Kultury siłowni. Autobiograficzne notatki etnograficzne

Comme une allumette

Pierwszy raz ćwiczyć na siłowni zacząłem na drugim roku studiów. Byłem wtedy strasznym chudzielcem – jak zapałka, comme une allumette – mówili mi we Francji, wciąż jeszcze niemal chłopcem. Ważyłem wtedy 56 kilo, przy 171 cm wzrostu.

Byłem przez cały ów rok w stanie bliskim depresji – minionego lata byłem pierwszy raz we Francji, gdzie się na zabój zakochałem w pięknym studencie algierskiego pochodzenia, który okazał się hetero, choć mnie się przez całe lato wydawało, że ze mną flirtował. Djamel po prostu taki był, ale zrozumienie tego nie wystarczyło, żeby się wyleczyć z tej miłości, odległość (ja wróciłem do Polski, on został w Paryżu) też nie – to było jedno z najgwałtowniejszych i najbardziej obezwładniających uczuć, jakie mnie kiedykolwiek opanowały. Intensywna, regularna aktywność fizyczna była moją próbą zapanowania nad własnym stanem, wymuszenia na moim skołowanym organizmie produkcji serotonin, żeby te zagłuszyły uczucie rozpaczy wywołanie świadomością, że nigdy mojego pięknego arabskiego przyjaciela nie dotknę w taki sposób, jakbym chciał. Coś w ten deseń. Świadome sprawianie konstruktywnego bólu ciału było sposobem na niwelowanie bólu duszy.

Był to też mój sposób na uzyskanie kontroli nad własnym ciałem, podporządkowania go – jego fizycznego rozwoju – mojej woli, mojemu własnemu działaniu, moim wyborom, a przez to zaakceptowanie go, uzyskanie w nim i poprzez nie trochę więcej pewności siebie. W skład tego wchodził bolesny i skomplikowany proces mojego godzenia się z najbardziej wstydliwym, bulwersującym i nieposłusznym wymiarem mojego doświadczenia własnego ciała: tego, że pragnęło ono mężczyzn.

Pełniło to więc dla mnie funkcję terapeutyczną.

Timothy Gbadeyan (4)

Timothy Gbadeyan

Moje życie pełne przeprowadzek, dziwnych zwrotów akcji, urywanych kontraktów i gwałtownych zerwań z miejscami, których nie mogłem już dłużej wytrzymać, spowodowało wiele przerw i nieregularności w moim machaniu hantlami i podnoszeniu sztangi, cykle upadku formy i powrotów do niej. Dwa razy spulchniłem się o dobrych parę kilo na dłuższy czas. Przez dwa lata po studiach pracowałem we Francji na krótkich kilkumiesięcznych kontraktach w różnych zwykle małych miejscowościach, gdzie nie było pod ręką takich miejsc, a ja nie miałem czasu na nic poza pracą. Raz przerwałem jakąkolwiek aktywność fizyczną na rok chyba, zmęczony i udręczony pracą i dojazdami, w pułapce łupieżczej umowy abonamentowej z siłownią, która okazała się koszmarem i zaczęła mnie ścigać jakimiś windykacyjnymi zbirami, kiedy powiedziałem, że nie będę więcej płacił, bo oni nie wywiązują się ze swojej części umowy (zepsute maszyny pozostawiane bez naprawy miesiącami). Takie historie z siłkami, zwłaszcza dużych sieci, są w Wielkiej Brytanii na porządku dziennym – neofeudalne praktyki obracania klienta w chłopa pańszczyźnianego dosłownie uwięzionego w umowach nie do rozwiązania to brytyjska plaga. Przytyłem wtedy dobrych parę kilo i sflaczałem, na szczęście nie na zawsze. Niemniej jednak, ostatecznie różnica między znacznie większym mężczyzną, którym jestem dzisiaj, o wiele, wiele silniejszym, a tą przestraszoną życia „zapałką”, którą byłem wtedy, to jest też różnica psychologiczna.

Przy wszystkich moich radykalnych a częstych, transgranicznych zmianach adresów, mam za sobą doświadczenia siłowni, „gymów” w Polsce (w Dąbrowie Górniczej i w Warszawie), w Londynie, w Barcelonie i w Amsterdamie. Jak w przypadku każdego rodzaju instytucji „w Malinowskim sensie tego słowa”, różnice pomiędzy nimi mówią coś o całych społeczeństwach i grupach (klasach) społecznych.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Czytaj dalej

Reklamy

Obama i Trump, różnica i powtórzenie

Czas nauczyć się tej frazy: współczesne amerykańskie obozy koncentracyjne.

Nie tylko Guantanamo, nie tylko niegdysiejsze Abu Ghraib. Dziś także prowadzone przez federalną agencję graniczną ICE (U.S. Immigration and Customs Enforcement) lub na jej zlecenie przez prywatnych kontrahentów. Restrykcyjna i bezlitosna polityka imigracyjna administracji prezydenta Donalda Trumpa jest prawdziwym humanitarnym skandalem. Najazdy na miejsca, w których pracuje wielu przybyszów z Ameryki Środkowej; odbieranie dzieci rodzicom i wywożenie ich przez agentów na lotniska pod osłoną nocy; kilkuletnie dzieci za kratkami, a także stawiane przed sądem, by samotnie broniły swych praw; ludzie przetrzymywani bez wyroku, zarzutów, prawidłowego procesu, prawa do wysłuchania. Domniemanie winy wobec uchodźców, którzy powinni mieć prawo do azylu.

Kiedy w mediach społecznościowych i serwisach informacyjnych amerykańskich mediów (chyba właśnie w takiej kolejności) gruchnęło w końcu o rozmiarach i okrucieństwie tego wszystkiego w ostatnich tygodniach, wśród najbardziej „wiralowych”, bulwersujących zdjęć – kilkuletnie dzieci płaczące z przerażenia w klatkach, w których je pozamykano, karierę zrobiły i takie, które szybko zidentyfikowano jako pochodzące jeszcze z… 2014 roku. Tak, zrobiono je na długo przed Trumpem w Białym Domu, w okresie panowania oświeconego Baracka Obamy, laureata Pokojowej Nagrody Nobla. I przedstawiały ten sam proceder, te same sytuacje, w tych samych obozach koncentracyjnych prowadzonych przez tych samych prywatnych kontrahentów – poza datą i „winą Trumpa” wszystko się zgadzało.

Deporter-in-Chief

Nie, Donald Trump niczego tu nie zaczął, niczego sam nie stworzył, nie jest autorem tej polityki; przejął tylko i okrasił swoim wulgarnym, otwarcie rasistowskim wolapikiem politykę systemowego, niewypowiadanego na głos rasizmu w białych rękawiczkach odziedziczoną po swoim poprzedniku, najpiękniejszym z amerykańskich prezydentów. Nie można nawet z czystym sumieniem powiedzieć, że Trump imigracyjną politykę Obamy eskalował, zwielokrotnił, zaostrzył, bo to by przypisywało Obamie większy umiar. W istocie amerykańscy aktywiści zaangażowani w obronę praw imigrantów mieli na Obamę, gdy ten był jeszcze u władzy, swoją środowiskową ksywkę: Deporter-in-Chief, „Pierwszy” albo „Główny Deportujący”.

Administracja Obamy deportowała znacznie więcej osób niż administracja Busha młodszego, która założyła (z połączenia i poprzesuwania kompetencji innych, starszych agencji) ICE. Administracja Obamy zwiększyła do bizantyjskich rozmiarów jej finansowanie: w 2015 sięgnęło ono 18 miliardów dolarów, więcej niż wszystkich innych amerykańskich agencji law enforcement (FBI, DEA, ATF, itd.) razem wziętych. Wszystko po to, by na przestrzeni dwóch kadencji prezydenckich deportować co najmniej 2,5 miliona ludzi, prawdopodobnie więcej niż administracje wszystkich XX-wiecznych prezydentów razem wziętych.

Oficjalny dyskurs uzasadniał tę politykę tak samo, jak dziś, za Trumpa: „bezpieczeństwem”. Pozbywano się jakoby wyłącznie imigrantów, którzy w USA popełniali przestępstwa. Żeby to było w minimalnym stopniu logiczne, w USA musiałby mieć miejsce nagły, wielokrotny wzrost przestępczości imigrantów. Nie, nie miał miejsca. W istocie deportowano nawet osoby, które do USA przyjechały z rodzicami w dzieciństwie i w ogóle nie pamiętały swoich krajów pochodzenia, do krajów tak niebezpiecznych jak Honduras (od czasu zamachu stanu w 2009 oficjalnie najniebezpieczniejsze miejsce na zachodniej półkuli) za drobne wykroczenia drogowe. Lewicowa dziennikarka Abby Martin, związana z południowoamerykańską telewizją Telesur, była świadkiem poprzedzających deportacje masowych procesów za czasów poprzedniego prezydenta, w toku których sędziowie rozprawiali się na raz z kilkudziesięcioma „nielegalnymi”. Zdaniem Martin tempo deportacji przeprowadzanych przez administrację Trumpa wciąż jest poniżej „wydajności” administracji Obamy; podobnie pół roku temu oceniał neoliberalny brytyjski „The Economist”.

Kontinuum: Bush – Obama – Trump

Początki prezydentury Obamy Tariq Ali podsumował esejem President of Cant w „New Left Review” (po roku) a potem książką The Obama Syndrome (po połowie pierwszej kadencji). Główne tezy analizy pakistańsko-brytyjskiego marksisty nie straciły niestety na aktualności na przestrzeni dwóch kadencji Obamy; dobrze podsumowywała je już okładka książki: przedstawiała portret Obamy en face, przez który „wyłazi” twarz George’a W. Busha.

Kilka umiarkowanych, centrowych reform w polityce wewnętrznej – które jako wprowadzone prezydenckimi dekretami (executive orders), a nie przez Kongres – okazały się, jak słynna reforma służby zdrowia, odwracalne. W polityce zagranicznej, której skutki odciskają się na życiu miliardów ludzi poza Stanami Zjednoczonymi, było sporo dobrych chęci, na których często musiało się kończyć (nieudane próby zamknięcia obozu koncentracyjnego w bazie Guantanamo, uniemożliwiane w Kongresie) i umowa z Iranem. Poza tym – tam, gdzie stawką były wielkie geopolityczne, militarne i finansowe interesy amerykańskiego imperium – kontynuacja a nawet eskalacja zasadniczych trendów polityki Busha młodszego, ich systematyzacja, biurokratyzacja, udoskonalenie narzędzi, przesunięcie niektórych akcentów (wojna przy użyciu dronów w miejsce zamykanych katowni CIA).

Różnica w stosunku do poprzedników rysowała się głównie na poziomie stylu, wizerunku, PR. Gdzie Bill Clinton wykorzystywał swoje stażystki, Obama przeprowadził Biały Dom przez dwie kadencje bez skandali seksualnych. Gdzie Bush młodszy był niedouczonym półgłówkiem, z którego lapsusów można się było nabijać, oglądając CNN, Obama był elokwentnym erudytą, którego fotogeniczny uśmiech rozbrajał dziennikarzy i komentatorów liberalnych mediów. Gdzie Bush był rasistą, Obama był ciemnoskóry i miał wyjątkowo mieszane etniczne pochodzenie. Marzenie piarowca, jeżeli tym, co chcesz sprzedać, jest „zmiana”.

Z Trumpem jest tak samo w stosunku do jego poprzednika. Pomimo radykalnej różnicy stylu – od wulgarnego rasizmu i złych manier w kontaktach z mediami po szokujące „ranty” na Twitterze w środku nocy – zdumiewająco wiele z jego polityki jest prostą kontynuacją lub chaotycznym rozwinięciem tego, co przejął po administracji Obamy. Na polityce imigracyjnej się nie kończy.

Nawet obsceniczne prezenty podatkowe dla jego przyjaciół miliarderów miały swój odpowiednik na początku prezydentury Obamy. Była nim amnestia od jakiejkolwiek odpowiedzialności, prawnej i finansowej, jakiej udzielił bankierom i spekulantom finansowym odpowiedzialnym za wywołanie kryzysu finansowego 2008 roku.

Trump wywołał oburzenie awansowaniem na szefową CIA Giny Haspel, osobiście odpowiedzialnej za przypadki tortur w amerykańskich katowniach w ramach ogłoszonej przez Busha młodszego „wojny z terroryzmem”, a potem za usuwanie dowodów tych tortur w postaci ich nagrań. Poprzedzające nominację przesłuchania przed amerykańskim Senatem pokazały, że Haspel – pytana konkretnie o to przez senator Kamalę Harris – do dzisiaj nie widzi w tych torturach nic niemoralnego. Ale odpowiedzialność za fakt, że taka socjopatka jak Haspel, podobnie jak inni kaci rozsiani po świecie w torturowniach George’a W. Busha, mogła spokojnie do dzisiaj robić karierę w CIA, nie niepokojona przez aparat sprawiedliwości, również spoczywa na Obamie. To była druga – obok tej dla finansjery – z wielkich amnestii, od jakich Obama postanowił rozpocząć swoją pierwszą kadencję. „Patrzmy w przyszłość, nie w przeszłość” – powiedział. Aż przyszłość okazała się tym samym, co przeszłość, a Gina Haspel symbolem fundamentalnej ciągłości tych trzech administracji: Busha, Obamy i Trumpa.

Na Wschodzie bez zmian

Trump był szeroko krytykowany za korupcyjny charakter swoich umizgów do saudyjskiej rodziny królewskiej – ale i tutaj widzimy ciągłość z poprzednikiem, bo żadna waszyngtońska administracja nie zrobiła dotąd Saudom lepiej niż administracja Obamy. Przez tych osiem lat Biały Dom dostarczył Ar-Rijadowi broń i szkolenia o łącznej wartości 115 miliardów dolarów, robiąc to nawet wtedy, kiedy z ich użyciem Saudowie obracali już Jemen w piekło na ziemi.

Stany Zjednoczone Donalda Trumpa zaangażowane są w regularne wojny w siedmiu krajach, nie licząc szemranych „ekspedycji” grup wojskowych w kilkudziesięciu krajach (najwięcej w Afryce), zwykle bez większej wiedzy Kongresu, a co dopiero opinii publicznej. Wszystkie te wojny Trump odziedziczył po Obamie, nie ponosi odpowiedzialności za wybuch czy amerykańskie zaangażowanie w żadną z nich. Administracja Obamy do dnia ostatniego kontynuowała wojny, które przejęła w spadku po Bushu młodszym (w Afganistanie, Iraku i Somalii) i rozpoczęła cztery nowe: w Libii, Syrii, Jemenie i na północy oficjalnego sojusznika, Pakistanu.

Na wojnie siły Trumpa na masową skalę bombardują cele przy użyciu dronów – ale to Obama znormalizował prowadzenie wojny takimi metodami. Bush stosował je w drodze wyjątku, jako „dodatek” do wojny tradycyjnymi metodami. Obama uczynił z nich codzienność funkcjonowania Imperium Amerykańskiego w obszarach jego zwiększonego zainteresowania militarnego. W samym tylko pierwszym roku swojego urzędowania Obama przeprowadził więcej ataków przy użyciu dronów niż George W. Bush przez całą swoją prezydenturę, i to według oficjalnych statystyk administracji Obamy, które kto wie, o ile są zaniżone. A potem było jeszcze gorzej.

Instrumenty autorytaryzmu

Pierwszy problem z dronami polega na tym, że ich użycie – zdalnie sterowane z odległej bazy, mogą operować gdziekolwiek, bez formalnego postawienia przez amerykańskiego żołnierza stopy na obcym terytorium – rozmazuje kluczowe w prawie międzynarodowym rozróżnienia między terytorium w stanie pokoju a terytorium w stanie wojny. Zniesienie tego rozróżnienia pozwala na prowadzenie wojen nieoficjalnych, nigdy nikomu nie wypowiedzianych, coraz dalej od jakkolwiek rozumianej demokratycznej kontroli. Takie były Obamy wojny w północnym Pakistanie i Jemenie (przed wybuchem w 2015 obecnej wojny domowej). Drugi problem z dronami polega na tym, że ich chirurgiczna precyzja jest mitem, a miażdżąca większość ofiar to przypadkowe osoby, które znalazły się w towarzystwie, sąsiedztwie albo zamiast „uzasadnionego” celu. I to uzasadnionego tylko jeśli – i to są kolejne problemy – zgodzimy się, że jest coś uzasadnionego w zabijaniu obywateli obcych państw, których winą jest np. przynależność do organizacji deklarujących wrogość do Stanów Zjednoczonych, a także orzekanie o tym bez procesu, prawa do obrony, w drodze objętej ścisłą tajemnicą administracyjnej decyzji podejmowanej za zamkniętymi drzwiami przez prezydenta USA, na podstawie rekomendacji służb, w których dobre intencje nie mamy powodu wierzyć.

Demontaż demokratycznych standardów prawnych w związku z przyznaniem atakom z dronów tak ogromnej roli we współczesnej praktyce wojennej Stanów Zjednoczonych jest częścią szerszego procesu, którym zarządzała administracja Obamy. Procesu gromadzenia w Białym Domu coraz liczniejszych autorytarnych instrumentów władzy, niepodlegających żadnej publicznej kontroli, z dala od oczu Kongresu, prasy, sądów. Administracja Obamy przyznała sobie prawo do zabijania w ten sam sposób (z dronów, bez wyroku, podpisem prezydenta) także obywateli amerykańskich. W 2011 zalegalizowała możliwość bezterminowego przetrzymywania podejrzanych bez przedstawienia im formalnych zarzutów i realizacji ich prawa do procesu. To również za Obamy nastąpiła prawdziwa eksplozja globalnych programów masowego szpiegowania wszystkich i wszystkiego. Ci, którzy biją na alarm, że Trump zaprowadzi w USA faszyzm, powinni przynajmniej przyznać, że wszystkie pomocne ku temu narzędzia otrzymał na dzień dobry w prezencie od Obamy – wystarczy, że postawi kropkę nad i.

Hologram i marchewkowy Kaligula

Należę do tych, którzy wierzą w dobre intencje Obamy – nie tak miało być, na pewno nie aż tak źle. Obama nigdy nie był radykałem; zmiana, którą chciał przynieść, nie wykraczała poza horyzont „zdroworozsądkowej” postępowości stricte liberalnej, jednak w kilka tych liberalnie postępowych wartości pewnie wierzył naprawdę. O lepszym dziedzictwie, jakie chciał po sobie zostawić, świadczy chociażby umowa z Iranem, dla której zaryzykował cały swój polityczny kapitał. Biorąc pod uwagę jego nieukrywany antagonizm z premierem Izraela Binjaminem Netanjahu, to, że po sporze o Iran i tak podniósł jeszcze sumy, na jakie Waszyngton subwencjonuje izraelskie zbrodnie wojenne, świadczy dla mnie o jego słabości raczej niż cynizmie. Zbyt często brakowało odwagi – jak pokazały małżeństwa homoseksualne, z którymi czekał tak długo, ze strachu, że mogą mu przekreślić reelekcję.

Jako pierwszy Afroamerykanin na najwyższym amerykańskim urzędzie stanął w obliczu sił trwalszych niż prezydenckie administracje, które na pewno dały mu do zrozumienia, że jest tolerowany, pod warunkiem, że się za bardzo nie wychyli, że mu się np. nie zacznie na serio roić jakiś powiedzmy pacyfizm. Sił, które na uwadze mają zawsze długofalowe imperialne interesy Stanów Zjednoczonych i własną pozycję jako ich gwaranta lub beneficjenta. Dysponenci wielkiego kapitału, Pentagon, CIA, itd.

Jako inteligentny i utalentowany polityk, Obama umiał manewrować tak, żeby przetrwać dwie kadencje, niezagrożony np. impeachmentem, ale za cenę stanowczo zbyt daleko idących kompromisów. Trump, nieokrzesany i wulgarny, polityczny amator i demagog, nie ma talentów i doświadczenia Obamy, dlatego te same siły, które Obamę utrzymywały w ryzach, żeby mu się nie zamarzyło za dużo postępowości i emancypacji, wobec Trumpa od razu przystąpiły do prób zniszczenia go – z obawy, że jego obłąkanie i nieprzewidywalność zachwieją podstawami Imperium Amerykańskiego, a jego sympatia dla Władymira Putina, jakiekolwiek są jej powody, odsunie perspektywę wojny z Rosją, dla której z taką nadzieją tyle zainwestowali w kandydaturę Hillary Clinton. Bo tym właśnie jest Russiagate, wojną domową wewnątrz amerykańskiej prawicy (obejmującej Republikanów i większość Demokratów zasiadających w Kongresie), rebelią frakcji wojny z Rosją i frakcji długofalowych interesów Imperium przeciwko frakcji natychmiastowej grabieży, skupionej wokół Trumpa.

Jeśli zgodzimy się, że w polityce, zwłaszcza tak wielkiej, dobre chęci to stanowczo za mało, to może się okazać, że główna różnica między administracjami Obamy i Trumpa będzie taka. Trump nie tyle z czymś radykalnie zerwał, co zepsuł ogromny hologram z olśniewającym uśmiechem telegenicznego poprzednika – hologram, który przesłaniał Amerykanom i sporej części świata widok na to, czym naprawdę są Stany Zjednoczone Ameryki Północnej: ufundowanym na rasistowskiej przemocy nienasyconym imperium, któremu się wydaje, że cały świat jest jego własnością, żerowiskiem i śmietnikiem. Polityczna i moralna brzydota Trumpa, to jak bezwstydnie posługuje się on rasistowską i seksistowską retoryką, jak histerycznie się zachowuje, kiedy urażone jest jego ego, przebudziła już miliony Amerykanów z letargu, w jakim utrzymywała ich prezydentura Obamy („skoro czarny mężczyzna został już prezydentem, to jest dobrze i będzie tylko coraz lepiej!”).

Ich pierwszą reakcją jest opór przeciwko polityce Trumpa i jemu samemu, a ten powinien szybko prowadzić do odkrycia, że prawie wszystko, co im się w Trumpie nie podoba, działo się już, w ten czy inny sposób, wcześniej, ma długą historię, leży w naturze, czasem nawet u fundamentów ich państwa. Od dziesięcioleci nie było w Stanach takiej politycznej mobilizacji. ICE straciła na deportacyjnej „wydajności” z czasów Obamy, bo Amerykanie po raz pierwszy zaczęli tej polityce stawiać masowy opór (dziesiątki miast ogłosiły się sanctuary cities, miastami bezpiecznymi dla imigrantów, odmawiającymi współpracy z ICE). Gdy piszę te słowa setki kobiet blokują korytarz w Departamencie Sprawiedliwości, domagając się rozwiązania ICE. Wielu Amerykanów dopiero gdy Trump wykonał pierwsze swojej administracji mordy z dronów (niektóre z nich nawet autoryzowane jeszcze przez Obamę, ale nie wykonane przed 20 stycznia 2017) zorientowało się, że Waszyngton robi to od dawna rutynowo. I tak dalej.

W tej sytuacji do zadań lewicy – w Stanach i wszędzie indziej, bo nikt nie jest wolny od skutków amerykańskiej polityki – musi należeć to, by nie dać się wkręcić w narrację, że to tylko Trump jest problemem, że bez niego wszystko będzie dobrze. A także nie dać się wkręcić w najgłupszą wersję tej historii: że Trump jest zły, bo jest marionetką Putina, u władzy dzięki rosyjskim hakerom a nie patologiom amerykańskiej tzw. demokracji. Jedyny interesujący aspekt tej historii jest taki, że wojna domowa wewnątrz imperialnej prawicy, której ta historia jest przejawem, tworzy szczeliny, przez które radykalna krytyka polityki Białego Domu może się dostać nawet do najbardziej zachowawczych mainstreamowych mediów i być przez nie należycie nagłośniona.

Problemem jest nie sam marchewkowy Kaligula tylko Imperium, na czele którego stoi.

Tekst ukazał się na łamach portau Strajk.eu 7 lipca 2018.

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Trump, ONZ i upadek Imperium

19 czerwca 2018 ambasadorka USA przy ONZ Nimrata Randhawa, ukrywająca się pod pseudonimem Nikki Haley, ogłosiła, że Stany Zjednoczone występują z Rady Praw Człowieka Organizacji Narodów Zjednoczonych (UNHRC), ciała pomocniczego Zgromadzenia Ogólnego. Rada bowiem, w uzasadnieniu Haley, systematycznie uniemożliwia podjęcie kroków przeciwko “zbrodniczym reżimom” takiej np. Wenezueli czy Iranu, obsesyjnie w zamian atakując „państwa o wzorowym dorobku w zakresie praw człowieka”, takie jak Izrael.

Sednem sprawy jest bez wątpienia ten ostatni. Wbrew temu, jak niektórzy donoszą o tym wydarzeniu w Polsce, nie ma ono bezpośredniego związku z naruszeniami praw człowieka przez samą administrację Trumpa, np. w procederze masowych deportacji i związanego z nimi odbierania dzieci rodzicom. Amerykańskie pogwałcenia praw człowieka zawsze pozostawały poza realnym zasięgiem prawa międzynarodowego, nie brakowało ich też pod administracją Obamy. Stany Zjednoczone mogłyby jednocześnie zasiadać sobie wciąż w UNHRC i mnożyć u siebie obozy koncentracyjne – i nikt z zewnątrz nie mógłby nic z tym zrobić, tak jak nie mógł nigdy wcześniej.

Szokujący gest Waszyngtonu w oczywisty sposób wpisuje się w ciąg proizraelskich posunięć amerykańskiej dyplomacji, bynajmniej nie zapoczątkowanych przez administrację Donalda Trumpa. Co się istotnie zmieniło, odkąd w Gabinecie Owalnym swoje kiczowate złote zasłony zawiesił nieobliczalny marchewkowy pajac, to styl w jakim są one rozgrywane. Reprezentantka administracji Trumpa w ONZ obróciła posiedzenia Rady Bezpieczeństwa i Zgromadzenia Ogólnego w scenę bezceremonialnych fochów Waszyngtonu i jawnych pogróżek pod adresem tych państw i instytucji, które odmawiają potulnego wykonywania amerykańskich poleceń.

Siła i konwenanse

Oczywiście, kolejne skandaliczne posunięcie USA słusznie wywołuje gniew i oburzenie, bo ujawnia stopień, w jakim Imperium Amerykańskie lekceważy prawo międzynarodowe, jego instytucje i ideały, a także jego inne podmioty. Zerwanie przez Waszyngton zasłony hipokryzji budzi uzasadnione obawy: co jeśli ta hipokryzja, wraz z wymuszoną przez nią grą pozorów, bywała czasem ostatnim hamulcem, powstrzymującym USA przed robieniem na arenie międzynarodowej wszystkiego, na co miałyby ochotę i na co im pozwala ich militarna potęga?

Jednak potęga Imperium Amerykańskiego opierała się od II wojny światowej owszem na nagiej sile, ale w połączeniu z grą pozorów, w połączeniu z propagandowymi ściemami o wolności i demokracji, z poszanowaniem, przynajmniej na powierzchni i dla niektórych, pewnych reguł międzynarodowego „ceremoniału”. Wszystko to sprawiało, że miliony ludzi w różnych częściach świata, nierzadko całe lub prawie całe społeczeństwa, wierzyły w amerykańskie argumenty tam, gdzie USA uciekały się jednak do nagiej siły, w te wszystkie baśnie o „przywództwie wolnego świata”, w zawsze dobre chęci, nawet tam, gdzie rezultaty były katastrofalne. Wierzyły we „wspólnotę wartości”, stabilność takiego porządku, w sens tego, żeby w ich kraju albo w jego sąsiedztwie stacjonowali amerykańscy Marines, itd. Pozbywając się tej fasady, pozostawiając arogancję i siłę bez kamuflażu, Imperium Amerykańskie na dłuższą metę podkopuje swoją własną potęgę, swoją globalną hegemonię, obnażając przemoc, na jakiej jest ona zbudowana. W reakcji na samą tylko nagą siłę ludzie najpierw może i reagują bojaźnią i trwogą, ale potem przechodzą w gniew i opór.

W takich warunkach szybko okaże się, że nagle wcale nie jesteśmy tacy osamotnieni z naszymi antyimperialistycznymi przekonaniami o tym, czym naprawdę są Stany Zjednoczone, że te nasze poglądy nagle nie są już niczym ekscentrycznym. Amerykańska dominacja traci swoją legitymizację, traci swoją oczywistość i uzasadnienia. Wbrew pozorom traci też swoją skuteczność.

Donald i Bibi

Skoro akty największej arogancji administracji Donalda Trumpa na arenie międzynarodowej tak często rozgrywają się wokół Izraela, to i na tym właśnie przykładzie można pokazać, jak to działa.

Uznając wszystkie pretensje Izraela i stając otwarcie po jego stronie, odrzucając odgrywaną przez dziesiątki lat farsę, że Stany Zjednoczone są w sprawie neutralnym mediatorem, Trump krótkoterminowo umocnił tak samego premiera Binjamina Netanjahu (ksywka Bibi), jak i cały reżim izraelskiego apartheidu. Ale tylko krótkoterminowo, bo tym, co temu reżimowi gwarantowało taką bezkarność i utrzymywanie okupacji jako stanu de facto permanentnego, była właśnie ta porzucona farsa: „proces pokojowy”, amerykańskie „mediacje”, obietnice, że kiedyś jakieś tam państwo palestyńskie powstanie, że z Jerozolimą – tylko że cały ten „konflikt” jest tak strasznie „skomplikowany”!

Kiedy Ameryka przestaje udawać mediatora i ogłasza się otwarcie tym, czym od pół wieku przecież była, aktywną stroną, splecioną w miłosnym uścisku z Izraelem, zainteresowaną tylko jego interesami, cała ta konstrukcja zaczyna się rozpadać. Do międzynarodowej opinii publicznej i innych rządów coraz szybciej dociera, że okupacja trwa tak długo, bo Izrael i USA nigdy nie chciały jej zakończyć. Że „konflikt” toczy się wciąż nie dlatego, że jest tak skomplikowany, a dlatego, że jest tak prosty: jedna strona, w oparciu o potęgę własną i największego supermocarstwa, chce drugiej odebrać wszystko i nie oddać niczego. Rezultatem będzie, prędzej czy później, międzynarodowa izolacja Izraela.

Scenariusz ten niezależny dziennikarz Jonathan Cook rysował już w pierwszych dniach prezydentury Donalda Trumpa, ja się z nim wtedy zgadzałem. Dziś palestyńska pisarka Nada Elia na łamach arabskiego serwisu Middle East Eye z jednej strony, jak i pismo postępowych amerykańskich Żydów, „Forward”, z drugiej, piszą zgodnie, że polityka Trumpa paradoksalnie przesunęła kwestię palestyńską do mainstreamu amerykańskiej polityki, sprawiła, że izraelskie zbrodnie przestały być tematem tabu dla polityków Partii Demokratycznej, a jej szeregowi członkowie i elektorat dystansują się od Izraela w takim tempie, że otwarte stanowisko przeciwko izraelskiej okupacji wkrótce okaże się nie tylko możliwym, ale wręcz obowiązkowym punktem programu kandydatów z ramienia Partii Demokratycznej. Rok 2018 i przeniesienie ambasady USA do Jerozolimy historia może jeszcze ocenić jako początek końca izraelskiej okupacji i apartheidu.

Znikające punkty (na liście sojuszników)

Podobną lub pokrewną dynamikę obserwujemy na innych poziomach i osiach globalnych stosunków władzy. Bezceremonialne postępowanie administracji Trumpa oraz jej nieprzewidywalność przyspieszyły proces, w którym Stanom Zjednoczonym zaczyna ubywać długofalowo wiernych sojuszników.

Pakistan przesunął się w orbitę Chin, dołączając w ten sposób do rosnącej konstelacji państw Azji i Afryki, które wolą wielkie chińskie projekty infrastrukturalne od kolejnych amerykańskich baz wojskowych. Indie pozostają sojusznikiem, ale nie słuchają już amerykańskich instrukcji w zakresie tego, od kogo mogą, a od kogo nie mogą sobie kupować uzbrojenia (i kupują od Rosji). Turcja, państwo z drugą największą armią w NATO, w oczywisty już sposób rozgląda się po mapie za alternatywnymi sojuszami.

Sprawy mają się jednak coraz gorzej także z tradycyjnymi najbliższymi („kulturowymi”) sojusznikami USA – krajami europejskimi i anglosaskimi. Na ostatnim szczycie G7 Trump ustawił przeciwko sobie całą pozostałą szóstkę. Francja, Wielka Brytania, Niemcy, Nowa Zelandia z coraz większą częstotliwością odmawiają głosowania w Radzie Bezpieczeństwa czy na Zgromadzeniu Ogólnym ONZ zgodnie z oczekiwaniami Waszyngtonu i otwarcie krytykują kolejne posunięcia Białego Domu (np. przeniesienie ambasady USA do Izraela, odstąpienie od umowy z Iranem). W Wielkiej Brytanii z ław Parlamentu padały głosy, żeby urzędującego prezydenta największego anglosaskiego sojusznika uczynić persona non grata i uniemożliwić jego wizytę w Londynie – rzecz nie do pomyślenia w dotychczasowej historii relacji pomiędzy tymi państwami. Merkel i Macron obgryzają po kątach paznokcie, zastanawiając się, na czym zamiast nieprzewidywalnych teraz Stanów Zjednoczonych oprzeć europejską doktrynę obronną. Szykuje się Amerykanom wojna celna nawet z Kanadą, krajem, który jeszcze nie tak dawno Samir Amin wykpiwał, nazywając go „zewnętrzną prowincją USA”.

W różnych częściach świata już nie tylko ruchy lewicowe czy antykolonialne, ale też konserwatywne czy neoliberalne elity polityczne i ekonomiczne, nawet te przywykłe do rozpoztartych nad nimi amerykańskich skrzydeł i całkiem pod nimi zadowolone, coraz bardziej nerwowo rozmyślają o architekturze swoich sojuszy i ich przyszłości.

Prawo, pozory i Imperium

Kiedy zatrzymujemy się na poziomie odruchowego oburzenia brakiem szacunku obecnej amerykańskiej administracji dla prawa międzynarodowego i jego instytucji, zbyt łatwo zatrzymujemy się w zawężonym polu wyznaczonym przez milczące założenie, że prawo międzynarodowe i jego instytucje to jest byt neutralny, obiektywny, samorzutnie etyczny. Że to produkt neutralnej umowy zawartej pomiędzy równymi sobie państwami, które się wszystkie wspólnie zobowiązały do przestrzegania uniwersalnych zasad gwarantujących każdemu z nich taką samą ochronę w kontaktach z innymi, w zamian za akceptację takich samych zobowiązań. I choć taki jest oficjalny dyskurs prawa międzynarodowego i jego instytucji, choć taka jest ideologia, która je legitymizuje i sprawia, że w ogóle szanujemy ideę prawa międzynarodowego, a gdy trzeba, to się do niego odwołujemy – to mimo wszystko nie jest to realistyczny opis przedmiotu, a zwłaszcza genezy jego realnie istniejącej postaci.

Współczesna architektura prawa międzynarodowego, z centralną rolą ONZ, została zaprojektowana przez Stany Zjednoczone jako to supermocarstwo, które wyszło z drugiej wojny światowej najpotężniejsze, przejmując w systemie kapitalistycznym pozycję hegemona po upadającym Imperium Brytyjskim. Było tam miejsce na interesy mocarstw mniejszych i ramy dla praktykowania antagonizmu z konkurencyjnym supermocarstwem (Związkiem Radzieckim), któremu coś się należało w zamian za wykonanie większości brudnej roboty w wojnie z III Rzeszą – jednak prawdziwym celem tego wszystkiego było stworzenie takiego szkieletu globalnego systemu państw narodowych, który zabezpieczyłby w nim długofalowo dominującą pozycję Stanów Zjednoczonych, a w drugiej kolejności interesy ich wybranych sojuszników, w zamian za ich posłuszeństwo w kluczowych sprawach.

Językiem uniwersalizmu musiały się te struktury posługiwać, żeby uzyskać uniwersalną legitymizację. Język uniwersalizmu umożliwił w tej przestrzeni proces emancypacji dawnych europejskich kolonii, mile jednak widziany przez głównego administratora całego tego systemu także dlatego, że osłabiał niegdysiejsze europejskie mocarstwa, czyniąc je wobec amerykańskiej potęgi znacznie mniejszymi graczami. Testem na szczerość uniwersalizmu instytucji prawa międzynarodowego były późniejsze próby złapania ich uniwersalnego języka i obietnic za słowo przez dopiero co wyemancypowane byłe kolonie. Próbowały one przemodelować struktury władzy w ONZ i innych instytucjach międzynarodowych tak, żeby nie odzwierciedlały tylko zachodniej dominacji nad resztą świata i żeby im pomogły ostatecznie przekroczyć kondycję ekonomiczną odziedziczoną po kolonializmie. Próby te zostały przez Amerykanów z sojusznikami skutecznie zduszone (patrz: Vijay Prashad, The Darker Nations). Kolejnym takim testem są podejmowane od wielu lat wysiłki na rzecz reformy Rady Bezpieczeństwa ONZ, w której pięciu stałych członków, każdy z prawem weta, to wciąż te same mocarstwa, które wyszły zwycięsko z drugiej wojny światowej. Było to wszak dość dawno temu i w żaden sposób nie odzwierciedla współczesnej sytuacji międzynarodowej – ale sprawdza się jako instrument amerykańskiej dominacji, pozostaje więc bez zmian.

Prawo międzynarodowe jest jednym z filarów amerykańskiej potęgi – nawet jeśli czasem tylko po to, by dało się je jakoś obejść lub przy użyciu jego instytucji zrobić całą społeczność międzynarodową w balona (iracka broń masowego rażenia). Kiedy Waszyngton zaczyna się wypinać na prawo międzynarodowe i jego instytucje, wypisywać się z międzynarodowych gremiów, trzaskać drzwiami na posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa, zrywać zawarte już wielostronne umowy i odstępować od przyjętych już zobowiązań, powoli rozmontowuje istotne filary swojego własnego imperium. Trump może myśleć, że takim chamstwem i arogancją demonstruje tego imperium siłę, w istocie jednak akceleruje jego gwałtowny upadek.

I to jest na swój sposób dobra wiadomość – dla tych wszystkich z nas, którzy wiemy, że to nie jest najlepszy z możliwych światów.

Oburzeni, krytycy, nostalgicy

Jest na nie tylko polskiej lewicy coś w rodzaju „naiwnej szkoły krytyki Donalda Trumpa”. Ze słusznego oburzenia jego retoryką, stylem i posunięciami przedstawiciele tej szkoły stają się jednak mimowolnie, sami zwykle nie wiedząc kiedy, konserwatywnymi nostalgikami status quo ante lub melancholijnymi płaczkami wciąż w żałobie po Hillary Clinton. Argumentację wskazującą na to, że bezprecedensowy chaos tej prezydentury otwiera niespodziewane możliwości dla emancypacyjnej polityki na skalę globalną, ofukują, że to powtórka z „im gorzej, tym lepiej”, i że nic dobrego z tego nigdy nie wynikło.

Takie myślenie możliwe jest jednak tylko przy milczącym założeniu, że mamy wciąż przed sobą do wyboru jakieś lepiej i jakieś gorzej, albo przynajmniej to samo i gorzej. Tymczasem tak już nie jest, i to od dłuższego czasu, jeszcze sprzed Trumpa w Biały Domu – nie w głębokim strukturalnym kryzysie, w jakim znajduje się obecnie, nie od wczoraj, kapitalizm. W nadchodzącej przyszłości czekać nas może tylko gorzej; gorzej to wszystko, co przed nami – przez jakiś czas. Wybór jest jedynie między gorszym a gorszym, między różnymi wersjami gorszego, scenariuszami, według których potoczą się katastrofy nadchodzących lat. Z Hillary Clinton w Białym Domu też byłoby gorzej. Tylko w inny sposób. Być może już dawno toczyłaby się otwarta wojna NATO z Rosją i Iranem, przewidziana przecież w jej programie polityki międzynarodowej, choć ukryta tam pod zwodniczym kryptonimem (no-fly zone nad Syrią) – za to znacznie trudniej byłoby wówczas Imperium Amerykańskiemu stawiać opór, bo zniszczenie siałoby ono przy wsparciu odziedziczonej po Obamie dyplomacji i PR, a więc w doskonałej harmonii ze swoimi europejskimi sojusznikami.

Czy to znaczy, że wszystko jedno? Oczywiście, że nie. Od tego, który konkretnie spośród wielu możliwych scenariuszy owego gorzej faktycznie się rozegra, zależało będzie, jaki świat ostatecznie się wyłoni, gdy będzie już po wszystkim. Jedno wielkie pogorzelisko po światowej wojnie atomowej, fully automated luxury communism czy któraś z możliwości pomiędzy.

Trump to człowiek, który – jak to czasem mawiają Francuzi – „nie wie w południe, co będzie robił o drugiej”. Nawet burżuazje narodowe przyzwyczajone do kalkulowania swojej polityki z założeniem amerykańskiej dominacji na podobieństwo obiektywnego faktu z porządku natury, utraciły wiarę, że Imperium Amerykańskie jest gwarantem przewidywalności całego tego systemu. Już nie jest. Dlatego w warunkach takiej destabilizacji, konfuzji i nagłych przedefiniowań sojuszy postępowe, lewicowe, antyimperialistyczne siły mogą ostatecznie wygrać więcej.

Wyobraźmy sobie na przykład, że w październiku Lula da Silva wróci w Brazylii do władzy, albo – jeżeli tamtejszej prawicy uda się zatrzymać go w więzieniu – władzę przejmie mimo wszystko nieoficjalny „awaryjny” kandydat Partido dos Trabalhadores, Fernando Haddad, a oligarchia i klika skupiona wokół obecnego prezydenta Michela Temera jednak nie odważą się na wojskowy zamach stanu. Brazylia wróci wówczas do aktywnej roli międzynarodowej, jaka charakteryzowała dwie prezydentury Luli i pierwszą Dilmy Rousseff. Lula i Rousseff prowadzili dyskretnie i kurtuazyjnie, ale całkiem skutecznie antyamerykańską dyplomację na intensywną, globalną skalę. Osiągnęli tyle, ile się dało w warunkach bez porównania stabilniejszej pod rządami Busha młodszego i Obamy pozycji Imperium Amerykańskiego w systemie światowym. Teraz, w okolicznościach tego Imperium coraz szybszego upadku, po kilku telefonach do Pretorii, Pekinu, Teheranu, Caracas, Quito, obrażonego na Trumpa Ciudad de Mexico, a może też Madrytu i Lizbony, Lula bądź Haddad będą mogli stanąć z innymi stolicami do gry o znacznie wyższe stawki. Oczywiście, już widzę to przerażenie pomieszane z niedowierzaniem w oczach lewicowego polskiego nostalgika i jego koleżanki płaczki: chyba straciłem rozum albo kontakt z rzeczywistością! A może to właśnie wy nie macie kontaktu z rzeczywistością? Bo sam Fernando Haddad myśli właśnie tak. W przeciwieństwie do was, nostalgiku i płaczko, brazylijska lewica była w tym stuleciu realnie u władzy – w piątym najludniejszym państwie świata – i choć została w końcu wysadzona z siodła, to przez kilkanaście lat odnosiła realne, wymierne sukcesy. Oni wiedzą o prawdziwym świecie coś, czego wy nie wiecie.

Upadek Imperium Amerykańskiego sam w sobie nie wystarczy, żeby świat stał się lepszym miejscem. Jest tego jednak koniecznym warunkiem wstępnym. Jak długo ten monstrualny pasożyt żeruje na reszcie ludzkości i planety, żadna globalna zmiana na lepsze nie jest możliwa. To boli, kiedy upadają imperia, czasem wszystkich wkoło. Ale skoro i tak obecny porządek światowy musi się rozpaść, a pod znakiem zapytania pozostaje jedynie, w jaki sposób – to Trump przynajmniej zniszczy Imperium Amerykańskie rękoma swojej własnej administracji, w której wyraźnie skupił się ten element wielkiej amerykańskiej burżuazji, który za możliwość większej grabieży teraz-zaraz-natychmiast gotów jest przehandlować interesy Stanów Zjednoczonych jako supermocarstwa w dłuższej perspektywie. To boli, kiedy upadają imperia, ale świat się na ich upadku nie kończy. Wykorzystajmy to, by gdy kurz już opadnie, stał się on (świat) lepszym miejscem. Bądźmy oburzeni, ale nie poprzestawajmy na tym i nie pozwólmy sobie osunąć się w melancholię, nostalgię, tęsknotę za tym, co było. Bo dla większości mieszkańców tej planety wcale nie było fajnie.

Jarosław Pietrzak

Jestem na Facebooku i Twitterze.

 

Barack Obama: zakładnik w Białym Domu

20 stycznia 2017 Barack Obama ustąpi – po dwóch kadencjach – swoje miejsce na szczycie struktur władzy w Waszyngtonie Donaldowi Trumpowi, zwycięzcy wyborów z 8 listopada 2016 roku. Zwycięstwo Trumpa było szczególnym upokorzeniem dla Obamy. Trump uczynił rasistowskie kwestionowanie „amerykańskości” Obamy, insynuacje, że nie urodził się w USA, itd., stałymi składnikami swojego politycznego trollowania jeszcze na długo, zanim został przez Partię Republikańską nominowany na jej kandydata w wyborach prezydenckich. Trump był kandydatem tak niedorzecznym i niekompetentnym, że Obama zapewne, jak większość Demokratów, do ostatnich tygodni przed wyborami nie wierzył, że jego zwycięstwo jest w ogóle na horyzoncie. A jednak.

Kandydatura Hillary Clinton, byłej sekretarz stanu w administracji Obamy, była przez wielu ujmowana w kategoriach nadchodzącej „trzeciej kadencji Obamy”. W tym sensie, że byłaby logiczną i prostą kontynuacją polityki rozwijanej w okresie, kiedy w najważniejszym fotelu Gabinetu Owalnego zasiadał Barack Obama. Dlatego wyborcza porażka Clinton jest także, w jakimś stopniu, oceną wystawioną przez amerykańskie społeczeństwo samemu Obamie. I mylą się ci, którzy sprowadzają rozczarowanie amerykańskiego społeczeństwa Obamą do rasistowskiego backlashu przeciwko pierwszemu czarnemu prezydentowi USA.

Swoje pierwsze wyborcze zwycięstwo – w 2008 roku – Obama odniósł na fali społecznego entuzjazmu i mobilizacji nie pamiętanymi wtedy w amerykańskiej polityce od dziesięcioleci. Wydawał się doskonałym anty-Bushem. Postępowe na amerykańskie warunki poglądy, oczytany, wykształcony i elokwentny, krytykował ekscesy Wall Street, które doprowadziły do kryzysu finansowego, jak i ekscesy „wojny z terroryzmem” ogłoszonej przez swojego poprzednika. Do tego Afroamerykanin, co wydawało się tak radykalną odpowiedzią na rasizm George’a Busha młodszego. Jakby tego wszystkiego było mało, Obama jest fizycznie pięknym mężczyzną, który rozkochuje w sobie obiektywy aparatów fotograficznych i kamer telewizyjnych – Amerykanie nigdy nie mieli piękniejszego prezydenta. Tak naprawdę, z odrobiny dystansu, wyglądało to wszystko aż za dobrze, jakby wymyślono go od początku do końca w najlepszej agencji PR.

Obama w pewnym sensie okazał się właśnie tym: wielką operacją PR-ową. Jego pozornie tak radykalna odmienność od Busha dawała głębszym strukturom amerykańskiego aparatu władzy, zdominowanego przez resorty bezpieczeństwa, przemysł wojny i baronów nowojorskiej finansjery, wspaniałą możliwość zwodzenia opinii publicznej i odwracania jej uwagi, podczas gdy wszystko, co politycznie najważniejsze, mogło toczyć się wciąż po staremu.

Obamie nie można odmówić, że miał znacznie większe, szczere ambicje i bardzo chciał stać się czymś więcej niż tylko efektowną fasadą tego samego, starego porządku. Pragnął przynieść realną zmianę. Okazało się jednak, że struktury władzy Imperium Amerykańskiego są niezwykle oporne i odporne na taką zmianę i prezydent „jest tylko prezydentem”, jak powiedział kiedyś Edward Snowden. Obama stanął twarzą w twarz z mechanizmami władzy, wobec których okazał się w znacznym stopniu bezsilny, zwłaszcza odkąd pozwolił „profesjonalistom” nadzorującym jego kampanię wyborczą w Partii Demokratycznej, zgodnie z przykazaniami wywiedzionymi z ich podręczników „profesjonalnej” polityki, by rozwiązali i rozesłali do domów bezprecedensowe tłumy aktywistów, które zmobilizowała jego kampania, a które – gdyby zdecydował się utrzymać ich mobilizację – mogły stanowić bazę legitymizująca i wspierającą politykę znacznie odważniejszą, taką, o jakiej prowadzeniu tak naprawdę marzył.

Obama na stanowisku prezydenta okazał się politykiem znacznie słabszym niż się spodziewał – był młody jak na prezydenta (ur. w 1961), co pomogło jego otoczeniu go zdominować, ale przede wszystkim jego afroamerykańska tożsamość sprawiła, że powstała wokół niego atmosfera, w której „wolno mu mniej”.

Ta sama stara gwardia, która odpowiadała za ekonomiczną politykę Stanów Zjednoczonych natychmiast znalazła drogę do jego administracji i żadnemu banksterowi nie stała się krzywda za doprowadzenie do kryzysu finansowego. Jego administracja prowadziła politykę pozornego stymulowania gospodarki, ale większość drukowanych przez nią pieniędzy i tak kończyła w obiegu spekulacyjnym, a nie w realnej, produktywnej gospodarce, a prawie 95% miejsc pracy powstałych w ciągu dwóch kadencji Obamy, okazało się według najnowszego raportu miejscami pracy niestabilnej i krótkoterminowej.

Przez osiem lat Obamie nie udało się zamknąć obozu koncentracyjnego w bazie Guantanamo, więżącego przypadkowych muzułmanów porywanych na całym świecie przez administrację Busha młodszego; obiecywał to w obydwu kampaniach wyborczych i przez większość czasu trwania obydwu kadencji.

Jestem przekonany, że chciał być tym prezydentem, z którego nazwiskiem będzie wiązać się zmiana w amerykańskiej polityce międzynarodowej, przede wszystkim odejście od polityki militaryzacji ładu światowego i mnożenia działań wojennych w różnych częściach planety.  Nie ma powodu nie wierzyć, że szczerze pragnął zasłużyć na pokojową Nagrodę Nobla, którą dostał za samo to, że nie jest Bushem. Świadczy o tym dobitnie determinacja, z jaką dążył do sfinalizowania umowy normalizującej w końcu stosunki z Iranem, na przekór bardzo potężnym grupom interesu, które od dawna parły na wojnę z tym krajem. Niemal wszędzie indziej poniósł jednak porażkę, okazując się bezsilnym zakładnikiem amerykańskiego przemysłu wojny.

Jego administracja kontynuowała agresywną politykę odziedziczoną po Bushu młodszym; bombardowała siedem państw: Libię, Syrię, Jemen, Somalię, Afganistan, Pakistan i Irak. Na drugi dzień po wiadomości o wyborczym zwycięstwie Donalda Trumpa Obama rozkazał bombardować pozycje syryjskiego ramienia al-Kaidy – do tamtej pory Amerykanie bombardowali różne siły w Syrii, ale nigdy nie pozycje al-Kaidy. Szczegółowe okoliczności czy jakiekolwiek przekonujące wyjaśnienie tej decyzji nie są, póki co, znane. Czyżby administracja Obamy, kiedy do Białego Domu wkroczyć ma przedstawiciel konkurencyjnej partii, chciała wyeliminować świadków i zniszczyć naprędce dowody skali, na jaką przez lata wspierała al-Kaidę w Syrii, byle tylko obalić prezydenta Baszszara al-Asada? Jeśli tak, to tę listopadową decyzję historycy być może będą w przyszłości widzieć jako swego rodzaju symbol „tragedii pomyłek”, w jaką obróciła się polityka międzynarodowa Obamy.

Pomimo widocznych, czasem dramatycznych napięć w kontaktach z premierem Izraela Binjaminem Netanjahu, okazał się ostatecznie za słaby, by nie ugiąć się pod presją izraelskiego lobby posiadającego patologicznie wielki wpływ na amerykański proces polityczny (organizacja lobbingowa AIPAC finansuje kampanie wyborcze większej części Kongresu). Umowa z Iranem była jedynym, w czym udało mu się przez osiem lat skutecznie „postawić” premierowi Netanjahu i jego lobby w Waszyngtonie. W drugiej kadencji Obama przyznał Izraelowi jeszcze większą subwencję na „bezpieczeństwo” – czytaj: na finansowanie okupacji Terytoriów Palestyńskich (38 miliardów dolarów rozłożonych na dziesięć lat). Grudniowe wstrzymanie się od głosu nad rezolucją Rady Bezpieczeństwa ONZ potępiającą rozwój osadnictwa żydowskiego na Palestyńskich Terytoriach Okupowanych stanowiło pierwszą instancję, kiedy USA z Obamą w Białym Domu zagłosowały na tym forum inaczej niż sobie życzył Izrael. Przez minionych osiem lat wetowały każdą taką próbę, a w okresie tym Izrael popełnił multum zbrodni wojennych i zbrodni przeciwko ludzkości. Nawet prawicowa administracja George’a W. Busha dopuściła w Radzie Bezpieczeństwa do przegłosowania aż sześciu rezolucji potępiających Izrael.

Największą międzynarodową zbrodnią Obamy była eskalacja niekontrolowanej, rozlewającej się na coraz więcej terytoriów, kampanii wojny przy użyciu dronów, czyli samolotów bezzałogowych sterowanych zdalnie, coraz częściej w ogóle nie przez ludzi a przez komputerowe algorytmy. Przy ich użyciu Amerykanie dokonują na odległość zabójstw ludzi podejrzanych o terroryzm lub działanie wrogie Stanom Zjednoczonym. Na listę takich wrogów nazwiska trafiają decyzją administracyjną urzędników w Waszyngtonie, bez przewodu sądowego, prawa do obrony, itd. Wyroki są wykonywane przez maszyny, które czasem trafiają w kogoś podobnego, bywającego w tych samych miejscach, albo noszącego to samo nazwisko, z reguły także zabijając w eksplozji po kilka, a bywa, że i kilkadziesiąt przypadkowych osób znajdujących się wokół, bo np. jest wesele. Niektórzy ludzie giną tylko dlatego, że obserwujący ich algorytm uznaje ich zachowanie (pory dnia lub nocy, kiedy wychodzą z lub wracają do domu, ulice, którymi chadzają, osoby, które po drodze spotykają) za „podejrzane”, bo „pasujące do wzoru”. Wszystko to odbywa się nawet na terytoriach państw, z którymi USA nie są formalnie w stanie wojny, co zaburza kluczowe dla stosowania przepisów prawa międzynarodowego rozróżnienie między stanem wojny a stanem pokoju. Praktykę tę Amerykanie przyjęli (wprowadzeni w nią przez zaprzyjaźnione siły zbrojne Izraela) już za czasów prezydenta Busha młodszego, ale nawet ta prawicowa administracja obawiała się wrót piekieł, jakie mogą się w ten sposób otworzyć, i stosowała ją jako środek nadzwyczajny. Administracja Obamy natomiast zabiła w atakach dronów tylu ludzi w pierwszych kilku miesiącach pierwszej kadencji, co administracja Busha przez całe swoje dwie kadencje. Potem było już tylko gorzej.

Ekspansja drone warfare jest kolejnym wskazaniem, do jakiego stopnia dobre chęci Obamy rozbiły się o zastane w Waszyngtonie struktury władzy, które wzięły go za zakładnika. Niektórzy obserwatorzy jego polityki uważają, że władcy amerykańskiego przemysłu wojny i waszyngtońskiego aparatu bezpieczeństwa kazali mu wybierać: albo kontynuacja porwań i tortur zainicjowanych przez Busha młodszego, albo ekspansja drone warfare. Wybrał to drugie, jako mniejsze zło…

Wśród obietnic, które wyniosły Obamę do urzędu, ogromną rolę odgrywały te, że jego administracja ukróci zmasowane szpiegowanie własnych obywateli, uruchomione przez „wojnę z terroryzmem” George’a W. Busha, a także, że odwróci zapoczątkowany przez niego trend gromadzenia w rękach prezydenta coraz bardziej autorytarnych instrumentów władzy, m. in. za pośrednictwem omijających Kongres dekretów prezydenckich (executive orders). W obydwu obszarach Obama kontynuował jednak drogę poprzednika i posunął się znacznie dalej. Szczególnie wymowny jest tu stosunek administracji Obamy do „sygnalistów”, którzy, jak Chelsea Manning czy Edward Snowden, zdecydowali się, podejmując ogromne ryzyko osobiste, poinformować amerykańskie społeczeństwo o ekscesach aparatu bezpieczeństwa ich państwa. Żadna wcześniejsza amerykańska administracja nie skazała i nie ścigała bezwzględnie po całym świecie więcej „sygnalistów” niż administracja Obamy.

Szczególnym rozczarowaniem okazał się Obama dla tej społeczności, która być może wiązała z nim największe nadzieje: Afroamerykanów. Jakby bał się do końca odrzucenia przez białą większość; jakby niczego nie pragnął bardziej, niż udowodnić jej, że nie mają się czego bać, że on nie przyszedł po to, żeby zemścić się na nich za wszystko, co zrobili swoim czarnym rodakom. W rezultacie pozwolił na wykorzystywanie jego wizerunku i tożsamości przez tych wszystkich, którzy chcieli pokazać, jakim to post-rasowym społeczeństwem stały się Stany Zjednoczone, zostawiając Afroamerykanów całkowicie na lodzie.

Rozziew w dochodach pomiędzy gospodarstwami domowymi czarnych i białych Amerykanów pogłębił się tylko przez ostatnich osiem lat. Tempo masowej inkarceracji młodych czarnych mężczyzn, w tym za wykroczenia, za które ich biali rówieśnicy nie stają nawet przed sądem, nie zwolniło ani trochę. Policyjna przemoc w stosunku do Afroamerykanów osiągnęła poziomy, które przebiły wszystkie historyczne dane. Nie ma dnia, żeby gdzieś w Stanach Zjednoczonych policja nie zabiła jakiegoś czarnego chłopaka lub dziewczyny za takie zbrodnie jak noszenie kaptura na głowie, niewłączenie świateł mijania czy sprzedawanie papierosów na ulicy. Tej eskalacji rasowej przemocy policji, którą ONZ, bijąc na alarm, porównała już do linczów sprzed stu lat, towarzyszy zupełna bezczynność administracji Obamy. Gorzej nawet niż bezczynność. Zamiast interweniować w obronie ofiar tej przemocy, Obama posunął się kiedyś do wygłoszenia bon motu, że czarni mężczyźni zbyt często używają policyjnej agresji jako wymówki i usprawiedliwienia dla własnego uwikłania w przemoc i przestępczość. Tymczasem statystki wykazują, że czarni Amerykanie są mniej, a nie bardziej, prawdopodobnymi sprawcami przestępstw z użyciem przemocy, niż biali Amerykanie. Obama zadał też wielki cios ruchom politycznym Afroamerykanów, opowiadając się zdecydowanie przeciwko kampanii na rzecz reparacji za niewolnictwo.

Obama odchodzi z Białego Domu jako jedno z największych rozczarowań w historii amerykańskiej polityki. Skala tego rozczarowania miała swój udział w zwycięstwie Donalda Trumpa. Nawet jeśli sama prezydentura Trumpa, która niewątpliwie będzie dla Amerykanów katastrofą, spowoduje, że będzie przez porównanie wspominany z nostalgią.

W ostatnich miesiącach swojego urzędowania Obama udzielił wypowiedzi, w których wydawał się sygnalizować, jak wielkim ograniczeniom podlegał, pełniąc urząd prezydenta; jak wielu rzeczy nie mógł zrobić ani powiedzieć. I że powie je, kiedy opuści Biały Dom. Zobaczymy.

   Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się 3 stycznia 2017 na łamach portalu Strajk.eu.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Zła kobieta. Zbrodnie Hillary Clinton

W wyborze między Donaldem Trumpem a Hillary Rodham Clinton nie ma „mniejszego zła”

Specyfika amerykańskiego systemu partyjnego jest taka, że na poziomie ogólnokrajowym wybory sprowadzają się do rywalizacji pomiędzy dwoma dominującymi partiami, Demokratyczną i Republikańską. To są jedyne partie, które w ostatecznym rozrachunku się liczą, choć nie jedyne, które istnieją. Kandydatką amerykańskich Zielonych w nadchodzących wyborach prezydenckich jest Jill Stein. W rozmowie dla niezależnego, lewicowego serwisu informacyjnego (telewizyjno-radiowego) „Democracy Now!” (9 czerwca 2016), zwróciła ona uwagę na ignorowany paradoks wyboru między kandydującą z ramienia Demokratów Hillary Clinton a Donaldem Trumpem z Partii Republikańskiej. Boimy się, do czego może być zdolny taki szaleniec jak Trump, podczas gdy o Clinton wiemy już, że jest do tego samego zdolna. Wiemy z jej dotychczasowego dorobku politycznego. Można by taką opinię zbyć: kandydatka marginalnej partii za wszelką cenę chce się przebić. Problem z tym, że coś jest na rzeczy.

Z punktu widzenia mieszkańców „reszty świata”, do których należy piszący i większość czytających te słowa, najważniejszy jest dorobek byłej Pierwszej Damy (1993-2001) na stanowisku Sekretarz Stanu w administracji prezydenta Baracka Obamy (2009-2013). W amerykańskiej terminologii to minister spraw zagranicznych. Jako szefowa amerykańskiej dyplomacji Hillary Clinton skłaniała się ku rozwiązaniom siłowym wszędzie tam, gdzie się dało.

Honduras

Clinton zaczęła się w ten sposób realizować już w 2009, zaraz po objęciu funkcji. Kiedy prezydent Hondurasu, Manuel Zelaya, zaczął przebąkiwać o podniesieniu płacy minimalnej, miejscowa oligarchia i amerykańscy „obserwatorzy” zaczęli bić na alarm, że to początek „komunistycznej apokalipsy”, jak ironizuje znakomita dziennikarka Belén Fernández (w swoim rozdziale zbiorowej książki amerykańskich feministek poddających dorobek Clinton miażdżącej krytyce, False Choices pod redakcją Lizy Featherstone). 28 czerwca, na kilka godzin przed wyborami połączonymi z referendum w sprawie zaledwie rozważenia możliwości wprowadzenia zmian do konstytucji, wojsko usunęło Zelayę z pałacu prezydenckiego w Tegucigalpie i wywiozło go w piżamie za granicę, do Kostaryki. Pod fałszywym pretekstem, że prezydent chciał w istocie zmienić konstytucję po to, by zostać u władzy do śmierci. W przygotowaniu zamachu stanu na pewno uczestniczyły jakieś siły amerykańskie, choć raczej nie sięgające aż poziomu waszyngtońskiego Departamentu Stanu. Niemniej jednak, kiedy do zamachu już doszło, Clinton dynamicznym krokiem wkroczyła do akcji, by zapewnić operacji trwały sukces. Zaprzeczyła, jakoby miał tam miejsce zamach stanu i zaangażowała się po stronie wojskowych i oligarchów, by uniemożliwić Zelayi powrót do władzy. Wiemy o tym, bo sama się tym chwaliła w autobiografii pt. Hard Choices, wydanej w 2014 roku.

Honduras nie wyszedł od tamtego czasu z chaosu. Morderstwa polityczne stały się codziennością – ich ofiarami padają wiejscy aktywiści zwani campesinos. W warunkach instytucjonalnej niestabilności ograniczone zasoby biednego kraju stały się przedmiotem wojen gangów, a straumatyzowane tym wszystkim społeczeństwo wdrożyło się do przemocy jako sposobu codziennego funkcjonowania i walki o przetrwanie. Dziś Honduras jest jednym z najniebezpieczniejszych krajów na świecie i głównym źródłem uchodźców na zachodniej półkuli. Świadomość tego wzrosła nieco w samych Stanach, ponieważ uchodźcy ci starają się zwykle dostać do USA. Pewnie dlatego całe passusy dotyczące honduraskiej eskapady Hillary Clinton wstydliwie zniknęły z drugiego, tańszego wydania Hard Choices w miękkiej okładce (2015).

Jemen, Libia, Pakistan, Syria…

Prawdziwą skarbnicą wiedzy o amerykańskiej polityce międzynarodowej okazały się serwis WikiLeaks. Znakomitym przewodnikiem po gąszczu ujawnionych przez organizację Juliana Assange’a dokumentów jest książka The WikiLeaks Files: The World According to US Empire londyńsko-nowojorskiego wydawnictwa Verso. Z rzeczy, które z tych wycieków wiemy o Clinton, warto wymienić współpracę w 2010 z dyktatorem Jemenu w bombardowaniu tamtejszej ludności cywilnej pod pretekstem walki z Al Kaidą. Jemen również stał się areną jednej z największych kampanii zabójstw politycznych przy użyciu dronów. Drugą podobnej skali wojnę przy użyciu dronów Departament Stanu pod wodzą Hillary Clinton eskalował w Pakistanie.

Clinton należała do głównych (wraz z prezydentem Francji Nicolasem Sarkozy) aktorów dążących do pogłębienia konfliktu w Libii i wciągnięcia weń zachodnich mocarstw. Clinton grała pierwsze skrzypce w propagandowych wysiłkach fabrykujących doniesienia o wyssanych z palca zbrodniach Kaddafiego, takich jak rozdawanie żołnierzom viagry, żeby masowo gwałcili mieszkanki zbuntowanych przeciwko Kaddafiemu miast. Roznoszenie tego rodzaju pomówień od Al Dżaziry po CNN  było częścią kampanii „wytwarzania przyzwolenia” międzynarodowej opinii publicznej dla zachodniej interwencji zbrojnej w Libii i obalenia Muammara Kaddafiego, którego panafrykańskie ambicje poważnie uwierały USA i Francję. Libia, która za Kaddafiego była celem, a nie źródłem migracji zarobkowych, jest dzisiaj państwem upadłym, polityczną próżnią, w której rozwija się Państwo Islamskie.

Legerndarny amerykański dziennikarz Seymour Hersh, którego najnowsza książka to poświęcone rozczarowaniu prezydenturą Obamy The Killing of Osama bin Laden, przekonuje, że Clinton była także odpowiedzialna za szmuglowanie z Libii broni chemicznej do Syrii. Jej adresatem byli rebelianci, walczący przeciwko siłom Baszara Asada, którzy mieli ich użyć tak, żeby oskarżenie dało się rzucić pod adresem Asada właśnie. Chodziło o to, żeby do wojny w Syrii wciągnąć Stany Zjednoczone – Obama powiedział, że Stany Zjednoczone dokonają interwencji, jeśli Asad użyje broni chemicznej przeciwko ludności cywilnej.

Z WikiLeaks wiemy, że amerykańskie rządy knuły obalenie Asada bez przerwy poczynając od 2005 roku. Finansowano i na inne sposoby wspierano każdą opozycję, nawet kiedy wiedziano, że ma fundamentalistyczny, salaficki profil, z którego ostatecznie powstało Państwo Islamskie. Clinton odziedziczyła więc linię antyasadowską po poprzedniej administracji, ale impet z jakim na tym froncie drążyła charakteryzował się szczerym entuzjazmem i zaangażowaniem z jej strony. Dążyła do eskalacji wojny domowej w Syrii i jedną z centralnych motywacji były dla niej interesy Izraela. Rząd Binjamina Netanjahu od dawna chciał rozwalić Syrię Asada, gdyż osłabiłoby to i dodatkowo oblężyło Iran (Syria była jego sojusznikiem), umocniłoby pozycję Izraela na Wzgórzach Golan okupowanych od 1967, według prawa międzynarodowego stanowiących część terytorium Syrii. Wzmocniłoby dominację Izraela w regionie i dało pożywkę głodnemu wojny przemysłowi zbrojeniowemu tego kraju i kształtującej jego politykę klice dygnitarzy wojskowych. Clinton jest wobec Izraela i wszystkich jego pragnień bezkrytyczna w stopniu szokującym nawet jak na amerykańskie standardy. Miłość ta ma związek z finansami jej kampanii – źródłem ich ogromnej części są proizraelscy milionerzy żydowskiego pochodzenia (m. in. Haim Saban) orbitujący wokół potężnej organizacji lobbingowej AIPAC.

Clinton i Obama

W perspektywie międzynarodowej prezydentura Baracka Obamy okazała się rozczarowującą kontynuacją katastrof z epoki George’a W. Busha, ale stało się tak chyba nie z woli Obamy, a dlatego, że okazał się za słaby, by zrealizować swoje ambicje bardziej pokojowej polityki międzynarodowej, za słaby, by pokonać skupione w i wokół jego administracji znacznie bardziej agresywne interesy „jastrzębi” i amerykańskiego przemysłu wojny. Paradoksalnie świadczyć o tym może nawet najbardziej ponure i brzemienne w skutki dla przyszłości prawa międzynarodowego dziedzictwo Obamy, jego największa zbrodnia: ekspansja niby-wojny przy użyciu dronów, bezzałogowych samolotów sterowanych zdalnie, w rosnącym stopniu przez algorytmy komputerowe. Niemal wszystkie tej niby-wojny ofiary to przypadkowi cywile; wyroki śmierci wydawane są bez sądu, administracyjnie, w tajemnicy; wydawane są na podstawie oskarżenia o walkę przeciwko USA, jakby istniał jakiś uniwersalny, obejmujący i pasterzy w Jemenie, i chłopów w Pakistanie, obowiązek lojalności wszystkich mieszkańców planety w stosunku do Stanów Zjednoczonych; zaburzeniu uległa możliwość prawnego rozróżnienia terytorium w stanie wojny od terytorium w stanie pokoju. Jest jednak taka teoria, że Obama otworzył tę puszkę Pandory, bo amerykańska machina wojenna postawia go przed alternatywą: albo globalny Neogułag na wzór Abu Ghraib i Guantanamo, albo wojna przy użyciu dronów. Wybrał więc to drugie, jako „mniejsze zło”. Jak wiedzą filozofowie przedmiotu (np. Eyal Weizman), z mniejszym złem jest tak, że ponieważ jawi się jako mniejsze, tym łatwiej popełnia się je coraz częściej, aż w końcu suma zła z tych mniejszych złożonego okazuje się większa jeszcze niż to, dla czego miało być alternatywą…

Clinton była zawsze na czele „jastrzębi” w administracji Obamy. Obama pragnął normalizację stosunków z Iranem uczynić jednym z najważniejszych swoich dokonań. Clinton otwarcie i w zgodzie z życzeniami swoich sponsorów z AIPAC mówiła, że najchętniej zmiotłaby Iran z powierzchni Ziemi. Żeby wciągnąć USA do wojny w Syrii, spiski z generałem Davidem Petraeusem knuła za plecami Obamy. Obama chciał zamknąć obóz w Guantanamo. Clinton zlecała swojemu personelowi produkowanie prawnej ekwilibrystyki dowodzącej słuszności jego utrzymywania. I tak dalej. Obama nie umiał powstrzymać amerykańskiej machiny wojennej; Clinton jest tej machiny reprezentantką, uosobieniem.

Clinton i Trump

Jest taka lewicowo-liberalna klisza mówiąca, że nawet przy bardzo krytycznej ocenie Clinton, jest ona przecież oczywistym mniejszym złem niż Trump. Ja tak nie sądzę. Między tym dwojgiem nie ma mniejszego zła. Jest, owszem, wielka różnica, ale jej sendo tkwi w tym, dla kogo każde z nich będzie złem większym.

Trump będzie wewnętrzną katastrofą dla Stanów Zjednoczonych. Cofnie ich dyskurs i praktykę polityczną do XIX wieku, jeszcze bardziej podgrzeje napięcia rasowe i prawdopodobnie zrujnuje amerykańską gospodarkę, albowiem jest ekonomicznym kretynem (fortunę odziedziczył). Ale Trump, przy całym swoim prymitywnym rasizmie i kretyńskiej burżuazyjnej fiksacji na własnym ego, pozostaje stosunkowo niezainteresowany światem zewnętrznym. Jego „ambicje” w tym zakresie ograniczają się do budowy muru na granicy z Meksykiem i wprowadzenia zakazu wjazdu do USA dla muzułmanów. Jest to oczywiście skandaliczne, ale to wciąż nie to samo, co obracanie jednego kraju za drugim w kupę gruzu.

Jeśli w obecnym rozdaniu kart w amerykańskim establiszmencie są jakieś znaczące siły polityczne zainteresowane zatrzymaniem spirali amerykańskich wojen w coraz to nowych częściach świata, to są one wśród Republikanów. Jak bardzo nie przeczyłoby to dekadom naszych przyzwyczajeń. Nawet jeśli kierują nimi jedynie zmęczenie i frustracja wojnami tak długo już, jałowo i bez sukcesów toczonymi. Jeśli skutkiem ma być mniej wojen, to lepsze takie powody, niż żadne. W ostatnich latach to Republikanie, nawet związani kiedyś z administracją Busha młodszego (jak Robert Gates), głosowali i lobbowali przeciwko nowym działaniom wojennym lub eskalacji starych. W tych samych sprawach (Afganistan, Libia, Syria) Clinton pałała żądzą wojny, podobnie jak otaczający ją patrycjat Partii Demokratycznej.

Clinton będzie katastrofą dla reszty świata, bo gotowa jest resztę świata puścić z dymem, byle tylko utrzymać dla swoich przyjaciół z Wall Street imperialną pozycję Stanów Zjednoczonych. Wiemy to na podstawie tego, co już w tej sprawie zrobiła. Uchodźcy dobijający się dzisiaj do bram Europy i tonący w wodach Morza Śródziemnego to uciekinierzy z krajów, na terenie których Hillary Clinton przysposabiała się do roli Cesarzowej Świata. Kiedy wespnie się w końcu i na ten tron, nie będzie już żaden mięczak Obama ograniczał jej pola manewru.

Jarosław Pietrzak

Skrócona wersja tego tekstu ukazała się w Tygodniku Faktycznie (nr 5, 4-10 sierpnia 2016).

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Sadiq Khan burmistrzem Londynu

It’s official: Sadiq Khan z Partii Pracy będzie burmistrzem Londynu. Sadiq Khan żadną miarą nie jest najbardziej wymarzonym lewicowym burmistrzem stolicy Wielkiej Brytanii, ale jego zwycięstwo jest i tak dla brytyjskiej lewicy wielkim triumfem.

Całkiem możliwe, że Sadiq Khan ma politycznie więcej wspólnego z tym, co Tariq Ali nazwał prowokacyjnie „skrajnym centrum”, niż z lewym skrzydłem Labour Party, które przejęło stery, gdy jej przewodniczącym został Jeremy Corbyn. Sadiq Khan jest w najlepszym razie lewicowym centrystą. Corbyn nie powinien się łudzić (i na pewno się nie łudzi), że w krytycznym momencie walk frakcyjnych wewnątrz samej Labour Khan stanie za nim murem. Wizja, z jaką idzie Khan, jest zasadniczo business friendly, nie ma w niej nic radykalnego, rewolucyjnego.

Niemniej jednak, w obecnym układzie sił, kiedy alternatywą byłoby kolejne zwycięstwo Torysów Davida Camerona, jest to ogromny triumf lewicy.

Jest ogromny, bo to jeden z najważniejszych urzędów w Wielkiej Brytanii – ponad 13% mieszkańców Zjednoczonego Królestwa żyje w aglomeracji Londynu. Jest ogromny, bo Khan zdobył ponoć największą bezwzględną liczbę głosów, jaką w bezpośrednich wyborach kiedykolwiek zdobył jakikolwek polityk w tym kraju.

Jest to triumf lewicy, ponieważ zwycięstwo Khana może się złożyć na proces stopniowego przesuwania centrum politycznej debaty. Jest to triumf lewicy, ponieważ Sadiq Khan oparł swoją kampanię na propozycjach odnoszących się do realnych, materialnych bolączek mieszkańców miasta: obiecał zamrożenie cen transportu miejskiego na cały okres swojej kadencji (londyńskie metro, jeżeli mieszkasz daleko od pracy i masz kiepsko płatną pracę, może spokojnie pochłaniać jedną szóstą twoich zarobków) oraz budowę mieszkań pod wynajem i na sprzedaż. W Londynie normą jest dzisiaj, że ludzie po trzydziestce wciąż dzielą mieszkania z kilkoma obcymi osobami, pokój w takim dzielonym domu czy mieszkaniu może kosztować 800 funtów miesięcznie. Mieszkania na wynajem są często w fatalnym stanie (od lat bez remontu, z inwazjami myszy), ponieważ przy takiej nierównowadze popytu i podaży ktoś i tak weźmie najgorszą nawet spelunę – właściciele po prostu olewają wynajmowane innym domy i mieszkania. A jeżeli chodzi o kupno mieszkania czy domu, to w mieście, którego rynek nieruchomości jest zderegulowaną globalną pralnią brudnych pieniędzy i spekulacyjnym placem zabaw szejków i oligarchów ze wszystkich stron świata, przymiotnik „astronomiczne” dawno przestał wystarczać do opisu ich cen.

Jest to triumf lewicy, ponieważ pomimo umiarkowanego, centrowego oblicza, Sadiq Khan stał się przedmiotem szokującej jak na brytyjskie standardy, otwarcie rasistowskiej kampanii negatywnej ze strony tak Torysów, jak i popierających konserwatystów wielkich mediów. Zac Goldsmith, kandydat Partii Konserwatywnej skoncentrował swoją kampanię na tym, że Khan jest muzułmaninem (jest synem imigranta z Pakistanu, kierowcy autobusu). Oczerniano go, że popiera muzułmański ekstremizm i terroryzm, bo kiedyś coś powiedział w obronie kogoś, kogo gdzieś widziano z kimś, kto kiedyś coś tam z kimś innym miał wspólnego. W rzeczywistości tymczasem Khan ma dorobek jako prawnik i obrońca praw człowieka. To, że czasem modli się w meczetach, nie przeszkodziło mu głosować w parlamencie za legalizacją małżeństw homoseksualnych. W jego sztabie były osoby homoseksualne i osoby pochodzenia żydowskiego. Jest to więc triumf lewicy, bo mieszkańcy brytyjskiej stolicy pokazali, że nie godzą się na politykę, która realne problemy i projekty konkretnego działania usiłuje zastąpić afiliacjami kulturowymi i etnicznymi oraz szczuciem tożsamościowym. Pokazali swoją dezaprobatę dla takiej kampanii. Pokazali, że zamiast tego chcą polityki, która proponuje materialne rozwiązania bytowych problemów. Triumfem lewicy jest nie to, że wygrał muzułmanin, a to, że dla mieszkańców tego miasta wyznanie i etniczne pochodzenie kandydata okazały się być bez znaczenia.

Jest to triumf lewicy, bo udało się to pomimo niezwykłej stronniczości większości wielkich mediów – nie tylko prywatnych, ale też BBC, co wielu Brytyjczyków doprowadza do szczególnego szału. Mieszkańcy Zjednoczonego Królestwa na poważnie oczekują od BBC elementarnej obiektywności, zapisanej tutaj zresztą w odpowiednich ustawach, tymczasem jej dziennikarze do ostatniej chwili przed ogłoszeniem oficjalnych wyników dawali do zrozumienia, że wybory do władz lokalnych, zarówno w Londynie, jak i w całym kraju, to będzie albo już jest dowód klęski przywództwa Corbyna w Labour Party.

Jest to też triumf lewicy, bo wszystko to działo się w warunkach zmasowanego ataku na wyłonione w zeszłym roku, prawdopodobnie najbardziej lewicowe w historii Partii Pracy przewodnictwo. Atak przybrał postać w większości wyssanych z palca lub wysmażonych z byle czego oskarżeń o antysemityzm w szeregach lewicowego skrzydła Labour, w którym zaczepienie ma Corbyn. Temat ten wypłynął po to, żeby uderzyć w Corbyna, który ma długą historię zaangażowania w ruch solidarności z Palestyńczykami. Przez ostatni tydzień przed wyborami trudno się było w mediach doszukać jakichkolwiek debat programowych; hasło „Labour ma problem z antysemityzmem” zajęło całą przestrzeń krajowej debaty.

Atak ten połączył w szerokim froncie kilka sił. Torysi, ci sami, którzy własną kampanię Goldsmitha oparli na bezczelnie rasistowskim ataku na Khana, a tu nagle okazali się wielkimi tropicielami rasizmu po drugiej stronie, chcieli oczywiście wygrać lokalne wybory, ale także mieć swój udział w obaleniu obecnego przywództwa Partii Pracy. Powrót władzy w Labour w ręce bezideowych blairystów oznaczałby bowiem powrót Partii Pracy w bezpieczne ramy wyznaczone przez neoliberalny konsensus i nawet ewentualna utrata władzy przez Partię Konserwatywną nie uderzyłaby później w interesy tych Torysów, którzy zdążyli sobie coś splądrować na przestrzeni dwóch kadencji Davida Camerona jako premiera.

Ale brało w tym udział także prawe skrzydło Labour, które aktywnie podminowywało szanse Labour w tych wyborach, by następnie użyć tej porażki jako dowodu na klęskę przywództwa Corbyna i pretekstu do odesłania go ze stanowiska. Przeprowadzone przez prawe skrzydło Labour Party pod szyldem „walki z antysemityzmem” polowanie na czarownice odbyło się we współpracy z izraelskimi sponsorami wielu polityków na prawym skrzydle Partii Pracy (ich platformą jest szemrane lobby Labour Friends of Israel). Ambasada Izraela w Wielkiej Brytanii, za pośrednictwem różnych mniej lub bardziej jawnych pośredników, jest ostatnio niezwykle aktywna w dziele obsmarowywania każdego publicznego gestu solidarności z Palestyńczykami lub słowa krytyki polityki Izraela jako aktów antysemityzmu – powodem jest szybko rosnące w Zjednoczonym Królestwie poparcie dla sprawy palestyńskiej oraz dla idei ekonomicznego i kulturalnego bojkotu Izraela.

Zwycięstwo Khana jest więc triumfem lewicy, ponieważ ten szeroki frontalny atak mimo wszystko nie pogrzebał szans ani jego, ani Labour w ogóle. Jest triumfem lewicy także dlatego, że oznacza, iż sierotom po Tonym Blairze nie powiodła się próba wewnątrzpartyjnego „zamachu stanu”.

Nie obyło się niestety bez ofiar, ponieważ co najmniej 19 polityków różnego szczebla, od radnych miejskich po parlamentarzystów, zostało w ogniu tego polowania na czarownice zawieszonych przez władze Partii Pracy (najsłynniejszym jest były burmistrz Londynu, sprzed epoki konserwatysty Borisa Johnsona, Ken Livingstone). Stało się to na skandalicznie wątłych podstawach. Pozostaje mieć nadzieję, że było jedynie taktycznym zagraniem mającym na celu przetrwanie krytycznego okresu wyborczego i zawieszenia zostaną wkrótce rozpatrzone na korzyść poszkodowanych w ten sposób działaczy (wielu z tych rzekomych antysemitów jest zresztą Żydami). Jeżeli tak się nie stanie, może to być niepokojący sygnał, że integralność pozycji nowego przywództwa Labour w sprawach międzynarodowych zaczyna ulegać erozji pod wpływem presji z zewnątrz i z wewnątrz, ze strony prawego skrzydła partii.

Jarosław Pietrzak

Komentarz ten napisany został dla portalu Strajk.eu (i ukazał się tam 7 maja 2016)

Jestem na Facebooku i Twitterze.