Szyici i sunnici – odwieczny konflikt?

Pomiędzy dwiema głównymi gałęziami islamu istnieją poważne różnice doktrynalne, których korzenie sięgają VII wieku. Ale czy naprawdę najlepszym sposobem na rozumienie napięć w regionie jest studiowanie aż tak głęboko historii islamskiej teologii? A co, jeśli obecny kształt napięć pomiędzy krajami, które tradycyjnie opisywane są rozmieszczaniem po dwóch stronach tej opozycji jest tak długowieczny, że… sięga zaledwie końca lat 70. XX wieku?

Arabia Saudyjska a sprawa syryjska

Przedziwne kwietniowe bombardowania Syrii przez koalicję Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i Francji nastąpiły niemal natychmiast po okresie wyjątkowo intensywnej aktywności dyplomatycznej pomiędzy stolicami trzech zachodnich mocarstw a księciem koronnym Arabii Saudyjskiej Muhammadem ibn Salmanem (znanym także jako Mohammed ben Salman, MBS). W wyjątkowo krótkim czasie MBS odbył trzy podróże: do Londynu (7 marca), do Waszyngtonu (19 marca) i do Paryża (8 kwietnia).

Trudno nie spekulować, że na tych spotkaniach uknuto sam rzekomy atak bronią chemiczną w Gucie (jedyny zachodnioeuropejski dziennikarz, który pojechał na miejsce, mówiący po arabsku Robert Fisk z „The Independent”, nie znalazł świadectw na potwierdzenie tezy o ataku chemicznym), podobnie jak zrzucenie odpowiedzialności za ten atak na reżim Baszszara al-Asada, a także bombardowania, jakie mają następnie być za ten rzekomy atak „karą”. „Kara” nadeszła tak szybko, żeby międzynarodowi obserwatorzy i śledczy nie zdążyli znaleźć zawczasu dowodów, że Asad, cokolwiek by nie miał wcześniej na sumieniu, w tym przypadku jest niewinny. Richard Falk, wybitny ekspert od prawa międzynarodowego, rozpoczął swój komentarz do bombardowań od przypuszczenia, że Syria, być może, bardziej niż za to, że użyła broni chemicznej, została ukarana za to, że jej nie użyła.

MBS w ten czy inny sposób zapłacił przynajmniej za część amerykańsko-francusko-brytyjskich bombardowań. W Paryżu np. zostawił za sobą kontrakty o łącznej wartości 19 miliardów dolarów.

Saudyjskie pragnienie zniszczenia reżimu partii Baas w Syrii to oczywiście nic nowego. Od samego początku obecnej wojny Saudowie współpracowali z CIA i Pentagonem we wspieraniu salafickich dżihadystów w Syrii – bronią, strumieniem pieniędzy, a także eksportując tam własnych radykałów z ambicjami zmieniania świata, żeby nie robili szumu w królestwie. Tę metodę pozbywania się potencjalnych wywrotowców z własnych granic Saudowie praktykują od czasu salafickiego powstania Dżuhajmana al-Utajbiego, które w listopadzie 1979 na chwilę zdobyło Wielki Meczet w Mekce. Arabia Saudyjska odegrała jedną z głównych ról w samym wywołaniu wojny w Syrii, tzn. w przekształceniu protestów społecznych z 2011 w wojnę do dziś dla niepoznaki zwaną domową.

Dom Saudów miał kosę z Syryjczykami już w okresie rządów ojca Baszszara, Hafiza al-Asada. Gdy ten zmarł i władzę po nim przejął, albo raczej przyjął Baszszar, na krótki okres (niewiele ponad rok od szczytu Ligi Państw Arabskich w 2009) stosunki się ociepliły – król Abd Allah liczył wtedy na wyprowadzenie Syrii pod przywództwem Asada-syna z jej trwającego trzydzieści lat sojuszu z Iranem.

Z punktu widzenia saudyjskiego wahabizmu (wyjątkowo integrystycznej, „plemiennej” odmiany islamu sunnickiego) syryjscy alawici lądują w jednym worku z szyitami, ponieważ jedni i drudzy są wyznawcami tradycji Alego, a więc dla Saudów heretykami, odstępcami od islamu „prawdziwego”. Jednak Hafiz al-Asad przejął władzę (w wojskowym zamachu stanu w 1970) nie jako reprezentant alawitów a jako człowiek partii Baas. Religijna afiliacja jego rodziny nie odgrywała żadnej istotnej roli politycznej, a jednym ze źródeł legitymizacji i stabilizacji jego reżimu w późniejszych dekadach było uczynienie Syrii państwem świeckim i jako takie oferującym warunki przyjaznego współistnienia przedstawicielom różnych grup etnicznych i wyznaniowych składającym się na wewnętrzną mozaikę kulturową kraju. Częściowo dzięki temu jego reżim, choć opierał się na brutalnej władzy wojska i wszechobecnej tajnej policji, nigdy nie był we własnym kraju tak powszechnie znienawidzony jak np. Husniego Mubaraka w Egipcie. Saudowie się z Hafezem nie lubili już od początku lat 70. XX wieku, ale aż do 1979 nie ujmowali tej animozji publicznie w kategoriach różnic religijnych.

Do 1979, bo wtedy miała miejsce Rewolucja Islamska w Iranie, która zmieniła wszystko.

Iran i groźba rewolucji

Jak pisze wybitny indyjski marksista, historyk i dziennikarz Vijay Prashad (w książce The Death of the Nation):

[…] niewiele było antypatii pomiędzy sułtanami Arabii a królem Iranu – pomimo różnych baz społecznych tych monarchii. Łączył je kolor ich krwi. Tę arterię przecięła jednak irańska rewolucja.

Oraz:

Rewolucja irańska postawiła reżim saudyjski w poważnym niebezpieczeństwie na trzy sposoby jednocześnie. Po pierwsze, muzułmański monarcha (szach) został obalony. Irańczycy sięgnęli głęboko do studni islamskiej myśli, by stworzyć alternatywny model islamskiego rządzenia – Welajat-e Faqih („zwierzchnictwo jurystów” [albo „zwierzchność uczonych” – przyp. JP]). To nie był nacjonalizm w rodzaju Nassera czy Baas, obu zdecydowanie laickich. Irańczycy stworzyli islamską formę republikanizmu. Muzułmańska wspólnota polityczna – ogłosili – nie potrzebowała już więcej monarchii. Po drugie, Irańczycy rozwinęli nowoczesne instytucje, obsadzone zarówno przez mężczyzn jak i przez kobiety, oraz dopuścili wybory do parlamentu (zakazując udziału partiom komunistycznym, liberalnym i kurdyjskim). Wszystko to stanowiło anatemę w Arabii Saudyjskiej. Po trzecie, irańska rewolucja ożywiła intelektualną i polityczną odwagę Mohammeda Huseina Fadlallaha […] w Libanie, by przesunąć politykę po linii szyickiej, co w rezultacie, w kontekście Libańskiej Wojny Domowej, doprowadziło do utworzenia Hezbollahu (Armii Boga). Dostarczyła też nowego dyskursu już niezadowolonym robotnikom roponośnych regionów Arabii Saudyjskiej – tak się złożyło, że wielu z nich było szyitami.

Wkrótce po ustabilizowaniu się w Iranie nowego porządku ajatollaha Chomeiniego Hafiz al-Asad zwrócił uwagę na Teheran, żeby nawiązać nowy sojusz, obliczony na opozycję wobec Iraku Saddama Husajna. Wtedy właśnie oficjalnym saudyjskim problemem z Syrią stała się specyfika religijna jej samej i jej sojuszu z Iranem. Saddam Husajn natomiast w zamian za saudyjskie wsparcie na sumę miliarda dolarów miesięcznie na konieczne wydatki zobowiązał się w Ar-Rijadzie w 1980 do zbrojnego „opanowania” Iranu i miesiąc później zaatakował Iran, rozpoczynając wieloletnią „sunnicką” wojnę z młodą szyicką republiką.

Arabia Saudyjska używa sekciarskich religijnych podziałów, odwołuje się i podgrzewa sekciarskie lęki i fobie (np. rozsiewa plotki, że irańscy szyici potajemnie werbują w Syrii nowych wyznawców, żeby zmarginalizować sunnitów), i „wyjaśnia” swoje zbrojne „interwencje” (np. w Jemenie) argumentami o walce z szyickimi heretykami działającymi na zlecenie Iranu, który pragnie przejąć kontrolę nad całym Bliskim Wschodem. Saudowie i ich sojusznicy z rodzin panujących nad mniejszymi emiratami w Zatoce Perskiej boją się politycznych i intelektualnych wpływów Iranu, bo nie da się ich tak łatwo zdyskredytować argumentem o ich kulturowej obcości i „zachodniości”, jak pokonane już (przy dużym udziale Saudów) projekty arabskiego socjalizmu i komunizmu. Iran pokazuje ich poddanym, że monarchów można obalić na gruncie samej muzułmańskiej tradycji i kultury, odwołując się do i czerpiąc z niej samej.

Histeryczna nadaktywność Domu Saudów

Obecnie obserwujemy wzmożoną, rzec można histeryczną nadaktywność Arabii Saudyjskiej i jej sojuszników, zwłaszcza w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, na coraz liczniejszych frontach. Wojny w Syrii i Jemenie; blokada Kataru, który choć powinien przypominać inne okoliczne emiraty skłania się ku Iranowi; uwięzienie premiera Libanu; coraz gęstsze knowania z zachodnimi stolicami i Tel Awiwem („najgorzej skrywany sekret Bliskiego Wschodu”).

Ta nadaktywność bierze się z coraz większego, wszechogarniającego strachu monarchów Półwyspu Arabskiego. Rośnie społeczne niezadowolenie, a na gospodarce opartej tylko na ropie coraz trudniej polegać. Niedawno trzeba nawet było wprowadzić w końcu podatki. Pieniędzy z ropy, przy użyciu których kupowano dotąd spokój społeczny, coraz mniej, a samo utrzymanie gargantuicznych dworów i rodzin królewskich rośnie. „Al-Saud to rodzina królewska jak żadna inna. Jest ich tysiące”. A każdy z tych tysięcy za samo swoje pokrewieństwo z królem otrzymuje „stypendium” (w wysokości od kilku tysięcy do ponad ćwierć miliona dolarów miesięcznie, w zależności od stopnia pokrewieństwa). A chaos od dekad rozsiewany po świecie eksportem ekstremistów zaczął się znowu przysuwać coraz bliżej granic Arabii.

Arabia Saudyjska dysponuje ogromnymi możliwościami propagandowymi w całym świecie muzułmańskim, które umożliwiają jej sprzedawanie swojej wersji wydarzeń, sekciarskiego kostiumu, w który przebiera swój przemożny strach, że dni arabskich monarchii są policzone. Finansuje międzynarodową konstelację szkół koranicznych i meczetów, które uczą świata według królów w Ar-Rijadzie, wydaje książki i prasę, a saudyjsko-emirackie stacje telewizyjne z siedzibami zwykle w Dubaju, dzięki wspólnocie języka i autorytetowi Półwyspu Arabskiego jako jego kolebki, docierają do arabskojęzycznych odbiorców od Marakeszu po Muskat i Mogadiszu.

Sunnici kontra szyici – w obiektywie Zachodu

Jednak te same religijne wyjaśnienia napięć i konfliktów na Bliskim Wschodzie sprzedawane są także nam, w Europie. My też zbyt często dajemy się nabrać, że konflikty między Iranem i jego sojusznikami a Saudami i ich kliką, to konflikty między dwiema odnogami prastarej religijnej schizmy. Główne powody są co najmniej dwa.

Pierwszy. Bezpieczeństwo monarchii saudyjskiej jest oficjalnie wpisane w doktrynę obronną uzależnionych od niej energetycznie Stanów Zjednoczonych od 1957 r. (najpierw w „doktrynie Eisenhowera”, później jeszcze mocniej w „doktrynie Cartera”). W zamian Saudowie i ich przydupasy z okolicznych emiratów odwdzięczają się realizowaniem amerykańskich interesów w swoim najbliższym sąsiedztwie – zwalczając najpierw komunizm (poprzez Światową Ligę Muzułmańską ustanowioną w 1962 w tym właśnie celu), a teraz Iran, który ze swoją niezgodą na globalny porządek pax americana Waszyngtonowi stoi kością w gardle tak samo jak królom i emirom Arabii. W kolejnym rewanżu Amerykanie wykorzystują planetarną siłę oddziaływania swoich „wolnych” mediów, by powielać propagandowe konstrukty Saudów na skalę wykraczającą daleko poza świat arabski. Często zresztą robią to niechcący i nieświadomie – mając coraz mniej zagranicznych reporterów polegają w coraz większym stopniu na materiałach i komentarzach przysyłanymi im przez „niezależne” think tanki.

Drugi. Waszyngtonowi tak samo jak Saudom opłaca się, żebyśmy wszyscy odbierali sytuację na Bliskim Wschodzie jako gmatwaninę konfliktów religijnych, które sięgają kilkanaście stuleci wstecz. O ile w przypadku Arabii Saudyjskiej służy to politycznej mobilizacji tożsamości „organicznych” na potrzeby jej doraźnych interesów, wytworzeniu emocjonalnego zaangażowania po jednej ze stron archaicznego podziału, o tyle adresowane do nas, którzy nic nie rozumiemy z tej całej schizmy we wczesnym islamie, ma to na celu naszą demobilizację, wytworzenie dystansu. Oto my, racjonalni Europejczycy i Amerykanie jesteśmy postawieni w obliczu zupełnie niezrozumiałego dla nas, średniowiecznego fenomenu, w którym olbrzymie państwa szarpią się do dziś o paru proroków z VII wieku. Ma to stworzyć wrażenie głębokiej cywilizacyjnej przepaści, która nas dzieli od „muzułmańskiej dziczy”, a w ostatniej instancji kazać nam się pogodzić z tym – i machnąć na to ręką, że na taką dzicz znowu spadają bomby. No bo co innego można zrobić, żeby zapanować nad masą tak irracjonalnych stworzeń?

Dwa „takie same” regionalne imperializmy?

Czy to znaczy, że Arabia Saudyjska i Iran to dwa tyle samo warte regionalne mocarstwa uprawiające na obszarze wokół Zatoki Perskiej konkurencyjne regionalne imperializmy, pomiędzy którymi trzeba postawić znak równości? Niestety, część lewicy tak myśli i tak to ujmuje. Ale – nie. Nie może być znaku równości między tak fundamentalnie różnymi ustrojami i tak fundamentalnie różnymi formami zaangażowania międzynarodowego.

Jakkolwiek odległy od marzeń każdego lewicowca jest ustrój współczesnego Iranu, nie można go przytomnie umieścić na tym samym poziomie, co barbarzyńską monarchię absolutną Arabii Saudyjskiej. Nie wszystkie orientacje polityczne mogą w Iranie startować w wyborach, ale przynajmniej są tam wybory. Kobiety nie mają w Iranie równych praw z mężczyznami, ale są prawniczkami, lekarkami i twórczyniami filmów. W tej sytuacji dzień, w którym sięgną po więcej jest kwestią czasu, odpowiedzią na pytanie „kiedy?”, a nie „czy?”. W Arabii Saudyjskiej dopiero zaczną legalnie prowadzić samochody. Cenzura i inne polityczne ograniczenia produkcji kulturalnej i intelektualnej są w Iranie szeroko obecne, ale nie w stopniu uniemożliwiającym istnienie i rozwój dysydenckiej, krytycznej czy poszukującej kultury. Świadczą o tym także tej kultury (np. kina) międzynarodowe sukcesy. W przeciwieństwie do Arabii Saudyjskiej. Socjolog Ahmad Sadri opisując irański system polityczny używa metafory skostniałej autorytarnej skorupy (związanej z klerem szyickim), która trzyma w swojej martwej powłoce wciąć bijące demokratyczne serce społeczeństwa, które tam żyje. Najnowsza historia Iranu pokazuje, że to serce jest wciąż zdolne do narzucenia spektakularnych zwrotów akcji, nie raz nas jeszcze nas one zaskoczą. Trudno cokolwiek podobnego powiedzieć o technokratycznym neośredniowieczu ustroju Arabii Saudyjskiej.

Rozprzestrzeniany przez Saudów po świecie chaos ma na celu wyłącznie zachowanie władzy i przywilejów rodziny królewskiej i spowinowaconych i zaprzyjaźnionych z nią emirów i książąt. Iran kieruje się uzasadnioną potrzebą obrony przed agresją i groźbami Stanów Zjednoczonych i Izraela, które słyszy ustawicznie już od prawie czterdziestu lat. Żeby obronić swoją suwerenność, potrzebuje w swoim otoczeniu państw, które nie upadły i nie zamieniły się w czarne dziury na podobieństwo Afganistanu i Iraku wskutek amerykańskiego, izraelskiego i saudyjskiego gmerania i spiskowania. Irańskie zaangażowanie w Syrii motywowane jest wolą uchronienia sojusznika przed popadnięciem w trwały chaos jak Libia. Iran próbuje powstrzymać chaos. A niektóre kierunki międzynarodowego zaangażowania Iranu miały od samego początku wyjątkowo pryncypialne, aksjologiczne źródła – ze szczególnym uwzględnieniem sprawy palestyńskiej. To nie jest tak, że Iran wspiera Hezbollah i Hamas, żeby zaszkodzić Izraelowi, z którym ma na pieńku. Jest dokładnie na odwrót: złe stosunki Iranu z Izraelem są konsekwencją pryncypialnej, motywowanej aksjologicznie solidarności z antykolonialną walką Palestyńczyków.

Tu ma miejsce kolejny kontrast z Arabią Saudyjską, która od lat funkcjonuje w nieoficjalnym, nienazwanym, niewypowiedzianym sojuszu z Izraelem. A Izrael jest w sojuszu z Arabią Saudyjską, bo jego interesy mogą być bezpieczne tylko w otoczeniu sąsiadów rządzonych przez monarchów i despotów lekceważących przekonania i żądania swoich ludów. W przeciwieństwie do pałaców Ar-Rijadu, Dubaju, Abu Zabi i Kairu, arabska ulica nigdy nie porzuciła swojej głębokiej solidarności z Palestyńczykami, i gdyby struktury władzy w arabskich państwach zaczęły umożliwiać polityczną ekspresję woli ludu, Izrael nie miałby ani jednego sojusznika w regionie.

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się 27 kwietnia 2018 na łamach portalu Strajk.eu

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Reklamy

Biedni Polacy patrzą na Gazę

Jarosław Pietrzak

Izraelska prawica zachowuje się skrajnie nieodpowiedzialnie, gotowa podpalić region, żeby nabić sobie punktów w sondażach. Strzelanie przez snajperów do osób nieuzbrojonych to morderstwo. Nie powinniśmy milczeć. Masakra w Gazie powinna być przedmiotem międzynarodowego śledztwa.

To słowa opublikowane przez Adriana Zandberga z Partii Razem na Twitterze 31 marca, w reakcji na „Masakrę Paschalną” (określenie krytycznego izraelskiego politologa Neve’a Gordona), której izraelska armia dokonała dzień wcześniej, strzelając do nieuzbrojonych cywili protestujących pokojowo w pobliżu zasieków oddzielających poddaną już jedenasty rok bezwzględnej blokadzie Gazę od Izraela.

Słowa Zandberga nie były ani trafne, ani wystarczające. Sprowadzanie problemu do obecnie rządzącej w Izraelu prawicy sugeruje, że jest tam jakaś lewica albo liberałowie znacząco różniący się od prawicy w swoim podejściu do Palestyńczyków i do niekończącej się okupacji ich terytoriów, co jest założeniem niepoważnym.

Jak pisał niedawno Gideon Levy na łamach dziennika „Haaretz”: to nie Netanjahu, to izraelskie społeczeństwo. Tam, gdzie chodzi o brutalne traktowanie Palestyńczyków, rząd Netanjahu cieszy się szerokim poparciem wszystkich znaczących sił politycznych i opinii publicznej w Izraelu, a ktokolwiek może dziś odebrać władzę Likudowi, będzie kontynuował jego politykę wobec Palestyńczyków, lub będzie jeszcze gorszy. Izrael stał się takim, jakim jest, nie wczoraj, nie przedwczoraj, a na przestrzeni dekad, rękoma zarówno tamtejszej prawicy, jak i lewicy, czy też tego, co tam za lewicę robi.

Krytyka przemocy uskutecznianej przez Izrael dziś, jeśli sprowadza się do krytyki tego premiera, tego rządu i jego doraźnych niepokojów sondażowych, nie jest żadną krytyką. Krytyką stanie się dopiero wtedy, gdy swoim przedmiotem uczyni systemowy charakter izraelskiej przemocy, gdy swoim przedmiotem uczyni rasistowski ustrój Izraela jako brutalnego mocarstwa kolonialnego, które, żeby się nie ograniczać, odmawia nawet zadeklarowania swoich oficjalnych granic, oraz jako reżimu apartheidu.

Jedyny komunikat

Niewystarczające słowa Zandberga były i tak jedynym oficjalnym komunikatem polskiej lewicy w ciągu pierwszych trzech dni od masakry, w której zginęło najpewniej 17 osób (plus jedna, która w wyniku obrażeń zmarła tydzień później), a być może nawet około 1500 odniosło obrażenia. Według pracowników służby zdrowia w Gazie charakter obrażeń wskazuje jednoznacznie, że izraelscy snajperzy strzelali tak, żeby zabić lub uczynić ofiary na zawsze kalekami. Posługiwali się między innymi amunicją, która otwiera się na wszystkie strony w momencie wejścia w ciało ofiary, niczym ołowiana ośmiornica, miażdżąc i rozszarpując tkanki jeszcze bardziej.

Niemal natychmiast po świętach wielkanocnych Partia Razem opublikowała natomiast na Facebooku mema. Co prawda kończył się on naiwnymi dziś wezwaniami do „powrotu do procesu pokojowego” (obowiązkiem lewicy w 2018 jest wiedzieć, że „proces pokojowy” nie tylko jest już martwy, ale też od początku był farsą obliczoną na kiwanie Palestyńczyków), ale naprawił błędy popełnione w pierwszym komunikacie przez Zandberga, podkreślając systemowy charakter opresji i przemocy Państwa Izrael. Komunikat Razem zasługuje na szczere uznanie także dlatego, że było to w tym temacie najodważniejsze – i jedyne! – oficjalne stanowisko jakiejkolwiek partii politycznej w Polsce.

„Masakra Paschalna”, którą niektórzy lewicowi komentatorzy na świecie porównują do wydarzeń w Soweto, jakie w latach 70. XX w. odegrały przełomową rolę w procesie międzynarodowej delegitymizacji reżimu apartheidu w Republice Południowej Afryki, taką samą ciszą otoczona jest także w polskich mediach określających się jako lewicowe, z chlubnym wyjątkiem portalu Strajk.eu (polska edycja „Le Monde diplomatique”, będąc miesięcznikiem, zareaguje w nadchodzącym numerze). Krytyka Polityczna woli mnożyć komentarze do jednego wywiadu z Dominiką Kulczyk. Tygodnik „Przegląd” – poświęcać czas na facebookową ankietę pt. „Czy Polacy lubią zwierzęta”. Nawet „Washington Post” okazał się w tygodniu po masakrze bardziej lewicowy. Czy polskie media sparaliżowało wrażenie obciachu, że jeszcze tak niedawno, w ramach zjednoczonego frontu antypisowskiego, kreowały Netanjahu niemal na arbitra liberalnej demokracji?

Partie polityczne, które nie mają dostępu do władzy nawet u siebie w kraju, mogą sobie wzywać do międzynarodowych śledztw ile wlezie. Jaki wpływ ich wezwania mogą mieć na instytucje zdominowane przez światowe mocarstwa uwikłane w skomplikowane zależności interesów z Izraelem? Niemniej pozbawione obecnie władzy politycznej organizacje mogą zrobić coś innego, by mieć namacalny wpływ na sytuację Palestyńczyków. Palestyńczycy, za pośrednictwem swoich organizacji społeczeństwa obywatelskiego, proszą o to świat od 2005.

Czas na bojkot Izraela

W roku 2005, wzorując się na kampanii ekonomicznego, politycznego i kulturalnego bojkotu reżimu apartheidu rasowego w Republice Południowej Afryki, organizacje palestyńskiego społeczeństwa obywatelskiego wystosowały apel o wyrażenie solidarności z ich walką o samostanowienie i o prawa człowieka w podobnym bojkocie Izraela. W obliczu rosnącego konsensusu specjalistów od prawa międzynarodowego, że Izrael jest reżimem rasowego apartheidu (zbrodnia przeciwko ludzkości zdefiniowana w Międzynarodowej konwencji o zwalczaniu i karaniu zbrodni apartheidu z 1973), bojkot ten na świecie zatacza coraz szersze kręgi. Kampania jest tak skuteczna, że premier Netanjahu umieścił ją w czołówce największych strategicznych zagrożeń dla interesów Izraela i wydaje fortunę na jej zwalczanie, za pośrednictwem kierowanej przez izraelskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych kampanii „Brand Israel” i innych (nierzadko szemranych) operacji.

Do bojkotu przystąpiły wielkie związki zawodowe od Stanów Zjednoczonych przez Wielką Brytanię po RPA, instytucje kulturalne, placówki i stowarzyszenia akademickie, indywidualni twórcy kultury o postępowych poglądach. Wielkie koncerny zmuszone bojkotem zerwały lub nie przedłużyły współpracy z izraelskimi podmiotami gospodarczymi i rządem Izraela, do akcji przystępują władze kolejnych europejskich miast. Bojkot robi ogromne postępy nawet w krajach, w których lobby izraelskie zdołało doprowadzić do jego kryminalizacji (wiele stanów w USA, Francja). Więcej informacji na temat dostępnych jest na stronie kampanii BDS (Boycott, Divestment and Sanctions).

Polska jest jedynym dużym krajem europejskim, w którym kampania BDS właściwie nie zaistniała. Popierają ją nad Wisłą oficjalnie tylko dwie małe organizacje bez dostępu do mainstreamowych mediów – Pracownicza Demokracja i OZZ Inicjatywa Pracownicza.

Tak się składa, że spodziewałem się wielkopiątkowej masakry, podobnie jak każdy, kto uważnie śledzi rozwój wydarzeń w Palestynie, każdy, kto czytał Neve’a Gordona, Aviego Shlaima, Ilana Pappé, Eyala Weizmana. Byłem zszokowany skalą przemocy, z jaką Izrael odpowiedział już pierwszego dnia protestów, ale nie zaskoczony, gdyż mieści się ona doskonale w kolonialnej logice postępowania Izraela względem Palestyńczyków, a obecne protesty były planowane od dawna (i potrwają co najmniej do połowy maja, oficjalnej rocznicy Nakby). Już tydzień wcześniej zacząłem więc pisać do największych organizacji lewicowych i pracowniczych w Polsce, czy 70. rocznica Nakby i powrót kwestii palestyńskiej do samego centrum najważniejszych tematów polityki międzynarodowej to nie najwyższy czas, żeby również zabrały głos.

Pytałem przede wszystkim o to, jakie jest ich stanowisko w sprawie bojkotu Izraela, wraz z uzasadnieniem, a także – jeżeli nie mają takiego stanowiska – kiedy je określą i dlaczego nie stało się tak do tej pory.

Po SLD nie spodziewałem się cudów, ale i tak szczęka mi opadła. „SLD nie będzie popierało bojkotu Izraela” – to cały e-mail od rzeczniczki prasowej Anny Marii Żukowskiej. Zachowano pisownię oryginalną; działaczce nie starczyło czasu nawet na postawienie na końcu kropki czy podpisanie się imieniem i nazwiskiem. Już po wielkopiątkowej masakrze napisałem do niej jeszcze raz, sugerując, że w obliczu tych wydarzeń może zechciałaby jednak sprawę przemyśleć. Do dzisiaj nie zareagowała, pomimo iż korespondencję wysłałem też do wiadomości przewodniczącego SLD Włodzimierza Czarzastego.

Po Solidarności też się wiele nie spodziewałem, ale oczywiście – jako do jednej z największych centrali związkowych w kraju – napisałem. Odpowiedź była prawie taka sama, również jednym zdaniem, z tą różnicą, że ich rzecznik Marek Lewandowski pisze z poszanowaniem znaków interpunkcyjnych i podpisuje swoje maile.

Zieloni: może tak, a może jednak nie

Zieloni odpowiedzieli mi dopiero po ponad dwóch tygodniach. Oto stanowisko przesłane mi przez rzecznika prasowego Macieja Józefowicza:

Partia Zieloni nie zajmowała do tej pory stanowiska w sprawie udziału w kampanii BDS. Jako partia członkowska Europejskiej Partii Zielonych zgadzamy się natomiast ze stanowiskiem EPZ z 2014 r.,  poświęconym sytuacji w regionie Bliskiego Wschodu. Stanowisko to wzywa do bojkotu towarów pochodzących z osiedli izraelskich na okupowanych terenach palestyńskich.

Przyczyną braku osobnego stanowiska w tej sprawie jest fakt, że Partia Zieloni wypowiadała się wcześniej na temat innych aspektów konfliktu bliskowschodniego. W 2014 roku, po agresji Izraela na Strefę Gazy, Rada Krajowa potępiła ten akt przemocy, domagając się od polskich władz wstrzymania współpracy wojskowej z Tel Awiwem oraz zwiększenia pomocy rozwojowej dla Palestyny. W nowym programie partii znajduje się punkt: „Zarówno Izrael, jak i Palestyna mają prawo do posiadania swych własnych, niepodległych państw i winny powstrzymać się od aktów przemocy.”

Wspomniane wcześniej popierane przez nas stanowisko Europejskiej Partii Zielonych uznaje również, że Izrael, jako państwo sprawujące władzę okupacyjną nad ziemiami palestyńskimi, ponosi odpowiedzialność za dokonane tam naruszenia prawa humanitarnego oraz praw człowieka. W tym celu europejscy Zieloni poparli propozycję utworzenia niezależnej komisji badającej ewentualne zbrodnie wojenne pod auspicjami Rady Praw Człowieka ONZ. Dokument ten oświadcza też, że Izrael ponosi odpowiedzialność za zniszczenie infrastruktury zbudowanej na terenach palestyńskich z funduszy unijnych i wzywa Unię Europejską do domagania się odszkodowania. Z drugiej strony Zieloni krytykują ataki dokonywane na izraelską ludność cywilną przez zbrojne grupy palestyńskie oraz przychylają się do pokojowego rozwiązania konfliktu, gdzie od interesów politycznych ważniejsze będzie życie i bezpieczeństwo zamieszkujących ten obszar Bliskiego Wschodu ludzi. Z tego powodu Zieloni popierają pokojowe współistnienie niepodległego Izraela i Palestyny, z zagwarantowanym prawem powrotu dla palestyńskich uchodźców i ich rodzin.

Mówiąc inaczej, Zieloni: 1) popierają jedynie bojkot zbyt ograniczony, by mógł obalić reżim apartheidu w Izraelu; 2) bojkot ten nie bierze pod uwagę, że we współczesnych łańcuchach produkcyjnych produkty rzadko mają tak precyzyjne i łatwe do określenia pochodzenie, żeby wiadomo było, że pochodzą akurat z nielegalnych osiedli, że produkty nominalnie czy finalnie skądinąd nie zawierają komponentów czy jakiegoś etapu produkcji z osiedli, itd.; 3) ich ograniczony bojkot rozgrzesza produkty izraelskiej gospodarki powstałe w Izraelu właściwym, podczas gdy cała gospodarka Izraela (nie tylko gospodarka nielegalnych osiedli) żeruje na okupacji, na zagrabionej nielegalnie ziemi, na przejętej bez odszkodowań czyli za darmo palestyńskiej własności, na zaniżaniu wartości pracy zdesperowanych Palestyńczyków, wreszcie na supertechnologiach bezpieczeństwa testowanych i „marketowanych” w toku aktów i procesów kolonialnej przemocy na Palestyńczykach; 4) bojkot wyłącznie produktów nielegalnych osiedli ignoruje udział izraelskich placówek akademickich w okupacji i opresji Palestyńczyków (np. naukowy udział w projektach zbrojeniowych), a instytucji kulturalnych w kampaniach propagandowych wybielających wizerunek Izraela na świecie („Brand Israel”) – obydwa te problemy są adresowane przez BDS; 5) Zieloni usiłują zrównoważyć słabość popieranego przez nich bojkotu amoralnym i doprawdy haniebnym dla organizacji określającej się jako lewicowa rozdzielaniem winy i odpowiedzialności pomiędzy okupanta (jedną z dziesięciu najpotężniejszych armii świata) i jego ofiarę (kiedy ostatni raz miały miejsce ataki na izraelską ludność cywilną przez zbrojne grupy palestyńskie?).

OPZZ: najwyższy czas

Budująca odpowiedź przyszła natomiast z OPZZ, i to bardzo szybko. Odpisał osobiście Dyrektor Wydziału Międzynarodowego Piotr Ostrowski:

OPZZ nie ma swojego stanowiska w sprawie polityki Państwa Izrael. Powód jest prozaiczny i zapewne łatwy do przewidzenia. Ograniczoność zasobów zorientowanych na działania międzynarodowe pozwala OPZZ skupiać się (i to też nie we wszystkich obszarach) na sprawach europejskich. Zdaję sobie sprawę, że nasza europocentryczność nie jest tym czego byśmy sobie życzyli, ale taką mamy rzeczywistość. OPZZ – podobnie jak znakomita większość europejskich związków zawodowych – nie współpracuje z izraelską centralą związkową Histadrut, która w kwestii Palestyny i palestyńskich pracowników przyjmuje postawę co najmniej niejasną.

Przedstawię jednak moje prywatne stanowisko. Osobiście poważnie traktuję sytuację na – okupowanych przez Izrael – terytoriach palestyńskich i wynikającą z tego warunki pracy na tych terenach i warunki pracy Palestyńczyków pracujących na terenie Izraela. Za ważne uznaję coroczne raporty Dyrektora Generalnego MOP [Międzynarodowej Organizacji Pracy] dotyczące sytuacji pracowników na arabskich terytoriach okupowanych. Podczas pobytu na corocznej Międzynarodowej Konferencji Pracy biorę także udział w spotkaniach poświęconych tej problematyce, organizowanych przez palestyńskie związki zawodowe.

Osobiście uważam, że Pana list to dobry moment, aby OPZZ także włączyło się do kampanii. Obecnie mamy dość gorący okres przedkongresowy (IX Kongres OPZZ odbędzie się w dn. 24-25 maja), ale sądzę, że po nim uda nam się przygotować stanowisko.”

W związku z tym, jaką rolę w bojkocie w innych krajach odgrywają organizacje zrzeszające pracowników szkolnictwa, oraz społeczny wpływ wywierany przez pracowników tej branży, swoje pytania wysłałem też do Związku Nauczycielstwa Polskiego. Nie doczekałem się żadnej odpowiedzi. To samo w przypadku WZZ Sierpień 80, do którego napisałem przede wszystkim ze względu na jego deklarowany radykalizm.

demo (174) bis

Demonstracja w Londynie w lipcu 2014

Razem raz jeszcze

Od Partii Razem nie udało mi się uzyskać nic ponad to, co ogłosiła w swoim komunikacie tuż po Wielkanocy. A więc żadnego odniesienia do bojkotu Izraela. Nieoficjalnie usłyszałem, że cokolwiek więcej ze strony Razem wymaga wpierw przedyskutowania przez Radę Krajową ewentualnej aktualizacji przez partię jej oficjalnego stosunku do polityki Państwa Izrael. Sposób, w jaki te wiadomości były formułowane, pozwala mi domniemywać, że taka debata będzie miała miejsce w niezbyt dalekiej przyszłości, ale nic oficjalnie nie udało mi się potwierdzić.

Jest poniekąd zrozumiałe, że młodzi politycy we wciąż słabych organizacjach obawiają się stąpania po cienkim lodzie, jakim jest krytyka Izraela. Będzie ona wymagała ciągłej czujności, by z jednej strony niezmordowanie odcinać się od polskiego antysemityzmu, którego szambo wybiło z taką siłą w ostatnich miesiącach, a z drugiej strony bronić się przed oskarżeniami o antysemityzm ze strony mainstreamowych mediów. Cynicznie fabrykowane fałszywe oskarżenia o antysemityzm przyjdą nieuchronnie, ale są one dzisiaj rytuałem przejścia każdego politycznie przyzwoitego człowieka. Od Jeremy’ego Corbyna po Angelę Davies, od Kena Loacha po Penelope Cruz, od Alaina Badiou po Lorde, wszyscy, których polityczne i intelektualne „towarzystwo broni” będzie w przyszłości powodem do dumy, mają to już za sobą.

Oficjalne przystąpienie do bojkotu Izraela spowoduje konfrontację z nowymi formami presji politycznej, ale jeśli ktoś nie ma odwagi lub kręgosłupa, by stawić im czoła, kiedy stawką są wyłącznie okruchy ze stołu sondażowego, to jak będzie można jej lub jemu kiedykolwiek zaufać, że zachowując kręgosłup stawią czoła presjom realnej władzy? Członkowie Razem do dziś szafują Leszka Millera zaangażowaniem w amerykańskiej wojnie w Iraku jako jednym z tych grzechów śmiertelnych całej jego partii, które sprawiają, że nigdy nie wejdą w żaden alians z SLD. Bojkot Izraela to jest wasza okazja, żeby udowodnić, że mówicie poważnie, że czymś się naprawdę, fundamentalnie różnicie w tym, jak wy prowadzilibyście politykę zagraniczną. Czy może z tym Irakiem to tylko taki chwyt propagandowy – dzisiaj łatwy, bo z perspektywy czasu to nawet „New York Times” krytykuje już tamtą wojnę?

Co odpowiemy Historii?

Koniec końców pytanie o bojkot Izraela to pytanie o solidarność z ofiarami brutalnej kolonialnej przemocy bezwstydnie rasistowskiego państwa, którego polityka nie budzi żadnej reakcji ze strony naszych rządów. To pytanie o to, czy jesteśmy w ogóle lewicą. Ba! – czy jesteśmy elementarnie przyzwoitymi ludźmi.

Jeśli polskie organizacje lewicowe, pracownicze i społeczeństwa obywatelskiego odpowiedzą teraz „nie”, będą później musiały stanąć przed innymi pytaniami. Jeżeli zgadzają się z powszechną historyczną oceną o słuszności i sukcesie kampanii bojkotu apartheidu południowoafrykańskiego – to jak wyjaśnią swój odmienny stosunek do bojkotu apartheidu izraelskiego? Że te dwa apartheidy to nie to samo? Rzeczywiście, arcybiskup Desmond Tutu i inni weterani walki z apartheidem południowoafrykańskim nie mają wątpliwości, że ten izraelski jest gorszy. Żadna odpowiedź na takie pytanie nie będzie dobra. Że z wysokości waszej białej europejskości lepiej wiecie, jak Palestyńczycy powinni walczyć o swoje prawa i udzielicie im łaskawie kolejnej lekcji? Że kierowała wami wrażliwość na kwestię historycznych ofiar antysemityzmu na ziemiach polskich? I uznaliście, że najlepszym sposobem, żeby je uszanować, jest stać biernie, kiedy dziś ofiarą rasizmu pada ktoś inny, kiedy coś podobnego dzieje się ponownie na naszych oczach (bo Gaza to wielki obóz koncentracyjny naszych czasów)?

Kiedy izraelski apartheid już upadnie – a patrząc na tempo jego międzynarodowej delegitymizacji, to się może stać szybciej, niż wielu się spodziewa – jak odpowiecie na pytanie, dlaczego polska lewica jako jedyna w Europie niemal nie wzięła udziału w najważniejszej międzynarodowej kampanii solidarnościowej naszych czasów?

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się 11 kwietnia 2018 na łamach portalu Strajk.eu

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Europejczycy, Polacy i Brexit

13 marca izba niższa brytyjskiego parlamentu odrzuciła poprawki proponowane do ustawy o wystąpieniu Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej przez Izbę Lordów. Poprawki, które miały na celu wprowadzenie minimalnych gwarancji zabezpieczających prawną sytuację obywateli państw Unii Europejskiej już żyjących w Zjednoczonym Królestwie. Tak więc żadnych takich gwarancji nie będzie. Jest to zwycięstwo konserwatywnego rządu Theresy May, który – wszystko na to wskazuje – od dawna zamierzał używać żyjących w Wielkiej Brytanii Europejczyków jako karty przetargowej w negocjacjach z Unią, grając jednocześnie na ksenofobicznych nastrojach ożywionych na Wyspach w okresie poprzedzającym czerwcowe referendum.

Motywacja tak cynicznego podejścia rządu jest aż śmiesznie prozaiczna: ani premier May ani nikt w jej gabinecie nigdy nie miał w zanadrzu, nawet „na wszelki wypadek”, żadnego realistycznego, złożonego z konkretów, planu, jak w praktyce przeprowadzić proces wystąpienia z UE. Łamy brytyjskiej prasy wielokrotnie zanosiły się śmiechem nad wyciekami wewnętrznej rządowej korespondencji, z której jasno wynikało, że nikt tam nie ma za bardzo pomysłu, co właściwie robić. (W pewnym momencie wyciekł nawet email domagający się zatrzymania tej fali wycieków). 15 marca, na przesłuchaniu przed specjalną komisją parlamentarną sekretarz rządu ds. Brexitu David Davis przyznał, że rząd nie przygotował żadnych ekonomicznych symulacji czy analiz, jakie byłyby gospodarcze konsekwencje wyjścia Wielkiej Brytanii z UE, gdyby nie udało się wynegocjować umowy handlowej między Londynem a Brukselą (co wcale nie jest niemożliwe, biorąc pod uwagę, jak obsesyjnie Theresa May mówi o „twardym Brexicie” i jaki ma wstręt do czynienia ustępstw). Do jakiego stopnia rząd w Londynie traci kontrolę nad sytuacją świadczą też głosy wzywające w Szkocji i Irlandii Północnej do referendów w sprawie wystąpienia tych części Wielkiej Brytanii ze Zjednoczonego Królestwa. Szkoci i Irlandzycy chcą bowiem pozostać w UE.

Według Office for National Statistics (tutejszy urząd statystyczny) w Wielkiej Brytanii żyje 3,3 miliona obywateli innych państw Unii Europejskiej, ok. 5% populacji Zjednoczonego Królestwa, z czego największą grupę stanowią przybysze z Polski, prawdopodobnie ponad 830 tys.

Wynik referendum z czerwca 2016 roku spowodował, że żyjący w Wielkiej Brytanii Europejczycy, żeby się zabezpieczyć, zaczęli masowo składać w Home Office (brytyjskie Ministerstwie Spraw Wewnętrznych) wnioski o prawo do stałego pobytu. Dotyczy to także ludzi żyjących tutaj już od nawet od dwudziestu czy trzydziestu lat, na podstawie ich praw jako obywateli państw członkowskich UE. Od wielu miesięcy krążą spekulacje, że Home Office zażądało od swoich pracowników zwiększenia odsetka wniosków odrzucanych. Można czasem odnieść wrażenie, że urzędnicy wykorzystują byle pretekst, żeby wniosek odrzucić. Już kilka razy w ciągu roku zmieniły się formalne zasady składania takich wniosków i wymaganych załączników, wygląda też na to, że wiele zależy od usposobienia urzędnika rozpatrującego wniosek.

Adi (265)

Kiedy ja składałem własny, miałem w pamięci relacje znajomych, którzy zrobili to rok wcześniej, i oni musieli wykazać przy użyciu dokumentów (wyciągów bankowych, dokumentów podatkowych, dokumentów od pracodawców, dat każdego pobytu poza granicami Wielkiej Brytanii) ostatnie pięć lat swojego pobytu w Wielkiej Brytanii. Mnie to już nie obowiązywało, Home Office zażądało ode mnie takiej szczegółowej dokumentacji za całe osiem lat mojego życia w Londynie. Kiedy ja składałem swój wniosek (latem 2016), formularz internetowy, pozwalający uniknąć wypełniania ponad osiemdziesięciostronicowego formularza papierowego, był niedostępny. Niedawno został ponownie aktywowany, a od znajomych, którzy złożyli wniosek w lutym tego roku, dowiedziałem się, że lista wymaganych załączników już zdążyła się po raz kolejny zmienić i od nich wymagano już znacznie mniej szczegółowej dokumentacji. Niestety, mój wniosek został w międzyczasie (procedura trwała pół roku) odrzucony, i to pomimo iż mój małżonek (tak, małżonek) jest obywatelem brytyjskim.

W grudniu 2016 prasa pisała o obywatelce Holandii, która żyła w Wielkiej Brytanii przez 24 lata, założyła tu rodzinę i urodziła dzieci, ale w odpowiedzi na wniosek o prawo do stałego pobytu otrzymała z Home Office pismo nakazujące jej wyprowadzkę z Wielkiej Brytanii. Innym głośnym przypadkiem był niemiecki naukowiec, pracownik akademicki, który dowiedział się od urzędnika Home Office, że powinien zacząć się rozglądać za opcjami wyjazdu. W marcu „The Independent” pisał o emerytowanej francuskiej nauczycielce po siedemdziesiątce, żyjącej w Wielkiej Brytanii od 1974 roku. Home Office odmówił jej prawa do stałego pobytu, udzielając jednocześnie wskazówki, że jeśli wykupi prywatne ubezpieczenie zdrowotne, to będzie mogła złożyć ponowny wniosek za pięć lat. W jej wieku! Na spotkaniu z francuskim deputowanym Christophe’em Prematem staruszka powiedziała, że rozumie tę decyzję w jeden sposób: jej wniosek odrzucono, bo jako emerytka z problemami zdrowotnymi będzie „obciążeniem” dla systemu opieki zdrowotnej.

W styczniu „The Guardian” pisał, że rząd najwyraźniej implementował politykę „rozmyślnej wrogości” wobec cudzoziemców z innych krajów UE, żeby ich zastraszyć i wepchnąć w stan długotrwałej niepewności, na którym gabinet Theresy May będzie grał, rozmawiając z Brukselą.

Wyłożone na początku 2017 roku aktualne stanowisko rządu Theresy May jest takie, że prawem do przebywania w Wielkiej Brytanii dysponuje obecnie każdy obywatel dowolnego kraju Unii Europejskiej, który w Wielkiej Brytanii pracuje, jest samozatrudniony lub posiada „kompletne ubezpieczenie zdrowotne”. Osoby, które utraciły pracę, studenci, niepracujący małżonkowie obywateli brytyjskich, znaleźli się wszyscy w niepewnej sytuacji. Owo „kompletne ubezpieczenie zdrowotne” jest swego rodzaju wytrychem znalezionym przez urzędników premier May w słownictwie i sformułowaniach dyrektyw unijnych, wciąż Londyn obowiązujących. W przeciwieństwie do innych krajów UE publiczny system opieki zdrowotnej w Wielkiej Brytanii nigdy nie opierał się na systemie ubezpieczeń a na powszechnym, uniwersalnym dostępie wolnym dla każdego w potrzebie. Sformułowanie o „kompletnym ubezpieczeniu zdrowotnym”, w innych krajach oznaczające płacenie właściwych ich systemom składek zdrowotnych, w Wielkiej Brytanii nie wiadomo właściwie, co konkretnie oznacza, i dlatego stało się wygodnym orężem złośliwych urzędników Home Office.

Urzędnicy najczęściej mówią, że ten warunek spełni każdy, kto wykupi prywatne ubezpieczenie zdrowotne pokrywające wszystkie potencjalne choroby, ale nie istnieje żadna oficjalna prawna czy rządowa definicja, do której można się w takiej sytuacji odnieść i mieć pewność, że obowiązuje wszystkich. Prywatne ubezpieczenia zdrowotne mogą kosztować kolosalne pieniądze w przypadku osób w zaawansowanym wieku lub już zmagających się z ciężkimi chorobami. Oferowane przez firmy ubezpieczeniowe polisy posiadają też zwykle jakieś listy wyjątków i nie obejmują chorób, na które ubezpieczony już cierpi w momencie wykupywania polisy. W takiej sytuacji od kaprysu urzędnika rozpatrującego wniosek może zależeć, czy takie ubezpieczenie uzna za wystarczające, czy nie. Już znane są przypadki, że ubezpieczenie wyłączające choroby stwierdzone u ubezpieczonego przed wykupieniem ubezpieczenia zostało uznane jako „niekompletne”, nie pomogły nawet sądy.

Jeśli wierzyć doniesieniom prasowym, rząd, póki co, nie poszukuje aktywnie i systemowo obcokrajowców, którzy nie pracują, nie są samozatrudnieni ani nie mają „kompletnego ubezpieczenia” celem ich wydalenia, urzędnicy nie inicjują też sami kroków sprawdzających ich status. Byłoby to zresztą ogromne zadanie, to ponad trzy miliony ludzi. Jak dotąd urzędnicy zajmują się głównie statusem tych, którzy złożyli wniosek o prawo do stałego pobytu. Ale nigdy do końca nie wiadomo, furtka jest otwarta. W ostatnich tygodniach wyszło na jaw, że Home Office zaczęło używać tej prawnej sztuczki celem systematycznej deportacji z Wielkiej Brytanii osób bezdomnych pochodzących ze wschodnich krajów Unii Europejskiej, w tym Polski. Sprawa ma posmak moralnego skandalu, gdyż urzędnicy zwerbowali do współpracy niektóre organizacje charytatywne pracujące z bezdomnymi, wykorzystując zaufanie, jakie ich personel ma wśród dotkniętych bezdomnością. Zamiast zgodnie ze swoimi statutami pomagać im wyjść z bezdomności, organizacje te włączyły się w bezduszny rządowy program wykorzystujący dramatyczną sytuację życiową tych osób, żeby zadowolić obsesję premier May na punkcie zmniejszenia imigracji.

Wygląda na to, że okres „rozmyślnej wrogości” organów państwa w stosunku do cudzoziemców, związanego z tym chaosu i niepewności, może potrwać nawet dwa lata i nie wiadomo, co dokładnie czeka nas na jego koniec.

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się (pod tytułem Co czeka Polaków po Brexicie) w „Tygodniku Faktycznie”, nr 13 (39)/2017.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Na zdjęciach: Adi Ionita.

London fog night

Syria, al-Asad i doktryna “wymiany reżimów”

A co, jeśli w opowieści pod tytułem “Wojna w Syrii” “demokratyczna opozycja” od dawna była postacią w decydującej mierze fikcyjną? Co, jeśli postrzeganie konfliktu w Syrii jako bezwzględnej i barbarzyńskiej operacji reżimu przeciwko ludowej “rewolucji” jest zwycięstwem propagandy sprzymierzonych przeciwko Asadowi mocarstw (USA, Francji, Wielkiej Brytanii, ale też Turcji, Izraela i monarchii półwyspu arabskiego)? Co jeśli Baszszar al-Asad, przy wszystkich zbrodniach, które ma na sumieniu, bardziej niż żądnym krwi i władzy ludożercą z mrożącej krew w żyłach opowieści grozy, jest raczej postacią z Sofoklesa?

Piotr Balcerowicz, jeden z najwybitniejszych polskich znawców świata arabskiego, tak pisze w obszernym tekście stanowiącym wstęp do polskiego wydania Przeprawy Samar Yazbek:

Ojciec Baszszara, prezydent Hafiz al-Asad, namaścił na swojego następcę najstarszego syna Basila. Ten jednak zginął w wypadku samochodowym w 1994 roku. Wybór padł więc na Baszszara, który jest z wykształcenia lekarzem okulistą, praktykował w Londynie i nie miał żadnych ambicji politycznych. Gdy po śmierci ojca w czerwcu 2000 roku przejął władzę niejako w sposób niezamierzony, musiał działać w zastanym otoczeniu polityczno-wojskowym, które kontynuowało politykę Hafiza i dbało o zabezpieczenie własnych interesów. Baszszar – z zasady spokojny, bezkonfliktowy, zrównoważony i wycofany, wcześniej zupełnie nieangażujący się w sprawy polityczne, niezainteresowany armią i władzą – podejmował próby reform przez mniej więcej pierwszy rok sprawowania władzy podczas tak zwanej damasceńskiej wiosny. […]

Pierwotne zapędy reformatorskie Baszszara zostały szybko ukrócone przez jego polityczne i wojskowe otoczenie, którego zakładnikiem pozostał w jakiejś mierze do dziś. Za brutalnością, z jaką reżim rozprawiał się z demonstrantami, stał młodszy brat Baszszara, Mahir, dowódca Gwardii Republikańskiej i elitarnej Czwartej Dywizji Pancernej, sprawujący kontrolę nad tajną policją. To on miał pierwotnie zostać następcą Hafiza al-Asada, gdy zginął jego starszy brat, Basil. Decyzję ojca, który ostatecznie wskazał Baszszara, uzasadniano wybuchowym, niekontrolowanym i agresywnym charakterem Mahira. W pewnym sensie Baszszar jest postacią tragiczną: stanął na czele autorytarnego państwa nie do końca w zgodzie z własną wolą i zupełnie nie w zgodzie z zainteresowaniami. Słabość i pasywność jego charakteru spowodowały, że od początku był pionkiem w grze politycznej, sterowanym przez policyjno-wojskowe otoczenie. Eskalacja konfliktu sprawiła, że właśnie ta świta, w tym jego młodszy brat, nadawała ton i kierunek zdarzeniom. To oddziały dowodzone przez Mahira prowadziły brutalną pacyfikację protestów i działania zbrojne w pierwszej fazie wojny domowej. Prasa saudyjska donosiła nawet w 2012 roku, że Baszszar nosił się przez jakiś czas z zamiarem ustąpienia z urzędu. Sprawy zaszły za daleko i okazało się, że z krwią na rękach, jako zbrodniarz wojenny Baszszar nie ma drogi odwrotu. Należy przy tym również pamiętać, że niemal całe otoczenie polityczne Baszszara al-Asada stanowią alawici, przez swe związki z władzą i zawłaszczanie państwa znienawidzeni w społeczeństwie. Odejście Baszszara doprowadzi więc zapewne do czystek etnicznych i ludobójstwa, organizacje islamistyczne nawet nie kryją takich planów. Baszszar dobrowolnie nie ustąpi, jak to uczynił Hosni Mubarak w Egipcie czy Zajn al-Abidin Ibn Ali w Tunezji, gdyż chroniąc swoją władzę, chroni nie tylko siebie, ale także swoją społeczność, a przy okazji druzów, szyitów, chrześcijan i inne niesunnickie mniejszości.

Piszę te słowa po lekturze najnowszej książki Vijaya Prashada, The Death of a Nation and the Future of the Arab Revolution, poświęconej „arabskiej wiośnie”, w której sporo jest o Syrii. Lekturze zbiegła się w czasie z końcówką ofensywy sił Asada na bastiony tzw. rebeliantów na wschodzie drugiego największego miasta Syrii, Aleppo. Prashad jest wybitnym historykiem Trzeciego Świata / Globalnego Południa, autorem dwóch wybitnych książek, lektur obowiązkowych w temacie najnowszej historii biedniejszej części ludzkości: The Darker Nations i The Poorer Nations.

Podobnie jak Balcerowicz w innych partiach cytowanego wyżej tekstu, Prashad nie ma najmniejszych wątpliwości, że organizacje w jakikolwiek sposób demokratyczne od dawna stanowią marginalną siłę w szeregach syryjskiej rebelii.

Strach wypełnia strefy pod kontrolą rebeliantów, czy to znikającej powoli Wolnej Armii Syryjskiej, czy różnych grup islamistów, takich jak związana z al-Kaidą an-Nusra, ramię Saudów Dżajsh al-Islam, czy ISIS. Strach przed porwaniami dla okupu i widowiskowymi zabójstwami. Nie ma już żadnej liczącej się siły, która by jeszcze niosła dla Zachodu sztandar ‘umiarkowanych’. We wrześniu 2015 generał Lloyd Austin z amerykańskiego Centralnego Dowództwa powiedział komisji amerykańskiego Kongresu, że w terenie jest może ‘czterech albo pięciu’ przeszkolonych przez Amerykanów, wciąż całych wojowników. Miliony dolarów rozpuszczono na darmo. Szkoleni przez USA wojownicy wydają się odpływać do oddziałów ekstremistów, które jawią im się jako bardziej skuteczne.

Wbrew kliszom, przez które konflikt w Syrii przedstawiały najważniejsze media na Zachodzie, znaczenie tzw. demokratycznej opozycji przeciwko brutalnej dyktaturze od samego początku mogło być takie sobie. Zachód, podobnie jak sama tzw. demokratyczna opozycja, liczył na powtórkę scenariusza libijskiego, w którym same oddziały rządowego wojska dezerterowały na szeroką skalę i stawały po drugiej stronie frontu. Tak miała, w teorii, rosnąć Wolna Armia Syryjska, ale syryjskie wojsko okazało się w miażdżącej większości lojalne wobec rządu al-Asada. Al-Asad nigdy nie był prezydentem tak powszechnie znienawidzonym jak Mubarak w Egipcie czy Ibn Ali/Ben Ali w Tunezji. W przeciwieństwie do wcześniejszych odsłon „arabskiej wiosny”, zanim napięcia przerodziły się w wojnę domową, cieszył się poparciem mniej więcej połowy społeczeństwa. Na protesty jego przeciwników z odpowiedzią wyszły na ulice manifestacje jego zwolenników, rzecz bez precedensu w Tunezji czy Egipcie.

Prashad odrzuca jako nieuzasadnione spiskowe teorie, jakoby to sam al-Asad promował ekspansję Państwa Islamskiego w szeregach rebeliantów, żeby móc przebrać swoje działania w dobrze znaną z Zachodu retorykę „wojny z terroryzmem”. Za powstanie ISIS Prashad winą obciąża jednoznacznie katastrofę amerykańskiej wojny w Iraku i późniejszej bezmyślnie prowadzonej okupacji tego kraju przez Stany Zjednoczone i ich sojuszników.

Na polskiej lewicy jest obecne między innymi takie stanowisko, że przyjmowanie narracji syryjskiego rządu – iż siły, z którymi walczy, to terroryści i fanatycy religijni – nawet kiedy dokonuje ofensyw na pełne cywili miasta, stanowi przyzwolenie na narrację bliźniaczo podobną do tego, co uprawia Izrael w swoich cyklicznych bombardowaniach Gazy. Ale co, jeśli ideologiczna sytuacja w Syrii jest znacznie bardziej „piętrowa”?

Milionom ludzi na świecie łzy zalewały oczy na widok „ostatnich tweetów” i „ostatnich wiadomości wideo” wysyłanych do świata z oblężonych części Aleppo przez rzekomych cywili czekających jakoby na śmierć z rąk armii rządowej. Jedna z najpopularniejszych wiadomości pochodziła tymczasem od zawodowego propagandysty al-Kaidy. Kilka dni później Bilal Abdul Kareem, cały i zdrów, filmował się, podniecony, z wojownikami w kominiarkach, z ładunkami wybuchowymi na brzuchach, gotowymi do zamachów samobójczych. Wolna Armia Syryjska walczy takimi metodami?

To prawda, że siły rządowe stosują bezwzględne metody nie oglądające się na międzynarodowe regulacje humanitarne – stanowiło to wielokrotnie źródło przerażenia i obiekcji ze strony najskuteczniejszego z sojuszników al-Asada w terenie, libańskiego Hezbollahu, znanego z tego, że zamiast ciężkich bombardowań na odległość walczy w bliskiej, fizycznej konfrontacji z siłami wroga i za wszelką cenę unika ofiar cywilnych. Ale dlaczego ci cywile nie mogą się wydostać z miast czy dzielnic pod kontrolą tzw. rebeliantów? Wbrew temu, co chciałaby nam powiedzieć CNN czy amerykański Departament Stanu, bynajmniej nie tylko finansowana przez Kreml telewizja RT utrzymuje, że to islamistyczne ugrupowania rebeliantów nie pozwalają im się stamtąd wydostać, takie świadectwa pochodzą już z różnych źródeł. Po zajęciu przez siły al-Asada wschodniej części Aleppo agencja Reutera podała, że w tamtej części miasta były zapasy żywności – pod kontrolą rebeliantów, którzy trzymali ją dla siebie, niedostępną dla głodujących cywili.

Jaki właściwie wybór inny niż zdobycie przemocą tych części miasta, które były pod kontrolą al-Kaidy i Dżajsz al-Islam, miał al-Asad? Zostawienie tych ludzi pod władzą islamistów, uwięzionych bez wyjścia i bez wystarczających ilości żywności, na pastwę ich „systemu sprawiedliwości” polegającego na obcinaniu głów i zrzucaniu „przestępców” z dachów wysokich budynków? Zostawienie oddziałom al-Kaidy wschodniego Aleppo jako bazy, z której będą mogli terroryzować resztę miasta i dokonywać kolejnych ekskursji w głąb kraju, żeby wojna mogła się toczyć przez kolejne pięć lat?

Mamy obowiązek domagać się wrażliwości na los cywilów, ale czy w przypadku Aleppo nie zaczęliśmy się osuwać w niebezpieczną postać moralizatorskiego narcyzmu, w którym zamiast dyskutować o realnych rozwiązaniach, ścigamy się w „humanitarnych” deklaracjach niczym w sikaniu na odległość?

As’ad Abukhalil w swojej napisanej dla portalu Jadaliyya krytyce podejścia zachodniej lewicy do sytuacji w Syrii wskazuje, do jakiego stopnia lewica dała sobie narzucić jednostronną narrację, doskonale zgodną z narracją i interesami mocarstw dążących do obalenia syryjskiego rządu. Abukhalil zwraca uwagę, że Stany Zjednoczone i ich sojusznicy nigdy nie interweniują po stronie sił postępowych. Wojna w Syrii toczy się między różnymi siłami prawicowymi (rząd i rebelianci). Sam fakt, że Stany Zjednoczone opowiadają się tak mocno po jednej ze stron, powinien być dla lewicy wskazówką, że to właśnie jest strona bardziej reakcyjna.

Ogromna część tego, co jeszcze istnieje na polskiej lewicy, w odniesieniu do Syrii reprodukuje bezkrytycznie liberalną matrycę, w której każde państwo ze swoim systemem politycznym jest traktowane jak byt całkowicie autonomiczny, wyabstrahowany z kontekstu historycznego i geopolitycznego, do którego przykładamy tę samą miarę i skalę od „brutalnego reżimu” do „wolności i demokracji”, tak jakby każdy kraj, w każdym momencie i każdym otoczeniu, mógł tak po prostu stać się Finlandią. Tymczasem każde państwo istnieje w jakimś kontekście nie tylko kulturowym, ale też w kontekście regionalnych i globalnych stosunków władzy i dominacji, które jednym dają możliwość stania się Finlandią, a innym już nie tak bardzo. Syria pod rządami Asadów (Hafiza i Baszszara) była państwem z przerostem aparatu represji, ale nigdy aż tak policyjnym jak niedaleki Egipt. Nie spełniała większości standardów demokratycznych, niemniej jednak była jakąś formą republiki o fundamentalnie świeckim charakterze, w której różne grupy religijne i etniczne żyły z sobą w pokoju i w poczuciu bezpieczeństwa. Nic z tych rzeczy nie można powiedzieć o niedalekich fundamentalistycznych monarchiach absolutnych, Arabii Saudyjskiej i emiratach w Zatoce Perskiej (które pociągają za sznurki w szeregach syryjskich rebeliantów).

Czytając Prashada, widzimy jak bardzo cały plan obalenia al-Asada i towarzysząca temu propagandowa strategia Zachodu i jego regionalnych sojuszników opierały się na próbach kopiowania scenariusza obalenia Kaddafiego w Libii. Jest to bardzo zasmucające, jak niewiele lewica (zachodnia i polska) nauczyły się ze scenariusza libijskiego (przypominam, że pewna organizacja na radykalnej, pozaparlamentarnej polskiej lewicy, już rozwiązana, ale jej członkowie działają dzisiaj gdzie indziej, domagała się kiedyś od polskiego rządu poparcia zachodniej inwazji na Libię).

Podobnie jak w przypadku Libii, we wczesnym stadium konfliktu istniała szansa na rozwiązanie przy stole negocjacyjnym – w przypadku Libii próby takie podejmowała przede wszystkim dyplomacja brazylijska, z poparciem większości krajów Południa i wielu krajów arabskich, w przypadku Syrii poważnie zaangażowana była też dyplomacja południowoafrykańska. Próby te zostały jednak utrącone przez Zachód, który za wszelką cenę dążył do eskalacji wojny i „wymiany reżimu”.

Podobnie jak w przypadku Libii, największe światowe media nie ustają w informowaniu nas o krwiożerczości al-Asada – a my bierzemy to wszystko za dobrą monetę, jakbyśmy nie wiedzieli, że ponad połowa takich samych doniesień na temat Kaddafiego była pomówieniami fabrykowanymi na potrzeby wytworzenia społecznego przyzwolenia na wojnę z nim. Dopiero po definitywnym zakończeniu wojny poznamy całą prawdę na temat tego, ile zbrodni siły Asada naprawdę popełniły, a ile im wmówiono, ale nawet teraz wiemy już o przynajmniej niektórych, że były propagandowymi nadużyciami ze strony przeciwników reżimu. Dotyczy to najcięższych oskarżeń: przynajmniej niektórych incydentów rzekomego użycia broni chemicznej przeciwko cywilom. Wybitny amerykański dziennikarz śledczy Seymour Hersh jest przekonany, że tę broń chemiczną szmuglował z Libii, przez Turcję, do sił antyasadowskich, Departament Stanu USA pod kierownictwem ulubienicy części polskiej lewicy, Hillary Clinton. Miała ta broń być użyta w sposób, który kierowałby następnie podejrzenie na siły Asada.

Podobnie jak w przypadku Libii, mocarstwa zachodnie nawołują do ustanowienia nad Syrią strefy zakazu lotów (no-fly zone). Podobnie jak w przypadku Libii, ogromna część lewicy łyka bezkrytycznie narrację prezentującą ten środek jako immanentnie „pacyfistyczny” i prowadzący do rozwiązania konfliktu, tak jakby Libia się nie wydarzyła. W Libii no-fly zone pociągnęła za sobą eskalację działań zbrojnych i całkowitą implozję struktur państwa, próżnię po których wypełniło nieobecne tam wcześniej Państwo Islamskie. Libia jest dziś piekłem na ziemi. Impozycja no-fly zone nie polega na tym, że „społeczność międzynarodowa” ją sobie ogłasza i nagle wszystkie strony jakoś tak same z siebie jej przestrzegają. No-fly zone daje komuś – i najczęściej są to Stany Zjednoczone i ich sojusznicy – prawo do umieszczenia na objętym nią terytorium instalacji, które utrzymają ten zakaz w praktyce, czyli np. zestrzelą samoloty łamiące zakaz lotów. Taki scenariusz w Syrii otwierałby możliwość eskalacji amerykańskiego zaangażowania w kraju i w regionie, a prawo do (i fizyczna możliwość) zestrzeliwania samolotów innych sił zbrojnych groziłoby przekształceniem wojny w Syrii w otwartą wojnę NATO z Rosją. To, że dotąd nie udało się na szczęście objąć nieba nad Syrią zakazem lotów, zawdzięczamy temu, że w przeciwieństwie do ogromnej części zachodniej i polskiej lewicy, przynajmniej niektóre liczące się na arenie międzynarodowej rządy nie-zachodnie zrozumiały lekcję Libii i dały administracji Obamy do zrozumienia, że tym razem rezolucja o strefie zakazu lotów już w Radzie Bezpieczeństwa ONZ nie przejdzie.

Baszszar al-Asad nie jest źródłem wszelkiego zła. Z narracji Prashada wyłania się klarowny obraz, w którym tym źródłem jest ostatecznie skompromitowana i domagająca się natychmiastowego pogrzebania „liberalna religia” Zachodu: „doktryna wymiany reżimów”. Według tej doktryny upatrzone reżimy muszą zostać obalone, pod pretekstem ich szczególnie brutalnego, dyktatorskiego charakteru, a w rzeczywistości wyselekcjonowane wyłącznie dlatego, że stoją na drodze interesom Zachodu i jego posłusznych regionalnych klientów, nierzadko znacznie bardziej brutalnych, ale za sprawą życia w symbiozie z interesami zachodnich mocarstw nigdy nie zagrożonych podobną wymianą reżimu (w rodzaju Arabii Saudyjskiej i emiratów). Każda taka wymiana odbywa się bez śladu poszanowania dla lokalnej kultury politycznej, uwarunkowań struktury społecznej i tak dalej. Jej jedynym możliwym skutkiem jest osuwanie się jednego państwa za drugim w stan chaosu bez porównania gorszy dla mieszkańców od obalonych dyktatur.

Baszszar al-Asad jest uwikłanym nosicielem i przekaźnikiem zła rozpętanego przez innych. Nie można wykluczyć, że kierowały nim nienajgorsze intencje. Że przyjął przekazaną mu władzę, by uchronić kraj przed pięścią swojego brutalnego młodszego brata. Próbował zliberalizować ustrój polityczny Syrii. Niestety próby te szły w parze z neoliberalnymi reformami ekonomicznymi, sprzedawanymi od ćwierć wieku każdemu systemowi w transformacji jako część „nierozerwalnego” pakietu przez światowych promotorów „wolności i demokracji”. Kombinacja społeczno-ekonomicznych skutków tych neoliberalnych zmian (ubożenie prowincji, wsi i masowe bezrobocie młodych) z poczuciem rosnącego zagrożenia finansowaną przez mocarstwa zewnętrzne (USA, Francja, Arabia Saudyjska, Turcja, Izrael, Katar) opozycją o profilu salafickiego ekstremizmu, spowodowały brutalny odwrót od procesów politycznej liberalizacji i powrót reżimu do metod bezwzględnej represji.

Syria pod rządami al-Asadów była reżimem reakcyjnym, świadczy o tym już choćby to, że dyskusja o tym, kto zastąpi Hafiza po jego śmierci, ograniczała się do pytania: „który z jego synów?”. Przy całym swoim reakcjonizmie, był on jednak mimo wszystko umieszczony wciąż w horyzoncie Oświecenia, przywiązany do pewnych oświeceniowych wartości i oświeceniowych form własnej legitymizacji. W sąsiedztwie monarchii absolutnych, Iraku, który pod wpływem zachodnich awantur zapadł się w postać czystego chaosu. Otoczony siłami zdeterminowanymi, by zniszczyć to, co tam zdołało przetrwać z projektu oświeceniowego. Irak był przykładem piekła, jakie nastaje, gdy takie siły odnoszą zwycięstwo.

Reżim al-Asada był często oskarżany o paranoję, węszącą wszędzie spiski wymierzone w siebie i w istnienie Syrii w ogóle. Ale dzisiaj, m. in. dzięki WikiLeaks, wiemy, że nie było w tym ani trochę paranoi, była to trafna ocena sytuacji. Dla tych wszystkich domów Saudów, al-Maktumów, al-Chalifów, as-Sanich istnienie w sąsiedztwie laickich reżimów formalnie republikańskich, jakkolwiek niedoskonałe by one nie były, stanowi spędzającą sen z powiek groźbę, że ich własne feudalne domeny nie są im dane na wieki wieków. Dla Izraela Syria jest jedynym arabskim sąsiadem, którego nie udało mu się skorumpować, a w którego terytorium bardzo chciałby się werżnąć jeszcze głębiej i w końcu „znormalizować” swoją północno-wschodnią granicę na tyle, by Wzgórza Golan stały się oficjalnie częścią „Wielkiego Izraela”. Dla Stanów Zjednoczonych, których klasa polityczna siedzi po uszy w kieszeni izraelskiego lobby, życzenia Tel Awiwu są rozkazem. Prezydentowi Erdoganowi w Ankarze marzy się umrzeć w roli neosułtana, odnowiciela osmańskiej potęgi Turcji, której Syria mogłaby być „zewnętrzną prowincją”. Stanom Zjednoczonym, Izraelowi i Arabii Saudyjskiej doskwiera przyjaźń rządu w Damaszku z rządem w Teheranie, bo woleliby widzieć Iran słabszym i osamotnionym. Wreszcie Turcji, USA, Francji, Wielkiej Brytanii i Katarowi „w bankach nie sztymuje”, że Syria chciała wykorzystać swoje zasoby, położenie i terytorium w zgodzie z własną wizją ekonomicznego rozwoju i we współpracy z tymi, których sama uważa za swoich przyjaciół. Mówiąc bardziej wprost, projekt gazociągu budowanego przez Syryjczyków w regionalnej współpracy z Iranem i Rosjanami, stał w poprzek marzeniom wymienionych o przebiegającym zamiast tego przez terytorium Syrii gazociągu amerykańsko-turecko-katarskim.

Baszszar al-Asad znalazł się w tragicznej roli przywódcy niedemokratycznego reżimu, który niemniej jednak pozostawał jednym z ostatnich bastionów resztek Oświecenia w swojej części świata. Dlatego musiał go bronić za wszelką cenę, bo jedyne widoczne na horyzoncie siły, które byłyby zdolne go zastąpić, były o wiele gorsze i wieściły Syrii całkowitą dezintegrację.

Lewicę powinien obowiązywać zakaz oceny reżimów metodą liczenia trupów. Została ona wymyślona przez najnędzniejszych liberałów, żeby „wykazywać”, o ile komunizm jest gorszy od nazizmu, i z liberałami, na ich przyszłe potępienie, powinna na zawsze pozostać. Siły al-Asada mają na sumieniu więcej zabitych niż siły tzw. rebeliantów, ale czy nie dlatego, że te drugie po prostu nie zgromadziły jeszcze tyle władzy, żeby naprawdę się wykazać? Czy chcielibyśmy zaryzykować i dać im szansę je prześcignąć? Bo Syria, ze swoją złożoną kompozycją religijno-etniczną, ma dość niesunnickich mniejszości, by „rebelianci” pobili szybko poprzednie rekordy, gdyby tylko ustabilizowali swoją kontrolę nad terytorium na tyle, żeby przystąpić do upragnionej eksterminacji „kafirów”.

Całkowite przechwycenie syryjskiej „rewolucji” przez wspieranych z zewnątrz salafickich ekstremistów (już w 2012) oraz pogrzebanie (m. in. przez Departament Stanu Madame Clinton) szans na rozwiązanie konfliktu przy stole negocjacyjnym, powodują, że istnieje dziś tylko jeden realny scenariusz na zakończenie wojny w Syrii i na to, że kraj ten będzie się kiedyś znowu nadawał do życia: zwycięstwo sił rządowych Baszszara al-Asada i rekonsolidacja przez nie syryjskiego państwa.

Różnica między reżimem Baszszara al-Asada a „rebeliantami” (jedynymi, którzy się liczą militarnie i politycznie) to różnica między reżimem, który jest owszem reakcyjny, ale pozostaje wciąż w granicach horyzontu Oświecenia, a siłami, które dążą do wyzerowania wszystkich Oświecenia zdobyczy, jakkolwiek niedoskonała byłaby ich historyczna realizacja na terenie Syrii. W Syrii Baszszara al-Asada przyszła walka polityczna będzie się toczyć o poszerzanie praw. W Syrii salafitów walkę trzeba będzie zacząć od samej tych praw idei, od samego początku. To różnica między walką o wydawanie opozycyjnej prasy, a walką z prawem oficera zwycięskiej formacji zbrojnej, by gwałcić wedle upodobania dowolnego chłopca, a potem jego ukarać za homoseksualizm śmiercią przez zrzucenie z dachu wysokiego budynku na oczach tłumu.

Znawcy polityki Władimira Putina, którzy zajmują się czymś poważniejszym, niż kreowaniem go na nowego Hitlera, zwracają uwagę, jak traumatycznym przeżyciem była dla niego katastrofa zachodniej interwencji w Libii i obalenie Kaddafiego. To, że nie stanął na wysokości zadania, że będąc jednym z nielicznych władców tego świata, który dysponował jakimiś realnymi środkami, by zapobiec katastrofie, całkowicie zawiódł, Putin postrzega jako swoją wielką klęskę polityczną o historycznym znaczeniu. Putin postanowił nie dopuścić do tego, by w Syrii powtórzył się ten sam scenariusz. Nie powinno być zgody na znak równości między interwencją Rosji po stronie al-Asada, a interwencjami, które wywołały wojnę w Syrii próbami obalenia rządu i oddały prawie całą opozycję w ręce ekstremistów. Interwencja Rosji ma na celu zakończenie wojny – w jedyny możliwy dziś sposób, czyli przez zwycięstwo rządu. Interwencja Rosji odbywa się na tego rządu prośbę, wystosowaną do Rosji jako sojusznika. Na prośbę rządu, który w rozumieniu prawa międzynarodowego pozostaje jedynym legalnym rządem Syrii. Nawet jeśli to się odbywa – a odbywa się – w ramach rosyjskiego projektu imperialnego, nie ma tu żadnej symetrii imperializmów. Nawet jeśli Rosja broni swoich geopolitycznych interesów, nie można nie docenić zimnej krwi i racjonalizmu, z jakimi Kreml reaguje na podejmowane z różnych stron próby wytrącenia Rosjan z równowagi. W każdej z tych sytuacji, od zestrzelenia przez Turków rosyjskiego samolotu nad Syrią, po zabójstwo ambasadora Rosji w Ankarze przez obłąkanego 22-letniego policjanta, Putin wybrał drogę deeskalacji napięć.

Choć wiem, że zostanie mi to gdzieniegdzie zarzucone, to wszystko nie znaczy wcale, żebym uważał, iż Putinem kieruje jakiś znaczący impuls uniwersalistyczny. Nigdy dość powtarzania, że Putin nie jest człowiekiem z naszej (tj. lewicy) bajki. Putin nie jest człowiekiem projektu w jakikolwiek sposób uniwersalistycznego, czy postępowego. Jest cynicznym człowiekiem władzy, jego wizja polityczna jest na wskroś konserwatywna, reakcyjna. Bardziej niż o cokolwiek innego chodzi w niej o zachowanie pewnych stabilnych ram dla istniejących stosunków władzy i miejsce w nich Rosji odzwierciedlające to, na co ona jego zdaniem zasługuje. To, że taki polityk, rodzaj postmodernistycznego cara, stał się de facto obrońcą resztek, które się jeszcze nie zawaliły po arabskich realizacjach projektu oświeceniowego, nie jest miarą jego wielkości (uniwersalizmu, „oświeceniowości”, postępowości, czy jak to nazwiemy) – jest to miarą politycznej i etycznej nędzy i degrengolady ostatnich dziesięcioleci polityki Zachodu w stosunku do Bliskiego Wschodu. Może się wkrótce okazać, że interwencja Putina w obronie reżimu Baszszara al-Asada położyła przynajmniej wreszcie kres największemu źródłu zła w tamtej części świata: zachodniej doktrynie „wymiany reżimów”.

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się pierwotnie (5 stycznia) na łamach portalu Strajk.eu.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

 

Kiedy przyszli po muzułmanki…

Gdyby kilku uzbrojonych mężczyzn podchodziło do kobiet na plaży i zastraszało je, by się publicznie rozebrały, to czy byliby funkcjonariuszami policji czy nie, śmiało nazywalibyśmy to wszyscy co najmniej molestowaniem seksualnym. Niektórym sprawa przestaje wydawać się jasna, kiedy kobieta jest muzułmanką. Takie rzeczy działy się w sierpniu we Francji, m. in. w Nicei, po tym, jak merowie szeregu nadmorskich francuskich miast zakazali noszenia na ich plażach burkini, stroju kąpielowego zaprojektowanego przez australijską muzułmankę. „Socjalistycznemu” premierowi Manuelowi Vallsowi w spójny sposób mieści się ten zakaz w „uniwersalistycznych” zasadach Republiki, w jej laïcité, oficjalnej świeckości państwa. Już 26 sierpnia Conseil d’État, najwyższy francuski sąd administracyjny uznał, że wcale się w ogólnych zasadach Republiki nie mieści i uznał pierwszy taki zakaz za nielegalny.

Wydaje się, jakby Francuzi pozwalalali przesiąkać na terytorium Francji metropolitalnej temu, czego się nauczyli w swoich niegdysiejszych koloniach. Jakby ich stosunek do kobiet arabo-musulmanes przeciekał do Francji z Algierii i Tunezji tak samo, jak metody policyjnego nadzoru i represji zamieszkującej przedmieścia wielkich miast społeczności issues de l’immigration („pochodzących z imigracji”). Stary dobry Frantz Fanon, który część życia poświęcił Algierii, pisał jeszcze w czasach francuskiego imperium kolonialnego, drugiego co do wielkości po brytyjskim, że algierskie kobiety zajmowały szczególne miejsce w zespole francuskich obsesji na punkcie ich północnoafrykańskiej posiadłości[1]. Skoro kobiety pełnią tak istotną rolę w procesach transmisji kultury (wychowują dzieci), odbicie jak największej ich części z rąk ich mężczyzn oznaczałoby zdobycie klucza do zdominowania ich kultury, do udomowienia i oswojenia śniadego Obcego, który w końcu przestałby się stawiać, robić wyrzut ze swojego położenia, z wyzysku i przemocy, których pada ofiarą. Odsłonięcie skarbu fizycznego piękna arabskiej kobiety, ukrytego pod atrybutami symbolicznej przemocy kontrolujących ją arabskich mężczyzn, jej wyzwolenie spod tej kontroli wystawiłoby ją (i Algierię) – na gwałt ze strony kolonizatora, tak przez niego upragniony. Wola arabskiej kobiety, to jak ona sama jako podmiot pragnie osiągnąć swoją emancypację, jakie symbole chce odrzucić, a jakie są dla niej samej cenne w budowie i przebudowie jej tożsamości (np. by rzucić wyzwanie kolonizatorowi) – takie rzeczy nigdy nie były częścią francuskiego równania.

Od drugiej połowy XIX wieku głównym czarnym charakterem francuskiego rasizmu wewnątrz Francji metropolitalnej byli Żydzi. W swoim komentarzu[2] do „afery burkini” historyk Shlomo Sand przypomniał, że pomimo iż antysemityzm wywodzi się z religijnych fiksacji chrześcijaństwa w ogóle czy też katolicyzmu w szególności, ten francuski antysemityzm drugiej połowy XIX wieku był doskonale laicki, obchodził się doskonale bez wycieczek w stronę „winy za śmierć Chrystusa”, współistniał nawet harmonijnie z wojującym antyklerykalizmem. Francuska koncepcja narodu jest relatywnie inkluzywna, „uniwersalistyczna”, ale domaga się wysokiej ceny. Jest to koncepcja o źródłach osadzonych w Rewolucji Francuskiej: jest ona jakobińska. Każdy może zostać Francuzem, ale żeby to się stało w pełni, musi oderwać się od partukularyzmów swojego pochodzenia, odesłać je w niepamięć. Żydzi byli w tym zawadą. Sand podkreśla, że Francja była od połowy XIX wieku jednym z najbardziej antysemickich  krajów w Europie, pozostała takim do końca II wojny światowej (stąd tak łatwo było hitlerowcom o francuską współpracę przy deportacjach Żydów). Dopiero ostateczna klęska i kompromitacja Trzeciej Rzeszy pociągnęła za sobą kompromitację antysemityzmu.

Na pozycji odruchowego kozła ofiarnego francuskiego rasizmu, takiego, co z automatu jest na podorędziu, przez jakieś ćwierć był wakat, ale potrzeba jego wypełnienia pojawiła się wraz z kryzysami ekonomicznymi powracającymi od lat 70. Miejsce przypadło arabo-musulmans, społeczności, która nigdy nie oderwała się od kulturowych partykularyzmów swojego pochodzenia, choć głównie z winy samej Francji. Nigdy nie chciała, by wydostali się z zaklętego kręgu najgorzej opłacanej pracy, którą Francuzi de souche („rdzenni”) chcieli zepchnąć na kogoś innego. Zawsze traktowała ich jako „szczególny przypadek” imigracji. Rekonsolidacja francuskiego rasizmu tym razem wokół populacji muzułmanskiej w roli „wroga” przeprowadzona została – pisze Sand – rękoma sojuszu spadkobierców tradycji jakobińskiej, tych, którzy za rewolucyjnego młodu, w latach 60. i 70. zaczytywali się pismami Mao, z konserwatystami.

Z tego sojuszu bierze się zdumiewająco ponadpartyjny charakter francuskiej obsesji na punkcie ubiorów muzułmanek. Zakazy burkini wprowadzili merowie o różnych afiliacjach partyjnych; prawne regulowanie strojów muzułmańskich kobiet pasjonuje wyborców François Hollande’a w takim samym stopniu jak tych od Nicolasa Sarkozy’ego i Marine Le Pen, ale także Jean-Luca Mélenchona. W swojej gruntownej analizie problemu francuskiej islamofobii[3] Abdellali Hajjat i Marwan Mohammed wykazują, że wytwarzanie „problemu muzułmańskiego” od lat 80. XX wieku stanowi swego rodzaju rdzeń, wokół którego kształtuje się konsensus francuskich elit politycznych i ekonomicznych różnych pod innymi względami. Ten konsensus służy zarządzaniu „ponad podziałami” napięciami wynikającymi z kryzysów społecznych i ekonomicznych – mówiąc krótko, zarządzaniu najbiedniejszymi i najbardziej zmarginalizowanymi sektorami społeczeństwa w warunkach kryzysu. Podkreślają też strukturalne podobieństwo islamofobii do antysemityzmu: fuzja praktyk religijnych i religijnej przynależności (faktycznej lub domniemanej) z dyskursem „rasowym” czy też „urasowiającym”, podważanie „prawomocności” obecności muzułmanów na terytorium europejskim, itd.

Kiedy francuscy politycy od prawicy do oficjalnej lewicy „odkryli” mistyczny związek między zagrożeniem terrorystycznym a tym, w czym kąpią się muzułmanki, kontynuowali jednocześnie starszą linię rozumowania wymyśloną tak naprawdę we Francji przez niektóre feministki. „Parler du voile, c’est parler au viol” padło u szczytu debat, które doprowadziły do zakazu noszenia chust w szkołach publicznych w 2004. „Rozmawiając o chuście, mówimy o gwałcie”. Zdaniem tej szkoły francuskie muzułmanki, które zakrywały w miejscach publicznych włosy, były wspólniczkami w opresji tych kobiet ze społeczności muzułmańskiej, które zakładać jej nie chciały. Manifestując swoje posłuszeństwo wobec wyprowadzonych z islamu norm ubioru wskazywały te, które tego nie robiły, jako „zdziry” zasługujące na gwałt. Zakładając chusty, stawały współwinne gwałtów na tych, które nie zakładały. Bo gwałt nie istniał przecież we Francji przed przybyciem imigrantów z Magrebu, a po ich przybyciu – poza dzielnicami zamieszkanymi przez imigrantów i ich potomków. Niektóre fracuskie feministki – na te bezdroża zbłądziły nawet intelektualistki tego formatu, co Élizabeth Badinter – posunęły się tak daleko, że zadeklarowały, iż patriarchalna opresja kobiet istnieje dzisiaj na Zachodzie już tylko w społecznościach muzułmańskich. Zadaniu gruntownej krytyki takich galopad wiele pracy poświęciła np. znakomita polemistka, redaktorka pisma „Nouvelle Questions féministes”, Christine Delphy (polecam wyśmienity esej Antisexisme ou antiracisme…[4]). Choroby nie udało się jednak we francuskim organizmie społecznym powstrzymać, więc dzisiaj od noszonych przez muzułmanki chust prosta droga już nie tylko do gwałtów, ale także do zamachów terrorystycznych.

Gdyby policja wyłapywała w przestrzeni publicznej przedstawicielki jakiejkolwiek innej grupy – mniejszości etnicznej czy religijnej – nikt nie miałby wątpliwości, że mamy do czynienia z rasistowską nagonką. Wyobraźmy sobie wyłapywane na ulicy Żydówki, Hinduski czy Afrykanki. To, jak wiele osób o różnych orientacjach politycznych (nie tylko we Francji) tego nie dostrzega, gdy na celowniku są Arabki i muzułmanki, dowodzi jak powszechną i przezroczystą – bo centralną i kluczową! – formą rasizmu stała się współcześnie islamofobia. Wokół europejskich muzułmanów i społeczności pochodzenia arabskiego gęstnieje dzisiaj atmosfera pogromowa. Każdy, kto się kiedyś zastanawiał, jak to było możliwe, że ludzie w latach 30. XX wieku nie widzieli, co się wokół nich dzieje, że ignorowali wszystkie sygnały, powinien może przestać się zastanawiać, a zacząć rozglądać. Właśnie tak to się działo. W obecnym strukturalnym kryzysie kapitalizmu muzułmanie i Arabowie znaleźli się w roli, która w poprzednim tak głębokim kryzysie systemu przypadła Żydom. W roli jego kozła ofiarnego. Muzułmanie i Arabowie są „Żydami” naszych czasów.

Przypisy

[1] Frantz Fanon, L’Algérie se dévoile, [w :] tegoż, L’An V de la Révolution Algérienne, Paris : Maspero 1959.

[2] Shlomo Sand, Arrêtés anti-burkini, femme voilées verbalisées : la laïcité, ultime refuge du raciste, http://leplus.nouvelobs.com/contribution/1552646-arretes-anti-burkini-femmes-voilees-verbalisees-la-laicite-ultime-refuge-du-raciste.html [wersja angielska]

[3] Abdellali Hajjat, Marwam Mohammed, Islamophobie. Comment les élites françaises fabriquent le « problème musulman », Paris : La Découverte 2013.

[4] Christine Delphy, Antisexisme ou antiracisme, [w :] tejże, Classer, dominer : Qui sont les « autres » ?, Paris : La Fabrique, 2008.

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się w miesięczniku „Le Monde diplomatique – edycja polska” (wrzesień 2016).

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Eça i Portugalczycy

Os Maias, w angielskim przekładzie, jako The Maias (po polsku wyszło to kiedyś przetłumaczone jako Ród Maia), czekało u mnie na półce kilka lat. Powieść (z 1888) jest długa, więc musiałem być w odpowiednim nastroju i okolicznościach – długie powieści lubię czytać, kiedy mam do dyspozycji dużo wielogodzinnych bloków czasu.

Mój ulubiony José Saramago powiedział o Os Maias, że to „najwybitniejsza powieść najwybitniejszego powieściopisarza Portugalii”. W Polsce, poza gronem wyspecjalizowanych w tej literaturze filologów, pisarz José Maria Eça de Queiroz (1845-1900) niezbyt jest znany: polski przekład Os Maias wyszedł dopiero równo sto lat po oryginale. Poza Lusofonią (czyli obszarem kulturowym języka portugalskiego) obecnie chyba najbardziej jest Eça kojarzony ze Zbrodnią księdza Amaro (O crime do Padre Amaro, 1875) – w uwspółcześnionej i przeniesionej do Meksyku ekranizacji Carlosa Carrery (2002), nominowanej do Oscara za najlepszy film obcojęzyczny, tytułowego księdza grał Gael García Bernal. Wczesna powieść o cielesnych namiętnościach młodego księdza i ich dramatycznych konsekwencjach ujawniła już jeden z trwałych rysów jego twórczości: fascynację obyczajowymi tabu mieszczańskiej kultury. Powraca u niego np. motyw kazirodztwa, na kartach Rodu Maia, a także w A Tragédia da Rua das Flores. Kazirodztwo często wiąże się u niego z rozdzielonymi, rozbitymi rodzinami, co jest motywem bardzo osobistym. Eça był przez swoją matkę zostawiony z dziadkami tuż po urodzeniu. Jego rodzice pobrali się dopiero, gdy miał cztery lata, ale utrzymywali go na odległość aż do czasu, gdy skończył 21 lat. To zapewne osobisty charakter takich motywów stał za tym, że nie zdecydował się za życia opublikować A Tragédia da Rua das Flores, jakby w obawie, że pewne motywy zostaną odczytane jako zaczerpnięte z historii jego rodziny. A że dochodzi tam do incestu między matką a synem, bał się prowokowania takich podejrzeń.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Os Maias jest rzeczywiście wspaniałą i wspaniale napisaną powieścią. Dzieje ostatnich przedstawicieli jednej z najznakomitszych i nazamożniejszych rodzin Lizbony opisuje Eça pewną siebie, piękną, nierzadko poetycką frazą, połączoną z dyskretnym, ale cały czas obecnym poczuciem humoru. Uczucia i fiksacje swoich bohaterów opisuje z wielkim zrozumieniem, miłością nawet – chcąc się upewnić, że cała ich złożoność będzie odebrana przez czytelnika, potrafi czytelnika przeprowadzić przez pięćdziesiąt stron bez żadnego wydarzenia godnego tego słowa, jednocześnie nie tracąc jego zainteresowania. I choć z takim zrozumieniem i miłością opisuje ich emocjonalne uwikłania, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że świat mieszczańskich konwencji, wszystkie jego gry i gierki, stawki większe i mniejsze, wydają mu się swego rodzaju cyrkiem, z którego po cichu i dyskretnie, ale jednak cały czas się śmieje.

Przedmiotem jego krytycznej, zdystansowanej obserwacji jest kultura mieszczańska w ogóle, ale też jej formacja specyficznie portugalska.

Rentierzy, nudziarze i dyletanci

Jego peryferyjni, portugalscy burżua bardziej niż liberalnych self-made-manów, o których niektórzy z nich czytują, zafascynowani angielską kulturą, przypominają feudalnych ziemian żyjących z renty, z odcinania kuponów od odziedziczonego majątku. W materialistycznych ujęciach globalnej historii społeczno-ekonomicznej uważa się zwykle, że Portugalii i Hiszpanii pozycja hegemona kształtującego swoje zręby we wczesnej nowoczesności kapitalistycznego systemu-świata, pomimo budowy wielkich imperiów kolonialnych, umknęła szybko najpierw do Genui, potem Amsterdamu i Londynu, za sprawą zbyt żywotnych na Półwyspie Iberyjskim struktur feudalnych, z ich preferencją dla demonstrującej władzę widowiskowej konsumpcji nadwyżek przed ich reinwestowaniem w spirali akumulacji kapitału. Eça wydaje się potwierdzać. Główny bohater, Carlos Eduardo da Maia, zostaje lekarzem, otwiera nawet gabinet, ale ponieważ z majątkiem swojego dziadka pracować nie musi, to prawie nikogo nie leczy. Gabinet przydaje mu się bardziej jako platforma dla flirtu i podrywu. Trudno oprzeć się wrażeniu, że zajmował na uniwersytecie miejsce, które zamiast marnować się dla niego mogło było wykształcić jakiegoś lekarza z prawdziwego zdarzenia.

Portugalscy burżua Eçy de Queiroza uwielbiają narzekać na dziadowskość swojego kraju, ale nie wyciągają żadnych wniosków z faktu, że trzymając – jako klasa – w garści większość kraju tego zasobów, to nikt inny jak oni właśnie dysponują środkami i możliwościami, by go ewentualnie ulepszyć. Nie chce im się jednak robić nic, co by wybiegało poza uciechy korzystania z własnych przywilejów; niczym nie potrafią się zająć na poważnie – od czasu do czasu coś ich kręci, ale mamy wrażenie, że z nudów lub dla fanaberii raczej niż z prawdziwej pasji czy powołania. Nic konkretnego z tego nigdy nie wynika. Carlos nie potrafi skupić się na swoich badaniach na tyle, żeby doprowadziły do jakiegokolwiek odkrycia, tak jak jego przyjaciel Ega nigdy nie ukończy swoich pretensjonalnych, bombastycznych projektów literackich. Wszyscy tu ciągle patrzą z podziwem na Londyn i Paryż, punkty odniesienia w każdej sprawie, choć jednocześnie tylko nieliczni z tych burżua wydają się rozumieć lub wiedzieć coś głębszego o francuskiej czy angielskiej kulturze (zabawne i na swój sposób fascynujące są demaskujące to sceny długich konwersacji o byle czym prowadzonych przy kolacjach i innych okazjach).

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Nie wiem, czy słusznie to interpretuję, ale właśnie igraniem z prowincjonalną, peryferyjną mieszanką głupiego podziwu dla wszystkiego, co obce i kojarzy się z jakimś odległym ośrodkiem władzy i splendoru, z elementarnym brakiem pojęcia o świecie, tłumaczę sobie dziwną postać jednego z przyjaciół starego Afonso da Maia, niejakiego Steinbrokena. Eça nie raz i nie dwa pisze o nim, że to dyplomata, przedstawiciel ambasady Królestwa Finlandii w Lizbonie. Nie było nigdy żadnego Królestwa Finlandii. Po wielu stuleciach podporządkowania Królestwu Szwecji, w 1809 Finlandia stała się częścią Cesarstwa Rosyjskiego, w ramach którego była Wielkim Księstwem Finlandii. Eça sam o tym na pewno doskonale wiedział. Rodzice nie dali mu może w życiu miłości, ale posłali go do szkół – najpierw takiej z bursą w Porto, potem na studia do Coimbry – i Eça zrobił w życiu niczego sobie karierę. W dyplomacji. Był portugalskim konsulem w Hawanie, Newcastle-upon-Tyne i Bristolu. Jako dyplomata na pewno wiedział, że Finlandia nie jest żadnym królestwem tylko niesuwerenną prowincją Rosji i myślę, że wprowadził ten motyw na zasadzie zgrywy ze swoich czytelników. Wiedział, że częścią z nich będą tacy sami ludzie, jak mieszkańcy jego powieściowej Lizbony (jeden pyta, czy tam w Anglii to piszą np. romantyczne powieści) i śmiał się pod nosem, zastanawiając się, czy i kiedy się skapną.

Odniesienie i powtórzenie

Angielska tłumaczka Eçy, Margaret Jull Costa, zwraca uwagę, że różne rzeczy „chodzą” w tej powieści parami, wydarzenia się dublują, odbijają w sobie nawzajem:

[…] pierwsze Carlosa zachwycone spojrzenie na Marię Eduardę jest bardziej romantyczną wersją pierwszego spojrzenia jego ojca Pedro na Marię Monforte; podczas gdy romans Egi z żoną żydowskiego bankiera stacza się w farsę, Carlos pakuje się w groteskowy romans z księżną de Gouvarinho; Carlos bije Eusèbiozinho dwa razy, raz w dzieciństwie, potem jeszcze raz jako dorosły; Carlos nigdy nie kończy swojej książki o medycynie dawnej i współczesnej, tak jak Egi Pamiętnik Atomu pozostaje jedynie pomysłem, o którym głównie tylko mówi […].[1]

W tych parach i powtórzeniach kryje się głębsza sprawa – intelektualnie, filozoficznie głębsza. Brazylijski krytyk kultury Silviano Santiago napisał kiedyś esej zatytułowany Eça, autor „Madame Bovary”. Igrał w nim z ideą stojącą za opowiadaniem Borgesa, w którym niejaki Pierre Menard pisze jeszcze raz Don Kichota Cervantesa, kilkaset lat po oryginale. Tam gdzie inni – miejmy śmiałość nazwać ich nawet Eçy literackimi „wrogami” – zrzynanie pomysłów fabularnych z Zoli (La faute de l’Abbé Mouret jako źródło dla Zbrodni księdza Amaro) a zwłaszcza Flauberta (Kuzyn Basilio a Madame Bovary), którego Eça uważał za swojego wielkiego mistrza, Santiago proponuje intrygującą i inspirującą interpretację. Fabularne „powtórzenia” uprawiane przez Eçę są świadomą operacją intelektualną ustawiającą wcześniejszą, słynną powieść pochodzącą z Francji, a więc z dominującej na skalę europejską, „centralnej” kultury (najwięcej fabularnej prozy będącej w obiegu w Europie w XIX wieku pochodziło z Francji i Anglii), na pozycji „metajęzyka” wobec jego własnej, portugalskiej powieści. U Eçy

powtórzenie skutkuje głębią. Innymi słowy, każdy komentarz dotyczący postaw Luisy [bohaterka Kuzyna Basilio – przyp. J.P.] czy także jej męża, nie może być lokowany na konwencjonalnej, wąskiej płaszczyźnie moralnej, gwałtownej reakcji na przyczynę, która jest dla czytelnika oczywista, ale będzie musiał się zorganizować po linii reakcji na wcześniejszy tekst literacki […].[2]

Te „powtórzenia” są u Eçy formą konceptualizacji peryferyjnego położenia jego własnej kultury, szukającej na zewnątrz, w mocarstwowych ośrodkach władzy wzorów do naśladowania, punktów odniesienia, sposobów wartościowania – i czego tam jeszcze, nawet sposobów rozumienia samej siebie. Eça powtarza pochodzący z imperialnego centrum wzór i usiłuje go przerobić, przechwycić, zrobić z niego użytek i pożytek dla kultury położonej na peryferiach, na marginesie.

Piszę o tym wszystkim tak naprawdę dlatego, że lektura Os Maias Eçy de Queiroza skłoniła mnie do wyrażenia mojego ogólnego wrażenia o współczesnych Portugalczykach (choć powieść to XIX-wieczna). Portugalczycy to społeczeństwo, które nauczyło się ze swoich pełnych paradoksów dziejów, że łaska Historii na pstrym koniu jeździ i nauka ta uczyniła ich odpornymi na megalomanię, trzeźwymi, krytycznymi, a także po prostu przyzwoitymi ludźmi z kompasem uniwersalizmu zwykle gdzieś pod ręką.

Pstry koń Historii

Portugalia ma wyjątkowe w Europie położenie geograficzne – na samym końcu kontynentu, graniczy lądowo (od wschodu i północy) tylko z jednym sąsiadem, znacznie większym, wyraźnie dominującym. Bywało, że z tym sąsiadem znajdowała się w unii personalnej, co przy takiej różnicy wielkości oznaczało, że stawała się Hiszpanii jakby prowincją. Kiedy obydwa królestwa wyruszyły na podbój świata, Portugalczycy stali się na czas jakiś potęgą niewiele ustępującą Hiszpanii, rozległością zamorskich posiadłości wzbudzając zazdrość społeczeństw, które w szybkim czasie osiągnęły znacznie, znacznie wyższy poziom ekonomicznego i politycznego rozwoju – jak Niderlandy. Jednocześnie to, co pod postacią konturów na mapie świata wyglądało na jeden z największych triumfów wstępu do nowoczesności, w istocie było objawem słabości, toczącej kraj choroby. Historyk Robin Blackburn sugeruje nawet, że zwycięstwo Portugalczyków z Holendrami w rywalizacji o ziemie w Ameryce Południowej wzięło się m. in. z tego jak bardzo biedniejszym i zacofanym krajem była Portugalia[3]. To bieda Portugalczyków (albo ryzyko niebawem się w nią osunięcia, strach przed deklasacją) powodowała, że nigdy nie brakowało chętnych na ryzykowne zamorskie eskapady. Tak wielu tak niewiele miało do stracenia na miejscu. To reparacje do spłacenia po przegranej wojnie z Anglią mobilizowały portugalską koronę do wypychania za morze kolejnych ławic karaweli, z misją grabieży, wydzierania bogactw odkrytym lądom. To zacofane struktury społeczne kiszącego się we własnym sosie feudalizmu pozwalały na uciekanie tych wszystkich bogactw do ośrodków robiących z nich inny jakiś użytek niż np. wystawianie kościołów o wnętrzach całych ociekających złotem, które stoją do dzisiaj od Porto na północy Portugalii po brazylijski Salvador, wszystkie jak na ironię pod wezwaniem świętego Franciszka. Portugalska grabież zamorskich kolonii, przede wszystkim największej i najzasobniejszej z nich, Brazylii, sfinansowała rozwój nie tylko nie Brazylii i innych kolonii, ale nawet nie Portugalii – sfinansowała za to wczesne stadium rozwoju kapitalizmu w Anglii. Na wiele stuleci umieściła Portugalię w tym dziwnym, żenującym w gruncie rzeczy położeniu: niby-mocarstwa kolonialnego, które wyzyskuje podbite zamorskie lądy, ale tylko po to, by wydojonym z tego wszystkiego być natychmiast przez Wielką Brytanię. Tę relację zależności od Wielkiej Brytanii widać na kartach Eçy, widać ją na ulicach niejednego portugalskiego miasta, na których od czasu do czasu zaskakuje czerwona budka telefoniczna w angielskim stylu, widać ją w tym, że winnice w Dolinie Douro należą do dziś do angielskich rodzin i sprzedają swoje porto pod angielskimi nazwami.

Jakby tego wszystkiego było mało, wyemancypowana największa portugalska kolonia, Brazylia, najpierw ogłosiła się cesarstwem, a potem prześcignęła swoją byłą metropolię na różnych płaszczyznach. Z dwudziestokrotnie większą populacją, to ona jest dziś dominującą kulturą języka portugalskiego, jego największą literaturą, jego największą kinematografią, jego największą kulturą muzyczną, jego największą telewizją. Więcej ludzi na świecie widziało samo tylko Miasto Boga niż jakikolwiek film portugalski. To Brazylia jest globalnym graczem politycznym. Portugalia nie tylko niewiele znaczy w skali świata, ale rozpaczliwie słaba jest już w ramach zaledwie Unii Europejskiej, która o mały włos nie zawiesiła tam pod osłoną nocy demokracji, gdy tamtejsza lewicowa koalicja ośmieliła się wyrazić sceptycyzm w stosunku do podporządkowanej niemieckim obsesjom i interesom „wspólnej waluty”.

Ta nasycona kolejnymi, sobie właściwymi paradoksami relacja z Brazylią też się odbija w Os Maias. Brazylia w swoim położeniu w stosunku do Portugalii dubluje położenie Portugalii wobec Londynu, ale sama jest równolegle w takim samym położeniu także i wobec Wielkiej Brytanii, bo Londyn jest wtedy stolicą Rynku Światowego – bycie dostawcą surowców na potrzeby tego ostatniego (złoto, diamenty, cukier, kawa, dzisiaj także ropa naftowa) to gospodarcza rola Brazylii w międzynarodowym podziale pracy, a londyńscy bankierzy sprawują w tamtym okresie kontrolę nad podażą kredytu w Brazylii. Jednocześnie, gdy spojrzeć z daleka, Portugalia wygląda przy Brazylii jak zapomniana sierota, chuchro jakieś, co niechcący kopnąć można albo rozdeptać. Pełna, co prawda, nędzarzy, Brazylia wydała jednocześnie fortuny, przy których Portugalia nie ma się nawet czym zamachnąć. Ten paradoks reprezentuje u Eçy „mąż” Marii Eduardy, Brazylijczyk, którego niby nikt pozytywnie nie szanuje, ale ma skubany nie wiadomo ile pieniędzy, i też nie bardzo wiadomo skąd, więc na otwarcie negatywny, nieskrywany brak szacunku też sobie nikt na wszelki wypadek nie pozwala. No bo cholera wie. Z Brazylią związek ma też sposób, w jaki erotyzowana jest przejmująco smutna postać niebywale pięknej Marii Eduardy. Nie jest ona wcale Brazylijką, ale bardzo długo wszyscy myślą, że jest. Wszyscy, a przede wszystkim zakochany w niej główny bohater, Carlos Eduardo da Maia. Jej brat. Wróć! To był spoiler.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Co ja właściwie chciałem powiedzieć? No właśnie, to: być może to właśnie inteligentne, krytyczne przyswojenie własnej – paradoksalnej, zmuszającej do pokory, bo złożonej z wzlotów i upadków – historii uczyniło Portugalczyków takimi ludźmi, jakimi dzisiaj są.

Historii, na przestrzeni której doświadczyli zarówno roli kontrolującego posiadłości na kilku kontynentach mocarstwa, jak i sklerotycznego arcypierdoły Europy, a przez długi czas jednego i drugiego jednocześnie. Zrozumieli, że historia jest serią złożonych zbiegów okoliczności i nieoczywistych paradoksów, nawet kaprysów losu, a nie zwierciadłem narodowego narcyzmu, który zazwyczaj po prostu nie ma podstaw.

Takimi ludźmi, jakimi dzisiaj są? Tak, takimi ludźmi, których intelektualiści gwiżdżą sobie na obwoźne oferty Francisów Fukuyamów czy Samuelów Huntingtonów tego świata i, jak José Saramago, zostają do śmierci w Portugalskiej Partii Komunistycznej. Takimi, którzy nawet nie zdają sobie sprawy, że chyba najpiękniejszy gejowski klub w Europie znajduje się u nich w Porto i takie samo miejsce w Londynie byłoby jednym z najdroższych i snobistycznych w tym mieście (i w weekendy nie wpuszczałoby kobiet). Takimi, którzy zrozumieli, czym jest narzucona światu przez Amerykanów „wojna z narkotykami”, więc zdekryminalizowali wszystko, co narkotyków dotyczy. Takimi, że ich kraj jest jednym z bastionów lewicy we współczesnej Europie. Takimi, którzy wobec skandalicznej postawy większości Europy uchodźcom z Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej mówią: przyjeżdżajcie do nas.

Przypisy:

[1] Margaret Jull Costa, Introduction, [w:] Eça de Queiroz, The Maias. Episodes from Romantic Life, tłum. Margaret Jull Costa, Sawtry: Dedalus 2007, s. 9.

[2] Silviano Santiago, Eça, Author of “Madame Bovary”, tłum. Tom Burns,  Ana Lúcia Gazzola [w:] Silvano Santiago, The Space In-Between: Essays on Latin American Culture, red. Ana Lúcia Gazzola, Durham – London: Duke University Press, 2001, s. 47.

[3] Robin Blackburn, The Making of New World Slavery: From the Baroque to the Modern, 1492-1800, London – New York: Verso, 2010, s. 202.

Jarosław Pietrzak

Jeżeli interesuje cię kultura i społeczeństwa języka portugalskiego, to rzuć okiem na moją książkę Smutki tropików i na mojego ebooka Notes brazylijski.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Zła kobieta. Zbrodnie Hillary Clinton

W wyborze między Donaldem Trumpem a Hillary Rodham Clinton nie ma „mniejszego zła”

Specyfika amerykańskiego systemu partyjnego jest taka, że na poziomie ogólnokrajowym wybory sprowadzają się do rywalizacji pomiędzy dwoma dominującymi partiami, Demokratyczną i Republikańską. To są jedyne partie, które w ostatecznym rozrachunku się liczą, choć nie jedyne, które istnieją. Kandydatką amerykańskich Zielonych w nadchodzących wyborach prezydenckich jest Jill Stein. W rozmowie dla niezależnego, lewicowego serwisu informacyjnego (telewizyjno-radiowego) „Democracy Now!” (9 czerwca 2016), zwróciła ona uwagę na ignorowany paradoks wyboru między kandydującą z ramienia Demokratów Hillary Clinton a Donaldem Trumpem z Partii Republikańskiej. Boimy się, do czego może być zdolny taki szaleniec jak Trump, podczas gdy o Clinton wiemy już, że jest do tego samego zdolna. Wiemy z jej dotychczasowego dorobku politycznego. Można by taką opinię zbyć: kandydatka marginalnej partii za wszelką cenę chce się przebić. Problem z tym, że coś jest na rzeczy.

Z punktu widzenia mieszkańców „reszty świata”, do których należy piszący i większość czytających te słowa, najważniejszy jest dorobek byłej Pierwszej Damy (1993-2001) na stanowisku Sekretarz Stanu w administracji prezydenta Baracka Obamy (2009-2013). W amerykańskiej terminologii to minister spraw zagranicznych. Jako szefowa amerykańskiej dyplomacji Hillary Clinton skłaniała się ku rozwiązaniom siłowym wszędzie tam, gdzie się dało.

Honduras

Clinton zaczęła się w ten sposób realizować już w 2009, zaraz po objęciu funkcji. Kiedy prezydent Hondurasu, Manuel Zelaya, zaczął przebąkiwać o podniesieniu płacy minimalnej, miejscowa oligarchia i amerykańscy „obserwatorzy” zaczęli bić na alarm, że to początek „komunistycznej apokalipsy”, jak ironizuje znakomita dziennikarka Belén Fernández (w swoim rozdziale zbiorowej książki amerykańskich feministek poddających dorobek Clinton miażdżącej krytyce, False Choices pod redakcją Lizy Featherstone). 28 czerwca, na kilka godzin przed wyborami połączonymi z referendum w sprawie zaledwie rozważenia możliwości wprowadzenia zmian do konstytucji, wojsko usunęło Zelayę z pałacu prezydenckiego w Tegucigalpie i wywiozło go w piżamie za granicę, do Kostaryki. Pod fałszywym pretekstem, że prezydent chciał w istocie zmienić konstytucję po to, by zostać u władzy do śmierci. W przygotowaniu zamachu stanu na pewno uczestniczyły jakieś siły amerykańskie, choć raczej nie sięgające aż poziomu waszyngtońskiego Departamentu Stanu. Niemniej jednak, kiedy do zamachu już doszło, Clinton dynamicznym krokiem wkroczyła do akcji, by zapewnić operacji trwały sukces. Zaprzeczyła, jakoby miał tam miejsce zamach stanu i zaangażowała się po stronie wojskowych i oligarchów, by uniemożliwić Zelayi powrót do władzy. Wiemy o tym, bo sama się tym chwaliła w autobiografii pt. Hard Choices, wydanej w 2014 roku.

Honduras nie wyszedł od tamtego czasu z chaosu. Morderstwa polityczne stały się codziennością – ich ofiarami padają wiejscy aktywiści zwani campesinos. W warunkach instytucjonalnej niestabilności ograniczone zasoby biednego kraju stały się przedmiotem wojen gangów, a straumatyzowane tym wszystkim społeczeństwo wdrożyło się do przemocy jako sposobu codziennego funkcjonowania i walki o przetrwanie. Dziś Honduras jest jednym z najniebezpieczniejszych krajów na świecie i głównym źródłem uchodźców na zachodniej półkuli. Świadomość tego wzrosła nieco w samych Stanach, ponieważ uchodźcy ci starają się zwykle dostać do USA. Pewnie dlatego całe passusy dotyczące honduraskiej eskapady Hillary Clinton wstydliwie zniknęły z drugiego, tańszego wydania Hard Choices w miękkiej okładce (2015).

Jemen, Libia, Pakistan, Syria…

Prawdziwą skarbnicą wiedzy o amerykańskiej polityce międzynarodowej okazały się serwis WikiLeaks. Znakomitym przewodnikiem po gąszczu ujawnionych przez organizację Juliana Assange’a dokumentów jest książka The WikiLeaks Files: The World According to US Empire londyńsko-nowojorskiego wydawnictwa Verso. Z rzeczy, które z tych wycieków wiemy o Clinton, warto wymienić współpracę w 2010 z dyktatorem Jemenu w bombardowaniu tamtejszej ludności cywilnej pod pretekstem walki z Al Kaidą. Jemen również stał się areną jednej z największych kampanii zabójstw politycznych przy użyciu dronów. Drugą podobnej skali wojnę przy użyciu dronów Departament Stanu pod wodzą Hillary Clinton eskalował w Pakistanie.

Clinton należała do głównych (wraz z prezydentem Francji Nicolasem Sarkozy) aktorów dążących do pogłębienia konfliktu w Libii i wciągnięcia weń zachodnich mocarstw. Clinton grała pierwsze skrzypce w propagandowych wysiłkach fabrykujących doniesienia o wyssanych z palca zbrodniach Kaddafiego, takich jak rozdawanie żołnierzom viagry, żeby masowo gwałcili mieszkanki zbuntowanych przeciwko Kaddafiemu miast. Roznoszenie tego rodzaju pomówień od Al Dżaziry po CNN  było częścią kampanii „wytwarzania przyzwolenia” międzynarodowej opinii publicznej dla zachodniej interwencji zbrojnej w Libii i obalenia Muammara Kaddafiego, którego panafrykańskie ambicje poważnie uwierały USA i Francję. Libia, która za Kaddafiego była celem, a nie źródłem migracji zarobkowych, jest dzisiaj państwem upadłym, polityczną próżnią, w której rozwija się Państwo Islamskie.

Legerndarny amerykański dziennikarz Seymour Hersh, którego najnowsza książka to poświęcone rozczarowaniu prezydenturą Obamy The Killing of Osama bin Laden, przekonuje, że Clinton była także odpowiedzialna za szmuglowanie z Libii broni chemicznej do Syrii. Jej adresatem byli rebelianci, walczący przeciwko siłom Baszara Asada, którzy mieli ich użyć tak, żeby oskarżenie dało się rzucić pod adresem Asada właśnie. Chodziło o to, żeby do wojny w Syrii wciągnąć Stany Zjednoczone – Obama powiedział, że Stany Zjednoczone dokonają interwencji, jeśli Asad użyje broni chemicznej przeciwko ludności cywilnej.

Z WikiLeaks wiemy, że amerykańskie rządy knuły obalenie Asada bez przerwy poczynając od 2005 roku. Finansowano i na inne sposoby wspierano każdą opozycję, nawet kiedy wiedziano, że ma fundamentalistyczny, salaficki profil, z którego ostatecznie powstało Państwo Islamskie. Clinton odziedziczyła więc linię antyasadowską po poprzedniej administracji, ale impet z jakim na tym froncie drążyła charakteryzował się szczerym entuzjazmem i zaangażowaniem z jej strony. Dążyła do eskalacji wojny domowej w Syrii i jedną z centralnych motywacji były dla niej interesy Izraela. Rząd Binjamina Netanjahu od dawna chciał rozwalić Syrię Asada, gdyż osłabiłoby to i dodatkowo oblężyło Iran (Syria była jego sojusznikiem), umocniłoby pozycję Izraela na Wzgórzach Golan okupowanych od 1967, według prawa międzynarodowego stanowiących część terytorium Syrii. Wzmocniłoby dominację Izraela w regionie i dało pożywkę głodnemu wojny przemysłowi zbrojeniowemu tego kraju i kształtującej jego politykę klice dygnitarzy wojskowych. Clinton jest wobec Izraela i wszystkich jego pragnień bezkrytyczna w stopniu szokującym nawet jak na amerykańskie standardy. Miłość ta ma związek z finansami jej kampanii – źródłem ich ogromnej części są proizraelscy milionerzy żydowskiego pochodzenia (m. in. Haim Saban) orbitujący wokół potężnej organizacji lobbingowej AIPAC.

Clinton i Obama

W perspektywie międzynarodowej prezydentura Baracka Obamy okazała się rozczarowującą kontynuacją katastrof z epoki George’a W. Busha, ale stało się tak chyba nie z woli Obamy, a dlatego, że okazał się za słaby, by zrealizować swoje ambicje bardziej pokojowej polityki międzynarodowej, za słaby, by pokonać skupione w i wokół jego administracji znacznie bardziej agresywne interesy „jastrzębi” i amerykańskiego przemysłu wojny. Paradoksalnie świadczyć o tym może nawet najbardziej ponure i brzemienne w skutki dla przyszłości prawa międzynarodowego dziedzictwo Obamy, jego największa zbrodnia: ekspansja niby-wojny przy użyciu dronów, bezzałogowych samolotów sterowanych zdalnie, w rosnącym stopniu przez algorytmy komputerowe. Niemal wszystkie tej niby-wojny ofiary to przypadkowi cywile; wyroki śmierci wydawane są bez sądu, administracyjnie, w tajemnicy; wydawane są na podstawie oskarżenia o walkę przeciwko USA, jakby istniał jakiś uniwersalny, obejmujący i pasterzy w Jemenie, i chłopów w Pakistanie, obowiązek lojalności wszystkich mieszkańców planety w stosunku do Stanów Zjednoczonych; zaburzeniu uległa możliwość prawnego rozróżnienia terytorium w stanie wojny od terytorium w stanie pokoju. Jest jednak taka teoria, że Obama otworzył tę puszkę Pandory, bo amerykańska machina wojenna postawia go przed alternatywą: albo globalny Neogułag na wzór Abu Ghraib i Guantanamo, albo wojna przy użyciu dronów. Wybrał więc to drugie, jako „mniejsze zło”. Jak wiedzą filozofowie przedmiotu (np. Eyal Weizman), z mniejszym złem jest tak, że ponieważ jawi się jako mniejsze, tym łatwiej popełnia się je coraz częściej, aż w końcu suma zła z tych mniejszych złożonego okazuje się większa jeszcze niż to, dla czego miało być alternatywą…

Clinton była zawsze na czele „jastrzębi” w administracji Obamy. Obama pragnął normalizację stosunków z Iranem uczynić jednym z najważniejszych swoich dokonań. Clinton otwarcie i w zgodzie z życzeniami swoich sponsorów z AIPAC mówiła, że najchętniej zmiotłaby Iran z powierzchni Ziemi. Żeby wciągnąć USA do wojny w Syrii, spiski z generałem Davidem Petraeusem knuła za plecami Obamy. Obama chciał zamknąć obóz w Guantanamo. Clinton zlecała swojemu personelowi produkowanie prawnej ekwilibrystyki dowodzącej słuszności jego utrzymywania. I tak dalej. Obama nie umiał powstrzymać amerykańskiej machiny wojennej; Clinton jest tej machiny reprezentantką, uosobieniem.

Clinton i Trump

Jest taka lewicowo-liberalna klisza mówiąca, że nawet przy bardzo krytycznej ocenie Clinton, jest ona przecież oczywistym mniejszym złem niż Trump. Ja tak nie sądzę. Między tym dwojgiem nie ma mniejszego zła. Jest, owszem, wielka różnica, ale jej sendo tkwi w tym, dla kogo każde z nich będzie złem większym.

Trump będzie wewnętrzną katastrofą dla Stanów Zjednoczonych. Cofnie ich dyskurs i praktykę polityczną do XIX wieku, jeszcze bardziej podgrzeje napięcia rasowe i prawdopodobnie zrujnuje amerykańską gospodarkę, albowiem jest ekonomicznym kretynem (fortunę odziedziczył). Ale Trump, przy całym swoim prymitywnym rasizmie i kretyńskiej burżuazyjnej fiksacji na własnym ego, pozostaje stosunkowo niezainteresowany światem zewnętrznym. Jego „ambicje” w tym zakresie ograniczają się do budowy muru na granicy z Meksykiem i wprowadzenia zakazu wjazdu do USA dla muzułmanów. Jest to oczywiście skandaliczne, ale to wciąż nie to samo, co obracanie jednego kraju za drugim w kupę gruzu.

Jeśli w obecnym rozdaniu kart w amerykańskim establiszmencie są jakieś znaczące siły polityczne zainteresowane zatrzymaniem spirali amerykańskich wojen w coraz to nowych częściach świata, to są one wśród Republikanów. Jak bardzo nie przeczyłoby to dekadom naszych przyzwyczajeń. Nawet jeśli kierują nimi jedynie zmęczenie i frustracja wojnami tak długo już, jałowo i bez sukcesów toczonymi. Jeśli skutkiem ma być mniej wojen, to lepsze takie powody, niż żadne. W ostatnich latach to Republikanie, nawet związani kiedyś z administracją Busha młodszego (jak Robert Gates), głosowali i lobbowali przeciwko nowym działaniom wojennym lub eskalacji starych. W tych samych sprawach (Afganistan, Libia, Syria) Clinton pałała żądzą wojny, podobnie jak otaczający ją patrycjat Partii Demokratycznej.

Clinton będzie katastrofą dla reszty świata, bo gotowa jest resztę świata puścić z dymem, byle tylko utrzymać dla swoich przyjaciół z Wall Street imperialną pozycję Stanów Zjednoczonych. Wiemy to na podstawie tego, co już w tej sprawie zrobiła. Uchodźcy dobijający się dzisiaj do bram Europy i tonący w wodach Morza Śródziemnego to uciekinierzy z krajów, na terenie których Hillary Clinton przysposabiała się do roli Cesarzowej Świata. Kiedy wespnie się w końcu i na ten tron, nie będzie już żaden mięczak Obama ograniczał jej pola manewru.

Jarosław Pietrzak

Skrócona wersja tego tekstu ukazała się w Tygodniku Faktycznie (nr 5, 4-10 sierpnia 2016).

Jestem na Facebooku i Twitterze.