Barcelona. Trzy miniatury

Miniatura 1. Lokalna przychodnia

Barcelona jest jak film Almodóvara.

Kiedy już uzyskałem NIE (hiszpański numer identyfikacyjny dla cudzoziemców), podpisałem kontrakt, zarejestrowałem się w tutejszym systemie ubezpieczenia społecznego, zacząłem pracę i załatwiłem (przy ogromnej pomocy Dmitrija, który na szczęście dobrze znał cały proces) empadronamiento (tutejszy odpowiednik zameldowania), przyszła kolej na zapisanie się w lokalnej przychodni. W taki sposób człowiek zostaje tu wciągnięty na listę systemu ochrony zdrowia. W Hiszpanii, w przeciwieństwie do np. Wielkiej Brytanii, jest to konieczne nawet w razie dwudniowego przeziębienia, trzeba do pracy dostarczyć papier z przychodni, bez niego nieobecność będzie nieusprawiedliwiona.

No więc znalazłem moją przychodnię CatSalut (katalońska publiczna służba zdrowia), dotarłem na piętro (drugie), na którym się taka rejestracja w tej konkretnej przychodni odbywa. Pobrałem numerek, bo w Hiszpanii prawie wszędzie pobiera się numerek, żeby stanąć lub usiąść w kolejce i czekać na wezwanie. No i zostałem w końcu wezwany.

Kobieta, która mnie wezwała, była niczym Agrado z Wszystko o mojej matce. Miała podobny głos, podobne włosy, tylko dłuższe, zachowywała się podobnie i mówiła z takimi samymi manieryzmami. W pewnym momencie zorientowała się, że rozumiem co najwyżej połowę z tego, co mówi, więc zapytała, czy rozumiem i czy mówię po hiszpańsku. Ja na to, że tylko trochę. Ale się uczę! – dodałem szybko, kładąc na blacie tom wybranych poezji Lorki w wydaniu oksfordzkim, w którym każdy wiersz jest w oryginale (po lewej) i w angielskim przekładzie (po prawej), co jej niezwłocznie pokazałem. Z Lorką to będzie trudne, odpowiedziała, muy difícil, podkreśliła jeszcze, robiąc jedną z tych min jak Agrado.

„Agrado” obejrzała się w lewo, na krześle obok siedział jej kolega. Zapytała go, który z lekarzy mówi po angielsku, żebym się mógł dogadać bez problemu. Jej kolega odpowiedział jakimś nazwiskiem, ale nie wyglądał na szczególnie przekonanego, więc „Agrado” złapała za telefon i zadzwoniła do tego lekarza albo lekarki, czy może mu albo jej przypisać takiego nowego cudzoziemca. „Agrado” przez chwilę słuchała odpowiedzi płynącej ze słuchawki, wyglądało mi na to, że lekarz bądź lekarka się wzbrania trochę, niepewny bądź niepewna swojego angielskiego, bo „Agrado” wyprostowała się nagle, żeby zainterweniować: Ale on się uczy! Z Lorką!

Po chwili się rozłączyła. Miałem więc już lekarza. Skserowała mój paszport, moje empadronamiento, mój NIE, wydrukowała, co tam trzeba z CatSalut, dała mi tymczasową kartę, ta właściwa dotrze w przeciągu trzech miesięcy. Na koniec wskazała palcem mojego Lorkę, znowu zrobiła jedną z tych min Agrado – Ale musisz się naprawdę uczyć, dużo, ciężko – mucho, duro.

 

Miniatura 2. Siłownia imienia Joana Miró.

Barcelona to jest chyba jedyne miasto na świecie, które nazwałoby siłownię imieniem artysty wizualnego. Mieszkam nieopodal Plaça d’Espanya (to po katalońsku, po hiszpańsku Plaza de España). I chyba dlatego, że nie tak daleko, po drugiej stronie MNAC (Narodowego Muzeum Sztuki Katalońskiej) jest muzeum Joana Miró, a jeszcze bliżej park imienia tegoż, lokalny „klub sportowy”, całkiem imponujący (tylko hiszpańskim zwyczajem jest jak na mój gust i potrzeby za mało ciężarów i przestrzeni na nie, na korzyść zajęć grupowych, ale mniejsza o to) – no więc nazwali ten klub Centre Esportiu Joan Miró. Logo „zrobione” jest z lekko gryzmołowantej, roztrzęsionej sygnatury Miró.

Barcelona nie potrzebuje swojego „gejowskiego dystryktu”, czegoś w rodzaju londyńskiego Soho. Całe miasto jest jak jedno wielkie Soho. Mój małżonek dołączył tu do mnie niedawno, zjechał z Londynu, i poszliśmy go zapisać na tę siłkę.

Dziewczyna w recepcji: Rozumiem, że jesteście parą.

Tu należy się pauza – żeby docenić powagę sytuacji. To nawet nie było właściwie pytanie, to była konstatacja.

W Barcelonie to jest normalna rozmowa nieznających się lub znających się powierzchownie osób w miejscu publicznym. Dwóch facetów, jeden biały, drugi czarny, przyszło razem się zapisać na siłownię, więc o co innego może chodzić, rozumiem, że jesteście parą.

Tak, jesteśmy, my na to. Chodziło o to, że po tym promocyjnym okresie, z którego skorzystaliśmy, żeby uniknąć „zapisowego”, możemy zaoszczędzić parę euro, korzystając potem z karnetu rodzinnego.

 

Miniatura 3. Praca, czyli dom wariatów

Niby pracuję tu w międzynarodowej niemieckiej korporacji (jak wiemy od Samira Amina, międzynarodowe korporacje mają zawsze mimo wszystko jakąś „narodowość”), ale moje biuro to dom wariatów. Też jakby z Almodóvara.

Dwa tygodnie temu poszliśmy na poranną przerwę, na drugie śniadanie. Ja, Włoch Teo i Baskijka Nekane. Teo ciągle opowiada o różnych gejowskich imprezach, na które chodzi, a jak nie, to o swoich chłopakach. Prawie wszyscy byli z Europy Wschodniej, twierdzi, że to dlatego, że są spokojni.

Ja: Faceci z Europy Wschodniej są spokojni?

Teo: No, wiesz, ja tu porównuję do Latynosów, facetów z Europy Południowej. W porównaniu z nimi – tak. Z Latynosem to bym nie wytrzymał, sam jestem z Włoch, to już by było za dużo.

Więc siedzieliśmy na tym drugim śniadaniu, Nekane zapytała mnie, z kim mieszkam, ja na to, że mój mąż właśnie przyjechał, mieszkamy z takim znajomym z Londynu, Rosjaninem Dmitrim.

Teo (westchnął, jak usłyszał o tym mężu): Ja to nigdy nie będę miał męża. (Westchnął jeszcze raz) Może to moja wina, może to ja tak naprawdę nigdy żadnego nie chciałem.

Jest faktem, że trudno sobie wyobrazić, że to on mógłby być systematycznie odrzucany. Teo jest dość nieprzeciętnym mężczyzną, jest hałaśliwy, jest, jak to mówią po angielsku flamboyant, ale jest też cholernie przystojny i spektakularnie muskularny, w doskonałej formie. Przychodzi do pracy w szortach i w podkoszulkach bez rękawów, czasem nawet takich głęboko wciętych, błyskając na wszystkie strony swoimi muskułami i tatuażami.

Niedawno przyjęli dwudziestoparoletniego Niemca, który mówi nawet parę zdań po polsku, bo go jego polscy przyjaciele w rodzinnym mieście w Niemczech nauczyli. Tim ma chłopaka z Algierii, który jednak z powodów wizowych tkwi w Kanadzie. Niedawno miał urodziny i Tim poprosił wszystkich, nie wyłączając mojej intrygującej syryjskiej przełożonej, żeby powiedzieli mu życzenia urodzinowe, każdy w swoim języku, on to nagrywał na telefonie, potem to zlepił wszystko i mu wysłał taki film w prezencie.

Tydzień temu wyszliśmy na przerwę w cztery osoby, staliśmy w słońcu przed naszym biurowcem. Kate, która wspomniała o swojej żonie i zapytała mnie o mojego męża; Tim, który ma chłopaka z Algierii; i Romain, który, cały czas się wygłupia, że ma na Tima ochotę, choć wcale nie jest homo i zaczęło się od tego, że poczuł się zagrożony – do czasu przyjęcia Tima Romain był jedynym w biurze mężczyzną z (blond) kucykiem; kiedy Tim przyszedł pierwszego dnia, z bez porównania dłuższymi blond włosami, do połowy pleców, Romain rozglądał się na wszystkie strony i z paniką w oczach rzucał każdemu nerwowe: Cholera, mam konkurencję, mam konkurencję.

Romain siedzi za moimi plecami, obok Williama, z którym całymi dniami popychają po francusku (William jest Belgiem francophone) jakieś zupełnie rozkojarzone pierdoły, ale w tak zabawny sposób, że kilka razy dziennie zwijam się ze śmiechu. Kilka dni temu Romain coś do mnie mówił i nagle spojrzał na moje łydki, bo miałem na sobie szorty. Złapał mnie nagle za muskuł.

Romain: Rany boskie, jakie ty masz łydki, jak moje uda!

Nekane siedzi obok, właśnie dzwoniła do Meksyku, niestety linia często jest nienajlepsza, więc zaczęła go uciszać.

Romain: Jesteś po prostu zazdrosna, bo ja go dotykam a ty nie możesz!

Któregoś dnia Gökce, Turczynka z Holandii, rozmawiała z Williamem i kilkoma osobami, które były akurat w okolicy. Dopiero po chwili zacząłem zwracać uwagę, więc nie kojarzę od czego się zaczęło, ale –

Gökce: Wiesz, jeżeli masz na koncie chociaż tysiąc euro, to już samo to plasuje cię w bogatszej części ludzkości.

William: Chcesz zobaczyć moje konto? Jego saldo się wyraża w liczbach ujemnych!

Gökce (po chwili, lekko zbita z tropu; jest nowa, jeszcze nie załapała, że William i Romain to dwa pajace, których nigdy nie należy traktować poważnie): To co zamierzasz z tym zrobić? Jak zamierzasz to spłacić?

William: No nie wiem właśnie. Zastanawiam się, handel narkotykami albo może prostytucja?

Tim (ożywił się nagle i odgarnął swą blond grzywę na bok): O co chodzi? O czym oni tam gadają?

Ja: William się zastanawia, jak spłacić swój debet, waha się między handlem narkotykami a prostytucją.

Tim (wyrzucając swoje muskularne ramiona w górę i błyskając wielkim pierścionkiem na środkowym palcu lewej dłoni): Prostytucja! Prostytucja!

William: O, proszę, już mam pierwszego klienta!

Tim (do Isabel, Meksykanki): No co ja poradzę, William jest taki ładny, podoba mi się.

William jest przystojny w zupełnie inny sposób niż Teo – Teo wkłada w to mnóstwo pracy, poczynając od dwunastu godzin spędzanych tygodniowo na siłowni, William natomiast jest czarujący jakby od niechcenia i przy okazji. Z nowozapuszczoną (mówi, że z lenistwa, bo golić mu się nie chce) brodą wygląda na poważnego człowieka, którym nie jest. Kiedy mu się nudzi, albo nie chce mu się pracować, zabawia się oglądaniem wideo tego dzieciaka, co przekonuje Amerykanów do komunizmu, albo imitowaniem japońskiego akcentu – brzmi wtedy jak Toshiro Mifune w filmie Akiry Kurosawy. Kiedyś Nekane coś mi tłumaczyła, William przechodził akurat obok i połaskotał mnie pieszczotliwie za uchem – o ile mi wiadomo, nie jest homo, chciał tylko zobaczyć, jak zareaguję (What just happened??) i wybuchnął śmiechem.

Ale dzisiaj wyrzucili Williama z pracy. Wyszedł w południe, nie mówiąc nikomu ani słowa.

 

Na zdjęciu detal z muzeum Fundacji Joana Miró.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

W Barcelonie taksówki rozpływają się w deszczu

Dmitry zachęcił mnie, żebym sobie zainstalował aplikację MyTaxi – rano, jak się obudzę, zabukuję sobie taksówkę, żeby dojechać szybko i sprawnie po dokumenty z mojego nowego miejsca pracy do przedstawienia na komisariacie policji, żeby dostać potrzebny cudzoziemcom numer NIE.

W biurowcu miałem się stawić o 9:30.

O ósmej rano okazało się, że zostawiona na całą noc aplikacja się jednak nie ściągnęła poprawnie na mój telefon i ciągle nie działała, więc Dmitry zamówił mi taksówkę ze swojego telefonu. Aplikacja przyjęła i potwierdziła zamówienie. Taksówka miała przyjechać o 9:05.

Dmitry: Dzisiaj pada straszny deszcz, może się okazać, że jednak taksówka nie przyjedzie –

Ja: Jak to, taksówki nie przyjeżdżają, gdy pada deszcz?

Dmitry: No niestety, mnie to już spotkało wiele razy. Więc jakby nie przyjechała –

Ja: A czemu tak się dzieje?

Dmitry: Nie wiem, czy są z papieru te taksówki, czy oni masowo rezygnują z wyjazdu do pracy, jak pada deszcz, czy coś jeszcze innego, nie wiem. Ale tak już jest. No więc, gdyby się tak okazało, że nie przyjedzie, to możesz pobiec pod ten duży hotel niedaleko, przy Plaça d’Espanya, tam zawsze stoją taksówki, bo wiadomo, duży hotel. No jakby tam też nie było, to wsiadaj w metro.

9:00 – aplikacja MyTaxi informuje, że nie udało się jak dotąd skierować do mnie żadnej taksówki, okazało się, że nie ma wolnego kierowcy, nikt nie podjął wciąż zamówienia.

Dmitry: A nie mówiłem? Lepiej się zbieraj i biegnij pod hotel.

Ja: A jak się spóźnię, fuck, czy ja się muszę zawsze spóźnić do nowej pracy?

Dmitry: Jestem pewien, że oni tam zrozumieją, przecież widzą, że pada.

Ja: To znaczy, że to takie oczywiste tutaj, pada deszcz, więc się spóźniłem, spóźniłem się, bo pada deszcz?

Dmitry: Hm… Raczej tak.

Potrząsam głową z niedowierzaniem.

Biegnę pod ten hotel. Nie ma taksówek, tych kilka, które się pojawia, już są zajęte, zabukowane. Pod hotelem, chowając się przed deszczem, czeka już grupa kilku osób, wszyscy w nadziei na taksówkę. Kilka przejeżdża ulicą, ale wszystkie zajęte, nie zatrzymują się. Dziesięć minut, żeby pierwsza osoba złapała jedną. W takim tempie to co najmniej do dziesiątej będę czekał na taksówkę, mam być w biurze o 9:30. Decyduję się na metro. Zbiegając na dół po schodach wybieram numer do A. z działu Human Resources, żeby się wytłumaczyć, że jestem w drodze, niestety zamówiona taksówka nie przyjechała, więc się spóźnię, szukam właściwego połączenia metrem.

A: No tak, z powodu deszczu, wiem, rozumiem, nic nie szkodzi. Czekamy, zapytaj o mnie w recepcji, jak już dojedziesz.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

„Smutki tropików” – recenzje

Rok 2016 dobiegł końca. Był to rok, w którym wydałem moją pierwszą książkę w całości moją i na papierze, Smutki tropików. Współczesne kino Ameryki Łacińskiej jako kino polityczne. Dlatego postanowiłem z tej okazji przygotować tego posta, w którym będe zbierał recenzje książki w prasie i w sieci. W zamyśle post ma być edytowany, gdy/jeśli ukażą się kolejne.

ksiazka-5

Smutki tropików

Choć w Smutkach tropików nie ma właściwie słabych punktów, niektóre teksty wy­rastają ponad inne i domagają się bardziej wnikliwego omówienia. Książka naj­lepsza jest wtedy, gdy Pietrzak bierze na warsztat dobrze znane i wielokrotnie już opisywane filmy i poddaje własnej interpretacji, nierzadko stojącej w sprzeczności z kanonicznym sposobem odczytywania wybranych dzieł. O oryginalności podej­ścia polskiego filmoznawcy świadczy także jego wyczulenie na szczegół i związana z tym umiejętność wyciągnięcia przenikliwych wniosków z analizy nawet pojedyn­czych scen.

Książka opowiada o kinie latynoamerykańskim, ale zarazem jest to jedna z kompetentniejszych opowieści o Ameryce Łacińskiej ostatnich dekad, czasu tryumfu neoliberalnej polityki i uwiądu egalitarnych utopii.

Na dodatek czytając Pietrzaka, odnosimy wrażenie, że Latynosi są dużo lepiej przygotowani do ogarnięcia realiów i dynamiki peryferyjnej wersji kapitalizmu aniżeli my […].

Lektura Smutków tropików z pewnością może stanowić punkt wyjścia nie tylko do zapoznania się z twórczością zaangażowanej kinematografii ostatnich lat, ale również do szerszego spojrzenia na problemy trawiące Amerykę Południową.

Te eseje to swoista panorama przeplatających się wzajem historii i współczesności. […] Wrażliwy czytelnik nabierze przekonania, że ludzie, o których opowiadają subiektywnie prezentowane filmy, zmagają się z jakąś potworną plagą. To właśnie kapitalizm jest negatywnym bohaterem tych pełnych pasji i zaangażowania esejów. To on występuje w rolach głównych w omawianych dziełach filmowców.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Internet, algorytmy i poszukiwanie pracy

Internet był początkowo fenomelną innowacją z punktu widzenia człowieka poszukującego pracy. Wysłanie kilkudziesięciu CV mailem zamiast tradycyjnej poczty to oszczędność na znaczkach, kopertach, drukowaniu, czasie. Internet umożliwia przeszukiwanie ofert pracy nie tylko skuteczniejsze, ale też nieograniczone przestrzennie – z Będzina czy spod Kielc można szukać pracy w Berlinie czy Edynburgu, gdzie akurat mamy paru znajomych, którzy pomogą nam się zainstalować, jeżeli to wypali.

Dziś, w rozwiniętych gospodarkach Internet niemal wyeliminował inne formy pośredniczenia kontaktów między stronami na rynku pracy, pomijając może sytuacje osobistego polecenia przez krewnych i znajomych. Przyszłość wielu kapitalistycznych procesów świetnie widać, przyglądając się światu anglosaskiemu. W Wielkiej Brytanii prawie cały rynek pracy dawno już został przeniesiony do sieci i komputerów. I życie każdego, kto szuka pracy lub chciałby pracę zmienić, stało się koszmarem.

Wszystkie oferty pracy trafiają do sieci, czy to ogłaszane tam bezpośrednio przez przedsiębiorstwa i organizacje, czy przez agentów-pośredników. Wszyscy szukają pracy w sieci, więc wszyscy znajdują te same oferty, jeśli tylko szukają w tym samym mieście czy aglomeracji. W rezultacie, z wyjątkiem stanowisk wymagających nadzwyczaj rzadkich kwalifikacji, jak doktorat z genetyki czy biegła znajomość dwóch języków Dalekiego Wschodu z odpowiednimi certyfikatami, w Londynie liczba zgłoszonych kandydatur idzie często w setki. Rekordem z mojego życia było stanowisko, o które wraz ze mną ubiegało się ponad 900 innych osób.

Kiedy wszyscy poszukujący pracy z taką samą łatwością znajdują wszystkie oferty, oferta z taką samą łatwością dociera do wszystkich. Kiedy setki ludzi aplikują o każde miejsce pracy, nie masz wyjścia, nie możesz poprzestać na wysyłaniu swoich zgłoszeń tylko tam, gdzie naprawdę najbardziej chcesz pracować – musisz wysyłać jak najwięcej. W Londynie, żeby dostać się na kilka rozmów o pracę, wielu poszukujących pracy musi odpowiedzieć na co najmniej sto ofert. Kiedy każdy poszukujący odpowiada na coraz więcej ofert, na wszystkie, które znajdzie w sieci, na oferty przychodzi coraz więcej odpowiedzi i o każdą pracę ubiega się coraz więcej osób. Błędne koło się toczy.

Sam rynek ofert nie jest scentralizowany – różne branże mają rożne swoje ulubione portale i działy ogłoszeń w mediach informacyjnych, kilka portali dąży do gromadzenia jak największej liczby ofert z przestrzeni całej gospodarki, pączkują też serwisy i aplikacje na smartfony agregujące oferty publikowane w różnych miejscach. We wszystkich tych serwisach można ustawić sobie wysyłanie alertów z podobnymi ofertami. Ustawienie takich alertów w kilku serwisach powoduje wrażenie niesamowitego ruchu na rynku pracy, które szybko okazuje się złudzeniem.

Wiele firm i agentów umieszcza tę samą ofertę w kilku serwisach, ogólnych i wyspecjalizowanych w konkretnych branżach. Każdy z tych serwisów, jeśli się już do niego zapisaliśmy, wysyła nam alert, a potem jeszcze każda z aplikacji agregujących oferty z różnych źródeł przysyła nam maila z nagłówkiem mówiącym o dziesięciu nowych miejscach pracy, podczas gdy w rzeczywistości to trzy te same oferty skopiowane w różnych miejscach. W przypadku pracy często spotykanej, np. w księgowości czy sprzedaży, trudno jednak mieć zawsze pewność, czy to ta sama praca, ponieważ agenci, którzy rutynowo wyszukują pracowników do takich zawodów, często używają standardowo sformułowanych ogłoszeń i ukrywają nazwę firmy, żeby zatrzymać swoje pośrednictwo i prowizję. W takiej sytuacji każdy, kto intensywnie szukał kiedyś pracy, choć raz wysłał swoje CV kilka razy w sprawie tej samej oferty pracy, która pojawiła się w różnych miejscach w sieci. To jeszcze bardziej podnosi liczbę aplikacji, jakie spływają w odpowiedzi na każdą ofertę.

Jak często się zdarza, że ktoś faktycznie czyta, albo chociaż rzuca okiem na trzysta czy czterysta CV, które spłynęły w odpowiedzi na każdą ofertę pracy? Bardzo rzadko i coraz rzadziej. Jak działy kadr współczesnych przedsiębiorstw trawią takie ilości CV, listów motywacyjnych i formularzy zgłoszeniowych? Odpowiedź brzmi: komputery, roboty, algorytmy. CV są skanowane i sortowane przez napisane w tym celu programy. Dopiero kilkanaście czy kilkadziesiąt „najlepszych” CV wyłonionych przez algorytmy jest faktycznie czytanych przez ludzi, którzy podejmą decyzję, kto zostanie zatrudniony.

Algorytmy komputerowe stwarzają pozór bezosobowej obiektywności i wolności od subiektywnych uprzedzeń pojedynczego człowieka. Jest to jednak pozór, ponieważ różnego rodzaju uprzedzenia mogą być wpisane w sam algorytm. Najpowszechniejszą plagą tych algorytmów jest to, że zakładają, że najlepszym kandydatem jest ten, kto w poprzedniej pracy robił dokładnie to samo na dokładnie tym samym oprogramowaniu w podobnej firmie lub instytucji.

Mierny pracownik, który robił dokładnie to samo na podobnym stanowisku i na tych samych programach komputerowych, ale został zwolniony za porozumieniem stron, bo nie przykładał się do swoich obowiązków, ma większe szanse dostać pracę niż kandydat wybitnie uzdolniony i entuzjastyczny, który jednak wcześniej pracował na innym oprogramowaniu. Firma nie będzie miała nawet okazji dowiedzieć się o jego czy jej talentach, ponieważ algorytm w ogóle odrzuci to CV i nikt go nawet nie przeczyta. Podobnie z możliwościami przejścia do innego sektora. Księgowy z wieloletnim doświadczeniem w banku, który ma dosyć atmosfery panującej w instytucjach finansowych i chciałby pracować np. w instytucji kulturalnej lub organizacji pozarządowej, też nie przejdzie większości takich algorytmów. Coraz trudniej zmienić więc pracę, można co najwyżej pracodawcę, jeśli znajdziesz drugą pracę – dokładnie taką samą.

Pracownicy nienawidzą swojej pracy, której nie mogą zmienić, chyba że na dokładnie taką samą. Pracodawcy są niezadowoleni, bo pracownicy, którzy nie znoszą swojej pracy, nie są dobrymi pracownikami. A jednak zatrudniają nie tych, którzy chcą u nich pracować i chcą robić właśnie to, tylko tych, którzy w ostatniej pracy robili dokładnie to samo na dokładnie tym samym oprogramowaniu.

Każdego dnia algorytmy odrzucają też tysiące ludzi nawet nie ze względu na zapisane w CV doświadczenie, a na to, że nie wiedzieli, co „lubią” programy skanujące życiorysy. Wysłali CV w formacie PDF, na którym wiele takich botów się zacina, nie czyta ich do końca i w rezulacie odrzuca. Ze względu na doświadczenie w różnych sektorach, lub żeby estetycznie uporządkować swoje CV, wprowadzili jakieś graficzne rozwiązanie, np. ramki czy moduły, na których boty się zacinają i odrzucają CV. Opisując swoje doświadczenie, użyli słów innych niż te, które wpisane były w algorytm jako kluczowe.

Tego rodzaju wiedza na dodatek może ulec szybkiej dezaktualizacji. To, czego się nauczyliśmy szukając pracy dwa lata temu, może już nie działać w przyszłym roku. Ktoś ci kiedyś powiedział, żeby wysyłać CV w pliku PDF, żeby nie rozwalił się jego układ graficzny, jeśli odbiorca ma inną wersję MS Office – dziś wysłanie pliku PDF może cię kosztować pracę twoich marzeń. Jeżeli wszyscy nauczą się właściwych słów kluczowych, twórcy algorytmów wprowadzą zmiany w tym obszarze, żeby wyławiały mniej spośród zgłoszonych CV, bo o to w tych algorytmach w końcu chodzi.

W Londynie stworzyło to rosnący rynek dla agencji wyspecjalizowanych w pisaniu CV uwzględniających aktualne trendy i zoptymalizowanych pod kątem pożądanych przez algorytmy słów kluczowych i struktury. Nie wszystkie te usługi są jednak rzeczywiście coś warte. Dobre pod tymi względami CV może kosztować 100-200 funtów, w zależności od stopnia zaawansowania kariery. W pakiecie z profilem na LinkedIn może być i więcej. Pogarsza to jednak jeszcze bardziej położenie osób w już dramatycznej sytuacji ekonomicznej, np. od wielu miesięcy bezrobotnych. 100 funtów to półtora tygodnia brytyjskiego zasiłku dla bezrobotnych.

Jest to jeden z wielu obszarów, w których bezosobowe i przez nielicznych rozumiane, puszczone na żywioł algorytmy komputerowe zdobywają coraz większą kontrolę nad naszym życiem i najdosłowniej decydują o przyszłości milionów ludzi. O ich indywidualnych szansach na realizację swoich aspiracji, ale także naszych – nas wszystkich – szansach na świat, w którym zrealizowany jest potencjał wszystkich członków społeczeństwa, w którym każdy człowiek robi to, w czym jest najlepszy i do czego ma najwięcej entuzjazmu, podnosząc jakość życia ogółu.

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się na łamach „Tygodnika Faktycznie” (nr 20/2016).

Jestem na Facebooku i Twitterze.