Opowiadanie w e-booku

W odpowiedzi na czasy dystansu i izolacji – mam dla Was antidotum, historyjkę o bardzo, bliskich, fizycznych spotkaniach —

do pobrania.

Nie jest inspirowane naszymi „czasami zarazy” – zacząłem je pisać wcześniej, w poprzedniej epoce, przed naszą nową erą (czyli w lutym). Ale może komuś właśnie dzisiaj się przyda szczególnie, bo to dla wielu czas pogłębionej samotności i intensyfikacji innych presji.

Opowiadanie, jak to się w Polsce mówi, tylko dla dorosłych, a pewnie dlatego właśnie najlepsze dla tych nie całkiem jeszcze dorosłych – lub tych dopiero co formalnie dorosłych.

Dlatego w sam raz na dzień dziecka 😉

No i jeszcze Pride Month nam się zaczyna, choć samych parad na ulicach miast – z powodów epidemiologicznych – w tym roku nie będzie.

Do najbardziej paraliżujących aspektów mojego doświadczenia z lat nastych i wczesnych dwudziestych mojego życia należało to, jak bardzo nieobecne w polskiej kulturze było cokolwiek, co by korespondowało z moim pragnieniem – jako młodego homoseksualnego mężczyzny próbującego się odnaleźć vis-à-vis tego pragnienia.

Kiedy miałem siedemnaście, dziewiętnaście czy dwadzieścia parę lat, o tym aspekcie mojego własnego życia mogłem coś przeczytać tylko w przekładach z innych literatur lub obejrzeć w francuskich, angielskich albo np. skandynawskich filmach. Tak, jakby pożądania mężczyzny do mężczyzny czy rozkoszy mężczyzny w ramionach mężczyzny, podobnie jak procesu dochodzenia do akceptacji takiego pragnienia, po prostu nie dało się wyrazić w moim własnym języku.

To jest bardzo alienujące, bardzo osamotniające doświadczenie. W polskiej literaturze, jeżeli z czymkolwiek w ogóle, miałem wrażenie obcowania jedynie z modernistycznym szyfrem i łamigłówkami, w których maskowanie i szarady były ważniejsze niż opisywanie czy wyrażanie czegokolwiek. Tylko dla wtajemniczonych.

Dla porównania. Jest coś fascynującego i przejmującego w odkrywaniu, co jest zaszyfrowane w Małej syrence Hansa Christiana Andersena. Ale tylko wtajemniczeni kiedykolwiek się dowiedzą, co w niej jest zaszyfrowane. Ci, którzy najbardziej potrzebują, często nie są (albo nie są jeszcze) wtajemniczeni.

Pamiętam, jak właśnie wyszło Lubiewo Michała Witkowskiego i jaki był hype wokół niego. Sam byłem podekscytowany, i Witkowski był w Katowicach, gdzie studiowałem. No więc byłem na spotkaniu. Ale kiedy Lubiewo czytałem, czułem jednocześnie rozbawienie – bo Witkowski pisze niezwykle zabawnie, do dzisiaj – ale i rozczarowanie. Wyalienowanie niewiele mniejsze niż oglądając polską telewizję. Homoseksualizm jako farsa i przebieranka, brokat, szminka i cekiny, mówienie o sobie w rodzaju żeńskim i fantazje o zgwałceniu heteryka (zwanego tam, o ile dobrze pamiętam, bo nie mam egzemplarza, „lujem”).

Nie odnajdowałem się w żadnym z tych wątków, żadnym z tych motywów. I nie znajduję się do dzisiaj w żadnej z Witkowskiego powieści. Nie chciałem nigdy ani rezygnować z mojej męskości, ani komuś jej odbierać. Moje życie ani tak nie wyglądało, ani nie chciałem, żeby tak wyglądało.

I niewiele się wciąż, niestety, w polskim pejzażu kulturalnym zmieniło. Tomasz Wasilewski uznał za grę wartą świeczki podkreślanie, że Płonące wieżowce to nie jest film o gejach(!). Małgorzata Szumowska uczyniła swojego bohatera-księdza homoseksualnym chyba tylko jako prowokację, której nie umiała potem przeprowadzić na drugi brzeg, tak bardzo wątek „miłosny” jest w jej filmie (W imię…) słaby i nieprzekonujący.

Moją powieść, co już tu kilka razy o niej słyszeliście, ale niestety wciąż nie mam dla Was żadnych konkretów, kiedy ją zobaczycie w druku (oprócz tego, że final draft nareszcie z kolejną rundą u wydawców), pisałem z takich między innymi pobudek. Chciałem ją napisać dla tych chłopców, którzy pragną innych chłopców, nie pragnąc jednak mówić ani o sobie, ani o chłopcach, których pragną, w rodzaju żeńskim. To jest wciąż w polskiej kulturze dość bulwersujące podejście, choć mamy rok 2020.

Zawsze chciałem opowiedzieć więcej historii niż tylko moją własną (ta moja powieść jest „zrobiona” z motywów autobiograficznych). Między innymi napisać grubszą garść opowiadań, które może z czasem złożą się w taki mój mały współczesny, schyłkowo-kapitalistyczny gejowski Dekameron – skoro już jesteśmy przy zarazie. Jeśli czas pozwoli.

Pierwsze opowiadanie już więc jest, do znalezienia tutaj. Opowiadanie – to brzmi krótko, ale w pedeefie 54 strony, więc chyba warte jednego funta, które za nie zapłacisz via Gumroad (sorry, nie robią w złotówkach). Za domenę i layout tej strony muszę płacić, więc jeśli lubisz tutaj bywać, to możesz mi w ten sposób pomóc ją utrzymać. Możesz ściągnąć dla siebie lub dla kogoś, o kim wiesz, że potrzebuje takich opowieści. Opowieści o męskim pragnieniu mężczyzny, które nie są witkowsczyzną. Możesz im też podrzucić linka lub otagować w komentarzu tutaj na Facebooku.

Drugie opowiadanie już w produkcji, będzie się nazywało Przyjaciel z Kairu.

Apertura, blizny, muskulatura. Są tam rany – kłute, cięte i szarpane. I najbardziej dzisiaj podejrzane – płyny ustrojowe.

Każdy i każda, kto z Gumroad pobierze pliki do końca czerwca, dostanie mailem w bonusie Notes brazylijski, zapiski, w których przewidziałem – jako chyba pierwszy komentator w Polsce – że brazylijska prawica dokona jakiejś formy zamachu stanu, co też się stało. W lipcu jedna z tych osób otrzyma (będzie losowanie) egzemplarz moich Smutków tropików z dedykacją i autografem.

Fragment: tutaj.