Barack Obama: zakładnik w Białym Domu

20 stycznia 2017 Barack Obama ustąpi – po dwóch kadencjach – swoje miejsce na szczycie struktur władzy w Waszyngtonie Donaldowi Trumpowi, zwycięzcy wyborów z 8 listopada 2016 roku. Zwycięstwo Trumpa było szczególnym upokorzeniem dla Obamy. Trump uczynił rasistowskie kwestionowanie „amerykańskości” Obamy, insynuacje, że nie urodził się w USA, itd., stałymi składnikami swojego politycznego trollowania jeszcze na długo, zanim został przez Partię Republikańską nominowany na jej kandydata w wyborach prezydenckich. Trump był kandydatem tak niedorzecznym i niekompetentnym, że Obama zapewne, jak większość Demokratów, do ostatnich tygodni przed wyborami nie wierzył, że jego zwycięstwo jest w ogóle na horyzoncie. A jednak.

Kandydatura Hillary Clinton, byłej sekretarz stanu w administracji Obamy, była przez wielu ujmowana w kategoriach nadchodzącej „trzeciej kadencji Obamy”. W tym sensie, że byłaby logiczną i prostą kontynuacją polityki rozwijanej w okresie, kiedy w najważniejszym fotelu Gabinetu Owalnego zasiadał Barack Obama. Dlatego wyborcza porażka Clinton jest także, w jakimś stopniu, oceną wystawioną przez amerykańskie społeczeństwo samemu Obamie. I mylą się ci, którzy sprowadzają rozczarowanie amerykańskiego społeczeństwa Obamą do rasistowskiego backlashu przeciwko pierwszemu czarnemu prezydentowi USA.

Swoje pierwsze wyborcze zwycięstwo – w 2008 roku – Obama odniósł na fali społecznego entuzjazmu i mobilizacji nie pamiętanymi wtedy w amerykańskiej polityce od dziesięcioleci. Wydawał się doskonałym anty-Bushem. Postępowe na amerykańskie warunki poglądy, oczytany, wykształcony i elokwentny, krytykował ekscesy Wall Street, które doprowadziły do kryzysu finansowego, jak i ekscesy „wojny z terroryzmem” ogłoszonej przez swojego poprzednika. Do tego Afroamerykanin, co wydawało się tak radykalną odpowiedzią na rasizm George’a Busha młodszego. Jakby tego wszystkiego było mało, Obama jest fizycznie pięknym mężczyzną, który rozkochuje w sobie obiektywy aparatów fotograficznych i kamer telewizyjnych – Amerykanie nigdy nie mieli piękniejszego prezydenta. Tak naprawdę, z odrobiny dystansu, wyglądało to wszystko aż za dobrze, jakby wymyślono go od początku do końca w najlepszej agencji PR.

Obama w pewnym sensie okazał się właśnie tym: wielką operacją PR-ową. Jego pozornie tak radykalna odmienność od Busha dawała głębszym strukturom amerykańskiego aparatu władzy, zdominowanego przez resorty bezpieczeństwa, przemysł wojny i baronów nowojorskiej finansjery, wspaniałą możliwość zwodzenia opinii publicznej i odwracania jej uwagi, podczas gdy wszystko, co politycznie najważniejsze, mogło toczyć się wciąż po staremu.

Obamie nie można odmówić, że miał znacznie większe, szczere ambicje i bardzo chciał stać się czymś więcej niż tylko efektowną fasadą tego samego, starego porządku. Pragnął przynieść realną zmianę. Okazało się jednak, że struktury władzy Imperium Amerykańskiego są niezwykle oporne i odporne na taką zmianę i prezydent „jest tylko prezydentem”, jak powiedział kiedyś Edward Snowden. Obama stanął twarzą w twarz z mechanizmami władzy, wobec których okazał się w znacznym stopniu bezsilny, zwłaszcza odkąd pozwolił „profesjonalistom” nadzorującym jego kampanię wyborczą w Partii Demokratycznej, zgodnie z przykazaniami wywiedzionymi z ich podręczników „profesjonalnej” polityki, by rozwiązali i rozesłali do domów bezprecedensowe tłumy aktywistów, które zmobilizowała jego kampania, a które – gdyby zdecydował się utrzymać ich mobilizację – mogły stanowić bazę legitymizująca i wspierającą politykę znacznie odważniejszą, taką, o jakiej prowadzeniu tak naprawdę marzył.

Obama na stanowisku prezydenta okazał się politykiem znacznie słabszym niż się spodziewał – był młody jak na prezydenta (ur. w 1961), co pomogło jego otoczeniu go zdominować, ale przede wszystkim jego afroamerykańska tożsamość sprawiła, że powstała wokół niego atmosfera, w której „wolno mu mniej”.

Ta sama stara gwardia, która odpowiadała za ekonomiczną politykę Stanów Zjednoczonych natychmiast znalazła drogę do jego administracji i żadnemu banksterowi nie stała się krzywda za doprowadzenie do kryzysu finansowego. Jego administracja prowadziła politykę pozornego stymulowania gospodarki, ale większość drukowanych przez nią pieniędzy i tak kończyła w obiegu spekulacyjnym, a nie w realnej, produktywnej gospodarce, a prawie 95% miejsc pracy powstałych w ciągu dwóch kadencji Obamy, okazało się według najnowszego raportu miejscami pracy niestabilnej i krótkoterminowej.

Przez osiem lat Obamie nie udało się zamknąć obozu koncentracyjnego w bazie Guantanamo, więżącego przypadkowych muzułmanów porywanych na całym świecie przez administrację Busha młodszego; obiecywał to w obydwu kampaniach wyborczych i przez większość czasu trwania obydwu kadencji.

Jestem przekonany, że chciał być tym prezydentem, z którego nazwiskiem będzie wiązać się zmiana w amerykańskiej polityce międzynarodowej, przede wszystkim odejście od polityki militaryzacji ładu światowego i mnożenia działań wojennych w różnych częściach planety.  Nie ma powodu nie wierzyć, że szczerze pragnął zasłużyć na pokojową Nagrodę Nobla, którą dostał za samo to, że nie jest Bushem. Świadczy o tym dobitnie determinacja, z jaką dążył do sfinalizowania umowy normalizującej w końcu stosunki z Iranem, na przekór bardzo potężnym grupom interesu, które od dawna parły na wojnę z tym krajem. Niemal wszędzie indziej poniósł jednak porażkę, okazując się bezsilnym zakładnikiem amerykańskiego przemysłu wojny.

Jego administracja kontynuowała agresywną politykę odziedziczoną po Bushu młodszym; bombardowała siedem państw: Libię, Syrię, Jemen, Somalię, Afganistan, Pakistan i Irak. Na drugi dzień po wiadomości o wyborczym zwycięstwie Donalda Trumpa Obama rozkazał bombardować pozycje syryjskiego ramienia al-Kaidy – do tamtej pory Amerykanie bombardowali różne siły w Syrii, ale nigdy nie pozycje al-Kaidy. Szczegółowe okoliczności czy jakiekolwiek przekonujące wyjaśnienie tej decyzji nie są, póki co, znane. Czyżby administracja Obamy, kiedy do Białego Domu wkroczyć ma przedstawiciel konkurencyjnej partii, chciała wyeliminować świadków i zniszczyć naprędce dowody skali, na jaką przez lata wspierała al-Kaidę w Syrii, byle tylko obalić prezydenta Baszszara al-Asada? Jeśli tak, to tę listopadową decyzję historycy być może będą w przyszłości widzieć jako swego rodzaju symbol „tragedii pomyłek”, w jaką obróciła się polityka międzynarodowa Obamy.

Pomimo widocznych, czasem dramatycznych napięć w kontaktach z premierem Izraela Binjaminem Netanjahu, okazał się ostatecznie za słaby, by nie ugiąć się pod presją izraelskiego lobby posiadającego patologicznie wielki wpływ na amerykański proces polityczny (organizacja lobbingowa AIPAC finansuje kampanie wyborcze większej części Kongresu). Umowa z Iranem była jedynym, w czym udało mu się przez osiem lat skutecznie „postawić” premierowi Netanjahu i jego lobby w Waszyngtonie. W drugiej kadencji Obama przyznał Izraelowi jeszcze większą subwencję na „bezpieczeństwo” – czytaj: na finansowanie okupacji Terytoriów Palestyńskich (38 miliardów dolarów rozłożonych na dziesięć lat). Grudniowe wstrzymanie się od głosu nad rezolucją Rady Bezpieczeństwa ONZ potępiającą rozwój osadnictwa żydowskiego na Palestyńskich Terytoriach Okupowanych stanowiło pierwszą instancję, kiedy USA z Obamą w Białym Domu zagłosowały na tym forum inaczej niż sobie życzył Izrael. Przez minionych osiem lat wetowały każdą taką próbę, a w okresie tym Izrael popełnił multum zbrodni wojennych i zbrodni przeciwko ludzkości. Nawet prawicowa administracja George’a W. Busha dopuściła w Radzie Bezpieczeństwa do przegłosowania aż sześciu rezolucji potępiających Izrael.

Największą międzynarodową zbrodnią Obamy była eskalacja niekontrolowanej, rozlewającej się na coraz więcej terytoriów, kampanii wojny przy użyciu dronów, czyli samolotów bezzałogowych sterowanych zdalnie, coraz częściej w ogóle nie przez ludzi a przez komputerowe algorytmy. Przy ich użyciu Amerykanie dokonują na odległość zabójstw ludzi podejrzanych o terroryzm lub działanie wrogie Stanom Zjednoczonym. Na listę takich wrogów nazwiska trafiają decyzją administracyjną urzędników w Waszyngtonie, bez przewodu sądowego, prawa do obrony, itd. Wyroki są wykonywane przez maszyny, które czasem trafiają w kogoś podobnego, bywającego w tych samych miejscach, albo noszącego to samo nazwisko, z reguły także zabijając w eksplozji po kilka, a bywa, że i kilkadziesiąt przypadkowych osób znajdujących się wokół, bo np. jest wesele. Niektórzy ludzie giną tylko dlatego, że obserwujący ich algorytm uznaje ich zachowanie (pory dnia lub nocy, kiedy wychodzą z lub wracają do domu, ulice, którymi chadzają, osoby, które po drodze spotykają) za „podejrzane”, bo „pasujące do wzoru”. Wszystko to odbywa się nawet na terytoriach państw, z którymi USA nie są formalnie w stanie wojny, co zaburza kluczowe dla stosowania przepisów prawa międzynarodowego rozróżnienie między stanem wojny a stanem pokoju. Praktykę tę Amerykanie przyjęli (wprowadzeni w nią przez zaprzyjaźnione siły zbrojne Izraela) już za czasów prezydenta Busha młodszego, ale nawet ta prawicowa administracja obawiała się wrót piekieł, jakie mogą się w ten sposób otworzyć, i stosowała ją jako środek nadzwyczajny. Administracja Obamy natomiast zabiła w atakach dronów tylu ludzi w pierwszych kilku miesiącach pierwszej kadencji, co administracja Busha przez całe swoje dwie kadencje. Potem było już tylko gorzej.

Ekspansja drone warfare jest kolejnym wskazaniem, do jakiego stopnia dobre chęci Obamy rozbiły się o zastane w Waszyngtonie struktury władzy, które wzięły go za zakładnika. Niektórzy obserwatorzy jego polityki uważają, że władcy amerykańskiego przemysłu wojny i waszyngtońskiego aparatu bezpieczeństwa kazali mu wybierać: albo kontynuacja porwań i tortur zainicjowanych przez Busha młodszego, albo ekspansja drone warfare. Wybrał to drugie, jako mniejsze zło…

Wśród obietnic, które wyniosły Obamę do urzędu, ogromną rolę odgrywały te, że jego administracja ukróci zmasowane szpiegowanie własnych obywateli, uruchomione przez „wojnę z terroryzmem” George’a W. Busha, a także, że odwróci zapoczątkowany przez niego trend gromadzenia w rękach prezydenta coraz bardziej autorytarnych instrumentów władzy, m. in. za pośrednictwem omijających Kongres dekretów prezydenckich (executive orders). W obydwu obszarach Obama kontynuował jednak drogę poprzednika i posunął się znacznie dalej. Szczególnie wymowny jest tu stosunek administracji Obamy do „sygnalistów”, którzy, jak Chelsea Manning czy Edward Snowden, zdecydowali się, podejmując ogromne ryzyko osobiste, poinformować amerykańskie społeczeństwo o ekscesach aparatu bezpieczeństwa ich państwa. Żadna wcześniejsza amerykańska administracja nie skazała i nie ścigała bezwzględnie po całym świecie więcej „sygnalistów” niż administracja Obamy.

Szczególnym rozczarowaniem okazał się Obama dla tej społeczności, która być może wiązała z nim największe nadzieje: Afroamerykanów. Jakby bał się do końca odrzucenia przez białą większość; jakby niczego nie pragnął bardziej, niż udowodnić jej, że nie mają się czego bać, że on nie przyszedł po to, żeby zemścić się na nich za wszystko, co zrobili swoim czarnym rodakom. W rezultacie pozwolił na wykorzystywanie jego wizerunku i tożsamości przez tych wszystkich, którzy chcieli pokazać, jakim to post-rasowym społeczeństwem stały się Stany Zjednoczone, zostawiając Afroamerykanów całkowicie na lodzie.

Rozziew w dochodach pomiędzy gospodarstwami domowymi czarnych i białych Amerykanów pogłębił się tylko przez ostatnich osiem lat. Tempo masowej inkarceracji młodych czarnych mężczyzn, w tym za wykroczenia, za które ich biali rówieśnicy nie stają nawet przed sądem, nie zwolniło ani trochę. Policyjna przemoc w stosunku do Afroamerykanów osiągnęła poziomy, które przebiły wszystkie historyczne dane. Nie ma dnia, żeby gdzieś w Stanach Zjednoczonych policja nie zabiła jakiegoś czarnego chłopaka lub dziewczyny za takie zbrodnie jak noszenie kaptura na głowie, niewłączenie świateł mijania czy sprzedawanie papierosów na ulicy. Tej eskalacji rasowej przemocy policji, którą ONZ, bijąc na alarm, porównała już do linczów sprzed stu lat, towarzyszy zupełna bezczynność administracji Obamy. Gorzej nawet niż bezczynność. Zamiast interweniować w obronie ofiar tej przemocy, Obama posunął się kiedyś do wygłoszenia bon motu, że czarni mężczyźni zbyt często używają policyjnej agresji jako wymówki i usprawiedliwienia dla własnego uwikłania w przemoc i przestępczość. Tymczasem statystki wykazują, że czarni Amerykanie są mniej, a nie bardziej, prawdopodobnymi sprawcami przestępstw z użyciem przemocy, niż biali Amerykanie. Obama zadał też wielki cios ruchom politycznym Afroamerykanów, opowiadając się zdecydowanie przeciwko kampanii na rzecz reparacji za niewolnictwo.

Obama odchodzi z Białego Domu jako jedno z największych rozczarowań w historii amerykańskiej polityki. Skala tego rozczarowania miała swój udział w zwycięstwie Donalda Trumpa. Nawet jeśli sama prezydentura Trumpa, która niewątpliwie będzie dla Amerykanów katastrofą, spowoduje, że będzie przez porównanie wspominany z nostalgią.

W ostatnich miesiącach swojego urzędowania Obama udzielił wypowiedzi, w których wydawał się sygnalizować, jak wielkim ograniczeniom podlegał, pełniąc urząd prezydenta; jak wielu rzeczy nie mógł zrobić ani powiedzieć. I że powie je, kiedy opuści Biały Dom. Zobaczymy.

   Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się 3 stycznia 2017 na łamach portalu Strajk.eu.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Reklamy

Zła kobieta. Zbrodnie Hillary Clinton

W wyborze między Donaldem Trumpem a Hillary Rodham Clinton nie ma „mniejszego zła”

Specyfika amerykańskiego systemu partyjnego jest taka, że na poziomie ogólnokrajowym wybory sprowadzają się do rywalizacji pomiędzy dwoma dominującymi partiami, Demokratyczną i Republikańską. To są jedyne partie, które w ostatecznym rozrachunku się liczą, choć nie jedyne, które istnieją. Kandydatką amerykańskich Zielonych w nadchodzących wyborach prezydenckich jest Jill Stein. W rozmowie dla niezależnego, lewicowego serwisu informacyjnego (telewizyjno-radiowego) „Democracy Now!” (9 czerwca 2016), zwróciła ona uwagę na ignorowany paradoks wyboru między kandydującą z ramienia Demokratów Hillary Clinton a Donaldem Trumpem z Partii Republikańskiej. Boimy się, do czego może być zdolny taki szaleniec jak Trump, podczas gdy o Clinton wiemy już, że jest do tego samego zdolna. Wiemy z jej dotychczasowego dorobku politycznego. Można by taką opinię zbyć: kandydatka marginalnej partii za wszelką cenę chce się przebić. Problem z tym, że coś jest na rzeczy.

Z punktu widzenia mieszkańców „reszty świata”, do których należy piszący i większość czytających te słowa, najważniejszy jest dorobek byłej Pierwszej Damy (1993-2001) na stanowisku Sekretarz Stanu w administracji prezydenta Baracka Obamy (2009-2013). W amerykańskiej terminologii to minister spraw zagranicznych. Jako szefowa amerykańskiej dyplomacji Hillary Clinton skłaniała się ku rozwiązaniom siłowym wszędzie tam, gdzie się dało.

Honduras

Clinton zaczęła się w ten sposób realizować już w 2009, zaraz po objęciu funkcji. Kiedy prezydent Hondurasu, Manuel Zelaya, zaczął przebąkiwać o podniesieniu płacy minimalnej, miejscowa oligarchia i amerykańscy „obserwatorzy” zaczęli bić na alarm, że to początek „komunistycznej apokalipsy”, jak ironizuje znakomita dziennikarka Belén Fernández (w swoim rozdziale zbiorowej książki amerykańskich feministek poddających dorobek Clinton miażdżącej krytyce, False Choices pod redakcją Lizy Featherstone). 28 czerwca, na kilka godzin przed wyborami połączonymi z referendum w sprawie zaledwie rozważenia możliwości wprowadzenia zmian do konstytucji, wojsko usunęło Zelayę z pałacu prezydenckiego w Tegucigalpie i wywiozło go w piżamie za granicę, do Kostaryki. Pod fałszywym pretekstem, że prezydent chciał w istocie zmienić konstytucję po to, by zostać u władzy do śmierci. W przygotowaniu zamachu stanu na pewno uczestniczyły jakieś siły amerykańskie, choć raczej nie sięgające aż poziomu waszyngtońskiego Departamentu Stanu. Niemniej jednak, kiedy do zamachu już doszło, Clinton dynamicznym krokiem wkroczyła do akcji, by zapewnić operacji trwały sukces. Zaprzeczyła, jakoby miał tam miejsce zamach stanu i zaangażowała się po stronie wojskowych i oligarchów, by uniemożliwić Zelayi powrót do władzy. Wiemy o tym, bo sama się tym chwaliła w autobiografii pt. Hard Choices, wydanej w 2014 roku.

Honduras nie wyszedł od tamtego czasu z chaosu. Morderstwa polityczne stały się codziennością – ich ofiarami padają wiejscy aktywiści zwani campesinos. W warunkach instytucjonalnej niestabilności ograniczone zasoby biednego kraju stały się przedmiotem wojen gangów, a straumatyzowane tym wszystkim społeczeństwo wdrożyło się do przemocy jako sposobu codziennego funkcjonowania i walki o przetrwanie. Dziś Honduras jest jednym z najniebezpieczniejszych krajów na świecie i głównym źródłem uchodźców na zachodniej półkuli. Świadomość tego wzrosła nieco w samych Stanach, ponieważ uchodźcy ci starają się zwykle dostać do USA. Pewnie dlatego całe passusy dotyczące honduraskiej eskapady Hillary Clinton wstydliwie zniknęły z drugiego, tańszego wydania Hard Choices w miękkiej okładce (2015).

Jemen, Libia, Pakistan, Syria…

Prawdziwą skarbnicą wiedzy o amerykańskiej polityce międzynarodowej okazały się serwis WikiLeaks. Znakomitym przewodnikiem po gąszczu ujawnionych przez organizację Juliana Assange’a dokumentów jest książka The WikiLeaks Files: The World According to US Empire londyńsko-nowojorskiego wydawnictwa Verso. Z rzeczy, które z tych wycieków wiemy o Clinton, warto wymienić współpracę w 2010 z dyktatorem Jemenu w bombardowaniu tamtejszej ludności cywilnej pod pretekstem walki z Al Kaidą. Jemen również stał się areną jednej z największych kampanii zabójstw politycznych przy użyciu dronów. Drugą podobnej skali wojnę przy użyciu dronów Departament Stanu pod wodzą Hillary Clinton eskalował w Pakistanie.

Clinton należała do głównych (wraz z prezydentem Francji Nicolasem Sarkozy) aktorów dążących do pogłębienia konfliktu w Libii i wciągnięcia weń zachodnich mocarstw. Clinton grała pierwsze skrzypce w propagandowych wysiłkach fabrykujących doniesienia o wyssanych z palca zbrodniach Kaddafiego, takich jak rozdawanie żołnierzom viagry, żeby masowo gwałcili mieszkanki zbuntowanych przeciwko Kaddafiemu miast. Roznoszenie tego rodzaju pomówień od Al Dżaziry po CNN  było częścią kampanii „wytwarzania przyzwolenia” międzynarodowej opinii publicznej dla zachodniej interwencji zbrojnej w Libii i obalenia Muammara Kaddafiego, którego panafrykańskie ambicje poważnie uwierały USA i Francję. Libia, która za Kaddafiego była celem, a nie źródłem migracji zarobkowych, jest dzisiaj państwem upadłym, polityczną próżnią, w której rozwija się Państwo Islamskie.

Legerndarny amerykański dziennikarz Seymour Hersh, którego najnowsza książka to poświęcone rozczarowaniu prezydenturą Obamy The Killing of Osama bin Laden, przekonuje, że Clinton była także odpowiedzialna za szmuglowanie z Libii broni chemicznej do Syrii. Jej adresatem byli rebelianci, walczący przeciwko siłom Baszara Asada, którzy mieli ich użyć tak, żeby oskarżenie dało się rzucić pod adresem Asada właśnie. Chodziło o to, żeby do wojny w Syrii wciągnąć Stany Zjednoczone – Obama powiedział, że Stany Zjednoczone dokonają interwencji, jeśli Asad użyje broni chemicznej przeciwko ludności cywilnej.

Z WikiLeaks wiemy, że amerykańskie rządy knuły obalenie Asada bez przerwy poczynając od 2005 roku. Finansowano i na inne sposoby wspierano każdą opozycję, nawet kiedy wiedziano, że ma fundamentalistyczny, salaficki profil, z którego ostatecznie powstało Państwo Islamskie. Clinton odziedziczyła więc linię antyasadowską po poprzedniej administracji, ale impet z jakim na tym froncie drążyła charakteryzował się szczerym entuzjazmem i zaangażowaniem z jej strony. Dążyła do eskalacji wojny domowej w Syrii i jedną z centralnych motywacji były dla niej interesy Izraela. Rząd Binjamina Netanjahu od dawna chciał rozwalić Syrię Asada, gdyż osłabiłoby to i dodatkowo oblężyło Iran (Syria była jego sojusznikiem), umocniłoby pozycję Izraela na Wzgórzach Golan okupowanych od 1967, według prawa międzynarodowego stanowiących część terytorium Syrii. Wzmocniłoby dominację Izraela w regionie i dało pożywkę głodnemu wojny przemysłowi zbrojeniowemu tego kraju i kształtującej jego politykę klice dygnitarzy wojskowych. Clinton jest wobec Izraela i wszystkich jego pragnień bezkrytyczna w stopniu szokującym nawet jak na amerykańskie standardy. Miłość ta ma związek z finansami jej kampanii – źródłem ich ogromnej części są proizraelscy milionerzy żydowskiego pochodzenia (m. in. Haim Saban) orbitujący wokół potężnej organizacji lobbingowej AIPAC.

Clinton i Obama

W perspektywie międzynarodowej prezydentura Baracka Obamy okazała się rozczarowującą kontynuacją katastrof z epoki George’a W. Busha, ale stało się tak chyba nie z woli Obamy, a dlatego, że okazał się za słaby, by zrealizować swoje ambicje bardziej pokojowej polityki międzynarodowej, za słaby, by pokonać skupione w i wokół jego administracji znacznie bardziej agresywne interesy „jastrzębi” i amerykańskiego przemysłu wojny. Paradoksalnie świadczyć o tym może nawet najbardziej ponure i brzemienne w skutki dla przyszłości prawa międzynarodowego dziedzictwo Obamy, jego największa zbrodnia: ekspansja niby-wojny przy użyciu dronów, bezzałogowych samolotów sterowanych zdalnie, w rosnącym stopniu przez algorytmy komputerowe. Niemal wszystkie tej niby-wojny ofiary to przypadkowi cywile; wyroki śmierci wydawane są bez sądu, administracyjnie, w tajemnicy; wydawane są na podstawie oskarżenia o walkę przeciwko USA, jakby istniał jakiś uniwersalny, obejmujący i pasterzy w Jemenie, i chłopów w Pakistanie, obowiązek lojalności wszystkich mieszkańców planety w stosunku do Stanów Zjednoczonych; zaburzeniu uległa możliwość prawnego rozróżnienia terytorium w stanie wojny od terytorium w stanie pokoju. Jest jednak taka teoria, że Obama otworzył tę puszkę Pandory, bo amerykańska machina wojenna postawia go przed alternatywą: albo globalny Neogułag na wzór Abu Ghraib i Guantanamo, albo wojna przy użyciu dronów. Wybrał więc to drugie, jako „mniejsze zło”. Jak wiedzą filozofowie przedmiotu (np. Eyal Weizman), z mniejszym złem jest tak, że ponieważ jawi się jako mniejsze, tym łatwiej popełnia się je coraz częściej, aż w końcu suma zła z tych mniejszych złożonego okazuje się większa jeszcze niż to, dla czego miało być alternatywą…

Clinton była zawsze na czele „jastrzębi” w administracji Obamy. Obama pragnął normalizację stosunków z Iranem uczynić jednym z najważniejszych swoich dokonań. Clinton otwarcie i w zgodzie z życzeniami swoich sponsorów z AIPAC mówiła, że najchętniej zmiotłaby Iran z powierzchni Ziemi. Żeby wciągnąć USA do wojny w Syrii, spiski z generałem Davidem Petraeusem knuła za plecami Obamy. Obama chciał zamknąć obóz w Guantanamo. Clinton zlecała swojemu personelowi produkowanie prawnej ekwilibrystyki dowodzącej słuszności jego utrzymywania. I tak dalej. Obama nie umiał powstrzymać amerykańskiej machiny wojennej; Clinton jest tej machiny reprezentantką, uosobieniem.

Clinton i Trump

Jest taka lewicowo-liberalna klisza mówiąca, że nawet przy bardzo krytycznej ocenie Clinton, jest ona przecież oczywistym mniejszym złem niż Trump. Ja tak nie sądzę. Między tym dwojgiem nie ma mniejszego zła. Jest, owszem, wielka różnica, ale jej sendo tkwi w tym, dla kogo każde z nich będzie złem większym.

Trump będzie wewnętrzną katastrofą dla Stanów Zjednoczonych. Cofnie ich dyskurs i praktykę polityczną do XIX wieku, jeszcze bardziej podgrzeje napięcia rasowe i prawdopodobnie zrujnuje amerykańską gospodarkę, albowiem jest ekonomicznym kretynem (fortunę odziedziczył). Ale Trump, przy całym swoim prymitywnym rasizmie i kretyńskiej burżuazyjnej fiksacji na własnym ego, pozostaje stosunkowo niezainteresowany światem zewnętrznym. Jego „ambicje” w tym zakresie ograniczają się do budowy muru na granicy z Meksykiem i wprowadzenia zakazu wjazdu do USA dla muzułmanów. Jest to oczywiście skandaliczne, ale to wciąż nie to samo, co obracanie jednego kraju za drugim w kupę gruzu.

Jeśli w obecnym rozdaniu kart w amerykańskim establiszmencie są jakieś znaczące siły polityczne zainteresowane zatrzymaniem spirali amerykańskich wojen w coraz to nowych częściach świata, to są one wśród Republikanów. Jak bardzo nie przeczyłoby to dekadom naszych przyzwyczajeń. Nawet jeśli kierują nimi jedynie zmęczenie i frustracja wojnami tak długo już, jałowo i bez sukcesów toczonymi. Jeśli skutkiem ma być mniej wojen, to lepsze takie powody, niż żadne. W ostatnich latach to Republikanie, nawet związani kiedyś z administracją Busha młodszego (jak Robert Gates), głosowali i lobbowali przeciwko nowym działaniom wojennym lub eskalacji starych. W tych samych sprawach (Afganistan, Libia, Syria) Clinton pałała żądzą wojny, podobnie jak otaczający ją patrycjat Partii Demokratycznej.

Clinton będzie katastrofą dla reszty świata, bo gotowa jest resztę świata puścić z dymem, byle tylko utrzymać dla swoich przyjaciół z Wall Street imperialną pozycję Stanów Zjednoczonych. Wiemy to na podstawie tego, co już w tej sprawie zrobiła. Uchodźcy dobijający się dzisiaj do bram Europy i tonący w wodach Morza Śródziemnego to uciekinierzy z krajów, na terenie których Hillary Clinton przysposabiała się do roli Cesarzowej Świata. Kiedy wespnie się w końcu i na ten tron, nie będzie już żaden mięczak Obama ograniczał jej pola manewru.

Jarosław Pietrzak

Skrócona wersja tego tekstu ukazała się w Tygodniku Faktycznie (nr 5, 4-10 sierpnia 2016).

Jestem na Facebooku i Twitterze.