Nirvaan dostępny w e-booku


Moja powieść pt. Nirvaan dostępna jest od niedawna także w formie e-booka:

Obecny nakład papierowy zbliża się do wyczerpania. Lista miejsc, w których dostępne są ostatnie egzemplarze papierowe z tego nakładu, znajduje się tutaj.

Pierwsze cztery rozdziały w pliku PDF: można wybadać tutaj.


Jestem na Facebooku i Twitterze.

Mój Dżihad

Pociąg staje, pod ziemią. Nie wiem nawet, gdzie dokładnie – czytałem Diunę, pierwszy raz w życiu coś tak długiego po angielsku, musiałem się skupić – szarpnęło wszystkimi, zaraz potem znieruchomienie, cisza, rozglądanie się wkoło. Przez okna wagonu widać tylko ściany ciemnego tunelu – albo jesteśmy między stacjami, albo tuż przed jakąś. Na pewno gdzieś w centrum albo na West Endzie, bo za głęboko, dużo za głęboko, żeby telefon łapał zasięg.

Cisza. Dłuższa chwila. Gasną światła, potem mrugają nieznośnie, stabilizują się z powrotem. Komunikat, pociąg na chwilę zatrzymany.

Kilka minut później – jeszcze jeden komunikat. Wciąż zatrzymany, nie wiadomo, na jak długo. Żadnych konkretów, tylko wrażenie – coś się stało.

Już bez tego byłem spóźniony. Prysznic trzy razy dłużej niż normalnie. Kilka razy się przebierałem, musiałem usiąść, żeby się opanować, a jak już usiadłem, to chyba z pół godziny się nie ruszałem. Strach zamroził moje spojrzenie na przypadkowym punkcie na ścianie. Nawet nie punkcie – gdzieś pośrodku szerokiej plamy ściany, bez nawet punktu z prawdziwego zdarzenia.

Teraz – dopełnienie katastrofy.

Już pół godziny stoimy. Końca nie widać.

Patrzę na telefon, sam nie wiem, który już raz. Jakbym naprawdę wierzył, że mógł odzyskać zasięg. Wagon nie ruszył nawet o milimetr. Nic się nie zmieniło, żadnych nowych wiadomości, żadnych notyfikacji, żadnych aktualizacji, zero zasięgu.

Kolejne ogłoszenie z kabiny kierowcy: wypadek transportowy. Co to znaczy – wypadek transportowy?

W telefonie moja konwersacja z J. – J. Grindr, tak go zapisałem, bo stamtąd go „znam”; jak naprawdę ma na imię? – kończy się na mojej do niego wiadomości. Napisałem ją jakby w ostatniej chwili, zanim wjadę pod ziemię, jakbym, cholera, wiedział, że zaraz utkwię tu na Bóg wie, ile. „Jestem nieśmiały”. To ta ostatnia wiadomość. Zdążyłem się jeszcze dowiedzieć, że odebrał i przeczytał – WhatsApp, dwa „ptaszki”, kolor błękitny.

Pewnie już dawno coś odpowiedział, ale co? Co myśli o tym, że to ostatnia rzecz, jaką napisałem od ponad godziny? Trochę głupie, jak na ostatnią wiadomość. Mogłoby na przykład znaczyć „Jestem zbyt nieśmiały, jednak nie przyjadę, sorry”. Oczywiście, jestem tak cholernie, kurwa, nieśmiały, że do tej chwili nie ufam sobie, że do niego dojadę, dojdę do jego drzwi i do nich zadzwonię. Ale naprawdę miałem takim zamiar, podjąłem ogromny wysiłek, żeby tam do niego dotrzeć. Żeby pokonać tę pizdę, tego tchórza w sobie.


Tak zaczyna się piąta z Soho Stories. Po całość – zajrzyj tutaj.

Nirvaan w przedsprzedaży

Moją pierwszą powieść – zatytułowaną Nirvaan – można już zamawiać w przedsprzedaży.

Zachęcam do wybrania tego sposobu, ponieważ ułatwi mi on zaplanowanie nakładu.


My real name is Nirvaan, powiedziałeś – i już w tym momencie mnie złowiłeś, byłem cały twój, imię równie piękne jak jego właściciel. Jak nirwana?


Cena w przedsprzedaży zawiera już w sobie koszty wysyłki w Europie. Osobom, które zamówią egzemplarz w przedsprzedaży, wyślę w tym samym czasie, co wszystkim tym, którzy swoje zamówienie złożyli za pośrednictwem zbiórki na Kickstarterze – niezwłocznie po odbiorze książki od drukarza, co ma mieć miejsce w październiku.

Zamówienia złożone później, kiedy będę już z powrotem w Holandii, mogą mieć nieco wyższe koszty przesyłki do Polski. Tym bardziej zachęcam.

Nie wiem jeszcze, czy książka będzie dostępna w księgarniach. Jeżeli znasz księgarza, którego mogłoby to zainteresować, lub sam nim jesteś – skontaktuj się (lub jego/ją) ze mną.

Zamów egzemplarz Nirvaana

Hipnotyzujące spojrzenie, które widzicie u góry strony, to fragment rysunku mojego przyjaciela Łukasza Zaręby zatytułowanego Nirvaan, który znajdzie się na okładce zaprojektowanej przez Krzysztofa Ignasiaka, który kiedyś zaprojektował już okładkę mojej pierwszej książki (Smutki tropików, 2016).

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Rzuć okiem na moje opowiadania i/lub mikropowieści pod roboczym wspólnym tytułem Soho Stories.

Banita

Mój stary scenariusz – no, rozbudowany treatment – pt. Wychowanie fizyczne wzbudził pewne zainteresowanie (kilkanaście pobrań w pierwszej godzinie od publikacji), to wrzucę jeszcze jeden utwór z tej beczki, czyli w pokrewnej tematyce (LGBT+), również sprzed lat. Jeszcze jeden motyw czyni go na swój sposób – niespodziewanie – na czasie: jest w nim (fajna chyba) scena z… Romanem Giertychem w tle.  

Czytaj dalej

Apertura, blizny, muskulatura

fragment opowiadania w całości dostępnego tutaj

Akurat teraz – Paul zniknął. Akurat, kiedy wziąłem się w garść i powziąłem wreszcie postanowienie, że do niego zagadam, dokładnie dzisiaj. Już po treningu, snuję się po dżymie, udaję, że robię jeszcze jakieś ćwiczenia na maszynach, już chyba pół godziny. W nadziei, że na Paula gdzieś wpadnę. W poniedziałki wieczorami zwykle pracuje, ale dzisiaj nigdzie go nie widać.
Z tego wszystkiego przez cały tydzień, aż do soboty, przychodzę na siłkę każdego dnia, jak nigdy. Choć powinno to zwiększyć moje szanse, że w końcu na Paula wpadnę – jego ciągle nie ma. Wieczorami Paul miał niemożliwy do przewidzenia grafik – trener osobisty, wszystko mu się często zmieniało, w zależności od potrzeb klientów, jeden klient kończył swój cykl, na inną porę zapisywał się następny, ktoś w ostatniej chwili prosił o zmianę terminu. Widocznie w tym tygodniu wszystko musiało mu się pozmieniać. Paul prowadził w tygodniu kilka zajęć grupowych, ale wszystkie przed szóstą, więc nie mogę się na nich stawić, pracuję od poniedziałku do piątku do szóstej, i daleko stąd.

Czytaj dalej

Sourena. Pamięć

Tęsknota za Soureną, jaka zżerała go przez cały następny rok katorgi ostatniego roku studiów, wzięła go z zaskoczenia. Wiedział, że przez jakiś czas będzie tęsknił i żałował, że skończyło się na jednej nocy – jak każdy człowiek, któremu ktoś zbyt późno i tak niespodziewanie pokazał wreszcie, co znaczy prawdziwa rozkosz. Że ona naprawdę istnieje. Ale tego, jak go ta tęsknota podbije, jak go ona weźmie we władanie – tego się po sobie nie spodziewał. Przeczytawszy dramaty Lorki, pochłonął wszystko, co zdołał znaleźć o jego życiu i wyobrażał sobie, że z poetą z Grenady dzieli ból w jego odrzuceniu przez Dalego. Był kiedyś, przed laty, w kinie na Całkowitym zaćmieniu Agnieszki Holland. Tak sobie to wszystko kiedyś wyobrażał. Że tym, co mu ten cały pierdolony homoseksualizm – poczucie osamotnienia i wstydu, jakie temu towarzyszy na dziurawej prowincji tak chujowego kraju jak Polska – kiedyś wynagrodzi, będzie taka miłość, jak Verlaine’a i Rimbauda, intelektualna fascynacja kimś wielkiego talentu, jakimś literackim, filmowym, teatralnym geniuszem, i że w czymś takim właśnie cała nędza jego dotychczasowego istnienia uzyska coś w rodzaju odkupienia. Myślał, że te wszystkie opowieści o homoseksualistach jako wrażliwcach, artystach, ludziach wyjątkowo utalentowanych, kiedyś jakoś znajdą drogę do jego prawdziwego życia i nadadzą mu sens, przy pomocy którego strząśnie z siebie cały wstyd i nabierze odwagi, by przestać przepraszać wszechświat za swoje istnienie.

Tego, że się autentycznie na zabój zakocha w kimś, kto był „tylko” przepiękny fizycznie i go wyjątkowo dobrze zerżnął, zupełnie i nigdy się po sobie nie spodziewał. Wstrząsnęło to nim tak bardzo, że kiedy był już w Polsce, znowu na studiach, nie potrafił nikomu o swoim spotkaniu z Soureną opowiedzieć, powiedzieć choćby jednym słowem. Nawet tym kilkorgu przyjaciołom, z którymi był out, którzy już od dawna „o nim wiedzieli”. Jakby nie potrafił się przyznać, jaki ślad w nim odcisnął, jaką tęsknotę pozostawił mężczyzna, o którym nie mógł powiedzieć, że jest poetą, że pięknie maluje albo jest, sam nie wiedział, tancerzem na przykład. Że całe to wrażenie pozostawiła na nim „tylko” jego niezwykła uroda i to, jak niemożebnie wspaniały był w łóżku. Do czegoś takiego nie potrafił się przed nikim przyznać. Wstydził się – jakby to było coś niskiego oszaleć na czyimś punkcie w sposób tak fizyczny, cielesny. Choć wiedział, jak głupie to jest z jego strony, wciąż się tak wstydzić.

Czytaj dalej

Sourena. Spotkanie

Soureny nie potrafił zapomnieć. Miał nadzieję, że kiedyś o nim zapomni, bo porównanie z Soureną było bronią masowego rażenia, niewielu mężczyzn, a co dopiero pedałów, mogło wyjść z niego obronną ręką. Spędzili razem tylko jeden wieczór i noc, rozeszli się po śniadaniu, już ponad trzy lata temu. Powinien był po prostu cieszyć się, że udało mu się zaliczyć takie ciacho, że wreszcie ktoś go zerżnął tak wspaniale, jak zawsze o tym marzył, a poza tym o nim zapomnieć – no przynajmniej o nim nie myśleć tak często, nie w taki sposób, nie z taką tęsknotą. Ale nic nie mógł na to poradzić. Takiego mężczyzny jak Sourena nie dało się zapomnieć, a już na pewno, kiedy byłeś nieśmiałym okularnym pasywem z jakiejś dziury w Polsce, który nie miał dotąd dużo szczęścia w tych sprawach.

Niestety, Sourena nie miał większego problemu, żeby zapomnieć o Arku.

Czytaj dalej

Twardy Brexit Theresy May

Kim jest kobieta, która po tąpnięciu, jakie wywołało czerwcowe referendum w sprawie wystąpienia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, wyrosła na liderkę brytyjskiej Partii Konserwatywnej i stała się niespodziewanie twarzą „twardego Brexitu”?

Urodzona w 1956 r. jako Theresa Mary Brasier, córka anglikańskiego pastora, studiowała geografię w Oxfordzie (licencjat w 1977). W 1980 – pracowała wtedy w Bank of England – wyszła za mąż za Philipa Maya, którego poznała jeszcze w czasach studenckich w Oxfordzie. Podobno przedstawiła ich sobie późniejsza premier Pakistanu, Benazir Bhutto. Philip May jest obecnie funkcjonariuszem Capital Group, wielkiej amerykańskiej firmy oferującej zarządzanie inwestycjami. Łączna wartość aktywów pod ich kontrolą to ok. 1,4 biliona dolarów.

W latach 1986-94 Theresa May była z ramienia Torysów radną londyńskiego Merton. Po raz pierwszy do parlamentu wybrana została z okręgu Maidenhead w 1997, kiedy to New Labour pod przywództwem Tony’ego Blaira odsunęła konserwatystów od władzy. Od razu trafiła na przednie ławy opozycji. Dwaj kolejni liderzy Partii Konserwatywnej, William Hague i Ian Duncan Smith, zaoferowali jej stanowiska w swoich gabinetach cieni.

To Theresa May wprowadziła do ogólnego języka brytyjskiej polityki określenie „the Nasty Party”, „wstrętna partia”. W swoim wystąpieniu w czasie ogólnokrajowej konferencji Partii Konserwatywnej w 2002 roku powiedziała, że tak właśnie mówi się wśród ludu o Torysach i dlatego partia musi się zmienić. Taką zmianę partia przeszła następnie pod kierownictwem Davida Camerona, który postanowił zmodernizować jej wizerunek znacząco przybliżając jej dominujący nurt do centryzmu Tony’ego Blaira. To w ramach tego procesu Partia Konserwatywna stała się oficjalnie przyjazna mniejszościom seksualnym i przyswoiła elementy multikulturalizmu i liberalnego feminizmu. Gdy konserwatyści Camerona byli już u władzy (od 2010), za zasłoną moralizatorskiej gadki o tym, że kraj nie może „żyć ponad stan”, kryła się wciąż ta sama polityka klasowego egoizmu i forsowania interesów bogatych kosztem biednych Brytyjczyków. Ale przynajmniej jedno wydawało się być już na śmietniku historii: czasy, w których (jak w latach 60. XX w.) plakaty wyborcze Torysów mówiły „Chcesz Murzyna za za sąsiada, to głosuj na Labour”.

Dziś ta sama May z impetem prowadzi Partię Konserwatywną  z powrotem  w stare koleiny the Nasty Party. Przez zaskoczenie mogło to jednak wziąć tylko tych, którzy dawali się nabrać na wizerunkową fasadę May – zawsze dobrze ubranej, elokwentnej, nieraz nawet dowcipnej.

W obydwu kadencjach rządu Davida Camerona May stała na czele Home Office, tutejszego ministerstwa spraw wewnętrznych. Pełniła tę funkcję od 2010 do 2016 roku, co czyni ją najdłużej urzędującym na tym stanowisku politykiem od ponad sześciu dekad. Jako minister May z jednej strony zwracała się do policji, że coś trzeba zrobić z tym, że tylko 42% populacji Brytyjczyków pochodzenia afrokaraibskiego ma choćby elementarne zaufanie do stróżów prawa, z drugiej kierowała projektem zagęszczania mechanizmów systemowego rasizmu w organizacyjnych ramach aparatu brytyjskiego państwa. Za jej urzędowania narastały problemy przemocy i innych nadużyć w ośrodkach przetrzymujących imigrantów o niewyjaśnionym statusie lub bez prawa do pobytu. Jednym z takich ośrodków (dla kobiet) jest Yarl’s Wood. May konsekwentnie odmawiała upublicznienia szczegółowych danych o sytuacji w Yarl’s Wood, otwarcie mówiąc, dlaczego: żeby chronić komercyjne interesy prywatnego kontraktora prowadzącego ten ośrodek, firmy Cerco.

Jako minister spraw wewnętrznych, May postawiła sobie za punkt honoru „zatrzymać imigrację”. Jej maksymalny poziom miał pod jej butem spaść do 100 tysięcy osób rocznie – w kraju, o którym ostrożne analizy mówią, że imigracja konieczna, by długofalowo utrzymać funkcjonowanie systemów ochrony zdrowia, emerytalnego, kształcenia, itd., musi wynosić co najmniej 140 tys. osób rocznie. Jej Home Office rodziny nieeuropejskich imigrantów o niskich dochodach karało jeszcze za ich biedę, zabraniając im sprowadzić na Wyspy swoje dzieci (wymagany do tego minimalny dochód). Na koniec May wprowadziła próg dochodowy uprawniający przybysza spoza Unii Europejskiej do życia w Wielkiej Brytanii (35 tys. funtów rocznie, znacznie powyżej średniej krajowej). Od razu trzeba było stworzyć listę wyjątków, bo groził brak rąk do pracy w szpitalach. Wprowadzona przez May ustawa z 2016 nakłada na właścicieli mieszkań obowiązek sprawdzania, czy osoby, którym je wynajmują, są w kraju legalnie, i daje im prawo do ich eksmisji na bruk.

Dlatego otwarcie rasistowskie tropy („imigranci, imigranci, imigranci!”), na jakich opiera się dyskurs May, odkąd w lipcu tego roku objęła funkcję szefa rządu, nie powininny być zaskoczeniem dla nikogo, kto obserwując ją wcześniej, zwracał uwagę na coś więcej niż jej garsonki od Vivienne Westwood. Ale paradoksalnie nie świadczy to w przypadku May o żadnym – nawet jeśli niesłusznym, to przynajmniej spójnym – światopoglądzie i wizji politycznej.

Ponieważ jest dopiero drugą kobietą na tym stanowisku, i z tej samej partii co Margaret Thatcher, zaczęto niemal odruchowo porównywać obydwie polityczki. Jak jednak zauważa założyciel portalu OpenDemocracy Anthony Barnett, May bardzo różni się od Thatcher tym właśnie, że jej poprzedniczka poruszała się w ramach jakiejś wewnętrznie spójnej ideologii, trzymała się jakiejś tam wizji politycznej – „w torebce nosiła swój egzemplarz Hayeka”.

Natomiast wewnętrzną polityczną, ideową niespójność May widać najlepiej na przykładzie samego problemu Brexitu. Przed referendum 23 czerwca May była w tym temacie w tej samej fakcji Torysów, co David Cameron: Remain. Zostańmy w Unii Europejskiej. Wystarczyło kilka tygodni, żeby May nie miała wątpliwości: „Brexit znaczy Brexit”, i to od razu „twardy Brexit”.

May nigdy nie przedstawiła jasnej definicji tego, co rozumie przez twardy Brexit, można więc jedynie rekonstruować tę definicję z fragmentów. Twardy Brexit to chyba taki, w którym Wielka Brytania wyjdzie z Unii, porzucając wszystkie swoje zobowiązania, ale będzie się bez pardonu szarpać o zachowanie wszystkich korzyści. Dostęp do wspólnego rynku, ale definitywny koniec z wolnym przepływem osób („imigranci, imigranci, imigranci!”). A status Europejczyków od lat żyjących w Wielkiej Brytanii będzie kartą przetargową (brytyjska prawica wydaje się zapominać, że kilka milionów obywateli brytyjskich mieszka w innych krajach Europy). Towarzyszy temu dyskurs o jednoznacznie wyrażonej w referendum woli narodu. Jednak zwolennicy wystąpienia z UE zwyciężyli w referendum minimalną przewagą głosów, które na dodatek różnie były motywowane i bynajmniej nie wszyscy mieli na myśli „twardy Brexit” połączony z nagonką na cudzoziemców. Do tego ponad jedna trzecia Brytyjczyków nie głosowała. Teza o jednoznacznym poparciu społeczeństwa dla takiej wizji Brexitu jest nadużyciem.

Do tego wszystkiego May wydaje się zdeterminowana, by pogłębić wywołany Brexitem kryzys konstytucyjny brytyjskiego państwa przez niektórych obserwatorów określany jako najpoważniejszy od stuleci. Wielka Brytania nie ma spisanej jako jeden akt prawny ustawy zasadniczej – jej porządek konstytucyjny jest sumą zakumulowanej przez pokolenia praktyki, zwyczajów i zapisów rozproszonych w różnych aktach prawnych. Brexit postawił na ostrzu noża problemy stosunku Szkocji i Irlandii Północnej (głosowały za pozostaniem w UE) do Anglii i Westminsteru jako ośrodka władzy. Ale May wydaje się zdeterminowana, by zignorować także fakt, że w brytyjskim porządku konstytucyjnym suwerenem jest formalnie Parlament, nie lud. Dotychczas wyniki referendów były prawnie wiążące tylko, jeśli taką właściwość konkretny plebiscyt miał zapisany w rozpisującym je akcie prawnym. W zapisach o referendum dotyczącym Brexitu czegoś takiego nie było.

Wobec tego teoretycznie powinno to wciąż być głosowane przez Parlament, w którym wystąpienie z UE nigdy nie miało większości. Dla May sprawa jest już jednak przesądzona – zapowiedziała, że uruchamiający procedurę wyjścia z UE artykuł 50 zostanie odpalony najpóźniej w marcu 2017. Dopiero dzisiaj, 12 października, uległa naciskom posłów Labour Party domagających się parlamentarnej debaty przynajmniej na temat warunków, na jakich Wielka Brytania będzie chciała wystąpić z UE. May chciała o wszystkim zadecydować za zamkniętymi drzwimi, uległa tylko dlatego, że Partię Pracy zamierzała w tym żądaniu poprzeć takze zancząca część Torysów. Samo to, czy artykuł 50 zostanie odpalony, wciąż nie wydaje się być przewidziane jako przedmiot parlamentarnego głosowania.

Jak to się stało, że May tak bezboleśnie przeskoczyła do obozu zwolenników Brexitu, i to „twardego” i bez względu na towarzyszący mu kryzys konstytucyjny? Referendum w sprawie Brexitu spowodowało, że do władzy w samej Partii Konserwatywnej doszło jej najbardziej reakcyjne skrzydło, dotychczas marginalizowane przez Camerona, którego obóz teraz stracił zupełnie grunt pod nogami. Ci najbardziej prawicowi Torysi zwarli szyki z tymi elementami brytyjskiej burżuazji, które w obliczu Brexitu postanowiły nagle przeformować swoje szeregi i wykorzystać wstrząsy, jakie pociągnie za sobą zerwanie z UE, by jeszcze bardziej przykręcić śrubę brytyjskim klasom pracującym i słabnącej klasie średniej (demontaż praw pracowniczych, być może zawieszanie płacy minimalnej, ograniczenie prawa do strajku i innych form protestu, nowy rozpęd w grabieży aktywów państwowych przez wielki kapitał, itd.). Nawet jeśli ceną miałaby w dłuższej perspektywie być utrata międzynarodowego znaczenia Wielkiej Brytanii, wydaje się, że nikt na szczytach władzy w tym kraju nie myśli już tak długofalowo. Co się uda ukraść, będzie nasze. A po nas – choćby potop.

Jak we wspomnianej wcześniej analizie wskazuje Anthony Barnett, May, w miejsce realizowania spójnej ideologii czy programu, jest swego rodzaju uosobieniem przekazu serwowanego przez haniebny prawicowy tabloid „The Daily Mail”. Łączy protekcjonalne gesty retorycznego „pochylania się” nad bolączkami „zwykłych ludzi”, ze wskazywaniem od razu winnego: zalewu imigrantów, którzy „odbierają im pracę”, atakują ich „tradycyjny styl życia” i żerują na podatnikach, „żyjąc na socjalu”.

Tuż po niedawnej konferencji Partii Konserwatywnej rząd Theresy May, ustami obecnej szefowej Home Office Amber Rudd, wysunął propozycję przepisów, które zmuszałyby firmy do informowania, ilu zatrudniają cudzoziemców – te dane miałyby później być przez rząd publikowane, żeby „zawstydzać” firmy, które zatrudniają ich „za dużo”, cokolwiek to znaczy. Na Twitterze zawrzało. Oburzenie wyrazili przedstawiciele biznesu, którzy w Torysach tradycyjnie znajdują najbardziej bezpośrednią reprezentację swoich interesów. Nawet dla skrajnie prawicowego UKIP-u była to już przesada. Konserwatyści po kilku dniach się z tego pomysłu wycofali.

Jedyne, co się przynajmniej na poziomie praktyki wydaje w postaci Theresy May spójne, to coś, co mam pokusę nazywać „instrumentalnym zamordyzmem”, który zawsze jest po cichu obecny, za fasadą retorycznych ukłonów w stronę „zwykłych ludzi”, niezależnie od diametralnych zmian zdania w poszczególnych kwestiach. Jest to zamordyzm instrumentalny dla utrzymania władzy Torysów w Parlamencie, a w społeczeństwie władzy klasowej tych, których Torysi, partia milionerów, reprezentują.

Jako minister spraw wewnętrznych May próbowała przepchnąć ustawę powiększającą uprawnienia policji i służb specjalnych do rozpasanej inwigilacji całego społeczeństwa i masowego zbierania kwitów na wszystkich. Ustawa nie przeszła, bo opór postawili Liberalni Demokraci, którzy w poprzedniej kadencji byli z Torysami w koalicji. Ale już powstaje nowa wersja. Teraz, do trzymania za mordę różnych sektorów klas pracujących, w które wkrótce uderzą prawdopodobne ekonomiczne konsekwencje Brexitu, May będzie też używać robactwa rasizmu, które wylazło spod kamieni przewróconych przez kampanię referendalną.

Jednocześnie kolejne posunięcia rządu jasno wskazują, że poza ciągłością tego zamrodyzmu nie ma wciąż żadnego konkretnego, stabilnego planu działania na dalej niż najbliższych kilka tygodni. Rząd May wykonuje nieprzemyślane ruchy motywowane ideologią „The Daily Mail”, potem słupieje na widok społecznej reakcji na te posunięcia, wycofuje się, itd. To samo w stosunku do UE. Najpierw odmawia gwarancji statusu dla obywateli Unii już żyjących w Wielkiej Brytanii, potem otwarcie przyznaje, że będzie ich używać jako karty przetargowej w negocjacjach z europejskimi biurokratami, by ostatecznie przyznać, że ponad pięć szóstych z nich dawno będzie już miało prawo do stałego pobytu w zasadzie automatycznie. Niczym rozpuszczony bachor, rząd zachowuje się tak, jakby mógł Unii Europejskiej po prostu dyktować warunki, po czym kuli ogon, gdy tylko się okazuje, że tam też są grupy interesu oraz tacy, którzy nie spoczną, dopóki nie zemszczą się na Londynie za to referendum.

Ta nerwówka i krótkość perspektywy, w jakiej funkcjonują główne osoby dramatu, powodują, że trudno cokolwiek przewidywać. Czasami wydaje się, że jedyne, co utrzymuje Torysów u władzy, to fakt, że opozycyjna Partia Pracy zmarnowała już cały rok na wojnę we własnych szeregach.

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się 12 października 2016 na łamach portalu Strajk.eu.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Brexit, rasizm i Polacy

Pod koniec lipca brytyjskie serwisy informacyjne (zaczęło się od hiszpańskojęzycznej strony internetowej ElIberico.com) nagłośniły operację brytyjskich służb imigracyjnych przeprowadzoną we współpracy z kierownictwem sieci restauracji Byron (serwują głównie „wypasione” hamburgery). 4 lipca około dwustu osób z personelu aż 15 lokali firmy zawieziono „na szkolenie”. Na miejscu czekali oficerowie imigracyjni. Zwiezieni tam pracownicy pochodzili spoza Unii Europejskiej – z Ameryki Łacińskiej, Albanii, Nepalu, Egiptu – i podejrzani byli o nieposiadanie lub sfałszowanie wizy czy pozwoleń na pracę w Wielkiej Brytanii. Co najmniej 35 osób zostało aresztowanych, źródła sugerują, że być może 150 osób więcej czekał podobny los, ale zdołały uciec i od tamtej pory się ukrywają. Niektórzy z tych pracowników pracowali dla sieci Byron przez kilka lat.

Tak w praktyce wygląda zaostrzenie polityki imigracyjnej przez minister spraw wewnętrznych w gabinecie byłego premiera Davida Camerona, Theresę May. May wprowadziła zasadę, że spoza Unii Europejskiej tylko osoby zarabiające powyżej 35 tys. funtów rocznie mają prawo zostać na Wyspach. Większość Brytyjczyków może tylko marzyć o takich zarobkach, gdyż tutejsza średnia jest o jakieś 10 tys. niższa. Na ulicach pojawiły się plakaty zastraszające tych, którzy „są tutaj nielegalnie”. W „wojnę z nielegalną imigracją” May wciągnęła pracodawców i właścicieli domów i mieszkań oferowanych na wynajem. Zagroziła im odpowiedzialnością, jeśli status imigracyjny osób przez nie zatrudnianych lub tych, którym wynajmują mieszkania, okaże się nieuregulowany. Wielu cynicznych biznesmenów i właścicieli nieruchomości zyskało w ten sposób dodatkowy instrument terroryzowania i esksploatowania najbardziej bezbronnych pracowników czy lokatorów. (Czy tych 200 osób z Byrona zdążyło zobaczyć swoją ostatnią wypłatę? Czy „nielegalny” imigrant może tak łatwo nie zgodzić się na 50% podwyżki czynszu?)

Cała ta kampania była od początku obliczona na cyniczne granie na społecznych nastrojach i fobiach, na odbijanie wyborców skrajnie prawicowej partii UKIP. Wielka Brytania tak naprawdę nie ma żadnego „problemu z imigracją”. Żeby utrzymać swój system ochrony zdrowia i emerytalny, starzejące się Zjednoczone Królestwo potrzebuje długofalowo imigracji na poziomie co najmniej 140 tys. osób rocznie. Przeciętny przybywający tu imigrant jest zdrowszy, młodszy i lepiej wykształcony niż przeciętny Brytyjczyk, stanowi więc natychmiastowy zysk netto dla tutejszej gospodarki. Pewne sektory brytyjskiej gospodarki, jak ochrona zdrowia, zawaliłyby się natychmiast, gdyby odjąć od nich personel cudzoziemski, dlatego sama May musiała przygotować listę wyjątków od progu dochodowego 35 tys. funtów. Żadna pielęgniarka tyle nie zarabia.

Rasizm awansował do samego centrum debaty politycznej w miesiącach poprzedzających referendum w sprawie członkostwa Wielkiej Brytanii w Unii Europejskiej. W pewnym momencie zewsząd rozlegało się już tylko „imigranci, imigranci, imigranci”. Prawicowe media, w szczególności te w posiadaniu australijskiego potentata Ruperta Murdocha, zdołały wcisnąć milionom Brytyjczyków, że za ich problemy z dostaniem się do lekarza, uzyskaniem zasiłku, znalezieniem pracy czy mieszkania odpowiada zalew imigrantów. A nie cięcia budżetowe rządu Partii Konserwatywnej, zupełny brak polityki mieszkaniowej zostawionej na pastwę spekulantów, itd. Kiedy wbrew wszystkim racjonalnym argumentom, tak prowadzona kampania zwolenników wyjścia z UE odniosła referendalne zwycięstwo, brytyjscy rasiści zorganizowali sobie prawdziwy karnawał. W ciągu kilku dni zaraz po referendum policja podała oficjalnie wzrost liczby odnotowywanych incydentów o charakterze rasistowskim najpierw o ponad połowę, by wkrótce mówić już o skoku aż pięciokrotnym.

Pisarz John Lanchester w poświęconym refleksjom o referendum eseju opublikowanym na łamach „London Review of Books” pisze, że przywolenie na otwarty rasizm będzie długotrwałym skutkiem referendum, który pozostanie niestety częścią brytyjskiego pejzażu społecznego i politycznego na nadchodzące lata. Symbolicznym potwierdzeniem tej diagnozy jest awans tej samej Theresy May, 13 lipca 2016, na stanowisko premiera po dymisji Davida Camerona.

Rasizm ten okazał się wielkim zaskoczeniem dla żyjących w Wielkiej Brytanii Polaków. Nie dlatego, żeby im samym był obcy, wręcz przeciwnie. Na długo przed referendum, jeśli w Londynie zdarzyłoby ci się słyszeć jakieś komentarze ciągle podkreślające czyjś kolor skóry czy etniczne pochodzenie, najprawdopodobniej otaczało cię kilkoro miejscowych Polaków. Masy polskich przybyszów do Wielkiej Brytanii przez lata karmiły się fantazją, że blady kolor ich skóry automatycznie gwarantuje im wstęp do miejscowej „rasy panów”, z której to pozycji mogą sobie popogardzać „ciapatymi” i innymi. Polacy zasilali nawet czasem antyimigranckie manifestacje rasistowskich organizacji w rodzaju Britain First czy English Defence League. Brexit stanowił dla wielu z nich lekcję na temat społecznej (a nie biologicznej) konstrukcji kategorii rasy, bo postawił ich przed bolesnym odkryciem, że kolor skóry o niczym nie stanowi.

Rasizm kampanii Brexitu zrehabilitował każdą formę rasizmu w przestrzeni publicznej, ale nie był szczególnie wycelowany w imigrantów z krajów arabskich, Afryki czy Azji Południowej, bo przecież oni docierają tu i tak spoza UE, bez żadnego związku z członkostwem. Śpiewka „imigranci, imigranci, imigranci” intonowana przez zwolenników wyjścia z Unii mierzyła w przybyszów z Europy, a z tych bez porównania największą i najbardziej rzucającą się w oczy grupą są Polacy. Dla wielu Brytyjczyków Polacy stanowią element bardziej kulturowo obcy niż np. Hindusi czy Jamajczycy, do których obecności są od pokoleń przyzwyczajeni, lubią ich kuchnię i muzykę, znają ich ze swojego kina i telewizji. W dniach bezpośrednio po referendum przedmiotem rasistowskich napaści stało się wiele miejsc kojarzonych z Polakami (jak POSK, Polski Ośrodek Społeczno-Kulturalny w Hammersmith w zachodnim Londynie). W Plymouth podpalono dom polskiej rodziny. 27 sierpnia w Harlow w hrabstwie Essex sześciu wyrostków zaatakowało i pobiło ze skutkiem śmiertelnym 40-letniego Arkadiusza Jóźwika. Według świadków zrobili to, bo słyszeli go rozmawiającego po polsku.

Ale nie jest tak, że rasizm wylał się nagle ze wszystkich Brytyjczyków. Z drugiej strony nastąpiła jednak spora mobilizacja antyrasistowska. Historia z siecią Byron może tu znowu robić za przykład, bo wywołała prawdziwą burzę na Twitterze i natychmiastowy bojkot konsumencki. Na drugi dzień po wypłynięciu tej wiadomości londyńskie lokale Byrona świeciły pustkami, a w sobotę 30 lipca antyrasistowscy aktywiści przynieśli do dwóch z nich pudełka z setkami żywych karaluchów i innych owadów, które wypuścili w nich na wolność, wymuszając zamknięcie restauracji na czas kwarantanny.

W najbliższych latach oficjalnie dopuszczony do publicznego dyskursu rasizm będzie przez rząd Theresy May używany do rozgrywek i targów z Unią Europejską w toku negocjacji nad warunkami Brexitu. Nagonki na różne grupy imigrantów staną się systematycznym składnikiem brytyjskiej polityki. Stan niepewności dotyczący statustu i praw Europejczyków już od dawna żyjących w Wielkiej Brytanii będzie świetnym instrumentem wywierania presji na całe grupy pracowników. Imigranci nie będą się stawiać, bo może inni pracodawcy będą się wahać przed zatrudnianiem cudzoziemców do czasu wyjaśnienia sytuacji, a inni będą nadużywać wynikającej z tej niepewności przewagi i oferować coraz gorsze warunki.

Czy polscy przybysze do Wielkiej Brytanii wyciągną z tego wszystkiego jakieś lekcje? Czy wyleczą się z tej niepoważnej i niebezpiecznej dla nich samych fantazji, że z tytułu samego koloru skóry angielski rasizm postrzega ich jako równych sobie? Czy rozpoznają konieczność włączenia się w kampanie antyrasistowskie? Czy rozpoznają wspólnotę interesu, jaką mają nie z chłopcami z EDL a z innymi mniejszościami – z przybyszami z pogardzanych przez tylu Polaków jeszcze biedniejszych krajów Europy Wschodniej, ale też z „kolorowymi” przybyszami z innych kontynentów? Wkrótce – w zależności od tego, jak odbędzie się Brexit – mogą z nimi dzielić wiele restrykcji i represji. Niestety marsz, jaki odbył się w proteście po śmierci Jóźwika (3 września) nie budzi wielkich nadziei. Polskie flagi, biało-czerwone szaliki – byle tylko obrócić sprawę uniwersalną w sprawę narodową.

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się w Tygodniku Faktycznie (nr 11, 15 września 2016).

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Na zdj. Adi Ionita