Niemcy są problemem

Być może jest prawdą, że Niemcy nigdy z rozmysłem nie dążyły do osiągnięcia w ramach Unii Europejskiej takiej dominacji, jaką się dziś cieszą. Być może samo tak wyszło. Zjednoczenie Niemiec do największego i najbardziej rozwiniętego przemysłu w UE dodało przewagę demograficzną nawet nad dużymi krajami. Wspólna waluta i kontrola nad Europejskim Bankiem Centralnym, instrumenty, którymi Berlin zarzyna dzisiaj południowy pas Europy – to był przecież początkowo pomysł francuski. Niemcy jedynie nie dali się długo prosić, a kiedy wszystko się już stało, to niepostrzeżenie wykolegowali Francuzów z zamierzonego przez nich franko-germańskiego duumwiratu nad Europą.

Dziś, jak mówi w wywiadzie socjolog schyłkowego kapitalizmu Wolfgang Streeck, Niemcy lubią sobie przy każdej okazji wycierać gębę frazesami o wspólnej Europie, europejskich wartościach itd., ale używają tego wyłącznie do forsowania partykularnych niemieckich interesów.

Jak tymczasem Polska lewica opowiada sobie Niemcy i ich rolę w Europie? Próby racjonalnej krytyki, samego wskazywania, że coś jest nie tak w niemieckiej dominacji nad kontynentem zbyt łatwo i zbyt często są trywializowane jako siłą rzeczy pochodzące z polskiej ksenofobii. Gwiazdy Krytyki Politycznej potrafią nawet dobrych kilka lat po niemieckim zarżnięciu Grecji fantazjować o ratowaniu Europy przez polskie przytulenie się do Niemiec razem z Francją, bywa, że do kompletu z przyjęciem euro. Działacze związkowi pokazują Niemcy jako przykład gospodarki wysokiego uzwiązkowienia, wysokich płac, stabilnego zatrudnienia i układów zbiorowych. Wspólny mianownik wszystkich tych wariacji na temat (intonowanych zawsze z podziwem) jest taki, że Niemcy – albo jako oparcie dla konstruktywnej współpracy, albo jako wzór do naśladowania – są dla wyzwań i problemów, jakie stoją dziś przed Europą, rozwiązaniem.

Tymczasem jest wręcz przeciwnie, to Niemcy są Europy (nas wszystkich) największym problemem.

Czytaj dalej

Reklamy

Kiedy przyszli po muzułmanki…

Gdyby kilku uzbrojonych mężczyzn podchodziło do kobiet na plaży i zastraszało je, by się publicznie rozebrały, to czy byliby funkcjonariuszami policji czy nie, śmiało nazywalibyśmy to wszyscy co najmniej molestowaniem seksualnym. Niektórym sprawa przestaje wydawać się jasna, kiedy kobieta jest muzułmanką. Takie rzeczy działy się w sierpniu we Francji, m. in. w Nicei, po tym, jak merowie szeregu nadmorskich francuskich miast zakazali noszenia na ich plażach burkini, stroju kąpielowego zaprojektowanego przez australijską muzułmankę. „Socjalistycznemu” premierowi Manuelowi Vallsowi w spójny sposób mieści się ten zakaz w „uniwersalistycznych” zasadach Republiki, w jej laïcité, oficjalnej świeckości państwa. Już 26 sierpnia Conseil d’État, najwyższy francuski sąd administracyjny uznał, że wcale się w ogólnych zasadach Republiki nie mieści i uznał pierwszy taki zakaz za nielegalny.

Wydaje się, jakby Francuzi pozwalalali przesiąkać na terytorium Francji metropolitalnej temu, czego się nauczyli w swoich niegdysiejszych koloniach. Jakby ich stosunek do kobiet arabo-musulmanes przeciekał do Francji z Algierii i Tunezji tak samo, jak metody policyjnego nadzoru i represji zamieszkującej przedmieścia wielkich miast społeczności issues de l’immigration („pochodzących z imigracji”). Stary dobry Frantz Fanon, który część życia poświęcił Algierii, pisał jeszcze w czasach francuskiego imperium kolonialnego, drugiego co do wielkości po brytyjskim, że algierskie kobiety zajmowały szczególne miejsce w zespole francuskich obsesji na punkcie ich północnoafrykańskiej posiadłości[1]. Skoro kobiety pełnią tak istotną rolę w procesach transmisji kultury (wychowują dzieci), odbicie jak największej ich części z rąk ich mężczyzn oznaczałoby zdobycie klucza do zdominowania ich kultury, do udomowienia i oswojenia śniadego Obcego, który w końcu przestałby się stawiać, robić wyrzut ze swojego położenia, z wyzysku i przemocy, których pada ofiarą. Odsłonięcie skarbu fizycznego piękna arabskiej kobiety, ukrytego pod atrybutami symbolicznej przemocy kontrolujących ją arabskich mężczyzn, jej wyzwolenie spod tej kontroli wystawiłoby ją (i Algierię) – na gwałt ze strony kolonizatora, tak przez niego upragniony. Wola arabskiej kobiety, to jak ona sama jako podmiot pragnie osiągnąć swoją emancypację, jakie symbole chce odrzucić, a jakie są dla niej samej cenne w budowie i przebudowie jej tożsamości (np. by rzucić wyzwanie kolonizatorowi) – takie rzeczy nigdy nie były częścią francuskiego równania.

Od drugiej połowy XIX wieku głównym czarnym charakterem francuskiego rasizmu wewnątrz Francji metropolitalnej byli Żydzi. W swoim komentarzu[2] do „afery burkini” historyk Shlomo Sand przypomniał, że pomimo iż antysemityzm wywodzi się z religijnych fiksacji chrześcijaństwa w ogóle czy też katolicyzmu w szególności, ten francuski antysemityzm drugiej połowy XIX wieku był doskonale laicki, obchodził się doskonale bez wycieczek w stronę „winy za śmierć Chrystusa”, współistniał nawet harmonijnie z wojującym antyklerykalizmem. Francuska koncepcja narodu jest relatywnie inkluzywna, „uniwersalistyczna”, ale domaga się wysokiej ceny. Jest to koncepcja o źródłach osadzonych w Rewolucji Francuskiej: jest ona jakobińska. Każdy może zostać Francuzem, ale żeby to się stało w pełni, musi oderwać się od partukularyzmów swojego pochodzenia, odesłać je w niepamięć. Żydzi byli w tym zawadą. Sand podkreśla, że Francja była od połowy XIX wieku jednym z najbardziej antysemickich  krajów w Europie, pozostała takim do końca II wojny światowej (stąd tak łatwo było hitlerowcom o francuską współpracę przy deportacjach Żydów). Dopiero ostateczna klęska i kompromitacja Trzeciej Rzeszy pociągnęła za sobą kompromitację antysemityzmu.

Na pozycji odruchowego kozła ofiarnego francuskiego rasizmu, takiego, co z automatu jest na podorędziu, przez jakieś ćwierć był wakat, ale potrzeba jego wypełnienia pojawiła się wraz z kryzysami ekonomicznymi powracającymi od lat 70. Miejsce przypadło arabo-musulmans, społeczności, która nigdy nie oderwała się od kulturowych partykularyzmów swojego pochodzenia, choć głównie z winy samej Francji. Nigdy nie chciała, by wydostali się z zaklętego kręgu najgorzej opłacanej pracy, którą Francuzi de souche („rdzenni”) chcieli zepchnąć na kogoś innego. Zawsze traktowała ich jako „szczególny przypadek” imigracji. Rekonsolidacja francuskiego rasizmu tym razem wokół populacji muzułmanskiej w roli „wroga” przeprowadzona została – pisze Sand – rękoma sojuszu spadkobierców tradycji jakobińskiej, tych, którzy za rewolucyjnego młodu, w latach 60. i 70. zaczytywali się pismami Mao, z konserwatystami.

Z tego sojuszu bierze się zdumiewająco ponadpartyjny charakter francuskiej obsesji na punkcie ubiorów muzułmanek. Zakazy burkini wprowadzili merowie o różnych afiliacjach partyjnych; prawne regulowanie strojów muzułmańskich kobiet pasjonuje wyborców François Hollande’a w takim samym stopniu jak tych od Nicolasa Sarkozy’ego i Marine Le Pen, ale także Jean-Luca Mélenchona. W swojej gruntownej analizie problemu francuskiej islamofobii[3] Abdellali Hajjat i Marwan Mohammed wykazują, że wytwarzanie „problemu muzułmańskiego” od lat 80. XX wieku stanowi swego rodzaju rdzeń, wokół którego kształtuje się konsensus francuskich elit politycznych i ekonomicznych różnych pod innymi względami. Ten konsensus służy zarządzaniu „ponad podziałami” napięciami wynikającymi z kryzysów społecznych i ekonomicznych – mówiąc krótko, zarządzaniu najbiedniejszymi i najbardziej zmarginalizowanymi sektorami społeczeństwa w warunkach kryzysu. Podkreślają też strukturalne podobieństwo islamofobii do antysemityzmu: fuzja praktyk religijnych i religijnej przynależności (faktycznej lub domniemanej) z dyskursem „rasowym” czy też „urasowiającym”, podważanie „prawomocności” obecności muzułmanów na terytorium europejskim, itd.

Kiedy francuscy politycy od prawicy do oficjalnej lewicy „odkryli” mistyczny związek między zagrożeniem terrorystycznym a tym, w czym kąpią się muzułmanki, kontynuowali jednocześnie starszą linię rozumowania wymyśloną tak naprawdę we Francji przez niektóre feministki. „Parler du voile, c’est parler au viol” padło u szczytu debat, które doprowadziły do zakazu noszenia chust w szkołach publicznych w 2004. „Rozmawiając o chuście, mówimy o gwałcie”. Zdaniem tej szkoły francuskie muzułmanki, które zakrywały w miejscach publicznych włosy, były wspólniczkami w opresji tych kobiet ze społeczności muzułmańskiej, które zakładać jej nie chciały. Manifestując swoje posłuszeństwo wobec wyprowadzonych z islamu norm ubioru wskazywały te, które tego nie robiły, jako „zdziry” zasługujące na gwałt. Zakładając chusty, stawały współwinne gwałtów na tych, które nie zakładały. Bo gwałt nie istniał przecież we Francji przed przybyciem imigrantów z Magrebu, a po ich przybyciu – poza dzielnicami zamieszkanymi przez imigrantów i ich potomków. Niektóre fracuskie feministki – na te bezdroża zbłądziły nawet intelektualistki tego formatu, co Élizabeth Badinter – posunęły się tak daleko, że zadeklarowały, iż patriarchalna opresja kobiet istnieje dzisiaj na Zachodzie już tylko w społecznościach muzułmańskich. Zadaniu gruntownej krytyki takich galopad wiele pracy poświęciła np. znakomita polemistka, redaktorka pisma „Nouvelle Questions féministes”, Christine Delphy (polecam wyśmienity esej Antisexisme ou antiracisme…[4]). Choroby nie udało się jednak we francuskim organizmie społecznym powstrzymać, więc dzisiaj od noszonych przez muzułmanki chust prosta droga już nie tylko do gwałtów, ale także do zamachów terrorystycznych.

Gdyby policja wyłapywała w przestrzeni publicznej przedstawicielki jakiejkolwiek innej grupy – mniejszości etnicznej czy religijnej – nikt nie miałby wątpliwości, że mamy do czynienia z rasistowską nagonką. Wyobraźmy sobie wyłapywane na ulicy Żydówki, Hinduski czy Afrykanki. To, jak wiele osób o różnych orientacjach politycznych (nie tylko we Francji) tego nie dostrzega, gdy na celowniku są Arabki i muzułmanki, dowodzi jak powszechną i przezroczystą – bo centralną i kluczową! – formą rasizmu stała się współcześnie islamofobia. Wokół europejskich muzułmanów i społeczności pochodzenia arabskiego gęstnieje dzisiaj atmosfera pogromowa. Każdy, kto się kiedyś zastanawiał, jak to było możliwe, że ludzie w latach 30. XX wieku nie widzieli, co się wokół nich dzieje, że ignorowali wszystkie sygnały, powinien może przestać się zastanawiać, a zacząć rozglądać. Właśnie tak to się działo. W obecnym strukturalnym kryzysie kapitalizmu muzułmanie i Arabowie znaleźli się w roli, która w poprzednim tak głębokim kryzysie systemu przypadła Żydom. W roli jego kozła ofiarnego. Muzułmanie i Arabowie są „Żydami” naszych czasów.

Przypisy

[1] Frantz Fanon, L’Algérie se dévoile, [w :] tegoż, L’An V de la Révolution Algérienne, Paris : Maspero 1959.

[2] Shlomo Sand, Arrêtés anti-burkini, femme voilées verbalisées : la laïcité, ultime refuge du raciste, http://leplus.nouvelobs.com/contribution/1552646-arretes-anti-burkini-femmes-voilees-verbalisees-la-laicite-ultime-refuge-du-raciste.html [wersja angielska]

[3] Abdellali Hajjat, Marwam Mohammed, Islamophobie. Comment les élites françaises fabriquent le « problème musulman », Paris : La Découverte 2013.

[4] Christine Delphy, Antisexisme ou antiracisme, [w :] tejże, Classer, dominer : Qui sont les « autres » ?, Paris : La Fabrique, 2008.

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się w miesięczniku „Le Monde diplomatique – edycja polska” (wrzesień 2016).

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Zła kobieta. Zbrodnie Hillary Clinton

W wyborze między Donaldem Trumpem a Hillary Rodham Clinton nie ma „mniejszego zła”

Specyfika amerykańskiego systemu partyjnego jest taka, że na poziomie ogólnokrajowym wybory sprowadzają się do rywalizacji pomiędzy dwoma dominującymi partiami, Demokratyczną i Republikańską. To są jedyne partie, które w ostatecznym rozrachunku się liczą, choć nie jedyne, które istnieją. Kandydatką amerykańskich Zielonych w nadchodzących wyborach prezydenckich jest Jill Stein. W rozmowie dla niezależnego, lewicowego serwisu informacyjnego (telewizyjno-radiowego) „Democracy Now!” (9 czerwca 2016), zwróciła ona uwagę na ignorowany paradoks wyboru między kandydującą z ramienia Demokratów Hillary Clinton a Donaldem Trumpem z Partii Republikańskiej. Boimy się, do czego może być zdolny taki szaleniec jak Trump, podczas gdy o Clinton wiemy już, że jest do tego samego zdolna. Wiemy z jej dotychczasowego dorobku politycznego. Można by taką opinię zbyć: kandydatka marginalnej partii za wszelką cenę chce się przebić. Problem z tym, że coś jest na rzeczy.

Z punktu widzenia mieszkańców „reszty świata”, do których należy piszący i większość czytających te słowa, najważniejszy jest dorobek byłej Pierwszej Damy (1993-2001) na stanowisku Sekretarz Stanu w administracji prezydenta Baracka Obamy (2009-2013). W amerykańskiej terminologii to minister spraw zagranicznych. Jako szefowa amerykańskiej dyplomacji Hillary Clinton skłaniała się ku rozwiązaniom siłowym wszędzie tam, gdzie się dało.

Honduras

Clinton zaczęła się w ten sposób realizować już w 2009, zaraz po objęciu funkcji. Kiedy prezydent Hondurasu, Manuel Zelaya, zaczął przebąkiwać o podniesieniu płacy minimalnej, miejscowa oligarchia i amerykańscy „obserwatorzy” zaczęli bić na alarm, że to początek „komunistycznej apokalipsy”, jak ironizuje znakomita dziennikarka Belén Fernández (w swoim rozdziale zbiorowej książki amerykańskich feministek poddających dorobek Clinton miażdżącej krytyce, False Choices pod redakcją Lizy Featherstone). 28 czerwca, na kilka godzin przed wyborami połączonymi z referendum w sprawie zaledwie rozważenia możliwości wprowadzenia zmian do konstytucji, wojsko usunęło Zelayę z pałacu prezydenckiego w Tegucigalpie i wywiozło go w piżamie za granicę, do Kostaryki. Pod fałszywym pretekstem, że prezydent chciał w istocie zmienić konstytucję po to, by zostać u władzy do śmierci. W przygotowaniu zamachu stanu na pewno uczestniczyły jakieś siły amerykańskie, choć raczej nie sięgające aż poziomu waszyngtońskiego Departamentu Stanu. Niemniej jednak, kiedy do zamachu już doszło, Clinton dynamicznym krokiem wkroczyła do akcji, by zapewnić operacji trwały sukces. Zaprzeczyła, jakoby miał tam miejsce zamach stanu i zaangażowała się po stronie wojskowych i oligarchów, by uniemożliwić Zelayi powrót do władzy. Wiemy o tym, bo sama się tym chwaliła w autobiografii pt. Hard Choices, wydanej w 2014 roku.

Honduras nie wyszedł od tamtego czasu z chaosu. Morderstwa polityczne stały się codziennością – ich ofiarami padają wiejscy aktywiści zwani campesinos. W warunkach instytucjonalnej niestabilności ograniczone zasoby biednego kraju stały się przedmiotem wojen gangów, a straumatyzowane tym wszystkim społeczeństwo wdrożyło się do przemocy jako sposobu codziennego funkcjonowania i walki o przetrwanie. Dziś Honduras jest jednym z najniebezpieczniejszych krajów na świecie i głównym źródłem uchodźców na zachodniej półkuli. Świadomość tego wzrosła nieco w samych Stanach, ponieważ uchodźcy ci starają się zwykle dostać do USA. Pewnie dlatego całe passusy dotyczące honduraskiej eskapady Hillary Clinton wstydliwie zniknęły z drugiego, tańszego wydania Hard Choices w miękkiej okładce (2015).

Jemen, Libia, Pakistan, Syria…

Prawdziwą skarbnicą wiedzy o amerykańskiej polityce międzynarodowej okazały się serwis WikiLeaks. Znakomitym przewodnikiem po gąszczu ujawnionych przez organizację Juliana Assange’a dokumentów jest książka The WikiLeaks Files: The World According to US Empire londyńsko-nowojorskiego wydawnictwa Verso. Z rzeczy, które z tych wycieków wiemy o Clinton, warto wymienić współpracę w 2010 z dyktatorem Jemenu w bombardowaniu tamtejszej ludności cywilnej pod pretekstem walki z Al Kaidą. Jemen również stał się areną jednej z największych kampanii zabójstw politycznych przy użyciu dronów. Drugą podobnej skali wojnę przy użyciu dronów Departament Stanu pod wodzą Hillary Clinton eskalował w Pakistanie.

Clinton należała do głównych (wraz z prezydentem Francji Nicolasem Sarkozy) aktorów dążących do pogłębienia konfliktu w Libii i wciągnięcia weń zachodnich mocarstw. Clinton grała pierwsze skrzypce w propagandowych wysiłkach fabrykujących doniesienia o wyssanych z palca zbrodniach Kaddafiego, takich jak rozdawanie żołnierzom viagry, żeby masowo gwałcili mieszkanki zbuntowanych przeciwko Kaddafiemu miast. Roznoszenie tego rodzaju pomówień od Al Dżaziry po CNN  było częścią kampanii „wytwarzania przyzwolenia” międzynarodowej opinii publicznej dla zachodniej interwencji zbrojnej w Libii i obalenia Muammara Kaddafiego, którego panafrykańskie ambicje poważnie uwierały USA i Francję. Libia, która za Kaddafiego była celem, a nie źródłem migracji zarobkowych, jest dzisiaj państwem upadłym, polityczną próżnią, w której rozwija się Państwo Islamskie.

Legerndarny amerykański dziennikarz Seymour Hersh, którego najnowsza książka to poświęcone rozczarowaniu prezydenturą Obamy The Killing of Osama bin Laden, przekonuje, że Clinton była także odpowiedzialna za szmuglowanie z Libii broni chemicznej do Syrii. Jej adresatem byli rebelianci, walczący przeciwko siłom Baszara Asada, którzy mieli ich użyć tak, żeby oskarżenie dało się rzucić pod adresem Asada właśnie. Chodziło o to, żeby do wojny w Syrii wciągnąć Stany Zjednoczone – Obama powiedział, że Stany Zjednoczone dokonają interwencji, jeśli Asad użyje broni chemicznej przeciwko ludności cywilnej.

Z WikiLeaks wiemy, że amerykańskie rządy knuły obalenie Asada bez przerwy poczynając od 2005 roku. Finansowano i na inne sposoby wspierano każdą opozycję, nawet kiedy wiedziano, że ma fundamentalistyczny, salaficki profil, z którego ostatecznie powstało Państwo Islamskie. Clinton odziedziczyła więc linię antyasadowską po poprzedniej administracji, ale impet z jakim na tym froncie drążyła charakteryzował się szczerym entuzjazmem i zaangażowaniem z jej strony. Dążyła do eskalacji wojny domowej w Syrii i jedną z centralnych motywacji były dla niej interesy Izraela. Rząd Binjamina Netanjahu od dawna chciał rozwalić Syrię Asada, gdyż osłabiłoby to i dodatkowo oblężyło Iran (Syria była jego sojusznikiem), umocniłoby pozycję Izraela na Wzgórzach Golan okupowanych od 1967, według prawa międzynarodowego stanowiących część terytorium Syrii. Wzmocniłoby dominację Izraela w regionie i dało pożywkę głodnemu wojny przemysłowi zbrojeniowemu tego kraju i kształtującej jego politykę klice dygnitarzy wojskowych. Clinton jest wobec Izraela i wszystkich jego pragnień bezkrytyczna w stopniu szokującym nawet jak na amerykańskie standardy. Miłość ta ma związek z finansami jej kampanii – źródłem ich ogromnej części są proizraelscy milionerzy żydowskiego pochodzenia (m. in. Haim Saban) orbitujący wokół potężnej organizacji lobbingowej AIPAC.

Clinton i Obama

W perspektywie międzynarodowej prezydentura Baracka Obamy okazała się rozczarowującą kontynuacją katastrof z epoki George’a W. Busha, ale stało się tak chyba nie z woli Obamy, a dlatego, że okazał się za słaby, by zrealizować swoje ambicje bardziej pokojowej polityki międzynarodowej, za słaby, by pokonać skupione w i wokół jego administracji znacznie bardziej agresywne interesy „jastrzębi” i amerykańskiego przemysłu wojny. Paradoksalnie świadczyć o tym może nawet najbardziej ponure i brzemienne w skutki dla przyszłości prawa międzynarodowego dziedzictwo Obamy, jego największa zbrodnia: ekspansja niby-wojny przy użyciu dronów, bezzałogowych samolotów sterowanych zdalnie, w rosnącym stopniu przez algorytmy komputerowe. Niemal wszystkie tej niby-wojny ofiary to przypadkowi cywile; wyroki śmierci wydawane są bez sądu, administracyjnie, w tajemnicy; wydawane są na podstawie oskarżenia o walkę przeciwko USA, jakby istniał jakiś uniwersalny, obejmujący i pasterzy w Jemenie, i chłopów w Pakistanie, obowiązek lojalności wszystkich mieszkańców planety w stosunku do Stanów Zjednoczonych; zaburzeniu uległa możliwość prawnego rozróżnienia terytorium w stanie wojny od terytorium w stanie pokoju. Jest jednak taka teoria, że Obama otworzył tę puszkę Pandory, bo amerykańska machina wojenna postawia go przed alternatywą: albo globalny Neogułag na wzór Abu Ghraib i Guantanamo, albo wojna przy użyciu dronów. Wybrał więc to drugie, jako „mniejsze zło”. Jak wiedzą filozofowie przedmiotu (np. Eyal Weizman), z mniejszym złem jest tak, że ponieważ jawi się jako mniejsze, tym łatwiej popełnia się je coraz częściej, aż w końcu suma zła z tych mniejszych złożonego okazuje się większa jeszcze niż to, dla czego miało być alternatywą…

Clinton była zawsze na czele „jastrzębi” w administracji Obamy. Obama pragnął normalizację stosunków z Iranem uczynić jednym z najważniejszych swoich dokonań. Clinton otwarcie i w zgodzie z życzeniami swoich sponsorów z AIPAC mówiła, że najchętniej zmiotłaby Iran z powierzchni Ziemi. Żeby wciągnąć USA do wojny w Syrii, spiski z generałem Davidem Petraeusem knuła za plecami Obamy. Obama chciał zamknąć obóz w Guantanamo. Clinton zlecała swojemu personelowi produkowanie prawnej ekwilibrystyki dowodzącej słuszności jego utrzymywania. I tak dalej. Obama nie umiał powstrzymać amerykańskiej machiny wojennej; Clinton jest tej machiny reprezentantką, uosobieniem.

Clinton i Trump

Jest taka lewicowo-liberalna klisza mówiąca, że nawet przy bardzo krytycznej ocenie Clinton, jest ona przecież oczywistym mniejszym złem niż Trump. Ja tak nie sądzę. Między tym dwojgiem nie ma mniejszego zła. Jest, owszem, wielka różnica, ale jej sendo tkwi w tym, dla kogo każde z nich będzie złem większym.

Trump będzie wewnętrzną katastrofą dla Stanów Zjednoczonych. Cofnie ich dyskurs i praktykę polityczną do XIX wieku, jeszcze bardziej podgrzeje napięcia rasowe i prawdopodobnie zrujnuje amerykańską gospodarkę, albowiem jest ekonomicznym kretynem (fortunę odziedziczył). Ale Trump, przy całym swoim prymitywnym rasizmie i kretyńskiej burżuazyjnej fiksacji na własnym ego, pozostaje stosunkowo niezainteresowany światem zewnętrznym. Jego „ambicje” w tym zakresie ograniczają się do budowy muru na granicy z Meksykiem i wprowadzenia zakazu wjazdu do USA dla muzułmanów. Jest to oczywiście skandaliczne, ale to wciąż nie to samo, co obracanie jednego kraju za drugim w kupę gruzu.

Jeśli w obecnym rozdaniu kart w amerykańskim establiszmencie są jakieś znaczące siły polityczne zainteresowane zatrzymaniem spirali amerykańskich wojen w coraz to nowych częściach świata, to są one wśród Republikanów. Jak bardzo nie przeczyłoby to dekadom naszych przyzwyczajeń. Nawet jeśli kierują nimi jedynie zmęczenie i frustracja wojnami tak długo już, jałowo i bez sukcesów toczonymi. Jeśli skutkiem ma być mniej wojen, to lepsze takie powody, niż żadne. W ostatnich latach to Republikanie, nawet związani kiedyś z administracją Busha młodszego (jak Robert Gates), głosowali i lobbowali przeciwko nowym działaniom wojennym lub eskalacji starych. W tych samych sprawach (Afganistan, Libia, Syria) Clinton pałała żądzą wojny, podobnie jak otaczający ją patrycjat Partii Demokratycznej.

Clinton będzie katastrofą dla reszty świata, bo gotowa jest resztę świata puścić z dymem, byle tylko utrzymać dla swoich przyjaciół z Wall Street imperialną pozycję Stanów Zjednoczonych. Wiemy to na podstawie tego, co już w tej sprawie zrobiła. Uchodźcy dobijający się dzisiaj do bram Europy i tonący w wodach Morza Śródziemnego to uciekinierzy z krajów, na terenie których Hillary Clinton przysposabiała się do roli Cesarzowej Świata. Kiedy wespnie się w końcu i na ten tron, nie będzie już żaden mięczak Obama ograniczał jej pola manewru.

Jarosław Pietrzak

Skrócona wersja tego tekstu ukazała się w Tygodniku Faktycznie (nr 5, 4-10 sierpnia 2016).

Jestem na Facebooku i Twitterze.