PiS, kłamstwa i telewizja

[Tekst ukazał się pierwotnie 15 września 2020 r. na łamach portalu Strajk.eu.]

Kiedy rzecznik praw dziecka Mikołaj Pawlak powiedział w telewizji, że edukatorzy seksualni rozdają dzieciom środki farmakologiczne, które zmieniają płeć, zatkało nas wszystkich – było to jednak jedno z tych zaskoczeń, do których tak naprawdę dawno już przywykliśmy. Owszem, była to teza absurdalna, nawet gdyby wśród edukatorów byli i tacy, którym marzy się podstępne osłabianie polskiej tkanki narodowej zaklinaniem potencjalnych husarzy w niewiasty. Ale jednocześnie absurdalność tej tezy wpisuje się logicznie w dotychczasową strategię dyskursywną partii rządzącej, jej koalicjantów i jej aparatów propagandowych, w szczególności TVP (ale przecież nie tylko). Podobne rzeczy słyszymy od pięciu lat.

Jak reagować na tak niedorzeczny przekaz zalewający nas każdego dnia? Może na początek zadać (sobie) pytania o obydwie strony takiego procesu komunikacyjnego: nadawców i odbiorców. O stosunek jednych i drugich do takich komunikatów. Do czego ich używają? Może wcale nie do opisu i rozumienia rzeczywistości, nawet z poprawką na skrzywienie ideologiczne? Może wcale niekoniecznie – albo nie wszyscy – w tym celu? 

Nadawcy

Najpierw nadawcy. Czy politycy PiS i ich propagandyści gadają w jakimś amoku? Czy wierzą w to, co wygadują? Czy wierzą w te tabletki? W to, że dzieci będą na lekcjach uczone masturbacji, jeśli dopuścimy w Polsce do cywilizowanej edukacji seksualnej? Że bezbronną policję atakują na ulicach homoseksualne bojówki? W spiski niemiecko-gejowskie przeciwko polskim świętościom? Że wycinanie lasów chroni przyrodę i klimat? Że cały świat patrzy z zazdrością i zapartym tchem na Polskę i jej bohaterskie konfrontacje z Angelą Merkel?

Nie ulega wątpliwości, że wśród PiS-owskich ujadaczy są – być może całkiem liczni – ludzie w znacznym stopniu obłąkani, którzy wierzą w każde takie (swoje i kolegów) słowo. Nawet jednak jeśli są liczni, to raczej nie stanowią większości. Reszta wykonuje polityczne polecenia, używa dostarczonego mniej lub bardziej dosłownie „skryptu”. Tematy, motywy, kozły ofiarne wystawiane na szczucie – podsuwane są one przez dyrygentów tego kakofonicznego koncertu cynicznie i z rozmysłem. Motywowane to jest jakąś, głęboko amoralną koncepcją „natury” Polaków jako bytu tożsamościowego, połączona ze znajomością technik polaryzowania społeczeństw i ustawiania takich naparzanek wypracowanych przez prawicę amerykańską – a także z jakąś socjologiczną wiedzą na temat polskiego społeczeństwa. Jest to wiedza, której nie należy przeceniać w tym sensie, że nie opiera się ona na głębi filozoficznych koncepcji i nie wynika z niej żaden spójny projekt rozwiązania problemów współczesności – nawet taki, z którym byśmy się nie zgadzali, ale spójny i przemyślany. Jest to jednak wystarczająca do skutecznego zagarniania władzy cyniczna wiedza pragmatyczna na temat polskich lęków i fiksacji, na temat tego, gdzie ustawiać czerwone płachty tak, żeby amerykańskie skrypty „wojen kulturowych” odpaliły z sukcesem w lokalnych warunkach. Na temat tego, jakie traumy okresu restauracji kapitalizmu można przechwycić, urobić, z czym je wymieszać, żeby zwróciły się nie przeciwko temu, co je wywołało (restauracja kapitalizmu) a przeciwko emancypacyjnej tradycji Oświecenia. No i jak to wszystko zrobić, żeby się nadawało do projektu całkowitej dominacji nad polskim życiem społecznym.

Komunikaty

Samo tylko wyśmiewanie tej propagandy i niedorzecznych motywów, z jakich jest komponowana, nie docenia inteligencji i oczytania tych, którzy są w partii rządzącej wielkimi mistrzami dyskursu, nadają mu kierunek, podrzucają tematy a nawet pożądaną frazeologię. Ktoś w PiS, prawdopodobnie sam Kaczyński i część jego otoczenia, jest naprawdę oczytany, i to również w literaturze ideologicznych przeciwników, używanej po to, żeby ich rozumieć, zastawiać na nich pułapki, a nawet trollować całą publiczną dyskusję, a w szczególności opozycję lewicową, którą potrafi ciągle zapędzać do jednego szeregu z liberałami.

Weźmy tę pamiętną ogólnopolską inbę rozpętaną, kiedy Andrzej Duda określił Unię Europejską mianem „wspólnoty wyobrażonej”. Kaczyński lub ktoś w jego otoczeniu – nie sądzę, żeby był to sam Duda, on pewnie dawno nic nie czytał – wydaje się czasem bardziej oczytany w lewicowej literaturze niż większość Polaków uważających swoje poglądy za lewicowe. Fraza „wspólnoty wyobrażone” – w odniesieniu do wspólnot politycznych i tożsamościowych wykraczających poza więzy pokrewieństwa czy plemienności (a więc poddanych jednego króla, wyznawców tej samej religii, wreszcie przedstawicieli tego samego narodu) – pochodzi z jednej z najczęściej cytowanych anglojęzycznych pozycji humanistycznych XX wieku, autorstwa marksistowskiego historyka Benedicta Andersona. Na dodatek stoi ona już w książki tej tytule, nie trzeba nawet zaglądać do środka, żeby ją znaleźć. A jednak większość Polaków uważających swoje poglądy za lewicowe natychmiast dała się wpuścić w maliny i papugowała liberalne hokus-pokus: ale jak to „wyobrażona”, skoro „daje pieniądze”, a pieniądze są prawdziwe!

To nie jest wcale bagatela. W taki sposób lewica pozwala Kaczyńskiemu wytrącać sobie z ręki oręż w postaci własnego języka krytycznego opisu rzeczywistości i wpychać się do jednego worka z liberałami.

Odbiorcy

No a odbiorcy? Ci, do których pisowskie media są skierowane, ci, którzy oglądają TVP? Czy poważnie wierzą w te tabletki zmieniające płeć, te lekcje masturbacji, te homoseksualne bojówki na ulicach, spiski niemiecko-gejowskie?

Odbiorcy propagandowego przekazu Prawa i Sprawiedliwości są pewnie tak samo zróżnicowani, jak wyborcy tej partii. Jest wśród nich twardy elektorat, wierzący w sposób niemal religijny we wszystko, co z Nowogrodzkiej zadekretuje prezes Polski, ale tych jest za mało. Dziś wszyscy już powinniśmy wiedzieć, że ogromna część elektoratu PiS to elektorat warunkowy, „interesowny”, głosujący na PiS bez entuzjazmu, ze strachu przed powrotem liberałów do steru i koryta. Niektórzy doskonale wiedzą, że PiS u koryta jest jeszcze bardziej bezczelny niż liberałowie, ale przynajmniej wprowadził najodważniejszy instrument redystrybucji dochodu od czasu restauracji kapitalizmu w tym kraju. Instrument niedoskonały, nawet niesprawiedliwy, do tego w gruncie rzeczy neoliberalny (pieniądze do wydania na rynku w miejsce i pod nieobecność rozwijania usług publicznych w zakresie choćby opieki nad dziećmi i ich kształcenia), ale i tak odważniejszy niż cokolwiek, co można było choćby pomyśleć przez poprzednią ćwierć wieku. Przez ćwierć wieku jakikolwiek instrument tego rodzaju był jakoby matematycznie niemożliwy, dlatego warunkowi wyborcy PiS boją się, że liberałowie na powrót u władzy powrócą i do dawnej matematyki.

Co, jeśli tak samo jest z odbiorcami kontrolowanej przez PiS telewizji „publicznej”? Jeśli oni też, wielu z nich, nie wierzą nawet w połowę tego, co tam widzą i słyszą – czy to z ust polityków partii rządzącej, czy to z ust „dziennikarzy”? Wybierają Wiadomości zamiast Faktów TVN nie dlatego, że Wiadomościom bardziej wierzą, a pomimo tego, że i tak im nie wierzą?

Czy z propagandą, w którą znaczna część jej widzów najprawdopodobniej i tak nie wierzy, a mimo to ją wybiera, można walczyć wyliczaniem faktów lub wyśmiewaniem niedorzeczności? A jeżeli nie, to jak?

Może najpierw trzeba zadać kolejne pytanie: do czego tacy widzowie jej w takim razie używają, po co ją oglądają, dlaczego ją wybierają? A jeżeli tylko po to, żeby nie oglądać i nie słuchać liberałów? W geście symbolicznej zemsty na nich lub symbolicznej obrony przed nimi i groźbą ich powrotu do władzy?

Rzeczywistość, przekaz, dyskomfort

Czy takie – nazwijmy je, z chwilowego braku lepszego słowa, przekornym – oglądanie przekazu równie odklejonego od rzeczywistości, choć udającego jej opis, nie wywołuje ciężkiego dyskomfortu? Czy ciężkiego dyskomfortu nie wywołuje obieranie przekazu w takim stopniu nasyconego pogardą i agresją wobec kozłów ofiarnych, jeśli sam odbiorca w gruncie rzeczy aż tak bardzo nic tym gejom czy lesbijkom nie ma za złe? Na pewno wywołuje i na pewno wgryza się powoli w świadomość i w światopogląd, nawet jeśli nie wszystkich przekonując, to stopniowo oswajając ich z takim agresywnym dyskursem. Nie bójmy się tego słowa: dyskursem protofaszystowskim.

Ale co, jeśli taki odbiorca do dyskomfortu, do przekazu odklejonego od rzeczywistości, do pogardy przekaz ten wypełniającej, od dawna był już przyzwyczajony, wdrożony, pogodził się z nim? Przyzwyczaiły go do nich wszystkich dominujące, (neo)liberalne media przez ćwierć wieku przed drugim dojściem PiS do władzy.

Przez ćwierć wieku główne media w Polsce grały unisono, ignorując wszystko to, co nie potwierdzało neoliberalnej fantazji o doganianiu Zachodu, o skrobaniu każdy sobie własnej rzepki, o pracy i kołaczach, o pucybutach i milionerach, o Wielkim Reformatorze Leszku Balcerowiczu, który Nagrody Nobla nie dostał tylko dlatego, że mu nie zależało i nie zabiegał. Przez ćwierć wieku przekaz większości polskich mediów był równie odklejony od rzeczywistości, w jakiej żyła większość Polaków. W odklejeniu przekazu medialnego od rzeczywistości nie ma dla nich nic nowego, masowych mediów nieodklejonych od rzeczywistości nie znają. Media liberałów i media PiS to awers i rewers, dwa oblicza tej samej monety. Nowy jest tylko kąt odklejenia od rzeczywistości. Kto wie, dla ilu odbiorów TVPiS taka odmiana po ćwierćwieczu neoliberalnego unisono ma w sobie coś wręcz świeżego, orzeźwiającego? Niezależnie od siermiężności telewizyjnych form, jakie przyjmuje – w końcu, kiedy w dziejach siermiężność form cokolwiek w Polsce dyskwalifikowała?

No a pogarda? No cóż, jeśli ktoś pochodzi z wielkomiejskiej, inteligenckiej lub „średnioklasowej” rodziny, może być zaskoczony dehumanizującą pogardą, jaką nasycony jest przekaz PiS i jego mediów, może nawet uprawiać sofistykę dowodzącą, że przy wszystkich swoich wadach, (neo)liberałowie przynajmniej nie robili czegoś takiego. Jest to ewidentnie doświadczenie klasowe. Każdy kto wychowywał się w robotniczej rodzinie, w zdeindustrializowanym małym mieście, żył zawieszony w pogardzie, przez ćwierć wieku z każdej strony nią osaczony. Homo sovietus, roszczeniowcy, lenie, nieudacznicy. Sami sobie winni. Mojżesz miał rację, wychowani w niewoli muszą najpierw wymrzeć, żeby coś się dało zbudować nowego. I tak dalej. Ćwierć wieku pogardy wypełniającej media neoliberalne znieczuliły na nią samą, na to, jakim jest złem. W tych, którzy byli na celowniku tej pogardy zasadzając ziarno pragnienia jakiegokolwiek odwetu, na kimkolwiek, żeby poczuć się mniej źle. Możliwość zastępczego odwetu, odesłania komuś tej pogardy przyniosły w końcu media podporządkowane PiS-owi. Na tej płaszczyźnie między mediami liberałów i PiS-u zachodzi relacja nawet nie tylko awers-rewers a wręcz przyczyna-skutek. Gdzie media (neo)liberałów to przyczyna, której media PiS są skutkiem.

Dlatego wyśmiewanie tych, którzy są odbiorcami pisowskiej propagandy, niczemu dobremu się nie przysłuży. Ci, którzy w rządach PiS i ich propagandzie odnaleźli przynajmniej złudzenie wytchnienia od pogardy wcześniej wymierzanej w nich, w wyśmiewaniu zobaczą jedynie przedłużenie starej, dobrze im znanej pogardy liberałów. Znowu w tym samym worku z nimi.

Nadchodzący atak na media

Co z tym robić teraz, gdy PiS chce przystąpić do ataku na media będące wciąż poza jego kontrolą?

Chciałbym zawczasu zaznaczyć, że nie wierzę w pełną „repolonizację” tych, które są w rękach zachodniego kapitału. Wystarczy, że Żorżeta, namiestniczka marchewkowego Kaliguli w Kraju Nadwiślańskim, w obronie wolności amerykańskiego TVN-u kiwnie paluszkiem na Twitterze. Jeżeli ta ofensywa się jednak rozwinie, to po to, żeby dostarczyć instrumentów zastraszania i wywierania presji na media i dziennikarzy dotąd poza kontrolą partii rządzącej. Tu kolejny problem: większość z tych mediów, większość z tych dziennikarzy nie zasłużyła sobie niczym na naszą (lewicy) obronę. Jedyne, co przemawia na ich korzyść, to to, że nie są PiS-em. To niezbyt wiele, większa część świata, nawet większa część Polski, nie jest PiS-em. Wielu z nich jest za to rewersem i przyczyną rządów PiS-u i nastania TVPiS.

Dwie pokusy rodzą się w tej sytuacji na pozbawionej sił, znaczenia i własnych dużych mediów polskiej lewicy. Pierwsza: olać cały ten bajzel, bo żadna ze stron tej wojny nie jest warta funta kłaków. Druga: przyłączyć się bez wybrzydzania do liberałów, zanim PiS przejmie wszystko. „Nie czas krytykować opozycję, kiedy PiS jest już pięć lat u władzy i najwyraźniej chce tam zostać do końca stulecia!”.  

Pierwsza pokusa jest niebezpieczna, bo PiS naprawdę chce sięgnąć po maksimum władzy – we wszystkich możliwych obszarach życia społecznego. Żeby to osiągnąć, gotów jest w pełni znormalizować w Polsce faszyzujący język, przygotowując tym samym Polaków na ewentualny zwrot ku znacznie twardszym formom autorytaryzmu wraz z pogłębianiem się obecnego kryzysu kapitalizmu.

Kiedy PiS uderzy w media, uderzy też w lewicowe, pomimo iż są dziś tak słabe i niszowe, na granicy społecznej rozpoznawalności. Nic tak skutecznie nie zabezpiecza PiS-owi pozostawania u władzy, jak to, że jedyną widoczną w sferze publicznej konkurencję ma w skompromitowanych (neo)liberałach. Uniemożliwienie rozwoju mediów lewicowych, wgniecenie ich na zawsze w wąziutki margines, na którym się dzisiaj znajdują, jest w jego interesie nawet bardziej niż prawdziwa „repolonizacja” telewizji TVN. Dlatego przecież w taki właśnie sposób od dawna rozgrywa lewicę – żeby znajdowała się co chwilę, chce czy nie, w ogonie liberałów; żeby niewtajemniczonemu, człowiekowi z zewnątrz, jawiła się jako ich marginalna, niewyraźna frakcja, pozbawiona cech szczególnych.

I dlatego właśnie druga pokusa jest równie niebezpieczna jak pierwsza. Opór oporowi nierówny. Znalezienie się po raz kolejny w ogonie liberałów, w bezkrytycznej obronie ich mediów, pogłębi tylko marginalizację lewicy, jakkolwiek rozumianej. Lewica musi być przeciwna próbom PiS-u przejęcia całkowitej kontroli nad mediami w Polsce, a jednocześnie nie może iść na żadne ustępstwa w krytyce mediów (neo)liberałów. Iść na sojusz przeciwko PiS-owi w konkretnej sprawie, ale bez umizgów wobec drugiej strony – na każdym kroku, bez pąsów na twarzy, przypominając (neo)liberałom, że PiS jest karą za ich grzechy, powrotem tego, co oni wyparli, zemstą tego, co oni wykluczyli. Że to oni są przyczyną PiS-u, sami na siebie ten bat ukręcili.

Jarosław Pietrzak

Tekst ukazał się pierwotnie 15 września 2020 r. na łamach portalu Strajk.eu.

Jestem na Facebooku i Twitterze.

Rzuć okiem na moje opowiadania i/lub mikropowieści pod roboczym wspólnym tytułem Soho Stories.

Chcesz moją nową książkę?

Agnieszka i wilki

W “najbardziej antykomunistycznym filmie w historii PRL”, Przesłuchaniu Ryszarda Bugajskiego (1982, premiera 1989), Agnieszka Holland zagrała Witkowską, osadzoną w więzieniu za rzekomą zdradę i współpracę z obcym wywiadem komunistkę, która nie przestała jednak żarliwie wyznawać Stalina. Spotkała ją krzywda, ale wierzy, że będąc subiektywnie niewinna (nie wiedziała, że kontaktuje się z agentami zachodniego imperializmu), obiektywnie była jednak winna (skoro byli oni – co przyjmuje za dobrą monetę – tymi agentami). Ukaranie jej osoby jest więc koniecznym krokiem, jako że – jak pamiętamy – „wraz z postępami Rewolucji, zaostrza się walka klas”. Reprezentowany przez Witkowską rodzaj politycznego zaangażowania, czy też po prostu Wiary, opierał się na ślepym zaufaniu do wielkiego Innego Historii, której cel jest ustanowiony i prowadzi do niego niezachwiana logika dziejów. Zbawienie nastąpi, przyniesione przez ucieleśnionego w Stalinie ducha Historii, a ofiary – nawet gdy chodzi o samą siebie (w końcu obiektywnie była winna) – są na tej drodze konieczne i zrozumiałe.

Wiele lat później Agnieszka Holland była już (zasłużenie) znanym i uznanym na całym świecie reżyserem filmowym i wróciła do Polski, by pouczyć swój naród o nowym „wielkim Innym” Historii, któremu tym razem na imię Rynek, a służą mu kapłani neoliberalnej technokracji. Głupi naród wydawał się bowiem zapominać o niezłomnej logice dziejów naszych czasów, przestał zawierzać nieomylnej tej logiki reprezentacji wśród śmiertelnych (Gazecie Wyborczej), i zaczął głosować na wszystkich tych, którymi organ ów się zniesmaczał. Tak powstał w 2007 r. serial profetyczno-życzeniowo-hagiograficzny pt. Ekipa. Główny heros tego eposu postpolitycznego nosi znaczące nazwisko Tu(r)sk(i).

Zanim naród zdążył to dzieło do końca obejrzeć, zawarte w nim proroctwo/życzenie już się ziściło. Heros technokracji jedynego boga, Rynku, wygrał wybory, odsuwając od władzy „buraków”, w ogromnej mierze dzięki zjednoczonemu frontowi mediów prywatnych, pod przewodem największego kapitału telewizyjnego, dla którego zresztą produkcja samego serialu była częścią tego frontu. Dzieło nie straciło na użyteczności tylko dlatego, że rzeczywistość okazała się szybsza niż tryb jego produkcji. Odtąd, w powtórkach i dodatkach do neoliberalnej prasy, stanowić będzie narzędzie petryfikacji status quo i przekonania o bezalternatywnym charakterze jedynie słusznego ustroju politycznego (no, alternatywa jakaś istnieje, ale tylko w postaci mroków „populizmu”).

Dziś Agnieszka Holland, która od zeszłego roku przewodzi Polskiej Akademii Filmowej, stoi w awangardzie niespotykanego od dawna w polskim światku filmowym i telewizyjnym pospolitego ruszenia (co prawda zaledwie kilkudziesięcioosobowego, ale we współczesnych polskich warunkach to już bardzo dużo) stawiającego opór nowej ustawie o mediach publicznych, którą forsuje PO i premier Tu(r)sk(i), a którą, zapewne między innymi wskutek tego poruszenia, zawetował (słusznie) prezydent Kaczyński. Wywiad udzielonyDziennikowi jest wyrazem ciężkiego kaca, z którym Agnieszka Holland nie wie co zrobić; zwyczajowe kwaśne mleko okazuje się nie działać:

„Miałam i mam sympatię do PO i do premiera Tuska. Może dość irracjonalną. Wydawało mi się więc, że tropienie spisku byłoby niemądre. Ale skoro oni nas podejrzewają o lobbing, to nasuwa się podejrzenie, że ten, kto o coś oskarża, ma w tym jakiś własny interes. Byłam daleka od myślenia, że oni zawarli jakiś pakt przedwyborczy z nadawcami prywatnymi, że to rozmontowywanie potencjału mediów publicznych, jest celowym działaniem biznesowo-politycznym. Ale zacietrzewienie w tej sprawie wydaje się tak niebywałe, że nie są to tylko zranione ambicje osobiste albo dogmatyczny liberalizm. Wolałabym nie myśleć, że kilku panów dogadało się, by dokonać dzikiej prywatyzacji. Trudno mi w to uwierzyć. A wracając do oskarżania nas o prywatę, do którego ku mojemu zdumieniu dołączył się Kazimierz Kutz, co jest najlepszym dowodem na to, że uprawianie polityki prowadzi do upośledzenia mocy intelektualnych i poczucia przyzwoitości… W wypadku osób, których one dotyczą i najgłośniej zabierają głos, są one absurdalne. Pan minister Grupiński mówił o Bromskim i Strzemboszu. No więc Bromski i Strzembosz robią rzeczy komercyjne, które mogłyby być sprzedane w telewizjach komercyjnych. To dotyczy i Rancza, i U pana Boga za piecem: poszłyby wszędzie. Nie są to ludzie, którzy zginą bez telewizji publicznej. Bez telewizji publicznej ginie kultura wyższa, teatr, muzyka klasyczna.”[1]

Okazało się, że premier Tu(r)sk(i), w zamian za wyborczy front telewizji prywatnych, które otworzyły mu drogę do władzy, a potem rozłożyły parasol ochronny nad jego antyspołecznym rządem, żeby mógł spokojnie wydać na pastwę rynku i kapitału te resztki przestrzeni publicznej, które się jeszcze w Polsce przed nim uchowały, zamierza im się teraz odwdzięczyć, doprowadzając do upadku mediów publicznych. Likwidacja abonamentu nastąpić miałaby według projektu bez czegokolwiek w zamian, zachowany miałby być jednocześnie zakaz przerywania programów reklamami i obowiązki zwane misyjnymi. Nikogo nie trzeba secjalnie przekonywać, jak bardzo źle TVP się z tych obowiązków wywiązuje, całkowicie podporządkowana dzisiaj prawicowej polityce historycznej i kulturalnej, wartościowe intelektualnie i artystycznie pozycje programowe spychająca na późne godziny nocne lub do elitarnej TVP Kultura. Kiedy jednak przestanie dostawać abonament, a w zamian nie dostanie nic, lepiej na pewno nie będzie. Możliwość, że kiedyś będzie te obowiązki spełniać, zniknie nawet teoretycznie. Nie będzie w stanie się finansować i kolejne kanały będą zamykane lub prywatyzowane. Zamknięcie oddaje część tortu reklamowego telewizjom prywatnym, a prywatyzacja – jak to już w Polsce było wielokrotnie – dokona się za ułamek rzeczywistej wartości i będzie oznaczała nie tylko kolosalny zysk dla tego, kto je przejmie, nie włożywszy przedtem żadnego wkładu w powstanie ich infrastruktury czy kolosalnych archiwów programowych. Jedno i drugie będzie także oznaczać jeszcze silniejszą koncentrację medialnego kapitału. Dokąd ta droga prowadzi, pokazują Włochy Berlusconiego.

Agnieszka Holland, podobnie jak inni filmowcy, którzy też entuzjastycznie popierali PO, nie rozumie, co właściwie się dzieje. Nie dzieje się tymczasem nic niespodziewanego, żaden odwrót od obietnic, żadne złamanie słowa. Oto wspierana przez nich partia doszła do władzy z okrzykami „cała władza w ręce rynku!” i robi właśnie to, co obiecała – również w odniesieniu do ich sektora gospodarki i ich przestrzeni w życiu społecznym. Skąd to zaskoczenie?

Agnieszka Holland mówi, że „[r]ząd Platformy Obywatelskiej ma chyba plan budowania społeczeństwa obywatelskiego bez mediów publicznych i kultury”. W rzeczy samej – niechcący trafiła w samo sedno, mając jednak poważny problem z określeniem istoty problemu i identyfikacją przedmiotu, który wreszcie powinien zostać przez polską klasę producentów dóbr kultury poddany prawdziwej krytyce. Parę chwil później, wśród diagnoz o stanie TVP, mówi, że „menadżerów zastąpili politrucy”, a potem, że to

„PiS poprzez koalicję z LPR i Samoobroną włożył do telewizji młodego człowieka nazwiskiem Piotr Farfał, o którym nikt nic nie wiedział, oprócz tego, że był wszechpolakiem. Potem się okazało, że on jako młody człowiek redagował jakieś nazistowskie pisemko. Ja już wtedy się oburzyłam, bo uważam, że to niezgodne z konstytucją, w której stoi, że nie mogą w publicznym obiegu być reprezentowane poglądy faszystowskie i komunistyczne.”

Agnieszka Holland nadal więc – gdy środowisko ekonomiczne jej grupy społecznej jest dewastowane przez neoliberalną technokrację Rynku – trzyma się z uporem języka neoliberalnej technokracji jako rozwiązania problemu (mityczni apolityczni „menadżerowie”). Nie rozstaje się też z głęboko już anachroniczną – liberalną z pochodzenia, a neoliberalną przez usus – opozycją między „totalitaryzmem” (faszyzm i komunizm wymienione bez zająknięcia z domyślnym znakiem równości) a demokracją liberalną jako panaceum na wszystko. Agnieszka Holland nie rozumie, że oto na jej oczach rozgrywa się jedynie kolejna odsłona ostatecznej kompromitacji burżuazyjnej szopki demokracji liberalnej, która dzisiaj nie udaje już nawet niczego innego niż załatwianie przez postpolityczne administracje interesów wielkiego, skoncentrowanego kapitału, bez pytania społeczeństw o zdanie i niejednokrotnie otwarcie wbrew temu zdaniu. Przehandlowanie przez rząd mediów publicznych czy konsumowanej przez nie części tortu reklamowego jakiemuś ITI czy Polsatowi nie różni się jakościowo niczym od kontaktów administracji George’a W. Busha z Halliburton, Blackwater czy Monsanto, gdzie jak gdzie, ale w Polsce też nie jest niczym wyjątkowym i stanowi o istocie systemu, w którym dzisiaj żyjemy, a którego nieskrępowany rozwój środowisko, od którego Holland się bynajmniej nie odcinała, tak żarliwie przez ostatnie dwadzieścia lat wspierało. Jeżeli zdolne ono było znaleźć jakiś przedmiot wart jego zdaniem ostrej krytyki, był to niemal zawsze dawno obalony mityczny potwór komunizmu. Dziś (już od dawna) to kapitalizm jest największym i głównym wrogiem demokracji oraz zagrożeniem dla wolności jednostek i społeczeństw, i dlatego tak bardzo nie w smak jest mu istnienie mediów – prawdziwie bądź choćby potencjalnie tylko – publicznych, których przekazu nie da się kontrolować przez ilość posiadanych w nich udziałów czy wielkie kontrakty reklamowe.

„Cofniemy się o dekady wstecz. A chodzi o to, że w kraju, w którym 70% ludzi mieszka poza dużymi ośrodkami, odcina się całe pokolenia od możliwości komunikowania z kulturą na wyższym poziomie. To po prostu zbrodnia narodowa” – mówi Agnieszka Holland. Zapomina, że to nic nowego, że to właśnie, wykluczanie dwóch trzecich społeczeństwa z dostępu do coraz to nowych przestrzeni życia społecznego, kultury, opieki medycznej, innych zdobyczy cywilizacyjnych, czy po prostu środków do życia – w imię jedynego niekwestionowanego prawa: prawa kapitału do jego przenajświętszej waloryzacji – dzieje się w Polsce od dwudziestu lat przy bezkrytycznym nie tylko poklasku, ale i współudziale środowiska, które Holland reprezentuje. Środowiska, które potrafiło tylko straszyć widmem komunizmu (Katyń,Popiełuszko), afirmować nowe stosunki panowania (choćby właśnie Ekipa Holland, ale też szerzej takie filmy jak np. Haker), odgrzewać stare mary nacjonalizmu (od Pana TadeuszaOgniem i mieczem poczynając) i religijnego fundamentalizmu (Zanussi czy szmuglujący je pod pozorami przymrużenia oka Bromski), czadzić bezmyślnie konserwatywnym eskapizmem (cała „szkoła” wyznaczona przez Nigdy w życiu) lub defraudować tematykę właściwą kinu społecznemu po to tylko, by dokonywać kryminalizacji, estetyzacji lub egzotyzacji biedy (Edi, Nic) bądź też rytualnych obrzędów klasowej dystynkcji elit (Cześć Tereska, Pora umierać). To ostatnie popełniła zresztą dopiero co córka bohaterki wywiadu, również reżyser Kasia Adamik, filmem według samej Agnieszki Holland pomysłu –Boisko bezdomnych [2].

Polscy filmowcy – jako środowisko – przez ostatnie dwadzieścia lat nie poczuwali się nigdy do obowiązku wykorzystania uprzywilejowanej pozycji, jaką daje im produkcja dóbr symbolicznych, do obrony wartości uniwersalnych przed wyrządzającym społeczne spustoszenie, narzuconym przez duchowieństwo neoliberalne modelem transformacji obliczonym w interesie nielicznych. Oczekując teraz od społeczeństwa, że wystąpi z jakimś masowym sprzeciwem, gdy neoliberalna prawica dokonuje coraz gwałtowniejszych zamachów na warunki ich własnej społecznej, symbolicznej i ekonomicznej pozycji, mogą się ciężko przejechać, dlatego Agnieszka Holland nie miała innego wyjścia, jak udać się po prośbie, do jednego z tych, przed którymi miała straszyć Ekipa, do prezydenta Kaczyńskiego…

Agnieszce Holland, przecież inteligentej skądinąd kobiecie, trzeba oddać sprawiedliwość, że miała poglądy liberalne nie tylko w kwestii nieskrępowanej wolności kapitału. W swojej twórczości, w tym i tej powstałej w ostatnim dwudziestoleciu, jej liberalizm dotyczył także wolności człowieka. Tym różniła się in plus od ogromnej części polskich filmowców, którzy cynicznie opowiadali się za wolnością gospodarczą dla akumulacji własnego kapitału (Bromski, Zanussi, Wajda), jednocześnie w swoich „dziełach” serwując pogardzanej polskiej publiczności reakcjonizm nieraz naprawdę obrzydliwy, obliczony na utrzymanie plebsu tam, gdzie jego miejsce, co było warunkiem sine qua non własnego sukcesu mierzonego w kategoriach akumulacji.

Dziś Holland zachowuje się jednak z tymi swoimi poglądami dokładnie jak Witkowska, którą grała w filmie Bugajskiego. Niezdolna przyjąć do wiadomości, że być może całe struktury symboliczne, w których się poruszała (wyprowadzone z ideologicznej opozycji między totalitaryzmem a demokracją liberalną), miały jakiś feler, robi wszystko, żeby nie być zmuszoną do rozstania się z tymi strukturami, rozpoznania ich fałszywego charakteru. Po omacku lepi jakąś prowizorkę, pozwalającą utrzymywać złudzenia – mimo wszystko. W tym celu rozgląda się trochę desperacko w poszukiwaniu innego podmiotu, na który można by ze skompromitowanego Tuska przenieść funkcję godnego depozytariusza wartości wpisanych w te struktury. Jakimś cudem padło na ministra kultury Bogdana Zdrojewskiego. Człowiek, który dostał ten stołek w ramach pocieszenia, bo zabrakło dla niego „lepszych” ministerstw; który poważnie traktuje dewastacyjny projekt projekt polityki kulturalnej państwa autorstwa powracającego z politycznych zaświatów Hausnera; który otwarcie popiera wszystkie posunięcia dążącej do przejęcia całej polskiej kinematografii na własność grupy interesu skupionej wokół Jacka Bromskiego; który informowany z różnych stron o nadużyciach (cenzuralnych i korupcyjnych) w Polskim Instytucie Sztuki Filmowej, odmawia interwencji, osłania dominującą w polskim kinie klikę, unika nawet spotkań z przedstawicielami organizacji zrzeszających filmowców niezadowolonych z tego stanu rzeczy i konsekwentnie ignoruje wszystkie ich prośby – to dla Agnieszki Holland „inteligentny człowiek, bardzo ceniący kulturę, w przeciwieństwie do swoich kolegów z partii”.

Polscy filmowcy nie skorzystali z tej całej afery, by otworzyć w końcu oczy i radykalnie przedefiniować swoje położenie w przestrzeni publicznej, a sytuacja daje do tego znakomitą okazję. Wykorzystali ją, by umocnić hegemonię monopartii POPiS. Historia z telewizją po raz kolejny pokazuje, jak świetnie te dwie znajdujące się rzekomo w konflikcie partie się dopełniają. Najpierw PiS uruchamia lawinę zdarzeń, które sprowadzają TVP na najgłębsze dno, tak, że już ciężko znaleźć kogoś, kto by jeszcze miał siłę tej instytucji bronić. Wtedy PO podejmuje ostre kroki mające jawnie na celu jej likwidację. Wówczas Lech Kaczyński, który dawno już wiedział, że warto sobie kupić twórców i dlatego obiecywał im Miasteczko Filmowe, dostał na talerzu kolejną okazję, by pokazać, że jest jedynym z liczących się obecnie polskich polityków, na których twórcy mogą w jakikolwiek sposób liczyć, jeżeli chodzi o minimum materialnych warunków dla ich pracy (co okazuje się ważniejsze niż ograniczenia wolności, z jakimi mieli do czynienia, gdy pełniący dzisiaj funkcję pozornej opozycji PiS był bezpośrednio u władzy). Odwdzięczą się pewnie jak zwykle: kolejnymi filmami, w których groza wieje ze Wschodu, albo jakiś ksiądz czy zakonnica cierpią prześladowania ze strony czerwonych. Dzięki temu, gdyby będąca aktualnie u władzy gałąź neoliberalnej monopartii prawicowej miała stracić władzę, będzie czym przekierowywać klasowy gniew wywłaszczanych tak, żeby ją przejęła druga gałąź, pełniąca obecnie obowiązki formalnej opozycji.

Jarosław Pietrzak


[1] Agnieszka Holland, Co się stało z ludźmi Platformy? [z AH rozmawiają Zuzanna Dąbrowska i Anna Nalewajko], „Dziennik”, 18 lipca 2009. Tekst dostępny online pod adresem http://www.dziennik.pl/magazyn-dziennika/article416997/Holland_Co_sie_stalo_z_ludzmi_Platformy_.html; kolejne cytaty pochodzą z tej samej rozmowy.
[2] Zob. znakomitą analizę krytyczną filmu, naświetlającą jednocześnie cały ten nurt we współczesnym polskim kinie, przedstawioną w: Andrzej W. Nowak, Biedni warszawiacy patrzą na bezdomnych, czyli opera bez trzech groszy, http://lewica.pl/?id=19794.

Tekst ukazał się pierwotnie na stronie internetowej miesięcznika „Le Monde diplomatique – edycja polska” w lipcu 2009.