Niemcy są problemem

Być może jest prawdą, że Niemcy nigdy z rozmysłem nie dążyły do osiągnięcia w ramach Unii Europejskiej takiej dominacji, jaką się dziś cieszą. Być może samo tak wyszło. Zjednoczenie Niemiec do największego i najbardziej rozwiniętego przemysłu w UE dodało przewagę demograficzną nawet nad dużymi krajami. Wspólna waluta i kontrola nad Europejskim Bankiem Centralnym, instrumenty, którymi Berlin zarzyna dzisiaj południowy pas Europy – to był przecież początkowo pomysł francuski. Niemcy jedynie nie dali się długo prosić, a kiedy wszystko się już stało, to niepostrzeżenie wykolegowali Francuzów z zamierzonego przez nich franko-germańskiego duumwiratu nad Europą.

Dziś, jak mówi w wywiadzie socjolog schyłkowego kapitalizmu Wolfgang Streeck, Niemcy lubią sobie przy każdej okazji wycierać gębę frazesami o wspólnej Europie, europejskich wartościach itd., ale używają tego wyłącznie do forsowania partykularnych niemieckich interesów.

Jak tymczasem Polska lewica opowiada sobie Niemcy i ich rolę w Europie? Próby racjonalnej krytyki, samego wskazywania, że coś jest nie tak w niemieckiej dominacji nad kontynentem zbyt łatwo i zbyt często są trywializowane jako siłą rzeczy pochodzące z polskiej ksenofobii. Gwiazdy Krytyki Politycznej potrafią nawet dobrych kilka lat po niemieckim zarżnięciu Grecji fantazjować o ratowaniu Europy przez polskie przytulenie się do Niemiec razem z Francją, bywa, że do kompletu z przyjęciem euro. Działacze związkowi pokazują Niemcy jako przykład gospodarki wysokiego uzwiązkowienia, wysokich płac, stabilnego zatrudnienia i układów zbiorowych. Wspólny mianownik wszystkich tych wariacji na temat (intonowanych zawsze z podziwem) jest taki, że Niemcy – albo jako oparcie dla konstruktywnej współpracy, albo jako wzór do naśladowania – są dla wyzwań i problemów, jakie stoją dziś przed Europą, rozwiązaniem.

Tymczasem jest wręcz przeciwnie, to Niemcy są Europy (nas wszystkich) największym problemem.

Czytaj dalej

Reklamy

Kultury siłowni. Autobiograficzne notatki etnograficzne

Comme une allumette

Pierwszy raz ćwiczyć na siłowni zacząłem na drugim roku studiów. Byłem wtedy strasznym chudzielcem – jak zapałka, comme une allumette – mówili mi we Francji, wciąż jeszcze niemal chłopcem. Ważyłem wtedy 56 kilo, przy 171 cm wzrostu.

Byłem przez cały ów rok w stanie bliskim depresji – minionego lata byłem pierwszy raz we Francji, gdzie się na zabój zakochałem w pięknym studencie algierskiego pochodzenia, który okazał się hetero, choć mnie się przez całe lato wydawało, że ze mną flirtował. Djamel po prostu taki był, ale zrozumienie tego nie wystarczyło, żeby się wyleczyć z tej miłości, odległość (ja wróciłem do Polski, on został w Paryżu) też nie – to było jedno z najgwałtowniejszych i najbardziej obezwładniających uczuć, jakie mnie kiedykolwiek opanowały. Intensywna, regularna aktywność fizyczna była moją próbą zapanowania nad własnym stanem, wymuszenia na moim skołowanym organizmie produkcji serotonin, żeby te zagłuszyły uczucie rozpaczy wywołanie świadomością, że nigdy mojego pięknego arabskiego przyjaciela nie dotknę w taki sposób, jakbym chciał. Coś w ten deseń. Świadome sprawianie konstruktywnego bólu ciału było sposobem na niwelowanie bólu duszy.

Był to też mój sposób na uzyskanie kontroli nad własnym ciałem, podporządkowania go – jego fizycznego rozwoju – mojej woli, mojemu własnemu działaniu, moim wyborom, a przez to zaakceptowanie go, uzyskanie w nim i poprzez nie trochę więcej pewności siebie. W skład tego wchodził bolesny i skomplikowany proces mojego godzenia się z najbardziej wstydliwym, bulwersującym i nieposłusznym wymiarem mojego doświadczenia własnego ciała: tego, że pragnęło ono mężczyzn.

Pełniło to więc dla mnie funkcję terapeutyczną.

Timothy Gbadeyan (4)

Timothy Gbadeyan

Moje życie pełne przeprowadzek, dziwnych zwrotów akcji, urywanych kontraktów i gwałtownych zerwań z miejscami, których nie mogłem już dłużej wytrzymać, spowodowało wiele przerw i nieregularności w moim machaniu hantlami i podnoszeniu sztangi, cykle upadku formy i powrotów do niej. Dwa razy spulchniłem się o dobrych parę kilo na dłuższy czas. Przez dwa lata po studiach pracowałem we Francji na krótkich kilkumiesięcznych kontraktach w różnych zwykle małych miejscowościach, gdzie nie było pod ręką takich miejsc, a ja nie miałem czasu na nic poza pracą. Raz przerwałem jakąkolwiek aktywność fizyczną na rok chyba, zmęczony i udręczony pracą i dojazdami, w pułapce łupieżczej umowy abonamentowej z siłownią, która okazała się koszmarem i zaczęła mnie ścigać jakimiś windykacyjnymi zbirami, kiedy powiedziałem, że nie będę więcej płacił, bo oni nie wywiązują się ze swojej części umowy (zepsute maszyny pozostawiane bez naprawy miesiącami). Takie historie z siłkami, zwłaszcza dużych sieci, są w Wielkiej Brytanii na porządku dziennym – neofeudalne praktyki obracania klienta w chłopa pańszczyźnianego dosłownie uwięzionego w umowach nie do rozwiązania to brytyjska plaga. Przytyłem wtedy dobrych parę kilo i sflaczałem, na szczęście nie na zawsze. Niemniej jednak, ostatecznie różnica między znacznie większym mężczyzną, którym jestem dzisiaj, o wiele, wiele silniejszym, a tą przestraszoną życia „zapałką”, którą byłem wtedy, to jest też różnica psychologiczna.

Przy wszystkich moich radykalnych a częstych, transgranicznych zmianach adresów, mam za sobą doświadczenia siłowni, „gymów” w Polsce (w Dąbrowie Górniczej i w Warszawie), w Londynie, w Barcelonie i w Amsterdamie. Jak w przypadku każdego rodzaju instytucji „w Malinowskim sensie tego słowa”, różnice pomiędzy nimi mówią coś o całych społeczeństwach i grupach (klasach) społecznych.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Czytaj dalej

10 lat od upadku Lehman Brothers. Pierwsza dekada Wielkiej Recesji

Dziesięć lat temu, 15 września 2008 roku [tekst ukazał się pierowtnie 15 września 2018 na łamach Strajk.eu], upadł amerykański bank inwestycyjny Lehman Brothers. Chociaż kryzys finansowy warzył się powoli co najmniej od roku poprzedniego (w europejskich bankach wystawionych na ryzyko securities opartych na amerykańskich kredytach sub-prime), upadek Lehman Brothers bywa „używany” jako symboliczny początek obecnego wciąż trwającego kryzysu światowego, przez niektórych ekonomistów nazywanego Wielką Recesją lub Długą Depresją. Największe bankructwo ogłoszone kiedykolwiek w historii kapitalizmu było tym momentem, w którym kryzys z problemu, który jeszcze dzień wcześniej mógł być lekceważony jako zjawisko raczej „sektorowe” i „miejscowe”, rozlał się ostatecznie na cały świat, powodując krach bez porównania większy – jak dziś wiadomo – niż ten z roku 1929.

Paniczne reakcje rządów państw ścisłego centrum współczesnego kapitalizmu na efekt domina, który wywołało bankructwo Lehman Brothers (drukowanie kosmicznych ilości pieniądza przez Stany Zjednoczone i Wielką Brytanię, zanim władzy nie przejął David Cameron, nerwowe reakcje interwencyjne nawet ze strony ordoliberalnych Niemiec) popchnęły niejednego publicystę na polskiej lewicy do rychłego ogłoszenia, że w wielkim świecie skończył się właśnie neoliberalizm.

Powiedz to dzisiaj Grekom, Hiszpanom i Brytyjczykom, że 10 lat temu skończył się neoliberalizm.

Czytaj dalej

Znaczenie Chan al-Ahmar

Tekst ukazał się 19 września 2018 na łamach portalu Strajk.eu. Dziś, 1 października upływa ultimatium postawione mieszkańcom Chan al-Ahmar przez izraelskie władze, po którym wojsko najpewniej zrówna Chan al-Ahmar z ziemią, a mieszkańców przemocą przesiedli.

Mała wioska palestyńskich Beduinów, poniżej 200 mieszkańców, znów na ustach całego świata. Po wieloletniej prawnej batalii Sąd Najwyższy Izraela usunął wszystkie prawne przeszkody przed zrównaniem jej przez izraelską armię z ziemią na potrzeby nowego żydowskiego osiedla (albo też ekspansji stojącego nieopodal Kfar Adumim). Wioska jest już otoczona przez izraelskie wojsko i policję, buldożery już usuwają przeszkody postawione przez mieszkańców Chan al-Ahmar celem spowolnienia wyburzenia. Do wioski przybyły dziesiątki aktywistów, którzy koczują tam, by stawiać opór wraz z mieszkańcami. Zaprotestowała Unia Europejska, ostrzegając, że uzna to za zbrodnię wojenną. Francja, Niemcy, Włochy, Hiszpania i Wielka Brytania wydały rzadko spotykane wspólne stanowisko, w którym stanowczo sprzeciwiły się wyburzeniu wioski i ostrzegły przed „poważnymi konsekwencjami”. Nawet przedstawiciele proizraelskiego lobby w europejskich stolicach (jak Emily Thornberry, niby-ministra spraw zagranicznych w labourzystowskim gabinecie cieni w Londynie, znana z tego, że należy do Labour Friends of Israel) protestują i wyrażają swoje oburzenie.

Czytaj dalej

Niemożliwość Niderlandów

Tak więc znowu się przeniosłem, tym razem do Amsterdamu. Mieszkam w Holandii już prawie trzy miesiące.

Kiedy w Wielkiej Brytanii wyszedłem za mąż, Brexit happened. Kiedy przez osiem miesięcy mieszkałem w Barcelonie, wydarzył się zamach na La Rambli i referendum niepodległościowe z całym towarzyszącym mu kryzysem. Ciekawe, co się wydarzy w Holandii?

Ale to nie miało być o tym.

Przeniosłem się do Holandii, bo mój małżonek dostał pracę, na której mu zależało, lepszą niż mu kiedykolwiek zaoferowano w Londynie. Jest Brytyjczykiem, ale lata nieprzerwanych rządów torysów (i nie, to się wszystko nie zaczęło od Brexitu, to się zaczęło już za pierwszej kadencji Davida Camerona) zdewastowało gospodarkę do takiego stopnia, że poczucie niepewności i zawężania się pola możliwości, jest coraz bardziej wszechogarniające, chyba, że nie będąc skazanym na pracę pasożytujesz w finansach albo nieruchomościach. Kultura samej pracy jest coraz bardziej toksyczna, obserwują to wszyscy, jak kraj długi i szeroki, a cudzoziemca, czyli mnie, jeszcze bardziej przytłacza tam wrażenie, że każde kolejne poszukiwanie pracy czy próby jej zmienienia są, pomimo rosnącego doświadczenia, trudniejsze od poprzednich, warunki dostępu do coraz gorszych miejsc pracy coraz bardziej wyśrubowane. Barcelona w zeszłym roku była naszą pierwszą próbą wyrwania się z Tory Britain, ale mój mąż nie dostał tam pracy, na jakiej mu zależało.

Tak więc, odetchnąłem z ulgą.

Amsterdam (8)

Czytaj dalej

Trump Baby nad Londynem

Tekst ukazał się 13 lipca 2018 jako komentarz dnia na łamach portalu Strajk.eu (nieco krótszy, bez drugiego akapitu)

Protesty towarzyszące wizycie prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa w Londynie [edit: protesty w Londynie, wizyta w Wielkiej Brytanii ale – z powodu protestów – z pominięciem Londynu] pokazują stopień delegitymizacji współczesnych elit politycznych. Nie tylko ich rozmiary – chodzi także o ich obecność i reprezentację nawet w największych mainstreamowych mediach, oraz ich formę.

Protesty są obecne i w prasie, i na antenie. Ich przedstawiciele mówią dużo, są widoczni. Bywa, że to przeciwnicy protestujących są na wizji okrutnie ośmieszani. Protesty spotykają się z poparciem, a sama wizyta z krytyką ze strony urzędujących polityków tak rządzącej Partii Konserwatywnej, jak i opozycji, a sam potężny gość, przywódca największego globalnego supermocarstwa, zużywa się na Twitterze w atakach na muzułmańskiego burmistrza europejskiego miasta.

Jeżeli chodzi o formę, Brytyjczycy wybrali strategię szczególnie druzgocącą: bezceremonialne ośmieszenie, obliczone na przebijanie nadmuchanego ego narcystycznego kretyna, który znalazł się na najwyższym stanowisku największego mocarstwa. Nad miastem uniosło się sześciometrowe, napompowane Trump-niemowlę, ze wściekłym wyrazem twarzy, z telefonem w dłoni, gotowe do twittowania.

Trump na dzień przed wizytą udzielił wywiadu tabloidowi „The Sun”. Powiedział, że jeśli Brexit będzie taki miękki, jak na to teraz wygląda (relacje z Unią Europejską pozostaną bliskie), to Wielka Brytania może zapomnieć o wielkiej umowie handlowej z USA, która miała być omawiana w czasie wizyty. Dał też wyraz swojemu poparciu dla Borisa Johnsona, wielkiego rywala premier Theresy May w Partii Konserwatywnej, do niedawna ministra spraw zagranicznych, który podał się do dymisji, bo nie podoba mu się taki Brexit, choć tak naprawdę to po prostu chciałby już wykończyć May i zająć jej miejsce. Trump powiedział w gruncie rzeczy, że widzi w Johnsonie nowego premiera Wielkiej Brytanii, czym wymierzył May jeszcze jeden (po serii dymisji w jej gabinecie) cios w plecy. Na pewno świadomie, ponieważ Trump przyjaźni się z Rupertem Murdochem, wydawcą „The Sun”, który podobno w regularnych rozmowach telefonicznych dzieli się z amerykańskim prezydentem swoimi opiniami politycznymi.

Wystarczy spojrzeć na zdjęcia czy telewizyjne obrazy May z dzisiejszych wydarzeń, żeby w jej przygarbionej, pokrzywionej od zbyt wielu upadków, zderzeń ze ścianami, no i ciosów w plecy, posturze zobaczyć głębokie upokorzenie, ale także rozpaczliwy brak pomysłu. „Nie wiem już, co robić!” – wydaje się krzyczeć każde jej spojrzenie. Byle tylko nie oddać władzy, bo raz, że zawsze marzyła, by być premierem, a dwa, że Corbyn za rogiem.

Johnson z kolei nie może się powstrzymać przed próbami wysadzenia jej z siodła, choć wydaje się niemal pewne, że ostateczny upadek rządu May będzie też końcem władzy konserwatystów, którzy być może ostatecznie rozpadną się jako partia. To, że oficjalna dziś wersja Brexitu jest taka „miękka”, nie wynika z tego, że May zmieniła znowu zdanie (była już w obozie zdecydowanych przeciwników Brexitu, potem objęła tekę premiera zaprzysięgając się idei Brexitu „twardego”), ale z tego, że Torysi po prostu nie mogą się we własnym gronie dogadać, podzieleni na zwalczające się frakcje. Trump też zresztą do dzisiaj zmienił trochę zdanie i nazwał własny wywiad w „The Sun” fake news.

Trump po skomplikowanej architekturze amerykańskich sojuszy porusza się taranem, demolując stosunki, które wielu do niedawna wydawały się niemożliwe do redefinicji, wyryte w kamieniu. Dopiero co zdążył ustawić przeciwko sobie całe NATO na szczycie tej organizacji, rzucając groźbami, że Stany Zjednoczone wycofają się z Paktu Północnoatlantyckiego. Stworzonego przecież przez nie same, wyłącznie w ich własnym imperialnym interesie.

Jesteśmy więc świadkami przedziwnej i chwilami wyjątkowo żenującej pantomimy, w której nikt nie zna scenariusza ani własnej w nim roli. W której wszyscy potykają się o własne nogi w poszukiwaniu punktów odniesienia, a amerykański prezydent demoluje własne Imperium i nawet tego nie widzi.

Klasy panujące schyłkowego kapitalizmu są w amoku i nie potrafią już nawet tego ukrywać.

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Coś dziwnego. Emily Thornberry i beduińska wioska

4 lipca wydarzyło się w Westminsterze coś dziwnego.

Jak pisał dopiero co Jerzy Szygiel, w przeciwieństwie do większości podobnych wydarzeń dotychczas, w obliczu równania przez Izrael z ziemią wioski palestyńskich Beduinów Chan al-Ahmar europejskie państwa nie poprzestały tym razem na rutynowych wyrazach potępienia czy ubolewania. Na miejsce udali się konsulowie kilku europejskich państw, które sfinansowały szkołę w Chan al-Ahmar. Nic to ostatecznie nie zmieniło, ale samo w sobie było zmianą w odniesieniu do obowiązującej dotychczas normy.

Coś dziwnego, coś innego niż zwykle, wydarzyło się też w Londynie.

W brytyjskim Parlamencie padły ostre słowa. Wielka Brytania, niezależnie od tego, która z dwóch głównych brytyjskich partii politycznych rządziła, zawsze ostatecznie wspierała politykę Izraela. W najgorszym razie „wstrzymywała się od głosu” lub doszukiwała się prawdy pośrodku.

Niezależnie która rządziła, zawsze zdarzały się w nich (obydwu głównych brytyjskich partiach politycznych) głosy przeciwne obowiązującemu wobec konfliktu bliskowschodniego standardowi. Więcej po stronie Labour Party, “the party with socialists in it”. Jeremy Corbyn, zanim został przewodniczącym, zasiadał nawet w radzie brytyjskiej Palestine Solidarity Campaign. Legendarny Tony Benn przejechał kiedyś na wizji walcem po prezenterce BBC, gdy publiczna brytyjska telewizja odmawiała nadawania informacji o zbiórce środków na pomoc ofiarom bombardowań Gazy. Inny legendarny poseł Labour Party, Gerald Kaufman, mówił kiedyś z ław Parlamentu: „Moja babcia nie zginęła [z rąk nazistów – przyp. JP] po to, żeby dostarczać przykrywki dla izraelskich żołnierzy mordujących palestyńskie staruszki”. Nawet wśród Torysów bywali w tej sprawie dysydenci. Baronowa Warsi, jeszcze za czasów premiera Davida Camerona, podała się do dymisji z funkcji ministry spraw zagranicznych konserwatywnego rządu, gdy zrozumiała, że brytyjski rząd nie zamierza powiedzieć ani słowa więcej w obliczu izraelskiej Operacji Protective Edge w 2014 roku.

A jednak, 4 lipca wydarzyło się coś dziwnego. Posłowie obydwu partii, nieliczni ale elokwentni (Richard Burden z Labour i Nicholas Soames z Partii Konserwatywnej), wyrazili swoje oburzenie, nazwali grabież grabieżą, zbrodnie zbrodniami i zażądali zajęcia przez Wielką Brytanię stanowiska w obliczu zrównania przez Izrael z ziemią, z pogwałceniem prawa międzynarodowego, kolejnej palestyńskiej wioski, Chan al-Ahmar.

Głos zabrała także Emily Thornberry. Ministra spraw zagranicznych w gabinecie cieni Jeremy’ego Corbyna. Gdyby wszystko w gabinecie cieni (niby-rząd proponowany przez największą partię opozycyjną) zależało od Corbyna, nie byłoby w tym nic dziwnego. Ale nie wszystko w Labour Party i w gabinecie cieni zależy od Corbyna.

Corbyn jest bezustannie podminowywany przez partyjną prawicę, blairystów, dla których jest chodzącą zniewagą. Kolejne wcielenia jego gabinetu cieni są próbami zawiązania tymczasowego zawieszenia między corbynistami (mającymi poparcie większości szeregowych członków partii) a partyjną prawicą (z większością na ławach opozycji w parlamencie), żeby ci ostatni zaprzestali choćby chwilowo prób wysadzenia Corbyna z siodła. Emily Thornberry pochodzi z tej wrogiej Corbynowi prawicy Labour Party.

Emily Thornberry należy także do Labour Friends of Israel. To grupa w ramach Labour Party, która stanowi część izraelskiego lobby w brytyjskiej polityce, równolegle do Conservative Friends of Israel wśród Torysów. Obie te organizacje lobbystyczne (lobby izraelskie to od dawna największa struktura lobbingowa obcego państwa w brytyjskim życiu publicznym) współpracują nieoficjalnie i najpewniej nielegalnie – tylko że nikt nie chce tego pod tym kątem zbadać – z ambasadą Izraela w Wielkiej Brytanii. W 2017 roku czteroczęściowy reportaż śledczy Al Dżaziry pokazał m. in., jak w konszachtach między agentami ambasady Izraela a Labour Friends of Israel od 2015 pichci się z niczego skandal pt. „antysemityzm w Labour Party”, obliczony na zniszczenie Jeremy’ego Corbyna zanim wieloletni i szczery sympatyk sprawy palestyńskiej zostanie premierem znaczącego europejskiego państwa.

Jeszcze w grudniu minionego roku Emily Thornberry, bezwstydnie bo w jawnej opozycji wobec przekonań Corbyna, brała udział w imprezach Labour Friends of Israel i izraelskiego lobby w Wielkiej Brytanii, i wygłaszała na nich przemowy potępiające bojkot Izraela, szkalujące zaangażowanych sympatyków sprawy palestyńskiej od antysemitów, itd.

A jednak, Emily Thornberry, 4 lipca 2018 roku, powiedziała m. in. takie oto słowa:

To wymuszone wysiedlenie, to naruszenie prawa międzynarodowego, ten cios zadany rozwiązaniu pod postacią dwóch państw [żydowskiego i palestyńskiego – przyp. JP], ma miejsce dzisiaj, dokładnie w czasie, kiedy my tutaj siedzimy. I jesteśmy już wszyscy naprawdę zmęczeni zadawaniem pytań o to, co jeszcze można zrobić, żeby opanować czy skłonić rząd Netanjahu do tego, by zaczął słuchać swoich międzynarodowych sojuszników, by zaczął wykonywać rezolucje ONZ dotyczące osiedli żydowskich, by zaczął postępować z jakimś minimum uczciwości i sprawiedliwości w przedmiocie zezwoleń budowlanych [dla Palestyńczyków]. To wszystko staje się coraz większą stratą czasu. […] Najwyższy czas, by Wielka Brytania stanęła na czele największych państw na świecie w procesie uznania państwa palestyńskiego, i by uczyniła to niezwłocznie, dopóki pozostaje jeszcze jakieś państwo do uznania.

Równanie z ziemią wiosek by budować w ich miejsce żydowskie osiedla jest zbrodnią wojenną. Uniemożliwia rozwiązanie konfliktu przez utworzenie w końcu kiedyś na terytorium historycznej Palestyny dwóch państw, bo izraelska grabież ziemi skutkuje tym, że nie bardzo jest już na czym to palestyńskie państwo postawić. Ziemia pod kontrolą palestyńską została już zredukowana do porozrywanych, malutkich bantustanów, komunikacja pomiędzy którymi jest już możliwa tylko, jeśli izraelska łaska na checkpointach pozwoli. A izraelska grabież ziemi nie ustaje, posuwa się szybko naprzód – podobnie jak przekształcanie przestrzeni pod izraelską kontrolą tak, by wszystko co izraelskie było z sobą doskonale skomunikowane, ponad głowami Palestyńczyków, którzy czasem nie mogą już wyjść z domu do własnego sadu.

Te rzeczy ci z nas, którzy od dawna stoimy murem z Palestyńczykami, wiedzieliśmy już od jakiegoś czasu. Two-state solution – rozwiązanie przez utworzenie w końcu dwóch niezależnych, suwerennych, graniczących z sobą państw – od dawna jest już niemożliwe. Nie, że wkrótce nie będzie już możliwe – od dawna jest już niemożliwe. Żaden suwerenny byt nie może tak wyglądać: pięć wiosek z ugorami i kupą kamieni tu, kilka małych porozdzielanych miasteczek tam, a wszystkie drogi pomiędzy nimi, wstęp na nie, zbiorniki wodne itd., pod kontrolą Izraela. I może jeszcze mają gdzieś pomieścić kilka milionów palestyńskich uchodźców wytworzonych przez ponad siedemdziesiąt lat izraelskiej przemocy.

Prawdziwy szkopuł tkwi w tym, że Izrael i jego lobbyści w USA, Wielkiej Brytanii, Francji, innych krajach europejskich, ONZ, itd., doskonale wiedzą, że rozwiązanie polegające na podzieleniu historycznej Palestyny pomiędzy dwa państwa jest już niemożliwe. Wiedzą to, bo od dawna o to tylko zawsze im chodziło: żeby palestyńskie państwo nigdy nie powstało, żeby nie dało się go „zrobić”; żeby Izrael wziął kiedyś w końcu wszystko, Palestyńczyków zmuszając w końcu do ucieczki, przejścia z uchodźctwa w trwałą emigrację, lub przyjęcia roli pariasów i pół-niewolników we własnym kraju. Gadka o two-state solution była zawsze tylko ściemą, mającą na celu mydlenie oczu tak Palestyńczykom jak i reszcie świata, zyskiwaniem czasu, w którym można było robić wszystko, żeby takiego rozwiązania nie dało się już uskutecznić. Gadanie o nim miało sprawić, żeby nikt się nie zorientował, dopóki nie będzie już za późno. Jak podzielić pomiędzy dwa państwa terytorium, na którym wszystkie drogi są de facto pod kontrolą tylko jednego z nich, gdzie trzeba, unosząc się na słupach ponad bantustanami drugiego; gdzie jedno z tych państw trzyma murem drugie w malutkich, nieskomunikowanych z sobą nawzajem enklawach?

Kiedy Emily Thornberry mówi w brytyjskim Parlamencie słowa, pod którymi bez większych zmian podpisać mógłby się Jeremy Corbyn – on związany z Palestine Solidarity Campaign, ona z Labour Friends of Israel – może to znaczyć coś zupełnie innego, niż to, że Corbyn zdobywa aż taką kontrolę nad swoimi blairystowskimi wewnątrzpartyjnymi wrogami.

Może to oznaczać, że rozpada się cała ta konstrukcja, w której Izrael grabi ziemię i zabija Palestyńczyków, a jego instytucje propagandowe i lobbingowe na świecie uprawiają constructive blurring (konstruktywne zamazywanie) oraz ściemy o „procesie pokojowym” i two-state solution. Gadanie o nim (tylko na zewnątrz, w swoim dyskursie wewnętrznym rząd Netanjahu nie ukrywa, że nigdy nie odpuści do państwa palestyńskiego) służy jedynie maskowaniu działań mających tak naprawdę na celu budowę w ramach jednego państwa nieodwracalnego, permanentnego reżimu rasowego apartheidu, w którym na zawsze pozbawieni praw i kontroli nad własnym życiem Palestyńczycy zepchnięci są do Gazy i na odizolowane skrawki suchej ziemi na Zachodnim Brzegu.

Kiedy Emily Thornberry mówi takie słowa – może znaczy to, że niektóre, bardziej racjonalne gałęzie projektu syjonistycznego (w tym wypadku skupieni Labour Friends of Israel) zaczynają się rewoltować przeciwko obłąkaniu Netanjahu? Rewoltują się, bo widzą, że bezwstyd, z jakim Netanjahu sobie poczyna, nie tyle przekreśla two-state solution, bo ono dawno już temu zostało przekreślone, co gra w otwarte karty, przestając udawać, że drugie państwo kiedyś powstanie.

A kiedy wszyscy zrozumieją, że dwa państwa są niemożliwe, nastąpi redefinicja pola walki, jej warunków i stawek: stanie się ona walką o to, jakie będzie to jedno państwo – czy będzie reżimem rasowego apartheidu czy demokratycznym, multietnicznym państwem wszystkich swoich mieszkańców cieszących się tymi samymi prawami? To ostatnie zrealizuje oczywiście wielokrotnie reafirmowane przez ONZ prawo milionów palestyńskich uchodźców do powrotu i stanie się tym samym państwem w większości arabskim, z żydowską mniejszością. Z punktu widzenia celów projektu syjonistycznego byłaby to porażka i katastrofa, ale delegitymizacja krwawej euro-amerykańskiej kolonii na Bliskim Wschodzie doprowadzi tam nieuchronnie. Rozpad wewnętrznego konsensusu wokół oficjalnej, utrzymywanej na potrzeby świata zewnętrznego, narracji projektu syjonistycznego, przyspieszy tę delegitymizację, bo otworzy przestrzeń dla krytyki Izraela także tam, gdzie do niedawna krytyka taka prowadziła do nieuchronnych oskarżeń ze strony przemysłu tropicieli „antysemityzmu”. To jest dobra wiadomość.

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze.