych sympatyków sprawy palestyńskiej od antysemitów, itd.

A jednak, Emily Thornberry, 4 lipca 2018 roku, powiedziała m. in. takie oto słowa:

To wymuszone wysiedlenie, to naruszenie prawa międzynarodowego, ten cios zadany rozwiązaniu pod postacią dwóch państw [żydowskiego i palestyńskiego – przyp. JP], ma miejsce dzisiaj, dokładnie w czasie, kiedy my tutaj siedzimy. I jesteśmy już wszyscy naprawdę zmęczeni zadawaniem pytań o to, co jeszcze można zrobić, żeby opanować czy skłonić rząd Netanjahu do tego, by zaczął słuchać swoich międzynarodowych sojuszników, by zaczął wykonywać rezolucje ONZ dotyczące osiedli żydowskich, by zaczął postępować z jakimś minimum uczciwości i sprawiedliwości w przedmiocie zezwoleń budowlanych [dla Palestyńczyków]. To wszystko staje się coraz większą stratą czasu. […] Najwyższy czas, by Wielka Brytania stanęła na czele największych państw na świecie w procesie uznania państwa palestyńskiego, i by uczyniła to niezwłocznie, dopóki pozostaje jeszcze jakieś państwo do uznania.

Równanie z ziemią wiosek by budować w ich miejsce żydowskie osiedla jest zbrodnią wojenną. Uniemożliwia rozwiązanie konfliktu przez utworzenie w końcu kiedyś na terytorium historycznej Palestyny dwóch państw, bo izraelska grabież ziemi skutkuje tym, że nie bardzo jest już na czym to palestyńskie państwo postawić. Ziemia pod kontrolą palestyńską została już zredukowana do porozrywanych, malutkich bantustanów, komunikacja pomiędzy którymi jest już możliwa tylko, jeśli izraelska łaska na checkpointach pozwoli. A izraelska grabież ziemi nie ustaje, posuwa się szybko naprzód – podobnie jak przekształcanie przestrzeni pod izraelską kontrolą tak, by wszystko co izraelskie było z sobą doskonale skomunikowane, ponad głowami Palestyńczyków, którzy czasem nie mogą już wyjść z domu do własnego sadu.

Te rzeczy ci z nas, którzy od dawna stoimy murem z Palestyńczykami, wiedzieliśmy już od jakiegoś czasu. Two-state solution – rozwiązanie przez utworzenie w końcu dwóch niezależnych, suwerennych, graniczących z sobą państw – od dawna jest już niemożliwe. Nie, że wkrótce nie będzie już możliwe – od dawna jest już niemożliwe. Żaden suwerenny byt nie może tak wyglądać: pięć wiosek z ugorami i kupą kamieni tu, kilka małych porozdzielanych miasteczek tam, a wszystkie drogi pomiędzy nimi, wstęp na nie, zbiorniki wodne itd., pod kontrolą Izraela. I może jeszcze mają gdzieś pomieścić kilka milionów palestyńskich uchodźców wytworzonych przez ponad siedemdziesiąt lat izraelskiej przemocy.

Prawdziwy szkopuł tkwi w tym, że Izrael i jego lobbyści w USA, Wielkiej Brytanii, Francji, innych krajach europejskich, ONZ, itd., doskonale wiedzą, że rozwiązanie polegające na podzieleniu historycznej Palestyny pomiędzy dwa państwa jest już niemożliwe. Wiedzą to, bo od dawna o to tylko zawsze im chodziło: żeby palestyńskie państwo nigdy nie powstało, żeby nie dało się go „zrobić”; żeby Izrael wziął kiedyś w końcu wszystko, Palestyńczyków zmuszając w końcu do ucieczki, przejścia z uchodźctwa w trwałą emigrację, lub przyjęcia roli pariasów i pół-niewolników we własnym kraju. Gadka o two-state solution była zawsze tylko ściemą, mającą na celu mydlenie oczu tak Palestyńczykom jak i reszcie świata, zyskiwaniem czasu, w którym można było robić wszystko, żeby takiego rozwiązania nie dało się już uskutecznić. Gadanie o nim miało sprawić, żeby nikt się nie zorientował, dopóki nie będzie już za późno. Jak podzielić pomiędzy dwa państwa terytorium, na którym wszystkie drogi są de facto pod kontrolą tylko jednego z nich, gdzie trzeba, unosząc się na słupach ponad bantustanami drugiego; gdzie jedno z tych państw trzyma murem drugie w malutkich, nieskomunikowanych z sobą nawzajem enklawach?

Kiedy Emily Thornberry mówi w brytyjskim Parlamencie słowa, pod którymi bez większych zmian podpisać mógłby się Jeremy Corbyn – on związany z Palestine Solidarity Campaign, ona z Labour Friends of Israel – może to znaczyć coś zupełnie innego, niż to, że Corbyn zdobywa aż taką kontrolę nad swoimi blairystowskimi wewnątrzpartyjnymi wrogami.

Może to oznaczać, że rozpada się cała ta konstrukcja, w której Izrael grabi ziemię i zabija Palestyńczyków, a jego instytucje propagandowe i lobbingowe na świecie uprawiają constructive blurring (konstruktywne zamazywanie) oraz ściemy o „procesie pokojowym” i two-state solution. Gadanie o nim (tylko na zewnątrz, w swoim dyskursie wewnętrznym rząd Netanjahu nie ukrywa, że nigdy nie odpuści do państwa palestyńskiego) służy jedynie maskowaniu działań mających tak naprawdę na celu budowę w ramach jednego państwa nieodwracalnego, permanentnego reżimu rasowego apartheidu, w którym na zawsze pozbawieni praw i kontroli nad własnym życiem Palestyńczycy zepchnięci są do Gazy i na odizolowane skrawki suchej ziemi na Zachodnim Brzegu.

Kiedy Emily Thornberry mówi takie słowa – może znaczy to, że niektóre, bardziej racjonalne gałęzie projektu syjonistycznego (w tym wypadku skupieni Labour Friends of Israel) zaczynają się rewoltować przeciwko obłąkaniu Netanjahu? Rewoltują się, bo widzą, że bezwstyd, z jakim Netanjahu sobie poczyna, nie tyle przekreśla two-state solution, bo ono dawno już temu zostało przekreślone, co gra w otwarte karty, przestając udawać, że drugie państwo kiedyś powstanie.

A kiedy wszyscy zrozumieją, że dwa państwa są niemożliwe, nastąpi redefinicja pola walki, jej warunków i stawek: stanie się ona walką o to, jakie będzie to jedno państwo – czy będzie reżimem rasowego apartheidu czy demokratycznym, multietnicznym państwem wszystkich swoich mieszkańców cieszących się tymi samymi prawami? To ostatnie zrealizuje oczywiście wielokrotnie reafirmowane przez ONZ prawo milionów palestyńskich uchodźców do powrotu i stanie się tym samym państwem w większości arabskim, z żydowską mniejszością. Z punktu widzenia celów projektu syjonistycznego byłaby to porażka i katastrofa, ale delegitymizacja krwawej euro-amerykańskiej kolonii na Bliskim Wschodzie doprowadzi tam nieuchronnie. Rozpad wewnętrznego konsensusu wokół oficjalnej, utrzymywanej na potrzeby świata zewnętrznego, narracji projektu syjonistycznego, przyspieszy tę delegitymizację, bo otworzy przestrzeń dla krytyki Izraela także tam, gdzie do niedawna krytyka taka prowadziła do nieuchronnych oskarżeń ze strony przemysłu tropicieli „antysemityzmu”. To jest dobra wiadomość.

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Reklamy