Brzydkie słowo: Rasa

Popularne „definicje” rasizmu idą najczęściej mniej więcej tak: wrogość, niechęć, uprzedzenia lub nietolerancja wobec ludzi innej rasy. Niestety, takie „definicje” same w sobie są już rasistowskie. Rasizm nie zaczyna się bowiem od „nie-lubienia” ludzi „innej rasy”. Rasizm zaczyna się od zgody z tezą, że w ogóle istnieją ludzie „innej rasy”. Że ludzie dzielą się na „rasy”.

Nie, ludzie nie dzielą się na żadne „rasy”.

Rasy nie istnieją

Zawsze rozbraja mnie opór, z jakim spotykają się te nienowe przecież wiadomości. „Chcesz powiedzieć, że ludzie nie mają różnych kolorów skóry?” Oczywiście, że miewają, podobnie jak różne kolory oczu i włosów, różny wzrost, i rozmiary uszu czy nosa. Żadna z tych cech nie dowodzi istnienia „rasy” – po prostu ludzie się różnią różnymi cechami, nawet ludzie blisko z sobą spokrewnieni, i wybór poziomu pigmentacji skóry jako głównego wyznacznika podziału na „rasy”, jest równie arbitralny, co gdyby to czynić na podstawie koloru oczu lub struktury włosów. Arbitralny, choć nieprzypadkowy – istnieją ekonomiczne i polityczne powody, dla których wybór padł na kolor skóry; będzie o tym dalej.

Antropologiczna „teoria ras” i kategorie „ras” ludzkich opierają się na wyobrażeniu, że ludzkość dzieli się na w miarę odseparowane bloki, wielkie populacyjne segmenty – w taki sposób, że w ramach jednego segmentu ludzie mają z sobą więcej cech (genetycznie) wspólnych niż z przedstawicielami innych takich segmentów i że ludzi z jednego takiego bloku dzieli mniej więcej ten sam dystans od przedstawicieli innego z tych bloków. Że ciemna skóra wiąże się genetycznie z czarnymi oczami, szerokim nosem i kręconymi włosami, „żółta” skóra ze „skośnymi” oczami i prostymi włosami, i tak dalej. Polska Wikipedia po dziś dzień (dwie dekady w XXI wiek!) do tych prostych włosów „człowieka odmiany żółtej” dodaje niby opisowy przymiotnik „przetłuszczone”. Polska Wikipedia wstydzi się już samego słowa „rasa”, dla niepoznaki zasłaniając ten sam fikcyjny desygnat ściemą w postaci „odmiany”, ale nie wstydzi się opisywać kilku miliardów ludzi, że ich cechą charakterystyczną, a więc wyróżniającą ich na tle reszty, są „przetłuszczone włosy”.

Dziwna wytrwałość, z jaką ten przecież tylko pozornie „opisowy” przymiotnik wisi przez lata w „encyklopedycznej” „definicji”, ujawnia prawdziwą intencję podziałów na „rasy” (pardon, w Wikipedii: „odmiany”). Opis opisem, ale wartościujące szydło wychodzi z worka niemal zawsze, gdy tylko pozwolić grafomanowi dziergającemu taką „definicję” wyjść poza jedno zdanie.

Melanina

Badania genetyczne ludzkich populacji wykazały tymczasem, że Afrykańczycy są najbardziej zróżnicowani genetycznie ze wszystkich ludzkich populacji. Między Czarnymi pochodzącymi z różnych części Afryki jest więcej różnic genetycznych niż między przedstawicielami wszystkich pozostałych ludzkich populacji – razem wziętych. Afryka jest domem i Pigmejów, i dwumetrowych Masajów. Pomysł, że mają oni z sobą wyjątkowo wiele wspólnego, i tyle samo jednych i drugich różni od Europejczyków, tylko ze względu na wspólnotę podobnego koloru skóry, jest tyleż arbitralny, co czysto ideologiczny. Podobnie jak sama linia podziału na ten „biały”, „czarny” i „żółty” kolor skóry.

Barwy ludzkiej skóry to szerokie i zróżnicowane spektrum, a w kombinacji z innymi cechami morfologicznymi po prostu mozaika, w której pomiędzy „białym”, „żółtym” i „czarnym” jest wiele odcieni pośrednich i kombinacji, a wyznaczanie pomiędzy nimi linii podziału na „rasowe” bloki jest wyborem ideologicznym, a nie obiektywną, naukową taksonomią. Ludzie nigdy nie żyli w odseparowanych na wieki blokach, mieszaliśmy się nie tylko między sobą, ale nawet z neandertalczykami i denisowianami, którzy byli innymi (pod)gatunkami hominidów.

Tak jak przeciętny Portugalczyk ma nieco inny kolor skóry niż przeciętny Norweg czy Fin, w różnych częściach Afryki ludzie mają jeszcze bardziej zróżnicowany poziom pigmentacji skóry, w Afryce Wschodniej wcale nie mają szerokich nosów, i tak dalej.  W Azji, nawet w granicach poszczególnych azjatyckich państw, ludzie mają bardzo zróżnicowane kolory skóry. W Chinach i Japonii od bardzo, bardzo jasnego po – pozwólmy sobie na odrobinę poezji – „brzoskwiniowy”. Dlatego wszystkie artykulacje „teorii ras” zawsze w końcu wysiadają, gdy pytać je o bardziej precyzyjne konkrety. Dlatego teoretycy „rasy” ciągle musieli tę swoją teorię wymyślać na nowo, i dorabiać do niej wykręty, przypisy i uniki.

Co z Arabami, których większość ani nie jest specjalnie ciemniejszej od Europejczyków karnacji, ani nie ma „skośnych” oczu, tylko częściej (ale nie zawsze) mają czarne włosy (ale niekoniecznie proste)? Co z mieszkańcami Indii? Niby Azja, a więc powinna być „rasa żółta”, ale co z tym kształtem oczu, co z faktem, że na południu subkontynentu ludzie miewają kolor skóry ciemniejszy niż w wielu częściach Afryki? A jednocześnie mają proste włosy, szerokich nosów – raczej nie. A australijscy Aborygeni? Jak spójnie powiązać ich kolor skóry z Afrykańczykami, od których przez dziesiątki tysiącleci, jak nie więcej, byli tak doskonale odseparowani? I tak dalej. (Teoretycy „rasy” o najbardziej „aptekarskim” usposobieniu próbowali na to odpowiedzieć doliczaniem się nawet ponad sześćdziesięciu „ras”.)

Pamiętam tę lekcję na biologii w późnej podstawówce (chodziło się do niej wtedy jeszcze do piętnastego roku życia). Próbowałem niezdarnie kilka z tych pytań sformułować. Nauczycielka nie miała odpowiedzi, ściemniała, że niby są niuanse, jakieś niewyjaśnione jeszcze problemy, jak gdyby chodziło o temat, na który wciąż toczy się jakiś nierozstrzygnięty, zagorzały spór naukowy. Już wtedy jednak „teoria ras” była naukowo skompromitowana! Kilka lat później ta sama nauczycielka tę samą skompromitowaną teorię wkładała wciąż wytrwale do głów klasie mojego najmłodszego brata, a ja znowu słyszałem te same farmazony na geografii w liceum.

Do podziału na „rasy” – „białą”, „czarną” i „żółtą” – przyzwyczajeni jesteśmy dlatego, że jesteśmy do niego tresowani przez rasistowską kulturę. Od kilkuset lat – od dawna, ale wcale nie od zawsze.

Święty Augustyn był Czarny

Święty Augustyn był Afrykańczykiem. Hannibal był Afrykańczykiem. Północny pas kontynentu afrykańskiego, z którego pochodzili, już w starożytności był zróżnicowany pod względem ludzkich fenotypów (bo był kłębowiskiem różnych ludów), ale było jeszcze długo przed arabskim podbojem, co znaczy, że ciemne kolory skóry były z całą pewnością znacznie, znacznie bardziej powszechne niż w późniejszych stuleciach. A jednak – believe it or not – nikt nie jest dzisiaj w stanie odpowiedzieć z dowodami w ręku na pytanie, jakiego koloru skóry był Hannibal, jakiego był Augustyn.

Postacie nigdy przez historię nie zapomniane, nawet na chwilę; jeden – człowiek, który zapędził stracha Rzymowi; drugi – jeden z ojców doktryny wielkiej, uniwersalistycznej religii, która nigdy nie zeszła ze sceny dziejów. Wszelkie prawdopodobieństwo wskazuje, że obaj byli „Czarni”, albo co najmniej „brązowi”, a jednak nie ma na to ani jednego dowodu. Podobnie jak na to, że nie byli. Jak to możliwe, że żadne źródło historyczne z ich czasów nie zająkuje się nawet na ten temat?

Ano tak, że dla ówczesnych ludzi to w ogóle nie był temat. Kolor skóry nie odgrywał roli tożsamościowej, nie był parametrem w określaniu i rozumieniu czyjejkolwiek tożsamości, w odpowiedzi na pytanie „kim jesteś?”. Nikt tego nie zanotował, bo w tamtych czasach najdosłowniej nikt nie zwracał na ten parametr uwagi na tyle, by go zanotować, by go uznać za wart zanotowania.

W postrzeganiu tej cechy jako istotnego parametru tożsamościowego nie ma nic naturalnego. Kiedy więc zaczęto zwracać na to uwagę? Kto – i dlaczego?

500

No więc: proces zaczyna się około pięciuset lat temu. To nie jest wcale przypadek, że mniej więcej wtedy, kiedy w Europie rodzi się powoli, lecz zdecydowanie, nowy system społeczny, ekonomiczny i polityczny, od swych narodzin powiązany z kolonialną ekspansją: kapitalizm.

Frantz Fanon: „Nie ma rasizmu bez kapitalizmu, ani kapitalizmu bez rasizmu”. Rasizm jest pierwszą i główną ideologią kapitalizmu, nierozerwalnie z nim splecioną od jego narodzin jako systemu o globalnych ambicjach wyrażających się w ekspansji kolonialnej.

Ale tak samo jak kapitalizm rodził się drobnymi krokami (zalążki racjonalności kapitalistycznej w rodach kupieckich i bankierskich daleko w średniowieczu), zanim wyklarował właściwe sobie struktury dominacji, które pozostały z nami do dzisiaj, tak samo sprzężony z nimi rasizm musiał wykonać kilka eksperymentów, zanim wynalazł swój najważniejszy, najbardziej dominujący wariant.

Trochę wyżej było, że prawdziwe intencje autorów definicji ludzkich „ras” wychodzą, kiedy pozwolimy im rozpisać się na więcej niż jedno zdanie. Zaraz dostaniemy jakieś „przetłuszczone włosy”. Kiedy pozwolimy im na więcej niż dwa zdania, łatwo możemy się przekonać, że chodzi im o wiązanie między sobą więcej niż tylko fizycznych cech, o naturalizację cech i praktyk kulturowych. Że Żydzi są dobrzy w liczeniu (zwłaszcza pieniędzy). Że Czarni są muzykalni. Że Arabowie są fanatykami. Że Włosi są dobrzy w kuchni i w łóżku.

Otóż rasizm rodzi się w Europie (najpierw w Hiszpanii) pod koniec XV wieku, ale nie od razu na linii podziałów w kolorach skóry. Ten wynalazek rasizm też musi dopiero wymyślić, metodą prób i błędów, w odpowiedzi na społeczne wstrząsy, które przynosił podbój Starego i Nowego Świata przez zasadę akumulacji kapitału.

Najpierw wskazuje Żydów i muzułmanów/Maurów (tak naprawdę potomków Żydów i Maurów). Rasizm rodzi się, gdy w sferze wyobrażeń o ludzkich tożsamościach następuje zrośnięcie się cech biologicznych, dziedzicznych, fenotypowych z praktykami kulturowymi. A także z pomysłem, że te praktyki kulturowe są cechami tak samo dziedzicznymi, czyli nie ma różnicy między nimi a cechami przyrodzonymi. Kolor oczu, kształt nosa i praktyki religijne czy żywieniowe stają się nagle fenomenami z tego samego porządku, niezmywalnymi nawet w kolejnych pokoleniach. Jeżeli twój dziadek był Żydem lub Maurem, był obrzezany, praktykował tych kilka obrzędów i nie jadł wieprzowiny, to fakt, że twój ojciec i matka zostali ochrzczeni i nigdy nie przekazali ci niczego z religii twojego dziadka, niczego nie jest w stanie zmienić.

To stricte nowożytny/nowoczesny wynalazek, że możesz być – nawet religijnie – na zawsze tylko tym, czym byli twoi przodkowie, nawet jeśli nic o tym nie wiesz.

Rasizm rodzi się więc najpierw w królestwach iberyjskich, tych, które pierwsze dokonują dzieła podboju nowych rynków, który to podbój i wynikająca z niego grabież złota sfinansuje kolejne etapy rozwoju kapitalizmu. Natomiast słowo „rasa” rodzi się tam, gdzie nadwyżka tego złota zaczyna szybko trafiać i się koncentrować – w Italii. Po włosku jest to „razza”. Z włoskiego słowo trafia do języków innych rodzących się mocarstw kolonialnych – Francji, Anglii (tam ląduje ok. r. 1580).

Przednowoczesność, nowoczesność

W epokach przednowoczesnych – w starożytności, w średniowieczu – ludzie bywali prześladowani za to, kim są. Jakkolwiek okrutne by to nie było, mieli przynajmniej jedną drogę ucieczki: przez konwersję, a więc przyjęcie nowej tożsamości, gest odrzucenia starej. Mogli powiedzieć, że wypierają się chrześcijaństwa, islamu, judaizmu, albo na nie przechodzą (tak, nawet na judaizm, wbrew potocznym wyobrażeniom). Ten wybór oznaczał dla nich często przykrości, ale i dalsze życie i spokój od prześladowań.

Tym się właśnie od przednowoczesnych form ksenofobii różni rasizm, który rodzi się w królestwach iberyjskich pod koniec XV wieku, gdy hiszpańskie i portugalskie podboje otwierają epokę ekspansji kapitalistycznej. Nagle okazuje się, że rodziny od dwóch czy trzech pokoleń katolickie nie mogą z siebie zmyć śladów kultury swoich przodków, odtąd na zawsze wpisanych w ich ciała i lineaże. Padają ofiarą prześladowań, pogromów i wypędzeń.

Pigmentacja skóry staje się decydującym czynnikiem, na długo i dla wielu de facto synonimem „rasy”, później, na kolejnych etapach tego procesu, procesu, w toku którego kapitalizm poszukuje najlepszego wehikułu rozporządzania ludzkimi populacjami na skalę odpowiadającą jego ekspansywnym ambicjom – globalnie.

Kiedy jedynym sposobem spłacenia europejskich wojen okazuje się drenaż bogactw „nowych” lądów, a wyciskanie z tych zagrabionych lądów surplusu wymaga siły roboczej, która z własnej woli wcale nie chce w tym brać udziału i można ją pozyskać wyłącznie przemocą i przymusem, bez pytania o zdanie.

Elizabetth Catlett: In Harriet Tubman I Helped Hundreds to Freedom
Elizabeth Catlett, In Harriet Tubman I Helped Hundreds to Freedom

Robienie rasy

Blackburn w swojej monumentalnej historii kolonialnego niewolnictwa zauważa, że wybór koloru skóry jako tej najważniejszej cechy jest wypadkową znaczenia niewolnictwa jako fundamentu rodzącego się systemu kapitalistycznego. Skali niewolnictwa jako globalnego fenomenu ekonomicznego. Niewolnicza siła robocza staje się tak kluczowym składnikiem ekspansji kapitalizmu, tak szybko rozrasta się w fenomen wyżynający miliony ludzi, że ta masowość wymaga wyjątkowo łatwego, masowego parametru identyfikacji. Żeby jeden rzut oka na człowieka pozwolił ocenić, że to najprawdopodobniej niewolnik (chyba, że potrafi udowodnić coś innego). To wtedy zaczynamy być tresowani do zwracania tak wielkiej uwagi na kolor skóry i traktowania jej jako pierwszego filtra, przez który z ciał, które spotykamy, czytamy ich społeczną tożsamość i pozycję.

To proces, nie moment. W hiszpańskich koloniach w obu Amerykach próbuje się najpierw zniewolić miejscowych – oni się jednak nie dają (na własnym terenie – wiedzą, dokąd uciekać, gdzie się bić, a nawet wymyślają jakieś El Dorado, żeby Europejczycy sami pogubili się po górach i lasach w jego poszukiwaniu) lub umierają od przyniesionych przez Europejczyków, nieznanym ich systemom immunologicznym chorób. Prawdziwi chrześcijanie (bez ironii, jak Las Casas) próbują ich bronić przed europejskimi instancjami władzy. Jak w Hiszpańskim procesie, który wieki temu widziałem w cyklu „Teatr Telewizji na Świecie”, sugeruje Carrière – ich wysiłki prowadzą ostatecznie tylko do przekierowania europejskich poszukiwań taniej, pozbawionej wolności siły roboczej gdzie indziej. Tam, skąd Portugalczycy już zaczęli porywać ludzi.

W angielskich koloniach w Ameryce Północnej występują początkowo formy pracy niewolnej obejmujące osoby różnych kolorów skóry i pochodzenia. Również biali przybysze z Anglii i innych wysp są nierzadko de facto niewolni, choć na innych podstawach prawnych – zobowiązani spłacić dług lub odbyć zasądzoną karę. Jeszcze w XVII wieku angielski dyskurs kolonialny mówi o Irlandczykach jak o podrzędnej „rasie”, Cromwell sprzedaje pokonanych w walce Irlandczyków i ich dzieci do pracy na plantacjach trzciny cukrowej na Karaibach. Ludzie na najsłabszych ekonomicznie pozycjach w angielskich koloniach (niewolni, niewolnicy, robotnicy rolni bez własnej ziemi) łączą się w spontanicznych praktykach solidarności opartych na trafnie rozpoznanej wspólnocie interesu, bez względu na to, czy oni lub ich rodzice przybyli z Europy lub przywiezieni zostali z Afryki.

W pierwszej połowie XVII wieku obydwa rodzaje pozbawionych wolności robotników w koloniach północnoamerykańskich – ci o europejskich i ci o afrykańskich korzeniach – cieszą się jeszcze nieco większymi prawami niż czarni niewolnicy plantacyjni w następnych dwóch stuleciach. Sytuacja prawna jednych i drugich różni się formalnie, choć faktycznie znacznie mniej.

Niewolnicy afrykańskiego pochodzenia nie mają możliwości uzyskania kiedykolwiek wolności, są niewolnikami do śmierci i po śmierci, tzn. przekazują tę kondycję ewentualnym potomkom. Europejscy pracownicy niewolni mają do odpracowania konkretną ilość czasu (7 lat), po którym należało im się uposażenie – zwykle w postaci kawałka ziemi. Potomków, którym mogliby jakikolwiek status przekazać długo większość z nich nie ma, bo w koloniach brakuje kobiet. Ich wyzyskiwacze uciekają się do różnych prawnych sztuczek, żeby okres ich pracy przymusowej wydłużyć lub nie wydać im na koniec należnego im uposażenia. Jak długo jednak większość z nich, w skutek warunków życia w kolonii i stopy wyzysku na uprawach, nie dożywa nawet tego momentu, z punktu widzenia kolonialnych elit żyjących z eksploatacji ich pracy, różnice te nie pociągają za sobą większych konsekwencji praktycznych.

Dopiero, kiedy „nowy” ląd opanowany zostaje na tyle, że jakość życia nieco się poprawia i (niektórzy, europejscy) niewolni zaczynają dożywać kresu niewoli, pojawia się motywacja, by sprowadzać więcej niewolników permanentnych, w tym także bezpośrednio z Afryki, zamiast, jak dotąd, z drugiej ręki, z Karaibów. Jednocześnie pojawia się kategoria byłych niewolnych, dziś formalnie wolnych, ale biednych, często oszukanych, którzy na koniec wyroku nie doczekali się spodziewanego uposażenia czy to w formie ziemi czy pieniądza.  

Przełomowe wydarzenie to tzw. Rebelia Bacona w kolonii Virginia; wybucha w 1676, ciągnie się do następnego roku. To w jej następstwie wstrząśnięte kolonialne klasy panujące całej Ameryki Północnej przed-się-biorą naprawdę aktywnie wielki projekt polityczny, projekt wytworzenia nowego bytu tożsamościowego: „rasy białej”. Jego zadanie: zapobiec rebeliom w przyszłości, uniemożliwić solidarną wspólnotę interesów (siły pod przywództwem Nathaniela Bacona połączyły nędzarzy i wyzyskiwanych pochodzenia europejskiego i afrykańskiego, wolnych i niewolnych). Napuścić jednych na drugich. Wmówić części z nich, że za sprawą niskiego poziomu melaniny dzielą jakąś quasi-mityczną, wspólną, wyższą tożsamość ze swoimi wyzyskiwaczami, ważniejszą niż wspólnotę interesu z ludźmi innych kolorów, a w podobnym ekonomicznie położeniu. Rzucić wyzyskiwanym europejskiego pochodzenia kilka ochłapów (jak prawo do noszenia broni), ażeby rozkosz oferowana przez poczucie przewagi nad Czarnymi zasysała ich frustrację wynikającą z ucisku, którego sami też przecież doświadczają.

„Rasa” jako kategoria w naszym, ludzkim myśleniu o sobie nawzajem i o nas samych nie pojawia się więc, by opisać jakąś istniejącą – naturalną, biologiczną – rzeczywistość, ale po to, by ją stworzyć. By ją stworzyć jako rzeczywistość społeczną i jako narzędzie utrzymywania struktur władzy ekonomicznej. Jako narzędzie wyzysku, tworzenia mas ludzi politycznie bezsilnych, których siłę fizyczną wyciska się w procesach bezlitosnej eksploatacji ekonomicznej lub po prostu grabieży.

Dlatego mimo pozornie wiecznotrwałego podziału według „kolorów skóry”, „rasa” przez minionych pięćset lat jest kategorią niezmiennie i niewyczerpanie dynamiczną, nieustannie poszukującą sposobów dostosowania się zmieniających się stosunków władzy – w skali globalnej, imperialnej, w skali całego kapitalistycznego systemu-świata, jak i w skali poszczególnych społeczeństw w ramach tego systemu. Dlatego pod koniec XIX wieku w Stanach Zjednoczonych o Irlandczykach znów mówi się jako o odrębnej „rasie”, to samo o Włochach i Słowianach. Jakoby mamy różne „wrodzone”, „naturalne” predyspozycje, jeśli chodzi o to, do jakiej pracy się nadajemy. Dlatego w XX wieku do statusu „rasy” w tych dyskursach „awansują” muzułmanie i/lub Arabowie.

Tylko słowo, które nic prawdziwego nie znaczy, może być aż tak plastyczne.

O, a wiesz, że źródła całego nowoczesnego „naukowego zarządzania personelem” tkwią w prasie wydawanej przez amerykańskich plantatorów bawełny i tytoniu, właścicieli niewolników? Nie bez związku.

„Rasa nie istnieje, ale zabija”

„Rasa” nie istnieje w tym sensie, że nie opisuje żadnego realnego bytu biologicznego. W ludzkiej biologii nie ma niczego takiego. A jednak zabija, jak najbardziej realnie, bo polityczny projekt, który ją wytworzył jako społeczną relację władzy o globalnym zasięgu, jest śmiercionośny i to na masową skalę. Nie można o niej nie mówić, bo nie można nie mówić o czymś, co od pięciuset lat zabija, i to miliony ludzi. Nie można jednocześnie mówić tak, żeby dokładać swoje do utrwalania tego z gruntu fałszywego konstruktu, do podtrzymywania jego władzy nad ludzkim życiem – poprzez pomnażanie użytkowania wyjątkowo szkodliwego słowa, tak jakby nazywało jakiś byt prawdziwy.

Najlepiej byłoby ją wymazać z języka, ale w obliczu władzy, jaką wciąż nad nami sprawuje, byłoby to najzwyczajniej unikaniem konfrontacji z wyjątkowo niebezpieczną zmorą. Trzeba więc mówić – ale mając się na baczności. Mówić tak, by zawsze podważać jej – kategorii „rasy” – prawomocność. Nie przepuścić żadnej okazji, by zakwestionować jej podstawność, podważyć, ośmieszyć, zdystansować się od jej pretensji do nazywania bytów w jakikolwiek sposób realnych. Osobiście opowiadam się za sposobem, który sam w niniejszym tekście praktykuję. Zawsze w cudzysłowie – jak cytat z języka innych ludzi, języka, któremu nie wierzę – nigdy nie przepuszczając podkreślenia jej całkowicie sztucznego charakteru.    

Proponowana literatura:

  • Theodore W. Allen, The Invention of the White Race.
  • Étienne Balibar, Immanuel Wallerstein, Râce, nation, classe: identités ambigües.
  • Robin Blackburn, The Making of New World Slavery: From the Baroque to the Modern, 1492-1800.
  • Robin Blackburn, The Overthrow of Colonial Slavery: 1776-1848.
  • Karen E. Fields, Barbara J. Fields, Racecraft: The Soul of Inequality in American Life.
  • David R. Roediger, Class, Race, and Marxism.
  • J. Craig Venter, A Life Decoded: My Genome, My Life.   

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Chcesz e-booka z moim (długim) opowiadaniem?

Unia Europejska, faszyzm, komunizm i znak równości

18 września Parlament Europejski uchwalił skandaliczną rezolucję, która w Polsce nie spotkała się z niemal żadnym odzewem. Skandaliczną, pomimo pozornie niewinnego tytułu: „O znaczeniu europejskiej pamięci dla przyszłości Europy” z okazji 80. rocznicy wybuchu II wojny światowej. Jej męczący i zawiły tekst stawia sobie jeden zasadniczy cel: zrównanie komunizmu z faszyzmem w sposobie, w jaki pamiętamy i upamiętniamy II wojnę światową.

Rezolucja fałszuje historię, jako główny powód wybuchu II wojny światowej wymieniając pakt Ribbentrop-Mołotow podpisany w sierpniu 1939 r. przez III Rzeszę z ZSRR. Nawet datę jej uchwalenia wybrano tak, żeby była bliżej rocznicy wkroczenia ZSRR na wschodnie tereny Polski niż wcześniejszego ataku hitlerowskich Niemiec na Polskę.

Czytaj dalej

Reductio ad Putinum

Na naszych oczach, na całym świecie, w różnym, ale wszędzie niepokojącym tempie, liberalna demokracja degeneruje się do różnych form i stopni autorytaryzmu. Od Orbana na Węgrzech po Bolsonaro w Brazylii, od Erdogana w Turcji po Duterte na Filipinach, od Modiego w Indiach po Trumpa w Białym Domu i Macrona w Pałacu Elizejskim (tak, to nie jest pomyłka, złotego chłopca neoliberalnego „skrajnego centrum” należy umieszczać w tym samym szeregu). Jednak żaden ze współczesnych autokratów, nowych ani starych, miękkich ani twardych, nie jest demonizowany na skalę porównywalną z prezydentem Rosji Władimirem Putinem.

Sprowadzanie każdej krytyki tego czy innego rządu albo polityka do porównań z Putinem, do komunałów, że „Putin tylko na to czeka”, albo że to po prostu „robota Putina” – stało się intelektualnym wytrychem komentatorów różnych szkół, dziennikarzy mediów o różnych ideologicznych profilach i polityków rozmaitych opcji. Reductio ad Putinum pełni funkcje ostatecznego argumentu i gwoździa do trumny adwersarza, wywołuje wrażenie krańcowej politycznej grozy.

Czytaj dalej

Brzydkie słowo: Mulat

O tym brzydkim słowie przypomniała mi rozmowa na Facebooku. Do spisania w końcu sprowokowanych przez nią przemyśleń zmobilizowała mnie w końcu czterechsetna rocznica narodzin niewolnictwa w angielskich koloniach w Ameryce Północnej, które potem stały się Stanami Zjednoczonymi. W sierpniu 1619 do wybrzeży Virginii przybił pierwszy statek z niewolnikami z Afryki.

Z dala od Polski, rzadko tam bywając, czasem zapominam, jak opłakany jest stan współczesnego języka polskiego, w jego wersji powszechnie używanej – wszędzie tam, gdzie zadaniem jest opis dynamicznej rzeczywistości politycznej, społecznej, kulturowej. Rzuciłem bowiem w stronę moich fejsbókowych znajomych pytaniem, kiedy się dowiedzieli, że Puszkin był Czarny. Prawdę mówiąc byłem ciekaw, czy moja ignorancja (dowiedziałem się od pewnego rosyjskiego przyjaciela, najdalej trzy lata temu) była w tej materii wyjątkowa. To samo miałem z Alexandre’em Dumasem – choć jako nastolatek przeczytałem wszystko spod jego pióra, co znalazłem w moich bibliotekach w Dąbrowie Górniczej, tego, że był Czarny, dowiedziałem się dopiero z ust Christopha Waltza w Django Unchained Quentina Tarantino. No więc, wracając do Puszkina, dowiedziałem się, że nie tylko ja. O Puszkinie wiedziało właściwie tylko kilka osób albo bardzo oczytanych, bądź też od dawna lub kiedyś zafascynowanych jego twórczością. Wiele osób dowiedziało się o tym z mojego statusu.

Rozmowa miała kilka wątków, ale przemyślenia do spisania tutaj dotyczą głównie jednego. Usłyszałem (no, przeczytałem) kilka razy, że Puszkin nie był Czarny, bo miał tylko pradziadka z Etiopii (lub Erytrei). On i Dumas byli mulatami (czasem w formie pytania a nie twierdzenia). To, że w Polsce takie słowo przechodzi do dzisiaj przez usta/klawiaturę ludziom i wykształconym, i całkiem rozgarniętym politycznie (nawet o lewicowych poglądach), jakby było neutralnym, nieobciążonym terminem, wzięło mnie z zaskoczenia. Na emigracji od początku 2008 roku, od dawna spotykam się z nim tylko w książkach, i to albo starych, albo historycznych.

AleksanderPuszkin

Aleksander Puszkin

Czytaj dalej

O niepożytkach z Johna Olivera

Oko.press przedstawia się jako „portal sprawdzający fakty i prowadzący dziennikarskie śledztwa”, który chce być „obywatelskim narzędziem kontroli władzy”. Niedawno uznał, że takim śledztwem i aktem kontroli władzy będzie publikacja obszernego streszczenia jednego odcinka programu polityczno-satyrycznego anglosaskiego komika. Bo padło w nim kilka ostrych słów o polskim rządzie i Jarosławie Kaczyńskim. Odcinka programu dostępnego przecież bez problemu na YouTubie i Facebooku. Drobiazgowa relacja napisana jest w tonie takim, jakby streszczała wykład o autorytaryzmie i faszyzmie autorstwa co najmniej Theodora Adorno.

Przy całym szacunku dla Johna Olivera i jego zasług, nie jest on Theodorem Adorno. Oliver jest zaledwie liberałem, lewicowym, ale liberałem. Jego komentarze są tak ważne w amerykańskim kontekście, bo „lewicowy liberalizm” to już dużo jak na warunki mainstreamu amerykańskich mediów. Już ustawia go blisko lewej ściany tego, co amerykańska publiczność kiedykolwiek zobaczy w dużej sieci telewizyjnej.

Czytaj dalej

Niemcy są problemem

Być może jest prawdą, że Niemcy nigdy z rozmysłem nie dążyły do osiągnięcia w ramach Unii Europejskiej takiej dominacji, jaką się dziś cieszą. Być może samo tak wyszło. Zjednoczenie Niemiec do największego i najbardziej rozwiniętego przemysłu w UE dodało przewagę demograficzną nawet nad dużymi krajami. Wspólna waluta i kontrola nad Europejskim Bankiem Centralnym, instrumenty, którymi Berlin zarzyna dzisiaj południowy pas Europy – to był przecież początkowo pomysł francuski. Niemcy jedynie nie dali się długo prosić, a kiedy wszystko się już stało, to niepostrzeżenie wykolegowali Francuzów z zamierzonego przez nich franko-germańskiego duumwiratu nad Europą.

Dziś, jak mówi w wywiadzie socjolog schyłkowego kapitalizmu Wolfgang Streeck, Niemcy lubią sobie przy każdej okazji wycierać gębę frazesami o wspólnej Europie, europejskich wartościach itd., ale używają tego wyłącznie do forsowania partykularnych niemieckich interesów.

Jak tymczasem Polska lewica opowiada sobie Niemcy i ich rolę w Europie? Próby racjonalnej krytyki, samego wskazywania, że coś jest nie tak w niemieckiej dominacji nad kontynentem zbyt łatwo i zbyt często są trywializowane jako siłą rzeczy pochodzące z polskiej ksenofobii. Gwiazdy Krytyki Politycznej potrafią nawet dobrych kilka lat po niemieckim zarżnięciu Grecji fantazjować o ratowaniu Europy przez polskie przytulenie się do Niemiec razem z Francją, bywa, że do kompletu z przyjęciem euro. Działacze związkowi pokazują Niemcy jako przykład gospodarki wysokiego uzwiązkowienia, wysokich płac, stabilnego zatrudnienia i układów zbiorowych. Wspólny mianownik wszystkich tych wariacji na temat (intonowanych zawsze z podziwem) jest taki, że Niemcy – albo jako oparcie dla konstruktywnej współpracy, albo jako wzór do naśladowania – są dla wyzwań i problemów, jakie stoją dziś przed Europą, rozwiązaniem.

Tymczasem jest wręcz przeciwnie, to Niemcy są Europy (nas wszystkich) największym problemem.

Czytaj dalej

Kultury siłowni. Autobiograficzne notatki etnograficzne

Comme une allumette

Pierwszy raz ćwiczyć na siłowni zacząłem na drugim roku studiów. Byłem wtedy strasznym chudzielcem – jak zapałka, comme une allumette – mówili mi we Francji, wciąż jeszcze niemal chłopcem. Ważyłem wtedy 56 kilo, przy 171 cm wzrostu.

Byłem przez cały ów rok w stanie bliskim depresji – minionego lata byłem pierwszy raz we Francji, gdzie się na zabój zakochałem w pięknym studencie algierskiego pochodzenia, który okazał się hetero, choć mnie się przez całe lato wydawało, że ze mną flirtował. Djamel po prostu taki był, ale zrozumienie tego nie wystarczyło, żeby się wyleczyć z tej miłości, odległość (ja wróciłem do Polski, on został w Paryżu) też nie – to było jedno z najgwałtowniejszych i najbardziej obezwładniających uczuć, jakie mnie kiedykolwiek opanowały. Intensywna, regularna aktywność fizyczna była moją próbą zapanowania nad własnym stanem, wymuszenia na moim skołowanym organizmie produkcji serotonin, żeby te zagłuszyły uczucie rozpaczy wywołanie świadomością, że nigdy mojego pięknego arabskiego przyjaciela nie dotknę w taki sposób, jakbym chciał. Coś w ten deseń. Świadome sprawianie konstruktywnego bólu ciału było sposobem na niwelowanie bólu duszy.

Był to też mój sposób na uzyskanie kontroli nad własnym ciałem, podporządkowania go – jego fizycznego rozwoju – mojej woli, mojemu własnemu działaniu, moim wyborom, a przez to zaakceptowanie go, uzyskanie w nim i poprzez nie trochę więcej pewności siebie. W skład tego wchodził bolesny i skomplikowany proces mojego godzenia się z najbardziej wstydliwym, bulwersującym i nieposłusznym wymiarem mojego doświadczenia własnego ciała: tego, że pragnęło ono mężczyzn.

Pełniło to więc dla mnie funkcję terapeutyczną.

Timothy Gbadeyan (4)

Timothy Gbadeyan

Moje życie pełne przeprowadzek, dziwnych zwrotów akcji, urywanych kontraktów i gwałtownych zerwań z miejscami, których nie mogłem już dłużej wytrzymać, spowodowało wiele przerw i nieregularności w moim machaniu hantlami i podnoszeniu sztangi, cykle upadku formy i powrotów do niej. Dwa razy spulchniłem się o dobrych parę kilo na dłuższy czas. Przez dwa lata po studiach pracowałem we Francji na krótkich kilkumiesięcznych kontraktach w różnych zwykle małych miejscowościach, gdzie nie było pod ręką takich miejsc, a ja nie miałem czasu na nic poza pracą. Raz przerwałem jakąkolwiek aktywność fizyczną na rok chyba, zmęczony i udręczony pracą i dojazdami, w pułapce łupieżczej umowy abonamentowej z siłownią, która okazała się koszmarem i zaczęła mnie ścigać jakimiś windykacyjnymi zbirami, kiedy powiedziałem, że nie będę więcej płacił, bo oni nie wywiązują się ze swojej części umowy (zepsute maszyny pozostawiane bez naprawy miesiącami). Takie historie z siłkami, zwłaszcza dużych sieci, są w Wielkiej Brytanii na porządku dziennym – neofeudalne praktyki obracania klienta w chłopa pańszczyźnianego dosłownie uwięzionego w umowach nie do rozwiązania to brytyjska plaga. Przytyłem wtedy dobrych parę kilo i sflaczałem, na szczęście nie na zawsze. Niemniej jednak, ostatecznie różnica między znacznie większym mężczyzną, którym jestem dzisiaj, o wiele, wiele silniejszym, a tą przestraszoną życia „zapałką”, którą byłem wtedy, to jest też różnica psychologiczna.

Przy wszystkich moich radykalnych a częstych, transgranicznych zmianach adresów, mam za sobą doświadczenia siłowni, „gymów” w Polsce (w Dąbrowie Górniczej i w Warszawie), w Londynie, w Barcelonie i w Amsterdamie. Jak w przypadku każdego rodzaju instytucji „w Malinowskim sensie tego słowa”, różnice pomiędzy nimi mówią coś o całych społeczeństwach i grupach (klasach) społecznych.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Czytaj dalej

Znaczenie Chan al-Ahmar

Tekst ukazał się 19 września 2018 na łamach portalu Strajk.eu. Dziś, 1 października upływa ultimatium postawione mieszkańcom Chan al-Ahmar przez izraelskie władze, po którym wojsko najpewniej zrówna Chan al-Ahmar z ziemią, a mieszkańców przemocą przesiedli.

Mała wioska palestyńskich Beduinów, poniżej 200 mieszkańców, znów na ustach całego świata. Po wieloletniej prawnej batalii Sąd Najwyższy Izraela usunął wszystkie prawne przeszkody przed zrównaniem jej przez izraelską armię z ziemią na potrzeby nowego żydowskiego osiedla (albo też ekspansji stojącego nieopodal Kfar Adumim). Wioska jest już otoczona przez izraelskie wojsko i policję, buldożery już usuwają przeszkody postawione przez mieszkańców Chan al-Ahmar celem spowolnienia wyburzenia. Do wioski przybyły dziesiątki aktywistów, którzy koczują tam, by stawiać opór wraz z mieszkańcami. Zaprotestowała Unia Europejska, ostrzegając, że uzna to za zbrodnię wojenną. Francja, Niemcy, Włochy, Hiszpania i Wielka Brytania wydały rzadko spotykane wspólne stanowisko, w którym stanowczo sprzeciwiły się wyburzeniu wioski i ostrzegły przed „poważnymi konsekwencjami”. Nawet przedstawiciele proizraelskiego lobby w europejskich stolicach (jak Emily Thornberry, niby-ministra spraw zagranicznych w labourzystowskim gabinecie cieni w Londynie, znana z tego, że należy do Labour Friends of Israel) protestują i wyrażają swoje oburzenie.

Czytaj dalej

Katalonia i kryzys neoliberalizmu

21 grudnia odbyły się w Katalonii wybory do lokalnego parlamentu narzucone siłą przez rząd Mariano Rajoya w Madrycie (pierwszy raz w historii zastosowano art. 155 postfrankistowskiej konstytucji pozwalający rządowi centralnemu zawiesić autonomię regionu i przejąć nad nim bezpośrednią kontrolę). Frekwencja była niezwykle wysoka – głosowały cztery piąte uprawnionych. Głosując w takiej liczbie, Katalończycy obalili jeden z centralnych wątków skierowanej przeciwko separatystom kampanii propagandowej prawicowego rządu w Madrycie i głównych ogólnohiszpańskich mediów: że niepodległości Katalonii żąda hałaśliwa mniejszość populacji regionu, która agresywnie odebrała przestrzeń publiczną „milczącej większości”.

Tymczasem żadna milcząca większość nie istnieje – trzy proniepodległościowe bloki wyborcze zdobyły większość w parlamencie, i to pomimo ofensywy politycznej i propagandowej mającej na celu zniechęcenie Katalończyków do ich pomysłów, włącznie z wsadzeniem ministrów rozwiązanego rządu i innych przywódców politycznych do więzienia oraz pogróżkami pod adresem odwołanego przez Madryt przewodniczącego autonomii Carlesa Puigdemonta.

Radykalna lewica straciła troche w parlamencie, najpewniej w wyniku kombinacji dwóch czynników: głosowania strategicznego i głosowania na „relegitymizację” rozwiązanego przez Rajoya rządu Katalonii. Katalończycy, z którymi rozmawiałem, o poglądach na lewo od centrum, planowali lub rozważali głosowanie na partię Puigdemonta z tych względów: nie chcieli ograniczyć szans separatystów na powrót do władzy przez głosowanie na zbyt małe ugrupowanie, bądź chcieli dać swój wyraz przekonaniu, że Rajoy, którego partia ma w Katalonii śladowe poparcie, rozwiązując rząd Puigdemonta dopuścił się w Barcelonie antydemokratycznego bezprawia, zamachu stanu, innymi słowy, że demokratyczny mandat Puigdemonta nie wygasł przed upływem jego pełnej kadencji i decyzja o tym nie należy do Mariano Rajoya (którego Partido Popular uzyskała jedynie 5% głosów).

Barcelona luk triumfalny

Barcelona, Łuk Triumfalny

Patrząc z Barcelony

Większą część roku 2017 mieszkałem w Barcelonie. Stamtąd przyglądałem się, jak kryzys kataloński rozumiany i relacjonowany był w Polsce. Po mediach głównego nurtu, które od dawna nie interesują się światem, nie mają zagranicznych korespondentów i dumnie przyznają, że dużym wydarzeniom i procesom w polityce międzynarodowej nie poświęcą nigdy więcej niż jeden tekst, nie spodziewałem się niczego lepszego. Zasmucające było jednak, jak daleko na lewy biegun polskiej polityki sięgały powierzchowne klisze rodem z neoliberalnych mediów. Ubolewania nad „mnożeniem granic i podziałów w Europie”, „kolejną fala populizmu i nacjonalizmu” (w jednej beczce z Trumpem i madame Le Pen), oczywiście „niezgodne z prawem”, „niereprezentatywne i w ogóle o co im chodzi, „przecież mają autonomię”.

Nie, o racji w polityce nie decyduje zgodność dążeń, postulatów czy przyjętej praktyki z obowiązującym porządkiem prawnym. Stawki polityki przed duże P bywają poważniejsze, często jest to właśnie walka z obowiązującym porządkiem prawnym o jego postępową zmianę. Toutes proportions gardées, ale walka z niewolnictwem była kiedyś niezgodna z prawem, pomoc człowiekowi, który uciekł z niewoli na plantacji była niezgodna z prawem, podobnie jak gdzie indziej pomoc człowiekowi, który pragnął uciec przed deportacją do obozu koncentracyjnego, a walka z apartheidem była niezgodna z prawem tam, gdzie prawem był apartheid. I tak dalej Wiele praw, którymi dziś się cieszymy, zawdzięczamy temu, że ktoś kiedyś obowiązujące prawo łamał, żeby je nam wywalczyć. To rząd w Madrycie uczynił niemożliwym postępowanie w pełni w zgodzie z hiszpańskim prawem, w które wpisana jest de facto święta nierozerwalna jedność terytorialna Hiszpanii. To rząd w Madrycie odmawiał nie tylko kompromisów, ale nawet rozmów. To Madryt (z osobistej inicjatywy Rajoya) zawiesił w 2010 znowelizowany statut katalońskiej autonomii, to Madryt lekceważył poprzedni, niewiążący prawnie plebiscyt, jako dowód nastrojów społecznych w Katalonii. To także Madryt sprawił, że policzone w referendum głosy nie przekroczyły progu 50% uprawnionych do głosowania – nie tylko utrudniał głosowanie, ale też skonfiskował kilkaset tysięcy oddanych głosów.

Nie, Katalończycy, w tym ci o przekonaniach lewicowych, nie dali się zbałamucić politycznemu cwaniakowi. Jest nawet wręcz przeciwnie – Carles Puigdemont jest umiarkowanym centroprawicowym politykiem, który nigdy nie miał radykalnych ambicji z przekonania. To on stał się zakładnikiem znacznie bardziej radykalnego ludu i czuł, że musi uginać się pod nastrojami społecznymi. Dlatego w okresie tuż po referendum z 1 października tak długo kluczył i lawirował, a z ogłoszeniem niepodległości zwlekał prawie cztery tygodnie – zupełnie nie wiedział, co dalej robić, być może nawet miał nadzieję, że nastroje opadną i będzie jeszcze miał jakąś szansę się z tego rakiem wywinąć. Katalońscy zwolennicy niepodległości nie są pod żadnym urokiem Puigdemonta, polityka bez charyzmy, unoszonego falą wydarzeń i wolą ludu. Nawet ci głosujący na jego partię, strategicznie czy z przekonania, robią sobie z niego żarty (moim ulubionym jest mem „Puigdemont bez okularów”).

Puigdemont bez okularów

Tak, całkiem możliwe, że kataloński separatyzm przez kilkadziesiąt lat postfrankistowskiej liberalnej demokracji był kreowany trochę odgórnie przez władze autonomii, które reagując na represje z czasów Franco kładły wyjątkowy nacisk na kulturową odrębność Katalonii, pierwszeństwo języka i ekspansję autonomicznych struktur politycznych. Jeszcze dekadę temu miażdżącej większości Katalończyków wystarczała autonomia. Idee niepodległościowe nagle podzielać zaczęła większość Katalończyków w odpowiedzi na kryzys 2008 roku i jego polityczne konsekwencje. I nie, wcale nie w taki sposób, w jaki prawicowy populizm żeruje na skutkach kryzysu w innych krajach Europy i w USA.

flaga katalonii barcelona

Kataloński nacjonalizm – lewicowy i kosmopolityczny

Kataloński separatyzm to nie jest prawicowy, reakcyjny, integrystyczny, rasistowski nacjonalizm w rodzaju Młodzieży Wszechpolskiej czy francuskiego Frontu Narodowego. Jakkolwiek trudno to pomieścić w kategoriach nadwiślańskiej wyobraźni politycznej, jest to nacjonalizm kosmopolityczny i lewicowy, rzecz wcale nie tak rzadko spotykana w kulturach języków iberyjskich, zwłaszcza w kulturach zdominowanych przez mocarstwowe dążenia i mocarstwową nostalgię Madrytu. Katalończycy są trochę jak Baskowie, z tą różnicą, że w przeciwieństwie do baskijskiego ich język jest romański i stosunkowo zrozumiały dla Hiszpanów. Jedni i drudzy stanowią społeczeństwa o najbardziej postępowej kulturze politycznej w Hiszpanii, bynajmniej nie od wczoraj, to jest tam tradycja.

Popularne młodzieżowe lokale w Barcelonie pełne są lewicowych symboli. Związki zawodowe wszędzie widać (zaangażowały się w obronie ważności referendum). Ludzi, którzy zamiast na imigrantów pomstują na „ten pieprzony kapitalizm”, nie trzeba szukać na samym końcu internetu, spotyka się ich przypadkiem i przy okazji, na ulicy i w miejskim ośrodku sportowym. O tych, którzy do Katalonii przybyli z innych części Hiszpanii lub z innych części świata, nie mówią jak o obcych, a jako o „nowych Katalończykach” i jako takich zapraszają ich do udziału w ulicznych demonstracjach niepodległościowców, żeby reprezentowali kosmopolityczną tożsamość współczesnej Katalonii. Nawet po zamachu terrorystycznym na La Rambli nikt nie wybijał muzułmanom szyb w oknach, zamiast tego miały miejsce przejmujące publiczne gesty kulturowej i religijnej tolerancji. Do tego wszystkiego Barcelona jest jednym z najbardziej LGBT-friendly miejsc na świecie.

Ustawianie katalońskiego separatyzmu w jednym rzędzie ze współczesnymi prawicowymi populizmami jest obraźliwe dla Katalończyków. Prawicowi populiści, agresywni nacjonaliści, reakcjoniści tęskniący za Franco, czczący króla i Kościół, owszem, występują w kryzysie katalońskim w dużej liczbie – po przeciwnej stronie konfliktu, po stronie premiera Rajoya i obrońców świętej jedności Hiszpanii.

Nie, Katalończycy nie chcą się oderwać od Hiszpanii, żeby się nie dzielić z biedniejszymi prowincjami kraju – to, że tak mówią wielkie media neoliberalnego skrajnego centrum, nie znaczy, że to prawda. Oczywiście, znajdą się i tacy, wśród katalońskich sił politycznych jest i miejscowa neoliberalna burżuazja. Jakoś nigdy nie spotkałem jednak na mieście zwolennika niepodległości, który by użył tego argumentu. Słyszałem za to: „Nie chcę już dłużej żyć w monarchii, jest XXI wiek, chcę żyć w demokratycznej republice, skoro nie da się tego zrobić w ramach Hiszpanii, to niech to będzie niepodległa republika w samej Katalonii”. Albo: „Nie chcemy dalszego niszczenia naszych praw społecznych, podporządkowani nieusuwalnemu prawicowemu rządowi w Madrycie i archaicznej burbońskiej dynastii nie mamy żadnych szans na ich długofalową obronę”. Kluczowa dla utrzymania przez separatystów większości parlamentarnej radykalnie lewicowa partia CUP jako warunek swojego poparcia dla projektu niepodległościowego podaje, że w okresie przejściowym niepodległości, Katalonia będzie się dokładać do rozwoju najbiedniejszych regionów Hiszpanii.

Tarragona ajuntament

Tarragona, Urząd Miasta

Katalończycy dopisali się en masse do projektu separatystycznego, gdy zrozumieli, że w warunkach postfrankistowskiego porządku konstytucyjnego kryzys ekonomiczny 2008 roku i wymuszona potem (od 2011) przez Brukselę i Berlin polityka drastycznych cięć pociągnęły za sobą jedynie rekonsolidację najbardziej reakcyjnych sił w ramach hiszpańskiego porządku politycznego – coraz bardziej autorytarnej neoliberalnej prawicy, Kościoła, monarchii i europejskiej finansjery wymuszającej politykę zaciskania pasa, ratowania banków i transferu bogactwa w górę. Katalończycy chcą się dzielić z biedniejszymi regionami Hiszpanii – nie chcą natomiast własnym ubożeniem (Katalonia może i jest najbogatszym regionem Hiszpanii, ale też szczególnie dotkniętym polityką zaciskania pasa po 2011) dokładać się na bonusy bankierów w Madrycie i Frankfurcie. Katalończycy trafnie rozpoznali, że hiszpański porządek konstytucyjny, zaprojektowany tak, żeby między innymi umożliwić faszystowskim elitom z okresu dyktatury Franco przetrwanie okresu demokratycznej transformacji na uprzywilejowanej pozycji, pomyślany jako tymczasowy, gdy powstawał, a jednak nigdy odtąd nieruszony, betonuje stosunki władzy, po których można się dziś spodziewać tylko coraz bardziej reakcyjnej i coraz bardzie brutalnej polityki. Uznali więc, że ich jedyną szansą na realizację postępowej polityki (jej przykładem była sama oddolna mobilizacja społeczeństwa w okresie referendum) jest wyłamanie się z tego porządku przez zerwanie z państwem hiszpańskim.

Czy separatyzm małych narodów to jest najbardziej idealny sposób na stawianie oporu neoliberalizmowi i jego nowym represyjnym reżimom? – to może było kiedyś dobre pytanie, ale zanim mleko się rozlało. W polityce rzadko mamy luksus poruszania się w idealnej sytuacji, działać trzeba w takiej, jaką mamy. Katalończycy odmówili poddania się fatalizmowi i zamiast czekać na Godota, czyli aż siły lewicowe w całej Hiszpanii podniosą głowy i wywrócą w końcu postfrankistowski porządek konstytucyjny, otwierając możliwość postępowej zmiany i wyjścia poza neoliberalizm, postanowili wziąć sprawy w swoje ręce i spróbować przekształcić przynajmniej swój własny, mały kraj, jednocześnie proponując nowe otwarcie innym postępowym siłom w Europie.

Zgadzam się z Angeliną Kussy, piszącą z Barcelony na łamach Nowych Peryferii, że paradoksalnie, jeśli Katalończykom się uda, i jeszcze pociągną za sobą inne siły separatystyczne w Hiszpanii, zwłaszcza Basków, to podniosą szanse na radykalne postępowe zmiany w całej Hiszpanii. Taki wstrząs rozbije nawet najtwardszy instytucjonalny beton w Madrycie, otworzy przestrzeń polityczną dla sił spoza postfrankistowskiego duopolu PP-PSOE, wymusi inwestycje w rozwój zacofanych regionów Hiszpanii, a tym samym znaczące przeobrażenie całej jej struktury społecznej. Jak dobrze pójdzie, może nawet ktoś zabije króla, realnie lub symbolicznie.

Barcelona Fundacja Joan Miro detal

Barcelona: Fundacja Joana Miró (detal)

Rajoy i władcy Europy

Nie, premier Mariano Rajoy nie był po prostu niezdarny i niekompetentny w tym, jak odpowiedział na kryzys kataloński. On wiedział, co robi i metodycznie robił to, co długo zamierzał i planował. To było to, co jego elektorat lubi najbardziej (Hiszpania nie ma w parlamencie sił otwarcie skrajnie prawicowych, jako jeden z nielicznych dziś krajów w UE, ale głównie dlatego, że od momentu jej założenia przez byłych funkcjonariuszy reżimu generała Franco, miejsce dla sympatyków skrajnej prawicy znajdowało się zawsze w łonie konserwatywnej PP).

Uderzenie w katalońskich separatystów w tak brutalny sposób nie było żadnym zaburzeniem w normalnym funkcjonowaniu hiszpańskiego państwa, a kulminacją represyjnego trendu, który PP rozwijała, reagując siłowo na wszystkie protesty przeciwko neoliberalizmowi na sterydach implementowanemu hiszpańskiemu społeczeństwu od 2011 roku. Rajoyowi nic nie wyrwało się spod kontroli, rząd PP dążył do tego, żeby kryzys kataloński przerodził się w brutalne użycie siły. Tysiące hiszpańskich policjantów, których desant spadł na Katalonię tuż przed referendum, kiedy było już wiadomo, że regionalna katalońska policja, Mossos d’Esquadra, nie będzie wykonywać rozkazów Madrytu (zamykać komisji, konfiskować kart do głosowania, zatrzymywać głosujących), były ponoć celowo rekrutowane w regionach Hiszpanii, które mają długą historię ksenofobicznej niechęci do Katalończyków. Nadużycie przez nich przemocy było w planie.

Tak samo nie było nic niezwykłego w tym, jak zareagowała Unia Europejska i rządy poszczególnych jej państw członkowskich. Nie zareagowała albo ukryła się za okrągłymi formułkami o wewnętrznych sprawach Hiszpanii.

Rajoya łączy z europejskimi klasami panującymi wspólny interes. Katalońskie referendum wydarzyło się, gdy po zwycięstwie Macrona we Francji i porażce prawicowych populistów w Holandii wielcy książęta europejskiego neoliberalizmu już oddychali z ulgą, że po irracjonalnych wybrykach referendum brexitowego, wyborów w Polsce i w USA przynajmniej w jądrze europejskiego kontynentu udało się zapanować nad „nie-rozumem” ludów i przymusić plebs do głosowania z powrotem, „jak należy” (we Francji przez wypromowanie elokwentnej faszystki jako jedynej alternatywy dla przedstawiciela banków). A tu znowu jacyś separatyści, na miłość boską! Ryzyko, że Katalonia akceleruje kolejną falę wstrząsów w całej Europie, musieli traktować poważnie. Rajoy realizował interes europejskich klas panujących, być może nawet polecenia, ale te wcale nie były konieczne: książęta neoliberalizmu zamieszkują wspólne teatrum publicznych gestów i jedną chmurę milczących założeń, więc kiedy trzeba, rozumieją się bez słowa.

Glories office buildings

Barcelona, biurowce nieopodal stacji Glories

Ostatnie referendum neoliberalizmu

Co, jeśli dla władców Europy stawką w kryzysie katalońskim jest, by 1 października 2017 był już ostatnim neoliberalnym referendum? Książęta neoliberalizmu mają już dosyć europejskiego ludu. Nie chcą więcej zawracać sobie głowy tym, co lud myśli, co uważa, i czego by chciał, odkąd przestał myśleć, uważać i chcieć tego, co mu się tak starannie tłumaczy za pomocą wszystkich dostępnych masowych środków perswazji. Lud ma robić to, co mu każą książęta, a nie mieć jakieś własne zdanie. Głosowania były dobre, kiedy dało się przewidywać i panować nad ich rezultatami. Kiedy lud przyklepywał tylko decyzje książąt neoliberalizmu. W tej perspektywie Katalończycy znaleźli się na pierwszej linii frontu znacznie przerastającego rozmiary ich wymarzonej republiki, frontu, na którym rozstrzygnie się przyszłość nas wszystkich w Europie. W pewnym sensie stawką ich walki też jest to, aby 1 października 2017 okazał się w perspektywie czasu ostatnim neoliberalnym referendum – tyle że zupełnie inaczej. Tym referendum, które wyznaczy początek końca neoliberalizmu w Europie – będą jeszcze potem referenda, to neoliberalizm skończy się wreszcie w Europie. Jeśli przegrają, niepowstrzymywani już przez nikogo książęta neoliberalizmu zamienią Europę w brutalną ponadnarodową dyktaturę bankierów.

Lewica, która niestrudzenie dzieli włos na czworo i zamiast po stronie Katalończyków staje w jednym szeregu z pogrobowcami generała Franco; z rodziną rozpuszczonych francuskich pajaców zasiadającą w XXI wieku na anachronicznym tronie w Madrycie; z dysponentami wielkiego kapitału, którzy zagrozili ucieczką z Katalonii; z prawicowym rządem, który spuścił uzbrojoną policję na staruszki zmierzające do urn do głosowania i do dzisiaj trzyma w więzieniu lokalnych polityków za to, że próbowali wypełnić wolę ludu, grożąc tym samym przywódcy sił separatystycznych, jeśli tylko wróci z Brikseli – taka lewica ma poważnie zaburzony kompas aksjologiczny.

Co, jeśli najbardziej nieodpowiedzialnymi utopistami w Europie są dzisiaj właśnie owi umiarkowani, racjonalni, rozsądni obrońcy europejskiego status quo (niektórzy z nich przekonani, że są lewicą), którzy z uporem godnym lepszej sprawy zwalczają wszystkich zbyt radykalnych kontestatorów – w obronie istniejących struktur władzy, sojuszu burżuazji narodowych z instytucjami UE, które jakoby kiedyś, za sto lat albo tysiąc, uda się zreformować. Co, jeśli żaden scenariusz nie jest dzisiaj bardziej nierealistyczny, żeby nie powiedzieć bardziej niepoważny, niż ten, że obecne europejskie struktury władzy – zaprojektowane przecież jako formalne ramy neoliberalnego reżimu akumulacji kapitału – mają przed sobą jakąkolwiek stabilną przyszłość? Co, jeśli w warunkach ostatecznego strukturalnego kryzysu systemu kapitalistycznego, prawdziwe pytanie nie brzmi już dawno, czy Unia Europejska jako stabilna i funkcjonująca struktura się utrzyma, czy upadnie, tylko – w jaki sposób i w którą stronę upadnie? W prawo (najpewniej w stronę brutalnej, ponadnarodowej dyktatury bankierów, głównie niemieckich, której peryferie zostaną wyprzedane i splądrowane na podobieństwo Grecji) czy w lewo (wyjścia poza neoliberalizm, poza kapitalizm, w stronę systemu choć trochę mniej niesprawiedliwego i możliwego do ekologicznego utrzymania)? Co, jeśli owi umiarkowani, racjonalni, rozsądni obrońcy status quo, jak dzieci wciąż wierzący, że Unię Europejską jakimś cudem zreformują, byle tylko udało się ją obronić i utrzymać, są właśnie najskuteczniejszymi pożytecznymi idiotami sił, które dążą do wywrócenia istniejących europejskich rozwiązań instytucjonalnych daleko w prawo (bo pomagają im dyskredytować poszukiwania prawdziwych alternatyw)?

Jarosław Pietrzak

Tarragona (2)

Tekst ukazał się na łamach portalu Strajk.eu 28 grudnia 2017.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Barcelona. Trzy miniatury

Miniatura 1. Lokalna przychodnia

Barcelona jest jak film Almodóvara.

Kiedy już uzyskałem NIE (hiszpański numer identyfikacyjny dla cudzoziemców), podpisałem kontrakt, zarejestrowałem się w tutejszym systemie ubezpieczenia społecznego, zacząłem pracę i załatwiłem (przy ogromnej pomocy Dmitrija, który na szczęście dobrze znał cały proces) empadronamiento (tutejszy odpowiednik zameldowania), przyszła kolej na zapisanie się w lokalnej przychodni. W taki sposób człowiek zostaje tu wciągnięty na listę systemu ochrony zdrowia. W Hiszpanii, w przeciwieństwie do np. Wielkiej Brytanii, jest to konieczne nawet w razie dwudniowego przeziębienia, trzeba do pracy dostarczyć papier z przychodni, bez niego nieobecność będzie nieusprawiedliwiona.

No więc znalazłem moją przychodnię CatSalut (katalońska publiczna służba zdrowia), dotarłem na piętro (drugie), na którym się taka rejestracja w tej konkretnej przychodni odbywa. Pobrałem numerek, bo w Hiszpanii prawie wszędzie pobiera się numerek, żeby stanąć lub usiąść w kolejce i czekać na wezwanie. No i zostałem w końcu wezwany.

Kobieta, która mnie wezwała, była niczym Agrado z Wszystko o mojej matce. Miała podobny głos, podobne włosy, tylko dłuższe, zachowywała się podobnie i mówiła z takimi samymi manieryzmami. W pewnym momencie zorientowała się, że rozumiem co najwyżej połowę z tego, co mówi, więc zapytała, czy rozumiem i czy mówię po hiszpańsku. Ja na to, że tylko trochę. Ale się uczę! – dodałem szybko, kładąc na blacie tom wybranych poezji Lorki w wydaniu oksfordzkim, w którym każdy wiersz jest w oryginale (po lewej) i w angielskim przekładzie (po prawej), co jej niezwłocznie pokazałem. Z Lorką to będzie trudne, odpowiedziała, muy difícil, podkreśliła jeszcze, robiąc jedną z tych min jak Agrado.

„Agrado” obejrzała się w lewo, na krześle obok siedział jej kolega. Zapytała go, który z lekarzy mówi po angielsku, żebym się mógł dogadać bez problemu. Jej kolega odpowiedział jakimś nazwiskiem, ale nie wyglądał na szczególnie przekonanego, więc „Agrado” złapała za telefon i zadzwoniła do tego lekarza albo lekarki, czy może mu albo jej przypisać takiego nowego cudzoziemca. „Agrado” przez chwilę słuchała odpowiedzi płynącej ze słuchawki, wyglądało mi na to, że lekarz bądź lekarka się wzbrania trochę, niepewny bądź niepewna swojego angielskiego, bo „Agrado” wyprostowała się nagle, żeby zainterweniować: Ale on się uczy! Z Lorką!

Po chwili się rozłączyła. Miałem więc już lekarza. Skserowała mój paszport, moje empadronamiento, mój NIE, wydrukowała, co tam trzeba z CatSalut, dała mi tymczasową kartę, ta właściwa dotrze w przeciągu trzech miesięcy. Na koniec wskazała palcem mojego Lorkę, znowu zrobiła jedną z tych min Agrado – Ale musisz się naprawdę uczyć, dużo, ciężko – mucho, duro.

 

Miniatura 2. Siłownia imienia Joana Miró.

Barcelona to jest chyba jedyne miasto na świecie, które nazwałoby siłownię imieniem artysty wizualnego. Mieszkam nieopodal Plaça d’Espanya (to po katalońsku, po hiszpańsku Plaza de España). I chyba dlatego, że nie tak daleko, po drugiej stronie MNAC (Narodowego Muzeum Sztuki Katalońskiej) jest muzeum Joana Miró, a jeszcze bliżej park imienia tegoż, lokalny „klub sportowy”, całkiem imponujący (tylko hiszpańskim zwyczajem jest jak na mój gust i potrzeby za mało ciężarów i przestrzeni na nie, na korzyść zajęć grupowych, ale mniejsza o to) – no więc nazwali ten klub Centre Esportiu Joan Miró. Logo „zrobione” jest z lekko gryzmołowantej, roztrzęsionej sygnatury Miró.

Barcelona nie potrzebuje swojego „gejowskiego dystryktu”, czegoś w rodzaju londyńskiego Soho. Całe miasto jest jak jedno wielkie Soho. Mój małżonek dołączył tu do mnie niedawno, zjechał z Londynu, i poszliśmy go zapisać na tę siłkę.

Dziewczyna w recepcji: Rozumiem, że jesteście parą.

Tu należy się pauza – żeby docenić powagę sytuacji. To nawet nie było właściwie pytanie, to była konstatacja.

W Barcelonie to jest normalna rozmowa nieznających się lub znających się powierzchownie osób w miejscu publicznym. Dwóch facetów, jeden biały, drugi czarny, przyszło razem się zapisać na siłownię, więc o co innego może chodzić, rozumiem, że jesteście parą.

Tak, jesteśmy, my na to. Chodziło o to, że po tym promocyjnym okresie, z którego skorzystaliśmy, żeby uniknąć „zapisowego”, możemy zaoszczędzić parę euro, korzystając potem z karnetu rodzinnego.

 

Miniatura 3. Praca, czyli dom wariatów

Niby pracuję tu w międzynarodowej niemieckiej korporacji (jak wiemy od Samira Amina, międzynarodowe korporacje mają zawsze mimo wszystko jakąś „narodowość”), ale moje biuro to dom wariatów. Też jakby z Almodóvara.

Dwa tygodnie temu poszliśmy na poranną przerwę, na drugie śniadanie. Ja, Włoch Teo i Baskijka Nekane. Teo ciągle opowiada o różnych gejowskich imprezach, na które chodzi, a jak nie, to o swoich chłopakach. Prawie wszyscy byli z Europy Wschodniej, twierdzi, że to dlatego, że są spokojni.

Ja: Faceci z Europy Wschodniej są spokojni?

Teo: No, wiesz, ja tu porównuję do Latynosów, facetów z Europy Południowej. W porównaniu z nimi – tak. Z Latynosem to bym nie wytrzymał, sam jestem z Włoch, to już by było za dużo.

Więc siedzieliśmy na tym drugim śniadaniu, Nekane zapytała mnie, z kim mieszkam, ja na to, że mój mąż właśnie przyjechał, mieszkamy z takim znajomym z Londynu, Rosjaninem Dmitrim.

Teo (westchnął, jak usłyszał o tym mężu): Ja to nigdy nie będę miał męża. (Westchnął jeszcze raz) Może to moja wina, może to ja tak naprawdę nigdy żadnego nie chciałem.

Jest faktem, że trudno sobie wyobrazić, że to on mógłby być systematycznie odrzucany. Teo jest dość nieprzeciętnym mężczyzną, jest hałaśliwy, jest, jak to mówią po angielsku flamboyant, ale jest też cholernie przystojny i spektakularnie muskularny, w doskonałej formie. Przychodzi do pracy w szortach i w podkoszulkach bez rękawów, czasem nawet takich głęboko wciętych, błyskając na wszystkie strony swoimi muskułami i tatuażami.

Niedawno przyjęli dwudziestoparoletniego Niemca, który mówi nawet parę zdań po polsku, bo go jego polscy przyjaciele w rodzinnym mieście w Niemczech nauczyli. Tim ma chłopaka z Algierii, który jednak z powodów wizowych tkwi w Kanadzie. Niedawno miał urodziny i Tim poprosił wszystkich, nie wyłączając mojej intrygującej syryjskiej przełożonej, żeby powiedzieli mu życzenia urodzinowe, każdy w swoim języku, on to nagrywał na telefonie, potem to zlepił wszystko i mu wysłał taki film w prezencie.

Tydzień temu wyszliśmy na przerwę w cztery osoby, staliśmy w słońcu przed naszym biurowcem. Kate, która wspomniała o swojej żonie i zapytała mnie o mojego męża; Tim, który ma chłopaka z Algierii; i Romain, który, cały czas się wygłupia, że ma na Tima ochotę, choć wcale nie jest homo i zaczęło się od tego, że poczuł się zagrożony – do czasu przyjęcia Tima Romain był jedynym w biurze mężczyzną z (blond) kucykiem; kiedy Tim przyszedł pierwszego dnia, z bez porównania dłuższymi blond włosami, do połowy pleców, Romain rozglądał się na wszystkie strony i z paniką w oczach rzucał każdemu nerwowe: Cholera, mam konkurencję, mam konkurencję.

Romain siedzi za moimi plecami, obok Williama, z którym całymi dniami popychają po francusku (William jest Belgiem francophone) jakieś zupełnie rozkojarzone pierdoły, ale w tak zabawny sposób, że kilka razy dziennie zwijam się ze śmiechu. Kilka dni temu Romain coś do mnie mówił i nagle spojrzał na moje łydki, bo miałem na sobie szorty. Złapał mnie nagle za muskuł.

Romain: Rany boskie, jakie ty masz łydki, jak moje uda!

Nekane siedzi obok, właśnie dzwoniła do Meksyku, niestety linia często jest nienajlepsza, więc zaczęła go uciszać.

Romain: Jesteś po prostu zazdrosna, bo ja go dotykam a ty nie możesz!

Któregoś dnia Gökce, Turczynka z Holandii, rozmawiała z Williamem i kilkoma osobami, które były akurat w okolicy. Dopiero po chwili zacząłem zwracać uwagę, więc nie kojarzę od czego się zaczęło, ale –

Gökce: Wiesz, jeżeli masz na koncie chociaż tysiąc euro, to już samo to plasuje cię w bogatszej części ludzkości.

William: Chcesz zobaczyć moje konto? Jego saldo się wyraża w liczbach ujemnych!

Gökce (po chwili, lekko zbita z tropu; jest nowa, jeszcze nie załapała, że William i Romain to dwa pajace, których nigdy nie należy traktować poważnie): To co zamierzasz z tym zrobić? Jak zamierzasz to spłacić?

William: No nie wiem właśnie. Zastanawiam się, handel narkotykami albo może prostytucja?

Tim (ożywił się nagle i odgarnął swą blond grzywę na bok): O co chodzi? O czym oni tam gadają?

Ja: William się zastanawia, jak spłacić swój debet, waha się między handlem narkotykami a prostytucją.

Tim (wyrzucając swoje muskularne ramiona w górę i błyskając wielkim pierścionkiem na środkowym palcu lewej dłoni): Prostytucja! Prostytucja!

William: O, proszę, już mam pierwszego klienta!

Tim (do Isabel, Meksykanki): No co ja poradzę, William jest taki ładny, podoba mi się.

William jest przystojny w zupełnie inny sposób niż Teo – Teo wkłada w to mnóstwo pracy, poczynając od dwunastu godzin spędzanych tygodniowo na siłowni, William natomiast jest czarujący jakby od niechcenia i przy okazji. Z nowozapuszczoną (mówi, że z lenistwa, bo golić mu się nie chce) brodą wygląda na poważnego człowieka, którym nie jest. Kiedy mu się nudzi, albo nie chce mu się pracować, zabawia się oglądaniem wideo tego dzieciaka, co przekonuje Amerykanów do komunizmu, albo imitowaniem japońskiego akcentu – brzmi wtedy jak Toshiro Mifune w filmie Akiry Kurosawy. Kiedyś Nekane coś mi tłumaczyła, William przechodził akurat obok i połaskotał mnie pieszczotliwie za uchem – o ile mi wiadomo, nie jest homo, chciał tylko zobaczyć, jak zareaguję (What just happened??) i wybuchnął śmiechem.

Ale dzisiaj wyrzucili Williama z pracy. Wyszedł w południe, nie mówiąc nikomu ani słowa.

 

Na zdjęciu detal z muzeum Fundacji Joana Miró.

Jestem na Facebooku i Twitterze.