PiS, kłamstwa i telewizja

[Tekst ukazał się pierwotnie 15 września 2020 r. na łamach portalu Strajk.eu.]

Kiedy rzecznik praw dziecka Mikołaj Pawlak powiedział w telewizji, że edukatorzy seksualni rozdają dzieciom środki farmakologiczne, które zmieniają płeć, zatkało nas wszystkich – było to jednak jedno z tych zaskoczeń, do których tak naprawdę dawno już przywykliśmy. Owszem, była to teza absurdalna, nawet gdyby wśród edukatorów byli i tacy, którym marzy się podstępne osłabianie polskiej tkanki narodowej zaklinaniem potencjalnych husarzy w niewiasty. Ale jednocześnie absurdalność tej tezy wpisuje się logicznie w dotychczasową strategię dyskursywną partii rządzącej, jej koalicjantów i jej aparatów propagandowych, w szczególności TVP (ale przecież nie tylko). Podobne rzeczy słyszymy od pięciu lat.

Jak reagować na tak niedorzeczny przekaz zalewający nas każdego dnia? Może na początek zadać (sobie) pytania o obydwie strony takiego procesu komunikacyjnego: nadawców i odbiorców. O stosunek jednych i drugich do takich komunikatów. Do czego ich używają? Może wcale nie do opisu i rozumienia rzeczywistości, nawet z poprawką na skrzywienie ideologiczne? Może wcale niekoniecznie – albo nie wszyscy – w tym celu? 

Nadawcy

Najpierw nadawcy. Czy politycy PiS i ich propagandyści gadają w jakimś amoku? Czy wierzą w to, co wygadują? Czy wierzą w te tabletki? W to, że dzieci będą na lekcjach uczone masturbacji, jeśli dopuścimy w Polsce do cywilizowanej edukacji seksualnej? Że bezbronną policję atakują na ulicach homoseksualne bojówki? W spiski niemiecko-gejowskie przeciwko polskim świętościom? Że wycinanie lasów chroni przyrodę i klimat? Że cały świat patrzy z zazdrością i zapartym tchem na Polskę i jej bohaterskie konfrontacje z Angelą Merkel?

Nie ulega wątpliwości, że wśród PiS-owskich ujadaczy są – być może całkiem liczni – ludzie w znacznym stopniu obłąkani, którzy wierzą w każde takie (swoje i kolegów) słowo. Nawet jednak jeśli są liczni, to raczej nie stanowią większości. Reszta wykonuje polityczne polecenia, używa dostarczonego mniej lub bardziej dosłownie „skryptu”. Tematy, motywy, kozły ofiarne wystawiane na szczucie – podsuwane są one przez dyrygentów tego kakofonicznego koncertu cynicznie i z rozmysłem. Motywowane to jest jakąś, głęboko amoralną koncepcją „natury” Polaków jako bytu tożsamościowego, połączona ze znajomością technik polaryzowania społeczeństw i ustawiania takich naparzanek wypracowanych przez prawicę amerykańską – a także z jakąś socjologiczną wiedzą na temat polskiego społeczeństwa. Jest to wiedza, której nie należy przeceniać w tym sensie, że nie opiera się ona na głębi filozoficznych koncepcji i nie wynika z niej żaden spójny projekt rozwiązania problemów współczesności – nawet taki, z którym byśmy się nie zgadzali, ale spójny i przemyślany. Jest to jednak wystarczająca do skutecznego zagarniania władzy cyniczna wiedza pragmatyczna na temat polskich lęków i fiksacji, na temat tego, gdzie ustawiać czerwone płachty tak, żeby amerykańskie skrypty „wojen kulturowych” odpaliły z sukcesem w lokalnych warunkach. Na temat tego, jakie traumy okresu restauracji kapitalizmu można przechwycić, urobić, z czym je wymieszać, żeby zwróciły się nie przeciwko temu, co je wywołało (restauracja kapitalizmu) a przeciwko emancypacyjnej tradycji Oświecenia. No i jak to wszystko zrobić, żeby się nadawało do projektu całkowitej dominacji nad polskim życiem społecznym.

Komunikaty

Samo tylko wyśmiewanie tej propagandy i niedorzecznych motywów, z jakich jest komponowana, nie docenia inteligencji i oczytania tych, którzy są w partii rządzącej wielkimi mistrzami dyskursu, nadają mu kierunek, podrzucają tematy a nawet pożądaną frazeologię. Ktoś w PiS, prawdopodobnie sam Kaczyński i część jego otoczenia, jest naprawdę oczytany, i to również w literaturze ideologicznych przeciwników, używanej po to, żeby ich rozumieć, zastawiać na nich pułapki, a nawet trollować całą publiczną dyskusję, a w szczególności opozycję lewicową, którą potrafi ciągle zapędzać do jednego szeregu z liberałami.

Weźmy tę pamiętną ogólnopolską inbę rozpętaną, kiedy Andrzej Duda określił Unię Europejską mianem „wspólnoty wyobrażonej”. Kaczyński lub ktoś w jego otoczeniu – nie sądzę, żeby był to sam Duda, on pewnie dawno nic nie czytał – wydaje się czasem bardziej oczytany w lewicowej literaturze niż większość Polaków uważających swoje poglądy za lewicowe. Fraza „wspólnoty wyobrażone” – w odniesieniu do wspólnot politycznych i tożsamościowych wykraczających poza więzy pokrewieństwa czy plemienności (a więc poddanych jednego króla, wyznawców tej samej religii, wreszcie przedstawicieli tego samego narodu) – pochodzi z jednej z najczęściej cytowanych anglojęzycznych pozycji humanistycznych XX wieku, autorstwa marksistowskiego historyka Benedicta Andersona. Na dodatek stoi ona już w książki tej tytule, nie trzeba nawet zaglądać do środka, żeby ją znaleźć. A jednak większość Polaków uważających swoje poglądy za lewicowe natychmiast dała się wpuścić w maliny i papugowała liberalne hokus-pokus: ale jak to „wyobrażona”, skoro „daje pieniądze”, a pieniądze są prawdziwe!

To nie jest wcale bagatela. W taki sposób lewica pozwala Kaczyńskiemu wytrącać sobie z ręki oręż w postaci własnego języka krytycznego opisu rzeczywistości i wpychać się do jednego worka z liberałami.

Odbiorcy

No a odbiorcy? Ci, do których pisowskie media są skierowane, ci, którzy oglądają TVP? Czy poważnie wierzą w te tabletki zmieniające płeć, te lekcje masturbacji, te homoseksualne bojówki na ulicach, spiski niemiecko-gejowskie?

Odbiorcy propagandowego przekazu Prawa i Sprawiedliwości są pewnie tak samo zróżnicowani, jak wyborcy tej partii. Jest wśród nich twardy elektorat, wierzący w sposób niemal religijny we wszystko, co z Nowogrodzkiej zadekretuje prezes Polski, ale tych jest za mało. Dziś wszyscy już powinniśmy wiedzieć, że ogromna część elektoratu PiS to elektorat warunkowy, „interesowny”, głosujący na PiS bez entuzjazmu, ze strachu przed powrotem liberałów do steru i koryta. Niektórzy doskonale wiedzą, że PiS u koryta jest jeszcze bardziej bezczelny niż liberałowie, ale przynajmniej wprowadził najodważniejszy instrument redystrybucji dochodu od czasu restauracji kapitalizmu w tym kraju. Instrument niedoskonały, nawet niesprawiedliwy, do tego w gruncie rzeczy neoliberalny (pieniądze do wydania na rynku w miejsce i pod nieobecność rozwijania usług publicznych w zakresie choćby opieki nad dziećmi i ich kształcenia), ale i tak odważniejszy niż cokolwiek, co można było choćby pomyśleć przez poprzednią ćwierć wieku. Przez ćwierć wieku jakikolwiek instrument tego rodzaju był jakoby matematycznie niemożliwy, dlatego warunkowi wyborcy PiS boją się, że liberałowie na powrót u władzy powrócą i do dawnej matematyki.

Co, jeśli tak samo jest z odbiorcami kontrolowanej przez PiS telewizji „publicznej”? Jeśli oni też, wielu z nich, nie wierzą nawet w połowę tego, co tam widzą i słyszą – czy to z ust polityków partii rządzącej, czy to z ust „dziennikarzy”? Wybierają Wiadomości zamiast Faktów TVN nie dlatego, że Wiadomościom bardziej wierzą, a pomimo tego, że i tak im nie wierzą?

Czy z propagandą, w którą znaczna część jej widzów najprawdopodobniej i tak nie wierzy, a mimo to ją wybiera, można walczyć wyliczaniem faktów lub wyśmiewaniem niedorzeczności? A jeżeli nie, to jak?

Może najpierw trzeba zadać kolejne pytanie: do czego tacy widzowie jej w takim razie używają, po co ją oglądają, dlaczego ją wybierają? A jeżeli tylko po to, żeby nie oglądać i nie słuchać liberałów? W geście symbolicznej zemsty na nich lub symbolicznej obrony przed nimi i groźbą ich powrotu do władzy?

Rzeczywistość, przekaz, dyskomfort

Czy takie – nazwijmy je, z chwilowego braku lepszego słowa, przekornym – oglądanie przekazu równie odklejonego od rzeczywistości, choć udającego jej opis, nie wywołuje ciężkiego dyskomfortu? Czy ciężkiego dyskomfortu nie wywołuje obieranie przekazu w takim stopniu nasyconego pogardą i agresją wobec kozłów ofiarnych, jeśli sam odbiorca w gruncie rzeczy aż tak bardzo nic tym gejom czy lesbijkom nie ma za złe? Na pewno wywołuje i na pewno wgryza się powoli w świadomość i w światopogląd, nawet jeśli nie wszystkich przekonując, to stopniowo oswajając ich z takim agresywnym dyskursem. Nie bójmy się tego słowa: dyskursem protofaszystowskim.

Ale co, jeśli taki odbiorca do dyskomfortu, do przekazu odklejonego od rzeczywistości, do pogardy przekaz ten wypełniającej, od dawna był już przyzwyczajony, wdrożony, pogodził się z nim? Przyzwyczaiły go do nich wszystkich dominujące, (neo)liberalne media przez ćwierć wieku przed drugim dojściem PiS do władzy.

Przez ćwierć wieku główne media w Polsce grały unisono, ignorując wszystko to, co nie potwierdzało neoliberalnej fantazji o doganianiu Zachodu, o skrobaniu każdy sobie własnej rzepki, o pracy i kołaczach, o pucybutach i milionerach, o Wielkim Reformatorze Leszku Balcerowiczu, który Nagrody Nobla nie dostał tylko dlatego, że mu nie zależało i nie zabiegał. Przez ćwierć wieku przekaz większości polskich mediów był równie odklejony od rzeczywistości, w jakiej żyła większość Polaków. W odklejeniu przekazu medialnego od rzeczywistości nie ma dla nich nic nowego, masowych mediów nieodklejonych od rzeczywistości nie znają. Media liberałów i media PiS to awers i rewers, dwa oblicza tej samej monety. Nowy jest tylko kąt odklejenia od rzeczywistości. Kto wie, dla ilu odbiorów TVPiS taka odmiana po ćwierćwieczu neoliberalnego unisono ma w sobie coś wręcz świeżego, orzeźwiającego? Niezależnie od siermiężności telewizyjnych form, jakie przyjmuje – w końcu, kiedy w dziejach siermiężność form cokolwiek w Polsce dyskwalifikowała?

No a pogarda? No cóż, jeśli ktoś pochodzi z wielkomiejskiej, inteligenckiej lub „średnioklasowej” rodziny, może być zaskoczony dehumanizującą pogardą, jaką nasycony jest przekaz PiS i jego mediów, może nawet uprawiać sofistykę dowodzącą, że przy wszystkich swoich wadach, (neo)liberałowie przynajmniej nie robili czegoś takiego. Jest to ewidentnie doświadczenie klasowe. Każdy kto wychowywał się w robotniczej rodzinie, w zdeindustrializowanym małym mieście, żył zawieszony w pogardzie, przez ćwierć wieku z każdej strony nią osaczony. Homo sovietus, roszczeniowcy, lenie, nieudacznicy. Sami sobie winni. Mojżesz miał rację, wychowani w niewoli muszą najpierw wymrzeć, żeby coś się dało zbudować nowego. I tak dalej. Ćwierć wieku pogardy wypełniającej media neoliberalne znieczuliły na nią samą, na to, jakim jest złem. W tych, którzy byli na celowniku tej pogardy zasadzając ziarno pragnienia jakiegokolwiek odwetu, na kimkolwiek, żeby poczuć się mniej źle. Możliwość zastępczego odwetu, odesłania komuś tej pogardy przyniosły w końcu media podporządkowane PiS-owi. Na tej płaszczyźnie między mediami liberałów i PiS-u zachodzi relacja nawet nie tylko awers-rewers a wręcz przyczyna-skutek. Gdzie media (neo)liberałów to przyczyna, której media PiS są skutkiem.

Dlatego wyśmiewanie tych, którzy są odbiorcami pisowskiej propagandy, niczemu dobremu się nie przysłuży. Ci, którzy w rządach PiS i ich propagandzie odnaleźli przynajmniej złudzenie wytchnienia od pogardy wcześniej wymierzanej w nich, w wyśmiewaniu zobaczą jedynie przedłużenie starej, dobrze im znanej pogardy liberałów. Znowu w tym samym worku z nimi.

Nadchodzący atak na media

Co z tym robić teraz, gdy PiS chce przystąpić do ataku na media będące wciąż poza jego kontrolą?

Chciałbym zawczasu zaznaczyć, że nie wierzę w pełną „repolonizację” tych, które są w rękach zachodniego kapitału. Wystarczy, że Żorżeta, namiestniczka marchewkowego Kaliguli w Kraju Nadwiślańskim, w obronie wolności amerykańskiego TVN-u kiwnie paluszkiem na Twitterze. Jeżeli ta ofensywa się jednak rozwinie, to po to, żeby dostarczyć instrumentów zastraszania i wywierania presji na media i dziennikarzy dotąd poza kontrolą partii rządzącej. Tu kolejny problem: większość z tych mediów, większość z tych dziennikarzy nie zasłużyła sobie niczym na naszą (lewicy) obronę. Jedyne, co przemawia na ich korzyść, to to, że nie są PiS-em. To niezbyt wiele, większa część świata, nawet większa część Polski, nie jest PiS-em. Wielu z nich jest za to rewersem i przyczyną rządów PiS-u i nastania TVPiS.

Dwie pokusy rodzą się w tej sytuacji na pozbawionej sił, znaczenia i własnych dużych mediów polskiej lewicy. Pierwsza: olać cały ten bajzel, bo żadna ze stron tej wojny nie jest warta funta kłaków. Druga: przyłączyć się bez wybrzydzania do liberałów, zanim PiS przejmie wszystko. „Nie czas krytykować opozycję, kiedy PiS jest już pięć lat u władzy i najwyraźniej chce tam zostać do końca stulecia!”.  

Pierwsza pokusa jest niebezpieczna, bo PiS naprawdę chce sięgnąć po maksimum władzy – we wszystkich możliwych obszarach życia społecznego. Żeby to osiągnąć, gotów jest w pełni znormalizować w Polsce faszyzujący język, przygotowując tym samym Polaków na ewentualny zwrot ku znacznie twardszym formom autorytaryzmu wraz z pogłębianiem się obecnego kryzysu kapitalizmu.

Kiedy PiS uderzy w media, uderzy też w lewicowe, pomimo iż są dziś tak słabe i niszowe, na granicy społecznej rozpoznawalności. Nic tak skutecznie nie zabezpiecza PiS-owi pozostawania u władzy, jak to, że jedyną widoczną w sferze publicznej konkurencję ma w skompromitowanych (neo)liberałach. Uniemożliwienie rozwoju mediów lewicowych, wgniecenie ich na zawsze w wąziutki margines, na którym się dzisiaj znajdują, jest w jego interesie nawet bardziej niż prawdziwa „repolonizacja” telewizji TVN. Dlatego przecież w taki właśnie sposób od dawna rozgrywa lewicę – żeby znajdowała się co chwilę, chce czy nie, w ogonie liberałów; żeby niewtajemniczonemu, człowiekowi z zewnątrz, jawiła się jako ich marginalna, niewyraźna frakcja, pozbawiona cech szczególnych.

I dlatego właśnie druga pokusa jest równie niebezpieczna jak pierwsza. Opór oporowi nierówny. Znalezienie się po raz kolejny w ogonie liberałów, w bezkrytycznej obronie ich mediów, pogłębi tylko marginalizację lewicy, jakkolwiek rozumianej. Lewica musi być przeciwna próbom PiS-u przejęcia całkowitej kontroli nad mediami w Polsce, a jednocześnie nie może iść na żadne ustępstwa w krytyce mediów (neo)liberałów. Iść na sojusz przeciwko PiS-owi w konkretnej sprawie, ale bez umizgów wobec drugiej strony – na każdym kroku, bez pąsów na twarzy, przypominając (neo)liberałom, że PiS jest karą za ich grzechy, powrotem tego, co oni wyparli, zemstą tego, co oni wykluczyli. Że to oni są przyczyną PiS-u, sami na siebie ten bat ukręcili.

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się pierwotnie 15 września 2020 r. na łamach portalu Strajk.eu.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Rzuć okiem na moje opowiadania i/lub mikropowieści pod roboczym wspólnym tytułem Soho Stories.

Chcesz moją nową książkę?

W łóżku z Chopinem

Państwowy Instytut Wydawniczy wydał Korespondencję Fryderyka Chopina, w redakcji Bronisława Sydowa, w 1955 roku. 65 lat zajęło Polakom przeczytanie pierwszych stu kilkudziesięciu stron pierwszego tomu, bo tyle wystarczy, żeby dotrzeć do najbardziej zmysłowych, intensywnych listów młodego Fryderyka do jego młodzieńczej miłości (sam się do niego zwraca per „kochanku”), Tytusa Woyciechowskiego.

Czytaj dalej

Banita

Mój stary scenariusz – no, rozbudowany treatment – pt. Wychowanie fizyczne wzbudził pewne zainteresowanie (kilkanaście pobrań w pierwszej godzinie od publikacji), to wrzucę jeszcze jeden utwór z tej beczki, czyli w pokrewnej tematyce (LGBT+), również sprzed lat. Jeszcze jeden motyw czyni go na swój sposób – niespodziewanie – na czasie: jest w nim (fajna chyba) scena z… Romanem Giertychem w tle.  

Czytaj dalej

Wychowanie fizyczne

Dzisiaj dzień coming outu, więc postanowiłem z tej okazji wygrzebać coś z czasów, kiedy próbowałem pisać scenariusze filmowe. Z żadnego z nich nigdy ostatecznie nic nie wyszło, ale szczególnie trudno było mi zrobić cokolwiek (nawet złożyć go gdzieś do rozpatrzenia) z tekstem pt. Wychowanie fizyczne. Może kogoś zainteresuje, może komuś się przyda. Tekst jest z roku 2008. Jest w temacie.

Czytaj dalej

Filmowcy, PRL i neoliberalizm

Piotr Czerkawski w swojej książce Drżące kadry: Rozmowy o życiu filmowym w PRL-u pomieścił wywiady z trzynastoma polskimi filmowcami, którzy tworzyli lub rozpoczynali swoje kariery w epoce „realnego socjalizmu”. Wielką zaletą książki jest różnorodność rozmówców, reprezentujących różne pokolenia i podejścia do kina, od magnatów po skromnych dokumentalistów. Są to: Jerzy Hoffman, Kazimierz Kutz, Jerzy Antczak, Jerzy Gruza, Marek Piestrak, Wojciech Marczewski, Janusz Kondratiuk, Agnieszka Holland, Krzysztof Zanussi, Magdalena Łazarkiewicz, Maria Zmarz-Koczanowicz, Janusz Zaorski, Marek Piwowski.

Jedna z pierwszych recenzji książki (w “Polityce”) przedstawiła Czerkawskiego jako „bon-vivanta rodzimej krytyki filmowej”. Być może tak właśnie należy postrzegać sposób, w jaki Czerkawski zagaduje swoich rozmówców: wchodzi z nimi w komitywę, już się z nimi przyjaźni (takie odnosimy wrażenie), albo zaprzyjaźnić się chce w trakcie tej rozmowy. Pyta w taki sposób – i o takie rzeczy – żeby opowiadali o tym, co sami chcą opowiedzieć, jak sami chcą się przedstawić. Z żartownisiami (Gruza, Piwowski) żartuje, ze starszyzną (Hoffman) pochyla się nad historią, a narcyzom (Zanussi) pozwala robić sobie dobrze.

Czytaj dalej

Fałszerze książek

W listopadzie weszła w życie obniżka podatku VAT na e-booki, dotąd w arbitralny i nieuzasadniony sposób obciążane przez nasze wrogie Oświeceniu państwo stawką tego podatku (kilkakrotnie) wyższą (23%) niż książki papierowe (5%). Jak się jednak okazało, obniżka VAT-u na e-booki nie pociągnęła za sobą obniżki cen tak publikowanych w Polsce książek. Wydawcy postanowili zatrzymać różnicę dla siebie.

Może więc najwyższy czas zacząć w końcu postrzegać polskich wydawców tak, jak na to zasługują, a nie tak, jak oni by tego chcieli?

Czytaj dalej

Mit Zachodu – na lewicy

Jest to jedna z cech charakterystycznych polskiej polityki: każda opcja polityczna ma swój własny mit Zachodu, splot wyobrażeń na jego temat i jego „wiodącą ideę”, którymi straszy, uwodzi, albo jedno i drugie.

Czytaj dalej

Brzydkie słowo: Pensja

OK, w przeciwieństwie do poprzednichBrzydkich słów”, które są złe znacznie bardziej obiektywnie, niewykluczone, że tym razem to jakaś moja osobista, subiektywna obsesja. Ale – nic nie poradzę. Nienawidzę słowa pensja, dostaję od niego piany na ustach. Pewnie nie udowodnię, że jest to najgłupsze słowo świata, ale może przynajmniej uda mi się wytłumaczyć przyczyny mojej tak silnej alergii. Jeżeli gdzieś się po prostu mylę albo czegoś nie rozumiem, to zapraszam do dyskusji na Facebooku.

Czytaj dalej

Ekwiwalent

Treatment

(projekt scenariusza filmu fabularnego)

Z reżyserką Katarzyną Klimkiewicz (Flying Blind) rozwijaliśmy kiedyś taki projekt filmu fabularnego.

Jego geneza tkwiła w innym scenariuszu, który napisałem kilka lat wcześniej, ale nie udało mi się nic z nim zrobić; zatytułowany był Banita. Klimkiewicz przeczytała ten scenariusz chyba w 2012, a może 2011 roku i choć się jej podobał, to jednak nie widziała samej siebie w jego estetyce, sama by takiego filmu nie zrobiła. Spodobał się jej natomiast bardzo jeden z mniejszych wątków w tej całej historii – o tym, jak główny bohater pracował w wypożyczalni wideo. Wątek był to w pewnym stopniu autobiograficzny (pracowałem w wypożyczalni wideo, jak miałem 20 lat, przez pół roku).

Był to tylko fragment większej całości, ale Klimkiewicz z grupą innych młodych filmowców (większość była wówczas przed debiutem fabularnym) chcieli wtedy przekonać TVP do realizacji serii niskobudżetowych, średniometrażowych filmów, które pozwoliłyby im zaistnieć i skonfrontować się wreszcie z publicznością. Każdy miał być osobną małą historią na własnych prawach, z różnymi bohaterami, itd., i Klimkiewicz chciała wydobyć z mojego Banity ten jeden wątek i rozbudowując go, zrobić z niego taką autonomiczną historię.

Z serii średniometrażowych filmów nic w TVP, jak zwykle, nie wyszło. Po dłuższym czasie nic-z-tego-nie-wychodzenia wymyśliliśmy, że mamy tak naprawdę dość materiału na film pełnometrażowy, taki powiedzmy na 80-90 minut, więc dyskutowaliśmy, aż napisałem wersję pełnometrażową, pt. Ekwiwalent, którą potem jeszcze rozkminialiśmy razem w kilku intensywnych sesjach bardzo zabawnej współpracy.

Ostatecznie projekt jednak umarł. Nie udało nam się znaleźć żadnego producenta, który by zaskoczył, dlaczego nas ta historia tak rajcowała. Co ciekawe, ich reakcje były wszystkie identyczne, jak byśmy cały czas rozmawiali w kółko z tym samym człowiekiem. Szybko zajarzyliśmy, że ich odrzucenie wynikało bez wyjątku z przyjętej przez nas klasowej perspektywy na zwyczajność tej strony Polski po transformacji, której „liberalny” (nad Wisłą to tylko w cudzysłowie) nurt polskiej kultury odmawiał rejestrować. Spróbowaliśmy więc wtedy w Polskim Instytucie Sztuki Filmowej, w nadziei, że gdybyśmy tam jakieś wstępne dofinansowanie zdobyli na pracę nad scenariuszem, to może by nam się potem inaczej rozmawiało z producentami. PISF jednak również odrzucił nasz projekt.

To jest ostatnia wersja tekstu, ta, którą złożyliśmy w 2014 w PISF. Można ją też pobrać w pliku PDF (Ekwiwalent treatment), bo to jednak kilkanaście stron tekstu.

Można też przeczytać inny mój treatment, Niszczenie obrazów.

Kasia_brick_wall_2

Katarzyna Klimkiewicz w Londynie w 2014

Czytaj dalej

Niszczenie obrazów

Niniejszy tekst to treatment czyli zarys/projekt/pomysł na scenariusz filmu fabularnego, który napisałem chyba w roku 2006. Wielu rzeczy już bym dzisiaj tak nie napisał, wiele rzeczy wymagało wciąż rozpracowania i dokumentacji (zwłaszcza część, w której bohater już robi karierę w Mediolanie i Paryżu, tu ewidentnie czegoś brakuje, jest to za krótkie i nierozpracowane, i właśnie dlatego potrzebne mi było to stypendium, m. in. na dokumentację). Ale też wiele, w tym samo sedno pomysłu, wciąż się broni i to wciąż mógłby być jakiś film 😉.

Postanowiłem to tutaj opublikować, bo ostatecznie nic z tego nigdy nie wyszło (pod tekstem opisuję jeszcze, co się wówczas stało z tym pomysłem), a przez jakiś czas byłem do tego projektu bardzo przywiązany. A z kolei teraz szukam możliwości wydania mojej pierwszej powieści, więc może ktoś jest ciekaw w międzyczasie, jak tam u mnie w ogóle z tym całym opowiadaniem własnych historii 😉. Choć powieść będzie w zupełnie innym klimacie i stylu.


Treatment

Akcja zaczyna się w latach 90. XX w., na tle transformacji ustrojowej, w średniej wielkości polskim mieście, mało ważne, którym (rzecz do rozpatrzenia pod kątem produkcyjnym, można też je pozostawić nienazwanym); grunt, żeby było wystarczająco szare, smutne i zdeindustrializowane w latach 90., jak miasta na Górnym Śląsku lub Zagłębiu.

Mateusz chodzi do podstawówki. W grze w piłkę nie jest najlepszy, koledzy mają do niego jakieś pretensje. Choć nie jest słabeuszem, np. znakomicie pływa na basenie (bo w szkole jest basen). Ale nie jest stworzony do rywalizacji sportowej, w ogóle się nie wczuwa w grę, kompletnie mu to zwisa. Kiedy jego koledzy rozpaczają z powodu jakiejś przegranej w nogę, jakby się stała rzecz wagi państwowej, on w ogóle nie rozumie, dlaczego i wzrusza ramionami. Na szczęście dla niego, to nie on zawinił, reszta pastwi się więc (słownie i szturchaniem) nad bramkarzem, który przepuścił dwa zupełnie karygodne gole; wyzywają go od cioty itp., ironicznie naśladując go jak jakąś panienkę, która nie umie złapać piłki. Mateusz się nie pastwi, ale widać na jego twarzy mieszaninę lęku i ulgi, że to nie on jest przedmiotem tych napaści. Potem mecze toczą się już bez Mateusza, który się od nich wykręcił, przynosi zwolnienia od lekarza, za każdym razem, kiedy na wuefie mają grać w piłkę.

Mateusz woli pływać, ale nie pali się do zawodów. Wuefista wysyła go na zawody, których jednak Mateusz nie wygrywa. Zajmuje czwarte miejsce, choć nauczyciel był przekonany, że chłopak płynął poniżej swoich możliwości, wrzuca swoje mobilizujące gadki i pouczenia, które ani Mateusza ziębią, ani grzeją. Patrzy na wuefistę jak na kosmitę. Wuefista bezradnie załamuje ręce i patrzy na niego z niedowierzaniem. Chłopak, któremu nie zależy, które miejsce zajmie w zawodach! – tego jeszcze nie widział. Tak więc Mateusz pływa nadal, i to dużo, ale tylko dla przyjemności. Bezsilny wuefista nie próbuje go już nigdzie wysyłać.

Mateusz lubi oglądać filmy, nie tylko amerykańskie, choć wszystko inne prawie znikło z ekranów. Po roku 1989 oczywiście w jego mieście kino zamknięto, wszak w Polsce w mieście liczącym sto tysięcy mieszkańców nie opłacało się już prowadzić kina. Ogląda je więc w telewizji i na wideo. W telewizji tymczasem neoliberalna ofensywa. Polityczne i dziennikarskie półgłówki prześcigają się w apologiach wolnego rynku i jego niewidzialnej ręki jako najlepszego, a w zasadzie jedynego, remedium na wszystkie problemy tego świata. Zaczyna się śpiewka, która będzie trwała następnych kilkanaście lat, w której „lewica” z SLD jest równie gorliwa, jak prawica: o obniżaniu podatków, konieczności deregulacji rynku i prawa pracy, demoralizującym charakterze zasiłków dla bezrobotnych i wszelkiej w ogóle pomocy społecznej, a młodzi niech się uczą, to na pewno dostaną świetną pracę.

Widzimy raz Mateusza, gdy przypadkiem wpada w telewizji na relację z pokazu mody. Najpierw wychodzą kobiety, potem mężczyźni. Dziesięcioletni Mateusz patrzy zafascynowany. Flesze, rytmiczna muzyka, wspaniałe ciuchy, wysokie, dumne sylwetki, no i w ogóle Mediolan. Tymczasem w kuchni jego ojciec (wąs, rozchełstana flanelowa koszula i spodnie na szelkach) zaczyna się kłócić przy piwie ze swoim kolegą Mietkiem i z wrzaskami „Do chuja pana!” i „Do chuja miłego!” dają sobie po ryju. Kolega, nie przestając pomstować, umyka z domu co sił w nogach. Mateusz odwraca wzrok od tego żenującego widowiska – z powrotem ku posągowo pięknym ludziom na wybiegu w Mediolanie.

Kilka lat później. Mateusz kończy już liceum. Przygotowuje się do matury. Jest cholernie przystojnym chłopakiem, wysokim, dobrze zbudowanym. Na lekcji francuskiego trzydziestoparoletnia nauczycielka cały czas się do niego uśmiecha. W rogu sali siedzi chłopak nazwiskiem Przerada. Patrzy na odpowiadającego znakomicie Mateusza. Na ławce ma zdjęcie grupowe całej klasy, które przed chwilą wszyscy dostali. Przerada dewastuje długopisem na swoim egzemplarzu twarz Mateusza. Obok niego siedzi jego kumpel Kajzerek, który kiwa głową, bo nie rozumie, o co Przeradzie chodzi – przecież dzięki temu, że on z babką gada, a ona nie może oderwać od niego oczu, oni mają przynajmniej święty spokój. Zdaniem Kajzerka Mateusz pełni bardzo pożyteczną funkcję w klasie. Nauczycielka nie jest jedyną, która tak na Mateusza patrzy. Podobnie robi połowa dziewczyn. Także – na przerwach, na korytarzu, przed szkołą – gruba Beata z innej klasy, nieśmiała, zahukana, śmiertelnie w nim zakochana.

Mateusz ma u dziewczyn ogromne powodzenie. W następnej scenie całuje się w ubikacji dziewcząt z niejaką Moniką. Do ubikacji wchodzi Agata, która oburza się na widok chłopaka w tym przybytku. W kolejnej scenie Mateusz całuje się już z Agatą właśnie, gdzieś na ławce w parku. A w szatni liceum, w kącie za kurtkami – z Dominiką. Na studniówce z kolei nie przestaje się całować z Agnieszką. Monika, Agata i Dominika siedzą wtedy w kącie, wszystkie trzy razem. Naburmuszone patrzą na nich z byka. Każda przyszła z jakimś chłopakiem, ale w ogóle na tych chłopaków nie zwracają uwagi, bo torturują się patrzeniem na całujących się Mateusza i Agnieszkę. Chłopcy, z którymi przyszły, z początku byli trochę na nie obrażeni, ale znajdują rozwiązanie: zaszywają się w trójkę w innym kącie i rywalizują w ilości wypitej wódki z butelek przeszmuglowanych na imprezę za milczącym przyzwoleniem nauczycieli. Potem wszyscy trzej idą rzygać do ubikacji. W jednej z kabin Mateusz zamknął się tymczasem z Agnieszką, gdzie się sobą nawzajem zajmują, jakkolwiek atrakcje akustyczne zapewnione przez trzech wymiotujących ostatecznie ich rozpraszają i zniechęcają.

Przerada, Kajzerek i niejaki Pałasz chcą iść na imprezę do jakiejś dużej, wypasionej dyskoteki/imprezowni w mieście wojewódzkim. Rozprawiają o tym w szatni sali gimnastycznej, w której wszystkie ściany i drzwiczki szafek pokryte są zdjęciami Pameli Anderson, Naomi Campbell, Cindy Crawford i ze dwu gwiazd porno. Chcą zabrać z sobą Mateusza, bo on przyciąga dziewczyny. Sam nie będzie mógł się zająć wszystkimi, które się do niego zlecą, więc coś skapnie dla nich. Już to przerabiali, jest to skuteczna metoda. Proponują więc Mateuszowi, żeby znowu z nimi poszedł, ale Mateusz po studniówce, przed maturą, kupił sobie jeszcze parę rzeczy, w tym karnet na siłownię, więc już grosza nie ma na żadną imprezę. Przerada, Kajzerek i Pałasz naradzają się i robią ściepę, by imprezę Mateuszowi zafundować. Mateusz, jakoś tak wzruszony, że jest aż tak rozchwytywany towarzysko, zgadza się oczywiście. Metoda jest skuteczna. Na imprezie udaje się każdemu z nich dzięki Mateuszowemu przyciąganiu poderwać przynajmniej na chwilę jakąś dziewczynę.

Mateusz romansuje z poznaną na tej imprezie dziewczyną, przygotowuje się do matury i ogląda filmy i telewizję. W tym Fashion TV i wywiad z Marcusem Schenkenbergiem (Szwedem, który został pierwszym prawdziwym supermodelem płci męskiej) w amerykańskiej telewizji, przez kablówkę.

Z grubej Beaty podśmiechują się chłopcy z jej klasy. Śmieją się, że puszcza bąki i że oczy jej się maślą na widok Mateusza. Mateusz to słyszy. Żal mu się robi tej dziewczyny. Podchodzi do niej, gdy ta płacze w łazience. Wyciera jej oczy. Mówi jej, żeby się wyrwali razem z lekcji, które jeszcze zostały tego dnia. Ona, szczęśliwa, zaprasza go więc do siebie, gdzie częstuje go Suze’em przywiezionym przez jej ojca z Francji. Mateusz pyta ją, czy to prawda, że on się jej tak podoba. Ona się czerwieni i potakuje głową. Chciałaby, żeby ją pocałował? Kiwa głową, że tak. Całuje ją więc. Chciałaby pójść z nim do łóżka? Bardzo ostrożnie kiwa głową, że tak. Zaczyna ją rozbierać. Beata wie, że to nie rokuje żadnej przyszłości i że nie będzie nigdy jego dziewczyną. Ale i tak jest cała w skowronkach.

Matury zdane. Przychodzi czas składania papierów na studia. Przerada, Kajzerek i Pałasz składają papiery byle gdzie, nawet na turkologię, która w ogóle ich nie interesuje, nie bardzo nawet wiedzą, czy stolicą jest Stambuł czy Ankara, chodzi im o uniknięcie służby wojskowej i o to, że i tak nie ma pracy, więc jakoś trzeba ciężkie czasy przezimować. A na turkologię tak mało chętnych, że podobno koniec końców każdego przyjmują. Ogólnie nikt tu nie ma jakichś większych ambicji, dominuje myślenie w bardzo krótkiej perspektywie, bo też ambicje ani dłuższe perspektywy dawno nic dobrego nikomu nie przyniosły.

W mieście panuje ogromne bezrobocie, a ci, którzy pracę mają, zarabiają coraz mniej, jak ojciec Mateusza. W fabryce, w której pracuje ojciec Mateusza, ma miejsce prywatyzacja, potem restrukturyzacja (czytaj: redukcja działów i etatów), podwykonawstwo, spadają zarobki, rosną nadgodziny. Natomiast dyrekcja kierowana przez nowego włoskiego właściciela fabryki zarabia coraz więcej i jeździ coraz lepszymi samochodami. Ojciec Mateusza z kolegami spektakularnie się upijają, prawiąc o tym wszystkim.

Im gorzej ojciec Mateusza sobie w życiu radzi (ekonomicznie i w ogóle), tym bardziej panem i władcą czuje się w domu. Ma ciągle pretensje do matki Mateusza, że albo źle posprzątane, albo obiad do dupy, albo koszula jeszcze nie wyprasowana, albo coś w tym rodzaju. I nie przestaje prezentować siebie jako wzoru mężczyzny swojemu młodszemu synowi, czyli dziesięcioletniemu bratu Mateusza, Pawłowi. Pokazuje mu zdjęcia, jak strajkował za komuny i walczył o wolność. Choć co prawda niechcący wywalczył zamiast tego kapitalizm, ale chłopiec i tak tego za bardzo nie rozumie.

Mateusz tymczasem chciałby sobie zrobić zdjęcia – takie, na których by wyglądał równie zajebiście, jak w rzeczywistości. Próbuje sam się fotografować, z użyciem samowyzwalacza. Cuduje, ustawia się, ustawia urządzenie. Rzecz się dzieje w jego pokoju, gdy matka sprząta mieszkanie, a ojciec się snuje bez sensu ani celu, do tego jeszcze młodszy brat wraca akurat z boiska. Mateusz cały czas więc drży, żeby go nikt nie przyłapał na tak dziwnym zajęciu. Potem chce oddać zdjęcia do wywołania w osiedlowym punkcie fotograficznym, ale się wstydzi. Na osedlu wszyscy się znają, ktoś zacznie o nim gadać. Oddaje je więc w mieście wojewódzkim, w którym zdaje na uniwersytet. Rezultaty są jednak kiepskie. Trudno w ten sposób zrobić dobre zdjęcia, nawet mając więcej pojęcia o fotografii, a Mateusz nie ma.

A na co Mateusz zdaje na studia? Na kulturoznawstwo. Ojciec i matka załamują ręce. No i kim on po tym będzie? Mechanikiem, hydraulikiem, kelnerem, kucharzem? Przecież to mu nic nie da, takie studia! A tymczasem Mateusz, jak na studia, to chciał iść na coś, gdzie po prostu zdobędzie większą wiedzę, chciałby więcej zrozumieć z rzeczywistości. Trudno mu nawet wyartykułować takie argumenty wobec swoich rodziców, którzy rozpaczają, że chłopak sobie życie marnuje właśnie. „Już lepiej byś do wojska poszedł, byś się życia nauczył przynajmniej! Czego tam uczą na takim kulturoznawstwie?”

Na tych nowych studiach w jego grupie jest dwadzieścia parę osób, w tym zaledwie kilku mężczyzn, z czego jeden, Filip, to homoseksualista z dredami pasjonujący się fotografią. Mateusz zbiera się na odwagę, choć z trudem, przy trzecim piwie, by poprosić Filipa, żeby mu zrobił jakieś fajne zdjęcia i obiecuje, że mu się odwdzięczy kiedyś, jak tylko będzie mógł. Tylko jego ma odwagę o to poprosić, bo nie wie, jak by inni, normalni faceci na niego spojrzeli, że chce mieć zdjęcia, żeby zdjęcia były naprawdę dobre i on zajebiście na nich wyglądał. Tylko błaga Filipa, żeby nikomu tego nie rozpowiadał, bo się wstydzi przed kolegami z liceum, z osiedla, przed rodziną, woli, żeby się tego nie dowiedzieli. Filip się zgadza, bardzo chętnie mu zrobi zdjęcia, rzadko kiedy ma się okazję fotografować tak przystojny obiekt – dodaje z uśmiechem.

No i robi mu te zdjęcia. Fotografie są bardzo różnorodne i bardzo dobre. Robiąc je Filip jednak w pewnym momencie zaczyna się trochę do Mateusza przystawiać. Mateusza zdejmuje lęk, że go tak odebrano i go delikatnie stopuje. Filip go przeprasza, myślał, że może Mateusz jest gejem, skoro ma takie dziwne pragnienia, jak być fotografowanym. Nie powoduje to napięć, przechodzą nad tym do porządku dziennego. Mateusz gotowymi zdjęciami jest zachwycony i wysyła je w tajemnicy przed wszystkimi w kilka miejsc.

Przerada nadal, jak zawsze, z trudem znosi Mateusza, ale nadal go potrzebuje, więc dusi to w sobie. Przeradę właśnie rzuciła czwarta z kolei dziewczyna, wytrzymawszy z nim zaledwie dwa miesiące, co zaczyna go martwić. Dziewczyna go rzuciła, bo jest chamem, ale on jest przekonany, że tu na pewno chodzi o seks. Widocznie nie sprawdza się w łóżku. Rozmawia więc ze swoimi kumplami Kajzerkiem i Pałaszem, gdyż problem ten wyraźnie mu ciąży. Kajzerek i Pałasz nie są ludźmi najbardziej życiowo doświadczonymi, ich rady nie są więc ani błyskotliwe, ani przenikliwe. Pałasz proponuje mu się często onanizować, żeby wyćwiczyć się w zdolności robienia „tego” wiele razy jednym ciągiem, no i robienia tego długo. Przerada rzuca się więc w wir ćwiczeń. W ubikacji, w łóżku, nawet na studiach z turkologii, bo faktycznie było tak mało chętnych, że go przyjęli mimo iż nie wiedział nic o Turcji, na przerwach między zajęciami wychodzi do ubikacji, żeby „poćwiczyć”. Wkrótce zaczyna chodzić z kolejną dziewczyną, ale ta rzuca go po tygodniu. Bo w łóżku w ogóle na nią nie zwracał uwagi, pochłonięty liczeniem własnych orgazmów i czasu, jak długo jest w stanie to robić jednym ciągiem. Problem więc odżywa w rozmowach między nim a Kajzerkiem i Pałaszem (Kajzerek zresztą studiuje razem z nim tą turkologię; Pałasz nie dostał się nigdzie, więc zapłacił za lewe zaświadczenia lekarskie, żeby nie pójść do wojska i teraz jest po prostu bezrobotny). Kajzerek proponuje więc swoje tradycyjne rozwiązanie. Trzeba znowu skorzystać z atutów i talentów Mateusza.

Organizują więc kolejną imprezę. Wynajmują jeszcze z paroma kolegami domek nad jeziorem na dwa dni. Zapraszają dużo ludzi, w tym Mateusza i dużo dziewczyn. W jednej z sypialni ustawiają w ukryciu trzy pożyczone z różnych źródeł kamery wideo ustawione na łóżko. Mateusz na imprezie oczywiście flirtuje z dziewczynami, szczególnie z jedną. Kajzerek go podpuszcza w międzyczasie, żeby poszedł z nią do sypialni na piętrze, żeby się nie krępował. Ponieważ dziewczyna ewidentnie ma na to ochotę, Mateusz zabiera ją na piętro. O mały włos nie wszedłby z nią do drugiej, niewłaściwej sypialni, interwencja Pałasza kieruje go do właściwej. Kajzerek, Pałasz i Przerada uruchamiają te kamery i nagrywają, co się dzieje w sypialni. Po imprezie Przerada, Kajzerek i Pałasz analizują nagrania, by wyciągnąć jakieś konstruktywne wnioski, zwłaszcza dla Przerady, ale też i każdy dla siebie, nauczyć się od tego, który ma najwięcej szczęścia z kobietami, jak to robić, żeby tak szalały. Ku ich zdziwieniu, Mateusz faktycznie na początku się z dziewczyną kochał, a potem cały czas z nią rozmawiał i żartował, co zajmuje większą część nagrania. Dziewczyna wyszła z imprezy zachwycona, wzięła od Mateusza numer telefonu i umówili się, że się jeszcze spotkają. Może rżnął ją jeszcze potem i najlepsze działo się dopiero po całej tej gadaninie, jak taśma się już skończyła? – główkują. Może trzeba gadać przez parę godzin i dopiero zabrać się do rzeczy? W takim razie zabierają się do analizy, o czym on z nią gadał. Opowiadał jej o różnych ciekawostkach, jakich się właśnie dowiedział na wykładach na swoich studiach. A że na kulturoznawstwie dowiaduje się człowiek rzeczy fascynujących, gadali sobie o berdaszach, hidźrach, poliandrii, małżeństwie grupowym w plemieniu Todów, interioryzacji, Radzie Kobiet u Irokezów, i tak dalej. Przerada, Kajzerek i Pałasz nawet obłożeni słownikami, encyklopediami i podłączeni do Internetu nie mogą sobie z tym poradzić. No ale Kajzerek jest typem człowieka, który dopiero po trzech tygodniach zajęć na turkologii zorientował się, że Turcja jest krajem muzułmańskim.

Mateusz rzeczywiście zaczyna się spotykać z tą dziewczyną. Ma na imię Iwona. Na studiach zaprzyjaźnił się z tym Filipem, który znalazł sobie w międzyczasie chłopaka (na imię mu Kamil i jest kulturystą). Gdy są razem w czwórkę na piwie, Mateusz dostaje telefon z jednej z agencji modelek i modeli, do której wysłał zdjęcia. Chcą zrobić mu sesję. Mateusz zaczyna skakać z radości i całować Filipa w policzki, dziękując mu za zdjęcia.

Mateusz jedzie w tajemnicy przed rodziną na sesję zdjęciową. Agentka jest tak zachwycona rezultatem i interakcją między Mateuszem a obiektywem, że natychmiast ma dla niego propozycję. Kampanię reklamową męskiej bielizny. Mateusz, pijany ze szczęścia, oczywiście się zgadza. Wkrótce kolejna sesja. Czarno-białe, bardzo zmysłowe zdjęcia, Mateusz w samej bieliźnie. Dostaje kupę kasy, no ale nie może się przyznać przed rodziną, bo wstydzi się powiedzieć, za co dostał te pieniądze.

Mateusz jednak nie spodziewa się nawet, jak duża ma to być kampania. Idzie któregoś dnia na zajęcia, a tu na ogromnym billboardzie wielkie zdjęcie jego samego w samych slipach. I w witrynach dwóch mijanych sklepów. A w kiosku z prasą z tyłu okładki jakiegoś czasopisma. Zaczyna się tego bać. Na uniwersytecie Filip gratuluje mu oczywiście, ale Mateusz czuje się głupio, że wszyscy się na niego gapią. Jedna z wykładowczyń ustala ze studentami termin nadchodzącego egzaminu. I rzuca na odchodne z dziwnym uśmiechem, że jak ktoś się umie ładnie rozebrać przed aparatem, to nie znaczy, że tak łatwo zda też teorię kultury. Mateusz przełyka ślinę. Aż się boi wracać do domu (na uniwerek codziennie jeździ z domu; godzina autobusem). Nie wie, jak teraz rodzina i sąsiedzi będą na niego patrzyli. Z tego wszystkiego zostaje u Filipa do jutra. Filip się śmieje, że nie może się o tym dowiedzieć jego Kamil, bo będzie zazdrosny, a wtedy im obydwu poskręca karki, w końcu to kulturysta.

Ojciec Mateusza wpada na taki sam billboard, wracając z pracy, w której dostał właśnie wypowiedzenie, w ramach przeprowadzanej redukcji zatrudnienia mającej na celu kolejną „restrukturyzację” przedsiębiorstwa. Jedzie samochodem i na zakręcie widzi to ogromne zdjęcie własnego syna w samych slipach. Traci kontrolę nad samochodem i uderza nim w latarnię. Nic mu się poważnego nie stało, ale samochodowi owszem.

No ale jednak kiedyś Mateusz do tego domu musi wrócić. I wraca następnego dnia. Wychodzi z autobusu. Po drodze z przystanku do własnego bloku ma wrażenie, że wszyscy się na niego gapią i ma ochotę zapaść się pod ziemię. Na dodatek mija sklep odzieżowy, w którym w witrynie również zawisło jego zdjęcie. Wchodzi do mieszkania. Rodzice stają w przedpokoju i patrzą na niego w milczeniu. Jego młodszy brat też stoi w głębi, w pokoju, i patrzy; najwyraźniej nie bardzo rozumie, o co chodzi. Matka Mateusza wraca do kuchni, gdzie zaczyna zapamiętale szatkować jarzyny. Ojciec nic nie mówi, tylko stoi i się gapi. A potem nagle ucieka wzrokiem. Mateusz idzie do swojego pokoju i wypakowuje książki z torby. Paweł, młodszy brat Mateusza, bierze ze stołu gazetę, w której również znajduje się reklama ze zdjęciem Mateusza. Matka wpada w szał, każe mu to zostawić, nie oglądać tego, wstyd i hańba. Ojciec z kolei zaczyna się drzeć na Mateusza, czy teraz kurwą pedalską zamierza zostać. Mateusz mu na to, że w ten sposób w jeden dzień zarobił tyle pieniędzy, co ojciec w trzy miesiące pracy. Ktoś dzwoni do Mateusza na komórkę. To jego agentka, która właśnie zaparkowała pod jego blokiem i mówi mu, żeby się pakował, bo właśnie dostał kontrakt we Włoszech. Widział go włoski projektant na tych zdjęciach i chce go koniecznie mieć w tym tygodniu w Mediolanie. „Gdzie ty u cholery mieszkasz? – pyta go. – Tutaj wszystkie bloki takie same, jak ty w ogóle trafiasz do domu?” W następnym ujęciu agentka stoi już w przedpokoju, Mateusz się pakuje. Mały Paweł ciągle nie wie, co jest grane. Matka płacze w kuchni nad tymi jarzynami, ojciec zamknął się w ubikacji i ciągnie z butelki. Mateusz wychodzi z walizką za swoją agentką i odjeżdżają samochodem. Ojciec Mateusza wychodzi wtedy z ubikacji i idzie do pokoju, w którym mały Paweł znowu sięgnął po tę gazetę, żeby zobaczyć zdjęcie, które się stało przyczyną całego zamieszania. Ojciec wyrywa mu gazetę i pierze go nią po głowie. „Jutro idziemy cię zapisać na boks, karate albo zapasy! Albo wszystkie trzy na raz!”

Mateusz tymczasem ląduje w Mediolanie. Sesja zdjęciowa, wybieg, garderoby, charakteryzatornie, piękne kobiety, piękni mężczyźni, kontrakt z międzynarodową agencją, wywiad dla Fashion TV. Wszystko toczy się w zawrotnym tempie. Włosi mówią do niego „Matteo”. Mateusz pokazuje agentom zdjęcia Filipa, dzięki czemu i jemu załatwia kontakty z agencjami i prasą.

Matka Mateusza odtąd ubiera się na czarno, jest w żałobie. Jej bezrobotny już mąż, pozbawiony wkrótce prawa do zasiłku, żeby go te zawrotne 400 zł nie zdemoralizowało, jak brzmi oficjalna wykładnia wygłaszana właśnie przez establiszmentowego ekonomistę w telewizorze, siedzi na ławce przed blokiem razem z innymi bezrobotnymi i gadają o byle czym przy byle jakim alkoholu. Matka pracuje, sprzątając na czarno w bogatych domach kilku dyrektorów fabryki, z której wyrzucono jej męża (miejsc pracy ani pieniędzy na wzrost wynagrodzeń dla dyrektorów nie zabrakło) i zajmuje się domem, styrana do granic możliwości. Jeden z owych dyrektorów był zresztą lokalnym sekretarzem partii, gdy ojciec Mateusza strajkował za komuny. Matka Mateusza nie jest pewna, ale upewnia się na zdjęciach męża z tych strajków i z negocjacji z miejscowymi partyjnymi. Zanim wyjdzie, zaczynają się u niego zbierać goście. Lokalny polityk prawicy, lokalny polityk lewicy, ksiądz i jeszcze jakiś biznesmen; dyskutują o losach bohaterów „Klanu”.

Mały Paweł idzie do szkoły, gdzie wszyscy się na niego dziwnie gapią. Chłopak siada w ławce ze spuszczoną głową. Zaczyna się lekcja historii. Nauczycielka mówi o ponad milionie ofiar obozu w Oświęcimiu, z których większość stanowili Polacy. Jakaś dziewczynka pyta nieśmiało, czy jednak nie Żydzi. Nauczycielka milknie. Patrzy na dziewczynkę, patrzy w okno, patrzy w tablicę. Wzdycha. Otwiera swój nauczycielski notatnik, w którym każdy uczeń ma swoją stronicę. Odnajduje stronę przeznaczoną tej dziewczynce i notuje: „Ta mała pizda lubi Żydów”.

Mateusz ląduje potem w Paryżu, o Iwonie szybko zapomniał. Kolejne wybiegi i sesje, oprócz tego bankiety, flirtowanie z modelkami, zwiedzanie miasta i jego rozrywki. W klubie Louvre, czy jakimś innym równie wypasionym, jest z innym modelem, czarnoskórym Aurélienem. Okazuje się, że Aurélien jest gejem i Mateusz bardzo mu się podoba. Mateusz po chwili przerażenia go przeprasza, ale nic z tego, bo on woli kobiety. Aurélien go pyta, czy kiedyś próbował. Mateusz na to, że oczywiście nie. Aurélien go pyta, dlaczego „oczywiście” i namawia, żeby spróbował; jak mu się nie spodoba, to może w każdej chwili się wycofać. Mateusz sobie uprzytamnia, że rodzina, Kajzerek, Przerada i w ogóle całe to okropne miasto, w jakim się wychował, jest bardzo daleko stąd, a tutaj nikogo to nie szokuje (w klubie jest kilka par gejów i lesbijek), i w ogóle tu każdy chce się różnić od reszty, a nie zniknąć w „normalności”. Więc po chwili wahania się zgadza. W łóżku stwierdza, że to nie jest takie złe. Nie gorsze niż z kobietą. Jakiś czas sypia więc z Aurélienem, który się cieszy i chwali po bokach, że przekabacił „heteryka”. Jadą razem nawet na podobny kontrakt do Nowego Jorku, potem wracają do Paryża. Zanim został modelem, Aurélien był elektrykiem. Jego koledzy z pracy w kółko mu powtarzali, że jest cholernie przystojny i tak świetnie zbudowany, że powinien spróbować. No więc spróbował.

Kariera Mateusza w Paryżu się rozwija (ten wątek wymaga rozwinięcia). Akceleruje to też rozwój jego narcyzmu, który to proces kulminuje w scenie snu, w którym Mateusz kocha się z jakimś mężcyzną i okazuje się, że to… on sam, jego sobowtór, lustrzane odbicie.

W Polsce tymczasem pojawiło się w paru kolorowych pismach kilka artykułów na temat pierwszego polskiego modela, który robi prawdziwą karierę międzynarodową. Gruba Beata prowadzi stronę internetową (z forum dyskusyjnym) na temat Mateusza. Kajzerek, Przerada i Pałasz, przeglądając zdjęcia gołych kobiet w pismach pornograficznych między regałami w EMPiKu dostrzegają na sąsiednim regale jakiś magazyn, w którym jest taki artykuł. Zaglądają tam zdegustowani. W ramach jakiegoś niesprecyzowanego odwetu (sami nie do końca wiedzą, za co) postanawiają założyć stronę w Internecie, przez którą będą pokazywać tamte nagrania Mateusza w łóżku z Iwoną, które sobie zostawili. Montują je trochę i umieszczają w sieci.

Mateusz poznaje szwedzką modelkę Ingrid. Kończy więc definitywnie z Aurélienem. Ten mówi, że OK, w końcu uzgodnili, że rozstaną się, jak tylko Mateusz będzie chciał skończyć. Ale ukrywa ból i smutek.

Mateusz, spiesząc się na randkę z Ingrid, wpada do sklepu tak zwanego „Araba”, który w rzeczywistości jest Turkiem, po coś do picia. Potyka się, wychodząc stamtąd, o grupę chłopaków mówiących verlanem, którzy coś mu przygadują. Poznali go i coś tam mówią na temat cioty i kurwy i podstawiają mu nogę. Mateusz unika zwady i się stamtąd ewakuuje. Idzie na to spotkanie z Ingrid, która mu mówi, że w Internecie jest tamten film. Mateusz ją przeprasza i w ogóle nie kojarzy, skąd się mógł wziąć taki film. Myśli, że to może jakiś trik, montaż, podstęp. Ingrid się nie gniewa, w końcu nie może mu mieć za złe rzeczy, które on robił przed poznaniem jej. Mateusz znajduje film w Internecie i kojarzy, kiedy to było, ale nie bardzo wie, skąd się mógł wziąć sam film.

Tymczasem Kajzerek, Pałasz i Przerada odwiedzają z dwoma swoimi kolegami urząd pracy. Nie ma pracy dla ludzi z wyższym wykształceniem. Jest tylko dla hydraulików, murarzy. Wisi mnóstwo takich ogłoszeń. Tylko że nie ma ludzi w tych zawodach. Wszyscy dobrzy wyjechali na Zachód, bo nie chcieli dłużej pracować za tysiąc złotych na miesiąc. Potrzeba też paru sprzedawców i kelnerów, ale pracodawcy boją się zatrudniać ludzi z wyższym wykształceniem. Umieją czytać, to mogą też kiedyś przeczytać kodeks pracy, życzyć sobie pieniędzy za nadgodziny, itp., niedoczekanie.

Kajzerek zapisuje się potem na siłownię, podpuszczany do tego telewizyjnymi i prasowymi obrazami wspaniale zbudowanych, aktywnych, morderczo aktywnych mężczyzn, przed którymi padają kobiety. Śni mu się men z reklamy maszynki do golenia, który zachęca go do wysiłku, w nagrodę za który będzie wyglądał tak jak on i będzie codziennie pieprzył nową kobietę, która będzie sama przed nim nogi rozkładała.

Mateusz wraca w końcu do Polski. Z lotniska jedzie z Filipem samochodem prosto na uniwersytet, żeby się dowiedzieć o formalności, jakie są wymagane, żeby coś mu z tych opuszczonych studiów pozaliczali. Rozmawia w dziekanacie, z wykładowcami, tłumaczy swoją sytuację. Chce w przyszłości i w międzyczasie kontynuować naukę, ale nadarzyła mu się okazja pracy, która daje mu też ogromne doświadczenie językowe, dużo pieniędzy, obycie kulturalne, więc nie mógł tego zaprzepaścić. Niektórzy z rozmówców go kojarzą. Ogólnie wszyscy jednak patrzą krzywo i mnożą problemy. I odczuwają źle skrywaną satysfakcję z tego mnożenia. Zwłaszcza ci, którzy go skojarzyli.

Potem Filip zawozi go swoim samochodem do rodziny Mateusza. Matka od ostatniego razu nie przestała chodzić w czerni. Właśnie wpadła przez przypadek na Fashion TV w kablówce (którą mają kradzioną, podpięci do kabla sąsiadów), gdzie pokazują Mateusza na wybiegu. Załamuje ręce i przełącza natychmiast telewizor. Gdy Mateusz wchodzi, matka zakrywa odruchowo oczy jego młodszemu bratu Pawłowi. W następnej scenie jedzą wszyscy razem obiad, z Filipem włącznie. Nikt nic nie mówi. Filip czuje się niesłychanie zażenowany. Zaczyna mówić o wspaniałej karierze Mateusza, jeszcze żaden facet z Polski nie zaszedł tak daleko w świat w tym zawodzie. Bynajmniej nie wzbudza to entuzjazmu rodziny. Włączony telewizor chwali wspaniały wzrost gospodarczy kraju, mówi o konieczności dalszej likwidacji pomocy dla bezrobotnych (co z tego, że i tak już prawie nikt nie ma do niej prawa), no i strasznie wysokich kosztach pracy (co z tego, że prawie najniższych w Europie). Przez resztę obiadu jedyne słowa, jakie padają, padają z telewizora. Skrępowany Filip wychodzi czym prędzej, zaraz po zjedzeniu tego obiadu. Po jego wyjściu w telewizorze startują reklamy: piękni ludzie, piękne towary, piękne obrazy, obrazy piękna, obrazy szczęścia. Kup, a tego szczęścia zaznasz. Żyć, nie umierać.

Ojciec Mateusza od ostatniego razu, jak go widzieliśmy, nie znalazł pracy, odprawę dawno przejadł i przepił, zasiłku oczywiście nie ma. Kombinuje tylko jakieś fuchy na czarno, urywane, od przypadku do przypadku. A rządzi się za to w domu jak nie wiadomo kto. Paweł za to jest tresowany na prawdziwego mężczyznę. Trenuje boks, kopie piłkę, biega, pływa i ubiera się tylko na szaro, czarno i brązowo, bo każdy „prawdziwy” kolor niesie z sobą podejrzenie o homoseksualizm. Mateusz chce im pomóc finansowo, ale ojciec nie chce brać od niego pieniędzy, bo pochodzą z demoralizacji i zniewieścienia. Mateusz się wkurza i mówi, że nie będzie się narzucał, jeśli jest tak mile widziany. Bierze taksówkę i jedzie do hotelu.

Matka Mateusza, wciąż w żałobie z powodu cywilnej śmierci syna, który sprzeniewierzył się własnej płci, wybiera się potem na specyficzne modły. Modły odbywają się pod szybą, na której ukazała się rzekoma Matka Boska. Prosty proces iryzacji szkła zagnał sporą grupę mieszkańców miasta w stan religijnej ekstazy. Populistyczny proboszcz miejscowej parafii podnieca takie nastroje. Mówi, że przestrzegał, żeby nie głosować za Unią, żeby głosować przeciwko. Wydaliśmy się na pastwę zachodniego szatana i teraz Bóg i Jego Matka przypominają o sobie i swojej woli, której nie posłuchaliśmy, głosi. Nie ustawajmy w oporze przeciwko złu, które przychodzi z Brukseli pod postacią ateizmu, homoseksualizmu, eutanazji, pedofilii i aborcji. Obrońmy naszą Ojczyznę przed tym wszystkim.

Mateusz ma jakiś wywiad w telewizji. Po wywiadzie dziennikarka, która widzi u niego Nadzorować i karać Michela Foucault, którego akurat czyta, pyta go w korytarzu, co to jest – sensacja, wojenna czy horror? Potem jeszcze jedzą lunch z szefem tego kanału telewizyjnego, który przychodzi nań ze swoim kochankiem. Wspominają o tym, że jutro ma być manifestacja w obronie praw mniejszości seksualnych. Szef telewizji, sam homoseksualista (oczywiście publicznie to ukrywający), mówi, że tylko w wiadomościach o ósmej rano dadzą jakąś króciutką wzmiankę, bo prawie nikt tego nie ogląda; w ważniejszych wydaniach to pominą. Potem Mateusz jedzie na imprezę, razem z Filipem. Na drzwiach jego mieszkania, w którym mieszka z Kamilem, ktoś napisał sprayem „pedały”. Stara sąsiadka, przechodząc obok tych drzwi, żegna się ze zgrozą znakiem krzyża. Mateusz uzgadnia na tej imprezie ze swoją agentką, że następne zdjęcia do kampanii jakiejś z jego udziałem będzie robił Filip.

Żeby to uczcić, Filip zaprasza go na kolację u rodziców jego chłopaka Kamila, tego kulturysty. Filip do dzisiaj ukrywa przed rodzicami swój homoseksualizm, nawet odgrywa komedię w postaci przedstawiania im kolejnych dziewczyn, o których oni myślą, że to jego dziewczyny. Tymczasem rodzice Kamila od szesnastego roku jego życia wiedzą o jego homoseksualizmie. Matka Kamila, wypiwszy trzy kieliszki wina, zaczyna Mateuszowi opowiadać różne historie. Jak to jej mąż a jego ojciec zastał go kiedyś w łóżku z chłopakiem (gdy Kamil miał 17 lat). Jak to ona próbowała go parę razy zeswatać z różnymi facetami, takimi, którzy jej się podobali i którzy albo byli dobrze ustawieni, albo rokowali, że wkrótce będą. „No co? Chciałam mu znaleźć dobrą partię, zależy mi na przyszłości mojego dziecka.” Kamil ma młodszą siostrę, która ma jakieś dziesięć lat. Uczestniczy ona w tej rozmowie. Ojciec Kamila pyta go, czy tak właściwie to on jest w związkach z facetami aktywny czy pasywny. „No a jak myślisz?”. Ojciec patrzy na syna kulturystę i mówi „No tak…”. Siostra Kamila, Agnieszka, pyta, co to w ogóle znaczy. „No, czy to on, ten… no… bierze Filipa, czy na odwrót”, wyjaśnia jej niezgrabnie ojciec. Dziewczynka kiwa głową. Rodzice Kamila są przedsiębiorcami, którym się udało w okresie transformacji załapać do grona jej beneficjentów, bo ojciec znał mnóstwo ludzi w PZPR, co mu pozwalało wygrywać tak zwane „przetargi”.

Następnego dnia jedzie z Filipem i Kamilem odebrać jego siostrę ze szkoły, w której się dowiadują, że miejscowa kuria biskupia w ramach poszerzania kompetencji zawodowych nauczycieli będzie organizować kursy egzorcyzmów i rozpoznawania opętania przez złe duchy.

Odwiózłszy dziewczynkę do domu, jadą do ulubionej knajpy jego kolegów ze studiów. Podchodzi tam do niego dziewczyna, która okazuje się Aliną, koleżanką Iwony, którą z nim kiedyś sfilmowali Przerada, Kajzerek i Pałasz, i którą widać z nim w Internecie. Mateusz mówi, że jest mu bardzo przykro, że chciałby przeprosić jej koleżankę, nie wiedział, że byli podglądani i filmowani. Alina na to, że wali ją, czy mu przykro, czy nie, ona chce, żeby ją też przeleciał przed kamerą, ona też chce mieć taki film. „Nie jestem od niej gorsza!” Kajzerek, Przerada i Pałasz też są w tej knajpie. Podchodzą do Mateusza, zagadują. Zatrzymują go nawet, jak Kamil z Filipem już wychodzą. Skrywają jakąś zawiść, wrogość, udają sympatycznych. Mateusz zbyt zanurzony w narcyzmie, jaki się u niego w toku jego niespodziewanej kariery rozwinął, nie domyśla się ich złych intencji. Chcą go potem odprowadzić kawałek. Jest już noc. Na ulicy zaczynają trochę się z nim szarpać. Mateusz myśli, że to żarty. „Co wam odbiło, chłopaki?” Oni jednak na serio zaczynają go bić i kopać. Dzieje się to przed witryną sklepu, w której wisi reklama perfum, na której jest ogromne zdjęcie przystojnego, dobrze zbudowanego mężczyzny (to nie Mateusz). W trakcie tej bijatyki inserty pokazujące daremne wysiłki Kajzerka na siłowni, do której w ogóle nie miał serca i w której nie potrafił zrzucić sadełka, dziewczyny rzucające Przeradę, szefową Pałasza w sklepie, w którym pracuje (właścicielkę), a także antygejowską demonstrację, w której Pałasz brał kiedyś udział. Biją go, szczególnie koncentrując się na jego twarzy. „Nie będziesz już taki śliczny, skurwysynu! Pedale! Do chuja pana!” Nie przestają kopać i bić. Wreszcie nieprzytomnego rzucają w tę witrynę, rozbijając szybę, która z hukiem rozpada się w drobny mak. Poster z owym mężczyzną osuwa się razem z drobinami szkła na Mateusza. Włącza się alarm. Uciekają. Mateusz jest cały we krwi. Ktoś przechodzi obok, ale omija miejsce szerokim łukiem. Wsiada do samochodu i jedzie do swojego bloku na strzeżonym przez prywatną firmę ochroniarską osiedlu. Pod rozbitą witrynę nadjeżdża policja ściągnięta alarmem. Policjanci wzywają karetkę. Mateusz umiera w karetce, bo jest już za późno. Karetka zabiera go do kostnicy. Kierowca karetki od razu dzwoni do zakładu pogrzebowego, któremu sprzedaje cynk o zwłokach.

Kostnica. Matka Mateusza, w czerni, przychodzi, by rozpoznać zwłoki. Rozpacza nad zwłokami. Poświadcza, że to on. Wychodzi. Okazuje się, że ojciec stał z zapiekłą miną przed kostnicą i nie wszedł.

Gruba Beata umieszcza czarną tasiemkę na sporym zdjęciu Mateusza, które ma na ścianie. I zmienia kolor prowadzonego przez siebie forum internetowego na jego temat na czarny i ciemno szary.

Potem ciąg krótkich ujęć połączonych w dynamicznym montażu, spiętych mocną muzyką. Matka Mateusza zdejmuje w domu z ulgą żałobę. Hańba się skończyła. Ojciec pali kilka gazet, w których były zdjęcia Mateusza, a które były w ich mieszkaniu. Wrzeszczy przy tym o coś na żonę i popycha ją. Brat Mateusza, Paweł, ma już kilkanaście lat, zgoloną na łyso głowę. Na uniwersytecie pani w dziekanacie wykreśla Mateusza z listy studentów i z sadystyczną przyjemnością zamyka papiery. Przerada kopuluje ze swoją kolejną dziewczyną, zerkając na stoper. Potem zasuwa w fabryce dziesiątą godzinę tego dnia. Wychodząc z pracy, podpisuje w ewidencji czasu pracy, że jakoby skończył pracę już dwie godziny wcześniej (żeby mu nie trzeba było płacić za nadgodziny). Matka Mateusza myje schody; obiera ziemniaki. Stoi w kolejce w opiece społecznej. Kajzerek wiesza gołe baby na ścianach w swoim pokoju. Pracuje w barze, w którym robi dwunastogodzinne dniówki. Odbiera wypłatę poniżej tysiąca złotych. Ojciec Mateusza parafuje w urzędzie pracy, że ciągle pracy nie znalazł. Mietek, ów kolega ojca Mateusza, z którym się pobili na początku tej historii, od dawna nie ma pracy ani zasiłku i właśnie wchodzi na okno, żeby z niego wyskoczyć. Jego żona i matka siedzą tym czasem przed telewizorem w drugim pokoju i zalewają się łzami ze wzruszenia, że Benedykt XVI duka coś po polsku. Mietek wyskakuje z okna i przelatuje za oknem mieszkania rodziców Mateusza, którzy mieszkają dwa piętra niżej, a którzy gapią się z kolei w inny kanał w telewizji, w którym lecą igrzyska lustracyjne, kto co podpisał 35 lat temu. Nie zauważają przelatującego za oknem samobójcy, pochłonięci tym widowiskiem. Na czarnym tle napis: Koniec. Muzyka staje się bardzo ostra.

Napisy końcowe na tle dalszego ciągu ujęć. Ujęcia z ekranu telewizora: bliźniaki Kaczyńskie idą i się puszą; ojciec Rydzyk prowadzi jakąś rozmowę w TV Trwam; antygejowska demonstracja wszechpolaków; demonstracja antyfeministyczna; fragment programu „Warto rozmawiać” Pospieszalskiego – najlepiej wypowiedzi Wildsteina o marksizmie i „ja do tego nie potrzebuję Freuda, ja to wiem od Platona”; wykres wzrostu bezrobocia w jakimś programie informacyjnym; wykres rzekomego wzrostu gospodarczego; fragment ujęcia z serialu „Plebania”; ujęcie, w którym wszechpolacy po pijaku salutowali po hitlerowsku; ujęcie z jakichś wiadomości telewizyjnych o tym, że rząd uchwalił becikowe; Cimoszewicz zachwyca się w wywiadzie ogólnym wzrostem dobrobytu w Polsce; ujęcia Heidera i Le Pena; płonące na ulicach Paryża samochody; informacja telewizyjna o ciężko pobitym Marokańczyku w czasie festiwalu teatralnego; itp. Na końcu kilka ujęć wielkich billboardów globalnych marek, powiedzmy Microsoftu, CocaColi i Nike, oraz jakiejś wielkiej marki ciuchów reklamowanej przez Auréliena na plakacie, pomieszane z obrazami z amerykańskiej inwazji na Irak i Afganistan.

 


Kiedy to napisałem, był to początkowy okres istnienia Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, i tekst ten złożyłem w programie operacyjnym „stypendia dla scenarzystów”. To, co się potem z nim działo, było moim zdaniem symptomatyczne dla tego, co się działo w polskiej kinematografii w ogóle.

Projekty były wówczas oceniane przez „losowo” wybierane komisje (ich „losowość” skłaniała do zadawania pytań o samo losowanie, bo Ilona Łepkowska i Juliusz Machulski w każdej kwartalnej sesji byli w dwóch lub trzech komisjach jednocześnie) w procedurach, które otwarcie faworyzowały projekty oparte na istniejących utworach literackich, projekty historyczne i projekty wyrażające konserwatywny światopogląd. A to dlatego, że z każdego z tych tytułów przewidziane w formularzu były punkty (o ile mnie pamięć nie myli, nawet do pięciu punktów w każdej z tych trzech kategorii), których projekty oryginalne (niebędące adaptacjami utworów literackich), rozgrywające się współcześnie i reprezentujące wartości krytyczne zamiast „narodowych” nie miały czym nadrobić – dla nich nie było specjalnie przewidzianych w procedurze punktów, które mogłyby zarobić w zamian za to, że nie są o historii, na podstawie lektur szkolnych, ani o wartościach „narodowych”. Programowe premiowanie lektur szkolnych, tematyki historycznej i wartości „narodowych” powodowało, że tekst mógł mieć entuzjastyczne oceny recenzentów, a i tak balansować w okolicach progu minimum uprawniającego do przyznania dotacji z PISF na dalszą pracę nad projektem. Zwłaszcza jeśli autor był młody, bo były też punkty za dorobek, a ja miałem tylko 27 lat. W tym programie operacyjnym oceny były trzy. Średnia punktów z tych trzech ocen musiała wynosić 28, żeby projekt się kwalifikował. Mój projekt miał dwie oceny entuzjastyczne i jedną druzgocącą. Entuzjastyczne dawały mu po trzydzieści kilka punktów, więcej nie mogły, bo projekt nie był ani adaptacją, ani o historii, ani nie reprezentował wartości „narodowych”. Trzecia, negatywna opinia dawała mu niewiele ponad 20 punktów. Średnia wyszła dokładnie 28 punktów, próg minimum. Ówczesna dyrektor PISF Agnieszka Odorowicz zdecydowała, że mój projekt „z braku środków” zostanie więc przesunięty do następnej sesji. Tymczasem dyrektor zastrzegała sobie wtedy w procedurach PISF możliwość nieuznania jednej oceny, jeśli drastycznie odbiegała od pozostałych. Tak było w moim przypadku i gdyby dyrektor zastosowała korzystną wtedy dla mnie procedurę, nieuwzględnienie jedynej negatywnej oceny dałoby mi trzydzieści kilka punktów, czyli przeniosłoby mnie o kilka punktów w tabeli i nawet gdyby „brak środków” był prawdą (a uważam, że był ściemą), nie uzasadniałby przeniesienia mojego wniosku na później.

Odorowicz zdecydowała się nie zastosować procedury nieuwzględnienia oceny drastycznie odbiegającej od pozostałych, bo stosowała ją wtedy, kiedy to odpowiadało jej – kiedy jedną taką złą ocenę dostawał któryś z projektów historycznych, „patriotycznych”, których chciała kierować do produkcji jak najwięcej (to od początku było założenie programowe PISF), albo kiedy taką złą ocenę dostawał projekt jednej ze świętych krów kliki starców kontrolującej większość środków wychodzących z PISF, których projekty z zasady miały znaleźć dofinansowanie i już. W latach 2007-2008 wielokrotnie pisałem o tych problemach (głównie na łamach „Le Monde diplomatique – edycja polska” i „Nie”), PISF nigdy nie odniósł się do moich tez, np. wskazując, że się mylę czy przesadzam.

W następnej sesji mój projekt został – o ile dobrze pamiętam – przesunięty jeszcze raz do kolejnej sesji, a potem spadł z listy, bez udzielenia mi jakichkolwiek wyjaśnień. Było oczywiste, że projekt został najpierw zamrożony a potem zepchnięty ze względu na mieszankę czynników ideologicznych i personalnych – takie projekty były politycznie niepożądane, a ja jako przybysz „z zewnątrz” (spoza szkół filmowych, itd.) nie miałem protektorów w klice starców.

Miałem od początku świadomość, że takie rzeczy nie są w PISF wyjątkowym spiskiem akurat przeciwko mnie, zdawałem sobie sprawę, że to się dzieje systemowo.

Zanim wyjechałem do Londynu w 2008, złożyłem w PISF (osobiście lub przez zainteresowanego niezależnego producenta) chyba sześć projektów, z których dwa dostały dofinansowanie, jeden w programie na development filmu dokumentalnego (ostatecznie nie powstał, producent nie zdołał zorganizować reszty budżetu), a drugi w programie stypendia dla scenarzystów. Ciekawostka: cechą wspólną obydwu projektów, które otrzymały dofinansowanie, była nieobecność w nich wątków gejowskich – obecnych we wszystkich czterech projektach odrzuconych. Jeden w wielu przykładów na konserwatywne skrzywienie, jakie od początku było wpisane w procesy oceny projektów przez Polski Instytut Sztuki Filmowej.

Kiedy po utracie przez PiS władzy w 2007 zwróciłem się do nowego ministra kultury o interwencję (w sprawie projektu Niszczenie obrazów w szczególności i konserwatywnych prawideł procesu oceny projektów w ogóle), Bogdan Zdrojewski odmówił, dodając jeszcze z jakiejś wewnętrznej potrzeby, że Ministerstwu podoba się historyczna, narodowa linia programowa PISF i ma nadzieję na jej utrzymanie w nadchodzących latach.

Chciałbym dzisiaj zapytać Agnieszkę Odorowicz, czy jest dumna z ideologicznego i politycznego pejzażu wykreowanego między innymi przez politykę kierowanej przez nią przez dziesięć lat instytucji. To, że miliony ludzi w Polsce, w szczególności ludzie młodzi, mają wyobraźnię przeoraną i do gruntu zrytą prawicowymi ideologiami, to jest także zasługa polityki PISF, tego jakie filmy powstawały, a jakie powstawać nie mogły, przez dziesięć lat jej kierowania tą instytucją.

(Agnieszka Odorowicz pomogła wyhodować potwora, który potem utrącił także jej własną karierę, uniemożliwiając jej objęcie stanowiska szefowej TVP, o które się starała w 2015. Ktoś by powiedział: karma.)

 

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze. 

Na zdjęciu: Andrei Lenart