Protestanci, katolicy i ja

To będzie samokrytyka.

Ale zacznijmy tam, gdzie zaczynać należy, czyli od początku.

Na ile to możliwe. Początków, jak źródeł rzeki, może być więcej niż jeden, w więcej niż jednym miejscu. No to może początku we własnym życiu.

1.

No więc po raz pierwszy sam z tą linią rozumowania, z jakąś formą jej artykulacji, spotkałem się chyba już w podstawówce (do której chodziłem do piętnastego roku życia, do 1994 roku – jeszcze przed wprowadzeniem na kilka lat gimnazjów). „Protestantyzm przyczynił się do postępu ekonomicznego choćby za sprawą tego, że wykosił większość świąt, bo średniowieczni katolicy mieli jakieś święta sto szabanaście dni w roku”. Jakoś tak to szło, przywołuję z pamięci – albo było w jakimś podręczniku, albo padło z ust nauczyciela, na pewno historii.

Trochę bardziej rozwinięta wersja tej „teorii”, czy też może raczej wiązki motywów, długo funkcjonowała i nadal funkcjonuje wśród wykształconych osób w Polsce, wśród tych jej mieszkańców o przekonaniach i pragnieniach intuicyjnie postępowych, jednak nieco skołowanych.

Skołowanych, bo upadek realnego socjalizmu i implozja Bloku Wschodniego na przełomie lat 80. i 90. XX w. pogrzebały w Polsce także filozoficzne ramy rządzące kiedyś kategoriami lewicy i prawicy, postępu i zachowawczości, w ogóle wyobraźni politycznej. Tomy Marksa i Engelsa wyniesiono z bibliotek na przemiał. Na margines marginesu zbiorowej wyobraźni zepchnięto samą choćby możliwość refleksji o tym, że restaurowany u nas wówczas kapitalizm może być przedmiotem krytyki. Byliśmy uporczywie, przez wszelkie zaangażowane w przebudowę naszej rzeczywistości i wyobraźni policje myśli (od szkoły, przez uniwersytet po prasę i telewizję), przekonywani, że co złego, to nie kapitalizm, a kapitalizmu wciąż niedostatek, braki w kapitalizmie do jak najpilniejszego nadrobienia.

Kościół katolicki stał się jedną z największych firm i właścicieli ziemskich między Odrą a Bugiem. Odrobił sobie chyba wszystkie straty od średniowiecza. Kościół był więc jednym z wielkich zwycięzców restauracji kapitalizmu, znanej pod kryptonimem „transformacja ustrojowa”, ale zarazem – równolegle – dostarczył też dla tego procesu ideologicznej „poduszki bezpieczeństwa”. Oferując ucieczkę w reakcyjną religijność, Kościół amortyzował społeczną cenę (bezrobocie, poczucie niepewności i zagubienia, wieloletnia zapaść całych miast i regionów, ucieczka milionów ludzi za chlebem za granicę) powrotu Polski z bloku sowieckiego na peryferie kapitalizmu.

Tu miał jednak także miejsce łatwo przeoczany paradoks. Kościół rzymsko-katolicki był triumfatorem neoliberalnej restauracji kapitalizmu nad Wisłą, dostarczył ideologicznego buforu całemu procesowi i pozostałym jego zwycięzcom, zagospodarowując jego ofiary w swego rodzaju – wcale niemałych – kulturalnych rezerwatach, którym poprzyszywano łatki w rodzaju „moherów”. Paradoks polegał na tym, że jednocześnie ideologia Kościoła i katolicyzmu była tą ideologią, na krytykę której w jakiejś mierze mimo wszystko zrobiono miejsce. Kościół wepchnął swoją nogę w drzwi każdej policji myśli tego okresu – od szkół, w których zainstalował swoich ideologicznych agentów (katechetów), po telewizje, w których miał swoje programy i możliwość infiltracji publicystyki i komentarza społecznego. Zarazem szkodliwy wpływ katolicyzmu, katolicka mizoginia, tradycja katolickiego antysemityzmu, itd., stanowiły długo jedyną dopuszczaną nieco szerzej krytykę ideologii – podczas gdy neoliberalny hardcore został znaturalizowany jako po prostu zdrowy rozsądek i trzeba było być gotowym ryzykować gębę oszołoma, żeby rzucać mu wyzwanie. Religia Kościoła katolickiego była więc potężna, ale jednocześnie inaczej niż kapitalizm w ogóle czy neoliberalizm w szczególności – można ją było gdzieś krytykować, krytyka taka mogła nawet być źródłem jakiegoś, choćby ograniczonego, ale jednak społecznego prestiżu dla tych, którzy mieli na nią odwagę (Olga Lipińska, Joanna Senyszyn, Jerzy Urban, itd.).

Krytyka religii stała się ersatzem krytyki ideologii i krytyki społecznej w ogóle, a więc niezupełnie tak, jak chciał dziadek Marks. Dla porządku, przypomnijmy:

„Nędza religijna jest jednocześnie wyrazem rzeczywistej nędzy i protestem przeciw nędzy rzeczywistej. Religia jest westchnieniem uciśnionego stworzenia, sercem nieczułego świata, jest duszą bezdusznych stosunków. Religia jest opium ludu.”

2.

W tamtych czasach dorastałem, nie wybrałem ich sobie, podobnie jak sobie nie wybrałem nauczycieli ani tego, czym mnie (nas wszystkich) karmiono w telewizji. Podobnie jak wielu mi podobnych, niezbyt zadowolonych z otaczającej mnie rzeczywistości, Maxowi Weberowi uwierzyłem właściwie zanim nawet usłyszałem, kim był i że ta myśl oficjalnie pochodzi od niego. Marnowałem zasoby wyobraźni na spekulacje, o ile lepszym miejscem Polska by była, gdyby tu się była udała reformacja. Nie interesowało mnie to religijnie, bo na pewno do końca liceum wyrosłem z takich głupot. Myślałem o tym tak jak pan Weber przykazał, jako o kulturowym napędzie postępu ekonomicznego, który sprawia, że tam (w protestanckich Niemczech, Szwajcarii, Skandynawii, Holandii, Stanach) jest lepiej, a tu (w Polsce) gorzej.

Istnieje więc taki nurt w polskiej wyobraźni społeczno-politycznej, przekonany, że „to wszystko wina katolicyzmu” (wszystko, co nam się w Polsce nie podoba) i nawet ateiści, którym denominacje kościołów zwisają i powiewają, potrafią wierzyć, że byłoby lepiej, gdybyśmy byli krajem protestanckim. Bo protestantyzm wynika z katolicyzmu jako reakcja przeciwko niemu, a skoro wynika, to na pewno jest lepszy od tego, z czego wynika, dlatego właśnie, że wynika. Czy jakoś tak. Nawet jako ateiści (a może katolicy też?) z przyjemnością czytywaliśmy publicystyczną twórczość tego rodzaju uprawianą np. przez Tomasza Piątka na łamach strony internetowej Krytyki Politycznej (dopóki go stamtąd dość chamsko nie wyproszono, a on zajął się tropieniem historii w rodzaju „X zadawał się kiedyś z kimś, kto zna kogoś, kto zna kogoś, kto kilkanaście lat temu podał dłoń komuś, kto zna Putina”).

Dzisiaj wiem lepiej. Jasne, nie ma czegoś takiego jak biedny kraj protestancki, wszystkie są dzisiaj w najsilniejszym ekonomicznym centrum kapitalistycznego systemu-świata. Jednak Francja jest tam również – długo była drugim największym imperium kolonialnym kapitalizmu – choć swoich protestantów, jak pamiętamy z Królowej Margot, lubiła mordować. W G7, które to ciało jest jedną z manifestacji kapitalistycznego centrum, są też równie katolickie Włochy i wieloreligijna (ale głównie shinto, buddyzm i religijna obojętność) Japonia. Protestancką Skandynawię w XIX wieku dręczyły epickie i w epice (Moberga i Troella) zapisane klęski głodu i długo jedynym rozwiązaniem, jakie „racjonalny ekonomicznie, pracowity protestantyzm” znajdował temu problemowi, to zachęcanie swojej biedoty do ucieczki do Ameryki, skąd tyle dzisiaj skandynawskich nazwisk w Minnesocie i okolicznych stanach. Wśród kapitalistycznych potęg są dzisiaj religijnie eklektyczna Korea Południowa oraz wyznające sunnicki islam królestwo Saudów i (toutes proportions gardées) pozostałe emiraty naftowe Zatoki Perskiej.

Wracając do protestantyzmu, dzisiaj wiem lepiej także to, że związek przyczynowy mógł być raczej odwrotny niż to, co prezentował Weber. Rodzący się kapitalizm wybierał gdzieniegdzie protestantyzm jako bardziej funkcjonalną ideologiczną fasadę dla dalszej swojej ekspansji. Albo po prostu szły sobie w parze i nawzajem się poklepywały po ramieniu. A sam Weber? Myśliciel wypromowany przecież głównie po to, żeby liberały miały czym zakopywać, przynajmniej wobec swojej publiczności, myśl brodacza z Trewiru.

3.

Jako młody, długo niewyoutowany, cierpiący wewnętrzne katusze gej w katolickiej Polsce, miałem przewlekłą słabość do takiej wersji wydarzeń: z zasady w protestanckich społeczeństwach tacy ludzie jak ja żyją w warunkach większej akceptacji i w ogóle są one bardziej „liberalne obyczajowo”. Trochę podobnie (i nie bez związku) jak lepiej tam z prawami kobiet.

Dzisiaj to też wiem już lepiej. Współczesny obyczajowy liberalizm społeczeństw protestanckich jest produktem ich reakcji przeciwko wcześniejszemu purytanizmowi, który poddawał ludzką seksualność i kobiety kontroli surowszej jeszcze niż katolicyzm.

Procesy o czary – największy historyczny obłęd systemowej przemocy wobec kobiet, występowały i w krajach protestanckich, a najbardziej tam, gdzie toczyła się zaciekła rywalizacja między katolikami i protestantami (praktykowane przez jednych i drugich). Wczesne protestanckie społeczeństwa potrafiły stanowić tak koszmarne środowisko dla kobiet, że gdy zakładały kolonie w Ameryce Północnej, zaczynały kobiet pilnować jeszcze bardziej, żeby nie pouciekały do Indian, co niejedna wybrała.

Dzisiaj to wszystko już i tak – „dawno i nieprawda”, a na pewno, jeśli chodzi o ludzi takich jak ja. Na ulicach Porto, Lizbony, Paryża, Barcelony, Grenady czy Madrytu pary tej samej płci trzymają się za ręce na ulicy albo publicznie całują równie często jak w Amsterdamie czy Sztokholmie. I są tam bezpieczniejsze niż w niejednym mieście w Stanach Zjednoczonych. Lesbijki żenią się legalnie w katolickim Meksyku, geje w świetle prawa adoptują dzieci w katolickiej Brazylii. Katolicka Brazylia zdekryminalizowała zresztą homoseksualizm w 1830 roku, całe 164 lata wcześniej niż ukształtowane przez protestantyzm Niemcy (serio). Gdyby się w tej sprawie rozejrzeć po współczesnym Globalnym Południu, to problem kryminalizacji homoseksualizmu dotyczy głównie byłych kolonii brytyjskich, pozostawiony w ich systemach prawnych przez brytyjskie panowanie, podczas gdy w byłych koloniach katolickiej Francji… z nielicznymi wyjątkami (jak Liban) nie ma takiego problemu.

4.

Dzisiaj wiem lepiej, ale jako okoliczność łagodzącą, że tak długo nie wiedziałem, proszę, Wysoka Komisjo, wziąć pod uwagę, że dorastając w takich czasach, żyłem w nieświadomości, że marksizm był w ogóle poważnym i na poważne traktowanie zasługującym nurtem intelektualnym, a nie tylko propagandą Stalina, i długo innej krytyki ideologii niż krytyka katolicyzmu nie znałem.

A potem postudiowałem kulturoznawstwo, a tego się nie da, żeby nie zahaczyć o literaturę marksistowską. Koniec końców, nikt lepiej niż marksiści o kulturze nie pisał. Pierwsze spotkanie z Benjaminem było raczej zderzeniem i wywołało opór, ale – wywołał we mnie jakiś wstrząs, zapadł w pamięć i dzisiaj sam nie wiem, czy nie zdarza mi się uderzać czasem w jego nutę. Nie twierdzę, że równie dobrze. W każdym razie, trzepotu skrzydeł Anioła historii z kart zapisanych przez „marksistowskiego rabina” nigdy nie zapomniałem. Tamże, to znaczy na kulturoznawstwie, za sprawą tu Jamesona, tam Adorna, ówdzie Žižka (I know, I know, ten jego marksizm, it’s complicated, but still, liczy się dla mojego intelektualnego i politycznego rozwoju), zostałem powoli uwiedziony, najsampierw – estetycznym pięknem ich refleksji. Reszta przychodziła za nim, za tym pięknem, wreszcie.

No to w końcu przeszedłem na ten marksizm. Znowu wiedziałem już lepiej: co ten protestantyzm niby zrobił dobrego? Zlikwidował sto szabanaście dni wolnych w roku, żebyśmy mogli większą część świadomego życia zapierdalać na jakiegoś właściciela środków produkcji, że niby „z własnej nieprzymuszonej woli”? Thank you very much.

Ale i tak, protestantyzm był bardziej czymś w rodzaju sprzyjającego towarzysza podróży niż sekretnej przyczyny kapitalistycznego postępu. Abstrahując od tego, że obejrzałem (kulturoznawstwo!) te wszystkie filmy Bergmana, syna pastora, no a wszyscy, którzyśmy je widzieli, wiemy, jak mu ojciec-pastor rozwalił psyche. No i co z tego, że wiedziałem, i że te wszystkie „Bergmany” obejrzałem, niektórych się nauczyłem na pamięć? Trauma robiła swoje. Moja trauma, nie ta Bergmana. Trauma wynikająca z życia w kraju, w którym Kościół rzymsko-katolicki wyzierał z każdej szpary i przez cały okres dorastania dręczyły mnie wciskane w moje uszy głupoty na temat ludzi takich jak ja wygadywane przez jego agentów (czasem tych samych, którzy w innych chwilach dopytywali dwunastoletnie dziewczynki u spowiedzi, czy się już całowały albo coś więcej). Po prostu myślałem, że protestantyzm, no nie wiem, musiał przynajmniej być mniej zły.

5.

A potem, a nawet już w międzyczasie, zacząłem się przemieszczać po naszym kontynencie, pomieszkałem sobie w kilku bardzo różnych krajach – Francja, Wielka Brytania, Hiszpania (Katalonia). Podróżowałem po Brazylii. Teraz, od pięciu lat męczę się w najbardziej protestanckim kraju na Matce Ziemi, w Holandii. Pardon, Niderlandach. Bo kalwinizm to najbardziej protestancki z protestantyzmów, bardziej się już nie da. Tu nawet teatr był kiedyś zakazany, jako zdrożny i od zbawienia zwodzący. Tak bardzo protestancki jest ten kalwinizm, że formatuje to społeczeństwo do dzisiaj, choć dawno większość jest ateistami lub indyferentystami religijnymi. Jak ktoś nie wierzy, to proponuję zjeść lunch z Holendrami. Smacznego.

No więc teraz, po pięciu latach w Amsterdamie, to już naprawdę wiem lepiej.

W Londynie tego tak bardzo nie odczuwałem. Powiedzmy sobie szczerze, anglikanizm to taki protestantyzm na pół gwizdka, semi-protestantyzm. Z tą całą swoją ceremonialną pompą i przepychem, Katedra Westminsterska ze swoimi królewskimi obrzędami, to taki mini-Watykan, bez dekoracji Michała Anioła. Niby-papież jednocześnie jest głową państwa (czy to rzeczywiście jest różnica? – papież jest też głową państwa). Cztery razy – to faktycznie jest różnica – ich „papieżem” zdarzyła się kobieta (Ela Pierwsza, Anna, Wiktoria i Ela Druga). O coś tam na serio chodziło teologicznie? Oprócz tego, że Henryk chciał się rozwieść, żeby wziąć sobie nową żonę, a papież mu stanął cock-blockiem na drodze?

Poza tym w Londynie jest pełno wszystkiego, w tym ludzi pochodzących z bardzo wielu różnych religijnie kultur, można się po nim poruszać po swojemu, nie odczuwając śladu anglikańskiej dominacji nad czymkolwiek przez naprawdę większą część roku. St. Paul’s Cathedral? – duży budynek po drodze do Tate Modern. Anglicy stanowili mniejszość ludzi, z którymi spędzałem czas, a co dopiero anglikanie. Życiem Londynu nie rządzi anglikanizm, rządzi nim ścieranie się wielu różnych sił: jego historii imperialnej, jego władzy finansowej, jego historii liberalnej, jego historii robotniczej, jego historii lewicowej, jego historii imigranckiej.  

Amsterdam jest protestancki par excellence – reszta Holandii, pardon, Niderlandów, pewnie tylko jeszcze bardziej, ale eksploruję ostrożnie, wyjeżdżając z Amsterdamu na rowerze. Nie będę się znowu rozpisywał o szczegółach, bo już to zrobiłem (tutaj, tutaj i tutaj).

6.

Jak każda ideologia, katolicyzm ma swoje oficjalne eksklamacje i swoją społeczną praktykę, w którą między wierszami wpisane są niezupełnie te same, czasem zupełnie inne reguły. Np. neoliberalizm mówi: „mniej państwa w gospodarce!”, a robi tyle samo, albo jeszcze więcej państwa w gospodarce (mierząc np. udziałem państwa w PKB), tylko że przenosi ten udział państwa ze sfer opieki czy reprodukcji społecznej do sfer represji, inkarceracji czy zbrojeń. W podobny sposób Kościół rzymsko-katolicki mówi: „chrońmy dzieci przed seksualizacją!”, a w tym samym czasie księża tegoż Kościoła albo gwałcą dzieci, albo chronią gwałcicieli w swoich szeregach przed odpowiedzialnością (prawdopodobnie istnieją tylko te dwa rodzaje księży). I tak dalej.

Katolicyzm jest oczywiście ideologią wystarczająco starą i przez tyle stuleci spiętrzoną, żeby mieć takie rozbieżności bardziej złożone i skomplikowane. Rzymski katolicyzm mówi swoje, ale swoje też robi – i wytwarza pewne postawy poprzez to, jak swoje robi, a nie tylko poprzez to, co dosłownie mówi. Jest bardziej emocjonalny, bardziej wspólnotowy (więcej świąt), bardziej „responsywny” wobec tego, co się tu i teraz dzieje między ludźmi, niż stawiający każdego w wywołującej trwogę samotności przed Bogiem protestantyzm. Ukształtowane przez katolicyzm kultury wychowują ludzi bardziej spontanicznych i szczerze zainteresowanych byciem z innymi, gotowych robić coś nieprzewidywalnie dla samej przyjemności. Że Polacy dzisiaj są tacy mniej, wynika nie z katolicyzmu, tylko ze spustoszenia po tym, jak nas przejechał walec neoliberalizmu (jedna z najbrutalniejszych „terapii szokowych”, jakie neoliberałom udało się przeprowadzić gdziekolwiek). Wbrew powszechnemu przekonaniu, nie jesteśmy bardzo podobni do innych katolickich społeczeństw (Hiszpanów, Włochów, Latynosów), nie pod tym względem, nie dzisiaj – ale byliśmy, jeszcze w PRL-u, zanim zniszczył nas neoliberalizm i obrócił we wrak kultury.

Ukształtowane przez katolicyzm kultury są też z reguły znacznie bardziej zmysłowe w sensie erotycznym. Posępny i tępy antyerotyzm polskiej kultury jest – na tle czy to Hiszpanii, czy Włoch, czy Francji, czy Brazylii, czy Argentyny – raczej wyjątkiem, dlatego trudno za niego obwiniać sam katolicyzm per se (jeżeli, to jakieś jego szczególnie polskie wynaturzenie).

Protestanckie społeczeństwa już na pierwszy rzut oka wytwarzają więcej aspołecznych, niezainteresowanych światem poza sobą egoistów, ludzi bez życia-nie-w-pracy i nudziarzy.

7.

Jeżeli chodzi o narodowe formacje kapitalistyczne – takie, jakie one są obecnie, w warunkach „neoliberalizmu punitywnego” (obecnego, trzeciego stadium neoliberalizmu as per William Davies) – porównanie tych, w których kultury są protestanckie (ukształtowane przez protestantyzm), z tymi, w których kultury są katolickie (ukształtowane przez katolicyzm), jeżeli obrodziłoby jakimś zyskiem poznawczym, to zaryzykujmy, że może takim:

W kulturach katolickich, opartych na silniejszych i bardziej emocjonalnych więziach między ludźmi, neoliberalizm częściej musiał użyć nagiej siły i brutalnej przemocy, by się rozepchać i rozpanoszyć. Zamach stanu Pinocheta w Chile i mordowania ludzi na stadionach. Wyrzucanie ludzi z samolotów w wody La Platy w Argentynie; oddawanie dzieci ludzi „zaginiętych” do prawicowego odchowania. I tak dalej. W kulturach protestanckich neoliberalny reżim akumulacji kapitału został po prostu zinternalizowany społeczeństwa złożone ze zatomizowanych, skupionych na sobie, egoistycznych, „samosterownych” jednostek. Znowu z częściowym wyjątkiem Wielkiej Brytanii, gdzie Thatcher spuściła na społeczeństwo (np. strajkujących) policyjną przemoc i poszła w wojnę o Falklandy. Co by potwierdzało moją pozornie żartobliwą hipotezę o anglikanizmie jako semi-protestantyzmie. Amerykanie łyknęli Reaganomics, bo wierzyli, że mają swoje życie w swoich rękach, niezmuszeni do tego żadną porównywalną przemocą. W sytuacji kryzysu strefy euro Niemcy i Holendrzy wyczekiwali polityki „nie ma zmiłuj” wobec dogorywającej ekonomicznie Grecji ot tak, ze szczerego serca, nie trzeba ich było zajeżdżać żadnym Pinochetem czy Videlą, ani nawet Thatcherycą.

Argentyński freudomarksista Léon Rozitchner ma taką teorię: o „podmiocie augustyńskim”, czyli takim ze św. Augustyna. Po angielsku o Rozitchnerze pisze Bruno Bosteels, ja sobie tego trochę używałem do interpretacji filmów Pablo Larraína w moich Smutkach tropików. Proponuje on (Rozitchner, przepraszam), że podłoże pod kulturową możliwość kapitalizmu położył właśnie św. Augustyn, powołując filozoficznie do życia formę podmiotowości, bez której kapitalizm by się później nie mógł przyjąć. Chodzi o taki podmiot, który załamuje się z trwogi przed siłą, która na niego spada (oryginalnie Boga, ale w kapitalizmie będzie to siła Rynku czy imperialistycznej wojny lub zamachu stanu w interesie Rynku), i jest wdzięczny za łaskę pozostawienia przy życiu. Pozostawienia bez większości więzi społecznych, w których był wcześniej osadzony, bo uderzenie owej siły go z wielu tych więzi „uwolniło”. O ile kapitalizm wyrwał się z europejskiego feudalizmu na skrzydłach takiej podmiotowości, zaprojektowanej po prostu jeszcze przez chrześcijaństwo, w pismach Augustyna, o tyle protestantyzm dopiął w tym kostiumie wszystkie guziki, ostatecznie wyszarpując człowieka społecznemu ceremoniałowi i pozostawiając go samotnie wobec Boga – i Rynku. Augustyn został świętym już w Kościele rzymsko-katolickim (ba! – jest temu Kościołowi jego „doktorem”). Ale to, co Augustyn katolikom mówił, katolicyzm buforował swoją znacznie bardziej społeczną praxis. Protestantyzm odjął zabezpieczenia tej praxis. Puścił tego upiora luzem. Pozostawił augustyński podmiot naprawdę samym. Na milionach takich podmiotów zaludniających świat będący nie agorą a Rynkiem.

Neoliberalizm – ostateczny antyspołeczny eksces kapitalizmu i być może kapitalizmu przejście do już następnego systemu, jeszcze gorszego – opiera się na takim ostatecznie odizolowanym od swojego społecznego świata, samotnym, samosterownym, samozwrotnym, samogwałtnym podmiocie.

Ale do czego ja w ogóle zmierzałem?

Boże Nieistniejący Byle Katolicki! Zmiłuj się nade mną i ześlij mi tu jakichś swoich wyznawców, co by wokół mnie roztoczyli jakiś cordon sanitaire osłaniający od tych aspołecznych kalwińskich nudziarzy!

Jarosław Pietrzak

Moja nowa książka – powieść pt. „Nirvaan”.

Rzuć też okiem na Soho Stories.

Jestem na Facebooku i Twitterze.