Brzydkie słowo: Tolerancja

Gdy wokalistka Loreen (Lorine Zineb Nora Talhaoui) odniosła dla Szwecji swoje drugie już zwycięstwo w Konkursie Piosenki Eurowizji, media ze szczególną emfazą podkreślały trzy sprawy. 1) Była pierwszą kobietą, która odniosła ten triumf dwa razy. 2) Była drugą taką osobą (przed nią zdarzyło się to tylko jednemu wokaliście, Irlandczykowi Johnny’emu Loganowi). 3). Kim Loreen jest, w rozumieniu tożsamościowym, oprócz tego, „że ze Szwecji”: podkreślano marokańskie/berberyjskie pochodzenie jej rodziny i jej jakoby biseksualną tożsamość seksualną.

Dlaczego ten trzeci punkt był aż tak ważny dla relacjonujących wydarzenie mediów?

Biseksualna Berberyjka (cóż z tego, że ze Szwecji)

Dla tych, co nie wiedzą. Berberowie to historycznie koczownicze ludy Afryki Północnej, tak zwanego Maghrebu. Ich przodkowie zamieszkiwali tamte obszary jeszcze przed arabskim podbojem. Są wśród nich m. in. Kabylowie i Tuaregowie.

Ale Loreen urodziła się już w Danderyd, tuż na północ od Sztokholmu. Owszem, w Szwecji obowiązuje zasada ius sanguinis, a nie ius soli – a więc o obywatelstwie nowonarodzonej osoby decyduje w pierwszej kolejności „krew”, czyli narodowość rodziców, a nie miejsce urodzenia, czyli „ziemia”, jak w obydwu Amerykach, Wielkiej Brytanii czy Francji. Jednak urodzona w Szwecji Loreen jest obywatelką Szwecji i, na ile wiadomo, tylko Szwecji. Podkreślanie jej pochodzenia przy okazji każdego komunikatu, to tak, jakby uporczywie zaznaczać czeskie pochodzenie Gustawa Holoubka i Krystyny Jandy. Skoro o Holoubku i Jandzie tak nie mówimy, to pewnie dlatego, że zarezerwowano to dzisiaj głównie dla tych, których rodziny mają korzenie poza Europą, nie są „białe”…

Czytaj dalej

Komu wolno grać „pedała”?

Dlaczego „pedała”, a nie geja? Geja też, tyle że słowa tego raczej nie użyłby bohater, który jest impulsem dla tych rozważań. Na pewno nie myślał o sobie, że „jest gejem”, rozdarty raczej między myśleniem o tym, że „jest pedałem”, a potrzebą wyparcia tej świadomości, lub przynajmniej osiągnięcia pewności, że świat się tego nigdy nie dowie. Phil w najnowszym filmie Jane Campion Psie pazury (The Power of the Dog). Albo inaczej: debata, którą próbowano rozkręcić wokół prawa Benedicta Cumberbatcha do wcielenia się w tę postać. Bohater Cumberbatcha walczy z „prawdą swojego pragnienia”, między innymi przez demonstracyjne przyjmowanie tożsamości agresywnie męskiej, normatywnej do potęgi, do tego stopnia, że lubi śmierdzieć nieumyty i skazywać na to otoczenie, pomimo wyższego, klasycznego wykształcenia. Lubi też zajmować pozycję arbitra normatywnej męskości, tego, który decyduje, kogo wyśmiać, bo jej nie podołał. No i kastruje zwierzęta. A wspomnienie minionej erotycznej fascynacji nieżyjącym już mężczyzną – prawdopodobnie związku z nim, wnioskując po tym, jakie ma po nim pamiątki? Na poły je wypiera, na poły sublimuje w zachowanych obiektach (siodło i chusta) oraz w opowieściach o nim jako o „przyjacielu” lub „więcej niż przyjacielu” – ale nigdy kochanku czy obiekcie zakochania. „Jakim prawem gra go heteryk, Benedict Cumberbatch?!” – mieliśmy ulec wzmożeniu.

Ale Psie pazury to okazja do takiej refleksji jedna z wielu. Od kilku lat sieciowy aktywizm około-kulturalny rozpala się takimi skandalami co parę kroków, i rozpala się do białości. Cumberbatch nie dał się zbić z pantałyku. Powiedział, że każdy może mieć w swoim życiorysie tajemnice znane niewielu. To nie on zgłosił pretensje do tej roli – Jane Campion, autorka filmu, do której intencji, talentu i kompetencji miał zaufanie, zgłosiła się do niego i po niego. Nie zdążyliśmy o tym zapomnieć, gdy Eddie Redmayne zaczął się znienacka zachowywać odwrotnie niż Cumberbatch: niewywołany przez nikogo do tablicy, tłumaczyć się ze swojej roli transpłciowej artystki w filmie Dziewczyna z portretu (The Danish Girl). Chciał wtedy dobrze, ale dziś już rozumie, iż decyzja o przyjęciu tej roli była błędem. Rozumiemy, że była błędem, bo sam jest „cismężczyzną”, jak chce obowiązujący dzisiaj słownik hiperpoprawności politycznej. Film jest sprzed dobrych kilku lat, a Redmayne zaczął się z niego tłumaczyć teraz, bo na deskach londyńskiego teatru, zanim kolejny lockdown nadejdzie i do brytyjskiej stolicy, chce jeszcze zdążyć zagrać homoseksualnego bohatera – dając sobie szansę zagrać nie-siebie, realizując przecież w ten sposób istotę aktorstwa jako sztuki. Każdy jednak znajdzie swoje ulubione sytuacje z rozrastającego się katalogu podobnych incydentów.

Sam należąc do mniejszości seksualnej (jestem zamężnym gejem), odczuwam już nawet nie zażenowanie (ten etap mam za sobą), a coraz większe przerażenie tym kierunkiem rozpędzenia dyskursu niegdyś emancypacyjnego.

Czytaj dalej